Strony

środa, 30 maja 2012

VICTIM - Power Hungry (1984)


Kiedy oczekiwanie na nowości płytowe czasami przeradza się w czerwoną gorączkę, kiedy nie ma zbytnio nic ciekawego w danym miesiącu, kiedy ma się ochotę na stary porządny heavy/speed metal to nie pozostaje nic innego jak operacja poszukiwawcza w starociach. I tak w ramach grzebania w latach 80 znalazłem amerykański VICTIM, który powstał na początku lat 80 i zostawił po sobie nie wielki ślad na scenie metalowej w postaci dwóch albumów. Na szczególną uwagę zasługuje ich pierwsze wydawnictwo czyli „Power Hungry” gdzie mamy do czynienia z dynamicznym heavy/speed metalem z elementami hard rocka. Tak więc nie ma większych problemów z wyłapaniem tutaj wpływów JUDAS PRIEST, PRETTY MAIDS czy KROKUS. I choć VICTIM nie grał niczego innego niż większość kapel w tym okresie, to jednak moc przekazu, sposób porwania słuchaczy była po ich stronie i ten aspekt opanowali do perfekcji. Również aspekt tworzenia przebojów i łatwo zapadającej muzyki która opierała się na przebojowości, melodyjności i prostocie, a wszystko zbudowane w oparciu o imponujący warsztat techniczny. Wokalista Rocky Reiger może nie jest jakiś utalentowanym śpiewakiem, ale ma charyzmę, potrafi zaśpiewać w wysokich rejestrach, tak samo dobrze radzi sobie gitarzysta Mike Pfahler też nie jest jakimś wirtuozem gitary, ale potrafi stworzyć dobrą, rytmiczną i zadziorną oprawę do wokalu.

Co przemawia przez ten równy i dynamiczny materiał? Energia, szybkość, melodyjność, zwięzłość kompozycji, co wyeliminowało nie potrzebne dłużyzny, jakieś zbędne patenty. Zawartość bardzo łatwo wpada w ucho i nie trzeba środków przeciwbólowych. „On The Steeet Tonight” to definicja stylu tej kapeli w pigułce. Choć takiego grania było pełno, choć wieje tutaj wtórnością, to jednak trzeba przyznać, że sporo w tym energii i radości. Nie da się zaprzeczyć, że pomysłowość a także solidne wykonanie, nacisk na melodie sprawia że nic więcej do szczęścia nie trzeba. Pojawiają się kompozycje zagrane na skraju heavy metalu i hard rocka tak jak to ma miejsce w zadziornym „Keep Cumin” czy też rytmiczny „She's A Savage”. Materiał jest urozmaicony i to przyzna każdy słuchacz który zapozna się z opisywanym tutaj albumem. Fani JUDAS PRIEST przekona bez wątpienia ostry „Victim” zaś fani speed metalu, który przesiąknięty jest nieco DIO, PRETTY MAIDS mogą się delektować dynamicznym „Power Hungry” czy też „The Bridge” i trzeba przyznać, że w tym wszystkim odnalazła się o dziwo piękna ballada „Erin” który ma i romantyczny klimat i dobrze zrealizowaną aranżację, tutaj zespół zagrał wg mniej najambitniej.

Każda cząstka tej płyty potrafi zauroczyć swoją prostą, starannością, precyzją wykonania. Mamy zarówno dobrze wykreowane brzmienie, choć i tak nie jest to szczyt marzeń prawdziwych smakoszy czystych i dopieszczonych brzmień. Oczywiście mamy też dobrze stworzony materiał, który oferuje słuchaczowi czystą heavy metalową frajdę, dostarczając masę ciekawych melodii, przemyślanych kompozycji, które kreują się jako przeboje. To co zabezpiecza przed nudą, przed zepsuciem albumu przez wtórność, to nie tylko przebojowość i wcześniejsze zalety ale też zwarty i zwięzły materiał który trwa tylko 25 minut. Rzecz warta poświęcenia uwagi.

Ocena: 8.5/10

5 STAR GRAVE - Drugstore Hell (2012)


Debiut włoskiego 5 STAR GRAVE nie przeszedł bez echa i w owym czasie ich krążek wzbudził nie małe zainteresowanie, a to z tego względu że kapela w dość ciekawy sposób prezentował melodic death metal, gdzie właściwie jest ciężko to zaklasyfikować do jednej kategorii, do jednego gatunku, gdzie tak naprawdę pojawiają się jasne sygnały thrash metalu, power metalu, heavy metalu i extreme melodic metalu, a wszystko sugestywnie wymieszane. Kapela została założona w 2008 roku i w tym samym czasie pojawił się ich debiutancki album który poruszał tematykę horror czy też porno. Od tamtego czasu minęło aż 4 lata i warto było poczekać ten dość długi okres na następny album tej włoskiej formacji, a „Drugstore Hell” to równie udany album co poprzedni, ba nawet bardziej dojrzały, bardziej przemyślany i z podobną formułą, gdzie mamy mieszankę różnych gatunków heavy metalu, gdzie jest zero silenia się, jest radość z grania, jest ta prostota z debiutu i niezwykła melodyjność i co ważne jest masa przebojów, które uatrakcyjniają ten album. Mammy w dalszym ciągu ten charakterystyczny harsh wokal Claudio Ravinele, który nasuwa najlepsze płyty CHILDREN OF BODOM. Nie można mieć jakichkolwiek zastrzeżeń do produkcji albumu, która brzmi znakomicie, jest czystość, jest dynamit, również i okładka oddaje klimat i profesjonalizm tego krążka. Nie ma się co dłużej zastanawiać i przyglądać opakowaniu, to trzeba po prostu usłyszeć, to trzeba poczuć na własnej skórze.

Już przy pierwszym kontakcie z „Terminal Bedroom” można wyczuć ten niezwykły tajemniczy klimat, przesiąknięty grozą. Połączeniu z tematyką w jakiej obraca się zespół sprawia że ma to sens i przyciąga rzeszę fanów. Ten utwór od razu zdradza że zespół idzie dalej obraną ścieżką, aczkolwiek tutaj klawisze, mniej kiczowate, mniej dyskotekowe i brzmi to nieco poważniej. To co jest największa bronią tego zespołu to atrakcyjne riffy, motywy, zapadające melodie, chwytliwe refreny, a więc krótko mówiąc tworzenie przebojów. Jak można w to wątpić zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z takim „Death Put a Smile on My Face” czy „Dead Girls Dont Say No” utrzymanych co ciekawe w power metalowej formule. Mocnym atutem tej zawartości jest również niezwykła równość i zróżnicowanie. Taki „Love Affair With the Beast” gdzie pojawiają się elementy heavy metalu. Klimat i psychodeliczne klawisze, budujące atmosferę grozy to również istotny aspekt i wyraźnie jest uwypuklony w stonowanym nieco hard rockowym „Daddy” gdzie można tutaj przytoczyć taki LORDI. Znaczącym elementem układanki 5 STAR GRAVE jest bez wątpienia partie klawiszowe Herve De Zuliana i w takim melodyjnym „Death Times Eleven” aż ciężko sobie wyobrazić ten utwór bez tego elementu. To też daję się we znaki w psychodelicznym „No Devil Lived on”, mrocznym „Boy A” gdzie zespół momentami podchodzi pod Nu metal. I tak jak widać raz jest radośnie, raz mrocznie, raz stonowane tempo, a raz dynamit tak jak to jest w dynamicznym „If” gdzie słychać CHILDREN OF BODOM z najlepszego okresu.

Rozrzut na albumie jest spory i mamy utwory które stawiają na klimat i nie sieją takiego zniszczenia, ale mamy też szybkie, dynamiczne, melodyjne kawałki, które sprawiają że serce szybciej bije. Trzeba przyznać, że zespół nie przestaje zadziwiać i po raz kolejny pokazał innym że można grac radosny, melodyjny metal bez jakiś zobowiązań, a ten album jest to znakomitym przykładem. Po raz drugi otrzymaliśmy starannie przygotowany album, który ozdabia dobrze zrealizowane brzmienie, doświadczenie i pomysłowość muzyków, a także przebojowość. Narkotyk prosto z piekła który uzależnia.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 27 maja 2012

EVIL MASQUERADE - Pentagram (2012)


Boski Apollo Papathanasio miał bardzo pracowite ostatnie dwa lata. Równoległe pracę nad nowymi albumami dwóch jego kapel, w których udziela swojego jakże znakomitego wokalu, który do dziś wzbudza we mnie głębokie emocje i wciąż należy on do najlepszych wokalistów heavy metalowych we współczesnym świecie. Efekt końcowy FIREWIND już znam i poza znakomitą formą wokalną Apollo to ciężko było znaleźć plusy. Właściwie na premierę nowego albumu drugiej kapeli Apollo tj EVIL MASQUERADE nie trzeba było czekać dłużej.”Pentagram” to piąty album tej duńskiej formacji, która została założona w 2002 r. Kapela zaczynała w sumie od stylu bardziej określanego mianem neoklasycznego potem nieco zaczęło tego brakować i zespół jakby minimalizował ten gatunek w swoim graniu. „Fade To Black” z 2009 roku to był bardzo udany album, gdzie było coś z power metalu, melodyjnego metalu a nawet neoklasycznego grania. Liczyłem na coś w podobnym stylu, jednak zespół postanowił mi zrobić psikusa i postawić bardziej na granie w takim stylu melodyjnego metalu, czy też bardziej metalu, gdzie mało jest samych neoklasycznych patentów i pójście w bardziej mroczne klimaty, mroczniejsze granie jakoś nie pasuje mi do wizerunku tego zespołu i tutaj można doszukać się kilku podobnych rozwiązań między nowymi albumami obu kapel gdzie śpiewa Apollo. Nacisk na ciężar, abstynencja jeśli chodzi o ciekawe utwory, o interesujące zapadające melodie i wszystko brzmi równie nie atrakcyjnie i nieco jakby wymuszenie tak jak w przypadku albumu FIREWIND. Zmiana stylu jest rażąca, jest dużo ponurości, smutku, mroku i ciężko strawnych melodii i kompozycji. Sporym minusem jest też pojawienie się nowego klawiszowca Artura Meinilda który właściwie jest schowany ze ścianą gitar i sekcji rytmicznej i nie odgrywa ten instrument takiej roli jak na poprzednich płytach i to jest zatracenie własnej tożsamości jak dla mnie. Oprócz tego aspektu co łączy nowe wydawnictwa zespołów Apollo to również nadzwyczaj dobra produkcja, która ma zapewne odwrócić uwagę słuchacza. Niestety to wszystko tylko uwypukla wady jakie są na tym albumie.

Chaos, brak zdecydowania i nie trafione pomysły to bolączka materiału na tym albumie. „Pentagram” to kawałek który już na samym wstępie uświadamia słuchacza, że zespół zamknął za sobą pewien etap i teraz stara się przedzierać nowe szlaki, szkoda tylko że nie jest to dla nich przeznaczona droga i wg mnie nie pasują do tej drogi gdzie jest silenie się na ciężar. „A Silhouette” ma ciekawe nieco ponure tempo, który nawet fajnie brzmi, lecz nic się tutaj nie dzieje, jest jednostajne granie, bez większego urozmaicenia, również warto tutaj wyróżnić nawet udane melodie klawiszowe. Jednym z najciekawszych utworów na płycie jest bez wątpienia taki dość klimatyczny, zadziorny „Perfect Disgrace”, i podoba mi się tutaj przede wszystkim współgranie gitary i klawiszy, na myśl oczywiście przychodzi działalność Ritchiego Blackmore'a. Mrok, ponurość to cechy większości utworów na tym albumie, właściwie cały krążek jest tym przesiąknięty. Dobry motyw gitarowy ma „The Spirits of the Dead” tylko co z tego jest jest kombinowanie i nie ma ognia. To samo mogę zarzucić „Moonlight Fantasy”, który ma nawet ciekawy refren. „Pray For Mercy On Our Souls” to kolejny udany przykład jak zespół kiepsko sobie radzi z melodiami, z pomysłem na utwory i właśnie każdy utwór jest pełen wad i nie dopracowań. Moim ulubionym utworem na tej przeciętnej płycie jest przebojowy, melodyjny, rytmiczny „Soul Taker” z lekkim rockowym zacięciem, odsyłając do płyt RAINBOW czy też DEEP PURPLE, tak ta fascynacja Ritchim jest tu słyszalna. Nie jest to może szczyt możliwości zespołu, ale ten kawałek naprawdę łatwo wchodzi do głowy i zapada w pamięci nie to co reszta utworów. Do udanych kompozycji zaliczam też tajemniczą balladę „Strangers Might Fool Ya'”. I nic więcej już nie trzeba dodawać w kwestii zawartości.

Ciężko jest uwierzyć że to dalej ten sam zespół co kiedyś. Nie ma neoklasycyzmu, nie ma przebojów, nie ma ciekawych melodii, nie ma ciekawych konstrukcji, wszystko jakby wymuszone, zrobione na szybko, postawienie na mrok i ciężar okazało się nie trafionym pomysłem udawania jakiś inny zespół. Kapela zatraciła jak dla mnie swoją tożsamość i ten problem dotknął jak widać zarówno FIREWIND jak i EVIL MASQUERADE. Czy jest dla tych kapel jeszcze ratunek? Czas pokaże. Póki co jest to jeden z pretendentów do rozczarowań roku.

Ocena: 4/10

sobota, 26 maja 2012

VORPEL NOMAD - Hyperborea (2012)


Ostatnie wydawnictwo niemieckiego IRON SAVIOR raczej większego wrażenia na mnie nie zrobiło, brakowało przede wszystkim jakiś utworów które by zapadały w pamięci na nieco dłużej, zabrakło mi tego ognia, tej dynamiki, tej lekkości jaką prezentowali choćby na takim „Bettaring Ram”. Uważam, że czas żeby ktoś przejął pałeczkę po tym zespole i póki co widzę jednego godnego następcę, a mianowicie kolumbijski VORPAL NOMAD, który został założony z inicjatywy wokalisty Felipa Machado Franco i gitarzysty Nicolasa Waldo, którzy zapewne niektórym będą bardziej znani z THUNDERBLAST w roku 2010 założyli VORPEL NOMAD. Do składu perkusista Christian Gatain, Andreas Parada w roli drugiego gitarzysty, zaś Daniel Pinzon został zwerbowany jako basista. Pod koniec tego samego roku wyszło pierwsze demo zespołu „The Spirit Machine” a zespół rozpoczął w dość szybkim czasie pracę nad debiutanckim albumem „Hyperborea”. Poza tym, że styl w jakim obraca się VORPEL NOMAD przypomina styl grania przez IRON SAVIOR, a także GAMMA RAY, nawet HELLOWEEN czy BLIND GUARDIAN to warto wspomnieć że produkcją albumu i takie pieczę nad albumem zapewnił nie kto inny jak sam lider IRON SAVIOR Piet Sielck. Tak więc mamy okładkę w klimacie IRON SAVIOR, mamy brzmienie IRON SAVIOR, mamy wokal Felipe który przypomina do bólu wokal Pieta, mamy chórki będące naśladownictwem tych z albumów IRON SAVIOR, jest też wzorowanie się na muzyce IRON SAVIOR pod względem konstrukcji utworów, czy też samej melodyjności.
Dawno nie słyszałem tak udanej kopii tego co gra IRON SAVIOR i tutaj punktów stycznych jest sporo, jednak najlepiej się po prostu zagłębić w zawartość płyty, żeby przekonać się się osobiście, że rośnie nam drugie i równie udane IRON SAVIOR, tylko że z Kolumbii. To co przesądza o tym że album bardzo dobrze się słucha to przede wszystkim równość i pewne zróżnicowanie. Jak najlepiej wypromować album? A no wytaczając najcięższe działa w postaci jednego z najlepszych kawałków na albumie. Użycie „Skull Island” jako singla promującego okazał się strzałem w dziesiątkę. Ten utwór to wypisz, wymaluj IRON SAVIOR, podobny sposób konstruowania przebojów i to tutaj słychać. Klimat s -f, zadziorność, germańską solidność też bez problemu wyłapiemy, zwłaszcza dobrze to odzwierciedla przebojowy „The Brotherhood”. W przeciwieństwie do ostatniego albumu IRON SAVIOR tutaj zespół wyraźnie daje poczuć fakt, że mamy do czynienia z power metalem, szybkim i melodyjnym, przykładem tego jest „Final Cry For Freedom”. VORPAL NOMAD dba przede wszystkim o bardzo dobre wykonanie i niezwykłą melodyjność i taki „Last Hero On Earth” bardzo dobrze to odzwierciedla. Właściwie przebój goni przebój i kolejny znaczącym utworem na tej płycie jest „The Mad Hatter” z jednym z najbardziej zapadających refrenów jakie słychać na tym albumie. Tak jak mówiłem o urozmaiceniu to głównie myślałem tutaj o rozbudowanym „As The Otherworld Falls Dawn” który trwa aż 10 minut i co ciekawe wcale nie nudzi i trzeba przyznać że dzieje się sporo, ciekawe wykorzystano tutaj epicki klimat, urozmaicone motywy i wszelkiego rodzaju ciekawe melodie, co sprawia że jest to ciekawa podróż przez takie streszczenie tego co możemy usłyszeć na tym krążku. Całość zamyka równie atrakcyjna kompozycja w postaci „Jack O Latern” która tez odegrała swoją rolę przy promowaniu albumu. To jest bardzo dobry dowód, że VORPAL NOMAD ma więcej werwy, więcej ciekawych pomysłów niż IRON SAVIOR i tutaj mamy do czynienia z kolejnym hiciorem.


VORPEL NOMAD nagrał naprawdę bardzo dobry album, który oddaje styl IRON SAVIOR ich wizję grania heavy/power metalu. Pozycja obowiązkowa dla fanów wyżej wymienionego zespołu, a także wszelkiego rodzaju melodyjnego metalu. „Hyperborea” to album dopieszczony technicznie, jak również pod względem kompozycyjnym, jest nacisk na dobre wykonanie, melodie, a muzycy ze swoim bagażem umiejętności i doświadczeniem zapewniają odpowiedni poziom artystyczny temu albumowi. Dobry start tego kolumbijskiego zespołu power metalowego.

Ocena: 8/10

piątek, 25 maja 2012

KREATOR - Phanthom Anitchrist (2012)


Po ostatnich dokonaniach niemieckiej legendy thrash metalu – KREATOR zapewne nie tylko ja czułem prawdziwy głód jeśli chodzi o zagranie czegoś jeszcze z większą agresją, czegoś w starym stylu gdzie charakterystyczne dla danego albumu była lekka niemiecka toporność, z ostrymi riffami, dynamiką, zadziornością, stęskniłem się za tym nieco starym stylem KREATOR gdzie jest to mięsiste, gęste brzmienie, te charakterystyczne zacięcia, ostry wokal Mille Petrozy. Nowy album o tytule „Phanthom Anitchrist” pod wieloma względami przypomina mi starsze dokonania. Przede wszystkim agresja, zadziorność, tematyka liryczna, niezwykły klimat, który oddaje to co najlepsze w muzyce KREATOR. Jest nawiązanie do agresywnych popisów Mille Petrozy, słychać też nawiązanie pod względem konwencji tworzenia hiciorów. Oprócz nawiązywania do starszych wydawnictw mamy też oczywiście utrzymanie tendencji melodyjności ocierającą się wręcz o bardziej tradycyjne gatunki jak heavy czy power metal z ostatnich dwóch albumów, z naciskiem na „Hordes Of Chaos”. Taka mieszanka dość ciekawa, jednak trzeba przyznać, że wykonanie na tym albumie jest z górnej półki, mimo tej melodyjności i tych zapożyczeń heavy/power metalowych słychać że jest to KREATOR, agresywny i głodny sukcesu. Od strony technicznej album wykreowany został jak dla mnie jak arcydzieło. Nie znajdziemy żadnej drobnej wady w sferze technicznej. Jest czysto, jest pazur i agresja, a każdy instrument został bardzo smakowicie uwypuklony. Co ciekawe nawiązanie z poprzednimi albumami nasuwa również jedna z piękniejszych okładek w historii zespołu. Taka wręcz utrzymana w tradycyjnym stylu, dużo czerwonego i budzące grozę kreatury.

Jednak czym jest album o świetnym brzmieniu i pięknej okładce bez równie udanej zawartości, który jest uzupełnieniem pięknej powierzchni. Zaczyna się dość nie typowo bo od intra w postaci melodyjnego „Marsa Mantra”, który na myśl przypomina bardziej heavy metalowy kawałek i w tej konwencji jest podana bardzo dobra melodia i niezła otoczka, w postaci mrocznego klimatu. Trzeba przyznać, że zespół zadbał również o aspekt promocji albumu i wybranie tytułowego utworu na promowanie krążka przez singiel „Phanthom Antichrist” to znakomite posunięcie było. Utwór na pewno zaliczam do takiego zrobionego w starym stylu. Takiej agresji, takiego ognia nie było już dawno na płytach KREATOR. Jest ta konwencja grania agresywnie, bez kompromisowo, budowanie kompozycji w oparciu o dynamiczną sekcją rytmiczną, ostre partie gitarowy, mocny, ostry, zadziorny wokal Mille. Wypisz wymaluj stary KREATOR, przy ozdobiony melodyjnymi i chwytliwymi solówkami. Taka wizja Niemców co do swojego grania bardzo mi odpowiada. Wiecie dlaczego ten album tak bardzo mi przypomina stare albumy? Głównym czynnikiem jest niezwykła dynamika i agresywność albumu i mam wrażenie, że tutaj zespół to wniósł na wyższy poziom niż na ostatnich albumach. „Death To The world” to kolejna petarda na tym albumie. Oczywiście jest rozpędzona sekcja rytmiczna, kolejny udany motyw gitarowy, no i zespół nie szczędzi tej swojej charakterystycznej agresywności. Tego jest na tym albumie pod dostatkiem. Podobnie zresztą jak atrakcyjnych melodii i zapadających solówek, który wciągają słuchacz czasami w świat heavy/power metalu. Te dwa gatunki najbardziej dają o sobie znać w stonowanym „From Flood Into Fire” i w tej nieco nie typowej konwencji która przypomina nieco ostatni album ANTHRAX który tez miało sporo heavy metalowych zalotów KREATOR sprawdza się również bardzo dobrze, jest tutaj dość finezyjna i nastrojowa solówka, średnie, wręcz marszowe tempo i przebojowy charakter, a to sprawia że mamy do czynienia z kolejnym ciekawym kawałkiem na tym albumie. Mottem tego albumu, jest szybko, agresywnie, do przodu, ale jest to szaleńcza prędkość z głową, trzymając się pewnych reguł, dając jednocześnie słuchaczowi ułożone kompozycje, które oprócz dynamitu mają do zaoferowania coś więcej, jak choćby melodyjność, czy atrakcyjną solówkę, że nie wspomnę o zapadającym refrenie, świetnie to odzwierciedla taki „Civilisation Collapse”, melodyjny „United In Hate” z koncertowym refrenem i balladowym wstępem, dynamicznym „Victory Will Come” . Heavy metalowy patenty słychać w drugim bardziej stonowanym albumie, a mianowicie „The Few, The Proud, The Broken” jak również w zadziornym „Your Heaven My Hell” z jakże chwytliwym refrenem. Nie powiem kompozycje bardzo dobre, ale czegoś im brakuje może owej takowej dynamiki pazura? Może za dużo tutaj pogrywanie sobie z heavy metalem? Również czegoś brakuje w stonowanym, nieco spokojnym jak na KREATOR „Until Our Paths Cross Again”, jednak czy przez to płyta jest gorsza?

Pytanie dobre. Bo z jednej strony potwierdza że album jest zróżnicowany i zespół działa tutaj jakby dwutorowo dając upust heavy metalowemu graniu i jak starej szkole thrash metalowej nawiązując do starych albumów. Album trzyma poziom bardzo wysoki i mamy tutaj kilery, przeboje, melodie, chwytliwe refreny, to wszystko jest, tylko na pewno każdy fan KREATOR życzyłby sobie więcej takiego ognia, takiego grania jak w tytułowym. Cóż mimo kilku zwolnień, album sprawia wrażenie bardzo dynamicznego i miłego dla ucha. Album nieco gorszy od poprzednika jak dla mnie, ale ciekawszy niż np. taki „Enemy Of God”.

Ocena: 9/10

wtorek, 22 maja 2012

DAWN OF DESTINY - Praying To The World (2012)


Dokonania niemieckiego DAWN OF DESTINY zawsze jakoś nie do końca mnie przekonywały i zawsze postrzegałem ich jako młody i mało doświadczenie zespół, który właściwie nie ma większych atutów po swojej stronie. To też do nowego albumu tj „Praying To The World” podchodziłem z dystansem i nie miałem żadnych większych oczekiwań. Dla tych którzy nie słyszeli o zespole, warto wspomnieć, że kapela powstała w roku 2005 i swój debiutancki album wydała pod skrzydłem Shark records. Do tej pory wydali cztery albumy i ten czwarty właśnie trafił do sklepów muzycznych. Wraz z „Praying To The World” mamy kilka zmian personalnych. Przede wszystkim pojawiła się nowa wokalistka, a mianowicie Monika Wesely. Choć jeśli o wokale chodzi to wolę drugoplanową rolę basisty Jensa , który zajmuje się mroczniejszym śpiewaniem nasuwający wpływy death metalem. Ogólnie styl muzyczny kapeli to w głównej mierze power metal, jednak są też wpływy gothic metalu czy też nawet thrash metalu. Ogólnie mieszanka całkiem strawna, szkoda tylko że zespół nie postawił na męski wokal, bo Monika nie jest jakaś wyróżniająca się i jak dla mnie bardziej by się nadawała do jakiejś komercyjnej muzyki niż do metalu. Wracając do zmian personalnych, warto zwrócić uwagę, że pojawił się też nowy perkusista, a mianowicie Boris Frenkel i jest on dobry perkusistą i do jego dynamicznej i w miarę zróżnicowanej gry nie można mieć pretensji. Ogólnie muzycznie ciężko komuś coś zarzucić, bo również dobrze wypada reszta muzyków na czele z gitarzystą Veith Offenbächer który dobrze prezentuje swój warsztat w melodyjnym i przebojowym „Promised Land” i ten kawałek też świetnie odzwierciedla fakt, że muzyka prezentowana przez ten zespół na tym album jest przystępniejsza, może nieco oklepana, może niezbyt wysokich lotów, ale przyjazna dla ucha i co ważne nie brakuje ciekawych melodii czy luźnych, prostych refrenów, które umilają każdy sekundę spędzoną z tym materiałem.

Album mimo swojej przeciętności i kilku wad, ma zróżnicowany materiał i znajdziemy power metalowe petardy jak „My Life Lies In Ruins” które pokazują pazur i agresywność zespołu, ciekawie wplątane zostają w to wszystko growle i krzyki Jensa. Mamy też kompozycje charakterystyczne dla konwencji gothic metalu i świetnym dowodem tego jest klimatyczny „The Right Path” . Są też wesołe, radosne kawałki gdzie jest nacisk na słodki refren i power metalowe melodyjki co słychać w dynamicznym „ Miracles” . Dynamiki nie brakuje na tym albumie i właściwie szybkie kawałki takie jak „Place Of Mercy” dowodzą o zwyżkowej formie zespołu i to one są motorem napędzającym ten album. Ciekawe jakby to brzmiało jakby zrezygnowano z kobiecego wokalu i postawiony by na męski? Pojawiają się też kawałki bardziej rozbudowane, urozmaicone, nieco momentami zbyt komercyjne tak jak to dowodzi „Misunderstood” .

Po co się rozpisywać o reszcie? Nie ma sensu i jeśli ktoś kocha melodyjność, dobre wykonanie, ubarwianie kompozycji różnymi smaczki, jak growl, klawisze, wtrącane elementów gothic metalu do power metalu, jeżeli ma słabość do kobiecych wokali, ceni sobie przebojowość i dobrą rozrywkę, to śmiało może posłuchać tego w ramach zabijania wolnego czasu, na pewno każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Ocena: 6/10

WARDRUM - Desolation (2012)


Kiedy rok temu pojawił się debiutancki album WARDRUM to byłem zapewne jednym z nie wielu, którzy nie dostrzegali w tym krążku niczego nadzwyczajnego. Ba był to dla mnie jeden z najmniej strawnych albumów w owym roku. Zresztą szerzej o debiutanckim „Spacework” pisałem na łamach bloga. Na tegoroczną propozycję młodziutkiego zespołu z Thessaloniki, który został założony w 2010 r nie czekałem z zapałem, ale postanowiłem im dać kolejną szansę, zwłaszcza kiedy dowiedziałem się, że zespół zwerbował nowego wokalistę w miejsce Piero Leporale. Funkcję śpiewania objął Yannis Papadopulos i ci którzy nie kojarzą tego nazwiska może pomoże nazwa zespołu CROSSWIND w którym się udzielał. „Desolation” to album który zapewne bardziej dojrzały, bardziej przemyślany i zapewne bardziej przystępniejszy, nawet mimo swojej złożoności w sferze muzycznej. Bo przecież dalej jest to granie gdzie spotykają się patenty charakterystyczne dla power metalu, dla heavy metalu, czy progresywnego grania. O ile na debiucie brzmiało to nieco chaotycznie i mało przekonująco, o tyle tutaj jest to uporządkowane i ten miks brzmi atrakcyjnie, czego nie czułem na poprzednim albumie. Tutaj zespół w dalszym ciągu stawia na mocne brzmienie, z tym że kompozycje są bez wątpienia o kilka klas lepsze aniżeli te z poprzedniego albumu. Przede wszystkim postawiono na bardziej klarowne rozwiązanie, a więc bardziej chwytliwe melodie i ciekawsze motywy, przez co nie jest to monotonne granie, nie wieję nudą, nie ma męczenia tego samego w kółko. Jest to więc bardzo pozytywna zmiana. Również zmiana wokalisty, wniosło pewien powiew świeżości, gdyż jest on bardziej zadziornym wokalistą, większa siła przebicia, jakby więcej emocji i potrafi poruszyć słuchacza. Czarodziejem który cały czas wyczarowuje nowe ciekawe partie gitarowe jest bez wątpienia Kosta Vreto, który swój styl grania wniósł na wyższy poziom. Jest finezja, pazur, jest atrakcyjność a także pewien stopień szaleństwa, jest również swoboda i rezygnacja z silenia się które przeszkadzało mi na poprzednim albumie.

Nie da się ukryć że materiał to prawdziwy raj dla fanów gatunków power/heavy i progressive. Tutaj jest to wszystko, ale nie jest to jakieś męczenie jednego motywu, lecz bawienie się różnym smaczkami. Siła przekazu leży właśnie po stronie przebojowości i atrakcyjności podania melodii czy też zapadających refrenów. Już za sprawą otwieracza „Unforgiving” można poczuć po trochu z każdego z wyżej wymienionego gatunku muzycznego, jak i te cechy które wiąże wszystkie kompozycję w jedną spójną całość, czyli precyzja wykonania, oraz nie występujące na poprzednim albumie przebojowość i melodyjność. Właśnie tak powinien brzmieć poprzedni album. Jest dynamit, szybka sekcja rytmiczna, nowocześnie brzmiący motyw i ostre partie gitary w „Sign Of treason” , jest czasami prostota, nieco hard rockowe zacięcie tak jak to jest w „Parental”. Właściwie co utwór to inne rozwiązanie i przy „Common Ground” postawiono na rytmiczność i nieco stonowane tempo. Troszkę powiew poprzednim albumem mamy w progresywnym „Tide Likes” który jest taki nieco rozlazły i brakuje w tym kawałku konsekwencji i zdecydowania co do konstrukcji. I na pewno zespół błyszczy w takich klimatach jak „Higher Sky” gdzie pojawia się nawet pewne ciągoty do neoklasycznego grania. Melodie i jeszcze raz melodie, to niezawodna broń greków na tym albumie i najlepszym tego dowodem jest „F.A.I.T.H” czy też urozmaicony „Urban Storm” w którym pomysłowo wtrącono progresywne elementy. Również pomysłowy motyw ma dość dynamiczny „Sailing Away”, który świetnie się nadaje do promowania albumu. Przede wszystkim na tym albumie słychać że mamy do czynienia że mamy z power metalem o czym dobitnie świadczy najostrzejszy na płycie „No Retreat” , zadziorny „Abound Is Nothing” gdzie wtrącone zostają heavy metalowe elementy” czy też melodyjny „Rainy Day”.

Nie pomyślałbym że ten zespół tak odmieni swój styl grania i że dostarczy mi taki album, z muzyką na takim poziomie. Zaskoczenie roku to na pewno. Zmiany może mało istotne ale odczuwalne. Zmiana wokalisty, większy nacisk na przebojowość, melodyjność, precyzję wykonania, szczypta szaleństwa. Niesamowity album który cały czas dostarcza sporo emocji i trzyma w napięciu. I gdyby nie jedno potknięcie w postaci „Tide Like” to nie wahałbym się wyciągnąć maksymalną ocenę, Mimo to jest to jeden z głównych pretendentów do grona najlepszych płyt tego roku.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 21 maja 2012

KATANA - Storms Of war (2012)


Moda na granie metalu wzorowanym na patentach z lat 80, moda na kopiowaniu starych kapel wciąż trwa i właściwie nabiera rozpędu. W dobie nowoczesnych nowinek jest to pewna odskocznia, jednak czasami taka droga potrafi szybko zweryfikować co dany zespół jest wart i w dobie silnej konkurencji i ciekawszych rzeczy dane kapele potrafią się zgubić. A jak jest z szwedzkim KATANA, który zalicza się do tych młodych gniewnych wzorujących swoją muzykę na latach 80? Kontrowersje spore wzbudził ich debiut, który z jednej strony miała przebojowy charakter, łatwo zapadające melodie, to jednak na dłuższą metę próba stania się drugim IRON MAIDEN nie do końca przekonała, brakowało w sumie pazura i nieco własnego pomysłu na to wszystko. Co zmieniło się w ciągu roku? Jakim albumem jest następca „Heads Will Roll” czyli „Storms Of War”? Nie zmieniła się konwencja grania zespołu i w dalszym ciągu jest to czerpanie garściami ze złotego okresu heavy metalu czyli lat 80. Tylko tym razem można poczuć jakby nieco ostrzejsze granie, nieco mniej jakiegoś glam metalowego grania a więcej heavy metalu spod znaku JUDAS PRIEST, IRON MAIDEN czy też nieco HAMMERFALL w pewnych elementach. Na pewno można odczuć różnicę w kwestii wykonania, pomysłów na kompozycję czy tez samych umiejętności muzyków, słychać rozwój w tych aspektach. Przede wszystkim Johan Bernspang w roli wokalisty sprawuje się już nieco lepiej, a najlepiej to sobie radzi w ostrzejszych kawałkach z motoryką JUDAS PRIEST, gdzie utrzymana jest stylistyka nieco heavy/speed metalowa i mam tu na myśli choćby taki „The reaper” który jest jednym z najlepszych utworów na płycie, jednocześnie znakomicie odzwierciedla fakt, że zespół poczynił pewne postępy. Wokalnie tutaj Johan przechodzi sam siebie, zwłaszcza końcowe piski nie odbiegają od tych które prezentował w latach 80 Rob Halford.

Oprócz mocnego brzmienia, które podkreśla klimat lat 80, mamy zróżnicowany i równy materiał, który mimo swojego wtórnego charakteru dostarcza sporo radości i wspomnień związanymi z innymi albumami lat 80. Oprócz wokalisty spore postępy popełnił duet gitarzystów czyli Karlsson/Essen który poza przeciętnym kopiowaniem dostarcza też troszkę od siebie. Jest nacisk na nieco oklepane motywy, ale jest melodyjnie, jest solidność wykonania i ciekawe pomysły, a to rzutuje na całość, sprawiając że słucha się tego nadzwyczaj przyjemnie. Oj tak przebój goni przebój, aczkolwiek klasa nieco wyższa od tych z poprzedniej płyty. Dobrze o tym przekonuje słuchacza rytmiczny „Wrath Of The Emerald Witch” . JUDAS PRIEST z ery „Screaming...” czy też „Defenders...” wymieszany z wczesnym IRON MAIDEN słychać w „Kubila Khan”. Lekarstwem na wtórność i oklepane motywy jest fakt postawienie na melodyjności i szybkości, tak jak to jest w dynamicznym, nieco speed metalowym „The samurai Returns”. Rytmiczność i hard rockowe zacięcie słychać w „City On The Edge Of Forever”. Jest też nieco epickości, jest tez stonowane tempo, bojowy wydźwięk w „No Surrender” gdzie mamy coś z HAMMERFALL. Oczywiście poza krótkimi i zwartymi kompozycjami pojawiają się bardziej rozbudowane gdzie zespół daje upust progresywnym zacięciom i taki „In The Land Of The Sun” to tworzenie kolosów na wzór tych robionych przez IRON MAIDEN . Jest to kopiowanie, ale bardzo dobre i słucha się tego naprawdę przyjemnie. W takiej samej stylistyce jest utrzymany drugi kolos a mianowicie „The Wisdom of Emond's Field” gdzie jest sporo ciekawych motywów i urozmaiceń, które sprawiają że kawałek nie nudzi mi swojej oklepanej stylistyce i melodyjności. Tak jest mimo ograniczonej formule, mimo oklepanym motywów, mimo mało oryginalnemu stylowi KATANA potrafi przyciągnąć uwagę słuchacza i bez wątpienia ich największym autem są melodie, które zapadają w pamięci, prosta forma jak i dobrze zrealizowane aranżacje i gdyby nie taki przebojowy charakter jaki słychać w „The Gambit” czy też „Modesty blaise” to zapewne album wiałaby nuda.

„Storms Of war” to album o wiele bardziej przemyślany niż poprzednik. Melodie są bardziej ciekawsze, więcej tutaj solidności i dbanie o wykonanie. Słychać wzrost formy muzyków, a same kompozycję też o klasę wyżej niż te z poprzedniego albumu. Może nie jest to jakieś wysokiej klasy album, z muzyką na wysokim poziomie, może zbyt dużo tutaj wtórności, ale jest to album przy którym miło spędza się czas.

Ocena: 7.5/10

niedziela, 20 maja 2012

MAINEEAXE - Shout It Out (1984)


Jednym z dobrze prezentujących się kapel lat 80 z kręgu NWOBHM jest jak dla mnie MAINEEAXE który właściwie jak większość mniej znanych kapel w tamtym okresie nie działał zbyt długo i właściwie ich dorobek jest niewielki bo zaledwie dwa albumy. Jeśli miałbym komuś polecić coś z tego zespołu, to bez wątpienia wybrałbym debiutancki „Shout It Out” który ukazał się w roku 1984. Genezę zespołu jak i tego albumu należy upatrywać w roku 1981 kiedy to kapela została założona, a jej celem było osiągnięcie sukcesu poprzez granie w stylu SAXON, TYGERS OF PAN TANG, czy też innych brytyjskich kapel grających wówczas muzykę z kręgu NWOBHM. Uważam że ten album znakomicie definiuję co należy rozumieć przez ten styl grania. Album może wzbudzać pewne kontrowersje, bo i okładka nie wzbudza euforii podobnie jest z brzmieniem które jest średniej klasy. Natomiast kiedy odpali się płytę w odtwarzaczu to jest zaskoczenia, bo mamy do czynienia naprawdę z bardzo dobrą muzyką.

Nie byłoby atrakcji gdyby nie równy i urozmaicony materiał, który zbudowano w oparciu o dobre umiejętności muzyków. Przede wszystkim na wokaliście Mickowi Adamsanowi, który ma ciekawą manierę, śpiewa emocjonalnie i przede wszystkim energicznie. Również dobrze radzi sobie gitarzysta Jeff Stewart, który głównie stawia na proste riffy i elektryzujące solówki. Może nie jest jakimś wirtuozem gitary, ale gra z wyczuciem i precyzją. To czego jest najwięcej na albumie to szybkich, bardzo melodyjnych utworów heavy metalowych i można tu przytoczyć „Run To The Angels” z zapadającym refrenem, rytmiczny „Shout it Out” czy też rozpędzony „Cold As Ice”, który przypomina pod względem konstrukcji i motywu „Stand Up And Shout” DIO. Urozmaicenia dostarcza nieco rock'n rollowy „Bad Boys”, czy delikatna ballada „The Game” przypominająca twórczość SCORPIONS. Ogólnie zespół stawia na krótkie zwarte kompozycje i pewną odskocznią od tego jest rozbudowany i utrzymany w średnim tempie „Steel On steel” będący ukłonem w kierunku IRON MAIDEN. Jest to wg mnie najlepsza kompozycja na tym albumie, ukazująca umiejętności muzyków, które ciężko czasami wychwycić w krótkich utworach. Drugim znakomitym kawałkiem na tym albumie jest bez wątpienia dynamiczny i zadziorny „Rough trade” z pomysłowym motywem i nie zwykłą rytmicznością. Gdyby tak zespół więcej przysiedział nad materiałem i wytworzył więcej takich perełek jak te dwa utwory, to zapewne więcej ludzi by o nich pamiętało, a sam album miałby większą siłę uderzeniową.

Jeśli kocha się lekkość w muzyce, przebojowość, rytmiczność, solidność wykonania, pomysłowe i zapadające melodie, napędzający wszystko znakomity wokal, jeśli lubi się NWOBHM i granie z lat 80 to nie sposób pominąć to wydawnictwo. Słucha się to nadzwyczaj przyjemnie i ciężko wytknąć jakieś większe błędy poza brzmieniem.

Ocena: 8/10

BETRAYER F.T.M - No life Till Fury (2010)


Jak przekonać kogoś do thrash metalu jeśli nie przepada za tym gatunkiem, a nie jest mu obce tradycyjne heavy metalowe granie, gdzie kocha choćby NWOBHM? Najlepiej zaproponować kapelę thrash metalową która do swojej thrash metalowej konwencji, agresywności w stylu KREATOR i niezwykłej dynamika wplątuje motywy i taki klimat właśnie brytyjskiego grania. Przykładem takiej kapeli jest kolumbijski BETRAYER F.T.M. Zgodnie z biografią zespołu, początki kapeli należy się doszukiwać w roku 2005 kiedy to została założona kapela z inicjatywy gitarzysty Mauricio Murcia i Jimmy Acevedo wokalisty i gitarzysty. Początkowo skład uzupełniali perkusista Juan Camilo i basista Carlos Vitery , którzy później z przyczyn osobistych opuścili kapelę, a ich miejsce zajęli perkusista Felipe Ospina Battery i basista Camilo Castro i w takim składzie nagrano demo w 2007 roku, a w 2009 roku ukazał się mini album „Get What You Deserve” a rok później światło dzienne ujrzał debiutancki album grupy czyli „No Life Till Fury” . Jest na pewno dość ciekawie brzmiące wydawnictwo, które dowodzi że można połączyć takie bardziej tradycyjne granie heavy metalowe gdzie można usłyszeć coś z IRON MAIDEN czy nawet JUDAS PRIEST z thrash metalową dynamiką, czy agresją której nie powstydziłby się sam KREATOR. Skojarzenia z niemiecką legendą thrash metalu mam zwłaszcza kiedy słucham wokalu Jimmiego Vitery który przypomina mi manierą, agresywnością i sposobem śpiewania Mille Petrozze. Może nie grzeszy od jakimś ogromnym warsztatem technicznym, ale ma to coś co sprawia, że słucha się tego z wielką przyjemnością. Na tym albumie należy wyróżnić dobrze rozegraną sekcję rytmiczną, która właściwie napędza ten krążek. W każdym utworze ten aspekt jest wręcz taki sam, a więc jest szybkość, niezwykła dynamika tak jako to słychać rozpędzonym „The Burning Road” czy „Caught Be heard” i trzeba przyznać że w takiej konwencji jest utrzymana cała zawartość. Sekcja rytmiczna, zwłaszcza pokręcone, pełne szaleństwa partie perkusyjne Fillipe doprowadzają również do urozmaicenia tak jak to jest w melodyjnym „One day Of Fury” czy też nieco bardziej stonowanemu zadziornemu „To Kill Or Die” gdzie można też doszukać się wpływów METALLICA.

Materiał został skonstruowany i ułożony że cały czas się coś dzieje i pojawiają się pewne zawirowania i zmiany temp, do tego cały czas towarzyszy nam niezwykła dynamika i chwytliwość, która wydobywa się z zapadających refrenów i prostych melodii wzorowanych na latach 80. Właściwie każdy utwór to potencjalny przebój. Zarówno otwierający „Machine” czy też zadziorny i niezwykle melodyjny „Infernal Metal” które sporo czerpią z heavy i speed metalu, a mniej z thrash metalu. Duet gitarzystów Acevedo/ Murcia sprawdza się dobrze i nie mają większych problemów z dostarczeniem energicznych, zadziornych partii gitarowych, a pojedynki na solówki są przemyślane i dobrze skonstruowane. Sporo pomaga muzykom warsztat techniczny. Jednak po co się rozpisywać na ten temat kiedy można podać tutaj żywy przykład w postaci melodyjnego „Midnight Poison” gdzie pojawią się pewne wpływy punku, czy też rozpędzony tytułowy „No Life Till Fury”, w którym mamy najciekawsze partie solowe na płycie i to odesłanie do tradycyjnego heavy/speed metalu jest miłym smaczkiem nie tylko w tym utworze ale na całej płycie i sprzyja to bez wątpienia jej atrakcyjności.

„No life Till Fury” to znakomite narzędzie za pomocą którego można przekonać kogoś do tego gatunku, bo sporo tutaj wpływów tradycyjnego heavy metalu, czy też speed metalu z lat 80. Zespół nie kryje swoich inspiracji i dobrze, bo stanowią one o atrakcyjności tego krążka. Album został dopieszczony pod względem technicznym jak i kompozytorskim, gdzie mamy 9 dynamicznych utworów cechujących się agresją i niezwykła melodyjnością. Może nie jest to jakiś majstersztyk w tym gatunku, ale na pewno pozycja godna naszego czasu. Debiut bardzo dobry, dający podstawę do myślenia, że jeszcze usłyszymy o tej kapeli w przyszłości.

Ocena: 8/10

sobota, 19 maja 2012

SACRED GATE - When Eternity Ends (2012)


A co powiecie na mocny album z pogranicza heavy power metalu? Co powiecie na album, gdzie mimo roku 2012 sięga się po patenty z starych epok, głównie lat 80? Co powiecie na krążek gdzie stawia się na klasyczne podejście do tematu, gdzie nie ma eksperymentowania? Tak w kilku słowach można by opisać debiutancki album „When Eternity Ends” który jest propozycją niemieckiego zespołu SACRED GATE. Jednak ten krążek to znacznie więcej. To również kluczowa rola wokalista Jima Olivera , który obdarowany został dość charyzmatycznym wokalem i trzeba przyznać że warsztat techniczny sprzyja jemu i dostarcza słuchaczowi sporo emocji i niespodzianek. To co składa się na ten album jak i styl SACRED GATE to bez wątpienia ekstrawagancki styl grania gitarzysty Nicka Nikolaidisa które przepełnione są dynamiką, rytmicznością, dobrze zaaranżowanymi solówkami, z których kipie energia i niezwykła melodyjność. Niby jest to standard, ale precyzja i technika sprawia że ten aspekt jest wręcz mocną stronę tego albumu. A wspiera go w tych partia cały czas drugi gitarzysta czyli Rainer Schaffranietz oraz dynamiczna sekcja rytmiczna, które dostarcza sporo dynamiki i kopa poszczególnym utworom. Do tego dochodzi dobrze przyrządzone brzmienie które zaspokoi nawet najbardziej wymagających słuchaczy. Zanim przejdę do najważniejszej części opisania tego albumu, warto przytoczyć krótki aspekt historyczny dotyczący samego zespołu. Wszystko się zaczęło właściwie w roku 1999 kiedy to został założony zespół MADE OF IRON, który grał covery IRON MAIDEN. Pod tym szyldem zespół zaczął później tworzyć własny materiał i tak w ramach tego pojawiło najpierw demo “King Of All Kings” w 2003 roku i mini album EP “Made Of Iron” , potem zespół dorobił się w 2004 roku debiutanckiego albumu o tytule „Made Of Iron” i potem zespół się rozpadł. W 2008 r Nicko, Jim i Holger postanowili rozpocząć przygodę muzyczną na nowo tym razem pod nową nazwą zespołu, a mianowicie SACRED GATE. Potem jeszcze zwerbowano drugiego gitarzystę i zaczęły się ciężkie prace nad debiutanckim albumem.

Co kryje się pod tą jakże miłą dla oka okładką? Czysty energiczny heavy metal z elementami power metalu, gdzie jest w tym wszystkim sporo starej szkoły heavy metalu, zwłaszcza IRON MAIDEN, ale jest sporo w tym takiego współczesnego podejścia jakie ostatnio prezentował choćby DRAGONSCLAW czy REVENGE. SACRED GATE to specjalista od mieszania heavy metalowej zadziorności, ostrego grania z power metalową dynamiką i przebojowością i w takiej konwencji jest utrzymana większość utworów. Melodyjny „Creators of the Downfall” to znakomity przykład tego gdzie jest zastosowana ta konstrukcja. Ten utwór ujawnia znacznie więcej. Przede wszystkim dobrą, nawet bardzo dobrą pracę muzyków, które zaskakują dopracowaniem, precyzją i pomysłową aranżacją, a melodie i chwytliwe refreny to cecha właściwie wszystkich kompozycji. Fani IRON MAIDEN, DIO, czy też BLACK SABBATH w stylu „Neon Nights” mogą zapuścić w ciemno taki „ Burning Wings”. Tutaj sporo nawiązań do tych kapel, sporo czerpania z klasyki i wszystko przeniesione do współczesnych czasów, gdzie mamy mocne brzmienie i ostre gitary. Właściwie co utwór to przebój i już taki „The realm Of Hell” to taki rasowy przebój, który świetnie nadaję się do podgrzania atmosfery na koncercie, szybko zapada w pamięci. Z kolei w takim rozbudowanym, zadziornym „When Eternity Ends” można wyłapać motywy JUDAS PRIEST czy też amerykańskiego REVENGE. Podoba mi się też ładunek emocjonalny w balladzie „Freedom or death” o zabarwieniu epickim, z ciekawie rozplanowaniem i urozmaiceniem pod koniec. Zespół zaczynał jako cover band ironów i to słychać niemal w każdej kompozycji, a taki „In The heart Of Iron maiden” to znakomity hołd dla tej formacji i dowód na to że zespół sporo zawdzięcza Brytyjczykom. Melodie i jeszcze raz melodie, to one są największym atutem tego albumu, największą bronią zespołu, gdyż cały czas się coś dzieje cały czas jest zaskoczenie mimo jasno określonej struktury która jest ograniczona i bardzo wąska. Dowód tej niezwykłej pomysłowości co do melodii jest „Vengeance”. Smaczku albumowi dodaje na pewno nieco true metalowy „ Earth, My Kingdom” z marszowym tempem i ciągotami do MANOWAR. Całość zamyka rozbudowany i urozmaicony „Heaven Under Siege”, gdzie w pewnym momencie pojawią się motywy RUNNING WILD.

Bardzo mocna rzecz. Zadbano o aspekt muzyczny, techniczny a muzycy dowiedli na tym albumie że znają się na rzeczy i potrafią nagrać bez większych problemów solidny album który cechuje się precyzją, melodyjnością i przemyślanymi aranżacjami. Minus? Wtórność, która właściwie jest jednocześnie aspektem, który zapewnia niezłą rozrywkę słuchaczowi i dostarcza sporo frajdy.

Ocena: 8/10

SACRED HEART - The Vision (2012)


W świecie heavy metalu zdarzają się czasami rzeczy absurdalne, śmieszne, choć z drugiej strony nieco smutne jak choćby jeden z takich dość często zdarzających się zjawisk jest fakt, że zespół działał np. w latach 80, wydał demo i potem się rozpadł, a dzisiaj wraca po latach żeby wydać w końcu swój debiutancki album. Życie pisze najlepsze scenariusze, ale ten scenariusz jaki przeżył na własnej skórze amerykański SACRED HEART nie należy do wesołych. Teraz dopiero w roku 2012 za sprawą wytwórni Pure Underground światło dzienne ujrzał ich debiutancki album „The Vision” na który składają się zarówno utwory nowe jak i te wytworzone w okresie lat 80. Jest to przede wszystkim zróżnicowanym albumie, gdzie jest nacisk właściwie na przemyślane i zróżnicowane kompozycje jak i dobre wykonanie. Panowie grać potrafią i to słychać. Szczególną uwagę zwrócić należy na osobie wokalisty czyli Keitha Vana Tassela, który ma dość specyficzną manierę, a jego atutem jest skupianie się na czystym śpiewaniu a także ciekawie brzmiące piski w górnych rejestrach co najlepiej odzwierciedla “We’ll Hold on till Tomorrow”.

Ogólnie jeśli chodzi o muzykę zawartą na tym albumie można określić jako miks heavy metalu, hard rocka i progresywnego metalu i na myśl przychodzą takie kapele jak QUEENSRYCHE, DOKKEN czy też IRON MAIDEN i tych ostatni wyraźnie słychać w rozbudowanym „New Order” czy dynamicznym, melodyjnym „The Vision”. Te utwory mają wiele wspólnego z żelazną dziewicą i słychać to w formie, w melodyjności, czy też w sposobie grania na basie przez Eda Edwardsa. Trzeba przyznać że cały materiał jawi się jako dobrze zrealizowany, mający dobre melodie, mocne riffy, co bez wątpienia jest główną atrakcją choćby w takim „Time After Time” czy też rytmicznym i rozpędzonym „Take Hold”. I w ten sposób się kończy pierwsza część która dominowała muzyka z kręgu heavy/ hard rock. Drugą część albumu stanowią kawałki które gitarzysta stworzył już w ramach kariery po SACRED HEART czyli pod szyldem BYRON NEMETH GROUP i ta druga część jest w moim odczucia równia interesująca. Nie podlega dyskusji że więcej pojawia się elementów progresywnych spod znaku QUEENSRYCHE czy też DREAM THEATER i w tych kompozycjach można właściwie się przekonać o umiejętnościach i talencie jak drzemie w gitarzyście Byronie Nemethecie. Już w „Demon's Wing” pojawią się te progresywne zapędy, różne smaczki, gdzie pojawia się partie zagrane przez flet, pojawią się tez wirtuozerskie popisy Byrona i to jest ambitna muzyka z ciekawymi aranżacjami. Ciekawy motyw klawiszowy w „Selfish” przypomina nieco scenę lat 70 czyli taki WHITESNAKE czy DEEP PURPLE i jest to kolejna intrygująca kompozycja. Troszkę wlecze się z początku „The Game” ale ostatecznie przeradza się w bardzo melodyjny kawałek, który stawia na lekkość, rytmiczność i przebojowy charakter zwłaszcza w sferze instrumentalnej. Najbardziej pokręconą i złożoną kompozycją jest „Dreamcatcher” i też nie do końca jej sens pojąłem. Całość zamyka to całkiem dobry „ What's Done Is Done”, który również jest rozbudowaną kompozycją trwającą około 7 minut z licznymi smaczkami i ciekawymi urozmaiconymi motywy, zapada tutaj w pamięci niezwykle chwytliwa melodia wygrywana za sprawą klawiszy.

Całość sprawia wrażenie takiej zbieraniny wszystkich wydanych i nagranych kompozycji zarówno przez gitarzystę Byrona jak i zespół SACRED HEART w latach 80. Ogólnie brzmi to całkiem przyzwoicie, pierwsza cześć albumu skupia się na dynamice, ostrym grania, gdy druga część skupia się na klimacie, wyszukanych melodiach i bardziej ambitnym graniu, gdzie przejawia się już progresywny charakter grania. Troszkę to jest mało spójne, ale każda z tych części dobrze się prezentuje. Dlatego warto posłuchać z ciekawości, a nuż coś przypadnie do gustu tak jak mi?

Ocena: 6/10

FIREWIND - Few Against Many (2012)


Gus G lider greckiego FIREWIND ostatnim czasy był dość zapracowany, najpierw było dołączenie do zespołu OZZIEGO OSBOURNE'A i jednoczesne prace nad albumem Ozziego i FIREWIND z czego złego najsłabiej wypadł „Days Of Defiance”, który był po prostu słaby, mało strawny i dalece od tego co zespół grał. Można było wybaczyć jeden słabszy album, który miał do zaoferowania tylko dobre brzmienie i wykonanie kompozycji. Jednak drugi taki album to już lekka przesada. Niestety, ale oczekiwania i moje nadzieje związane z nowym albumem „Few Against Many” legły w gruzach. Został powtórzony ten sam błąd, czyli silenie się na ciężkie granie, skupienie się na mocnym brzmieniu, na mocnej sekcji rytmicznej i zadziornych partiach gitary. Niestety to wszystko sprawia, że gdzieś został utracony duch tego zespołu, uleciała lekkość znana z pierwszych albumów, brakuje mi tej przebojowości, z której byli znani do tej pory. Brakuje też mi atrakcyjności, emocji i finezyjności w partiach Gusa G, gdyż za dużo w tym mocnego grania, zbyt duży nacisk na ciężar, a szkoda bo ten gitarzysta ma więcej w zanadrzu niż takie granie, które bardziej by się nadawało na kolejny album Ozziego. Jednak doświadczenie i staż ratuje ów album przed totalnym ośmieszeniem, bo jednak jest precyzja i dbałość o wykonanie. Tylko co z tego skoro nic z tego nie trafia do słuchacza?

Można by zrobić długi rozwód nad otwierającym „Wall Of Sound” który nawiązuje trochę do „Forged By Fire” jest podobny ciężar, taki nowoczesny wydźwięk, jednak pomysłowość już nie ta i brakuje tutaj takiego pomysłu podobnej klasy. Co z tego że brzmi to dobrze, jest ostry cięty riff, kilka ciekawych momentów, gdzie Gus G prezentuje to co potrafi najlepiej a mianowicie wirtuozerskie popisy na gitarze i to zawsze mu dobrze wychodziło. Również reszta muzyków gra dobrze, z precyzją i dużym bagażem doświadczenia i najlepiej wypada boski Apollo, który dzisiaj jest jednym z najlepszych wokalistów heavy metalowych i słychać że jest w bardzo dobrej formie. Utwór dobry, nawet bardzo dobry, ale to nie jest szczyt możliwości Gus G i FIREWIND. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest dla mnie nieco bardziej rozbudowany „Losing my Mind”, który też posłużył zespołowi do promocji albumu. Ten utwór bardziej przypomina mi już album „Allagience” co słychać w nieco progresywnym, rockowym wejściu, gdzie potem mamy już taki typowy FIREWIND, gdzie jest w końcu jakaś atrakcyjna melodia, jest zróżnicowanie w obrębie utworu, pojawia się zapadający riff, dobrze dopasowane linie wokalne i no i jest to taki FIREWIND jaki lubię, przede wszystkim przebojowy, melodyjny, a to niestety jest to rzadkie zjawisko na tym albumie. Również znany wcześniej był mi tytułowy „Few Against Many” i co ciekawy jest to kolejny heavy/power jakiego ostatnio pełno, co ciekawe mało w tym wszystkim finezji, mało tej przebojowości i samego FIREWIND. Mam wrażenie że zespół staje się jednym z wielu, a szkoda bo zawsze byli zespołem co się wyróżniał. Na plus warto na pewno zaliczyć przebojowy „The Undyinf Fire” który również sięga do patentów z „Forged By Fire”. Sam utwór cechuje się niezwykłą rytmicznością, dynamiką i takim koncertowym wydźwiękiem. Do udanych kompozycji można też zaliczyć najszybszy, najdynamiczniejszy utwór na płycie czyli „Another Dimension” który znów ma przesyt ciężaru i nieco chaotycznie brzmiącą sekcję rytmiczną. Jednak jest to kompozycja godna uwagi. Obok „Losing My Mind” do takich rasowych kawałków FIRWIND gdzie jest lekkość, przebojowość to zaliczam nieco rockowy „Destiny”. Mimo tych kilku pozytywnych momentów trzeba przyznać, że zespół najlepsze lata ma już za sobą i właściwie słychać wyczerpanie materiału i wypalenie zespołu. Sporo nie udanych, wręcz nie trafionych pomysłów, jak choćby konstrukcja „Glorius”, nie pasujących do stylu zespołu tak jak to ma miejsce w rozlazłej balladzie „Edge Of Dream” gdzie zespołowi wtóruje APOCALYPTICA . Brak pomysłu co do melodii, refrenu, co do tego jak powinna brzmieć całość słychać w dość ciężkim „Long Gone Tommorow” albo nie zdecydowanie i wkroczenie w rejony komercyjne tak jak to jest w przypadku „No hereos No Sinners”.

Moje przeczucia związane z tym wydawnictwem jak i zespołem w sumie się spełniły, niczego od nich nie wymagałem, nie oczekiwałem i też nic nie dostałem. Trzy lub cztery znośne kompozycje to trochę za mało na muzyków tej klasy, na zespół z takim stażem i doświadczeniem. Przypomina to poniekąd sytuację nowego albumu NIGHTMARE gdzie jest i soczyste, wysokobudżetowe brzmienie, jest dbałość o wykonanie, o to żeby było ostro, ciężko i żeby było można poczuć moc, która właściwie jest sztuczna. Nie warto jak dla mnie tracić czas na ten album.

Ocena : 4.5/10

piątek, 18 maja 2012

MARAUDER - Elegy Of Blood (2012)


Patrząc na okładkę nowego wydawnictwa greckiego MARAUDER to można by pomyśleć, kolejny jakiś nisko budżetowy album, który nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Oczy potrafią wprowadzić człowieka w błąd, bo przeciwnie do mało atrakcyjnej okładki, mamy naprawdę do czynienia z bardzo dobrze dopracowanym wydawnictwem który zawiera muzykę z pogranicza heavy/ power metalu na wysokim poziomie. Mogłoby się na pierwszy rzut oka i słuch wydawać że to jacyś amatorzy, jednak jak wskazują źródła informacyjne ów zespół istnieje na scenie muzycznej od kilku lat, a ich początki przypadają na rok 1990. Całkowity dorobek greków liczy 5 albumów tak więc też zespół ma pewne doświadczenie w tym co robi. To co wypromowało tą kapele i przysporzyło im nie małe grono fanów to bez wątpienia dobrze wyszkolony wokalista Alexandros Kostarakos który potrafi śpiewać czysto a kiedy trzeba to pokazuje pazur, ogólnie może się on pochwalić wysokim głosem. Również znaczącym elementem muzyki greków są energiczne, tnące się partie gitar, gdzie jest miks heavy metalu i power metalu. Można się doszukać pewnych odniesień do stylów w jakim gra JUDAS PRIEST, obecnie HELLOWEEN czy też nawet GAMMA RAY. Przez te lata nie wiele się zmieniało w tej kwestii i właściwie piąty album „Elegy Of Blood” znakomicie odzwierciedla te cechy i umacnia pozycję tego zespołu. Co ciekawe pierwszy raz mamy raz zachowanie ciągłości jeśli chodzi o funkcję wokalisty, bo właściwie grecy byli znani że co album to pojawiał się nowy wokalista. Na szczęście to przeszłość.

Co znajdziemy na albumie? Przede wszystkim przemyślany materiał, który co ciekawe nie brzmi jednostajnie i cały czas zespół stara się ubarwić dynamiczny album poprzez różne ciekawe zabiegi jak choćby bardziej rozbudowane kompozycje, z powiewem epickości czy też bardziej rozbudowanymi partiami gitarowymi i zróżnicowanymi melodiami tak jak to jest przeprowadzone w podniosłym „Alexander”. Przerwanie jednostajności następuje też za sprawą dobrze zaaranżowanej ballady „ Mother” czy instrumentalnego „Hiroshima” czy klimatycznego intra w postaci „Elegy Of Blood”. Tak poza tymi wyjątkami dominuje miks heavy power metal, gdzie znaczącą rolę odgrywa agresywność, zadziorność i melodyjność. Mamy w tej kategorii dynamiczne utwory jak „The Great war” czy też „Crusader”, a tak pojawia się więcej stonowanego tempa, nieco więcej heavy metalowej maniery, pazura co słychać w melodyjnym „The Warriors” , urozmaiconym „Roman Empire” czy zadziornym „Black Gold”.

Ciężko napisać jakieś złe słowo o tym albumie, bo jest tutaj sporo ciekawych aranżacji, każda kompozycja cechuje się melodyjnością i agresywnością, do tego jest to wszystko dobrze wykonane. Może czasami zbyt wtórne, może nieco mało przebojowe, może czasami zbyt przytłoczone ciężarem, ale mimo to wciąż jest to solidna porcja heavy/power metalu.

Ocena: 7/10

WHITE SKULL - Under This Flag (2012)


Jeśli chodzi o włoski power metal to zawsze miałem respekt przed WHITE SKULL, który w najlepszym swoim okresie grał znakomicie. Stawiał na przebojowość, dynamikę, wyrafinowanie, przemyślane melodie, który porywały słuchacza pomysłowością i przystępną formą, która sprawiała że kompozycje łatwo zapadały w pamięci. To co charakteryzowało ten włoski zespół który został założony w 1988 roku to również niezwykła agresja, własny wykreowany styl, umiejętność tworzenia przebojów niczym zespoły z wieloletnim stażem, które są pionierami w tej muzyce. Nie da się ukryć że kluczową rolę w tym złotym okresie czyli 1991 – 2000 odgrywała wokalistka Federica De Boni, która w przeciwieństwie do innych panienek stawiała na zadziorność, chrypę, taki można rzec bardziej zalatujący pod męski wokal. To właśnie z ta wokalistką zespół nagrał najlepsze albumy i mam tu na myśli zwłaszcza „Public Glory, secret agony” czy też „Tales From The North”, wraz z odejściem wokalistki poziom muzyczny zespołu nie co spadł i właściwie zespół zaczął brzmieć nieco inaczej. Choć trzeba przyznać, że okres gdzie główną rolę odgrywał wokalista Gustavo Gubarro, który był dobrym w tym co robił, jednakże to już był inny zespół który prezentował nieco inny styl. Również i ten etap nie trwał długo i tak przyszedł czas najgorsze dzieło w historii grupy, czyli „Forever Fight” gdzie pojawiła się nowa wokalistka, a mianowicie Elisa de Palma, której technika i sam styl śpiewania pozostawiała wiele do życzenia. Niestety stylistycznie i pod względem samej zawartości też było słabiutko i zespół właściwie sięgnął dna. Postawiłem na nich krzyżyk i nadzieją na powrót do glorii chwały mogła dać kolejna zmiana personalna na pozycji wokalista Jak już kogoś zatrudnić to sprawdzonego, a już najlepiej kogoś z kim odnosiło się sukcesu, kogoś z kim uformowało się pozycję, styl, osobę z którą jest identyfikowany WHITE SKULL i bez której nie funkcjonuje tak jak powinien. Tak, do składu zwerbowano w 2010 roku Federicę De Boni i to z nią nagrano już nowy album „Under This flag” i to jest album na jaki warto było czekać, to jest wydawnictwo które oczywiście nawiązuje do najlepszych albumów tego zespołu. Co ciekawe jest tutaj ta ich charakterystyczna przebojowość, agresja, zadziorność, niezwykła melodyjność i to jest ten WHITE SKULL, który większość z nas pokochała, za którym większość się stęskniła. Forma wokalna De Boni nie podlega wątpliwości, można co najwyżej gdybać czy to nie jest najlepszy album pod względem jej umiejętności. Dalej ma to coś co elektryzuje słuchacza, co sprawia że słucha się tego z wielkim zapałem i entuzjazmem. Ze starego składu mamy też perkusistę Alexa Mantier, który ma zadanie zapewnić moc utworom, zapewnić zróżnicowanie i dynamikę. To że sobie wywiązuje się ze swoich obowiązków, świetnie dowodzi taki ostry, dynamiczny, melodyjny „Prisoners Of war” dowodzący że zespół wrócił o to w takiej formie w jakiej był, kiedy zespół opuszczała De Boni. Drugim muzykiem, który tkwi w zespole od samego początku to gitarzysta Tony Fonto, który nie zapomniał jak się gra porywające, rozpędzone, melodyjne partie gitarowe i jest to wszystko co liczy się dla mnie w power metalu. Jest szczypta szaleństwa, finezyjności i jest precyzja i niezwykła technika co świetnie słychać w melodyjnym „Nightamres” gdzie znakomicie to upiększają partie klawiszowe w tle.Trzeba przyznać, że tworzy zgrany duet z Danillo Barem, choć szkoda że nie zwerbowano też Nicka Savio. Mamy też taką znajomą oprawę graficzną, no i dopieszczone brzmienie, które zawsze stanowiło mocną stronę wydawnictw WHITE SKULL.

Albumy z wokalistką De Boni zawsze się charakteryzowały równością, przebojowością, mający cechy zróżnicowania i niezwykłej melodyjności. Do tej receptury powrócono i na tym albumie. Choć między tamtymi krążkami a tym jest 12 lat przerwy to jednak czuć tą kontynuację. Już samo otwarcie albumu w postaci „Hunted Down” sprawiło że przeszły mnie ciarki i jest to jeden z najlepszych tegorocznych otwieraczy. Dynamit, zadziorność, średnie tempo, rycerski klimat, chwytliwy refren, który zagrzewa do walki i mocny, ostry riff, który przypomina nieco heavy metalowe granie w stylu JUDAS PRIEST. Można też przytoczyć taki HELSTAR. Mimo skojarzeń jest to ten power metalowy WHITE SKULL, którego mi brakowało. No i ta praca gitarowa jest ciekawsze niż na ostatnich albumach, wystarczy posłuchać jak skonstruowana jest tutaj solówka, jaka jest lekkość, swoboda, melodyjność i szaleństwo. Taki power w tym roku prezentował póki co DRAGONFORCE. Riffy, motywy główne moi drodzy to coś co zapewnia że album nie nudzi, że cały czas się coś dzieje. Już w przypadku „Bottled Mind” pojawia się nieco heavy metalowego zacięcia, ale dalej towarzyszy nam przebojowy charakter kompozycji i niezwykła melodyjność. Jest znakomita forma wokalna De Boni, który idealnie się wpasowuje w tą ostrą, zadziorną ścianę dźwięków. Tak doskonałej pracy gitarowej w wykonaniu zespołu WHITE SKULL już dawno nie słyszałem i „Red devil” to kolejny przebój, to kolejna petarda i miód dla uszu jeśli chodzi o gitary. Świetnie zespół wyczuł tutaj wtrącanie wolnych patentów i kawałek trwa zaledwie 5 minut i dzieje się sporo. Pierwsze skojarzenie to BLOODBOUND i jeśli ktoś kocha ten band to pokocha i to co gra WHITESKULL na tym albumie. Fajnie wypada wtrącenie epickich chórków, heavy metalowe zacięcie w zadziornym „Lost Alone”, który jest kolejnym pretendentem do przeboju roku. Natomiast jeśli chodzi o najostrzejszy kawałek na płycie to dla mnie jest nim tytułowy „Under This Flag” , czy też ostry „You Choose” które mają coś z thrash metalu w głównym motywie i tutaj można również się przekonać co to znaczy mieć znakomitego perkusistę. Do takiej konwencji świetnie pasuje bez wątpienia wokal De Boni, gdzie jest współpraca ostrego riffu z zadziornym wokalem. No i znów przebojowy charakter kompozycji o czym znakomicie dowodzi zapadający w głowie refren. Drugim skrajnym kawałkiem będzie „AOD” gdzie zespół serwuje wolne tempo, spokojny, klimatyczny motyw i nie powiem jest to miła dla ucha ballada, która ma interesującą melodykę. Coś z IRON MAIDEN słychać w melodyjnym, dynamicznym „War After war” gdzie de Boni śpiewa momentami jak sam Dio. Nie można też pominąć rytmicznego „Freedoms Not here” jak i rozpędzonego „Redemption” który znakomicie oddaje to co zespół gra oraz jaki brzmi ich styl, co się na niego składa. Kolejny sztandarowy hicior.

Liczyłem na udanym powrocie, ale nie aż tak wielki. Moi drodzy WHITE SKULL wrócił silny jak niegdyś w swoim najlepszym okresie. Dowodem tego jest ten album. Tak jak ironi nie są sobą bez Bruca, judasi bez Roba, tak WHITE SKULL nie jest sobą bez De Boni. Znakomity powrót w glorii chwały. Ci którzy lubili albumy z De boni to polubią i ten, bo jest to wszystko co było tam. Jest przebojowość, zadziorność, perfekcja wykonania, rozbudowane aranżację i wykorzystany potencjał. Warto było czekać. Jedno z największych zaskoczeń tegorocznych.

Ocena: 10/10

czwartek, 17 maja 2012

HELLOISE - Cosmogony (1985)


Odrobina progresywności która jest połączona z melodyjnym heavy metalem i hard rockiem brzmi ciekawie, czyż nie? Taki styl w sumie prezentował holenderski HELLOISE, który w owym czasie byli bardzo rozpoznawalni w swoim kraju, a to za sprawą świetnego debiutu „Cosmogony” z 1985 roku. Właściwie historia zespołu jak i tego albumu, zaczyna się tam gdzie kończy się historia HIGHWAY CHILE czyli w 1985 kiedy to doszło do rozłamu i przez rok funkcjonował HIGHWAY CHILE z zmienionym składem, a jego czołowi muzycy czyli perkusista Ernst van Ee i gitarzysta Ben Blauw założyli właśnie HELLOISE który odniósł spory sukces, a świadczyć może o tym choćby supportowanie takich gwiazd jak MOTORHEAD, WHITESNAKE, czy DEF LEPPARD.
Styl kapeli w dużej mierze wiązał się z tym co grały inne kapele w innym czasie, ale zespół miał swoje podejście do przebojowości, melodyjności. Wszystko było zrealizowane z niezwykłym wyczuciem, pomysłowością i precyzją. Nic nie było wymuszone i można było poczuć tą czystą radość, jaka wydobywała się z partii muzyków.

To co znajdziemy na tym przebojowym, melodyjnym, zwartym materiale to przede wszystkim miks melodyjnego heavy metalu i hard rocka, z elementami progresywnymi opartymi na czystym, emocjonalnym wokalu Stana Varbraaka ( wystarczy posłuchać ballady „Run A Mile” żeby zrozumieć o czym mówię) i duecie gitarzystów Blaauw/ Boogerds, które cechują się lekkością, finezyjnością, czyli to co jest niezbędne w metalu jak hard rocka. Skoro mowa o hard rocku to muszę przyznać, że nie brakuje szaleństwa radości no i tej przebojowości, bez której album był zapewne mniej atrakcyjny niż jest. W skrócie materiał jest równy i różnorodny, a jego receptą na przyciągnięcie uwagi słuchacza to przebój goniący przebój. Zaczyna się od rytmicznego „Cosmogony” gdzie mamy definicję stylu zespołu, gdzie słychać w wpływy DOKKEN, DEF LEPPARD czy też MOTLEY CRUE. Stonowane tempo, zapadający i bardzo ciepły refren to chleb powszedni zespołu i to słychać w „Broken Hearts”. Oczywiście jak przystało na zróżnicowany materiał poza stonowanymi utworami mamy też szybsze, bardziej dynamiczne kompozycje, gdzie jest rozpędzona sekcja rytmiczna, bardziej żwawe partie gitarowe i w takiej konwencji zespół też dobrze sobie radzi czego dowodem jest rozbudowany „Die Hard” z atrakcyjnymi partiami gitarowymi, zadziorny, wręcz heavy metalowy „Ready For The Night” z pewnym powiązaniem z JUDAS PRIEST. Fajnie też wypada wymieszanie riffu heavy metalowego w stylu JUDAS PRIEST z hard rockowym feelingiem, lekkością i brzmieniem w klimatycznym „For A Momment”. Heavy metal pełną parą, ostry riff w stylu JUDAS PRIEST, nieco RAINBOW w konstrukcji, a także w rodzaju formowania przebojowości to cechy rozbudowanego „Hard Life” , również RAINBOW daje o sobie znać w dynamicznym, przebojowym „Gates Of heaven”. JUDAS PRIEST też daje o sobie znać w takim nieco hymnowym, koncertowym „Friend Of Fortune

Cosmogony” to album z górnej półki, jeśli mówimy zarówno o heavy metalu jak i hard rocku. Można by się długo rozpisywać o plusach tego dzieła, jakich to umiejętności nie ma ją muzycy, jakie to sfera techniczna nie jest bogata i jaki to materiał nie jest przebojowy, tylko po co? Wystarczy odpalić ten świetny debiut holendrów, żeby przekonać się na własne uszy, że jest to muzyka pełna melodyjności, zapadająca w głowie, dostarczająca sporo rozrywki i frajdy słuchaczowi. Album godny polecenia nie tylko szperaczom staroci, ale fanom dobrego hard'n heavy.

Ocena: 9/10

NIGHTMARE - The Burden Of God (2012)


Francuski NIGHTMARE mimo upływu lat wciąż gra i wciąż nagrywa nowe albumy. Obecnie na rynku muzycznym pojawił się ich ósmy album zatytułowany „The Burden of God”. Bez wątpienia jest to kontynuacja wcześniejszych albumów, choć muzycznie daleka od takiego debiutu, gdzie pojawiały się wpływy NWOBHM. Natomiast zestawiając z 3 poprzednimi albumami to otrzymamy oczywiście zawsze wysokiej klasy brzmienie, które ma podkreślać nowoczesność, zadzior i moc jaką niesie ze sobą NIGHTMARE. Również przewija się niezwykła dbałość o warstwę instrumentalną i mam tu na myśli ostre riffy wygrywane przez duet Franck Milleliri / Matt Asselberghs które cechują się brutalnością, ciężarem i niezwykłą power metalową melodyjnością, jak i rozpędzoną urozmaiconą sekcję rytmiczną, która wtóruje ostrym riffom i zadziornemu, mrocznemu wokalowi Jo Amore który ma coś z Jorna czy też Dio i muszę przyznać że jest to jeden z moich ulubionych męskich wokali. Niby to wszystko jest, moc, melodyjność, niby jest precyzja, dbałość o wykonanie zarówno kompozycji jak i całości pod względem technicznym, nawet dbałość o szatę graficzną. Nie ma kombinowania, jest nawet próba sięgnięcia po patenty z mojego ulubionego „The Domination Gate” gdzie pojawiały się elementy symfoniki. Niestety coś nie do końca wyszło im z tym albumem. Doskwiera, momentami jakby przytłaczała całość owa toporność, ciężar, jakby to miało skusić słuchacza. Dominacja ciężaru i stawianie na podobne struktury w kompozycjach sprawia że pojawia się jednostajność, rutyna i monotonia.

Wszystko dobrze się zaczyna bo od klimatycznego, symfonicznego "Gateways To The Void" i więcej takiego podejścia, więcej takiego grania z „The Domination Gate” i byłoby dobrze. Niestety nie wszystkie pomysły są tak trafione jak tutaj. „Sunrise In Hell” to kawał porządnego heavy/power metalu, jednak melodie grają tutaj jakby drugorzędną rolę. Liczy się ciężar, mrok, technika. Mimo to jest to sztandarowa kompozycja tego zespołu, na pewno jedna z ciekawszych na albumie. „The Burden Of God” ma ciekawą strukturę, koncepcję, jednak brakuje mi tutaj bardziej wyrazistego motywu i znów ta dominacja ciężaru, brutalności. Brzmi to bardzo dobrze, jednak zaczyna być u ciążeniem w odróżnieniu poszczególnych kompozycji. Za co mogę jeszcze ich pochwalić na tym albumie? Na pewno za "Children Of The Nation" który ma bardziej wyróżniający się motyw i słychać tutaj coś z BLACK SABBATH z ery Dio. Jest mrok, ponure tempo, jest zapadający mocny riff i nawet partie kobiecego wokalu upiększają tą kompozycję. „The Preacher” również ma ciekawy motyw gitarowy i dużą rytmiczność, jednak też nieco zbyt przesadzono tutaj z tym ciężarem jak dla mnie. Pod względem melodii i pomysłowości podoba mi się taki „The Doomsday prediction” który najwięcej ma owej przebojowości i to jest bardzo dobry przykład jak powinien brzmieć cały album. Próby urozmaicenia stylu przez symfoniczne patenty sprawdziły się co można usłyszeć „The Domination Gate part III” który stylistycznie nawiązuje do albumu o takim tytule z 2004 roku. Jednak nie zostały one w pełni wykorzystane.

Pomysł był, ale wszystko przytłoczono ciężarem i brutalnością, przez co album stracił jak dla mnie na atrakcyjności. Dużo tutaj wałkowania tych samych partii, tego samego motywu, brak jakiegoś ciekawego urozmaicenia. Wszystko brzmi bardzo jednostajnie. Wrażenie robi wykonanie, brzmienie i cała sfera techniczna i umiejętności muzyków. Jednak pod względem muzycznym jest to album dość ciężko strawny. Jest toporność, brutalność, brakuje wyrazistych kompozycji, brakuje zapadających melodii. Może czas przemyśleć kilka spraw, no bo nie można w kółko to samo prezentować, zwłaszcza na takim średnim poziomie.

Ocena: 5/10

NIGHTMARE - Waiting For The Twilight (1984)


Jeśli chodzi o heavy metal Francja w latach 80 nie miała zbyt dużo zespołów przeznaczonych eksportu, a to z tego względu, że większość kapel miała kaprys tworzenia muzyki w ojczystym języku. Jednak nie można powiedzieć, że nie było kapel, które podbijały z dużym sukcesem rynków zagranicznych. Bardzo istotną rolę odegrał w owym czasie NIGHTMARE, który w wielkim stylu powrócił w XXI wieku prezentując nieco mocniejszy i nowocześniejszy metal, jednak zawsze było zachowanie dynamiki melodyjności, będąc wiernym heavy metalowi. Dzisiaj zespół ma się dobrze i dalej tworzy i nagrywa albumy na pewnym dobrym poziomie, godnie reprezentując swój kraj. Jednak w początkowym okresie wydali tylko zaledwie dwa albumy, by potem usunąć się w cień. Znaczącym albumem dla NIGHTMARE był debiut „Waiting For The Twilight” z 1984 r i wszystko właściwie zaczęło się w roku 1979 kiedy kapela została powołana do życia i zachowywała ona swoistą oryginalność, która przejawiała się w specyficznym brzmieniu, charyzmatycznym wokalu Houperta, który miał ciekawą manierą, gdzie była nutka tajemniczości i wątpliwości, do tego ten dramatyzm w operowaniu poszczególnymi liniami wokalnymi. Również znaczącą rolę odgrywał wówczas duet gitarzystów Nicolas De Dominicis/ Jean Stripolli którzy na debiucie dali upust swojemu szaleństwo, jednocześnie nie zapominając o lekkości, przystępności podania swoich partii. Co ciekawe nie ma tutaj jakiegoś silenia się, niemieckiej toporności, a wszystko brzmi bardzo przebojowo i chętnie tu przytoczę taki utwór jak „Too Late” czy też dynamiczny „Trust a Crowd”, gdzie zespół pokazuje że znajoma mu jest brytyjska szkoła grania i trzeba przyznać że debiut „Waiting For Twilight” to przebojowy album, który ma coś z tradycyjnego heavy metalu z obszarów europejskich, amerykańskiego power/speed metalu, i do tego gdzieś tam trochę holenderskiego MARTYR, gdzieś tam fascynację innymi mniej lub bardziej znanymi i można by tu przytoczyć kilka ciekawych nazw, choć zespół jak mało który stara się wykształtować swój styl i ta sztuka wychodzi im nadzwyczaj dobrze. Supportowanie DEF LEPPARD w 1983 roku sprawiło że NIGHTMARE stworzył nawet podobną formę chórków i dobrze to słychać w takim melodyjnym „Royal death”. Ogólnie cały materiał jest zwarty, krótki, dynamiczny i bardzo melodyjny, a każda kompozycja jest pełna energii i zapadających melodii, co sprawia że album jest przystępny dla każdego słuchacza heavy metalu i zyskuje sporo na atrakcyjności. Pojawią się kompozycje gdzie jest nacisk na ciężar i nieco mroczniejsze granie tak jak to ma miejsce w „Waiting For Twilight”. Mamy i epickość ( „Drive Down To Hell”), gdzie jest podniosłość i niezwykły klimat, mamy i hołd dla amerykańskiego heavy metalu w „Fool On The Scene”, niezwykłą rytmiczność i pomysłowość w rycerskim „The Legend” gdzie owe galopady mogą nasunąć choćby IRON MAIDEN.

Jaki wniosek z tego wynika? Że największym atutem i skuteczną bronią NIGHTMARE są melodie, oraz chwytliwy charakter zarówno głównych motywów jak i na przemiennych solówek gitarzystów co idealnie to odzwierciedla nieco hard rockowy „Lord Of The Sky” . Cieszy również fakt, że zespół przez cały jest wierny swojemu stylowi, napiera cały czas dynamicznymi i melodyjnymi kompozycjami, cały czas jest prawdziwy heavy metal bez zbędnych udziwnień, spowolnień. Nie udają nikogo, nie kopiują, a jedynie co może niektórym nie pasować brzmienie, ale to kwestia gustu, ale w owym czasie bywały i gorsze, które utrudniały odsłuch, tutaj sprawa ma się inaczej i słucha się tego przyjemnie, choć czas nie ubłaganie biegnie i płyta się szybko kończy, zwłaszcza jeśli trwa zaledwie 30 minut. Zawsze pozostaje opcja „repeat”. Klasyka heavy metalu lat 80, nie tylko francuskiego.

Ocena: 9.5/10