Strony

czwartek, 31 marca 2016

LOST SOCIETY - Braindead (2016)

Pierwszy album fińskiej formacji Lost Society był bardziej speed metalowy niż thrash metalowy i pokazał, że zespół jest zgrany i drzemie w nim potencjał. „Terror Hungry” z 2014r wzbudził większe zainteresowanie bo już był bardziej thrash metalowym wydawnictwem. Sam zespół rozwinął się i zaprezentował dość ciekawy styl, który jest mocno wzorowany na twórczości Megadeth, Kreator, czy Exodus. Czego można się spodziewać po „Braindead” z 2016 r?

Dostajemy w zasadzie kontynuację tego co słyszeliśmy na poprzednim wydawnictwie. Jest agresja, mocne i dopracowane brzmienie, duży nacisk położony na technikę i thrash metalowy feeling. Wszystko przerysowano z poprzedniego albumu. Wciąż Sammy odgrywa najważniejszą rolę i bez niego Lost Society nie byłby soba. To właśnie jego specyficzny i zadziorny wokal, to właśnie jego oddanie starym thrash metalowym albumom, jego pasja do gatunku i umiejętność tworzenia kompozycji sprawiła, że zespół stał się rozpoznawalny. To dzięki niemu są w tym punkcie którym są. W porównaniu do poprzednich albumów to jego głos brzmi bardziej profesjonalniej i słychać że się rozwija. Największy progres jest w sumie w partiach gitarowych. Te są dopracowane, urozmaicone, złowieszcze i agresywne. Wszystko zagrane z dbałością o technikę i thrash metalowy feeling. Nie ma mowy o porzucenie swoich korzeni na rzecz nowoczesnych rozwiązań. Co może zaskoczyć? Nieco punkowy „Riot”, który momentami przypomina taką próbę stworzenia czegoś na miarę Death Angel. No nie do końca to wypaliło. „I am The Antidote” to z kolei bardziej toporny i zarazem heavy metalowy kawałek. Najlepiej zespół wypada w typowym thrash metalowym łojeniu. Właśnie taki „Mad Torture”, czy nieco marszowy „Hollow eyes” są motorem napędowym tej płyty i jej główną atrakcją. Jak ktoś lubi nieco speed metalowe granie przesycone Exodus ten polubi rozpędzony i złowieszczy „Rage me up”. Na płycie jest pełno udanych i godnych uwagi zagrywek gitarowych, które zabierają nas w sentymentalną podróż do lat 80 czy 90. „Hangover Activator”, który przypomina nieco Kreator to dobry przykład takiej wycieczki w przeszłość. Kawał dobrej roboty odwala sekcja rytmiczna co zresztą piętnuje to w rytmicznym „PST 88”. Na sam koniec zespół serwuje nam ciekawą wersję „Terror Hungry”.

Kolejny album Lost Society odnotowaliśmy. Posłuchamy, po przeżywamy przez jakiś czas, lecz prawda jest taka, że za jakiś czas mało kto będzie pamiętał o tym albumie. Jest dobry, nawet bardzo dobry, ale niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ot co kolejny nieco oklepany thrash metalowy album. Lost society kontynuuje to co już zaczął na poprzednim albumie i póki co dobrze radzą sobie. Pytanie tylko jak długo uda im się pociągnąć? Pożyjemy zobaczymy.

Ocena: 7/10

środa, 30 marca 2016

JUDAS PRIEST - Battle Cry (2016)

Każdy koncert Judas Priest to wielkie wydarzenie i prawdziwa uczta dla fanów heavy metalu. Od czasu kiedy do zespołu wrócił Rob Halford kapela przeżywa swoją drugą młodość. „Angel of Retribution” to był udany comeback i w tamtym okresie trasa koncertowa była wręcz idealna. Sama setlista i forma zespołu była jak marzenie. Potem bardziej kontrowersyjny „Nostradamus” i pokazanie się z jeszcze innej strony. Ten moment zespół też uwieńczył pod postacią „Epitaph”. Ostatni album to „Redeemer of Souls”, który jest kwintesencją Judas Priest i jednym z ich najciekawszych wydawnictw. Nic więc dziwnego, że zespół postanowił wydać kolejne DVD i nawet koncertowy album. „Battle cry” może nie zawiera setlisty marzeń i nie ma w sobie tyle gracji co „Rising in The East” czy takiej zaskakującej setlisty co „Epitaph”. Jednak publiczność wacken nadaje „Battle cry” prawdziwego koncertowego klimatu. To dzięki temu i ciekawej oprawie nowy album koncertowy zyskuje w naszych oczach. Plusem jest również fakt, że można posłuchać jeśli ktoś nie miał okazji nowych kawałków i to na żywo. Taki mocarny „Halls of Valhalla” , czy „Redeemer of souls” to przykłady, że ostatni album to był kawał mocnego heavy metalu. Skojarzenia z okresem „Painkiller” są jak najbardziej na miejscu. Kawałki dobrze wypadły i zagrzały fanów do zabawy. Jako intro posłużył początkowa melodia z „Battle Cry” i szkoda tylko że band nie postanowił w całości zagrać tego kawałka. Nie zabrakło na płycie takich klasyków jak „Metal Gods” czy „Breaking The Law”, które zespół zawsze gra na swoich koncertach. Wykonanie tych utworów jakoś niczym specjalnym nas nie zaskakuje. Rob mimo swojego wieku dobrze radzi sobie z śpiewaniem tych spokojniejszych utworów typu „ Beyond the realms of death” czy petard pokroju „Jawbreaker”. Miło jest widzieć, że zespół postanowił odświeżyć jeden z klasyków, które dawno nie grali. Innym klasykiem, który Judas Priest dawno nie grał jest „Devils Child”. Zespół jak zawsze potrafi zrobić dobre show i rozgrzać publiczność. Dobrze to słychać w „Hell Bent for Leather”, czy „You've got Another Thing Coming”. Na sam koniec sięgnięto po „Painkiller”, który dla wielu jest najlepszym utworem zespołu. Samo wykonanie jest dobre, aczkolwiek Rob nie radzi sobie z tym utworem tak dobrze jak kiedyś. Może lepiej byłoby zastąpić ten hit takim np. „Love Bites”, który zespół gra już na trasie związanej z „Redeemer of Souls”. Jest niedosyt jeśli chodzi o setlistę jak i same atrakcje. Dobre show, dobra muzyka, jednak można odnieść wrażenie, że Judas Priest miał lepsze koncertowe albumy na swoim koncie. Jednak mimo pewnych wad, niedociągnięć warto mieć „Battle Cry” w swojej kolekcji, bo jest to uczta dla fanów heavy metalu i Judas Priest.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 29 marca 2016

SOLITUDE - Reach for the Sky (2015)

Kiedy zobaczyłem okładkę nowego albumu Solitude w postaci „Reach the Skye” to już wiedziałem że ta płyta jest dla mnie. Orzeł który przypomina tego z płyt Primal Fear czy też Judas Priest, albo Rossa The Bossa. W dodatku łańcuchy i niebo w tle. To od razu sprawiło, że poczułem się jakbym dostał to czego właśnie teraz potrzebuję. Mocnego heavy/power metalu, który namiesza w tegorocznych zestawieniach i wypełni pustkę w tym roku związku z tym że Primal Fear, Gamma Ray, choć japoński Solitude to muzyka która przyciągnie również fanów Exciter, Riot, czy Liege Lord. To jest po prostu czysta klasyka gatunku i to jeszcze w perfekcyjnym wydaniu. Tak można opisać w skrócie najnowsze dzieło w postaci „Reach for the Sky”.


Solitude założył w 1996 roku wokalista Akira Sugiuchi, który obrał sobie za cel granie heavy/power metalu na kształt wielkich kapel europejskich jak i amerykańskich. Styl miał opierać się na mocnych riffach, zadziornych partiach gitarowych, na ostrym wokalu i sporej dawce przebojowości. Kurs został obrany i 2009 roku ukazał się „Brave The storm”. To był tylko niepewny pokaz co zespół gra i w jaki sposób. Prezentacja może i udana, ale zespół nie pokazał w pełni swoich sił i potencjału jaki w nim drzemie. Zmieni to bez wątpienia nowy album „Reach for the Sky”, który ukazał się po 6 latach przerwy. Czas nie wpłynął negatywnie na band, wręcz przeciwnie. Pomyśleli co i jak, dokonali poprawek i mamy w efekcie perfekcyjny album. Klimatyczna i przywołująca na myśl klasyczne albumy z kręgu heavy /power metalu, soczyste brzmienie to tylko pierwsze z brzegu atuty tego albumu. Na tym jednak nie koniec. Prawdziwa frajda zaczyna się kiedy odpalimy krążek. Przede wszystkim na uwagę i wyróżnienie zasługuje wokalista Akira. Jego wokal jest mroczny, zadziorny, ale w pełni oddaje to co najlepsze w tym gatunku. Dzięki niemu całość zyskuje na mocy i agresywności. Zaimponował mi Akira swoim występem i jest to jeden z tych najlepszych występów w roku 2015. Kawał dobrej roboty jednym słowem. Nie wiele mu ustępuje w talencie gitarzysta Shingo Ida, który stawia na szaleństwo, finezję i dobrą zabawę. Zabiera nas w rejony klasycznych rozwiązań, ale też pewnych świeżych rozwiązań. Słychać, że Shingo dba o melodyjność, dynamikę i zadziorność, nie zapominając o samej technice. W połączeniu z wokalem Akira jest to mur nie do zniszczenia. Materiał to najlepsze odzwierciedlenie perfekcji i talentu muzyków z Solitude. Zaczyna się spokojnie, wręcz w stylu Testament czy Metallica. Jednak „Venom's Angel” to utwór idealnie oddający kunszt gatunku heavy/power metal. Tutaj dochodzi do skrzyżowania europejskiego power metalu z tym znanym z ameryki. Wychodzi z tego prawdziwa petarda. Rozpędzona sekcja rytmiczna i ostry riff rodem z płyt Judas Priest, Liege Lord czy Gamma Ray przyprawia o dreszcze. Dawno nie słyszałem tak pomysłowego kawałka power metalowego. Nieco rock;n rollowy „Blow” ma coś z Motorhead i twórczości Ritchiego Blackmore'a. Nieco inna stylistyka, ale to wciąż szybkie i dynamiczne granie. W takim klasycznym „Reach for The Sky” można doszukać się wpływów W.A.S.P i tutaj zespół pozwolił sobie na hard rockowe szaleństwo. Dobrze wychodzi im urozmaicanie płyty. Thrash metal pojawia się w „Don't Need Mercy”. Sam utwór jest niezwykle agresywny i szybki, ale konstrukcja ma wiele wspólnego z Helloween z czasów „Walls of Jericho”. Riff który pojawia się w „Escape for the crime” przywołuje na myśl stare dobre czasy DIO i to utwór również niezwykle urozmaicony. Kolejną udaną petardą na płycie jest bez wątpienia energiczny „You got My Mind”. Zespół odnajduje się w klasycznych riffach i konwencji przywołującej na myśl lata 80. Zadziorny „on the edge of sorrow” czy rozbudowany „December” to tylko potwierdzają.

6 lat czekania na nowy album Solitude, ale opłaciło. Kapela nagrała album perfekcyjny i przemyślany. Mimo pewnych nawiązań do lat 80, album tętni swoim życiem i brzmi wyjątkowo świeżo. Mamy przeboje, mamy petardy, mamy chwytliwe melodie, a wszystko zagrane z polotem i werwą. Ten album po prostu definiuje co tak naprawdę znaczy heavy/power metal najwyższych lotów. To się nazywa prawdziwa niespodzianka. Jedna z najlepszych płyt roku 2015, jeśli nie najlepsza. Polecam !

Ocena: 10/10

sobota, 26 marca 2016

CONCERTO MOON - Between life and death (2015)

Kiedy mówi się o neoklasycznym power metalu to ma się na myśli przede wszystkim taki Galnerus,Yngwie Malmsteena czy też Iron mask. Do grona tych najlepszych i czołowych przedstawicieli tego gatunku trzeba zaliczyć też japoński Concerto Moon. Już dawno temu ugruntowali swoją pozycję na rynku muzycznym i mają wypracowany swój status i nie muszą tak naprawdę nic udowadniać. Działają sukcesywnie od 1996 roku i właściwie każdy album ma swoją wartość. Dorobili się już 11 albumów i ten najnowszy „Between life and Death” nic nowego nie wnosi do twórczości zespołu, ale z pewnością pokazuje że wciąż trzymają wysoki poziom i wciąż można liczyć na nich.

Od lat muzyka Concerto Moon zachwyca tych, którzy cenią sobie ciekawe i złożone popisy gitarowe, którzy gustują w pomysłowych i soczystych riffach i chwytliwych solówkach. Concerto Moon to marka, która nie zawodzi. Choć ze starego składu został tylko Norifumi to i tak wciąż brzmią tak jak za dawnych lat. Nowo pozyskani muzycy dodają świeżości i sprawiają że Concerto Moon potrafi też zaskoczyć. „Between Life and death” nagrał właściwie nowy skład, bo pojawiła się nowa sekcja rytmiczna i klawiszowiec. Wokalista Atsushi też działa tylko od 2011, ale nabrał już pewności i jego wokal brzmi o wiele lepiej niż na pierwszych płyt. Cały czas zespół robi swoje przez co nie ma obaw, że zboczą ze swojego kursu. Concerto Moon to przede wszystkim zawsze mocne brzmienie, spora dawka przebojowości i urozmaicenie materiału, dzięki czemu ich płyt są takie łatwo przyswajalne. Na nowym albumie znajdziemy 10 kompozycji, które pokazują co tak naprawdę znaczy neoklasyczny power metal i w czym tkwi urok japońskiej formacji. „Alone in the Dark” ma klasyczny riff osadzony w klimatach Dio czy Rainbow. Concerto moon dawno nie brzmiał tak mocno i tak świeżo. Sam utwór tez pokazuje, że zespół jest w bardzo dobrej formie. Norifumi przyzwyczaił nas do tych swoich atrakcyjnych, a czasami intrygujących zagrywek gitarowych, które stanowią podstawę każdego utworu. „Struggle to the Death” to już nieco bardziej progresywne granie, gdzie zespół oddala się w stronę bardziej pokręconego motywu. Zawsze mile widziane są takie klasyczne rozwiązania i riffy nasuwające twórczość Yngwiego. To też taki „Between life and death” czy przesiąknięty Rainbow „I'll Close my eyes” stanowią największą atrakcję albumu. Concerto Moon od samego początku dał się poznać jako zespół, który potrafi ciekawe szybkie, rozpędzone kompozycje. To właśnie one stanowią potęgę danego albumu, tak też jest i tym razem. „Life on The edge” to jeden z tych najlepszych petard na płycie i żywy dowód na to, że Concerto Moon to jeden z czołowych bandów grających neoklasyczny power metal. Album jest bardzo urozmaicony bowiem mamy raz szybsze tempo, raz takie bardziej stonowane i bardziej hard rockowe wcielenie zespołu. Hard rockowy „Keep Holding on” pozwala nam odpocząć i zrelaksować się i odpłynąć w romantycznym klimacie. Więcej Rainbow uświadczymy w „Againts the World”, w szybszym „Survive” . Ten świetny album zamyka energiczny „Down fall in Blood”, który jest kwintesencją stylu Concerto Moon jak i samego gatunku.

Zmiany personalne i pewne zawirowania nie przeszkodziło Concerto Moon przed nagraniem kolejnego udanego albumu. „Between life and death” to bardzo przemyślany i zróżnicowany album, który zabiera nas do świata, którzy rządzi się innymi zasadami, a gitara elektryczna jest przewodnikiem. Nowy album brzmi świeżo i nie zawodzi w żadnym calu. Fani neoklasycznego power metalu nie powinni tego przegapić.

Ocena: 8.5/10

piątek, 25 marca 2016

METAL CHURCH - XI (2016)

Po 20 letniej tułaczce i braku znaku życia powraca syn marnotrawny do domu. Kiedy w 2015 r pojawiła się informacja, że Mike Howe powrócił do Metal Church to mało kto wierzył w to. Jednak marzenia każdego fana tej kapeli spełniło się. Nic dziwnego wielu fanów uważa okres z tym wokalistą za kultowym i równie klasycznym z Davidem Waynem. „Blessing In Disguise”, „The Human Factor” czy wreszcie „Hanging in the Balance” sprawiły, że muzyka Metal Church stała się świeższa i bardziej nieprzewidywalna. Poza typową power/thrash metalową jazdą pojawiały się symptomy innych gatunków muzycznych. Lata 90 to złoty okres Mike'a. Jego głos jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Potem w 1999 r w kapeli był znów David Wayne, choć jego powrót nie był udany. Kapela właściwie ożyła wraz z Ronnym na wokalu i w sumie ten okres jest również wart uwagi. Ronny był również świetnym wokalistą o charyzmatycznej manierze wokalnej, który idealnie radził sobie z każdym okresem Metal Church. Niestety „Generation Nothing” mimo pewnych nawiązań do lat 80 pozostawiał niedosyt i pewne uczucie rozczarowania. News o powrocie Mike;a do kapeli dawało nadzieję na wielki powrót kapeli do swojego najlepszego okresu. „XI” był znakomicie promowany przez Nuclear Blast jak i sam zespół. Premiera jedenastego albumu Metal Church to bez wątpienia wydarzenie roku 2016.

Na premierę nowego albumu z Mikem na wokalu czekało wiele osób. Zarówno zagorzali fani, jak i ci, którzy przestali interesować się losami Metal Church po odejściu Mike'a. Sporo czasu minęło od jego ostatniego występu i w sumie był lęk, że nie poradzi sobie. Obawy, że jest to skok na kasę były od samego początku. Jednak próbki jakie zespół publikował w sieci sprawiały, że rodziła się nadzieją i apetyt na muzykę Metal Church. Sama okładka w klimacie tej z debiutu działa na wyobraźnię fana. Dawno nie było tak udanego singla jakim jest „No Tommorow”. Ciekawy klip, ostry riff i wciągająca warstwa instrumentalna. Kawałek jest niezwykle przebojowy i klasyczny w swojej strukturze. Bez wątpienia jeden z najlepszych utworów jakie stworzył metal Church. Kolejnym wielkim hitem na tej płycie jest dynamiczny „Killing Your Time”. Typowa power/thrash metalowa petarda, która pokazuje talent Metal Church i ich klasę. Jest to kompozycja nawiązująca do starych płyt z Howem na wokalu. „XI” to płyta niespodzianek i wiele rzeczy tutaj zaskakuje. Począwszy od ostrego i soczystego brzmienia, kończąc na ciekawych zagrywkach Kurdta, który dawna nie grał tak pomysłowo i tak drapieżnie. Brakowało tego nieco na płytach Metal Church. Dodatkowym atutem jest zróżnicowany materiał, który przykuje uwagę różnych słuchaczy. Jak ktoś lubi szybkie granie ocierające się o power metal/thrash metal ten polubi petardę w postaci „Reset”. Utwór kipi energia, a główny riff przywołuje najlepsze wydawnictwa grupy, zwłaszcza perfekcyjny debiut. Taki Metal Church kocham i na takie kompozycje czekałem. Z takich agresywniejszych kawałków warto wymienić „Needle & Suture”, który ma coś z „The dark”, czy też „Hanging in the Balance”. Tutaj właśnie słychać thrash metalowe zacięcie, które było na porządku dziennym na początku kariery zespołu. Klasyczny Metal Church z nutką Iron Maiden mamy w melodyjnym „Souls Eating Machine”, który pokazuje jak muzycy dobrze się bawią i w jakie formie są. Rick i Kurdt dają czadu i nie kombinują zbytnio w tej kwestii. Stawiają na proste rozwiązania, które trafią do słuchacza. Szybkie tempo i ostrzejsze granie uświadczymy w „Suffer Fools”. Jednak Metal Church to nie tylko petardy i ostre granie. To również czas na melancholijny klimat, z nutką mroku i progresywności. Dobrym tego przykładem jest rozbudowany „Signal Path” czy nieco hard rockowy „Sky falls in”, które idealnie wpasowują się w okres „The Human factor”. Ponury i nieco stonowany „Shadow”, też pokazuje jak zespół jest elastyczny i jak dobrze radzi sobie z wolniejszymi kawałkami. Bardzo dobrze prezentują się psychodeliczne kompozycje w postaci „Blow Your Mind” czy „it Waits”,które oddają to co najlepsze w Metal Church. To właśnie dzięki takim utworom wiemy, że to jest jedyny w swoim rodzaju Metal Church. Całość zamyka równie zakręcony „Fan the Fire”, który jest dobrym podsumowaniem tego albumu.

Nie, nie jest to najlepszy album tej formacji. Jednak „XI” to najbardziej klasyczny album Metal Church od dłuższego czasu. Na takie dzieło fani Metal Church czekali od dłuższego czasu. Nie obyło się bez pewnych niedociągnięć, może nie jest to też płyta ponadczasowa. Jednak pokazuje, że można wciąż nagrywać albumy klasyczne, które nie przynoszą wstydu i są prawie na równi z tymi największymi albumami. Metal Church pokazał klasę i nagrał naprawdę świetny album, który zabiera nas do lat 80 czy 90 i przypomina wielkość tej formacji. Tak Metalowy kościół to już legenda amerykańskiej sceny metalowy i miło że Metal Church wraca w glorii i chwale. Spora w tym zasługa Mike;a który ożywił ten band i przywrócił jego prawdziwy blask. Jeden z kandydatów do płyty roku 2016.

Ocena: 9/10

środa, 23 marca 2016

SARASIN - Sarasin (2016)

Do świata żywych powrócił nie tak dawno kanadyjski band Sarasin. Jest to kolejny zespół, który powstał w latach 80. W tamtych czasach wydali mini album „Lay down your guns”, który był utrzymany w stylizacji hard'n heavy i heavy metalu. Przez wiele lat kapela nie istniała i już raczej nikt nie wierzył w ich powrót. Jednak gitarzysta Greg Boileau jako jedyny ze starego składu postanowił reaktywować band i powrócić z nowym materiałem. Plany z składem na pewno pokrzyżowała śmierć Roba Granta, który przegrał walkę z rakiem w 2012r. Sarasin postanowił postawić na mocne riffy, na specyficzny wokal Micheala Wilsona, który jest pod wpływem Ozziego Osbourne'a. To właśnie ciężkie partie gitarowe, doświadczenie muzyków i mroczny klimat mają być atutem nowe dzieła. „Sarasin” to jakby nie patrzeć debiutancki album tej formacji, ale ciężko mówić tutaj o mało doświadczonych muzykach, którzy nie wiedzą jak grać. Mało wyrazista jest sekcja rytmiczna, troszkę brzmienie jest niższych lotów. Jednak przemawia za tym krążkiem szczerość, autentyczne pomysły i chęć grania prostego heavy metalu. W ich muzyce doszukać można się wpływów Black Sabbath, Dio, czy Judas Priest. Album promował toporny i taki dość ciężki „The Hammer”, który ma coś właśnie z twórczości Dio. Mały w tym energii czy przebojowości, ale jest to kawał solidnego grania. „The Enemy Within” jest bardziej stonowany i osadzony w klasycznym stylu Judas Priest. Zespół znacznie lepiej wypada w żywszych kawałkach a taki jest „In our image” czy doom metalowy „Now”. Dobrze prezentuje się mroczniejszy „Sinkhole” czy rytmiczny „Live to see the glory”, który ma coś z wczesnego Black Sabbath. Najciekawszym utworem na płycie jest niezwykle melodyjny i agresywny „Forevermore”, z kolei całość zamyka toporniejszy „Wake Up”. Płyta zagrana troszkę na jedno kopyto i pozbawiona zaskoczenia. Wszystko zbudowane jakby na jednym motywie, co może nieco uśpić naszą czujność. Jednak płyta jest solidna i ma swoje zalety jak choćby mroczny klimat czy ciężkie riffy. Płyta została dedykowana zmarłemu koledze i to bardzo miły gest. Sarasin powrócił na dobre i zobaczymy co to przyniesie heavy metalowemu światku.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 21 marca 2016

AXE CRAZY - Angry Machines EP (2016)

Nasi zachodni sąsiedzi mają wiele kapel, które specjalizują się w graniu heavy metalu na wzór tego z lat 80. Enforcer, Striker czy Rocka rollas to pierwsze z brzegu przykłady i czemu u nas nie miałoby funkcjonować taka kapela? Axe crazy to polski band pochodzący z miejscowości Lędziny. Działają od 2010 roku i póki co mogą pochwalić się mini albumem „Angry Machines”, która w tym roku doczeka się wznowienia, po to żeby większe grono słuchaczy miało dostęp do tego wydawnictwa. Tak więc jest dobra okazja, żeby zapoznać się z tym młodym i głodnym sukcesu zespołu, zwłaszcza że naprawdę potrafią odtworzyć czasy NWOBHM i wczesnego Iron Maiden.

Ciekawe logo wzorowane na starych zasłużonych kapelach, nieco kiczowata, ale kolorystyczna okładka również przywołuje lata 80. Zresztą sama nazwa kapeli pochodzi od kawałka Jaguar z 1982r. Gdy się słucha mini albumu naszej rodzimej grupy, to aż ciężko uwierzyć że to polska kapela, bo całość brzmi jak by powstała w Szwecji czy Wielkiej Brytanii. Dodatkowo wokalista Michał Skotnicki bardzo dobrze operuje językiem angielskim i jego maniera też pozwala mu na wiele. Dzięki temu jest elastyczny i pozwala dostosować się do różnych melodii. Na pewno odgrywa on kluczową rolę i dzięki niemu Axe Crazy brzmi tak obiecująco. Kawał dobrej roboty odwalają bracia Bigos w sferze gitarowej. Niby nic nowego, niby wtórność, ale wszystko jest zagrane z lekkością i polotem. To sprawia, że wszystko słucha się nadzwyczaj przyjemnie. 4 utwory już pozwalają określić umiejętności tego zespołu i już można powiedzieć, że mamy kolejny ciekawy zespół, którym możemy się chwalić za granicą. „Angry Machines” to rasowy otwieracz, z melodyjnym motywem, złożoną konstrukcją i ukłonem w stronę Iron Maiden, czy Anvil. To taki typowy heavy metalowy kawałek, który zabiera nas do lat 80. Odpowiedni wokal i brzmienie sprawiają, że są to autentyczne odczucia. Zespół dobrze radzi sobie z tworzeniem prawdziwych przebojów i taki właśnie jest nieco hard rockowy „Hungry For Life”. Najszybszy na płycie jest speed metalowy „Sabretooth Tiger”, który ukazuje tą jakże udaną pracę gitarzystów. Tutaj właśnie pojawia się bardzo udana i melodyjna solówka, która daje prawdziwego kopa. Na koniec mamy równie udany i osadzony w twórczości Iron Maiden „Running out of Time”.

Milo jest widzieć, że na ziemi polskiej powstała taka kapela co nie boi się stanąć do walki z takimi zespołami jak Enforcer czy Rocka Rollas do walki w metalowym światku i nurcie NWOTHM. Jest potencjał, są umiejętności i pozostaje tylko czekać na pełnometrażowy album. Będzie na co czekać w roku 2016.

Ocena: 7.5/10

piątek, 18 marca 2016

HUMAN FORTRESS - Thieves of the night (2016)

Pierwsze kroki niemieckiej kapeli Human Fortress na rynku muzycznym były znaczące dla gatunku heavy/power metalu. Kapela błysnęła ciekawymi pomysłami i bardziej wyszukanym stylem, który pozwolił ich wyróżnić na tle innych kapel grających ten typ muzyki. Nutka progresywności, melodyjność, przebojowość i nowoczesność to właśnie Human Fortress taki jaki lubię, taki jaki był niegdyś. Powrót po 5 latach w roku 2013 z „Raided Land” był porażką. Szkoda, bo zespół potrafi grać, ma nawet dobrego nowego wokalistę, który śpiewał niegdyś w Adagio. Coś poszło nie tak, tak więc obawy co do dalszej egzystencji zespołu były zrozumiałe. 3 lata ciszy i wracają z nowym albumem w postaci „Thieves of The Night”.

Nadzieja umiera ostatnia i tak samo w przypadku „Thieves of The Night” do samego końca miałem nadzieję na naprawdę dobry album. Nie liczyłem na coś specjalnego, ale nowy album miło mnie zaskoczył. Zespół przemyślał sprawę i nagrał krążek melodyjny, klimatyczny, zróżnicowany i właściwie cały czas atakują nas chwytliwe melodie, wciągające solówki, a w każdym refrenie można upatrzyć swój ulubiony hit. Zaskoczyła mnie forma zespołu, fakt, że przypomnieli sobie stare dobre czasy i nie zboczyli z własnego kursu. Melodyjny power metal to jest właśnie to co dominuje na albumie, choć nie brakuje nutki heavy metalu, epickiego metalu czy też właśnie progresywnego. Wszystko znakomicie współgra, a każdy element odgrywa swoją rolę. Wokalista Gus nie oszczędza się i właściwie jego popisy są na piątkę z plusem. Nadaje kompozycjom agresywnego charakteru i power metalu pazura. Momentami brzmi to jak Bloodbound, czy Nightmare. Na płycie znajdziemy 12 solidnych kompozycji, które o dziwo potrafią zaskoczyć i przypomnieć najlepsze płyty Human Fortress. Energiczny otwieracz w postaci „Amberstow” to jeden z najciekawszych kawałków tej kapeli od lat. Jest świeżość, ciekawa linia melodyjna i kto by się spodziewał, że jeszcze stać ich na taki zryw. Dalej mamy melodyjny i nieco progresywny „Last prayer to the lord”, którym również dobrze wypada na tle ostatniego albumu. Na płycie nie brakuje prawdziwych power metalowych petard, które umilą nam czas. Wystarczy przytoczyć chwytliwy „Rise or Fall”, szybszy „Just a graze” czy przebojowy „Vicious Circle”. Już sam tytułowy „Thieves of the night” nastraja pozytywnie i pokazuje, że zespół zapomniał o kiepskim poprzedniku i stara się pokazać z jak najlepszej strony. „Thrice Blessed” jest już bardziej stonowany i bardziej nowoczesny, co już bardziej przypomina „Eternal empire”. Bardzo dobrze wypada też bardziej rozbudowany „Gift of prophecy” w którym dzieje się całkiem sporo. Całość zamyka piękna ballada - „Alone”.

Może „Thieves of the night” nie jest najlepszym dziełem niemieckiej formacji, ale jest lepiej niż na poprzedniczce i wreszcie brzmi to jak należy. Nie nudnych riffów i słabej jakości melodii, a wszystko brzmi tym razem mocarnie. Jest agresja, jest przebojowość, a każdy utwór ma w sobie coś co przyciąga uwagę na dłużej. Miło słyszeć, że Human Fortress jeszcze się nie wypalił i że stać ich na taki album jak „Thieves of the night”. Fani melodyjnego grania nie mogę przegapić tego wydawnictwa.

Ocena: 8.5/10

SPIRITUAL BEGGARS - Sunrise to Sundown (2016)

Apollo Papathanasio to jeden z najbardziej uzdolnionych wokalistów i świetnie sprawował się w Majestic, Evil Masquerade czy Firewind. Od kiedy pojawił się w Spiritual Beggars to zespół jeszcze bardziej rozwinął skrzydła i zaczął nagrywać co raz to lepsze albumy, Dobrym przykładem był tego ostatni album „Earth blues” z 2013r. Zespół tworzy ciekawą mieszankę stooner rocka, hard rocka i heavy metalu, a wszystko osadzone w latach 70. Fani Uriah Heep, Led Zeppelin czy Deep Purple znajdą się w świecie szwedzkiej formacji. Ci co jeszcze nie słyszeli o Spiritual Beggars mają szczęście bo w tym roku pojawia się nowe dzieło kapeli w postaci „Sunrise to Sundown”.

Nowy album to właściwie nic innego, jak swego rodzaju kontynuacja stylu wypracowanego na ostatnich dwóch wydawnictwach. Klimatyczne klawisze wygrywane przez Pera Wiberga budują odpowiedni nastrój i zabierają nas w świat szalonych lat 70. Do tego ciekawe i pomysłowe partie gitarowe i mocarny głos Apollo. To zawsze się sprawdza bez względu na to czy brzmi to znajomo czy też nie. Co wyróżnia „Sunrise to Sundown” to bez wątpienia ostrzejszy wydźwięk i pewna nutka agresywności. Można odnieść wrażenie, że to najcięższy album tej formacji. Wystarczy odpalić rozpędzony „What Doesnt Kill You”, który ukazuje heavy metalowy charakter kapeli, szybszy „You ve been Fooled” czy mroczny „Dark Light Child”. Płytę promował tytułowy „Sunrise to Sundown”, który jest definicją tego co gra Spiritual Beggars i ich stylu. „Hard road” to utwór bardziej hard rockowy i niezwykle przebojowe, dlatego zaliczyć go należy do najciekawszych na płycie. „Still Hunter” wyróżnia się ciekawą formą, nutką Ac/Dc i nieco koncertowym stylem. Dalej mamy klimatyczny i mocno osadzony w świecie Deep Purple „No Mans Land”. Sporo ciekawych przejść ma ten utwór i jego atutem jest bez wątpienia epicki charakter. Elementy bluesa i progresywności mamy w zadziornym „Lonely Freedom”. Na sam koniec dostajemy równie udany „Southern star”, który odzwierciedla poziom całej płyty i jakość muzyki jaką gra Spiritual Beggars.

Rok 2016 jest rokiem dla fanów Deep Purple, Rainbow czy Led Zeppelin. Pojawia się sporo płyt z taką muzyką. Spiritual Beggars tradycyjnie nagrał świetną muzykę w takich klimatach i „Sunrise to Sundown” to jeden z najlepszych albumów tej szwedzkiej formacji. Kawałki są przemyślane, klimatyczne i każdy coś innego prezentuje. Kawał dobrej roboty, którą trzeba samemu ocenić.

Ocena: 8.5/10

INNERWISH - Innerwish (2016)

Jedną z największych potęg greckiej sceny metalowej jeśli chodzi heavy/power metal jest bez wątpienia Innerwish. Nie tak dawno pisałem o świetnym Forbidden seed czy Diviner, które powstały z inicjatywy muzyków Innerwish. Teraz po 6 latach nie obecności, z nowym frontmanem powracają z nowym albumem. „Innerwish” tak zostało zatytułowane najnowsze dzieło i jest to Innerwish w pigułce. Na tym krążku znajdziemy wszystko to co składa się na muzykę greckiej formacji. Wszelkie znaki na niebie wskazują, że jest to jeden z ich najlepszych albumów. Skąd taki werdykt?

Piękna i klimatyczna okładka z pewną nutką mistycyzmu jest sporym atutem, ale nie odgrywa ona głównej roli. Diabeł tkwi w szczegółach. Zespół dopracował każdy detal i właściwie ciężko znaleźć jakiś haczyk. Brzmienie jest soczyste, świeże i mocarne, a nowoczesny charakter podkreśla tylko klasę zespołu. Nowy wokalista George wpasował się w styl grupy i ożywił jego konwencję. Słychać od razu, że mamy do czynienia z profesjonalistami, z bandem grającym heavy/power metal i to na wysokim poziomie. Jego głos jest drapieżny, tak więc i utwory takie są. Klimat jaki panuje na albumie buduje napięcie i tak naprawdę nie wiemy co nas czeka. Największą niespodzianką jest tutaj bez wątpienia materiał. To co zespół stworzył imponuje i budzi podziw, że po 6 latach nie zatracili się i nie stracili zapału do tworzenia ciekawych kompozycji. „Roll The Dice” to prawdziwy killer. Nasuwa się Helstar, czy Primal Fear. Na takie utwory warto czekać i pokuszę się o stwierdzenie, że to jeden z najlepszych kawałków jakie stworzył ten zespół. Ostry riff, sporo agresji wybrzmiewa w „broken” i tutaj zespół pokazuje, że nawet w wolniejszych kompozycjach radzą sobie bardzo dobrze. Marszowy i bardziej epicki „Machines of Fear” pokazuje jak zespół jest elastyczny i jak dobrze urozmaica materiał. Kawałek idealnie nada się na koncerty. Nutka progresywnego rocka wdziera się w nieco spokojniejszy „Needles in My mind”. Ten utwór to przykład ile jest warty nowy nabytek zespołu w postaci George'a Eikosipentakisa. Dalej mamy przebojowy „My World on Fire” i podniosły „Rain of thousend Years”, które też należą do mocnych punktów tego albumu. Właściwie nie ma tutaj słabych kompozycji, które nudzą swoją formą. Kolejną petardą na płycie w klimatach Primal Fear, Avantasia czy Gamma Ray jest „Sins of The Past”. Dawno Innerwish nie grał tak dynamicznie i tak pomysłowo. Jestem za takim obliczem tej kapeli. Spokojniejszy i bardziej klimatyczny „Zero ground” też wnosi sporo do tej płyty, zresztą podobnie jak ballada „Cross the Line”. Wisienką na tym pysznym torcie jest „Tame the seven seas” , który pokazuje epicki charakter zespołu. Pięknie zwieńczenie tego znakomitego krążka.


6 lat czekania to spory kawał czasu. Szkoda, że Innerwish kazał tyle czekać swoim fanom na nowy album. Jednak nie był to zmarnowany czas. Zespół przyłożył się do nagrywania nowego materiału i owocem tego jest świetny „Innerwish”. Płyta bezbłędna, zróżnicowana i zabierająca nas w różne rejony melodyjnego heavy/power metalu. Jednym słowem jeden z najlepszych albumów tej greckiej formacji, jeśli nie najlepszy. Polecam.

Ocena: 9.5/10

MYSTIC PROPHECY - War Brigade (2016)

Od czasów wydania świetnego „Ravenlord” Mystic Prophecy nie zwalnia tempa. Kapela regularnie wydaje nowe albumy i co najciekawsze każdy nowy album jest na wysokim poziomie. Przez te parę lat potrafili nas przyzwyczaić do ostrych riffów, do niezwykłej przebojowości na swoich albumach, a także do wysokiej klasy heavy/power metalu. Ostatnie albumy są niezwykle dynamiczne i pełne energii. Słychać tą niemiecką perfekcję i toporność, które tylko podkreśla agresywność w sferze partii gitarowych. Niby od paru lat dostajemy to samo, tak więc nie zdziwi was fakt, że „War brigade” to kolejny album tej formacji, który jest w tonacji poprzednich albumów. Nie ma tutaj niespodzianki.

Jedyną niespodzianką jest to, że zespół mimo trzymania się pewnych ram wciąż nagrywa udany album i nie przeszkadza tutaj swego rodzaju wtórność. Niby wszystko już słyszeliśmy na ostatnich wydawnictwach. Wokalista Liapakis nic nie stracił na swojej agresywności i jakości. Jego wokal wciąż zachwyca i jest motorem napędowym Mystic Prophecy. Podobnie ma się sprawa jeśli chodzi o gitarzystów. Robią swoją, grają dalej w taki sam sposób i nie próbują kombinować w tej kwestii. Tak więc po raz kolejny dostajemy mieszankę heavy/power i thrash metalu. Bez zmian również pozostało agresywne brzmienie czy konstrukcja utworów. „Follow The Blind” to typowy otwieracz z mocnym uderzeniem, który idealnie otwiera nowy krążek. Dalej mamy toporniejszy kawałek w postaci „Metal Brigade”. Troszkę mało wyrazisty riff się tutaj pojawia, ale utwór i tak się broni. Zawsze dobrze wypadają power metalowe petardy w wykonaniu tego zespołu i tutaj też to potwierdzają. Taki thrash metalowy „Burning Out” to jeden z najlepszych utworów na płycie. Na płycie pojawiają się też rasowe przeboje, co potwierdza bardziej hard rockowy „10 000 miles away” czy melodyjny „The devil is Back”. Z takich ciekawszych utworów na pewno warto wyróżnić rozpędzony „War Panzer”, który oddaje to co najlepsze w tym gatunku, który reprezentuje Mystic Prophecy. Lekkie wprowadzane, chwytliwa melodia i wciągający refren, który jest prosty w swojej formie. Na koniec mamy konkretny hit w postaci energicznego „War of Lies”. Troszkę dziwnie wypadł cover Tom Jonesa w postaci „Sex Bomb”.

Kolejna płyta Mystic Prophecy odnotowana i kolejny zachwyt. Troszkę szkoda, że zespół nie próbuje choć troszkę zaskoczyć. Wszystko jest dość przewidywalne i oklepane. Póki to się sprzedaje i są głosy zadowolenia dopóty nic się nie zmieni w muzyce Mystic Prophecy. Pytanie tylko jak długo uda im się utrzymać tak wysoką formą? Oby jak najdłużej.

Ocena: 8.5/10

SEVENTH AVENUE - Southgate (1998)

Do grona tych najciekawszych albumów Seventh Avenue należy wymienić dobrze rozpoznawalny przez fanów power metalu „South Gate”. Okładka w stylu s-f, nieco zgładzone brzmienie i odpowiednia stylizacja sprawiają, że ten album już kojarzy się nie tylko z Gamma Ray. Running Wild, Helloween ale też Gaia Epicus. Ten krążek wydany został w 1998 roku już w nieco innym składzie, ale wciąż pokazywał to co najlepsze w zespole i tylko potwierdzał, że trzeba się z nimi liczyć na power metalowym podwórku.

Zespół zasilił nowy perkusista Mike Pfluger, który znakomicie zaprezentował swoje umiejętności na „Southgate”. Pojawił się też po raz pierwszy drugi gitarzysty tj Andi Gutjahr. Od razu pojawiła się większa przestrzeń w sferze partii gitarowych. Zespół dalej kontynuuje to co zaprezentował na „Tales of Tales” i nie próbuje zmieniać swojego wypracowanego stylu. Można dostrzec tylko kosmetyczne zmiany, jak choćby bardziej zróżnicowanie solówki i jakby większy element zaskoczenia w tym aspekcie. Płyta jest bardzo melodyjna, zróżnicowana i dobrze przyrządzano. Nie ma miejsca tu na nudę i przewidywalność. Cały czas się coś dzieje i każdy utwór potrafi dostarczyć nam prawdziwej frajdy. Można z pewnością dyskutować nad formą i długością materiału, czy ponad godzinny materiał to nie za dużo. Z pewnością jest to lekka przesada i ujma dla albumu. Intro w postaci „Introduce” przypomina te najlepsze z Helloween czy Gamma Ray. Jednak czy mamy do czynienia z albumem, który ma szanse dorównać klasykom jak „Keeper of The Seven Kyes”? Niestety troszkę brakuje tej świeżości. Jednak początek płyty jest wysokich lotów. Tak samo można mówić o pierwszym poważnym kolosie zespoły czyli „Southgate”. Jest to power metalowa petarda w której zespół daje upust swojej fantazji i pomysłowości. W efekcie wyszedł jeden z ich najlepszych kawałków. To jest Seventh Avenue w pigułce. „Protection of Fool” to taki bardziej już niemiecki heavy/power metal z domieszką toporności. Dalej mamy szybki i melodyjny „Carol”, który ukazuje ile wniósł Andi w sferze partii gitarowych. Jest element zaskoczenia i większa różnorodność. Nie mogło oczywiście zabraknąć kolejnej ballady i tym razem „Father” nieco ustępują balladom z poprzedniego krążka. Nie ma już takich emocji, takiej lekkości. Taki radosny „May the best one win” ma coś z „Eagle Fly Free”. Na uwagę zasługuje bez wątpienia epicki, nieco mroczny „Puppet of Mighty”, który ma sporo elementów z Running Wild. Podobne skojarzenia gdzieś wzbudza instrumentalny „Storm 1”, który ukazuje jak band jest świetny instrumentalnie przygotowany. Największym hitem z tej płyty jest bez wątpienia przesiąknięty twórczością Kaia Hansena „Nameless Child”. Utwór wyróżnia pomysłowy riff i przebojowy refren, który napędza ten kawałek. Na sam koniec mamy kolejny killer w postaci „Big City Sharks” i hit w postaci „Goodbey”.

Seventh Avenue rośnie w siłę i nagrywa kolejny bardzo dobry album, który jest wymieniany wśród tych najlepszych. Jest duża dawka klasycznego, europejskiego power metalu spod znaku Gaia Epicus, Helloween czy Gamma Ray. Herbie brzmi jeszcze pewniej, jego popisy gitarowe z Andi są podręcznikowe i pokazują co to znaczy prawdziwy melodyjny, energiczny power metal. Klasa sama w sobie. Gorąco polecam! Satysfakcja gwarantowana.

Ocena: 9/10

czwartek, 17 marca 2016

BLAZE BAYLEY - Infinite Entanglement (2016)

By album koncepcyjny wypalił trzeba mieć ciekawą historię do opowiedzenia, trzeba mieć pomysł by różne kompozycje razem tworzyły zgraną całość. Do takiego przedsięwzięcia trzeba nie tylko doświadczenia, ale czegoś więcej. Wielu próbowało i wiele zespołów poległo. Swoich sił postanowił spróbować również w tej dziedzinie Blaze Bayley. W sumie muzyk dawno nie błyszczał i nie miał zbytnio czym zwrócić swojej uwagi. Muzycznie były wokalista Iron Maiden zawodził ostatnio i raczej wiele osób przekreśliło go. „The King of Metal” to porażka i cień świetnego „The Man who would not die” i poukładanego „Promise and terror”. Skład się posypał i teraz to bardziej wygląda jak Blaze i przyjaciele, no ale cóż nie liczy się kto z kim tylko jakość tego co dostajemy. „Infinite Entanglement” to 8 studyjny album Blaze i właściwie koncepcyjny album w klimatach science fiction. Blaze ma doświadczenie w tworzeniu albumów koncepcyjnych i wystarczy wspomnieć tutaj o „Silicon Messiah” czy „Tenth Dimension”. Czy Blaze zaskakuje nas czymś? Czy w końcu jest materiał na miarę jego nazwiska?

Na pewno warto widać poprawę. Na pewno nie ma mowy tutaj o totalnej porażce i klapie jak w przypadku „The King of Metal”. Nie wiem może to moja miłość do s-f, może to forma podania materiału, ale przemawia do mnie to co stworzył Blaze. „Infinite Entanglement” to przede wszystkim ciekawa historia, w której główny bohater który próbuje ustalić kim tak naprawdę jest. Czy jest człowiekiem czy czymś innym? Pomysły na niektóre kompozycje i samą historię zrodziły się w okresie tworzenia wcześniej wspomnianych albumach Blaze'a. Swoje piętno odbiły wydarzenie w fizyce kwantowej i zainteresowania Blaze'a w tej dziedzinie. Od tej strony album jest poukładany i robi wrażenie. Klimat s-f rzeczywiście jest obecny nie tylko na okładce. Można poczuć tą nie pewność i lęk bohatera. Jest coś intrygującego w tym co słyszymy. Jednak bardziej co może zastanawiać, to jak sprawuje się Blaze i czy materiał jest ciekawszy niż ostatnie dokonania. Bałem się i to aż do momentu odpalenia tej płyty. Lubię Blaze i szanuje za jego dokonania, ale wiem też, że dysponuje on specyficznym głosem, który momentami potrafi irytować. Różnie z tym jest na nowym albumie i pojawiają się takie momenty, że brzmi to troszkę komicznie. Jednak w tym wszystkim jest zaleta. Wiemy, że to Blaze, wiemy że robi swoje i wiemy że to heavy metal. W końcu jest to heavy metal na jaki fani czekali. Jest mrocznie, jest agresywnie, a co ciekawe momentami nawet nowocześnie. Dobrze to współgra z klimatem płyty i historią. Nie zabrakło wpływów Iron maiden i nawiązań do pierwszych płyt Blaze'a. Mówić o najlepszym albumie na pewno ciężko, bo takim jest dla mnie „The man who would not die”, ale nowy album zaskoczył mnie pozytywnie. Wszystko jest chwytliwe, pomysłowe, zapada w pamięci i nie ma wałkowania jednego motywu. Jest energia i słucha się tego bardzo fajnie. Nie ma motywu silenia się i tworzenia czegoś na siłę. W każdej kompozycji jest potencjał i to co składa się na styl Blaze'a.

Czeka nas 47 minut muzyki Blaze'a i jest to nieco krótki czas, zwłaszcza że materiał jest o dziwo na wysokim poziomie. Zacznijmy tą przygodę. Pierwszy dźwięk otwierającego „Infinite Entanglement” brzmi nieco dziwnie. Jest nowocześnie, progresywnie i nie pewnie. Nie wiemy czego mamy się właściwie spodziewać. Ktoś powie, że jest to przekombinowane i nie pasuje do Blaze;a. Ostry riff, potęgowanie napięcia i chwytliwy refren sprawia, że utwór nie jest taki zły jak mogłoby się wydawać na początku. Plus za to, że Blaze postanowił czegoś innego i że postanowił nieco unowocześnić swoją formułą. Jestem za takim rozwiązaniem. Dalej już mamy coś na co każdy czeka, czyli heavy metalowa petarda. „A thousand Years” to już poziom, który panował na „The man who would not die”. Mocny riff i melodyjne solówki napędzają ten hit. Album promował ostrzejszy, nowoczesny „Human”. Kiedy słucha się go już na albumie jako część całego konceptu, to tylko zyskuje. Jego zaletą jest znakomity, wręcz koncertowy refren, a także ostrzejsza formuła. Blaze pokazał, że też odnajduje się w nowoczesnym heavy metalu. Jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Ciekawym zabiegiem jest akustyczny „What will come”. Ma w sobie sporo emocji i romantyczności. Słucha się tego lekko i przyjemnie. Piękna ballada, który znakomicie zaskakuje i urozmaica nam album. Dalej mamy marszowy i ponury „Stars are Burning”, który też niczym nie ustępuje poprzednim utworom. Kto lubi szybkie kawałki z ostrym riffem w roli głównej ten powinien posłuchać petardy w postaci „Solar Wind”, rytmicznego „Calling You Home” czy przebojowego „Dark Energy 256” będący ukłonem w stronę Iron maiden. Brakowało mi właśnie takich utworów na ostatniej płycie. Mówiąc o żelaznej dziewicy to trzeba przyznać, że Blaze potrafi stworzyć kawałki nawiązujące do tego etapu jego kariery. Najlepszym dowodem jest perfekcyjny „Independence”. Prawdziwa perełka z ciekawym głównym motywem i jeden z najlepszych utworów Blaze'a. Na koniec równie udany „A work of anger”, który wieńczy album.


Blaze miał ciężki okres w swojej karierze, ale najwidoczniej kryzys zażegnany. Nowy materiał jest może nieco inny niż dotychczasowe dokonania, może jest nowocześniejszy, agresywniejszy, ale z pewnością jest to klasyczny Blaze. „Infinite Entanglement” to przede wszystkim ciekawa historia, zróżnicowany materiał i wycieczka w rejony pierwszych płyt Blaze, ale też próba zaprezentowania czegoś nowego. Odświeżona znana nam formuła i w końcu dało to efekt w postaci jednej z najciekawszych płyt Blaze'a. Płyta z pewnością wymaga więcej niż paru odsłuchów, ale warto. I kto by pomyślał, że nowy krążek będzie tak udany?

Ocena: 8.5/10

MOB RULES - Tales from Beyond (2016)

Nie ma się co oszukiwać niemiecki band Mob Rules swoje najlepsze wydawnictwa wydał jakieś 14 lat temu. Premiera „Hallowed Be thy Name” oraz „Among The Gods” zapisały się w historii melodyjnego power metalu. Niemiecki band nagrał sporo albumów i ma za sobą lata grania na scenie, ale sukcesu z roku 2002 i 2004 nie udało się powtórzyć. Ja podobnie jak wielu fanów zaczynałem dostrzegać, że kapela brnie na same dno. Gdzieś zatracili jakby swoje wartości, umiejętności i pomysłowość. Zespół, który grał kiedyś ciekawy power metal nagle popadł w smętny i nudny heavy/power metal. Kiedy zobaczyłem okładkę nadchodzącego „Tales from Beyond” to instynkt podpowiadał mi, że panowie spróbują wrócić do właśnie albumów z roku 2002 i 2004. Podobna kolorystyka i szata graficzna. Nadzieja nie umarła, kiedy pojawiły się pierwsze próbki nowego albumu. I o to nadszedł dzień sądu. Werdykt jest tylko jeden. Najlepsza płyta od czasów „Among The Gods”.

Błędy popełniane na ostatnich płytach zostały wyeliminowane. Nudne i sztampowe riffy zostały zastąpione agresywnymi, zadziornymi i melodyjnymi. Smętny heavy metal z domieszką power metalu przekształcono ponownie w znanym nam melodyjny power metal z elementami progresywnego heavy metalu. Surowe i brudne brzmienie zastąpiło krystaliczne czyste i dopieszczone brzmienie. No i najważniejsze materiał jest równy i przemyślany. Każda kompozycja to kwintesencja muzyki Mob Rules. Ich styl, to co wypracowali przez lat wybrzmiewa na tym albumie. Płyta jest niezwykle melodyjna, przebojowa i urozmaicona. Każdy utwór to inna historia, inne emocje i inna przygoda. Udało się uciec przed rutyną i nudą, które przecież były ostatnio stałym gościem na płytach Mob Rules.

Już otwierający „ Dykemaster's Tale” robi spore zamieszanie. Dawno Mob Rules nie był w takiej formie i dawno nie stworzył takiego hitu. Kompozycja jest podniosła, melodyjna, rozbudowana i dzieje się w niej sporo. Ciekawa mieszanka heavy/power metalu z progresywnością. Przypominają się najlepsze lata zespołu. Folkowe wstawki rozpoczynają kolejny hit, a mianowicie „Somerled”. Nie brzmi jak utwór Mob Rules, a mimo to wpisuje się idealnie w to co gra band. Pomysłowy riff, ciekawe solówki i przejścia czynią ten utwór ważnym na tej płycie. Klaus Dirks to osoba bez której ciężko sobie wyobrazić Mob Rules i jego głos też nic nie stracił na wartości. Często tutaj zaskakuje nas swoją formą. „Signs” to utwór może mało wyrazisty, ale pokazuje jak wszystko jest dobrze poukładane. Nowy album to przede wszystkim świetne power metalowe petardy. Wystarczy przytoczyć „On the Edge”, energiczny „The healer” czy melodyjny „Dust of Vengeance”. To są mocne punkty tej płyty i przykłady tego, że Mob Rules powrócił. Zaskakuje lekkość, pomysłowość i wykonanie muzyków. Same kawałki wpisują się w standard utworów choćby Gamma Ray. Na sam koniec dostajemy tytułowy „Tales from Beyond”, który jest rozbity na trzy części. Pierwsza część to stonowany „Through the eye of the storm”. Dobrze wpasowane klawisze, klimat symfoniczny i wpływy Nightwish, Avantasia czy Deep Purple. „A mirror inside” to z kolei część balladowa, a „Science Save Me” bardziej filmowa i progresywna.


Sięgnęli dna, nagrywali coraz to gorsze albumy i nikt się nie interesował losem Mob Rules. Niemiecka formacja wzięła się w garść, przypomniała sobie jak grać power metal, jak tworzyć pomysłowe i wciągające kompozycje. Efektem tego jest „Tales from Beyond”, który jest tym do czego nas ten band przyzwyczaił i śmiało możemy mówić o jednym z ich najlepszych albumów. Liczyłem na dobry album, ale nie sądziłem że będzie aż tak dobrze. Miła niespodzianka roku 2016.

Ocena: 9/10

LORDS OF BLACK - II (2016)

Kariera Ronniego Romero nabrała ostatnio niezłego rozpędu. Nie dość, że stał się nowym wokalistą Rainbow wskrzeszonego przez Ritchiego Blackmore'a to jeszcze jego macierzysty band Lords of Black wydał w tym roku nowy album w postaci „II”. Hiszpański wokalista to jeden z najbardziej uzdolnionych muzyków młodego pokolenia i to nie podlega wątpliwości. W jego głosie słychać wpływy Frediego z Queen oraz Ronniego James Dio. Nic dziwnego, że Ritchie jego wybrał do nowej wizji Rainbow. Sam Lords of Black to jeden z najciekawszych młodych zespołów jakie ostatnio powstały i w sumie wystarczył im udany debiut by wkupić się w łaski fanów heavy/power metalu. Pierwszy album to była miła niespodzianka i przykład, że można grać nowocześnie, jednocześnie klasycznie. Ciekawa wizja grania heavy/ power metalu sprawiła, że każdy czekał na drugi album. „II” to jak sama nazwa wskazuje drugi album w karierze, ale to też ma inne znaczenie. Jest to drugi też album utrzymany w takiej samej konwencji co debiut i pod wieloma względami te dwa albumy są podobne.

Zastosowane podobne, soczyste i dopieszczone brzmienie, które podkreśla nowoczesność i agresję Lords of Black. Skład jest taki sam co na debiucie, zresztą jak sam styl i forma tworzenia utworów. Tak więc nie ma tutaj mowy o jakiś zmianach czy eksperymentowaniu. Ronnie nabrał jeszcze większego doświadczania i to słychać niemal od pierwszych minut płyty. Jego soczysty i mocny głos daje się we znaki od samego początku. To on jest głównym motorem napędowym kapeli i to nie podlega dyskusji. Nie można jednak zapominać o popisach gitarowych Tony'ego. Solówki na nowym albumie są bardziej wyszukane i dzieje się sporo w tej kwestii. Ocieramy się nie tylko o heavy czy power metal, ale też progresywny heavy metal. Tony nie idzie na łatwiznę i stara się każdemu utworowi nadać odpowiedni charakter. W ten sposób mamy spore urozmaicenie i nie ma mowy o granie na jedno kopyto. „Merciless” wkracza zaraz po krótkim intrze i w zasadzie jest to nowoczesny, progresywny heavy/power metal. Można doszukać się wpływów Masterplan, Dark Moor, czy Nightmare. Jest agresja, jest przebojowość i ciekawa forma tego podania. Więcej progresji ma w sobie „Only one life away”. Płytę promował „Everything You're not” i choć nie jest to najlepszy utwór na krążku to ma w sobie coś co zapada w pamięci. Spora w tym zasługa ciekawej linii melodyjnej. Echa Masterplan i swego rodzaju lekkość jest główną atrakcją w
New World's Comin”
. Jest to jedna z najciekawszych kompozycji na płycie i dobrze, że zespół tworzy takie hity. Jeśli ktoś lubi ciekawe melodie i marszowe tempo ten pokocha bez wątpienia epicki „Cry no more”. Dalej warto wyróżnić mroczny „Insane”, rozbudowany „Ghost of You”, szybszy „The Art of illusions part III”, czy energiczny „Shadows of war”. Na „II” mamy też fajne bonusy. Choćby „Lady of the lake” z repertuaru Rainbow i jeszcze ciekawy cover Queen w postaci „Innuendo”.


Ronnie Romero udowadnia na „II”, że jest wokalistą pełnym i niczego mu nie brakuje. Ma w sobie coś z maniery DIO i Mecury'ego i to słychać na tym albumie. „II” to kontynuacja udanego debiutu i tym wydawnictwem Lords of Black potwierdza swoją wielkość i to, że jest jednym z najciekawszych zespołów młodego pokolenia. Jeśli kochacie świeże spojrzenie do heavy/power metalu i nowoczesne brzmienie to bez wątpienia jest to płyta dla Was.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 15 marca 2016

SEVENTH AVENUE - TALES OF TALES (1996)

To czego brakowało na debiucie Seventh Avenue znalazło się na drugim wydawnictwie tj „Tales of Tales”. Więcej power metalu, większa przestrzeń w kompozycjach, większa różnorodność w obrębie samego materiału i w końcu większa dojrzałość. Skład pozostał ten sam, ale mamy pewne zmiany w szacie graficznej. Już pojawiają się te charakterystyczne okładki dla tego zespołu. Klimat fantasy i taka miła dla oka kolorystyka. Jednak czy upływ czasu i większe doświadczenie Herbiego i spółki wystarczyło by nagrać bardzo dobry album?

Jasne drugi krążek niemieckiej formacji jest o wiele ciekawszy i nawet kiedy zespół gra wolniej to jest to muzyka na wysokim poziomie. Zespół zyskał na pewności, jeszcze bardziej ukształtował swój styl, swój pomysł na power metal. Znaleźli swój styl i teraz już wiedzą jak zadowolić słuchacza. Seventh Avenue potrafi zaskakiwać i wykroczyć poza sztywne ramy power metalu co pokazuje nie jeden raz. Ballada „Where Are You”, która próbuje ukazać emocjonalne oblicze zespołu to jeden z takich przykładów. Herbie postawił na finezję, na baśniowy klimat, a także na nawiązanie do Queen, Rainbow czy Axel rudi Pell. Może się to podobać, pomimo że sam charakter kawałka odbiega od całego albumu. Najważniejsze, że łapie za serce i zapada w pamięci. Drugim spokojnym i lekkim utworem na płycie jest komercyjna ballada „Grave of Heart”. Nagrać godne uwagi ballady, które porwą swoim klimatem i formułą nie jest tak łatwo, ale tutaj zespół wywiązał się i to z nawiązką. Seventh Avenue to jednak specjaliści w graniu power metalu i nie da się ukryć, że znacznie korzystniej wypada w szybkich, energicznych power metalowych kawałkach. Na płycie roi się od zapożyczeń z twórczości Running Wild czy Gamma Ray. Tym razem jednak zespół postawił na większą ilość power metalu i bardziej pomysłowe motywy, co przyczyniło się do tego że sam album zyskał na atrakcyjności. „Prolog” jest magiczny i bardzo dobrze wprowadza w świat Seventh Avenue i „Tales of Tales”. Minął rok a słychać jak zespół dojrzał od wydania debiutu. Większa agresja, pewność siebie, umiejętność bawienia się melodiami i motywami. Od strony partii gitarowych też jest znacznie ciekawej niż na debiucie. Jest różnorodność bawienie się tempami i emocjami, nie ma też wałkowania jednego motywu w kółko co cieszy. 6 minutowa petarda „Tales of Tales” to kwintesencja europejskiego power metalu, a także bardzo udany hołd dla Gamma ray, ale tej znanej nam z lat 90. Utwór jest niezwykle melodyjny i od samego początku dostarcza sporej frajdy przez dynamikę i przebojowość. Seventh Avenue w końcu dojrzał i partie gitarowe brzmią agresywnie, zadziornie i pomysłowo. Taki rozpędzony „Heavens Tears” jest mocno zakorzeniony we wczesnym Helloween z okresu „Walls of Jericho”. Herbie brzmi jak Kai i warstwę instrumentalną ukształtował na wzór tamtego albumu. Kolejny hit na płycie. Utworów o tytule „Time” już w metalu troszkę powstało. Jednak kawałek Seventh Avenue to jeden z tych najciekawszych. Power metalowa petarda, która jest hołdem dla Gamma Ray czy właśnie wczesnego Helloween. Bardzo urozmaicony jest „Temptation”, w którym dzieje się naprawdę sporo. Są liczne przejścia, wariacja na temat progresywnego metalu. „Iron Man” to nie cover Black Sabbath, a kolejna power metalowa petarda, która poza elementami Helloween przemyca cechy Wizard, czy nawet Iron Maiden. Podoba mi się praca gitary na tej płycie, to jak Herbie się bawi i to ile ciekawych fajnych melodii zostało przemycone. Zespół gra lekko i z miłości do muzyki, jest to gra prosto z serca. Dobrze to uchwycił dość radosny „Pink Elephant”. Znalazło się miejsce na nutkę epickiego metalu co zespół pokazuje w „This night”. Nawet cover The Sutherland Brothers Band w postaci „Sailing” wyszedł znakomicie.

Jeden z najlepszych albumów Seventh Avenue, jeden z najciekawszych albumów jakie wyszły w 1996r, no i jeden z tych albumów, który zapisał się w historii power metalu. Bardzo dobra mieszanka Gamma Ray, Helloween i Running Wild. Płyta jest od początku do końca przemyślana i nie ma tutaj miejsce na przypadek. Każdy utwór to prawdziwa frajda i ucieczka do klasyki gatunku. Secenth Avenue rośnie w siłę, a to dopiero rozgrzewka i jeszcze przed rozwiązaniem nagrali kilka bardzo dobrych albumów o których też trzeba pamiętać. Power metalowa perfekcja.

Ocena: 10/10

niedziela, 13 marca 2016

SEVENTH AVENUE - Rainbowland (1995)

Herbie Langhans jest obecnie znany dzięki power metalowej formacji Sinbreed, ale tak naprawdę w metalowym światku zaistniał dzięki kapeli Seventh Avenue. Była to formacja, która działała w okresie 1989 – 2012. Dorobili się 6 albumów i zapisali w historii power metalu. Wielu postrzega ten band jako brat bliźniak Gamma Ray i w sumie to nie jest takie odległe skojarzenie. Obie kapele charakteryzuje podobny styl, podobna konstrukcja utworów i śpiew wokalistów. W dodatku obie stawiają na szybkość, agresję i przebojowość. Seventh Avenue podobnie jak Gamma Ray stawia na złożone i chwytliwe solówki i mocne riffy. Oprócz skojarzeń z Gamma Ray pojawiają się też wyraźne cytaty wyjęte z twórczości Running Wild czy Helloween. Pierwotnie działali pod nazwą The Preachers i w 1991 r wydali „Way to Paradise” i na gruzach tego bandu powstał wspomniany wcześniej Seventh Avenue. W 1995 roku kapela Herbiego wydała swój pierwszy album w postaci „Rainbowland”.

Nie do końca przemawia nijaka i troszkę kiczowata okładka, ale na szczęście to jest najmniej istotna rzecz. Zadbano o solidne, soczyste brzmienie, które nadaje całości odpowiedniej mocy i klimatu. Można się poczuć jak przy pierwszych płytach Gamma Ray. Pierwsze skrzypce w zespole gra Herbie, który pełni rolę wokalisty i gitarzysty. Śpiewa ostro i melodyjnie, stawiając bardziej na specyfikę niż na technikę. Słychać wpływy Kaia Hansena. Wokalnie ten album jest udany, ale Herbie dopiero właściwie się rozwijał i do końca nie okiełznał swojego głosu. Od strony riffów, solówek to też album nie zawodzi. Od samego początku do samego końca płyta trzyma w napięciu i dostarcza nam naprawdę chwytliwych i godnych uwagi melodii czy też motywów. Choć zespół nie tworzy tutaj nic nowego i można mówić o wtórnym materiale, to i tak słucha się tego z wypiekami na twarzy. To jest właśni power metal prosty i pomysłowy zagrany prosto z serca. Płyta mimo jasno określonego stylu jest urozmaicona. Bardzo dobrze to pokazuje energiczny, ocierający się momentami o thrash metal „Pray”, power metalowy „Rainbowland” , który jest przesiąknięty Gamma ray oraz nowa wersja „Way to paradise”, który ma bliżej do twórczości Running Wild. Te 3 kawałki dobrze odzwierciedlają owe zróżnicowanie. Warto wspomnieć, że „Way to paradise” powstał jeszcze w czasie działania The preachers. Zespół w porównaniu do innych kapel power metalowych trzymał się z dala od tematyki fantasy i stawiał na tematykę chrześcijańską. Herbie chciał przez muzykę sławić Boga i miłość do niego. Póki muzyka jest dobra i wartościowa to takie teksty nie są żadną wadą. To jest debiut Seventh Avenue i nie wszystkie pomysły są trafione i nie ma tak że wszystko jest trafione i na wysokim poziomie. Taką wtopą jest bez wątpienia „On The Road Again”. Nutka Metal Church czy charakteru thrash metalowego pojawia się w agresywnym i nieco przybrudzonym „Rest in Peace”. Płytę przede wszystkim napędzają takie petardy jak „Die”. Nie zabrakło też typowej niemieckiej toporności, która jest motorem napędowym „Love Goes”. Na koniec chciałbym wspomnieć o nieco przekombinowanym „Prince of Peace”, który ma pewne cechy rapu i mniej metalowych gatunków. To pokazuje, że zespół chciał urozmaicić swój album. Nie do końca wszystko poszło po ich myśli.

Debiut Seventh Avenue nie jest idealny, nie jest wypełniaczy, ale przemyca kilka naprawdę udanych i godnych uwagi kawałków. Najważniejsze, że tym albumem rozpoczęła się przygoda Seventh Avenue. Pokazali, że grać potrafią i że mają potencjał. Było jednak wiadomo, że stać ich na więcej co z reszta udowodnili na następnych płytach. „Rainbowland” to tylko kawał dobrego rzemiosła i w sumie nic ponadto.

Ocena: 6/10

sobota, 12 marca 2016

SALEM - Dark Days (2016)

Jedno spojrzenie na okładkę nowego albumu brytyjskiej formacji Salem „Dark Days” i przed oczami mam wydawnictwa Warlord czy Angel Witch. Właściwie nie wiele odbiega domysł, bowiem Salem to brytyjska formacja która działała w latach 80, ale bez większego skutku. Dopiero w 2013 r wydali swój debiutancki album. „Forgotten dreams” to był udany powrót po latach i wyjście z cienia. „Dark Days” to już drugi album tej formacji po trzy letniej przerwie i z pewnością jest to dzieło na które warto było czekać.

Muzycznie Salem nie jest taki banalny i tak łatwy do zaszufladkowania. W ich muzyce można doszukać się wpływów Krokus, choćby ze względu na Simona Saxby'ego. Choć jego głos momentami przypomina Biffa z Saxon. Co jeszcze usłyszymy w muzyce Salem? Bez wątpienia wpływy Rainbow, Thin Lizzy czy Ufo. Siła Salem tkwi nie tylko w wokalu Simona, ale również w dobrze rozegranych partiach gitarowych. Paul i Mark tworzą zgrany duet, który zna się na swojej robocie. Mamy tutaj wszystko czego dusza zapragnie. Od ostrych riffów, po klimatyczne, aż po epickie czy bardziej hard rockowe. Cały materiał na nowym albumie brzmi old schoolowy i można odnieść wrażenia, że to zaginiony krążek z lat 80. Do grona tych najcięższych kawałków na płycie zaliczymy bez wątpienia zadziorny „Second Sight” czy ponury „Tormented”. Otwarcie świetnym „Not Guilty” tylko potęguje napięcie na płycie i robi tylko smaka na resztę materiału. W tym kawałku można doszukać się wpływów Running Wild czy Thin Lizzy. Mamy również marszowy i bardziej epicki „Complicated” czy żywiołowy „Lost My Mind” z bardzo chwytliwym riffem. Tytułowy kawałek to świetna mieszanka rasowego hard rocka spod znaku Krokus i heavy metalu w stylu judas Priest. „Dark Days” to kolejny hit na tej genialnej płycie. Rockowy „Toy story” ukazuje łagodniejsze oblicze zespołu. Więcej emocji, więcej romantycznego klimatu i wyszedł udany rockowy kawałek o komercyjnym charakterze. Płytę zamyka mocny „Tank”, który jest bardziej toporny w swojej konwencji. Główną atrakcją jest „Nine Months”. 8 minutowa, melancholijna kompozycja o epickim charakterze. Świetny refren i pomysłowy riff czynią ten kawałek prawdziwą petardą.

Salem to jeden z tych zespołów, który nie mógł odnaleźć się w latach 80 i nie wydał swojego albumu. Powrócili po latach i to była dobra decyzja. Debiut przyciągnął spore rzesze słuchaczy i fanów heavy metalu z lat 80. Jednak sukces dopiero zespół odniesie z nowy krążkiem. „Dark Days” to kwintesencja tego co było w latach 80. To ukłon w stronę klasycznych albumów z kręgu NWOBHM, heavy metalu i hard rocka. Jest to płyta dobrze wyważona i pozbawiona wad. Każdy utwór to prawdziwa przygoda o której nie da się zapomnieć. Salem jest w świetnej formie i dobrze że są wśród żywych. Pozycja obowiązkowa dla maniaków płyt nagranych w latach 80.

Ocena: 9/10

czwartek, 10 marca 2016

GAELBAH - Haxen (2015)

Kapel grających heavy/power metal jest co raz więcej i trzeba mocno się napracować by zaistnieć na rynku i przebić się przez silną konkurencję. Można stosować wiele trików by pozyskać fanów i zainteresowanie potencjalnych słuchaczy. Oczywiście kiedy marketing nie występuje i kiedy zespół nie jest rozpoznawalny, a debiut nie uzyskał większego zainteresowania, to dobrym zabiegiem jest zaproszenie gości. Takie nazwiska jak Sheepers czy Bayley potrafią podziałać na wyobraźnię. Tak manewr wykonał hiszpański Gaelbah na najnowszym albumie „Haxan”. Kapela działa od 2003 r, ale mają na swoim koncie dopiero dwa albumy. Mają doświadczenie, wiedzą jak grać heavy metal, w którym przemawia twórczość Judas Priest, Primal Fear, Helstar czy Gamma ray. Ogólnie zespół nie porywa się z motyką na słońce i nie ma zamiaru tworzyć coś innego. Starają się grać mocno, agresywnie i melodyjnie. Dzięki temu nowy album mimo pewnej wtórności może się podobać i trafić do szerokiego grona słuchaczy. Skojarzenia z Primal Fear są jak najbardziej na miejscu bowiem wokalista Alejandro ma podobną manierę. Potrafi odnaleźć się w wysokich rejestrach co potwierdza w ostrym „Searching for the light”. Gości też sprawiają, że płyta jest jeszcze bardziej zróżnicowana. Taki „Black Widow” z Blazem na wokalu ukazuje mroczne oblicze kapeli i to, że Gaelbah sprawdza się w wolnych, topornych kompozycjach. Jest jeszcze osadzony w klimatach Judas Priest „Live Your Pain z Sheepersem na wokalu. Kolejny mocny punkt nowego dzieła hiszpańskiej formacji. Skojarzeń z Primal Fear na płycie jest znacznie więcej. Wystarczy odpalić zadziorny „Burn the Gods” by się o tym przekonać. Płyta bardzo dobrze się zaczyna i od samego początku dobrze nastraja słuchacza. Mamy na start melodyjny „Haxan” , a potem szybszy „Salvation”, który osadzony jest w twórczości Judas Priest. Na płycie bardzo dobrze sprawdzają się rozpędzone petardy pokroju „World on Fire” czy „To Hell”. Cały czas pojawiają się ciekawe i godne zapamiętania melodie i najciekawsza z nich zdobi „Night on bald mountain”. Na płycie pojawiają się momenty nieco słabsze, gdzie poziom nieco opada, ale całościowo album się broni. Soczyste brzmienie i ostre riffy Jose i Josemi potrafią podziałać na zmysły. Fani Primal Fear od razu pokochają to wydawnictwo. Polecam.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 7 marca 2016

THIRD DIMENSION - Conspiracy Theory (2015)

To już 10 lat istnienia hiszpańskiego Third Dimension, choć świat ich lepiej poznał w roku 2014 kiedy to wydali swój pierwszy album w postaci „Where Dragon Lies”. Dla wielu fanów power metalu było to odkrycie i przypomnienie klasycznych albumów z tego gatunku. Nagle na jednej płycie można było usłyszeć stare dobre albumy Helloween za czasów Hansena i Kiske, a także pierwsze płyty Edguy czy Gamma Ray. Third Dimension postanowił stworzyć power metal wzorowanych na wielkich kapelach, energiczny i bardzo melodyjny, z odrobiną słodkości, a wszystko z zachowaniem tradycji europejskiego power metalu z lat 90. W roku 2015 do kapeli dołączył klawiszowiec Alena Alonso, która nadała całości jeszcze większej przestrzeni. To ona teraz buduje klimat i nadaje kawałkom nutki tajemniczości i progresywności. Rok minął od debiutu, a już można się cieszyć nowym materiałem. „Conspiracy theory” to nic innego przedłużenie tego co słyszeliśmy na debiucie. Mamy szybkie tempo, słodkie melodie, mamy przeboje, mamy podniosły i zadziorny wokal Miguela, a także sporą dawkę ciekawych popisów gitarowych. To wszystko jest i na nowym albumie, tylko jakby jeszcze więcej, a do tego dochodzą klawisze. Dzięki temu album jest podniosły i klimatyczny, a stylistycznie momentami przypomina stary Dragonhammer czy Masterplan. Właściwie muzycy tylko potwierdzili, że wiedzą jak grać power metal i że to nie był tylko jednorazowy wybryk i naprawdę stać ich na nagrywanie bardzo dobrych albumów. Po raz kolejny album zdobi miła dla oka okładka, która przenosi nas do lat 80 czy 90, co bardzo cieszy. Brzmienie jest wygładzone, bardzo czyste, ale dzięki temu wszystko dobrze słychać. Najlepszym argumentem, który przekona każdego jest sam materiał, który jest przemyślany, dobrze wyważony między dynamiką, szybkim agresywnym graniem, a przebojowością. W dodatku materiał jest urozmaicony i pozbawiony typowych wypełniaczy. Zaczyna się klimatycznie bo od intra w postaci „Project Infinity”. Potem już mamy taki rasowy power metalowy hit osadzony w stylizacji Helloween czy Gamma Ray. „Last Survivors” to prawdziwa petarda, a to co wyprawiają gitarzyści Sergio i Jorge zasługuję na owację. Jest energia, jest pazur i finezja, a wszystko brzmi tak jak powinno. Atutem jest przede wszystkim chwytliwość które przemawia przez każdy motyw i melodię. Więcej starego Helloween uświadczymy w „Lanres Revenge” i dopiero „Sacrifice” wnosi troszkę urozmaicenia. Utwór jest bardziej stonowany i bardziej podniosły, choć nie brakuje w nim cech progresywnego metalu. Każda melodia w danym utworze jest zapadająca w pamięci i to imponuje zwłaszcza przy „Conspiracy Theory”. Zespół rozwinął się i nie ma problemów z zaskakiwaniem i tworzeniem również lekkich i nieco hard rockowych kawałków. Dobrze to wybrzmiewa w „Nexus 6”. Nawet ballada „Tears and Thorns” zachwyca i chwyta za serce. Nagrać godną uwagi balladę to nie lada wyczyn. Nowy album hiszpańskiej formacji to przede wszystkim szybki power metal i to właśnie takie utwory jak „Gate to the stars” czy „Where Dragon Lies”. Na miano najostrzejszego kawałka zasługuje 7 minutowy „From ashes”. Ponad godzina power metalu w wykonaniu Third Dimension to prawdziwa uczta dla fanów europejskiego power metalu z lat 90 i hołd dla takich kapel jak Helloween, edguy czy Gamma Ray. Wychodzi im to nadzwyczaj dobrze i już wiadomo, że jeszcze nie raz o nich usłyszymy. Dobrze, że są jeszcze kapele jak ta, bo przynajmniej ktoś podtrzymuje ten styl tradycyjnego europejskiego power metalu. Polecam.

Ocena: 8.5/10

sobota, 5 marca 2016

HUNTRESS - Static (2015)

Jednym z takich najciekawszych zespołów ostatniej dekady jest w sumie amerykański Huntress. Przyciągnęli uwagę zwłaszcza roku 2012, kiedy to wydali na świat debiutancki album „Spell Eater”. Pokazali, że można połączyć heavy, thrash, power, a nawet black metal na jednym krążku. Oczywiście płyta zebrała pozytywne opinie jak i negatywne. Mimo wszystko pokazali, że mają swój styl, że potrafią grać i mają pomysł na siebie. Pewna siebie i mająca specyficzny głos Jill janus zapadła mi od razu w pamięci i tak śledzę poczynania zespołu od samego początku. Drugi album jednak był słabszy i ukazał pewne luki w muzyce zespołu. Jednym słowem było to wielkie rozczarowanie i poczułem niedosyt po tamtym wydawnictwie. Na szczęście rok 2015 przyniósł zmiany. Pojawił się w zespole nowy gitarzysta – Eli Santana i perkusista Tyler Meahl, którzy wnieśli sporo świeżości do Huntress. To z nimi został zarejestrowany trzeci album „Static”. W dalszym ciągu jest to heavy metal osadzony w latach 80 i z wyraźnymi wpływami Crystal Viper, Warlock, Christian Mistress, czy bardziej klasycznych zespołów jak Judas Priest czy iron Maiden. Na nowym albumie jest mniej zapożyczeń z black metalu, jest więcej odesłań do klasyki, ale nie jest to żadna ujma. Okładka czy nieco przybrudzone brzmienie ma nam podkreślić klimat lat 80. Ta sztuka bez wątpienia się udaje. Mroczna otoczka wciąż jest obecna i zespół w dalszym ciągu trzyma się tematyki związanej z okultyzmem czy wiedźmami. Nowy album zabiera nas w rejony przypominające dokonania również Black Sabbath i tych zapożyczeń jest całkiem sporo. Najlepsze jest to, że „Static” podobnie jak debiut jest przebojowy i każdy utwór zasługuje na uwagę. W końcu udało się wyjść z dołka i nagrać bardzo dobry album, który dorównuje „Spell Eater”. Już otwierający „Sorrow” udowadnia, że Huntress potrafi jeszcze grać agresywnie. Jest szybkie tempo, jest thrash metalowy riff i jest agresja. To jest właśnie ten Huntress jaki mi się podoba. Pomysłowy riff do „Flesh” też pozytywnie nastraja i pokazuje, że zespół wie jak odtworzyć styl Judas Priest. W dalszej części materiału natrafiamy na klimatyczny i rozbudowany „Mania”, który pokazuje co to znaczy porządny heavy metal z mrocznym klimatem rodem z płyt Black Sabbath. Jeśli chodzi o przeboje to wypada tutaj wspomnieć o rozpędzonym „Four blood Moons” czy tytułowy „Static”, które napędzają ten album. Z kolei „Noble Savage” osadzony jest w NWOBHM, choć nie brakuje tutaj nutki Scorpions z lat 80. Na koniec mamy „Fire in My heart”, który podobnie jak otwieracz kipi energią i agresją. Więcej tutaj thrash metalowej motoryki, ale to akurat zaleta tego kawałka. Na płycie znajdziemy jeszcze dwa bonusy, a mianowicie „Black Tongue”, który nawiązuje do twórczości Mercyful fate oraz „Vultures Cant Wait”, który pokazuje jak grać klasyczny heavy metal. Nie ma słabych kompozycji, a każda z nich zasługuje na uwagę i szczególne wysłuchanie. Kawał porządnego heavy metalu, który osadzony jest w latach 80. Fani Warlock czy Crystal Viper nie będą zawiedzeni to na pewno. Huntress znów zalicza bardzo dobry album i oby tą formę utrzymali.

Ocena: 8.5/10

środa, 2 marca 2016

HEAVY CHAINS - Eye Commander (2015)

Rok 2015 to ważny rok dla Heavy Chains z Kostaryki. To właśnie w tym roku wydali swój pierwszy album zatytułowany „Eye Commander”, który jest skierowany do fanów heavy metalu, ale również thrash metalu. Panowie starają się wymieszać te dwa gatunki i ta sztuka wychodzi im nadzwyczaj dobrze. W swojej muzyce nie kryję wpływów takich kapel jak Metal Church, Iced Earth,Paradox czy Megadeth. Heavy Chains to przede wszystkim specyficzny wokalista Diego Acuna, który potrafi śpiewać czysto i klimatycznie. Jednak nie radzi sobie z agresywniejszymi momentami. Znacznie więcej dobrego robią gitarzyści i duet Albert/ David może się podobać. Przede wszystkim grają technicznie, agresywnie, a każda ich partia jest dobrze wyważona i faktycznie zabiera nas w klimaty thrash metalu. Nie brakuje też dynamiki czy przebojowości, tak więc zadbano o ten aspekt jak najbardziej. Okładka nie jest tragiczna, ale nie przekonuje do końca i właściwie jest to jeden z nie wielu słabych punktów „eye commander”. Zespół nadrabia braki mocnym, ostrym brzmieniem i dobrymi kompozycjami. Solidność i równy poziom kompozycji czyni ten album naprawdę udanym. Mamy energiczny „Fugitive”, który w rzeczy samej jest bardzo thrash metalowy i taki oldscholowy w swojej strukturze. Z kolei taki „Kamikaze ukazuje pazur i złowieszczy klimat. Dalej jest to heavy/thrash metal z naciskiem na techniczne granie. Zespół najlepiej wypada w „Devastating Winter”,w którym mamy więcej heavy metalu. Raz Heavy chains trzyma się marszowego tempa, a raz przyspiesza i dostarcza nam speed/thrash metalową petardę. Sporo dzieje się w tym kawałku i najlepiej prezentuje potencjał samego zespołu. Na płycie znajdziemy wiele chwytliwych motywów i jednym z nich jest główny riff „I smell Fear”. Nie zabrakło też prawdziwych hitów i wystarczy przytoczyć tutaj „Flamming Sword”, czy utrzymany w stylizacji Anthrax „Eye Commander”. Całość zamyka thrash metalowy „Thundermask” i to najlepsze podsumowanie jakie zespół mógł wypracować. Niby nic nowego nie stworzył Heavy Chains, ale to jak zagrali, jak podali ten heavy i thrash metal razem, to jakie utwory nagrali budzi podziw. Młoda kapela pokazała, że wciąż można nagrać wartościowy i godny polecenia thrash metalowy album, który nie przepadnie w gąszczu innych płyt z roku 2015. Polecam.

Ocena : 8/10