Strony

środa, 29 lutego 2012

LA PAZ - Granite (2012)

Jednym z bardziej pożądanych wokalistów w branży muzyki rockowej, heavy metalowej ostatnim czasy jest bez wątpienia żyjąca legenda, a mianowicie DOGGIE WHITE. Rozsławiony przede wszystkim za sprawą Ritchie Blackmore'a i RAINBOW, a także za sprawą udzielania swojego głosu na płytach YNGWIE MALMSTEENA. Znany też za sprawą CORNERSTONE i nie tylko. Ostatni rok był dla niego bardzo pracowity. Solowy album, a także krążki wydanie pod szyldem takich zespołów jak MINISTRY i DEMONS EYE. Mało kto za to pamięta jego udział w szkockim LA PAZ w połowie lat 80, który jednak nigdy nie zdobył takiej sławy jak choćby RAINBOW. Reaktywowany zespół właśnie wydał swój nowy album „Granite” będący mieszanką AOR i hard rocka. Co ciekawe niektórzy zbyt entuzjastycznie chwalą album i takie opisywanie go jako płyta która zadowoli fanów DEEP PURPLE czy RAINBOW to według mnie zbyt duże nadużycie i właściwie ten album i muzyka zawarta na tym wydawnictwie wiele wspólnego z owymi zespołami nie ma. „Granite” to bardzo ciepła płyta, przemyślana, szczera i emocjonalna, przemyślana. Jednak nie chwalmy dnia przed zachodem słońca bo i na tej płycie nie obyło się bez wpadek i niedopracowań. Czego mi brakuje ? Przede wszystkim kompozycji, które by miały charakter unikalny, niepowtarzalny, które by się wyróżniały od tego średniactwa jakie ostatnio serwował Doggie, czegoś bardziej zapadającego w pamięci, cóż niestety. Choć kompozycje są dopieszczone pod względem brzmieniowym, instrumentalnym i aranżacyjnym, to jednak czuję niedosyt zwłaszcza pod względem kompozytorskim. Brakuje mi hiciorów, którym mógłbym rozchwytywać album, które by nadawały jemu więcej energii, żywiołowości, szaleństwa. Hmm nie mogę też powiedzieć że tego nie ma, bo już na wstępie dostajemy taki dość melodyjny, zadziorny "To Good To Lose" z ciekawym przyozdobiony partiami syntezatorów. Jednak mam wrażenie że i tutaj utwór zbyt lekki, zbyt łagodny, ale to może być dla niektórych atut, bo taki właśnie jest nowy krążek LA PAZ. Nie wiele od otwieracza nie odbiega też taki rytmiczny „Just For Today” czy też „Lesson In Love”. Do moich ulubionych kompozycji z tego albumu zaliczam rozpędzony, dynamiczny i melodyjny „Young And Restless” i szkoda że jest to właściwie jeden z nie wielu utworów, który jest taki energiczny i taki przebojowy. Tak powinien brzmieć wg mnie cały album. Ostatnim ważnym dla mnie utworem z tego krążka jest trwający prawie 10 minut „Shame The Devil”.Mamy tutaj zarówno spokojny, nastrojowy wstęp, a także bardziej ostrzejsze granie. Bardziej złożone melodie, atrakcyjne partie gitarowe oraz progresywne zacięcie dało w efekcie wg mnie najlepszy album na płycie. Szkoda, że utworów które można się wypowiadać w superlatywach jest mało. Cały album zdominowany jest przez sentymentalne, melancholijne motywy i czasami nieco przytłaczają. Słychać to choćby w „This Boy” który w połowie jest atrakcyjny, bo za dużo tutaj wg mnie smęcenia i zbyt mało konkretów. Co z tego, że jest to zgrabnie zagrane, skoro nie zapada w pamięci. Nie do końca mnie przekonała mnie też ballad a”Amy” która jest nijaka, ani klimat mnie nie powaliła, ani pod względem atrakcyjności. Niedosyt czuję słuchając takiego melodyjnego „Still In Love” z atrakcyjną solówką. Brakuje mi tutaj przede wszystkim dynamiki i elementu zaskoczenia. Brzmi to bliźniaczo podobnie do tego co zespół prezentował do tej pory.

„Granite” to bardzo zgrabny, solidny album z bardzo dojrzałą i emocjonalną muzyką. Nie podlega wątpliwości że wykonanie i umiejętności muzyków są godne uwagi i stanowią ostoję owego wydawnictwa. Brakuje mi jednak tutaj kopa i jakiś motywów, melodii, które byłyby godne zapamiętania. Wszystko jest chwilowe i w czasie słuchania może się to podobać, ale gdy płyta doleci do końca i zapadnie cisza, to już nie wiele się pamięta z owego słuchania. Brakuje energii, przebojów, które porwały by słuchacza. 3-4 kompozycje zaliczę do udanych, a reszta jak dla mnie zbyt melancholijna, zbyt oklepana i bez większego zaskoczenia. Szkoda, bo można było spodziewać się czegoś więcej po tym albumie. Ocena: 5.5/10

sobota, 25 lutego 2012

RAGE - 21 (2012)


Moja przygoda z niemieckim RAGE nigdy właściwie nie skończyła się sukcesem i moim większym zamiłowaniem do tego zespołu. A to próbowałem uderzyć w album polecany przez jednego znajomego, a to chciałem zacząć od początku, a to od końca i zawsze tak samo się kończyło. Co mnie zawsze przeszkadzało w tym zespole to jego toporność, niemiecka kwadratowość i jakieś takie pokręcone melodie, które nigdy do końca nie trafiały w mój gust, w dodatku wokal Petera Wagnera mnie dręczył ową ma Nie wystarczyło mi ani cierpliwości ani sił na kolejne próby. Nowy rok, nowy album RAGE i nowe nadzieje. Tym razem zespół poszedł mi na rękę porzucił eksperymentowanie, porzucił jakieś symfoniczne i inne patenty jakoś nie pasujące do tego zespołu i jego przeszłości. Album „21” to przede wszystkim płyta która powinna zaspokoić oczekiwania starych zagorzałych fanów i przykuć uwagę nowych takich jak ja. Mamy tutaj heavy/ power metal z pewnymi pierwiastkami thrash metalu, co powinno ucieszyć fanów starego RAGE. Peter Wagner brzmi w końcu tak jak sobie to wyobrażałem tak nieco w stylu Pieta Sielcka z IRON SAVIOR czasami wdający się w nieco ostrzejsze partie wokalne czyli growl, a wszystko świetnie wkomponowuje do ostrego, dynamicznego tła. Zarówno zauroczyła mnie dynamiczna i pełna niespodzianek sekcja rytmiczna, z dużym naciskiem na fenomenalne wyczyny perkusisty Andre Hillgersa jak i ostre , pełne melodyjności riffy Victora Smolskiego podkreślające biegłość , lekkość i lekarską precyzję w wygrywaniu atrakcyjnych partii. Pierwszy raz tak mnie zaskoczyli, pierwszy raz tak spodobało mi się w pełni co ci panowie razem stworzyli.

Można by się spierać że 11 utworów trwających ponad godzinę to lekka przesada i zagrożenie znudzenia materiału w połowie. Tutaj zespół zaskoczy chyba każdego. Nie ma jakiś większych wpadek pod względem kompozytorskim i każdy utwór jest na wysokim poziomie, a takie cechy jak dynamika, agresja, ostrość,dzikość, melodyjność, ba nawet przebojowość sprawiają że każdy z nich jest atrakcją i ostoją albumu. Choć jest duży nacisk na agresję i dzikość to trzeba przyznać, że kapela nie dopuściła do rutyny i właściwie co utwór to jest pewne urozmaicenie. Intro „House Wins” właściwie niczego nie zdradza, a raczej robi dobry grunt pod tytułowy „21”. Który również zaczyna się klimatem z poprzedniego kawałka. Choć utwór trwa 6 minut to właśnie jego wybrano na tego który miał zachęcić wszystkich do sięgnięcia po album. Zabieg udany, bo wybrali naprawdę reprezentatywny kawałek. Odzwierciedla w 100 % charakter owego wydawnictwa. Jest ciężar, dzikość, melodyjność przebojowość, thrash metalowa motoryka i kawałek jest utrzymany w takim heavy/power metalu z pewnymi cechami thrash metalu. Na myśl przychodzi mi poniekąd taki HELSTAR nawet główny motyw taki w ich stylu. RAGE tak brutalnie nie brzmiał na ostatnich wydawnictwach, takiej melodyjności i przebojowego refrenu też dawno nie uświadczyłem na ich płytach. Jeszcze lepszy wydaję się taki brutalny, pełen energii „Forever Dead” zawierający sporo ciekawych, wręcz wirtuozerskich popisów gitarowych. Taki RAGE to ja mogę zawsze i wszędzie słuchać. Jeden z tych najlepszych power metalowych refrenów jakie słyszałem w tym roku, prosty, ale jaki chwytliwy. Tego mi brakowało na poprzednich albumach. Również nowym dla mnie zjawiskiem są bardzo dobrze wyważone solówki, między ciężarem a chwytliwością. Ciekawie jakby brzmiał rozwinięty pomysł z intra „Feel My Pain”? Oj byłby to dobry materiał na balladę. Cóż a tak mamy melodyjny i bardzo rytmiczny kawałek będący mieszanką power metalu z hard rockowym luzem i przebojowością. Choć jest tutaj ostry riff, to można wyczuć tą lekkość w linii melodyjnej. A gdyby tak Peter Wagner śpiewał przez cały czas tak jak w „Serial Killer”? Byłbym wtedy najszczęśliwszym człowiek, bo wg mnie w takiej stylizacji brzmi jego wokal jeszcze ciekawiej, bardziej naturalnie. Ten brutalny wokal idealnie się wpasowuje się w brutalnie zagrany riff, choć może nie potrzebne było tutaj wplątywanie power metalowej przebojowości i łagodności w refrenie? Cóż może nieco źle rzutować na cały utwór, ale tak czy siak jest to kolejny killer na albumie o jaki było ciężko prosić na poprzednich wydawnictwach. Najdłuższą kompozycją na krążku jest złożony, nieco pompatyczny, pełen niespodzianek 'Psycho Terror” z bardzo zadziornym riffem. Również wielką atrakcją albumu jest przebojowy, rozpędzony „Destiny” który jest wzorem dla RAGE na kolejne lata i wydawnictwa. Nieco słabiej wypada nieco taki „death Romantic” gdzie znów nie potrzebnie kombinują. Na szczęście utwór też ma sporo dynamicznych i melodyjnych momentów, które pozwalają przebrnąć przez ten nieco dziwaczny kawałek. Czegoś mi też brakuje w takim „Black & White”, może takiej dzikości co na poprzednich kawałkach? Ale ta lekkość i hard rockowy feeling może też zjednoczyć ze sobą fanów właśnie takiego grania. Wszystko wynagradza kolejna power metalowa petarda z pierwiastkiem thrash metalu a mianowicie „Concrete wall” i oby więcej takich kompozycji w przyszłości. Całość zamyka rockowa ballada „Eternally” udowadniająca że zespół potrafi nie tylko gryźć ale i przytulić kiedy robi się nam smutno.

RAGE wrócił i to z albumem jaki fani się domagali. Zespół w bardzo dobrej formie i z każdy z muzyków zaliczył zwyżkę. Do tego dochodzi ostre, mocne brzmienie, które idealnie się komponuje z materiałem, który jest pełen brutalności i dzikich riffów. Po licznych próbach eksperymentowania i wyczerpaniu pomysłów, zespół wrócił do tego co go wyniosło na wyżyny i zrobił to w takiej formie przystępnej że nawet i ja jako osoba nie będąca miłośnikiem tego zespołu przekonała się do ich stylu i do tego że tworzą dobrą muzykę. Tak jak przystało na kapelę z taką doświadczaniem i z takim stażem dostaliśmy naprawdę bardzo mocny album na wysokim poziomie. To może być punkt zwrotny w mojej przygodzie z RAGE. Ocena: 8.5/10

BLACK MESSIAH - The Final Journey (2012)


Niemiecki BLACK MESSIAH odkryłem za sprawą „First war of the World” i muszę przyznać że spodobało mi się biegłość zespołu w tylu różnych odmianach metalu. Na ową kontrowersyjną mieszankę składają się takie gatunki jak symfoniczny metal, black metal, viking metal, a także folk metal. Wszystko tak wymieszane, że jednocześnie otrzymujemy chwytliwe, zapadające melodie, motywy i element dzikości. Całość oczywiście utrzymana w radosnym, momentami imprezowym folkowym stylu. Tak zapamiętałem tamten album. Minęły 3 lata i przyszła pora na przypomnienie sobie o tym niemieckim odkryciu które wtedy dokonałem. „The Final Jounrey” to tytuł albumu, który nie dawno miał premierę. Ciekawe czy oznacza, że zespół zamierza kończyć swoją muzyczną karierę, czy oznacza drogę jaką zespół przebył, aby osiągnąć styl jaki teraz prezentuje. Bo po tym jak założyli kapelę w 1994 roku to nie grali w takim stylu jak dzisiaj. Ich główną ideologią na początku kariery było granie black metalu nieco przesiąkniętego death metalem, dopiero z czasem ich styl ewoluował. Konfrontując ten nowy album z poprzednim można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z kontynuacją niemal pod każdym względem. Zarówno technicznie jak i stylistycznie można wyłapać punkty styczne między obydwoma albumami. Niczym specjalnym nie jest dobre brzmienie, bo niemiecka solidność już z tego słynie, natomiast przy czym warto się nieco bardziej rozpisać to sam materiał, bo ten tutaj jest niczym park rozrywki dla każdego inna forma owego rozrywki. Pierwszym taką atrakcją jest podniosły, zróżnicowany „Windloni”. Znajdziemy tutaj zarówno sporo elementów symfonicznych, na szczęście są one ozdobą do vikingowo – folkowego motywu gitarowe. Wszystko brzmi tak jak powinno,m dynamicznie, melodyjnie i pomysłowo. Zaskoczeniem nie powinna być biegłość muzyków w mieszaniu stylów, motywów i utwór podobnie jak cały album jest pełen podobnych zabiegów. Dopełnieniem owego stylu i charakteru utworu jest bez wątpienia chłodny i nieco bojowy klimat. Można by pisać długa o umiejętnościach muzyków, o tym jak to są świetni w tym co robią, tylko po co mam was tym zanudzać? Jednym z najatrakcyjniejszych utworów tegorocznych dla mnie jest bez wątpienia taki „Der Ring Mit Dem Kreuzktóry wyróżnia naprawdę atrakcyjny motyw gitarowy. Charakteryzuje się przede wszystkim dużą swobodą, radością i takim imprezowym feelingiem. To też utwór pod względem stylistycznym ma sporo nawiązań do folkowego metalu. Oczywiście świetnie się w to wpasowuje epickie, podniosłe chórki, a także symfoniczne ozdobniki. Rycerski charakter i klimat wojny da się wyczuć bez większego wysiłku w „To become A Man”. Oczywiście i tutaj zespół bawi się motywami i tempem grania, przez co kawałek identyfikuje się zresztą kompozycji. W podobnym stylu utrzymany jest „Feld Der Ehre” , zaś „Lindsfarne” to jego przeciwieństwo, gdyż oparty jest na szybszym motywie bardziej dynamicznej sekcji rytmicznej. Całość zamyka koncepcyjna saga ‘The Naglfar Saga’ który składa się z 4 części. Trzeba przyznać, że jest to idealne podsumowanie tego albumu, podkreślające styl zespołu, wyciągając na światło dzienne te wszystkie patenty, które składają się na ich muzykę. Saga jest bardzo złożona i pełna niespodzianek i cały czas się coś dzieje. Na bazie tego jakże interesującego i pełnego niespodzianek materiału można wywnioskować że muzycy się znają na swoim fachu i nie mają większych problemów z nagraniem atrakcyjnego materiału, a owa lekkość mieszania wcześniej wspomnianych gatunków to już wręcz wizytówka tej niemieckiej kapeli. Jedną wada która czasami mnie drażni to ojczysty język kapeli oraz momentami chaotycznie brzmiąca warstwa instrumentalna. Całościowo słucha się tego z wielkim odprężeniem i radością, oby więcej takiej muzyki w takim stylu. Ocena: 7.5/10

PRIMAL ROCK REBELLION - Awoken Broken (2012)


PRIMAL ROCK REBELLION to nazwa zespołu, która na pewno nie każdemu musi być znana, bo jest to świeżo powstały projekt i prędzej już ludzie będą kojarzyć nazwiska dwóch muzyków, którzy założyli ów projekt. No bo jak tutaj nie znać Adriana Smitha z IRON MAIDEN i Mike Goodmana znanego z występów w SIK TH. Nie musicie się obawiać kolejnego klona żelaznej dziewicy bo ów projekt to mieszanka rocka, muzyki alternatywnej, czasami muzyki heavy metalowej. I takiej muzyki możecie oczekiwać po debiutanckim albumie „Awoken Broken”. Może się podobać oryginalnie podejście do muzyki rockowej, może się podobać podkład, gdzie Adrian jak zwykle daje popis swoich umiejętności i to właśnie jego partie gitarowe, pełne progresywnych zacięć stanowią atrakcję owego albumu i niemal w każdej kompozycji można coś ciekawego wyłapać. Bolączką tego krążka bez wątpienia jest sam aspekt kompozytorskim, bo utwory same w sobie nie należą do atrakcyjnych. Ani melodie ani linie wokalne do końca nie przekonują i zostawiają sporo do życzenia. „Mirror And the Moon” może i podobać się ze względu na duży wachlarz melodii i zróżnicowanych motywów, ale jako utwór nie trafia do mnie. Zbyt mało konkretny. „Snake Leaders” wyróżnia się ponurym, mrocznym klimatem i pomysł może i ciekawy, ale zrealizowany już nieco gorzej. Szkoda, że brzmi tutaj wszystko tak topornie i nijako. Również gdzieś się gubi miły i przyjemny dla ucha refren „Tortured Tone”, ale nic dziwnego kiedy jest przytłoczony zbiorem mało pasujących motywów gitarowych i nic nie wnoszących linii wokalnych. Z pośród mało atrakcyjnego materiału jaki stworzyli dwaj znani muzycy do atrakcyjnych można zaliczyć dwa utwory promujące album. Zadziorny „No Place like Home” z nieco ostrzejsza partią gitarową Adriana Smitha a także melodyjny i bujający „I seee The Lights”. Podobać się też może progresywny „Bright as a Fire” który ma ciekawe i ambitnie brzmiące partie gitarowe, ale i tutaj czegoś mi brakuje. Może szczypty przebojowości? Ten aspekt tutaj praktycznie nie funkcjonuje. Instrumentalnie dobrze wypada też taki „Savage world” i jest to kolejny średni kawałek, który skupia się wokół wyjątkowego talentu gitarowego Adriana. Nie liczy się już ani wokal, cały aspekt kompozytorskim. I to jest jedyna atrakcja tego albumu – popisy gitarowe Adriana i sporo tutaj odniesień do solowej działalności tego muzyka. Niestety gdy spojrzy się na album jako całość, gdzie liczy się atrakcyjność melodii, łatwość odbioru i coś więcej niż tylko pięknie brzmiące partie gitarowe, to album jest średni i to bardzo. Nawet w kategorii rockowej album nie ma większych szans na jakieś wysokie miejsce. Mam nadzieję że to jedno płytowy projekt i że Adrian Smith w przyszłości spłodzi coś ciekawszego. Ocena: 4/10

PICTURE - Warhorse (2012)


W dobie technologii i nowinek technicznych można wiele zdziałać w przemyśle muzycznym. Kiedyś liczyła się pomysłowość oraz umiejętności muzyków, teraz można większość niedoskonałości zatuszować i wręcz przeciwnie dać słuchaczowi powody do radości. Na pewno nie jeden z fanów mocnego heavy metalu wzdychnie przy nowym albumie weteranów holenderskiego heavy metalu a mianowicie PICTURE. Spytacie dlaczego? Sporo ciężaru, sporo mocnego grania, toporny i taki nieco ospały. Kapela została założona w roku 1979 i działała sukcesywnie do roku 1999 potem nastąpił rozpadł i ponowna reaktywacja wraz z rokiem 2007. czas przyszedł na drugim album po reaktywacji, a mianowicie „Warhorse”, gdzie swój debiutancki występ zalicza nowy nabytek zespołu czyli gitarzysta Gert Nijboer a także Mike Fergusson. Pod względem czysto technicznym brzmi to całkiem profesjonalnie, zwłaszcza kiedy słucha się takiego kawałka jak „Stand My Ground” będący jednym z nie wielu przykładów jak powinien brzmieć album. Powinien być energiczny, dynamiczny, pełen werwy, a melodie powinny być sojusznikiem ostrej i rozpędzonej sekcji rytmicznej. Skojarzenia z takim DIO, JUDAS PRIEST, są jak najbardziej na miejscu. Niestety to jest kropla pośród morza w którym jest pełno mało atrakcyjnych motywów i nietrafionych pomysłów. No jak ma porwać ponury klimat i średnie tempo, do tego toporne partie gitarowe, a takie duety nie są przeze mnie uwielbiane i akceptowane. Taki jest „Shadow Of The damned” , czy też „Rejected”. Niestety w zespół wpadł w pułapkę monotonności znacznie szybciej niż myślałem. „Edge of Hell” czy też "The King is Losing his Crown" brzmią bardzo podobnie, a jedynie może je wyróżnić fakt, że gdzieś zostały tutaj wpleciony motywy charakterystyczne dla groove metalu. Czegoś więcej można było się spodziewać po melodyjnym „Killer In my Sights” czy też nieco rockowym „My Kinda women” który wyróżnia się na tle innych atrakcyjnie zaaranżowaną perkusją. I dla osłody dostałem energiczny „War Horse” utrzymany w konwencji heavy/power metalowej. Jest to druga moja ulubiona kompozycja z tego albumu. Może jestem kapryśny, ale gdyby tak brzmiał cały album to zapewne zyskał by sporo na atrakcyjności. Nie każdego może kręcić taki ołowiany, ponury, toporny heavy metal jaki prezentuje PICTURE na „Warhorse”. Poza 3-4 kompozycjami które potrafi zauroczyć pomysłowością, wykonaniem i melodyjnością, to właściwie strasznie się nudziłem i cierpliwie wyczekiwałem końca. Monotonność, rutyna, wałkowanie w kółko tego samego, do tego toporne motywy, ponury klimat i złudzenie, że wszystko strasznie się wlecze sprawiają że owy album więcej nie zagości w moim odtwarzaczu. Odrobina technicznych poprawek, mocne, ciężkie brzmienie i nieco ostrzejsze riffy i album gotowy, a raczej pułapka. Technicznie album robi wrażenie, ale to tylko złudnie piękna powierzchniowa warstwa, a gdy się ją zedrze to już „Warhorse” nie jest tak mocny jak mogłoby się wydawać na wstępie. Ocena: 3.5/10

piątek, 24 lutego 2012

SYE - wings Of Change (1988)


W ramach wycieczek do przeszłości mam do przedstawienia kolejny stary zespół, który nie istnieje już od ponad 20 lat. Zaskoczeniem nie będzie zapewne że po raz kolejny jest to rzecz z Kanady i że jest zespół które nie należy do znanych i sławionych. Mowa o formacji SYE złożonej z trzech muzyków. Liderem był bez wątpienia Barnie Carlos łączy funkcje wokalisty i gitarzysty. I musiałbym ignorantem żeby nie docenić jego wyczynów zwłaszcza na drugim albumie „Wings Of Change” gdzie zespół zrezygnował z grania hard'n heavy na rzecz bardziej heavy metalowej formuły. To właśnie na tym albumie Barnie brzmi wybornie, trzyma się zarówno średnich rejestrów jak i wysokich. Jego maniera jak i chrypa sprawiają że jest zadziorność i pewien pierwiastek spontaniczności i nie pewności co może się wydarzyć. Również jako gitarzysta sprawdza się znakomicie w stylu bardziej metalowym. Z dużą lekkością przychodzą mu melodyjne partie i wszystko co wygrywa jest nad wymiar dobre i bardzo atrakcyjne dla ucha. Przez cały czas dotrzymuje mu tempa dynamiczna i bardzo urozmaicona sekcja rytmiczna, która świetnie się uzupełnia z tym co wyprawia Barnie. Pod względem technicznym tez nie ma na co narzekać, bo brzmienie jest dobrze wyważone między surowością, a czystością.

Pod klimatyczną okładką frontową kryje się 9 w miarę zróżnicowanych kompozycji, trzymających właściwie jeden, wyrównany poziom. Udanym zabiegiem okazało się wystawienie jako otwieracza takiego „Born again”, który reprezentuje speed metalowe granie i trzeba przyznać, że brzmi to rewelacyjnie. Jest agresja, dynamika i jednocześnie nie zatracono melodyjności. Rock;n rollowy feeling można wychwycić w „Do Or Die”, któremu nie można odmówić zadziorności i przebojowości. Zabrakło mi nieco dynamiki i jakiegoś pomysłu w stonowanym „Take Cover”, który wypada nieco blado przy poprzednich kompozycjach. Również tylko średni jest „Fox On The Run” będący coverem SWEET. Z kolei gdy słucham instrumentalnego „Strings” to na myśl przychodzi mi „Coast To Coast” SCORPIONS gdzie jest podobny motyw gitarowy, podobne tempo i aranżacja. Jedną z najlepszych kompozycji na albumie bez wątpienia jest speed/power metalowy „Run Wild” z energicznym i dynamicznym motywem i kawałek wyróżnia się atrakcyjnymi partiami gitarowymi i zapadającym refrenem. Takich perełek w takiej stylizacji mogło być znacznie więcej. Kolejny dowód na to że w zespole drzemał niemały potencjał. 'Wings Of Change” to też tylko dobry instrumental, bo owe wygrywane tutaj melodie i motywy takie nieco ponure i mało dopracowane. Na koniec warto wspomnieć o kolejnym kilerze a mianowicie „Speed Master” i to kolejny dowód na to, że zespół najlepiej radzi sobie w takiej formule. Szkoda że w takiej konwencji utrzymane jest zaledwie 3-4 kompozycje. Gdyby zespół pokusił się o materiał wypełniony tylko takimi kompozycjami, wtedy na pewno ostateczna ocena by podskoczyła o kilka oczek.

Tak jak z jednej strony jest to dobry album z dobrze przyrządzonym materiałem, tak z drugiej ich forma oraz wtórność nie budzi większego zachwytu. Ot co średnia krajowa utrzymana. Jest kilka mocnych momentów, które przyprawiają o szybsze bicie serca, ale większość to heavy metal jakiego pełno było na rynku. Potencjał zespół miał, ale nie wykorzystał go w pełni, przez co otrzymaliśmy przeciętny album, który mógł znacznie lepiej brzmieć. Ocena: 6/10

MAD MAZE - The Frames Of Alienation (2012)


Fani old schoolowego thrash metalu wzorowanego na dokonaniach takich kapel jak EXODUS, TESTAMENT czy też OVERKILL mogą zapoznać się z debiutującym w tym roku włoskim MAD MAZE. Od czasu powstania i pierwszego mini albumu minęły zaledwie dwa lata i już możemy się delektować w pełni debiutanckim albumem „The frames of Alienation”. Zespół żeby w jakiś sposób przyciągnąć słuchaczy przed odtwarzacze postawił na klimatyczną okładkę zrobioną przez weterana muzyki thrash metalowej Eda Repkę. Tak okładka oddająca w pełni jego styl i to w dla jakich bandów rysuje. Okładka mogła zwiastować bardzo energiczny i agresywny album, cóż jest to średnia krajowa, jest wszystko zagrane z odpowiednim wyważeniem między agresją, a dynamiką, ale to wszystko jest utrzymane w granicach rzemiosła i dobrego poziomu, bez możliwości wyrwania się z owej pułapki w jaką zespół się w pakował. Nawet gdy weźmie się pod uwagę czysto techniczne umiejętności muzyków to znów sprowadza się wszystko do jednego, że rzemiosło to coś co charakteryzuje ten zespół. Grać potrafią i to całkiem przyzwoicie, bo pojawią się ciekawie zaaranżowane utwory, jakieś poruszające melodie, ale ostatecznie to wszystko brzmi w stylu jakiego pełno jest na rynku i czasami o wiele ciekawiej podanego. Co z tego że wokalista Alberto Dettorii krzyczy, zdziera gardło, kiedy nie przedkłada się to na efekt i finalnie wychodzi z tego nic specjalnego. Również mało zachwycające są partie gitarowe, ale jeśli już miałbym być tu sprawiedliwy, to właśnie ten element najbardziej okazale się prezentuje na tym albumie.

No gdyby nie ostrość i dzikość gitar to wiele na atrakcyjności straciłby taki otwieracz „Walls Of lies” który nic specjalnego nie prezentuje, ale dynamicznie poprowadzona sekcja rytmiczna i nieco ostrzejszy riff zapewniły całkiem udaną rozrywkę. Również sekcja rytmiczna i bardziej melodyjnie rozegrane partie gitarowe przesądziły o atrakcyjności „Sacred Deceit” , który bez tego byłby gniotem. „Mad Maze” to kolejna dynamiczna kompozycja, jakby bardziej zadziorna i jej atutem bez wątpienia jest krótki czas trwania. Szczerze uczucie monotonności i znudzenia zaczyna się dość szybko objawiać i to pasmo nie przerywa instrumentalna ballada w postaci „Beyond”. Jednym z najlepszych utworów na albumie jest bez wątpienia nieco pokręcony, nieco bardziej złożony „Caught In The net” z ciekawie zaplanowaną aranżacją i cała konstrukcja sprawia, że utwór brzmi bardzo atrakcyjnie. Wyróżnić można też w sumie taki „Mk-Ultra” gdzie dużą atrakcją jest dynamiczna i zróżnicowana sekcja rytmiczna, bardzo przyjemnie brzmi tutaj perkusja.

Wtórność i oklepane motywy to kiepski duet, który potrafi zniechęcić nie jednego słuchacza. No można byłoby przymknąć na to oko, gdyby kompozycje potrafiły czymś przekonać do siebie. A tutaj ani pomysłowość, ani wykonanie, ani umiejętności muzyków nie przekonują do końca. Jedynym elementem który jest tutaj na plus, to agresja i dynamika, szkoda tylko że służą one raczej do kamuflowania wszelkich niedoskonałości. Ocena : 4.5/10

CHRISTIAN MISTRESS - Possession (2012)


Technicznie nie istnieje takie coś jak wehikuł czasu, nie można się cofnąć w czasie za pomocą jednego przycisku znajdującego się na panelu kontrolnym. Ale jest to możliwe za pomocą wspomnień, czy też za sprawą muzyki, kiedy to zespół wykorzystuje wszelkie elementy i triki techniczne żeby brzmieć jak band z przeszłości. Takich zespołów jest coraz więcej, tylko właściwie mają one niemal wszystkie jeden problem, a mianowicie taki że nie brzmią autentycznie. W końcu jednak trafiłem na zespół któremu udaję się zabrać słuchacza do lat 70 czy też 80. O jakim zespole mowa? O amerykańskim CHRISTIAN MISTRESS który został założony w roku 2009. Do tej pory nagrał dwa albumy i mi było dane usłyszeć oczywiście ten świeżo wydany w tym roku „Possesion”. Nie będę was trzymał długo w niepewności i zdradzę, że to jest to czego mi brakowało przy innych tego typu albumach z muzyką retro. Amerykanie osiągnęli coś czego niektórzy nie byli w stanie a mianowicie podobny klimat i brzmienie, które jest przepełnione tajemniczością, mrokiem, nostalgią i brzmi to naprawdę autentycznie i na myśl przychodzą takie zespoły jak MERCYFUL FATE, czy też BLACK SABBBATH, sporo też odniesień do NWOBHM. Jednak to wszystko jest szczere, nie wymuszone i takie też mam wrażenie podczas wsłuchiwaniu się w jaki sposób muzycy grają i jakim warsztatem i umiejętnościami dysponuje. Jak na kogoś kto wydał dopiero drugi album to muszę przyznać, że wyprzedzają oni nie jednego muzyka z długoletnim stażem. Zarówno może się podobać pokręcona, pełna szaleństwa i nastroju sekcja rytmiczna, którą tworzą perkusista Reuben Storey walący w gary z duża pasją i zapatrzeniem w działalność BLACK SABBATH. Dopełnieniem perkusji jest dość głęboki bas Johna Wulfa i idealnie on uzupełnia dynamiczną perkusją, ale też buduje mroczny klimat. W centrum uwagi i tak bez wątpienia będą u każdego słuchacza duet gitarzystów Oscar Sparbel i Ryan McClain, którzy lekką ręką wygrywają melodie i riffy wyjęte jakby z lat 70/80 i brzmi to wszystkie autentycznie. Nie ma słodkości, nie ma jakiś śmiesznych melodii, ani też przesytu przebojowości radiowej. Właściwie to nie ma tutaj jakiś prostych i szybko wpadających motywów, ale mimo to że nie ma tego charakteru przebojowości, to jednak kompozycje potrafią zaintrygować i zasiać ziarno, które będzie kiełkować przez kolejne dni w umyśle słuchacza. Dopełnieniem muzyki amerykanów jest bez wątpienia wokalistka Christine Davis, która świetnie się uzupełnia z tłem, a jej lekko za chrypnięty wokal, przesiąknięty taki mrocznym klimatem tylko tworzy ową magiczną otoczkę.

Jeśli chodzi o materiał, to śmiało można rzec że znajdziemy tutaj wszystko to co jest wg mnie najlepsze w takim graniu, a mianowicie energetyczne kompozycje, przepełnione niezwykłym klimatem, cechujące się niezwykłą swobodą, spontanicznością, co była wręcz słyszalna na płytach z tamtych lat i znowu to usłyszałem. Ciekawie został ułożony album bo można uświadczyć że jakby te bardziej dynamiczne kompozycje są przekładane są tymi bardziej nastrojowymi, bardziej przestrzennymi numerami, które nie raz ocierają się o strukturę ballady. Radzę zapiąć pasy i razem ze mną udać się na te 40 minut w przeszłość. Jak najlepiej zacząć? Ano z grubej rury, bo jak wiadomo pierwsze wrażenie zawsze ma wpływ na ocenę całości. „Over And Over” to znakomite otwarcie, bo mamy tutaj właściwie do czynienia z dynamiczną kompozycją opartą na patentach BLACK SABBATH, sporo też w tym klimatu i patentów NWOBHM,d o tego dochodzi mroczny klimat wyjęty jakby z płyt MERCYFUL FATE. Jednak to brzmi bardzo autentycznie, a nie jak jakaś imitacja kapel z lat 80. Utwór bardzo złożony, okrojony z słodkich melodii i banalnych pomysłów. Kiedy tego słucham, to szczerze ciężko mi tu przytoczyć inny młody zespół który gra z takim oddaniem, pasją i na takim poziomie. „Pentagram and Crucifix” to również atrakcyjna kompozycja aczkolwiek jakby mniej agresywna niż otwieracz. Klimat to coś co przemawia do mnie od razu. Rytmika i zadziorność to cechy które charakteryzują ten kawałek. Choć utwór nie należy do długich, to jednak ma swoją złożoność, a ambitne i oryginalnie brzmiące melodie sprawiają, że słucha się tego jakbyśmy byli w transie. Do tego solówki, no cóż żeby wszystkie metalowe solówki tak brzmiały finezyjnie, tak atrakcyjnie, tak autentycznie, klimatycznie to świat byłby o wiele lepszy. Zespół radzi sobie zarówno z klimatycznymi kompozycjami i z takimi petardami jak „Convection” i sporo tutaj patentów NWOBHM. Klimat lat 80 jest po prostu zaskakująco autentyczny. „The Way Beyond” to kolejna znakomita propozycja zespołu, tym razem piękne, nastrojowe wejście, może wzruszyć swoją magią i klimatem. Jednak zespołowi w głowie nie ballada, a kolejny zadziorny, rytmiczny utwór, przesiąknięty BLACK SABBATH oraz kapelami NWOBHM. Słyszałem sporo w tym roku, ale to co tutaj słyszę przechodzi wszelkie moje oczekiwania, wszelkie moje pojęcie. To brzmi fantastycznie, wystarczy wsłuchać się w pracę gitar i sekcji rytmicznej, żeby dać się wciągnąć w ten magiczny świat jaki stwarza zespół. Co mnie szokuje w każdej kompozycji, to że gitarzystom z taką lekkością przychodzą takie energetyczne, spontaniczne partie gitarowe. Fanom BLACK SABBATH przypadnie do gustu bez wątpienia oryginalnie brzmiący „Possesion”. Mroczne, spokojne, pełne nostalgii i cierpienia wejście, potem jest ponuro, a średnie tempo takie charakterystyczne dla wyżej wspomnianego zespołu sprawia się że wszystkie horrory wymiękają, bo tutaj klimat jest naprawdę przerażający. A zrobiono to bez jakiś magicznych sztuczek, jedynie za pomocą instrumentów. Obowiązkowo bo tak nastrojowej kompozycji trzeba znów dać nieco wyszaleć się słuchaczowi za sprawą dynamicznego „Black To Gold” gdzie znów wszystko brzmi idealnie. Nawet fakt że wokalistka trzyma się niskich i średnich rejestrów, nie piszczy i nie krzyczy, a pod tym względem na myśl przychodzi mi GHOST, bo tam wokalista w podobny sposób śpiewał. „There Is Nowhere” można w sumie uznać za balladę, bo do takiego toku myślenia zmusza struktura, klimat i wolne tempo. Utwór mógłby lecieć w radiu, bo ma taki dość odpowiedni podkład emocjonalny. Takie ballady w metalowym światku to też rzadkość. Tak więc nic tylko słuchać, słuchać. Jeśli myśleliście że zespół już was niczym nie zaskoczy to jesteście w błędzie. Właśnie dotarliśmy do punktu kulminacyjnego którym są dwa kolosy liczące po 6 minut. Pierwszym z nich jest „Haunted Haunted” który jest bardzo złożoną kompozycją i znów atrakcyjne wejście, oryginalnie brzmiący motyw, mroczny klimat i urozmaicenie temp, bo w połowie jest średnie tempo a w połowie bardzo szybkie. Znów imponuje mi sekcja rytmiczna, która jest odpowiedzialna za cały klimat i partie gitarowe które powinny być wzorem dla innych kapel. Tak się wygrywa solówki moi kochani muzycy, z finezją, wyczuciem, klimatem i duszą muzyczną. Z koeli „All Abandon” to petarda i to z prawdziwego zdarzenia i nie dajcie się zmylić spokojnemu, wręcz balladowemu wejściu.

Niektóre zespołu muszę sporo się napracować, muszę wyczekać czasami klika lat, żeby nagrać taki album z taką muzyką i na takim poziomie co CHRISTIAN MISTRESS. „Possesion” jest to dzieło kompletne zarówno pod względem kompozytorskim, jak i technicznym. Do tego dochodzi niezwykłe umiejętności muzyków i utwory, które mają jak rzadko które dzisiaj muzykalną duszę. Wszystko brzmi bardzo autentycznie i naturalnie, nie ma tutaj wypełniaczy i jakiś dziwnych zabiegów. Od początku do końca mamy fantastyczną muzykę, które wyróżnia się z tego wszystkiego co było do tej pory. Myślałem dać ocenę 9, ale byłbym ignorantem jakbym nie dał wyżej. To też z czystym sumieniem polecam i wam taką emocjonalną podróż w czasie do lat 70/80. Oj, warto. Ocena: 10/10

czwartek, 23 lutego 2012

BARREN CROSS - Atomic Arena (1988)


W drugiej połowie lat 80 na scenie amerykańskiej pojawił się BARREN CROSS zespół który śmiało można zaliczać do grona kapel heavy metalowych reprezentujących nurt christian metal. Kapela powstała w 1983 roku i w okresie swojej działalności dorobiła się 4 albumów, które prezentowały bardzo dynamiczne i zarazem bardzo melodyjne granie zakorzenione w brytyjskim heavy metalu spod znaku JUDAS PRIEST, czy IRON MAIDEN wymieszanym z takim amerykańskim hard'n heavy. Bardzo solidną pozycją w dorobku zespołu jest drugi długograj, a mianowicie „Atomic Arena” z 1988 r. Tutaj bez wątpienia się ukształtował styl kapeli który przejawiał się przede wszystkim w solidnej pracy gitar, która daleka była od jakiś szarży czy oryginalności, a także w dobrze zaplanowanym kompozycjom, no i przede wszystkim na wokalu Mike'a Lee, który śmiało mógłby występować w barwach IRON MAIDEN po tym jak Bruce Dickinson odszedł. Obaj panowie dysponują podobnymi umiejętnościami, podobną manierą i skalą.
Choć partie gitarowe były mało oryginalne i takich zespołów z podobnym repertuarem było pełno, a BARREN CROSS miał wyłącznie do zaoferowania solidność i rzemiosło na wysokim poziomie. Zespół zadbał o każdy szczegół bo zarówno może się podobać okładka frontowa jak i mięsiste, rasowe brzmienie, a także sam materiał, który poruszał taką tematykę jak terroryzm, morderstwo czy aborcja, a także bardziej chwalące Boga utwory.

To czego należy się spodziewać po tym albumie to wyłącznie dobrego heavy metalu będący wypadkową IRON MAIDEN i JUDAS PRIEST. Słuchając otwierającego „Imaginary Music” można łatwo rozszyfrować co od jakiego zespołu pochodzi. Sekcja rytmiczna, wokal to elementy które przypominają twórczość żelaznej dziewicy, zaś partie gitarowe i ich nastrojenie także brzmienie to z kolei cechy które przypominają twórczość JUDAS PRIEST. Sam utwór bardzo solidny, przemyślany zarówno pod względem kompozytorskim jak i aranżacyjnym. „Killers of the Unborn” to utwór który przyozdobiony jest klawiszami i ciężkim riffem. Natomiast taki „In the Eye of the Fire” to bez wątpienia jedna z moich ulubionych kompozycji zawartych na albumie. Podoba mi się tutaj jego złożoność, zróżnicowanie, nieco tajemniczy klimat i oparcie na motywie, którego by się nie powstydził IRON MAIDEN. „Terrorist Child” to z kolei mieszanka hard'n heavy z heavy metalem w stylu JUDAS PRIEST. Znajomo brzmi też taki zadziorny „Closs To The Edge” gdzie zespół znów stawia na nieco łagodniejszy wydźwięk i znów tutaj jakby więcej hard rocka. Sam refren jest tutaj taki lekki i chwytliwy, że mógłby podbijać w owym czasie stacje radiowe. Jednym z najlepszych utworów na albumie jest również taki nieco ponury „Deadlock” który oddaje styl JUDAS PRIEST z całkiem udanym skutkiem. Jednak moim skromnym zdaniem album jak i sam zespół o wiele więcej zwolenników by zdobył, gdyby częściej stawiał na szybsze tempo i bardziej speed metalową formułę tak jak w przypadku „Cultic Regimes” który bez wątpienia jest najlepszym utworem na płycie. Jest i dynamika i melodyjność, a sam motyw tez bardziej atrakcyjny niż nie jeden z tego albumu. Różnorodność albumu zapewnia pięknie zaaranżowana nastrojowa ballada „Heaven or Nothing” , taki bardziej true metalowy „King of Kings”, który również prezentuje się bardziej okazale niż większość utworów z tego krążka. Na koniec zespół próbuje swoich sił z bardziej złożoną kompozycją i trzeba przyznać że „Living Dead” to bardzo udana propozycja zespołu. Fakt, że nieco monotonna, może taka przesiąknięta wtórnością, ale sama konstrukcja już sprawia że utwór jest atrakcyjny.

Atomic Arena” to solidny album heavy metalowy, ukazujący że w tamtych latach nie trzeba było wiele żeby nagrać udany krążek. Nie da się ukryć, że jest to wydawnictwo wtórne i dalekie od jakiegoś wygórowanego poziomu, nie ma też jakiś takich motywów, które warto byłoby znać na pamięć. Dużym plusem owego wydawnictwa jest wyrównany poziom, a także zróżnicowanie, co przedkłada się że album nie nudzi. Zaś o tym że album miło się słucha przesądzili muzycy i ich umiejętności. Solidny krążek który miło się słucha w zaciszu domowym. Ocena : 6.5/10

CRIMSON SHADOWS - Glory On The Battlefield (2012)


A gdyby tak wziąć styl DRAGONFORCE dodać nieco z agresji i dynamiki z takich kapel jak KALMAH czy też DESTROY DESTROY DESTROY? Na pierwszy rzut brzmi jak dobry żart i mało przekonująca mieszanka. Ale jednak nie trzeba się zastanawiać co by było gdyby, bo na taki pomysł wpadł kanadyjski CRIMSON SHADOWS które zgodnie z myślą owego rejonu muzycznego, krzyżuje dwa światy, które mają ze sobą nie wiele wspólnego. Kapela powstała w 2006 roku i do dnia wydania debiutanckiego albumu „Glory On the battlefield” była jeszcze daleka droga. Pierwszym i jedynym przedsmakiem debiutu był mini album z 2007 roku. Styl zespołu opiera się na niezwykłej szybkości i melodyjności, która daleko nie odbiega od tego co gra DRAGONFORCE. Nawet gdy konstrukcja i długość utworów bliźniaczo podobna do tych skonstruowanych przez Brytyjczyków. Różnica polega na tym, że tutaj mamy 3 różne rodzaje wokali. Mamy harsh wokal, growl, a także czysty wokal. Dominują oczywiście te dwa pierwsze, a to z koeli sprawia że muzyka CRIMSON SHADOWS jest o wiele ostrzejsza od tego co gra DRAGONFORCE. Trzeba przyznać, że wokale stanowią jeden z głównych filarów owego albumu i przesądza o jego atrakcyjności. Wszystko zostało dobrze wyważone i z harmonizowane, nie ma mowy o chaosie czy kolizji między wokalami. Drugim elementem bez którego album by tak nie zachwycał to bez wątpienia cała warstwa instrumentalna. Można wzdychać zarówno przy dynamicznej sekcji rytmicznej, która imponuje nie tylko dynamiką, ale też niezwykłą sprawnością muzyków, którzy czasami wygrywają partie pędzące z prędkością światła. Dopełnieniem owej sekcji jest praca gitarzystów Hofing/Rounding, którzy wygrywają może mało oryginalne partie, może mało złożone, proste i mało ambitne, ale nadrabiają one dynamiką, melodyjnością i dzikością. Brakującym elementem jest soczyste brzmienie, które podkreśla i uwypukla poszczególne instrumenty oraz melodie, które się z nich wydobywają.

Teraz kilka słów o samych utworach. Na pewno materiał przypadnie do gustu fanom DRAGONFORCE, ale myślę że nie tylko. Fani również takiego DESTROY DESTROY DESTROY czy innych podobnych bandów mogą próbować swoich sił z owym materiałem. W przeciwieństwie do DRAGONFORCE Kanadyjczycy pokusili się o instrumentalne intro „Glory On The battlefield” które bardziej przypomina rycerski heavy/power metal. Z kolei sama melodia i konstrukcja nasuwa mi intra RUNNING WILD. Wraz z pierwszymi dźwiękami „Battle Hard” już wiadomo że otwierające intro nie będzie ani motywem przewodnim, a podobny rycerski styl już tutaj się nie pojawi. Jest to równie melodyjne, dynamiczne co kompozycje DRAGONFORCE i konstrukcja niemal identyczna. Ale trzeba przyznać, że podali to w sposób świeży i dość oryginalny, co brakowało pierwowzorowi. 3 różne wokale świetnie się wpasowują w dość nietypowe tło, które przeważnie świetnie się komponuje z czystym wokalem. A tutaj niespodzianka, nie ma jakieś większej konfrontacji i kolizji między melodyjnym, speed power metalowym tłem, a wokalami wyjętymi z melodyjnego death metalu. Podobnie jak w przypadku DRAGONFORCE tak i tutaj ciężko o zróżnicowanie materiału. Właściwie cały czas dominuje szybkie granie i dla jednych jest to plus, dla drugich minus. „Beyond the Mountain Wasteland” to kolejna petarda, z tym że mamy tutaj ciekawe wpleciony takie bojowe chórki, czego nie ma w takim DRAGONFORCE. „For the Glory of the Throne” to przykład, że można gnać z taką szybkością, dynamiką przez 7 minut i co ciekawe nie znudziłem się tym i z większym zapałem wsłuchiwałem się w kolejne melodie. Utwór przede wszystkim wyróżnia się bardzo melodyjnymi solówkami, które są tutaj dość długie, a więc jest co podziwiać. I nie ma zbytnio co się powtarzać, bo zespół nie zrywa z tym stylem aż do końca, tylko pewne zwolnienie, z klimatycznym nastrojem można uświadczyć w „Quest For the sword”, który i tak przeradza się w kolejną petardę.

Ci którzy polubili DRAGONFORCE polubią i muzykę graną przez CRIMSON SHADOWS. Jest ta szybkość, ta melodyjność i ta sama konstrukcja. Tylko w przypadku Kanadyjczyków uświadczyłem to czego mi w sumie brakowało na ostatnich albumach DRAGONFORCE a mianowicie odświeżenie formuły, choćby miała być dokonana przez drobne detale. Tym detalem okazało się w mieszanie do power metalowej formuły wokali wyjętych z nieco cięższych odmian muzyki metalowej. Propozycja i styl DRAGONFORCE widziany przez CRIMSON SHADOWS jest bez wątpienia mniej słodki i mniej śmieszny. Cała konstrukcja i forma może się podobać, pomimo tego że może brzmieć to nieco jednostajnie i monotonnie. Czekamy na odpowiedź DRAGONFORCE na dzieło CRIMSON SHADOWS. Czy nagrali równie atrakcyjny dla słuchacza album? Czy w końcu odświeżyli formułę? Czy zaskoczą nas czymś, tak jak ten opisywany przeze mnie zespół? Zobaczymy niebawem. Ocena : 9/10

4 ARM - Submission For Liberty (2012)


W tegorocznej kategorii thrash metal warto zapoznać się w ramach swoich możliwości z trzecim albumem australijskiej kapeli 4 ARM, który miesza thrash metal z groove metalem, ale i też gdzieś motywy heavy metalowe się pojawiają. „Submission For Liberty” bo tak się zwie ich nowy album, to właściwie nic nowego i takich kapel z taką muzyką jest pełno i tutaj już właściwie liczy się każdy detal. Znaczenie ma zarówno produkcja, melodie, kompozytorstwo, aspekt bycia elastycznym w stylu co pozwala dostarczyć słuchaczowi bardziej urozmaicony i nie przewidywalny materiał. Liczy się zarówno wykonanie jak i forma muzyków, która zdaję się oddziaływać w największym stopniu na to jaki będzie ostateczny efekt. Pod względem brzmieniowym album zachwyca, ale nie ma się czemu dziwić, skoro człowiekiem odpowiedzialnym za to jest nie jaki Matt Hyde znany z produkcji TRIVIUM czy też MACHINE HEAD.

Patrząc przez pryzmat całości można rzec że właściwie mamy 9 kompozycji utrzymanych w ostrych, agresywnym thrash metalu pomijając przy tym oczywiście spokojne intro „Sinn Macht Frei” zbudowane na partii pianina. „While I Lay Awake” to przykład tego co nas czeka na nowym albumie 4 ARM czyli szybka praca gitar, rozpędzona i pełna dynamiki sekcja rytmiczna, a wszystko połączone zadziornym wokalem Dannego Tomba. Jego maniera i styl śpiewania przypominają mi poniekąd dokonania METALIKI. Najbardziej jednak wyróżnia się z całej tej konstrukcji współpraca Dannego z Johnem w ramach partii gitarowych i muszę przyznać, że jest na czym zawiesić ucho. Bez większych problemów potrafią dostarczyć słuchaczowi szybkie, agresywne riffy, ale też bardziej złożone, bardziej melodyjne, a czasami bardziej klimatyczne, nastrojowe, ocierające się o cechy składające się na balladę i to wszystko można usłyszeć w tym utworze. Atutem zespołu jest to że potrafi grać w taki sposób, że słuchacz identyfikuje się z prezentowaną muzyką, a to kiwa głową w rytm muzyki a to przytupie do atrakcyjnej perkusji i tak mam przez cały album zwłaszcza przy takim „Raise A fist” który łączy w sobie coś z SLAYER, METALLICA, czy ANTHRAX. Nie będzie przesadą jak zaliczę tą kompozycję do jednych z najlepszych. Mocne wejście do „Submission for Liberty” też sporo zdradza i już wiadomo że szykuje się kolejny killer. Po raz kolejny dostajemy to samo, czyli agresję, dynamikę, dzikość w jednym, ale niczego innego od tego zespołu nie oczekuję, a im więcej takich killerów tym album więcej zyskuje. Żeby jednak nie posądzić zespół o granie jednowymiarowo, bez pomysłu na urozmaicenie, mamy nieco innym pod względem stylistycznym „The Opressed”. Tutaj odchodzimy od szybkiego, agresywnego grania, na rzecz bardziej stonowanego, bardziej zadziornego, ale zespół w takiej formule też sobie radzi, ale bardziej mi odpowiada ich drugie oblicze, gdzie nie biorą jeńców. Tak więc bardziej cenię sobie taki „I Will Not Bow” który dobitnie przedstawia to wszystko co musi mieć taki typowy, rasowy thrash metalowy killer. Ostry, zadziorny riff, gdzie nie ma miejsca na jakiś słodkie melodie, do tego musi być koniecznie atrakcyjna, złożona solówka, dynamiczna sekcja rytmiczna i zapadający motyw wokalny. „Taken Down” przypomina mi ANTHRAX za czasów Busha i choć nie jest to jakiś demon szybkości, choć nie ma tej dynamiki, to jest agresja i nieco punkowy feeling i sporo wspólnych punktów można uświadczyć w „My father Eyes”. Całość zamyka najbardziej wyróżniająca się kompozycja a mianowicie „Blood Of Martys”, który powinna zaspokoić fanów METALIKI. Podobny nastrój, niemal identyczna struktura i wydźwięk, a sam kawałek nawet atrakcyjny mimo zbyt długiego czasu trwania. Choć utwór jest daleki od ballady, to właśnie można wyczuć podobny podkład nastroju.

4 ARM nie wynalazł niczego nowego, nie jest pionierem nowych patentów w muzyce thrash metalowej, ale na pewno ją nieco odświeżył, podał w dość atrakcyjny sposób, że mimo pewnych sprawdzonych, utartych motywów może się spodobać to co zaprezentowali na nowym albumie. Mamy tutaj 10 wyrównanych kompozycji, które wyróżniają się na pewno niezwykłą energicznością i przemyślaną aranżacją. Nie można zarzucić zespołowi niedbalstwa czy braku pomysłów. 4 ARM to kapela jakich wiele, ale z dużym potencjałem. Ocena : 8/10

DEMONICA - Demonstrous (2010)


Hank Shermann któż nie zna tego gitarzysty? Jeden z bardziej uzdolnionych duńskich muzyków, kojarzony przede wszystkim z wielkim, wręcz kultowym MERCYFUL FATE, z którym spędził najlepsze dni swojego życia. Potem kiedy MERCYFUYL FATE podupadł Hank grał w różnych zespołach, które właściwie nigdy nie znalazły swojego zainteresowania wśród odbiorców. Trzeba przyznać, że Hank miał różne wizje co do swojego grania i tak potrafił dostosować się do hard rockowego GUTRIX, do groove metalowego VIRUS 7, czy też bardziej metalowego FORCE OF EVIL. Jednak żaden z tych zespołów nie był na tyle znany i z żadnym Hank nie odniósł jakieś zawrotnej kariery. W roku 2008 Hank powołuje wraz z duńskim wokalistą Klausem Hyrem zespół DEMONICA, który pierwotnie miał być postrzegany jako projekt pod nazwą Hank Shermann's DEMONICA, lecz po jakimś czasie uformował się on w zespół z krwi i kości. Kapela ta właściwie jest duńska i w połowie amerykańska, bo do dwóch założycieli dołączyli gitarzysta Craig Locicero (FORBIDDEN) , basista Marc Grabowski (CORRUPTION) i perkusista Mark Hernandez (FORBIDDEN). Tak więc, jak widać kapela złożona jest z wielkich nazwisk, które odgrywają znaczącą rolę w metalowym świecie. Pewnie się zastanawiacie, co w takim razie gra DEMONICA? Cóż muzykę tego zespołu w pełni można nazwać naprawdę ciężką i mroczną. Ogólnie styl jaki prezentuje zespół na swoim debiutanckim albumie „Demonstrous” z roku 2010 jako mieszanka death metalu z thrash metalem. I nie będzie nad użyciem, jeśli przytoczę tutaj stwierdzenie, że brzmi to wszystko jak mieszanka SLAYER, TESTAMENT, SEPULTURA z pewnymi patentami macierzystych kapel muzyków. Jeśli chodzi o Hanka to bez problemu można rozpoznać te zagrywki, który nasuwają choćby MERCYFUL FATE, nawet mroczny, złowieszczy klimat mi pasuje do tego co niegdyś grał MERCYFUL FATE. Ci którzy skreślili Hanka mogą wycofać swoje zarzuty i złe słowa które kierowali pod jego adres, bo na tym albumie można się przekonać nie pierwszy raz jak znakomitym gitarzystą jest Hank. Z wielką swobodą wygrywa ostre, pełne agresji partie gitarowe, dopieszczone pod względem technicznym, jak i czysto melodyjnym. Takiego thrash metalu w sumie w ostatnich latach brakowało. Większość kapel gdzieś podążała w kierunku komercyjnym, bardziej melodyjnym. Klaus i jego mroczny, porywisty wokal świetnie wpasowuje się w ostre, złowieszcze tło gitarowe i w dynamiczną, pełną mocy sekcją rytmiczną. A to świetnie dopełnia materiał zawarty na debiucie, który można określić jako brutalny, agresywny, bezkompromisowy.

Jedno spojrzenie na mroczną okładkę na tytuły utworów i już wiadomo czego można się spodziewać i żadną niespodzianką tutaj jest otwieracz „Demon Class”. Takich utworów było pełno w przeszłości, zespół nie odkrył ameryki, nie wymyślił niczego nowego, ale w sposób jaki to podaje słuchaczowi, wykonanie, klimat i nacisk na dynamikę i inne cechy, które gdzieś ostatnio zanikały w muzyce thrash metalowej sprawiają że słucha się tego z wielkim zapałem i zdumieniem. Takie utwory jak „Ghost Hunt” każdy słyszał już w swoim życiu setki razy, ale znów energia, mroczny wstęp rodem z MERCYFUL FATE i agresywny riff sprawiają że to nie ma właściwie większego znaczenia. Liczy się teraz i dana chwila spędzana z DEMONICA. A możecie wierzyć na słowo, przy ich muzyce zapomnicie o wszystkim, nawet o upływającym czasie. Ciekawie wyszedł bardziej stonowany, bardziej heavy metalowy „My Tongue” i w coś podobnym stylu jest nieco klimatyczny „Palace Of Class” i podobną stylistykę dzieli również taki nieco przekombinowany „Summoned”. Największą atrakcją i głównym założeniem zespołu było granie ostrego, szybkiego, pełnego agresji thrash metalu i w takiej koncepcji utrzymane są „Luscious Damned”, „Alein Six” z intrygującym, wręcz shredowym zacięciem gitarowym, nieco nowoczesny „Blow Zero” czy tez mówiący sam za siebie „Fast And Furious” wyróżniający się nie tylko szybkością, ale tez atrakcyjnymi przejściami.Na koniec zespół pokusił się o ponad 8 minutowy instrumentalny utwór. „Astronomica ” ma mroczny, niepokojący klimat płyt z Kingiem Diamondem, ale wyróżnia się ciekawą aranżacją i można tutaj w ciągu tych 8 minut napotkać wiele ciekawych motywów gitarowych i melodii. Choć nie ma tutaj wokalu to i tak utwór bardzo atrakcyjny i dopełnia album.

Od początku do końca zespół trzyma się swojego celu, swoich założeń i nie bawi się w jakieś udziwnienia, zbędne urozmaicenia, w tworzenie smętnych utworów. Od początku do końca album zdominowany jest przez mroczny klimat, ciężkie, pełne agresji partie, ale nie mamowy też o monotonności i jednostajnym graniem w kółko tego samego. Mimo ograniczonej formule, jasno określonych granic muzyka tutaj potrafi czasem zaskoczyć. Zarówno pomysłowość, jak i wykonanie jest godne nazwisk ludzi którzy stworzyli ten album. Najlepsze dzieło Hanka Shermanna od czasu MERCYFUL FATE. Ocena : 9/10

środa, 22 lutego 2012

VENGEANCE - Crystal Eye (2012)


Ciężko mi jest uwierzyć że holenderska formacja w której pierwsze kroki stawiał znany gitarzysta Arjen Lucassen – VENGEANCE ma już 30 lat. A jak najlepiej świętować takie wydarzenie, jak najlepiej przypomnieć o sobie fanom? No oczywiście najlepszym sposobem jest wydanie kolejnego długograja i tak też się stało. Po 3 letniej przerwie zespół przedstawia swój dziewiąty album zatytułowany „Crystal Eye”. VENGEANCE to jeden z tych zespołów który w przeszłości napotkał na swojej drodze wiele trudności i do dziś gdzieś to fatum wisi nad nimi. Dobitnie to potwierdza choćby rok 2011 kiedy to zmarł na skutek zawału serca gitarzysta Jan Sommers. Gdyby tak popatrzeć w ogóle na skład na nowym albumie to jedynym punktem łączącym teraźniejszość z przeszłością jest wokalista Leon Goewie, który ma rozpoznawalny głos i doszedł do perfekcji w śpiewaniu zarówno bardziej rockowych kompozycji jak i tych bardziej metalowych. Skojarzenia z takim KROKUS są w tym aspekcie jak najbardziej na miejscu. Reszta muzyków to już inni ludzie, ale nie można napisać o nich jakiegoś złego słowa, bo z muzyką mają do czynienia nie od dziś. Wystarczy spojrzeć tylko na te nazwiska : Chris Slade (ex AC/DC), Keri Kelli (ex ALICE COOPER) , czy też Chris Glen (Micheal Schenker Group). Gdzieś coś z powyższych zespołów można się doszukać oczywiście w muzyce VENGEANCE na nowym albumie, pomimo że za proces komponowania odpowiada Goewie, z wyjątkiem tytułowego utworu „Crystal Eye”, który napisał Lucassen. Ten nostalgiczny, futurystyczny klimat od razu można rozpoznać, do tego dochodzą różnego rodzaju smaczki gitarowe, które pozwalają bardziej potraktować to jako utwór bardziej pasujący do jakiegoś innego bandu owego muzyka, tutaj jakoś utwór tak ambitny, z takim feelingiem, z tak progresywnym zacięciem nieco wyróżnia się i jednocześnie koliduje zresztą materiału, który utrzymany jest w stylistyce rockowej. Tytułowy utwór to jeden z najpiękniejszych momentów na albumie, a przecież nie ma tutaj ani jakiś szarży, czy też ciężaru. Jeśli chodzi o materiał to nie można narzekać na brak atrakcji czy zróżnicowania, bo zespół zadbał o ten element. I tak mamy takie bardziej rockowe kompozycje, gdzie jest dzikość, radość i przebojowość. Takie kompozycje jak otwierający „Me and You” z solówką w stylu Ritchiego Blackmore'a, „Desperate Woman” czy też „ Bad to the Bone” najlepiej przedstawiają tą cechę. Oczywiście jest to tylko średniej klasy granie i niestety trzeba przyznać z przykrością, że utwory zbudowane są na bazie prosty, wtórności i przeciętności, która przejawia się w warstwie instrumentalnej. Uważam że od takich muzyków można wymagać czegoś więcej, niż średniej klasy hard rock/heavy metal. Jakby nieco więcej metalu można wyłapać w „Shock Me Now” czy też „Whole Lotta Metal”, które w moim odczuciu również nie zachwycają ani pod względem idei, ani tym bardziej pod względem samego wykonania. Szeroki wachlarz stylu zostaje wzbogacony o spokojną i zarazem skromną balladę „Missing”, czy też bardziej bluesowy „Promise Me”. Ani pomysł na utwory ani sama aranżacja nie porywa i to przedkłada się na atrakcyjność owego albumu. Melodie które można uznać za atrakcyjne można bez problemu policzyć na palcach jednej ręki i jak dla mnie zespołowi właściwie dwa razy udało się przełamać i nagrać od początku do końca killer. Mam tu na myśli przebojowy otwieracz i klimatyczny „Crystal Eye” autorstwa Lucassena. I choć zespół skupia znanych muzyków, choć kapela gra już od 30 lat to jednak ciężko to wyczytać z tego co słychać na albumie. Ogólnie można darować sobie, chyba że ktoś jest fanatykiem zespołu. Ocena : 4/10

wtorek, 21 lutego 2012

FREEDOM CALL - Land Of The Crimson Dawn (2012)


Ile kroć z zespołu odchodzi ktoś ważny dla teamu tyle razy można to odczuć na różny sposób. Bo zmiany personalne zawsze niosą ze sobą jakieś zmiany, a owe deformacje są większe im ważniejszy jest to członek zespołu. Świetnie to obrazował taki BLIND GUARDIAN, gdzie ino odszedł Thomen Stacuh to od razu styl grupy nieco się zmienił, tak samo jest w sumie z niemieckim power metalowym FREEDOM CALL, w który znaczącą rolę odgrywał również perkusista Dan Zimmermann, który również występuje w GAMMA RAY. Perkusista był jednym z założycieli zespołu i wraz z wokalistą/gitarzystą Chrisem Bayem współtworzył repertuar, to on tez był odpowiedzialny za sukces zespołu i jego dynamikę. Poza tym jak wiadomo np. GAMMA RAY jest on też znakomitym kompozytorem. Jednak dzielić funkcji w dwóch zespołach nie było akceptowane przez Chrisa Baya i tak pożegnano jednego z ważniejszych członków zespołu. Jest to wg mnie cios dla zespołu i to niestety słychać, że zespół stracił sporo i to chyba bezpowrotnie. W roku 2010 wydany został „Legend Of the Shadow King” i dla mnie jest to jeden z ich najlepszych wydawnictw, który śmiało można postawić obok takiego „Eternity”. Klaus Sperling to znany i dobry perkusista, jednak nie w tym rzecz, lecz w samym komponowaniu. Mimo że dalej jest power metal do jakiego nas przyzwyczaili, mimo że jest słodko i melodyjnie, to jednak mam wrażenie, że zespół momentami stara się eksperymentować, momentami grają zbyt komercyjnie i siódmy album „Land Of The Crimson Dawn” przypomina mi pod wieloma względami „Dimensions”. Produkcja, forma wokalna Chrisa, oraz niektóre kompozycje też brzmią jak zaginione kawałki z tamtego albumu.

Zespół nie próżnował przez 2 lata bo tak o to na krążek trafiło 14 kompozycji i trzeba mimo wszystko przyznać, że materiał jest zróżnicowany, szkoda że momentami nieco nie dopracowany i nieco taki nijaki i mało atrakcyjny dla ucha. Najlepiej prezentują się te kompozycje, które oddają charakter dotychczasowego stylu zespołu, a więc taki melodyjny power metal oparty na słodkiej, chwytliwej melodii i przebojowym refrenie. Świetnie te cechy oddaje szybki „Age of the Pheonix”, dynamiczny „Rockstars” które oddają styl FREEDOM CALL. W podobnej power metalowej formule jest utrzymany przebojowy „Valley Of Kingdom” i melodyjny „Space legends”, które stanowią trzon owego albumu i to właśnie te utwory najlepiej się prezentują, bo są takie typowe dla tego zespołu. Reszta to już odskocznia od tej formuły i próba mierzenia się z innymi gatunkami. Weźmy taki „Crimson Dawn”, który jest na albumie najdłuższą kompozycją. Próba zagrania czegoś bardziej epickiego, bardziej rycerskiego, bardziej walecznego i próba podanie tego w nieco innej formie. Nie ma pędzenia do przodu, jest średnie tempo i nie można tego nie połączyć z takim choćby HAMMERFALL. Coś innego, ale muszę przyznać, że brzmi to naprawdę znakomicie. Ową waleczność i podniosłość można wyłapać w takim „66 warriors”, ale instrumentalnie czuje się nie dosyt i niektóre momenty tutaj śmieszą. Próba zwrócenia uwagi słuchacza w postaci „Back Into The Land Of Light” nie udana, bo choć melodyjnie jest to podobne do pierwowzoru, to jednak nie jest już tak chwytliwe, tak przebojowe, jest to cień wielkiego utworu z albumu „Eternity”. Oprócz mierzenia się z epickim metalem są też próby grania takiego groove metalu z mieszanką power metalu spod znaku SYMPHORCE co słychać w takim „Sun In the dark”, czy też „Terra liberty”który jest właściwie tylko imitacją ciężkiego metalu i jakoś nie pasują do reszty kompozycji. FREEDOM CALL na tym albumie nie potrzebnie miesza sobie elementami rockowymi, które raz już zawiodły. W takiej formule jest utrzymany singlowy „Hereos On Video” czy też „Rockin Radio”. Są to utwory przesadzone w komercji i stanowią najsłabszą część albumu. No i takim kawałkiem będącym na pograniczu rocka i power metalu jest zamykający „Power And Glory”.

Brak Dana Zimmermanna słyszalny jest, mimo tego że zespół jakoś nie zaczął grać drastycznie winnym stylu. Taka mieszanina stylów już była na „Dimension”. Tamten album nie zbyt miło wspominam i nie wracam do niego praktycznie w ogóle bo nie ma do czego. Ten album czeka taki sam los. Album w moim odczuciu jest za długi, za bardzo „zróżnicowany”, momentami zbyt komercyjny i najlepiej wypadają kompozycje utrzymane w formie power metalowej i wszelkie wycieczki w kierunku rocka, czy groove metalu kończą się nie powodzeniem. Najbardziej zagorzali fani zespołu, będą zachwyceni, reszta wygłodniałych słuchaczy power metalu nie bardzo. No w ostatecznym rankingu wychodzi że to jeden z ich najgorszych albumów. Ocena: 5/10

niedziela, 19 lutego 2012

PRODIGAL SONS - On Our Last Day (2012)


Fani tradycyjnego heavy metalu na pewno powinny usłyszeć włoski PRODIGAL SONS który gra heavy metal oparty przede wszystkim na brytyjskiej tradycji spod znaku IRON MAIDEN, JUDAS PRIEST, ale można śmiało też doszukać się innych kapel jak choćby taki CRIMSON GLORY. Nie potrzeba długiej analizy, żeby poznać że to kolejna młoda formacja , która debiutuje, że jest to kolejny odtwórczy zespół, że właściwie można zapomnieć o jakieś rewolucji w gatunku. Jednak nie pozbawia PRODIGAL SONS nagrania dobrego heavy metalu. Od czasu założenia czyli 2005 roku minęło trochę czasu, który właściwie został zainwestowany w dema i mini albumy. Mamy rok 2012 i premierę pierwszego albumu zatytułowanego „On our last Day”. W tym roku już mieliśmy wydawnictwo z podobną muzyką, mam tu na myśli AXEVYPER i fanom tamtego albumu na pewno przypadnie do gustu i ta nowość. To co przesądza o tym, że krążek broni się mimo mało oryginalnej muzyce? Przede wszystkim dobrze sporządzone brzmienie, które oddaje klimat lat 80, jest nieco surowe, nieco mięsiste i podkreślające ową zadziorność partii gitarowych. Takie brzmienie idealnie się wpasowuje się w całą oprawę melodyjną albumu, z poszczególnymi riffami i solówkami. Skoro już wkroczyliśmy do kompetencji poszczególnych muzyków, to warto tutaj napisać kilka słów na ich temat. Zacznijmy od wokalisty Gabriela Tura, który może nie jest właścicielem najlepszego głosu, który może nie ma zbyt dużych możliwości, który nieco kuśtyka pod względem techniki, to jednak idealnie on komponuje się z tym zadziornym materiałem. Pierwsze skojarzenie to oczywiście taki Kai Hansen, który również nigdy nie był wielkim wokalistą, a potrafił poruszyć tłumy swoim wokalem i co ważne zawsze pasował do tego co gra i tu jest podobnie. Dalej mamy duet gitarzystów Folli/Galente, który spisuje się ze swojej roli. Dostarczają sporą dawkę energii i muszę przyznać, że nie można narzekać na brak zróżnicowania w aspekcie partii gitarowych bop są i szybkie partie, jak i te wolne, momentami melancholijne, momentami podniosłe. Sekcja rytmiczna również wywiązuje się ze swoich zobowiązań, a to wszystko zapewnia odpowiedni poziom muzyki, który odzwierciedla umiejętności muzyków.

Zespół ceni sobie melodie i chwytliwość, o czym można się przekonać za sprawą tajemniczego intra „1.9.8.4”. Nie trzeba się martwić właściwie o melodyjność, czy ostrość poszczególnych utworów, bo właściwie w każdej kompozycji można dostrzec coś pozytywnego. W takim „V” imponuje przede wszystkim melodyjny riff zalatujący nieco IRON MAIDEN, a także niezwykła dynamika. I choć jest to do bólu wtórne i przewidywalne to jednak słucha się tego nadzwyczaj dobrze. Horyzonty zostają poszerzone w melodyjnym, nieco rycerskim „Banquet To The Gods” gdzie początkowy riff zalatuje nieco CRYSTAL VIPER, czy też RUNNING WILD. Ogólnie kolejna porcja czystego heavy metalu. Nie wiele od tego stylu odbiega taki „Let Us Speak”, który jest przyozdobiony różnymi smaczkami jak choćby akustyczna gitara. Melodyjność na podobnym poziomie można usłyszeć w nieco stonowanym „Deception From Heaven”. Czego na owym albumie jest pełno to bez wątpienia kompozycji przekraczających 6 minut. Jednym z nich jest dynamiczny i urozmaicony „Zeus” o zabarwieniu IRON MAIDEN. Jednym z ostrzejszych i mroczniejszych momentów na płycie jest „The Sacred Land”, który jest kolejnym mocnym punktem na albumie. Udanie wyszła konfrontacja wolnego tempa z szybszym. Nieco inny wydźwięk ma taki „I Dream Of Hope”który jest bodajże najbardziej progresywnym kawałkiem na płycie i najbardziej złożonym, gdzie również sporo patentów IRON MAIDEN. Całość została uzupełniona o balladę „On our Last day”, który niczym nie zaskakuje oraz cover CRIMSON GLORY, czyli „Red Sharks”.

Jak na debiutancki album to muszę przyznać, nie ma co narzekać otrzymaliśmy kawał porządnego heavy metalu. I choć nie ma w tym za wiele oryginalności, to jednak potrafi zapewnić miły czas w obecności przyjemnych dla ucha melodii, ostrych riffów. Pytanie tylko, jak długo zespół będzie grał taką muzykę w takim stylu? Ocena: 7/10

sobota, 18 lutego 2012

RIZON - Masquerade (2012)


Szwajcarzy w ramach nowości heavy metalowych mają do zaoferowania nowy album RIZON, który gra melodyjny heavy/power metal. Co mnie nieco rozbawiło początkowo to że zespół liczy ....7 osób, w tym dwóch wokalistów, jeden facet i jedna kobieta. To poniekąd się przedkłada na to że muzyka owego zespołu dość często jest nijaka i zbyt chaotyczna. Jasne gdzieś tam wplecione są ciekawe melodie, który potrafią przykuć choć tylko na chwilę uwagę słuchacza. Czasami jest albo coś przesadzone, albo po prostu czegoś brakuje. Taki właśnie jest „Masquerade” który obdarzony jest mocnym i nie mających większych wad brzmieniem a mimo to słychać dominację przeciętniactwa i nijakości, a dobre rzeczy można policzyć tutaj na palcach jednej ręki.

No niech będzie że do udanych zaliczę otwierający „High Flyer” bo mimo monotonnego riffu, mamy tutaj naprawdę udany refren i muszę przyznać, że ten element to jedna z nie wielu zalet RIZON. No są po prostu chwytliwe i potrafią umilić czas, czego nie mogę powiedzieć o już samych partiach gitarowych, które są pozbawione mocy i zostały złagodzone do wszelkich granic. Przez co jest dominacja słodkości nad prawdziwym kopem. „Sigh From the Eternity” ma dobre wejście, takie dynamiczne, melodyjne, potem gdzieś nieco gdzieś ta energia ulatuje, ale i tak jest to całkiem przyjemny kawałek, ale to głównie przez słabą konkurencję w obrębie tego albumu. Dobrze się prezentuje taki melodyjny „Masquerade” bo ma ciekawie zaplanowaną linie melodyjną, szkoda tylko że wdziera się tutaj chaos i mogło to brzmieć znacznie lepiej niż w tej tutaj przedstawionej formie. I kto by pomyślał że łaskawszym okiem spojrzę na balladę? A jednak „Tears of The Sun” brzmi naprawdę znakomicie. Jest uporządkowany, podniosły i potrafi zauroczyć swoją przebojowością i do tego bojowe chórki. Szkoda, że to jeden z niewielu przebłysków na tym krążku. Świetne tło robią klawisze tło w nieco nijakim „Same Same”, z kolejnym chwytliwym refrenem, a do udanych dłuższych kompozycji śmiało można zaliczyć „Out Of Nowhere” który sporo ciekawie ułożonych motywów i złożoność w tym przypadku jest zaletą. I ostatnim kawałkiem który zasługuje na bliższe poznanie, to rytmiczny „Lost in Silence”. Reszta to średniej klasy utwory, które mają kilka ciekawych momentów, ale to wszystko.

Specjaliści od chwytliwych refrenów tak można by w skrócie podsumować muzykę RIZON na tym albumie, bo w tym elemencie się wypełnił. Szkoda że gorzej im idzie z ładem i ułożoną strukturą. Szkoda, że ciężko tutaj o naprawdę zapadający motyw. Jak dla mnie album z kategorii, posłuchać i zapomnieć Można pochwalić za czyste, krystaliczne brzmienie i za tak liczny skład, w którym muzycy znajdują wspólny język. RIZON na scenie nie namieszał i album jedynie dla ciekawskich. Ocena : 4/10



ECLIPTICA - Journey Saturnine (2012)


Przyznam się bez bicia, że nigdy przedtem nie miałem kontaktu z takim bandem jak ECLIPTICA i pomimo faktu, że wiedziałem że grają power metal z elementami, symfonicznymi, rockowymi i heavy metalowymi, czyli to co lubię, to jednak nigdy nie miałem okazji ich usłyszeć. Cóż owe niefortunne zdarzenie już jest nie aktualne, a zmienił to nowy album owej austriackiej formacji, która została założona w 2005 roku. Kariera zespołu nabrała rozpędu wraz z wydaniem mini albumu „The Awerking” i wygraniem metalowego konkursu podczas serii festiwali WACKEN. To przyczyniło się w sposób bezpośredni do tego że już w 2008 roku ukazał się debiutancki album „Impetus”. Na drugi album przyszło poczekać fanom zespołu aż 4 lata, a wciągu tego długiego okresu nie wydarzyło się zbyt wiele i jedyną istotną zmienną zespołu ECLIPTICA stała się nowa wokalistka, a mianowicie Sandra Urbanek oraz gitarzysta Alen Duricic. "Saturnine Journey." to album które zawiera muzykę z pogranicza power, heavy, rocka i symfonicznego metalu i choć nie ma w tym za grosz oryginalności, bo a to zalatuje VISIONS OF ATLANTIS, a to EDGUY, a to SONATĄ ARCTICĄ a także innym bardziej znanymi kapelami to jednak gdzieś w tym wszystkim jest złoty środek, który sprawia że słucha się tego albumu od początku do końca z uśmiechem na twarzy i z dużą przyjemności. Duża w tym zasługa muzyków, który stworzyli przemyślany i dopieszczony materiał nie tylko pod względem technicznym ale i kompozytorskim. Uwagę słuchacza przykuwają takie rzeczy jak nacisk zespołu na melodyjność warstwy instrumentalnej, zgrabnie przeprowadzona aranżacja, czasami lekkość, klimat, a także niezwykły wachlarz całości gdzie rozłożona jest między różnymi stylami od patentów rockowych poprzez heavy metalowe, kończąc na power metalowych propozycjach. A wszystko spięte zostało niezwykłą przebojowością.

Nie ma to jak rozpocząć album od mocnego, podniosłego intra, która za cholerę nic nie zdradza, a jedynie powiększa nie pokój i ciekawość i tak też jest z intrem na tym krążku. Szybko przechodzimy do pierwszego przeboju z tego albumu, a mianowicie "Journey Saturnine." Ciężki riff otoczony lekkością i melodyjnością i muszę przyznać, że takich utworów na scenie muzycznej jest pełno i jedne są lepsze, jedne gorsze, ale co ten kawałek pozwala wyłapać z innych podobnych to właśnie ta jego lekkość, przebojowość i melodyjność. Tutaj też można przekonać się że zespół jak na młody band ma całkiem spory pokład umiejętności, które słychać na tym wydawnictwie. Aranżacje dopieszczone, starannie przyrządzone, że przykuwają uwagę nawet jeśli są do bólu wtórne. Dalej mamy równie udany „Fire , Burn” który jest miksem heavy metalu i power metalu, który przypomina nieco mi dokonania BLODBOUND. Tutaj też można wyłapać kolejny ważny element muzyki ECLIPTICY, a mianowicie wokale damskie Sandry, który czasami urozmaicają kawałek, czasami podkreślają jego lekkość, klimat i zabieg ten wg mnie jest cechą charakterystyczną muzyki tej formacji, podobnie jak w takim AXXIS. Jednak na promocję albumu wybrano coś zupełnie innego. A mianowicie przyjemny, nieco komercyjny „Love And Misery”, który przypomina mi utwory Tobiasa Sammeta z ostatniej AVANTASII i słychać tutaj przede wszystkim ciepły hard rock z budowany na chwytliwej melodii i zgrabnych partiach gitarowych, a także na lekkości obu wokali. Mimo innego stylu, wciąż jest kupionym tym zespołem. Fani niemieckiego power metalu, hansenizmu na pewno spodoba się taki „Dreamland”, który zbudowanym jest na melodyjnym, dynamicznym riffie, który przypomina mi działalność Kai'a Hansena, a sam refren czysta poezja i kwintesencja power metalu. Przebojowość na najwyższym poziomie i tak samo można opisać taki nieco ostrzejszy „Kingdom Of Heaven” gdzie mamy nawet growl. Kolejny przyjemny riff można usłyszeć w „Blackened day” choć tutaj jakoś sekcja rytmicznie nieco odstaję i gdzieś zostaje zatracona energia i dynamika, ale dalej jest melodyjnie i przyjemnie dla ucha. Więcej rocka znów usłyszymy w takim lekkim, ciepłym „Ready For ride” . Nawet dwa kawałki rockowe nie zmylą słuchacza że mamy do czynienia z power metalową kapelą, a dobitnie o tym przypominają nieco cięższy „The shadow”, melodyjny „Condition Crestfallen” który jest przyozdobiony nieco słodkimi klawiszami, a także przebojowy „Attitude”. Żeby było jeszcze ciekawiej i bardziej zróżnicowanie całość zamyka klimatyczna ballada „Without You”.

Tym razem obyło się bez jakiś większych kompozytorskich wpadek i nie trafiłem na jakiś słabszy utwór, który by obniżył atrakcyjność całości. Do tego dochodzi dopieszczone, czyste i dynamiczne brzmienie. Fani melodyjnego power metalu z elementami heavy metalu i rocka myślę że będą zadowoleni tak jak ja. Mimo wtórnego charakteru słucha się tego z wielkim zapałem i relaksem. Ocena: 8/10

DEVIL'S TRAIN - Devil's train (2012)


Kto powiedział że muzycy heavy metalowi muszą tkwić w jednym zespole, że muszą trzymać się kurczowo jednego stylu, gatunku muzycznego? Nikt i gdyby tak spojrzeć na skład nowo powstałego zespołu, który skupia tak wielkie gwiazdy jak perkusista Jorg Micheal i basista Jari Kainulainen (STRATOVARIUS,) wokalistę Roberto Dimitri Liapakis znanego z MYSTIC PROPHECY to można by powiedzieć kolejny power metalowy zespół w gwiazdorskiej obsadzie. Błąd, bo muzycy postanowili spróbować sił w heavy metalu z dużą ilością hard rocka i śmiało można to określić jako hard/n heavy. DEVIL'S TRAIN to nazwa która przyciąga uwagę i intryguje i właśnie pod taka nazwą wydali debiutancki album „Devil's Train” który ukazał się w tym roku. Prócz chwytliwej nazwy zespołu dopełnieniem całości jest klimatyczna okładka ich debiutanckiego albumu idealnie pasująca do tego co gra zespół i ogólnie do całego materiału. Muzycy nie są amatorami, więc nie będę tutaj poddawał analizie ich umiejętności, ale powiem jedno ten zespół brzmi fantastycznie. Jest energia, jest ciężar, jest szaleństwo, są dobre melodie i nie brakuje przebojów. Myślę że album pogodzi fanów zarówno starych klimatów, jak i nowoczesnych.


A to co znajdziemy na albumie to przyjemny dla ucha miks heavy metalu z hard rockiem do tego przyjemny, przemyślany i odegrany od początku do końca na podobnym równym poziomie. Oczywiście w tej ograniczonej formule można się doszukać kilka odskoczni i zróżnicowania. Mamy o to takie utwory jak otwierający „Fire And Water” z bluesowym początkiem, z ciężkim riffem i zadziorną rytmiką, a to wszystko przesycone chwytliwością. Czasami po prostu puszczają im hamulce i stawiają na szaleństwo i melodyjność tak jak choćby w tytułowym „Devil's Train”. A kiedy się robi przewidywalnie zespół serwuje taki „Roll The Dice”, który ma sporo w sobie heavy metalu i nieco power metalowej dynamiki. Nie ma mowy o nie dopasowaniu do reszty, bo w tym przypadku dalej słychać rock'n rollowy feeling i to szaleństwo. Jest to bodajże jeden z moich ulubionych utworów z tego albumu, który przybliża nam element partii solowych, które są na tym wydawnictwie staranie przyrządzone, mają w sobie sporo polotu, lekkości i radości. Duża w tym zasługa gitarzysty Lakiego Ragazas , który nie ma jeszcze statusu gwiazdy jak jego koledzy z zespołu, ale słychać że ma potencjał i pracuje w pocie czoła żeby dojść do tego co pozostali członkowie DEVILS TRAIN. Zespół potrafi też zwolnić tempo, zarzucić nieco funkowym klimatem tak jak choćby w „To The ground”. Nie zabrakło tez mocnych, dynamicznych kawałków, gdzie znów daje o sobie heavy/ power metal i muszę przyznać, że taki mroczny „Yellow Blaze” czy rozpędzony „Room 66/64” to najjaśniejsze momenty na albumie i słychać zróżnicowanie materiału i umiejętność tworzenia prawdziwych petard. A skoro mowa o różnorodności stylu poszczególnych kompozycji to śmiało można tutaj pochwalić ze w plątanie w całość kilka ballad. Jedną z takich bardziej nastrojowych, z bardziej wzruszających jest bez wątpienia „Forever” z zapadającym refrenem, czy też zadziorny „The Answers”. Nieco ciężej się prezentuje taka pół ballada jaką jest „Coming Home”.

„Devils train” to album który miło się słucha, to album który zawita w wielu odtwarzaczach i zapewne w wielu z nich pozostanie, bo taka muzyka ma zawsze wzięcie. Jej zdaniem jest relaks i dobra zabawa, a tego doświadczycie podczas słuchania tego albumu. Jest sporo mocnych punktów, jak choćby muzycy tworzący muzykę, same utwory, niektóre melodie i sam przekaz, który nastraja słuchacza pozytywnie. Jednak jest tez kilka wad, jak choćby lekka doza monotonności i czasami nieco zespół przesadza z ciężarem który gryzie się z hard rockowym szaleństwem, ale to są wady, które idzie przeboleć. Ocena: 7/10

piątek, 17 lutego 2012

LUNOCODE - Celestial Harmonies (2012)


Jaka ilość melancholijności w metalu jest odpowiednia? Jak cienka jest linia między emocjonalną papką, a ambitnym dziełem? To jedne z wielu pytań jakie się nasuwa po kontakcie z debiutującym w tym roku włoskim zespołem LUNOCODE. Za sprawą ich oficjalnych stron może się dowiedzieć całkiem sporo na ich na temat. Nie mam zamiaru tutaj pisać ich biografii, więc tylko pokrótce przedstawię to co jest niezbędne żeby kojarzyć ten zespół. Kapela została założona przez perkusistę Perseo Mazzoni, gitarzystów Paride Mazzoni i Giordano Boncompagni oraz basistę Francesco Rossi w owym czasie jeszcze pod nazwą ANIMA. W 2005 roku do młodej włoskiej formacji dołączyła wokalistka Cecilia Menghi i wtedy zespół zaczął publikować swoje utwory. Najpierw pojawił się mini album zatytułowany "Last Day of the Earth" który ukazał się w 2009 roku. Rok później zespół opuściła wokalistka, a wraz z przyjściem Daphne Romano zmieniono nazwę zespołu na LUNOCODE i w takim składzie rozpoczęto pracę nad "Celestial Harmonies" który ukazał się w tym roku. Z jednej strony kapela imponuje ciekawym podejściem do muzyki metalowej. Sporo w ich muzyce ambitnych rozwiązań, nie zawsze akceptowanych przeze mnie, nie zawsze trafiające w mój gust, jednak mimo wszystko szacunek, za pójście w innym kierunku niż inni. Zespół głównie bawi się progresją, rockiem i metalem. Niby jest ambitnie i dość oryginalnie, jednak nie trafiło do mnie to. Zabrakło mi tutaj przesłanek dobrej muzyki, nie mogłem doszukać się ani jednej przyjemnej dla ucha melodii, nie potrafiłem się zrelaksować przy prezentowanej muzyce. Jasne są momenty, ale jest ich jednak nieco za mało. Najlepiej chyba prezentuje się tutaj otwieracz „Sin Cara” taki nieco energiczny, zadziorny, gdzie można doszukać się elementów heavy/power metalowych. Chyba oczekiwałem mniej więcej takiego materiału i chyba liczyłem że tak zostanie rozwiązana całość, cóż myliłem się. Utwór jest jednym z niewielu tych zaliczanych do przystępnych i takich rzekłbym słuchalnych. Zmiana stylu i prawdziwe oblicze zespołu już można usłyszeć w takim „Heart Of The world”, który jest nastrojową balladą. Jasne może się podobać wykonanie, bo ładnie się uzupełniają wzajemnie piękny, słodki wokal Daphne, z akustyczną partią gitarową. I tak jak jest to piękne, tak samo niestety potrafi nieco uśpić czujność słuchacza. Upust progresji mamy w 9 minutowym „Indifference” który strasznie się wlecze i jedynie co przykuło moją uwagę to solówki, które nie są dość częstym zjawiskiem na tym albumie. Pojawia się też moment podniosły i bardziej symfoniczny czyli „On Matter And Mind”, który jakoś nie pasuje do całości. Nieco ciężaru i nieco metalu słychać w dziwacznym „The Cosmic Architect”, ale myślę że smakosze progresywnego metalu odkryją jakieś smaki tutaj. Reszta zbyt melancholijna, zbyt spokojna jak dla mnie i niestety ale patrząc na całość to mamy tutaj dominację właśnie takie nastroju, metal tutaj nie istnieje, a szkoda. Ciekawe jaki wywarło by to wpływ na te dziwne pomysły jakie zespół tutaj przedstawia. Grać potrafią i to pokazują bez większych problemów, jednak gdzieś to wszystko nie sprawiło że padłem z wrażenia. Staram się zebrać myśli i stworzyć profil tego albumu, wystawić kolejną ocenę i wyrazić opinię i nie jest łatwo. Bo jest to jeden z tych albumów, które nie odbił swojego piętna na mnie, nie zasiał ziarenka, które będzie rosło we mnie z każdym dniem. Cóż fani takiego grania, może dostrzegą coś więcej, może spojrzą innym, fachowym okiem, ja nie potrafię. Strasznie się wynudziłem przy tym albumie, a przecież tak nie musiało być. Wystarczyło pociągnąć motyw z otwieracza, a tak otrzymaliśmy debiut, który imponuje tylko pod względem ambicji melodii i brzmienia, a przytłacza zbyt przesadzonym melancholijnym klimatem i spokojem. Ocena : 2/10

środa, 15 lutego 2012

WARRICK - Beyond Diplomacy (2012)


Młodych zespołów z każdym rokiem przybywa i to jest nieuniknione zjawisko. Nowy rok, nowi debiutanci. Tym razem przedmiotem moich rozważań będzie amerykański WARRICK, który gra thrash metal nieco z metalizowany. Kapela założona została w roku 2006 i w roku następnym pojawił się mini album znany jako „Metal As Fuck” ale na pełno metrażowy album przyszło nieco poczekać bo aż do roku 2012. „Beyond Diplomacy” to tytuł debiutanckiego wydawnictwa WARRICK i nie ma się co oszukiwać bo nie znajdziemy tutaj nic nowego, to wszystko już gdzież było, a sam zespół też nie wiele od siebie daje w tej kwestii. Wszystko sprowadza się do faktu, że muzycy tworzącą tą kapelę to zgraja dobrych instrumentalistów, którzy grać potrafią, jednak tutaj trzeba nieco własnego w kładu, własnej pomysłowości i tego mi poniekąd brakuje na debiutanckim albumie. I choć wtórność jest tutaj na każdym kroku, to można pochwalić za wokal Slipo, który ma agresję i zadziorność a w takim graniu jest to niezbędne. Szkoda , że duet Trunks/Canci nieco się oszczędzają, serwują zbyt monotonne jak na thrash metalową muzykę partię i czasami jest to zbyt spokojne, pozbawione energii i przytłoczone melodyjnością. Tak więc, można rzec że słychać że to debiutanci i że muzycy to raczej rzemieślnicy. Jak to się odbiło na materiale?

Całościowo słucha się całkiem przyzwoicie, choć nie powiem wszystko można odczytać przy otwieraczu. „Deprivation” przede wszystkim zdradza fakt, że zespół ma sporo odsyłaczy do METALIKI a także do EVILE. Co można też odkryć, to fakt że zespół nie jest stać na jakiś zapadający motyw, ani też na agresję którą uświadczyłem choćby na albumie zespołu GAME OVER. Do tego średnie tempo i mamy nieco nie dopracowany utwór i najlepiej z tego wypada wokal i sam refren, reszta w normie. Z dwojga złego wolę już „Death Before Dishonor” w którym to jest jakaś atrakcyjna, chwytliwa melodia, jest nieco dynamiki, nieco agresji, ale też czegoś mi tu brakuje. „The Scourge” jest utrzymany w podobnej koncepcji, z tym że przyspieszeń jest tu znacznie więcej. W szybszych tempach zespół na pewno o wiele lepiej brzmi, bo jest wtedy pazur i nie ma jakiegoś silenia się, świetnie to słychać choćby w takim „Metal Or Die”, czy też w rozpędzonym „State Of Aggression”. Sporo kompozycji jest przesiąknięta heavy metalem i to można dostrzec wsłuchując się w strukturę „Martyr” czy też 6 minutowego kolosa „For Those Once Loyal” i dogłębnie przeanalizować ich melodyjność i wtedy wszystko stanie się jasne, kapela miesza thrash metal z heavy metalem.

Album robi wrażenie wyrównanego, ale zarazem monotonnego i ciężko tutaj o coś więcej niż przeciętność, przesiąkniętą wtórnością. Materiał choć nie jest zły robi wrażenie niedopracowanego, a przede wszystkim nie przemyślanego. Co z tego, że mamy riffy, solówki, refreny kiedy całościowo to jakoś się nie trzyma kupy i nie robi większego wrażenia. Brakuje tez killerów i jakiś punktów zaczepienia, które pozwoliłyby zapamiętać w jakikolwiek sposób przedstawiony tutaj album. Jeśli szukacie czegoś wartościowego to odsyłam to SUICIDAL ANGELS i GAME OVER. Ocena 4.5/10

PHARAOH - Bury The Light (2012)


Pamiętam rok 2008 kiedy to swoją premierę miał kolejny album amerykańskiej formacji PHARAOH, a mianowicie „Be Gone” i do dziś pamiętam, że owe wydawnictwo zostało ciepłe przyjęte. Dziś mamy rok 2012 i premierę kolejnego albumu tegoż zespołu i „Bury The Light” to już krążek numer 4 w ich karierze. Jednak nie wszyscy muszą ich znać i wiedzieć co grają, więc teraz kilka zdań na temat zespołu, aby niektórzy mogli się bardziej oswoić zespołem i poznać go co nieco. Warto zacząć w tym przypadku najlepiej od początku czyli od roku 1998 kiedy to formacja została założona , potem mamy debiutancki album „After The Fire” w 2003 roku, a trzy lata później „The Longest Night”. Muzycznie „Bury the Light” nie odbiega od tego do czego nas przyzwyczaił, dalej jest sporo heavy metalu spod znaku IRON MAIDEN, czy też ATTACKER albo HELSTAR, jednak tym razem mam wrażenie, że pierwiastek heavy metalowy przyćmił power metalowy znany mi z „Be Gone” i właśnie to jest wg mnie najgorsza cecha nowego albumu. Momentami zbyt melancholijna, zbyt nijaka, jakby bez energii, bez ognia, a same pomysły też czasami uważam za nie trafione. Szkoda nieco tego wszystkiego, bo i brzmienie jest dobrze wyważone, a sami muzycy mają owe wymagane umiejętności mają potencjał. Tak więc postaram się wskazać to co mnie ruszyło w poszczególnych utworach.

Materiał tworzy 10 się kompozycja i otwarcie albumu za pomocą „Leave Me Here to Dream” mogłoby się wydawać za udanym pomysłem, bo utwór melodyjny, dynamiczny i do tego ma cechy zadziorności. Nie sposób tutaj powstrzymać się od skojarzeń z IRON MAIDEN, ale też HELSTAR gdzieś się tutaj pojawia. Nie powiem utwór dobry, ale szału nie ma czegoś mi tutaj brakuje, a może owa wtórność sprawia, że już czuję nie dosyt? Dobrze, że stylistycznie „The Wolves” jest inny, bo album byłby dopiero nudny. Tym razem słychać wyraźnie że jest power metalowe zacięcie. I tym razem zespół stworzył ciekawą linię melodyjną, a owy ciężar i mrok sprawia że to wszystko nabiera odpowiedniego wymiaru, którego nie dostrzegłem przy pierwszej kompozycji. Utwór rozegrany z myślą o amerykańskiej scenie metalowej. „Castles in the Sky” niby ma ciekawe melodie w stylu IRON MAIDEN, ale oklepany motyw i okrojenie z charakteru sprawia, że utwór niczym nie porywa, no może z wyłączeniem dobrej formy wokalnej Tima Aymara. Mieszane uczucia ma również w przypadku najdłuższej kompozycji którą jest „The Year of the Blizzard”. Wiem, że miało być różnorodnie, że miało być bardziej złożony kawałek, ale połączenie patentów balladowych z bardziej heavy/power metalowymi wyszły nijako i myślę że zrobienie z tego 2 kompozycji byłoby lepszym rozwiązaniem. Sporo IRON MAIDEN w linie melodyjnej i właściwie pod względem czysto instrumentalnym jest to utwór bardzo udany, bo i motyw taki dość przemyślany, a solówki śmiało można zaliczyć do tych najlepszych. Tak więc mimo zgrzytów i owej rozbieżności mamy jeden z ciekawszych utworów na płycie. Nie ustanym wrażeniem które mi towarzyszyło niemal przez cały album to brak zdecydowania i chaos , które świetnie słychać w nijakim „The Spiders Thread”. To, że brakuje energii, mocy i zapadających motywów pisałem już na wstępie, a ten argument można poprzeć dając za przykład taki „Cry” czy też „Graveyard of Empires”. Do udanych kompozycji, które starają się zmazać wszelkie złe wrażenie z poprzednich utworów zaliczyć należy utrzymanym w średnim tempie „Brun With Me” oraz melodyjny „In Your hands”.


W przypadku „Bury The Light” mam wrażenie że zabrakło pomysłów na wszystko, zarówno na samą strukturę, melodię jak i aranżację. Wszystko jest strasznie przeciętne i nie przykuwa uwagi na dłużej i brakuje niemal tego wszystkiego co można było uświadczyć na „Be Gone” uleciała nie tylko pomysłowość ale i energia. Szkoda, bo PHARAOH spodziewałem się czegoś więcej. Kolejne tegoroczne rozczarowanie. Ocena: 4.5/10