Strony

niedziela, 30 czerwca 2013

HUNTRESS - Strabound Beast (2013)

Jednym z metalowych odkryć roku 2012 był bez wątpienia amerykański Huntress, w którym śpiewa charyzmatyczna wokalistka Jill Janus. Kapela ta założona w 2007 roku dała się poznać za sprawą udanego debiutanckiego albumu „Speel Eater”. Charyzmatyczna wokalistka w połączeniu z agresywnym wydźwiękiem, z mocną sekcją rytmiczną i zadziornymi, melodyjnymi partiami gitarowymi dały udany debiut, który wzbudził zainteresowanie kapelą. Mamy rok 2013 i drugi album amerykańskiego zespołu ujrzał światło dzienne. „Satrbound Beast” nie do końca spełnił oczekiwania, jakie były postawione.

Uleciała agresja, bez kompromisowość, wykorzystywanie elementów ocierających się pod thrash/black metal. Pozostała dbałość o szczegóły, dopracowanie pod względem technicznym, co potwierdza frontowa okładka i mocne, mięsiste brzmienie, które podkreśla fakt, że zespół ceni sobie pracowitość i dbałość o jakość. Wszystko pięknie tylko w tym wszystkim można dostrzec pewne kosmetyczne zmiany. Nacisk na mroczny, nieco psychodeliczny klimat, który nasuwa twórczość Black Sabbath. Również można dostrzec zmiany stylistyczne, związane z porzuceniem brutalności, cech związanych z thrash/black metalem na rzecz bardziej heavy metalowego grania. Więcj rytmiczności, stonowanych dźwięków, więcej łagodności, tajemniczości, mniej agresji, przebojowości, dynamiki. Taka zmiana nie do końca mnie przekonuje w przypadku nowego albumu. Materiał jest przez to jakby mniej zaskakujący, mniej porywający i zapadający w pamięci. Całość ma wyraz bardziej monotonny i mniej chwytliwy. Na co warto zwrócić uwagę? Z pewnością na melodyjny „Blood Sister”, nieco hard rockowy „Destroy Your Life”. W przypadku tytułowego „Starbound Beast” można wychwycić patenty Judas Priest i Black Sabbath. Takim utworem znakomicie oddającym charakter debiutanckiego albumu, stylu do jakiego przyzwyczaił zespół jest tutaj „Zenith”. Najlepszy utwór na płycie, ale to jest moje zdanie. Fani power metalowego charakteru powinni również zwrócić na „Receiver”. Próby stworzenia bardziej złożonego utworu w postaci „Alpha Tauri” można zaliczyć raczej do nieudanych. Zespół nie kryje swoich inspiracji Judas Priest, nawet potwierdza to nagrywając cover w postaci „Running wild”.

Nie mówię że płyta jest słaba, bo jest to solidny kawał heavy metalu. Jednak nie jest to ten agresywny, energiczny Huntress znany mi z debiutanckiego albumu. Każdy kto lubi heavy metal i kobiecy wokal powinien posłuchać tego krążka we własnym zakresie. Dobry zabijać czasu, o którym za kilka miesięcy nikt nie będzie pamiętał.

Ocena: 5.5/10

MÅNEGARM - Legions Of The North (2013)

Mam oczy ale jestem ślepy, mam uszy ale nie słyszę. Tak mogę opisać swoją przygodę z szwedzkim zespołem Månegarm. Nie jestem osobą właściwą do pisania recenzji o tym zespole, ponieważ nigdy nie miałem kontaktu z tą formacją, a też nie siedzę w tym gatunku tak głęboko by uważać się za specjalistę. Jednak wrażenie jak na mnie wywarł nowy album zespołu o nazwie „Legions Of The North” sprawiło, że postanowiłem przekonać do tej kapeli innych niewidomych i głuchych jak ja.

Månegarm to kapela doświadczona, co zresztą wybrzmiewa na nowym albumie dobitnie. Brak jakiś wpadek, nie dopracowania, brak wypełniaczy i dostarczania słuchaczowi odgrzanych kotletów. Nawet jeśli się nie gustuje viking/black/folk metalu to jednak można doszukać się elementów heavy/power metalowych. Jedni usłyszą coś z 3 Inches Of Blood, jedni wpływy Running Wild, a inni dostrzegą podobieństwo z Kalmah, Suidakra, Wolfchant czy Black Messiah. Cokolwiek usłyszymy szwedzki zespół stawia na własny charakter i tutaj wygryza wszelką konkurencję. Jest agresja, brutalność, mrok, ale też melodyjność, pomysłowość i przebojowość. To są istotne cechy, które sprawiają, ze ów album brzmi wyjątkowo. Nowym nabytkiem w zespole jest perkusista Jacob Hellegren i jego technikę oraz talent słychać przez cały album. Mroczny i brutalny wokal Erika sprawia, że słuchacza potrafią ciarki przejść po plecach. Mimo swojego brutalnego dźwięku przykuwa uwagę i dostarcza sporo emocji. Nawet takie detale jak szata graficzna i brzmienie mają tutaj znaczenie. Znakomicie to odzwierciedla poziom, jakość i styl zespołu. Epickość, podniosłość to kolejny element, który wyróżnia nowy album na tle innych podobnych wydawnictw. Otwierający „Arise” już daje upust owej epickości. Dominują tutaj kawałki będące krzyżówką viking/black i folk metalu co znakomicie prezentuje „Legions Of The north”. Czasami jak w przypadku Eternity Awaits” zespół kładzie większy nacisk na folkowy charakter kompozycji. Miłym urozmaiceniem są klimatyczne przerywniki w postaci „Helvegr” czy „Vigverk”. Oprócz szybkich kompozycji mamy też bardziej stonowane jak np. „Hordes Of Hel”. To potwierdza talent i pomysłowość gitarzystów, którzy nadają całości agresywności i melodyjności. Technicznie też nie ma im czego zarzucić. Bardzo dobrze wypadają też utwory bardziej rozbudowane, bardziej złożone, z różnymi smaczkami i tutaj dobrym przykładem jest „Echoes from the Past” czy złowieszczy „Forged in Fire”. Reszta utworów również pasjonująca i godna uwagi.

Nie jestem smakoszem black metalu czy też viking metalu, ale gustuje w pomysłowym albumie, gdzie jest miejsce na agresję, przebojowość, mroczny klimat. „Legions of the North” zaskoczył bardzo pozytywnie i pokazał, że poza heavy/power metalem też można znaleźć płytę godną uwagę, która uwodzi swoim urokiem, stylem i poziomem, a także pomysłowymi aranżacjami. Jeden z najciekawszych albumów roku 2013. Teraz widzę, teraz słyszę.

Ocena: 10/10

SILENT FALL - Otherwise (2010)

Jednym z tych zespołów, w których drzemie potencjał jest bez wątpienia francuska formacja Silent Fall. Progresywny heavy/power metal w melodyjnym wydaniu z elementami symfonicznego metalu to najlepsze określenie tego co gra ten zespół. Założony w 2009 roku band nie dał się właściwie poznać z jakiejś szerszej perspektywy bo nagrali tylko debiutancki album w postaci „Otherwise”. Choć od premiery tej płyty minęły 3 lata to jednak wciąż potrafi wzbudzić emocje formą, stylem i potencjałem muzyków.

Zgrabna, dynamiczna, zaskakująca sekcja rytmiczna, zgrabne melodie, które są pełne lekkości, finezji, to znakomite przykłady, że w muzykach drzemie potencjał na coś więcej. Zwłaszcza w duecie gitarowym słychać tą moc, pomysłowość. Duża dawka ciekawych skonstruowanych motywów, w których przewijają patenty Stratovarius, Sonata Arctica, Angra czy Kamelot to z pewnością największy atut tej płyty. Wokalista Adrien, który swoją manierą przypomina Khana z Kamelot potrafi przyciągnąć uwagę słuchacza. Wszystko pięknie, tylko sam materiał zawarty na płycie nie jest już taki satysfakcjonujący. Wynika to głównie z rozciągniętego w czasie materiału, zbyt małej ilości przebojów godnych zapamiętania, a także kilka nudnych motywów. Na korzyść albumu działa zróżnicowanie. Mamy utwory spokojniejsze, utrzymane w wolniejszym tempie jak singlowy „Who Is The Fool?' czy melodyjny „World Of Secrets”. Zespół gra dość ciekawą formę power metalu i te różne smaczki i pomysłowość można uchwycić w rozbudowanym „On the Top of the World”. Najlepiej wypadają kawałki, w których dominuje power metal oraz wysunięte klawisze, które są oznaką Silent Fall na tym albumie. Dobrym tego przykładem jest choćby „Kill for Life” czy przebojowy „ Forever and Ever”.

Mimo ciekawego stylu przesiąkniętego progresywnością, europejskim power metalem i symfonicznością, mimo potencjału drzemiącego w muzykach udało się nagrać co najwyżej dobry album. Nieco wtórny charakter i materiał, który nie zapada w pamięci sprawiają, że owe wydawnictwo wypada znacznie słabiej niż by mogło.

Ocena: 6/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu Hmp

sobota, 29 czerwca 2013

POWERWOLF - The Rockhard Sacrament (2013)

Niemiecki Powerwolf to obecnie jedna z najlepszych kapel na rynku metalowym. Zasłużyli na to sobie za sprawą ciężkiej pracy i pomysłowości. Od albumu „Lupus Dei” wykreowali swój własny styl w którym słychać troszkę inspiracji Running Wild, z tym że piratów zastąpiły krzyże, wilkołaki i tematyka religijna. Ciekawy, nieco mroczny i nawiązujący do black metalu image, luźne podejście do tematyki religijnej sprawiły, że nie ma takiego drugiego zespołu jak Powerwolf. Co wyróżnia ten zespół z innych to fakt postawienia na operowego wokalistę, jakim jest bez wątpienia Attila Dorn. Umiejętność stworzenia klimatu, przebojów to też cecha, która czyni ten band silnym i nie powtarzalnym. W tym roku zespół wyda swój kolejny album o tytule „Preachers Of the Night”,a przedsmak tego co nas czeka w pewien sposób prezentuje mini album „The Rockhard Sacrament”.

Zespół idzie dalej swoją obraną ścieżką co jest akurat radosną nowiną, tak samo jak fakt, że dalej jest tematyka religijna i że mamy wilkołaki. Cieszy również forma zespołu, która nawet na chwilę nie opadła. Dalej jest ta radość i lekkość w graniu i pomysłowość, która przejawia się w kompozytorstwie i aranżacjach. Chórki, melodyjne riffy i solówki, świetne tło wykreowane przez organy kościelne dalej odgrywa znaczącą rolę w ich muzyce. Już można przypuszczać, że nowy album będzie kolejną perełką w dyskografii zespołu. Dwa nowe kawałki w postaci „Amen and Attack” oraz „In The Name Of God” to wszystko do czego nas przyzwyczaił ten band. Szybko, melodyjnie i do przodu, z charakterystycznymi zwolnieniami i urozmaiceniami. Są to po prostu typowe kawałki dla tego zespołu. Ciekawym dodatkiem na tym mini albumie są dwa covery. Pierwszym jest „Headless Cross” i Powerwolf utrzymał klimat i mrok tego kawałka. Dodał swoje ozdobniki i podniosłość, nadając kawałkowi jakby nowy wymiar. Jeszcze większy szok wywarł na mnie „Nightcrawler” Judas Priest. Jest to utwór dość ostry z Robem, który był wtedy w życiowej formie. Ciężko było sobie to wyobrazić w wykonaniu Powerwolf. Jednak jest to najlepszy cover tego kawałka Judas Priest. Zespół znakomicie go przerobił jakby na swój. Niesamowity klimat i wykonanie. Kolejny dowód na to, że Powerwolf to jedna z najlepszych kapel na rynku metalowym. Na tym mini albumie znajdziemy „Amen & Attack” w wersji orkiestrowej, a także „Living On Nightmare”, który znalazł się na składance Wolfsnaechte 2012 Tour Ep.

Apetyt na nowy album Powerwolf jeszcze bardziej wzrósł po wysłuchaniu tego mini albumu. Ciekawe jak długo będzie trwać dobra passa tego niemieckiego zespołu? Póki co Powerwolf nie ma sobie równych. Wilki i tematyka religijna dalej żądzą i są przepisem na sukces Powerwolf.

Ocena: 9.5/10

BIG RAT - Big Rat (1990)

Połączenie topornego heavy metalu z nutką lekkości, progresywności, z przebojowym, zadziornym hard rockiem brzmi jak coś wykluczającego się, jednak dowody na to, że istniała niemiecka kapela, której udało się połączyć te elementy w jedną spójną całość. Tą kapelą był Big Rat, który zapisał się w historii metalu za sprawą jednego albumu, a mianowicie „Big Rat”. Kapela powstała w 1988 roku i prace nad debiutanckim krążkiem zajęły dwa lata. Mimo upływu lat ta płyta się broni i dalej wzbudza podziw.

Z jednej strony mamy zadziorność, toporność wyjętą z takich kapel jak Accept, Warlock, czy Steeler, zaś z drugiej brytyjską lekkość, rytmiczność, finezyjność przypominającą Rainbow, Deep Purple, ale też kapele pokroju Demon, w których wykorzystuje się syntezatory i inne tego pokroju ozdobniki. Ta mieszanka czyni ten zespół i ich jedyny album dość oryginalny i wyjątkowy. Słychać wiele znanych patentów, jednak całościowo Big Rat stara się brzmieć na swój sposób, nie będąc klonem żadnej kapeli. Co zachwyca w tym niemieckim zespole to nie tylko ciekawy styl, ale też sami muzycy. Rat Gepard to wokalista metalowy z krwi i kości, aż nasuwa się maniera wokalisty Scanner znanego z „Hypertrace”. Ta jego drapieżność, szorstkość i technika potrafią zauroczyć od pierwszych minut. Świetnie wypada mocna, dynamiczna i taka urozmaicona sekcja rytmiczna. Jednak wszystko jakby się kręciło wokół rytmicznych, melodyjnych, a przede wszystkim finezyjnych partii wygrywanych przez gitarzystę Pete'a De Lena Jego zagrywki świetnie współgrają z klawiszami, które wprowadzają niesamowity klimat i nutkę progresywności. Mieszanka wybuchowa i godna wzmianki w osobnym tekście. Jak przystało na hard rockowy album jest dużo dawka melodyjności i masa chwytliwych przebojów. Fanni starych płyt Axxis powinni czuć się szczęśliwy słuchając tego wydawnictwa. Zwłaszcza takich utworów jak „Dreamer” czy „Rock Me Babe”. Wyjątkowy styl już można uchwycić w otwierającym „Heavy metal Dynamite” w którym słychać wpływy Accept czy Scorpions, ale mimo znanych patentów Big Rat stara się być sobą. Każdy utwór to prawdziwy przebój, który zapada w pamięci i dostarcza sporo emocji. Można się dobrze bawić przy takich kawałkach jak „Cats go Pussy” czy „Lady Confusion”. Momentami zespół ociera się o power metal, czego dowodem są „Strongest Of Are Kind” czy „Bad Bad Boys”, w których słychać coś z wczesnego Pretty Maids czy Helloween. Nawet w wolniejszych klimatach zespół wypada perfekcyjnie czego dowodzi „Dreamer” czy ballada „Far Away from Home”.

Nie często słyszy się taki album, nie często trafia się na kapelę która miała taki potencjał. Ciekawy styl i niesamowita konstrukcja krążka sprawiają, że ciężko dojść do siebie długo jeszcze po przesłuchaniu. Pozycja obowiązkowa dla fanów rockowego grania, a także melodyjnego metalu. Jedna z najciekawszych kapel, jakie zrodziło się w latach 80 na ziemi niemieckiej. Są pogłoski że zespół zebrał się ponownie, a czas zweryfikuje czy jest ziarno prawdy w tej plotce. Gorąco polecam!

Ocena: 10/10

OSUKARU - Triumphant (2013)

Za wielkiego fana Toto, Foreigner, Heart czy Whitesnake nigdy się nie uważałem, ale byłem ciekawy jak brzmi mieszanka wpływów tych kapel zaprezentowana na nowym albumie szwedzkiego zespołu o nazwie Osukaru. Wydawnictwo nosi tytuł „Triumphant” i dla fanów rocka i twórczości wcześniej wspomnianych kapel może być to album, który może się podobać.

Jest tutaj owa lekkość, emocjonalny charakter, duża dawka rockowo – popowego grania, co z reszta wyróżniały owe wielkie kapele rocka. Niestety mimo wyraźnych nawiązań do Toto czy Foreigner w swojej muzyce nie rzucają na kolana. Wynika to głównie z odstraszającego wokalu Cecilii, który nijak ma się do rockowego grania. Nie wzbudza emocji swoją techniką, ani drapieżności. W tej kwestii lepiej wypada męski wokal w postaci Fredrika Wernera. Właśnie taki emocjonalny, czuły wokal świetnie współgra z lekkimi, popowo rockowymi motywami wygrywanymi przez Oza Osukaru. W tym aspekcie jest zróżnicowanie, dbałość o technikę i finezyjność. Brakuje tylko drapieżności, przebojowości, której tutaj nie dostrzegam. Podobać może się wykorzystanie pianina i saksofonu jako ubogacenia, podobnie zresztą jak i soczyste, ciepłe brzmienie, który podkreśla rockowy wymiar całości. Z całego materiału warto wyróżnić ostrzejszy „The Fire Burns On”, emocjonalny „Never Play With Fire”, przebojowy „I Won't Let You Go” czy lekki „Priosner Of The Night”. Są wzloty i upadki, utwory w miarę interesujące i nudne, przez co płyta traci na wartości.

Płyta skierowana do zagorzałych fanów Toto, Whitesnake czy Foreigner. Kto ceni sobie lekkość i popowy wymiar, ten będzie zadowolony, reszta raczej średnio. Ale każdy sobie musi sam zdanie wyrobić. Mogło to brzmieć znacznie lepiej.

Ocena: 3/10



Płytę przesłuchałem dzięki uprzejmości :

piątek, 28 czerwca 2013

PRODIGAL EARTH - Zenith II Zero (2009)

Na dzień dzisiejszy jednym z takich znanych zespołów metalowych z egzotycznego Cypru jest bez wątpienia Arrayan Path. Jednak początki tych muzyków należy się doszukiwać już w latach 90 kiedy to tworzyli pod nazwą Diptheria. Skoro są znani i ich muzyka cieszy się uznaniem, to dlaczego by nie stworzyć innego zespołu o podobnej stylistyce? Prodigal Earth, który powstał w 2006 roku to właściwie zespół, który stylistycznie jest zbliżony do Arrayan Path.

Duży udział w analogicznym brzmieniu Prodigal Earth do Arrayan Path zespół zawdzięcza wokaliście Nicholasowi Leptesowi i Parisowi Lambrou, którzy znani są właśnie zgrania w Arrayan Path. Znany nam wszystkim czysty, emocjonalny wokal Nicholasa z Arrayan Path w Prodigal Earth spełnia podobną rolę. Ma dostarczyć melodyjności, epickości i wzbudzić emocji. Jednak nie tylko wokal tutaj może kojarzyć się z tym co gra Arrayan Path. Również dynamiczna sekcja rytmiczna jest jakby przerysowana z tamtego zespołu. Nie brakuje w tym aspekcie wpływów Iron Maiden, co słychać choćby w takim „Broken World” czy w power metalowym „Disaster 211”. Podobieństwa można dostrzec w konstruowaniu kompozycji,w aranżacjach, w których nie brakuje różnych smaczków i wzbogaceń. Nawet stylistycznie można zakwalifikować muzykę Progigal Earth do gatunku progresywny heavy/power metal. Owy progresywny charakter podkreślają takie utwory jak „Once Upon a Crime” czy „The End (Ashes of Desire Pt.1)”. Gitarzystom udało się wykreować bardziej wyszukane melodie, stworzyć bardziej pokręcone aranżacje i w tym aspekcie jest co podziwiać. Szkoda tylko, że tak mało jest zapadających w głowie przebojów. Takim najlepszym jest tutaj „God's Children”.

Debiutancki album Prodigal Earth zatytułowany „Zenith II Zero” to nie lada gratka dla fanów progresywnego heavy/ power metalu oraz Arrayan Path. Może nie jest to dzieło ponadczasowe, ale solidne i godne uwagi.

Ocena: 6.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

czwartek, 27 czerwca 2013

ADOLF CASTLE - Really Crazy Germans (1994)

Muzyki w stylu wczesnego Blind Guardian, Running Wild, czy Helloween nigdy za wiele. Zwłaszcza jeśli pochodzi z lat 80/90. To też nie mogłem ominąć starocia w postaci Adolf Castle. Zespół mało znany, ale nic dziwnego skoro nie pozostali długo na scenie. Powstali w 1992 roku i zdołali nagrać tylko debiutancki album w postaci „Really Crazy Germans”, który ukazał się w 1994 roku.

Choć płyta reprezentuje podziemny heavy/power metal z elementami folku to jednak sam styl i sposób grania sprawia, że kapela zasługuje na wyróżnienie. Zwłaszcza jeśli starała się w przeciwieństwie do innych formacji postawić na humorystyczny charakter. Taka mieszanka brzmi po prostu fantastycznie. Sekcja rytmiczna jest tutaj żywiołowa, pełna dynamiki, a wszystko wypełniają popisy gitarowe. Od strony gitarowej debiutancki album wypada bez błędnie. Jest zadziorność, agresja, momentami będąca na pograniczu power/thrash metalu. Może technicznie niczego nowego nie uświadczymy bo wszystko wcześniej gdzieś można było usłyszeć. Jednak mimo wykorzystaniu odgrzewanych patentów udało się dodać nieco folkowego charakteru, humoru i uczynić muzykę zespołu bardzo melodyjną. Dobrą zabawę podczas słuchania albumu zapewnia również wokalista Dmitry Nachaev, który przypomina nieco Udo Dirkschneidera i nieco Rock'n Rolfa. Możecie tutaj zapomnieć o jakimś nudnawym materiale, który wypchany jest jakimiś zapełniaczami. Od początku do końca mamy znakomite kawałki i każdy znajdzie coś dla siebie. Fani instrumentalnych popisów powinni zainteresować się „The Great Attila Inversion”. Zaś ci którzy wolę łagodniejsze granie, w którym jest rockowy feeling powinni posłuchać z uwagę „ Villisa”. Jednak domeną tego albumu jest agresywne, melodyjne i zadziorne granie, jak to zaprezentowane w „Iron Riders” , przesiąknięty folkiem i zarazem thrash metalem „Fat Mad marta” czy tez przebojowym „Crowned by the Sun”. Dowodem na humorystyczny wydźwięk całości jest bez wątpienia „Oh' Grand Old Alaric!”.

Szukacie szybkości dynamiki, agresji, radosnego grania, humorystycznego wydźwięku, speed/power metalu w stylu Running Wild, czy Blind Guardian to znajdziecie to na jedynym albumie rosyjskiego Adolf Castle. Niech was nie zmyli nazwa zespołu ani okładka. Jeden z najlepszych albumów metalowych, który powstał na ziemi rosyjskiej.

Ocena: 9.5/10

AORTA - Blood Pleasure (1983)

Nie tak łatwo znaleźć kapelę, która czerpie garściami z wczesnego okresu Accept i mam tu na myśli lata 70. Jednak po długich poszukiwaniach udało mi się znaleźć kapele, która gra heavy metal z wpływami hard rocka, nawiązując przy tym do wczesnego okresu Accept. Tym zespołem jest Aorta, który narodził się w Niemczech na początku lat 80. O samej kapeli wiadomo nie wiele, ale wiadomo, że w 1983 roku wydali album zatytułowany „Blood Pleasure”.

Mimo ciekawego stylu nawiązującego do wczesnego Accept, płyta nie zyskała większej sławy. Można ten album zaliczać do grona płyt metalowego podziemia. Okładka i surowe, niskiej jakości brzmienie znakomicie oddają owy podziemny charakter. Jednak mimo tych niedopracowań udało się nagrać całkiem przyzwoity album, w którym słychać w pływy Scorpions, Accept, czy Ac/Dc. Choć za grosz nie ma oryginalności w tym co prezentuje niemiecki zespół, to jednak melodyjność i proste, chwytliwe granie potrafi umilić czas. Na pewno uwagę przykuwa od pierwszych minut wokalista Karl Josef Hadt, który brzmi jak hybryda Lemmiego z Motorhead i młodego Udo Dirkschneidera z Accept. Może nie ma jakiegoś wyszkolenia technicznego, ale pasuje do tego co wygrywa gitarzysta Peter Maulice Menderson. Jest lekka toporność, zadziorność, hard rockowy feeling i melodyjność. Więcej nie trzeba do szczęścia. Zespół wszelkie niedoskonałości zaciera równym i dość melodyjnym materiałem. Warto zawrócić uwagę na „Our Music” czy hard rockowy „Future”. Utrzymany w stylu Ac/Dc utwór „Sydney” też dobrze wypada. Dużym minusem jest jednostajność i granie na jedno kopyto. Całość dość szybko zmywa się jakby w jeden utwór, co nie jest na korzyść.

Aorta nie przetrwał próby czas, ale pozostawili po sobie jakiś ślad. Całkiem przyzwoity album w postaci „Blood Pleasure” który powinien zainteresować maniaków wczesnego Accept, czy fanów niemieckiej sceny metalowej. Reszta może sobie odpuścić.

Ocena: 5/10

JUDICATOR - Sleepy Plessow (2013)

Lekcja historii z metalem to fajna przygoda. Nie pierwszy raz w metalu zespół stara się przekazać słuchaczowi jakieś informacje, fakty i stara się czegoś nauczyć. Sabaton czy Judas Priest „Nostradamusem” pokazali że można. Amerykański dwuosobowy projekt o nazwie Judicator postanowił podjąć się podobnej próby na nowym albumie zatytułowanym „Sleepy Plessow”. Cały album skupia się wokół Państwa Pruskiego i osoby Fredericka Wielkiego – króla Prus. Nowy krążek jest bardziej dojrzały aniżeli debiut „King Of Rome” i ciekawa warstwa liryczna to tylko jeden z wielu dowodów, który to potwierdza.

Rozwój zespołu można już dostrzec na frontowej okładce, która jest malownicza i świetnie odzwierciedla to z czym związany jest nowy album Judicator. Brzmienie zostało bardziej dopieszczone co słychać od pierwszych minut. Jednak to wszystko to są drobne szczegóły. Co tutaj przykuwa uwagę to wokal Johna Yellanda, który śpiewa bardziej drapieżniej, bardziej technicznie, a wszystko jakby w stylu Hansiego Kurscha z Blind Guardian. Również rozwinął skrzydła gitarzysta Tony C, który jest odpowiedzialny za harsh wokal na płycie. Jego partie są tutaj dobrze wyważone między heavy metalową solidnością i agresją a power metalową melodyjnością. Całość brzmi tutaj po prostu znakomicie. Materiał jest w swojej formule urozmaicony i solidny, tak więc można zapomnieć o przykrych wpadkach w postaci wypełniaczy. To co dostajemy na nowy albumie Judicator? Podwojoną liczbę przebojów, melodii, więcej przebojów, a wszystko w zamian za nieco wtórny charakter w którym można wyłapać patenty Helloween, Blind Guardian, Scanner, Running Wild czy Iced Earth. Jest to sprawiedliwa cena, zwłaszcza że materiał broni się sam. Klimatyczny utwór instrumentalny w postaci „Sleepy Plessow” robi dobre wrażenie, a potem jest już tylko lepiej. Dynamiczny heavy/power metal to formuła w której sprawdza się amerykański duet i świetnie to słychać w „The Elector” , „Memory Of Shame” czy „When Crowns are Shattered”. Słychać tutaj jak najbardziej Helloween, Running Wild jak i Blind Guardian. Bardziej heavy metalowe kawałki jak „Sea Of Fire” czy „The Philosopher King” potrafią zaskoczyć swoim klimatem i ciężarem. Na nowej płycie nie brakuje gościnnych muzyków, którzy ubogacili owy album. Zwłaszcza taki epicki, nieco progresywny utwór „Blut von Himmel”, który trwa ponad 11 minut. Ten kawałek świetnie pokazuje, że muzycy mają głowę pełną interesujących pomysłów.

Można jednak nagrać album metalowy, który nie tylko wzbudza emocje i zachęca do zabawy, ale również do wzbudzenia zainteresowania historią. Judicator w znakomity sposób przybliża życie króla Prus. „Sleepy Plessow” to album, który zadowoli fanów melodyjnego grania i formuły heavy/power metalowej. Jeden z tych wydawnictw, z którym warto się zapoznać. Gorąco polecam!

Ocena: 8.5/10

środa, 26 czerwca 2013

MAGNUS KARLSSON'S FREE FALL - Magnus Karlsson's Free Fall (2013)

39 lat na karku, masa zespołów godnych uwagi, rozpoznawalny własny styl to coś co czyni Magnusa Karlssona jednym z bardziej znanych i doświadczonych gitarzystów heavy metalowego światka. Ostatnio Magnus dał się zapamiętać za sprawą albumu Primal Fear, solowego albumu Sheepersa, czy też projektu Kiske/ Somerville. W tym roku Magnus postawił na swój pierwszy solowy album pod szyldem Magnus Karlsson Free Fall i tak samo został zatytułowany debiutancki krążek. Biorąc pod uwagę inne płyty nagrane pod jakimś projektem, to z pewnością to wydawnictwo wypada najlepiej.

Składa się na to wiele części składowych. Z pewnością nieźli goście odgrywają tutaj znaczącą rolę. Mamy tutaj Russella Allena, Ralfa Scheepersa, Ricka Altziego, Marka Boalsa i wiele innych znanych muzyków. Soczyste brzmienie, tworzące odpowiedni klimat, który jest przesiąknięty nutką tajemniczości. Jednak nie jest to istota tego albumu. Tutaj wszystko skupia się wokół popisów gitarowych Magnusa, które cechują się melodyjnością, finezją i dbałością techniczną. Jest w tym wszystkim agresja, przebojowość, a także zróżnicowanie. Mamy hard rockowe kompozycje jak choćby „Free Fall” z progresywnym zacięciem, bardziej power metalowe co słychać w takim „Higher” czy melodyjnym „Us Againts The World”. Jednak urozmaicenie na tej płycie nie zna granic. Znajdziemy tutaj bowiem lekkie, melodyjne kompozycje będące na pograniczu melodyjnego metalu i hard rocka. Przykładem tego jest „Heading Out” czy „Fighting”. Właściwie każda kompozycja jest dopracowana i solidna.

W swojej kategorii jest to ciekawa pozycja. Dobrze wybrani goście, klimatyczne, finezyjne popisy gitarowe i niezła dawka melodyjnego grania, w którym nie brakuje rockowego feelingu. Nie można tego przegapić, zwłaszcza jeśli jest się fanem talentu Magnusa Karlssona. Najciekawszy tegoroczny projekt póki co.

Ocena: 8/10

HAVOK - Unnatural Selection (2013)

Amerykański zespół Havok dał się już poznać jako kapela, która chce odtworzyć thrash metal lat 80/90. Choć działają od 2004 roku to jednak dali się już poznać słuchaczom jako formacja, który zna się na swojej robocie. Havok ma na swoim koncie 3 albumy, z czego ostatni zatytułowany „Unnatural Selection” właśnie trafia na półki sklepów.

Już patrząc na frontową okładkę można przewidzieć co usłyszymy na płycie tego zespołu. Agresywny, dynamiczny, melodyjny i przesiąknięty latami 80/90 thrash metal. Tak też się dzieję, bo zawartość tutaj jest tak samo interesująca co okładka. Przede wszystkim imponuje pomysłowość muzyków, zwłaszcza w sferze kompozytorstwa i aranżacji. Mimo że słychać wpływy Exodus, Megadeth, Anthrax, czy Overkill, to jednak Havok stara się też dać coś z siebie. Na pewno takim smaczkiem Havok jest zastosowanie elementów speed metalu, a nawet Nwobhm w niektórych przypadkach. Najlepszym przykładem wykorzystanie tych patentów jest choćby cover Black Sabbath „Children Of the Grave”. Na wyjątkowość zespołu składa się również David Sanchez, którego wokal jest ostry, ale przesiąknięty punkowym feelingiem. Momentami brzmi jak Mark z Death Angel i słychać to dość wyraźnie w takim „ It's True”. Nowy album to właściwie niezłe przedstawienie sekcji rytmicznej, a zwłaszcza perkusisty Pete'a Webbera. W takim „Unnatural Selection” można na własnej skórze poczuć moc tego instrumentu i jaką ważną rolę odgrywa. Aby w pełni oddać charakter lat 80,90 stworzono odpowiednie brzmienie, który cechuje się agresją, surowością i naturalnością, a to wszystko współgra z zawartością. Otwierający „Im the state”, energiczny „Give Me Liberty... Or Give Me Death” czy „Living Nightmare” to świetne przykłady mocnego thrash metalu. W takiej formule zespół czuje się po prostu świetnie i taki żywiołowy agresywny thrash metal zawsze jest w cenie. Nie brakuje też bardziej heavy metalowych kompozycji, czego przykładem jest „Worse than war”.

Havok to jedna z najlepszych młodych formacji jeśli chodzi o thrash metal i nowy album znakomicie potwierdza formę zespołu. Kto lubi thrash metal przesiąknięty latami 80,90 powinien zapoznać się z tym wydawnictwem na pewno nie pożałuje.


Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 24 czerwca 2013

SOLDIERFIELD - Bury The Ones We Love (2012)

Wojna to nieskończone źródło inspiracji dla kapel heavy metalowych. Jedne formacje piszą kawałki o konfliktach zbrojnych, o bitwach i pełno jest tekstów poświęconych tej tematyce. Nie brakuje też zespołów, które nawiązują do wojennej tematyki za sprawą nazwy kapeli. Dobrym przykładem tego drugiego zjawiska jest młody zespół o nazwie Soldierfield. Ta kapela powstała w roku 2011 i wliczyć można ją do młodego pokolenia brytyjskiego heavy metalu, który chce zaskoczyć fanów. Soldierfield póki co dał się poznać słuchaczom za sprawą mini albumu o nazwie „Bury The Ones We Love”, który ukazał się w 2012 roku.

To co znajdziemy na płycie to miks heavy metalu, thrash metalu oraz rocka. Elementy tych gatunków zostały starannie wybrane i wymieszane, dając ciekawą mieszankę. Więcej wpływów amerykańskiego heavy metalu usłyszymy, a także thrash metalu. Spory wpływ na muzykę zespołu miał Iced Earth, Anthrax, Metallica, czy Megadeth, ale nie tylko. Najbardziej elementy thrash metalu wybrzmiewają w ostrym „Leave You in the Dirt”. Ten utwór potwierdza, że muzycy wiedzą co robią i robią to nawet przyzwoicie. Nic dziwnego skoro wchodzi trzech byłych muzyków zespołu Blaze Bayleya, a mianowicie Andy Trott,Steve Wray i Jeff Singer. Partie gitarowe są ostre, momentami nieco monotonne, ale na pewno oddające klimat gatunków heavy/thrash metal. Brak jakiejś oryginalności jak i przebojowości gitarzyści nadrabiają zadziornością i ciężarem. Tutaj aż się prosi podać za przykład „Feel Alive”. Na płycie poza krótkimi kawałkami znajdziemy też rozbudowany „The Path” ale ten kawałek ma zarówno swoje mocne strony jak i słabe. Rockowe patenty wyraźnie słychać w „Skyflower”, ale jest to utwór jakby bez emocji i ciekawego pomysłu. Dość dobrym kawałkiem jest „Bury the Ones We Love” , który pokazuje, że wokalista Leigh Oates jest tylko solidnym śpiewakiem, który swoje niedoskonałości nadrabia drapieżnością i rockową manierą. Materiał jest monotonny i niezbyt zapadający w pamięci, co jest największą wadą tej płyty.

Całość mogła brzmieć znacznie lepiej. Można było darować sobie nowoczesne brzmienie i thrash metalowe elementy i pójść ścieżką bardziej tradycyjną. Płyta byłaby wtedy znacznie ciekawsza i bardziej atrakcyjna dla słuchacza. Tak mamy średniej klasy album heavy metalowy, który nie rokuje na przyszłość raczej Soldierfield pozostanie w cieniu innych ciekawszych formacji.

Ocena: 3.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

niedziela, 23 czerwca 2013

SCORPION CHILD - Scorpion Child (2013)

Na dzień dzisiejszy sporą sensacją wzbudził nowy album Black Sabbath, a także Deep Purple, a więc płyty weteranów, którzy w latach 70 stworzyli podwaliny pod heavy metal. Tutaj jednak w dużej mierze podziałała magia nazw. Jednak dla tych, którzy kochają lata 70, rock psychodeliczny i cenią sobie granie w stylu Rainbow, Black Sabbath, Led Zeppelin, Deep Purple czy Uriah Heep, ten powinien skupić się na innej tegorocznej sensacji, a mianowicie Scorpion Child. Teksańska kapela, która w tym roku wydała swój debiutancki album zatytułowany po prostu „Scorpion Child”.

To wydawnictwo od pierwszych minut pokazuje, że kapela choć młoda to ambitna i wie co chce grać i w jaki sposób. Psychodeliczny klimat, który przypomina debiutancki album Ghost, mięsiste, głębokie brzmienie, genialny wokal Aryna Jonathana Blacka, który przypomina manierę Roberta Planta i Ronniego James Dio, do tego kapitalne riffy w wykonaniu duetu Cowart/ Frank sprawiają że album nie może pozostawić fana prawdziwego rocka obojętnym. Styl tej młodej kapeli założonej w 2006 roku nie wnosi żadnej rewolucji do muzyki rockowej/ metalowej. To wszystko już gdzieś było na płytach Black Sabbath, czy Deep Purple, jednak Scorpion Child odświeża te elementy i je przebudowuje dając troszkę od siebie. Scorpion Child to nie pierwszy zespół, który sięga do lat 70, który łączy najlepsze elementy muzyki rockowej i metalowej z psychodelią, hard rockiem i elementy bluesa, ale z pewnością jednym z pierwszych, który robi to z pasją. Tak więc mamy ciekawy styl, ambitnych muzyków, którzy wyczyniają cuda. Mamy znakomitego, technicznego wokalistę, który wzbudza emocje, sekcję rytmiczną, która przyprawia o dreszcze i gitarzystów, którzy nie tylko wygrywają ciekawe melodie, pełne finezji, ale również tętniące swoim życie. Słyszało się wiele albumów w tym roku, ale tylko tutaj partie gitarowe są takie magiczne, mające swoją duszą. Niesamowite i właściwie ciężko to opisać. Zadbano o każdy szczegół, nawet o szatę graficzną, która nasuwa lata 70/80. Jednak wszystko rozchodzi się nie tylko o wyjątkowy styl czy wykonanie, ale również poziom i jakość kompozycji, które wypełniają płytę. Otwierający „Kings Highway” pokazuje jak powinien brzmieć nowy album Black Sabbath. Mroczny klimat, momentami psychodeliczny i zadziorny riff w stylu Tonego Iommiego. Czy można lepiej otworzyć album? Album promował przebojowy „Polygon Of Eyes”, który nasuwa nie tylko Black Sabbath, ale również Deep Purple czy Led Zeppelin. Kawałek brzmi tak naturalnie i tak magicznie, że z ciekawością wyczekuje się pozostałych kawałków. Pomysłowy riff w „The Secret Spot” , mroczny klimat w „Salve Slave” sprawiają że całość nabiera rumieńców i niesamowitej lekkości i przestrzeni. Znalazła się nawet miejsce dla ballady w postaci „Anitioch” która ma cechy najlepszych ballad Nazareth. Najostrzejszym utworem na płycie jest bez wątpienia nie co rock'n rollowy „Paradigm” , zaś „Red Blood” to rozbudowana kompozycja trwająca ponad 13 minut, przemycając wszystko co składa się na cały album.

Ten album definiuje co to jest muzyka z duszą, co to znaczy pasja, a także magia. Ciężko opisać słowami to co nagrał młody Scorpion Child. To uczucie, że słucha się płyty nagranej jakby w latach 70 jest tutaj ekscytujące. Ambitne aranżacje, wyszukane pomysły i znakomici instrumentaliści sprawiają, że Scorpion Child to odkrycie roku, a ich album to prawdziwa uczta dla fanów Black Sabbath, Rainbow czy Deep Purple. Jeden z najlepszych albumów rockowych/ metalowych roku 2013 i nie można być obojętnym wobec „Scorpion Child”. Gorąco polecam!


Ocena: 9/10

AMON AMARTH - Deceiver Of The Gods (2013)

2 lata przerwy wystarczyły szwedzkiemu Amon Amarth na nagranie kolejnego świetnego albumu. Tym razem udało się ponownie nawiązać do tematyki związanej z Asgardem, Thorem i jego przeciwnikiem, a mianowicie Lokim. Mając mitologiczne postacie w sferze lirycznej, a także bojowy wydźwięk kompozycji udało się stworzyć kolejny epicki album tej szwedzkiej kapeli, która działa od roku 1992. Dziewiąte wydawnictwo zatytułowane „Deceiver Of the Gods” to przykład, że kapela wciąż zaliczana jest do czołówki melodic death metalu.

Amon Amarth zawsze potrafił połączyć epicki klimat z agresją, brutalnością, dynamicznością. Wszystko jednak utrzymane w melodyjnym charakterze, który przypomina konstrukcje płyt z gatunku power/ heavy metalu. Taka mieszanka za każdym razem przynosiła zespołowi sukces. Tak więc Amon Amarth nie musiał kombinować z stylem. Na nowym albumie pozostali wierni swojemu stylowi. Za ten agresywny aspekt na płycie jest odpowiedzialny Johan Hegg, który zawsze potrafił przyprawić o ciarki swoim mocnym, mrocznym growlingiem. Bywa i tak, że sekcja rytmiczna na nowym albumie przyczynia się do agresywnego wydźwięku i dobrze to słychać w takim „Blood Eagle” czy bardziej rozbudowanym i urozmaiconym „Under Siege”, w którym jest pełno rożnych smaczków. Za melodyjny aspekt odpowiada duet Söderberg/ Mikkonen. Wygrywają sporo interesujących, a przede wszystkich chwytliwych melodii. To jest główny atut tego albumu, który czyni go jednym z tych najbardziej przebojowych w historii Amon Amarth. Fala początkowych przebojów w postaci „Deceiver Of The Gods” , „As Loke Falls” czy „Father Of The Wolf” jest tego najlepszym dowodem. O epickości albumu najlepiej świadczy „We Shall Destroy” i zamykający album kolos „Warriors Of the North”.

Przemyślany materiał, wypchany przebojami, masa melodyjnych partii gitarowych, mocny, agresywny growling, dynamiczna sekcja rytmiczna w połączeniu z soczystym, wysokobudżetowym brzmieniem i warstwą liryczną na temat Thora i Lokiego czynią ten dziewiąty album prawdziwą ucztą dla fanów gatunku, a także zespołu. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest to jeden z ich najlepszych krążków w przeciągu całej działalności.

Ocena: 9.5/10

sobota, 22 czerwca 2013

ALEXIS BIRDS OF PREY - Birds Of Prey (2010)

Po przeżyciach z Panzer i Witchblade, wokalista Freddy Alexis postanowił w końcu poświęcić swoją uwagę solowej karierze. Tak o to w 2009 roku narodziła się kapela o nazwie Alexis Birds Of Prey. Do tej pory udało się nagrać dwa albumu pod tym szyldem, z czego debiut „Birds Of Prey” ukazał się w 2010 roku.

Nie trzeba być specjalistą, żeby dostrzec w tej płycie raczej album niskich lotów. Od strony technicznej ciężko dostrzec jakieś minusy. Mamy bowiem soczyste, wpisujące się w standardy power metalu brzmienie, a także przykuwającą okładkę. Również muzycy grać potrafią, a jak to już inna kwestia. Problem tej płyty tkwi gdzie indziej. Bez wątpienia pierwsze skrzypce na płycie gra oczywiście lider formacji, a mianowicie Freddy Alexis. Manierą nasuwa mi Andre Matosa, z tym że górne rejestry nie są jego specjalnością. Spisuje się dobrze w takim heavy/power metalu z elementami progresywnymi jak w przypadku „Shadows”, który nie kryje zapędów pod Angra, czy Pegans Mind. Nie brakuje klawiszowych ozdobników czego przykładem dobrym jest „Golden Path”. Gitarzyści starają się jakby na siłę wykreować ambitne i bardziej wyszukane melodie i motywy, jednak ten styl nie sprawdza się. Wszystko za sprawą niezbyt trafionych pomysłów i chaotycznych aranżacji co wybrzmiewa w takim „Birds Of Prey” czy też „Killing Truth”. Warto zwrócić szczególną uwagę na ostrzejszy „Metalizer II” czy „The Witchblade” w których nie brakuje wpływów Judas Priest. Są to bez wątpienia najjaśniejsze punkty tej płyty, które ukazują że zawartość jest nie równa i nie przemyślana.

„Birds Of Prey” to płyta o której szybko się zapomina i nie warto dyskutować. Bowiem nie ma nawet o czym. Całość brzmi jakby nagrano wszystko na siłę, bez pomysłu, a to nie sprzyja wchłanianiu dźwięków z tej płyty. Można sobie darować.

Ocena: 3/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

CONFLICTED - Social Disorder (2012)


Chile nie jest stolicą thrash metalu, ani też krajem gdzie taki rodzaj muzyki dominuje. Nie przeszkadza to w żadnym wypadku misji obranej przez Conflicted, która dąży do pokazania, że w tym egzotycznym kraju też można grać thrash metal. Ta młoda formacja, która została założona w 2012 roku dała się poznać światu jako kapela pełna energii i agresji za sprawą debiutanckiego wydawnictwa „Social Disorder”.

Choć okładka działa odstraszająco na słuchacza, to jednak warto sięgnąć po ten album. Nie ma tutaj żadnego haczyka, ani ukrytego sekretu, a powód jest tutaj banalny. Zespół gra po prostu solidny thrash metal z wyraźnymi wpływami takich kapel jak Pantera, Slayer, czy Kreator. Z jednej strony mamy więc wtórność i wykorzystywanie już sprawdzonych patentów, a z drugiej strony solidny, agresywny i dobrze wyważony materiał. Jednak nie trudno nie opowiedzieć się po stronie zespołu, kiedy wokalista Fellipe, ma charyzmę i zadziorność,a także nieco punkowy charakter. Jednak nie on tutaj jest główną atrakcją. Na albumie zostaje przyćmiony przez dynamiczną, mocną sekcję rytmiczną i ostre, pełne żywiołowości partie gitarowe w wykonaniu Rolanda. Słuchając takich petard jak „Malevolant Act” czy „Gos Is Death” można ten atut łatwo wyłapać. Zespołowi udało się stworzyć dość równy i dobrze wymieszany album na którym słychać szybkie kompozycje jak „Experiments to Create Aberrations” a także kompozycje bardziej heavy metalowe jak „This World”. Surowe, naturalne, przesiąknięte latami 80/90 brzmienie podkreśla agresywność materiału i dobrze to słychać w takim „Corruption” czy otwierającym „The Truth Beyond Our Polluted Lungs”.

Może i Chile jest egzotycznym krajem, może nie jest to kraj, który słynie z thrash metalu, to jednak młoda formacja Conflicted pokazuje, że można grać wtórnie, ale na poziomie. Jak ma się dobre pomysły, potrafi się grać z pasją to i wtórność nie przeszkadza w takim stopniu jak mogłoby się wydawać. Nic specjalnego, ale z pewnością debiut tego zespołu jest solidnym wydawnictwem, które zasługuje na uwagę, zwłaszcza zagorzałych fanów thrash metalu.

Ocena: 7/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

OLIVA - Raise The Curtain (2013)

Nikomu nie trzeba przedstawiać Jona Olive Pain'a. Ikona muzyki heavy metalowej, który znana jest z twórczości Savatage. Jak egzystencja tej kapeli dobiegła końca, to wówczas nagrywał płyty pod szyldem Jon Oliva's Pain. Przez ten cały czas był znany z muzyki złożonej z elementów heavy/power metalu, a także progresywnego metalu i zawsze gdzieś te części składowe się przewijały. Minęły 3 lata od ostatniego albumu zatytułowanego „Festival” i jest teraz czas na pierwszy solowy album tego znakomitego muzyka. Wszystkim zajął się sam Jon Oliva nagrywając wszelkie partie instrumentalne i wokalne na swój pierwszy solowy krążek, który został zatytułowany „Raise The Curtain”. Udało się stworzyć album zawierający elementy nam znane jak i te bardziej zaskakujące.

Jest progresywny metal, jest teatralność, mrok, charyzmatyczny śpiew Jona i bardziej wyszukane melodie, z który zawsze słynął. Nie brakuje też finezyjnych popisów gitarowych, które balansują na granicy ciężaru i melodyjności. Przykłady nawiązania do twórczości Savatage słychać w takim klimatycznym „Soul Chaser” czy „Big Brother”. Utwory te jednak również pokazują, że nie jest to jakieś powielanie starych pomysłów. Dobrym rozwiązaniem okazało się tutaj postawienie na zróżnicowany materiał, mroczniejsze brzmienie, a także na elementy rockowe. Bez wątpienia największym atutem płyty jest nie tyle dobra forma wokalna Jona, ale również właśnie nawiązanie do rocka lat 70. Wpływy Rainbow, Deep Purple, czy Uriah Heep są dość wyraźne. Już otwierający „Raise The Curtain” czy „Stalker” znakomicie potwierdzają te skojarzenia. Teatralny wydźwięk, napięcie to zalety mrocznego „Ten Years”, który jest jednym z najciekawszych utworów na płycie. Tutaj jest i progresywność, rock, metal i pomysłowość. Lekki, popowy nieco rok, z magicznymi popisami gry na klawiszach sprawiają, że „Father Time” też jest dość solidnym utworem. Na co warto zwrócić uwagę słuchając płyty to na dwa dłuższe kawałki w postaci „ I Know” i „Can't Get Away”. Magiczny klimat, piękne aranżacje, a także bluesowy charakter sprawiają, że płyta nabiera większego uroku i jest bardziej zróżnicowana.

Kto by tam się spodziewał, że Jon Oliva Pain nagra jeszcze coś na miarę swojego talenty? Raczej nikt, zwłaszcza, że „Festival” nie był takim dobrym albumem jak mogłoby się wydawać. Udało się nagrać krążek, który zaskakuje i to nie tylko poziomem, ale i formą. Więcej rocka, więcej tradycyjnych dźwięków zakorzenionych w latach 70, dużo progresywności i ciekawych melodii, których potrafią zapaść w pamięci. Znakomita forma wokalna Jona i dobrze wyważone aranżacje sprawiają, że „Raise The Curtain” to jeden z najbardziej rockowych albumów tego roku.

Ocena: 7/10

BLACKENED - Sense In Violence (2011)

Nazwa Blackened wydaje się właściwa dla kapeli thrash metalowej, zwłaszcza dla takiej, która nie kryje swoich inspiracji Metaliką. Zapożyczyć nazwę znanego kawałka Metaliki na potrzebę nazwy kapeli to dobry chwyt marketingowy. Na dzień dzisiejszy ta australijska formacja, która powstała w 2011 roku nie ma jakiejś bogatej historii ani nie ma bogatej dyskografii, właściwie to zaczyna się ich przygoda z muzyką. Najlepiej o tym świadczy demo „Sense In Violence”, który ukazał się w roku 2011.

Jeżeli ktoś myśli że ta młoda formacja porwie słuchaczy oryginalnością czy też niezwykła formą ten może się srogo zawieść. Już banalna i amatorska okładka potrafi zdradzić, czego można się spodziewać po tym wydawnictwem. Prosta formuła oparta na sprawdzonych patentach, które w latach 80 zostały opracowane przez takie kapele jak Testament, Metallica, czy Slayer to jest właśnie to co określa styl Blackened. Zespół stroni na demie od bardziej urozmaiconej gry, czy technicznych popisów. Wszystko skupia się właściwie na prostej formule opartej na dynamicznej sekcji rytmicznej, ostrych riffach, czy brutalnym wokalu. Jednak całość ma pewien urok a jest nim old schoolowy wydźwięk i takie naturalne, troszkę przybrudzone brzmienie. Na płycie znajdziemy agresywny, nieco chaotyczny „Burning of Time”. Bardziej ponury, z lekkim epickim wydźwiękiem to cechy „ Hellish Intensity” , zaś „The Sense in Violence” zachwyca melodyjnością.

Przygodę z thrash metalem na poważnie Blackened zaczął i póki co nie jest na pozycji straconej. Nagrał całkiem solidne demo, która pokazuje że zespół potrafi grac thrash metal i to taki w starym stylu. Ciężko jednak osądzić kapelę po 3 kawałkach. Demo wywiera wrażenie pozytywne, ale z oceną Blackened warto poczekać do pełnometrażowego albumu.

Ocena: 6.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu Hmp

czwartek, 20 czerwca 2013

CONQUEST - The War We Rage (2013)

Gatunek muzyczny będący hybrydą power metalu i thrash metalu to dziedzina w której specjalizują się Stany Zjednoczone. Helstar, Attacker czy wiele innych to kapele, który wpisały się w historię metalu. Do kapel z dużym stażem muzycznym można śmiało wliczyć też nieco mniej znany Conquest. Ta formacja powstała w 1988 i swój pierwszy album wydała w 1993 roku. Na tym nie poprzestali wydając w miarę regularnie jakieś wydawnictwo. Mamy rok 2013 i czas na siódmy album formacji o tytule „The war We rage”, który znakomicie wypełnia znamiona gatunku power/thrash metal.

Szata graficzna, która zdobi album od razu zdradza fakt, że kapela nie jest pierwszoligowa. Nie wyróżnia się stylem, nie zaspokoi poszukiwaczy oryginalnego granie. Jednak pasja z jaką grają muzycy Conquest, technika, zgranie i pomysłowość co do kompozycji sprawiają, że „The War We Rage” jest albumem solidnym i godnym uwagę. Każdy kto lubi mocny, wyrazisty wokal, w którym jest nutka agresji, metalowego feelingu ten zauroczy się w Derricku. Jego popisy w zwykłych kawałkach typu „Againts All Odds” sprawią że kompozycja wiele zyskuje. Wokal jest tutaj główną atrakcją to prawda, ale na pewno nie jedyną. Bardziej rozbudowane kawałki pokroju „Coming With Vengence” czy melodyjny „Never Forget” podkreślają że partie gitarowe jakie znajdują się na płycie są może i wtórne, ale solidne i zadziorne. Mocna sekcja rytmiczna i soczyste brzmienie to kolejne mocne strony tego wydawnictwa. Conquest najlepiej radzi sobie w dynamicznej formule i tutaj nie wyróżnia się od innych kapel. „Tyrrant Of The New World” to najlepszy tego przykład. Nie brakuje tutaj też chwytliwych przebojów, które mają zapaść w pamięci, a takie utwory jak „Live Free Or Die”, „Long Haired Country Boy” czy „Fall From The Grace” to najlepsze tego dowody.

Amerykański Conquest chciał oddać to co najlepsze w tradycyjnym power/thrash metalu. Miał w planach nagrać melodyjny, a zarazem agresywny album, który będzie niszczyć sekcją rytmiczną, ostrym brzmieniem i innym elementami bez których nie można sobie wyobrazić power/thrash metalu wyprodukowanego w Ameryce. Nie jest to najlepsze wydawnictwo stworzone w Ameryce, ale krążek godny polecenia każdemu kto chce odprężyć się przy chwytliwych melodiach i nieco się wyszaleć przy ostrej muzyce. Polecam.

Ocena: 7/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

wtorek, 18 czerwca 2013

ANGELS OF BABYLON - Thundergod (2013)

Były perkusista Manowar dołączył do super zespołu o nazwie Death Dealer, która w czerwcu wyda swój debiutancki album. Ciekawskim mogę zdradzić, że płyta niszczy...., jednak Rhino nie zapomniał o swoim innym zespole, a mianowicie Angels Of Babylon, który w 2010 roku wydał swój debiutancki album „Kingdom of Evil”, który został entuzjastycznie przyjęty przez fanów heavy metalu. Minęły 3 lata od tamtego wydawnictwa, a w międzyczasie podbijał świat płytami innych zespołów w których gra, między innymi Jack Starr's Burning Starr, czy Holy Force. Teraz przyszedł czas na nowy album Angels of Babylon i „Thundergod” to jeden z tych tegorocznych albumów na które się czekało, choć o samym albumie nie było głośno.

Ten kto nie pamięta poprzedniego albumu, wystarczy wspomnieć, że zespół gra tutaj energiczny, ostry, bez kompromisowy heavy metal z elementami power metalu, z wpływami Manowar, ale także innych kapel typu Judas Priest, Black Sabbath, czy Rainbow. Patenty wyjęte z lat 80 osadzone w współczesnej skórze, z mocnym, czystym, wysokobudżetowym brzmienie na czele. Również ciężar, ostrość partii gitarowych wygrywanych przez Ethana Brosha można śmiało przypisać współczesnemu wydźwiękowi. Jego partie są może i ostre, pełne agresji, ale oddają to co najlepsze w muzyce heavy/ power metalowej. Nie ma monotonii, nie ma kopiowania innych, jest miejsce na klimat i finezję, tak więc ten element na nowym albumie w dalszym ciągu zachwyca. Główną atrakcją jest oczywiście sam Rhino, który jak zwykle gra mocno i dynamicznie, jak przystało na niego. W tym wszystkim łatwo doszukać się Manowar zwłaszcza w stonowanych, epickich kawałkach jak „Sondrio” czy w przebojowym „King Of All Kings”, który również tematycznie wpasowują się w konwencję Manowar, jednak tutaj jest przebojowość, niezwykły, podniosły, bojowy klimat i naprawdę ciekawa linia melodyjna, której zabrakło na ostatnim albumie Manowar. Na nowym albumie popisuje się swoim wielkim głosem sam Rhino który zastąpił Davida Fefolta i jestem fanem takich mocnych, zadziornych wokali, zwłaszcza jeśli nasuwają się skojarzenia z samym Ronnnie James Dio. Płyta mimo miłej dla oka okładką i mocnym brzmieniem zachwyca wyrównanym materiałem i zróżnicowaniem, które chroni przez popadanie w monotonie. Znajdziemy tutaj szybkie kawałki utrzymany power metalu stylu z elementami thrash metalu tak jak to słychać w „Thundergod” , „Bullet” czy w „True Brothers”. Jednak na uwagę zasługują tutaj choćby taki „Queen Warrior” gdzie znakomicie zostały wykorzystane partie klawiszowe, dając utwory przestrzeni i większego rozmachu. Bardziej rockowy z elementami Black Sabbath, czy Rainbow „What Have You Become” jest tutaj kolejną perełką, na którą trzeba zwrócić uwagę. Natomiast klimatem na wyróżnienie zasługuje „Redemption”, który ma w sobie sporo mroku i jest to ciekawsze niż to co zaprezentował obecnie Black Sabbath .

Thundergod” to pozycja obowiązkowa dla fanów heavy metalu i to nie tylko tego wykreowanego w latach 80 przez Black Sabbath, Manowar czy Judas Priest. Mocne brzmienie, Rhino na perkusji, masa przebojów i melodie godne zapamiętania czynią ten album jednym z najbardziej metalowych w roku 2013. Gorąco polecam!

Ocena: 9/10


P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

poniedziałek, 17 czerwca 2013

DEATH DEALER - War Master (2013)



Rok 2013 jak każdy inny rok przejawiał się już w kilku ważnych wydarzeniach muzycznych jak powroty po latach takich kapel jak Warlord, czy Attacker. Wielkim wydarzeniem roku będzie nowy album Black Sabbath, jednak również nie mniej ważnym jest pojawienie się nowej super grupy o nazwie Death Dealer. Jest to oczywiście sensacja bo w jednym zespole grają : Sean Peck z Cage, Stu Marschall z Empires of Eden, Ross The Boss znany z Manowar, podobnie jak Rhino no i Mike Davis z zespołu Roba Halforda. Wielkie osobistości, wielkie nazwiska działają tutaj niczym magnez i od samego początku sprawiają, że oczekuje się płyty na miarę ich nazwisk, na miarę poziomu ich macierzystych kapel, a jak jest naprawdę?

Myśl założenia Death Dealer zrodziła się w głowie Seana i Stu, którzy współpracowali ze sobą choćby przy albumach Empires of Eden i od początku mieli chęć zagrać coś razem i tak w końcu doszło do powstania Death Dealer i szybko ze brano kolejne gwiazdy. Death Dealer to nie żaden projekt na jedną płytę, bowiem ma to być zespół z krwi i kości, który koncertuje i wydaje kolejne płyty. Co do płyt, zespół w czerwcu tego roku wydał swój debiutancki album, który jest nie lada gratką dla fanów Halforda, Empires of Eden, Rossa The Bossa, Manowar czy Cage, a więc każdego kto lubi mocny, ostry, dynamiczny, melodyjny heavy metal z elementami power, thrash metalu czy też z odrobiną epickiego charakteru. Debiutancki album został zatytułowany „War Master” i w żaden nie pasuje tutaj słowo „debiut” bo muzycy działają w muzyce metalowej od lat i wiedzą jak zadowolić fanów metalu. Styl Death Dealer jest wypadkową stylów wyznaczonych przez muzyków w ich macierzystych kapelach, tak więc Sean Peck wnosi swój doniosły, zadziorny wokal, który złudnie przypomina Roba Halforda, który wyróżnia Cage na tle innych kapel, perkusista Rhino wnosi mocną, techniczną grę na perkusji i to tą z znaną z Angels of Babylon czy Manowar, Mike Davis wnosi mocny i wyrazisty bas, który czasami przyprawia o dreszcze tak jak to jest choćby w epickiej balladzie „Children of Flames” nasuwającą oczywiście twórczość Manowar, Stu Marschall wnosi ciężar, agresję, brutalność, to on jest odpowiedzialny za ciężkie partie gitarowe, które ocierają się czasami o thrash metal, zaś Ross The Boss wnosi grację, klimat, epicki wydźwięk, zróżnicowanie, melodyjność, która jest tutaj tak pożądana. Okładka taka nieco komiksowa i od razu nasuwa płyty Cage, podobne skojarzenia nasuwa mocne, mięsiste i dość brutalne brzmienie.

Nie ma tutaj fuszerki zresztą podobnie jest z kompozycjami, które są zróżnicowane i utrzymane na wysokim poziomie. Pojawiają się tutaj kompozycje nasuwające twórczość Manowar i to nie powinno nikogo zdziwić, a słuchając „Never To Kneel”, ciężkiego „Hammerdown” czy epickiego, szybkiego „The Devils Mile” aż łezka się w oku kręci, że duch Manowar jeszcze można odnaleźć w innych kapelach. Tutaj to słychać dobitnie zwłaszcza jeśli w składzie jest dwóch byłych członków Manowar. Epicki przeboje, będące na miarę tych w Manowar? Oj są i wystarczy się w słuchać w „Liberty of death” czy zamykający album „Wraiths on The Wind”. Natomiast szybkie, energiczne kawałki utrzymane w stylizacji power/thrash metal i wpływami Cage w postaci „War Master” czy „Death Dealer”.

Majstersztyk pod względem brzmieniowym, kompozycji, ale to było do przewidzenia kiedy w zespole sami muzycy, którzy słyną z bardzo dobrych albumów, z muzyki, która zostaje w słuchaczu na dłużej. Jeden z najbardziej metalowych albumów to najlepsze określenie dla „War Master”.

Ocena: 9/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP