Strony

niedziela, 31 sierpnia 2014

CRIMSON SHADOWS - King Among Men (2014)

W roku 2012 pewna kanadyjska formacja o nazwie Crimson Shadows wydała swój debiutancki album „Glory On The Battlefield”. Było to ważne wydawnictwo w kategorii power metalu, ponieważ pierwszy raz ktoś połączył formułę Dragonforce z Children of Bodom czy Destroy Destroy Destroy. Szybki, energiczny, agresywny, melodyjny power metal z wokalem wyjętym z melodyjnego death metalu. Robiło to wrażenie, jednak przyszedł czas by potwierdzić co tak jest naprawdę warty Crimson Shadows. „Kings Among Men” to najnowsze dzieło tej formacji, które zostało stworzone w przeciągu dwóch lat. Znakomita okładka przesiąknięta rycerskim klimatem woła nas i zaprasza do sięgnięcia i przesłuchania. Tak też radzę zrobić.

Pierwsze wrażenie jest o wiele pozytywniejsze niż na debiucie. Okładka jest profesjonalna, a szybko się przekonujemy że i brzmienie jest bardziej soczyste i dopasowane do charakteru kapeli. Nie zmienny pozostał styl i to znane nam z debiutu bawienie się elementami składowymi Dragonforce, Kalmah, Destroy Destroy Destroy czy Children of Bodom. Zespół nie stracił wigoru , wciąż mają głowy pełne pomysłów, a co ciekawe słychać że się rozwinęli, że więcej uwagi przykładają technicznemu warsztatowi i aranżacjom. Dzięki temu utwory są bardziej dojrzałe i przebijają te z debiutu. Zaczyna się niewinnie bo od intra w postaci „March of Victory”. Po paru sekundach do akcji wkracza „Rise to Power”. Typowy utwór dla tej kapeli, bowiem jest szybkość wyjęta z Dragonforce, no i te elementy agresji z melodyjnego death metalu. Można też odnieść wrażenie, że wokalista Jimi Maltais podszkolił się w śpiewaniu i jego partie nabrały agresywności. W takich utworach jak „Heros among Us” czy „A Gathering of Kings” jest to element wręcz niezbędny. Numer 5 to „Maidens Call” i tutaj zespół pokazuje, że potrafią się odnaleźć w dłuższych, bardziej zakręconych kompozycjach. Pamiętajmy, że Crimson Shadows funkcjonuję w głównej mierze dzięki znakomitym gitarzystą i zarówno Greg jak i Rayn dobrze się bawią przy tym co wygrywają. Nic nie jest na siłę, słychać radość i chemię między nimi, a to owocuje pomysłowymi melodiami i motywami. Dobrze to odzwierciedla energiczny „Braving The Storm” czy „Freedom and Salvation”. Jednak zespół potrafi zaskoczyć czymś spokojniejszym co słyszymy w „On the Eve on the battle”, czy 10 minutowym kolosem co potwierdzają „Moonlit Skies and Bloody Tides”. Ten ostatni utwór to Crimson Shadows w pigułce.

Crimson Shadows konsekwentnie kontynuuje styl opracowany na debiucie. Słychać pewne kosmetyczne ulepszenia, słychać, że materiał jest dojrzały i bardziej zaskakujący. Zresztą już frontowa okładka daję sygnał, że jest to dzieło muzyków bardziej doświadczonych i gotowych do zwojowania świata. Dobra robota.

Ocena: 9/10

SENERON - Order Restored (2013)



Seneron to młoda formacja, która stawia na młodzieńcze szaleństwo, na muzykę rockową naszych czasów, z domieszką nowoczesnego brzmienia i odrobiną agresji. A wszystko wzorowane na twórczości takich kapel jak Green Day czy Nirvana. Każdy kto lubi alternatywny rock czy punk rock, ten powinien posłuchać ich mini albumu, który nosi tytuł „Order Restored”.

Zespół cechuje pozytywna energia, umiejętność grania i robienie tego co kochają, szkoda tylko że jakość prezentowanej muzyki jest nieco gorsza. Nie można tej formacji odmówić chęci ani zapału, ale jeszcze długa droga przed nimi do sukcesu. Najpierw trzeba popracować nad kompozycjami, bo te zawarte na tym wydawnictwie brzmią jakby niebyły oszlifowane do końca i brakuje tutaj rasowych przebojów. Na uwagę z całego zespołu zasługuje John Shields, głównie za sprawą ostrego i mocnego wokalu, który przyczynia się do punkowego wydźwięku płyty. Najlepszym kawałkiem na płycie jest „Dead Stare”, który pokazuje, że kapela wie jak grać agresywnie i z pomysłem. Nie zabrakło też nieco szybszego grania i to co zespół zaprezentował w „Just a Kid” jest warte uwagi nawet tych co nie siedzą w takich klimatach. Jest to energiczne, młodzieżowe granie, która potrafi odprężyć, a nawet zagrzać do zabawy. Radosny kawałek, który pozytywnie nastraja. Słabiej wypada „Stand Your Ground”, który jest nijaki i zbyt komercyjny. W przypadku otwieracza „Please Me  też nie podziałał komercyjny wydźwięk, ani wprowadzenie wolniejszych motywów. Całość opatrzona została przybrudzonym, nowocześniejszym brzmieniem.

Zespół wie jak grać hard rocka, teraz nic tylko wziąć się za trening i szlifowanie swoich pomysłów i kto wie może coś z tego ciekawego wyjdzie. Póki co są umiejętności i rzemiosło z którego nie wiele wynika. Muzyka skierowana do fanów takich kapel jak Nirvana czy Green Day.

Ocena: 4/10

piątek, 29 sierpnia 2014

JOE STUMP - Revenge of shredlord (2012)



Joe Stump to jeden z tych uzdolnionych gitarzystów, którego właściwie nie trzeba przedstawiać. Spec od grania shredowych partii od tworzenia neoklasycznego power metalu. On przemawia do słuchacza przez swoją gitarę i nagrał w sumie 9 albumów pod szyldem Joe Stump oddając się swojej pasji i miłości do neoklasycznego power metalu. Joe stump znany jest głównie za sprawą Holy Hell, Obsession, czy The Reign of Terror, ale tam nie usłyszycie takich wyczynów i popisów gitarowych jak na solowych albumach. Kto nie miał okazji posłuchać jego gry, ten może nadrobić stratę z ostatnim albumem „Revenge of Shredlord”, który jest jednym z jego najlepszych dzieł.

Udało tutaj się wykreować mroczny klimat i zbudować prawdziwe królestwo atrakcyjnych melodii. Dzieje się tutaj sporo i Joe Stump na każdym kroku prezentuje swój kunszt i technikę. Yngwie Malmsteen może być z niego dumny, bowiem nie wiele ustępuje mistrzowi. Joe na tej płycie podobnie jak na poprzednich wydawnictwach gra z pasją, z wyczuciem i nie powstrzymuje się od złożonych i rozbudowanych solówek. Płyta jest skierowana do tych co kochają dźwięk gitary i lubią godzinami w słuchiwać się w pięknie i klimatyczne partie. Ten album to przede wszystkim zbiór znakomitych melodii, które od samego początku zachwycają. Brakuje tylko w tym wszystkim wsparcia wokalnego, ale cóż taki jest charakter muzyki Joe’a. Jest wiele ciekawych kawałków, ale na wyróżnienie zasługuje zwłaszcza podniosły i mroczny „In The Master’s House” który brzmi jak mieszanka Black Sabbath, Rainbow i Iron Mask. „Shredlords Sonata” pokazuje to co najlepsze w power metalu, zwłaszcza w tym neoklasycznym. Prawie 9 minutowy „Enter The Coven” to mroczna przygoda, która pokazuje, że można oddać uczucie poprzez partie gitarowe, że można stworzyć długi kolos i to wszystko tylko przy użyciu gitary. „Pisteleros” to przykład jak nagrać energiczny power metal w najlepszym wydaniu. Znakomita melodia zagrana z pasją i nutką lekkości. Pozwolę sobie jeszcze wyróżnić szybki „The Black Knights Castle”, który przypomina mi najlepsze lata Ritchiego Blackomore’a i Rainbow.

Joe Stump to mistrz gitary, który jest dla mnie takim samym bohaterem co Yngwie i obaj panowie obdarzeni są niezwykłym talentem. Wiedzą jak sprawić, by gitara oczarowała swoją grą, by przemówiła po przez solówki i motywy. Dzieje się tutaj sporo i każdy utwór to prawdziwa jazda bez trzymanki i brakuje tutaj tylko jakiegoś udanego wokalisty pokroju Joe Lynn Turner czy Doggie White, ale cóż taki urok płyt z kręgu neoklasycznego power metalu. Jeden z najlepszych instrumentalnych albumów, jakie słyszałem. Polecam.

Ocena: 9/10

czwartek, 28 sierpnia 2014

WOLF - Devil Seed (2014)

3 lata potrzebował szwedzki Wolf, żeby zrozumieć co było nie tak z „Legion of bastards” i co należy poprawić. Wnioski zostały wyciągnięte i zespół postanowić wrócić do korzeni, przypomnieć swoje najlepsze lata działalności. Większość postawiła krzyżyk na nich, w końcu ostatni album był pomyłką, a wydawało się że ich formuła się wyczerpała i nie mają nic więcej do powiedzenia. Jednak „Devil Seed” to dzieło przemyślane, stworzone z miłości do metalu i jest to album nagrany jakby dla fanów Wolf, dla tych co ich pokochali za takie albumy jak „Evil star” czy
„Black Flame”.

Już okładka daje sygnał, że zespół chce wrócić do tamtej ery. Nie ma zmian stylistycznych, a jedynie drobne kosmetyczne poprawki. Zażegnano kryzys jeśli chodzi o komponowanie. Nie ma grania na siłę, nie ma jednostajności i monotonności. Słychać, ze zespół wziął sobie do serca uwagi słuchaczy i fanów. W efekcie skupili się na tworzeniu albumy i jest to dzieło dopieszczone. Pod względem technicznym mamy do czynienia naprawdę z genialną robotą. Jest soczyście, jest agresja i mrok, czyli to co fani Mercyful Fate bardzo dobrze znają. Skojarzeń z kapelą Kinga Diamonda jest pełno, ale przecież tym właśnie pała się Wolf. Nawet okładkę im narysował Thomas Holm i zresztą to nie pierwszy raz. Zespół odzyskał dawny blask i pokazują że są w szczytowej formie. Przede wszystkim Niklas wciąż zaskakuje wysoką formą wokalną i wciąż to on odgrywa kluczową rolę w zespole. To właśnie jego charyzma, jego styl sprawia, że Wolf jest zespołem rozpoznawalnym i grającym heavy metal na wysokim poziomie. Na poprzednim albumie brakowało ciekawych riffów i popisów gitarowych. „Devil Seed” pod tym względem jest lepszy i nadrabia to nawet z procentem. Dzieje się sporo i można się zachwycić motywami, które przenoszą nas do złotej ery heavy metalu czyli lat 80. Dawno na płycie Wolf nie miał intra. Ostatni taki zabieg zastosowano na debiucie. „Overture in C Shark” to bardzo udane otwarcie, która przenosi nas do heavy metalu lat 80. Brudny, ostry heavy metal, nieco mroczny i przesiąknięty Judas Priest, Mercyful Fate czy Vicious Rumors. Ten motyw zostaje rozwinięty na nieco speed metalowym „Shark Attack”. Tak powinno się grać heavy metal i tutaj Wolf brzmi nie gorzej niż obecny Accept. Stonowane tempo, większy nacisk na klimat, ale też na melodyjność to cały „Skeleton Woman”. Wolf dawno nie grał też tak ciężko, tak ostro i mrocznie jak w „Surgeons of Lobotomy”. Znów pomysłowy riff i duża dawka melodii. Fani Kinga Diamonda, fani Judas Priest docenią znakomity „My Demon”, który jest rytmicznym kawałkiem, o nieco hard rockowej formule. Pasowałbym do konwencji „Ravenous”. Bardzo urozmaiconym utworem jest bez wątpienia „I am Pain”, który też ma sporo z hard rocka, ale też heavy metalu z lat 80. Siłą tej kompozycji podobnie zresztą jak wszystkich innych jest pomysłowy motyw gitarowy, który ławo zapada w pamięci. To przedkłada się na to, że płyta jest łatwa w odbiorze i zapada w pamięci. Nie mogło zabraknąć też szybszego grania, które Wolf nie jest obce i tutaj „Back from the Grave” sprawdza się znakomicie. Najsłabiej prezentuje się „The Dark Passenger” , który jest mało wyrazisty. Ma mocny, agresywny riff, ale to za mało, żeby uczynić ten kawałek godnym zapamiętania. Końcówka płyty może mniej emocjonująca, ale wciąż udaje się utrzymać solidny poziom. Jest w końcu chłodniejszy „Frozen” i rozbudowany „Killing Floor”, które znakomicie wieńczą album.

Nikt by się nie spodziewał, że Wolf odzyska tak szybko formę i będzie wstanie nagrać album, który przypomni nam najlepsze dokonania tej formacji. Wszystko wróciło do normy, jest agresja, jest wysoki poziom kompozycji, a przede wszystkim jest masa hitów. Mam nadzieję, że to dopiero początek i dopiero następny album będzie czymś na miarę ich zdolności.

Ocena: 8.5/10

HAMMERFALL - (R)evolution (2014)

Ciężko nadążyć za kaprysami muzyków i ich brakiem konsekwencji. Jedni grają pożegnalne koncerty i się żegnają, a potem nagrywają nowy album, zaś inni mówią o szukaniu nowego stylu, o oderwaniu się od klepanego stylu który ich wybił na rzecz czegoś innego. Takie eksperymenty zazwyczaj nie przynoszą pożądanego efektu, co z kolei daje powód zespołowi by powrócić do swoich korzeni. Taki los spotkał Hammerfall. Ten zespół to żywa legenda i nic by im się nie stało, gdyby zostali dłużej w klimatach „Infected”. Album inny od poprzednich, ale to wciąż był styl Hammerfall. Było nieco mrocznej, nieco świeżo. No ale tego już nie ma, teraz jest wielkie odrodzenie legendy, powrót hectora znanego z klasycznych albumów Hammerfall. „Revolution” był promowany jako jeden z najlepszych albumów tej kapeli, jako znakomity powrót do korzeni i że zespół dawno nie czuł się tak silny. Ładne opowiadane bajek. Jak jest naprawdę?

Hammerfall wiedział jak zainteresować swoich fanów, jak zwrócić na siebie uwagę. Zaprosili A. Marschalla by znów to on narysował okładkę i mamy krzyżówkę „Glory To The Brave” i „Renegade”, co już pozwala fanom myśleć o „Revolution” jak o powrocie do korzeni. Emocję podniosły z pewnością dwa jakże udane single w postaci melodyjnego, bardziej true metalowego „Bushido” czy power metalowy hymn na miarę starych, klasyków Hammerfall czyli „Hectors Hymn”. Bardzo udane kompozycje, które dają nam znać, że wrócił stary Hammerfall. Jest ten klimat, ta lekkość, podniosłość, podobne soczyste, ale mnie agresywne brzmienie, znakomity Cans i spora dawka heavy/power. Przypomniały się od razu młodzieńcze lata i miłość do Hammerfall. Jednak tutaj pojawia się mała pułapka. Mam wrażenie, że zespół udostępnił swoje najlepsze kawałki z tej płyty. Przez co płyta nie ma takiej siły przebicia co te klasyczne, nie ma może takiego ognia, ani nie jest świeża jak „Infected”, ale fani Hammerfall będą szczęśliwi. Jest ten charakterystyczny, wciąż mocny głos Joacima Cansa, jest sporo ciekawych zagrywek Oscara przypominające do bólu te z starych płyt. To z kolei sprawia że płyta jest dość schematyczna, przewidywalna na dłuższą metę. Ale jeśli taka jest cena usłyszenia starych klimatów to ja godzę się na to. Tytułowe utwory z płyt Hammerfall zawsze miały w sobie to coś, były wizytówką. Niestety „(R)evolution” jest jakiś taki nijaki. Trochę Accept, trochę Manowar i Judas Priest. Utwór solidny, ale nie wzbudza większych emocji, a powinien. „Live Life Loud” to utwór który mógłby zdobić „Crimson thunder” i jest to radosny kawałek, oddający hołd starym płytom Hammerfall. Nieco mroczniejszy, utrzymany w średnim tempie „Ex Inferis” to z kolei taki bliźniak „At The End of the Rainbow” i jest to kolejny mocny punkt nowego albumu. Obstawiałem, że album będzie nieco szybszy i bardziej energiczny, czyli coś w stylu „We Wont Back Down”. W tej kategorii jest też bardzo melodyjny „Origins”, który również wybija się swoją konstrukcją i energią. Utwór przypadnie do gustu fanom „Threshold”. Dalej mamy metalowy hymn „Tainted Metal” i całość zamyka rozpędzony, energiczny „Wildfire”, który momentami przypomina Sabaton, zwłaszcza jeśli chodzi o refren.

Płyta lekka i przyjemna w odsłuchu. Można ponarzekać, że nie jest to tak udany album jak klasyki typu „Renegade” czy „Legacy of Kings”, ale to raczej było ciężkie do zrealizowania. Tutaj chodzi o coś innego. Hammerfall zrozumiał że to jest ich styl, że nie powinni eksperymentować, tylko trzymać się tego co zaprezentowali na tym albumie. Jedni ponarzekają, że to nudne, że zjadają ogon itp., ale to jest właśnie Hammerfall, to jest ich styl, na tym zbudowali swoje dziedzictwo, to jest właśnie legenda Hectora. Niech zatem dopiszą do tej historii kolejne rozdziały, bowiem teraz może być już tylko lepiej.

Ocena: 7/10

środa, 27 sierpnia 2014

CROWN OF GLORY - King for a Day (2014)

Od kilku lat zastanawiałem się co się stało z szwajcarskim Crown of Glory, który przecież w roku 2008 podbił serca słuchaczy melodyjnego metalu i power metalu za sprawą znakomitego debiutu „ A Deep breathe of Life”. Zespół nagrał świetny i dojrzały krążek, który wyróżnił się na tle innych, a potem zapadł się pod ziemię. Było cicho o nich i już obstawiałem, że to kolejna młoda kapela, która błysnęła geniuszem i się rozpadła. Mamy rok 2014 i Crown of Glory po 6 latach powraca z nowym albumem „King For A day” i chłopaki wracają do gry.

O samym albumie było cicho i pojawił się właściwie znikąd, a przecież to ważne wydarzenie dla fanów melodyjnego metalu i power metalu, dlatego troszkę to dziwi, podobnie fakt, że zespół przez tyle lat nie dawał znaku życia. Najważniejsze jednak że udało im się wrócić, bowiem pierwszy album cechował się pomysłowością, radością z grania i melodyjnością. Każdy utwór miał przebojowy charakter i prawdziwą moc. Nie było się do czego przebić i właściwie każdy chciałby to usłyszeć na nowym albumie. Nie bałem się tyle o styl co właśnie o poziom muzyki. W końcu 6 lat minęło, a debiut był znakomity i ustawił wysoko poprzeczkę. Co ciekawe „King For A day” niczym nie ustępuje debiutowi i jest to swoista kontynuacja tego co wypracowali na „A Deep breathe of life”. Udało się przerysować styl, przebojowość, energię, melodyjność i pomysłowość. Heinz Muther mimo 6 lat wciąż śpiewa z polotem, z przekonaniem i tą samą siłą, a tego od niego w sumie oczekiwano. Nie tylko on tutaj się liczy, bowiem nie można zapomnieć o tym co wyprawia Hans Berglas i Markus Muther. To oni są odpowiedzialni za te pomysłowe, lekkie i chwytliwe motywy, za te złożone i energiczne solówki, które podkreślają jak muzycy dobrze się bawią. Nowym nabytkiem jest perkusista Mercel Burgener, ale nie daje po sobie poznać, że to jego pierwszy album z Crown of Glory. Tym razem dostaliśmy 12 utworów i co ciekawie nie można tutaj mówić o nudzie czy zbytecznym wydłużaniu materiału. Zaczyna się od mocnego „Storm” w którym zespół zawiera elementy progresywnego metalu i także klimatu Sabaton, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestię refrenu i marszowego tempa. Kapela nabiera rozpędu w „The end of The Line”, który podkreśla, że wciąż mają w sobie to coś, że wciąż potrafią tworzyć hity z górnej półki. Taki progresywny power metal to ja mogę słuchać godzinami. Dłuższym utworem jest „Savior”, ale nawet tego się nie słyszy, bowiem dalej jest to chwytliwe i zapadające w pamięci granie. Po raz kolejny postawiono na klimat i chwytliwy refren, a to sprawdza się za każdym razem. Dalej mamy nieco lżejszy „One Fine Day”, który ukazuje że można w danym utworze przebrnąć przez różne motywy, nie popadając w chaos. Robi to ogromne wrażenie. Najdłuższym utworem na płycie jest tytułowy „King For a Day” i to jest taki Crown of Glory w pigułce, bowiem jest tutaj wszystko to co składa się na ich styl. Na płycie też pojawia się odrobina hard rocka, czego dowodem jest właśnie taki „Riddle” czy „House of Cards”. Mocnym atutem jest tutaj „Only human”, który ma coś z Deep Purple, mroczniejszy „Morpheus Dream”, który ma coś z Black Sabbath czy Dio, czy wreszcie power metalowy „Bane of Existance”, który ukazuje to co najlepsze w tym gatunku.

Warto było czekać 6 lat na nowy album Crown of Glory. Oni to jednak wiedzą jak nagrać ciekawy materiał, który mimo długiego czasu trwania nie nudzi i zachwyca pomysłami i wykonaniem. Brakowało mi ich muzyki ich podejścia do melodyjnego grania i tej radości z grania. Miło, że postanowili wrócić i namieszać w tegorocznych zestawieniach. Polecam.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

DEVILS HEAVEN - Heaven on Earth (2014)

Devils Heaven to szwedzka formacja powstała na gruzach formacji Mansson, która gra mieszankę heavy metalu i hard rocka. Troszkę Deep Purple, troszkę twórczości Pretty Maids, Alice Cooper czy Kiss, a wszystko wzorowane na latach 80. Może nie jest to ani ponadczasowe, ani też zaskakujące, ale z pewnością kapela zasługuje na uwagę, zwłaszcza w tym roku, bowiem wydali album „Heaven on earth”.

Okładka podkreśla fakt, że kapela chce zabrać nas w podróż w czasie, cofając się do lat 70/80. Wszystko pięknie tylko, że płyta nie jest naszpikowana szybkimi kawałkami, nie porwie nas jakimiś wielkimi hitami, ale jeśli cenimy sobie emocjonalny hard rock z domieszką mocnego heavy metalowego uderzenia to docenimy to wydawnictwo. Marcus Nygren to rasowy hard rockowy śpiewak, który dostarczy nam sporo emocji i zachwytów. Niedosyt może jest jeśli chodzi o kwestię partii gitarowych, bo obstawiałem bardziej finezyjny styl i więcej lekkości. No ale cóż, nie jest znowu aż tak źle. Wystarczy wsłuchać się w szybki otwieracz „Welcome to The Show”, który pokazuje jak można odświeżyć formułę hard rocka i jest to utwór, który robi apetyt na pozostałą całość. Szkoda tylko, że takich petard jest tutaj jak na lekarstwo. Jednak „Demerital Action” broni się swoją rytmicznością a także hard rockowym feelingiem. Brakuje ostatnio takiego grania, dlatego kawałek zapada w pamięci. Cięższy hard rock otrzymujemy w „Devil Woman”, który ukazuje nieco progresywne oblicze zespołu. Klawiszowiec Richard Andersson swoją grą przypomina swoje dokonania z Majestie czy Space Oddysey. Solidnym kawałkiem jest tutaj „Mean Street City” czy melodyjny „Riders in The Sky”. Najbardziej jednak zaskakuje instrumentalny „Festung Europa” przypominający kawałki Deep Purple, czy wreszcie szybki, energiczny „Day of Doom”, który pokazuje to co najlepsze w tej szwedzkiej kapeli.

„Heaven on Earth” to przemyślany album dojrzałych muzyków, którzy wiedzieli jak zadowolić swoich słuchaczy i każdego kto lubi hard rock przesiąknięty latami 80. Dobra mieszanka heavy metalu i hard rocka i pozostaje tylko czekać na kolejne wydawnictwa.

Ocena: 7/10

niedziela, 24 sierpnia 2014

SKYCONQUEROR - Under The Pentagram (2014)

Nie dajcie się zwieść okładce nowego albumu Skyconqueror zatytułowanego „Under The Pentagram”. Nie jest to black metalowy krążek, ani też folk metalowy jak sugeruję błędnie logo kapeli. Wiele można by wywnioskować po okładce, ale na pewno nie heavy metal, w którym nie brakuje odesłań do lat 80, czy też mrocznych klimatów spod znaku Black Sabbath czy Mercyful Fate. Działają od 1997 roku, mają debiut dawno za sobą. Od tamtego czasu minęło jednak 6 lat i można się zastanowić, czy taka przerwa nie zadziała destrukcyjnie na Skyconqueror?

Z pewnością nie ucierpiał styl, bowiem dalej jest to prosty heavy metal przesiąknięty latami 80, w którym liczy się ponury, mroczny klimat, niemiecka toporność bazująca na twórczości Accept czy Grave Digger. Nie jest to ślepe kopiowanie mistrzów, a jedynie własna interpretacja tego co oni grali na przestrzeni lat. Dobrze zostaje tutaj wtrącony klimat Mercyful fate czy Black Sabbath oraz odrobina NWOBHM. Niby jest to wtórne i oklepane granie, ale wciąż jest zbyt na takie tradycyjne heavy metalowe łupanie. Grunt, że jest to zagrane prosto z serca, szczere i dopracowane. Płytę otwiera „Monolith” i to jest taka ciekawa mieszanka NWOBHM, hard rocka, Dio i Mercyful Fate. Riff bardzo tradycyjny i pozbawiony różnych dziwactw. Co niektórych może odstraszyć wokal Daniela Hillera, który śpiewa dość łagodnie i z charyzmą. Brakuje mu nieco agresji i mocy, ale nadrabia stylem przypominającym Kinga Diamonda. „Demon” ma w sobie więcej z Judas Priest i brytyjskiej sceny, ale to kolejny ważny punkt owego dzieła. Zespół potrafi przyspieszyć i zagrać bardziej przebojowo, co pokazują w „Horsemen of The Grail”, który jest jednym z najciekawszych utworów na płycie. Gitarzyści może momentami grają jakby na jedno kopyto i bez ikry, ale całościowo odwalili kawał dobrej roboty. „Under the Pentagram” czy rockowy „Fallen Rainbow Warrior” sprawiają, że płyta staje się bardziej urozmaicona i bardziej zaskakująca. Podobać może się również mroczny „Through Different Eyes”, który przemyca sporo cech Iron Maiden czy Black Sabbath. Jeszcze ciekawsza jest końcówka płyty bo pojawia się szybszy „Running High” i agresywniejszy „Blade of Black”. Mocne i bardzo dobrze podsumowujące cały album.

Wnioski? 6 lat przerwy nie zniszczyło Skyconqueror, a ich powrót jest godny uwagi, zwłaszcza dla fanów tradycyjnego heavy metalu. Każdy kto wychował się na twórczości Black Sabbath czy Mercyful Fate doceni nowy krążek niemieckiej formacji. Nawet brzmienie zostało idealnie do pasowane do stylu. Za brakło może więcej hitów, ale nad tym można jeszcze popracować. Ważne, że jest talent, a to z pewnością Skyconqueror ma.

Ocena: 7/10

P.s podziekowania dla Metalmessage za przesłanie płyty