Strony

sobota, 30 grudnia 2017

NUMENOR - Chronicles (2017)

Serbski band Numenor powraca z nowym albumem w postaci "Chronicles" i jest to kolejny dowód na to, że ta formacja to wierni fani Blind Guardian, Dimmu Borgir, czy Rhapsody of Fire. Swoich upodobań nie kryją, wręcz je potwierdzają na nowym krążku. Choćby za sprawą udanego coveru przeboju Blind guardian w postaci "Valhalla". Panowie mają smykałkę do grania agresywnego, melodyjnego klimatycznego power metalu z domieszką symfonicznego black metalu. To ich wyróżnia na tle wielu kapel, a ich poprzedni krążek w postaci "Sword and Sorcery" był fenomenem. 2 lata minęły, a w zespole nie wiele się zmieniło. Grają dalej swoje i tylko potwierdzają to co mieliśmy na poprzedniczce. Nie brakuje mocnych riffów, chwytliwych refrenów i dużej dawki ciekawych melodii. Syrius i Blint tworzą zgrany duet gitarowy, który dostarcza sporo intrygujących rozwiązań, tak więc nie ma powodów do nudy.  Z kolei wokalista Despot potrafi nadać całości true heavy metalowego charakteru i odpowiedniego klimatu. Płytę otwiera "Heart of Steel", który na myśl przywołuje Iron Fire z pierwszej płyty, czy też Hammerfall. Dalej mamy melodyjny i nieco folkowy "Carvenstone", który już bardziej nasuwa Blind Guardian. Echa black metalu są, ale pełnią rolę budowania klimatu i dodatkowo urozmaica dany utwór. Na pewno wyróżnia się pod względem stylistycznym agresywny "Witching Hour". Klawisze są wykorzystane w dużej ilości, momentami mozna odnieść wrażenie że przesadzili, ale to już chyba kwestia gustu. Słychać ten stan rzeczy choćby w "Moria". Zespół najlepiej wypada jednak w bardziej power metalowej formule co potwierdza energiczny "The last of the  Dragonlands". Może album nie robi takiego szału jak poprzedniczka i nie przemyca tyle hitów, to jednak wciąż jest to granie na wysokim poziomie. Fani Blind Guardian powinni obczaić "Chronicles".

Ocena: 8/10

wtorek, 26 grudnia 2017

SERIOUS BLACK - Magic (2017)

Urban Breed zasłynął jako utalentowany wokalisty i to już w takich kapelach jak Pyramaze czy Bloodbound, ale jego wadą był brak stabilizacji. Zawsze gdzieś znikał po jednym albumie, przez co nie można było się delektować jego zdolnościami. Szokuje fakt, że z Serious Black jest od 2014r i zdołał nagrać 3 albumy. Panowie mają niezłe tempo, zarówno jak na zespół jak i na supergrupę. Zazwyczaj takie projekty/supergrupy giną śmiercią naturalną po pierwszym albumie. Jednak serious black to band z prawdziwego zdarzenia. Panowie tworzą i dają koncerty, choć z grupy odpadł Thomen Stauch i Roland Grapow,których też szybko godnie zastąpiono. Pojawił się Alex Holzwarth z Rhapsody of Fire i Bob Katsionis z Firewind. Zespół jednak w dalszym ciągu napędza Jan Vacik i Dominik Sebastian. To oni odpowiadają za to jak brzmi ten band. Melodyjne, ostre riffy, duża zmienność temp i motywów, a także power metalowa formuła podlana klimatycznymi klawiszami.  Fani Helloween, Masterplan czy Blodbound szybko odnajdą się w tym co gra grupa. Nowy album w postaci "Magic" ukazuje się rok po "mirrorworld", który był naprawdę udanym wydawnictwem. Tempo w jakim pracuje ta supergrupa naprawdę imponuje zwłaszcza, że materiał jest wartościowy. "Binary Magic" z nutką progresywności i nowoczesnym brzmieniem od razu wciąga słuchacza w świat magi i czarów. Serious Black dalej stara się grać swoje, choć panowie starają się też rozwijać. Chwytliwy kawałek, który oddaje to co najlepsze w power metalu. Płytę promował "Burn Witches Burn", który imponuje zadziornością, a także pomysłowym motywem. Jest lekkość, przebojowość i echa Bloodbound. Klawisze odgrywają kluczową rolę w melodyjnym i klimatycznym „Lone Gunman Role”. Troszkę spokojniej jest w mroczniejszym i bardziej progresywnym „Now you'll never know”. Utwór czerpie garściami z twórczości Masterplan czy Firewind. Kolejną power metalową petardą na płycie jest energiczny „Skeletons on parade” i w takich klimatach zespół wypada najlepiej. Fani Gamma Ray czy Helloween polubią bez wątpienia przebojowy i energiczny „Mr. Nightmist”, który szybko przypadł mi do gustu. Z kolei najostrzejszym kawałkiem na płycie wydaje się „The Witch of caldwell town”, który pokazuje jaki potencjał drzemie w tej supergrupie. Jednak czasami doświadczenie i znane nazwiska dają gwarancję, że można w zamian dostać kawał dobrej muzyki. Na sam koniec mamy chwytliwy „Newfound Freedom” i podniosły „One final Song”. Płyta nie ma jakiś słabych punktów, no chyba że komuś przeszkadza godzinny materiał. Czy jest to lepszy album od choćby „Mimmorworld” nie tak łatwo jest ocenić. Zespół cały czas tworzy swoje i cały czas na równie wysokim poziomie. Warto znać ten album i to nie podlega dyskusji, zwłaszcza jeśli kocha się melodyjny power metal.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 24 grudnia 2017

ALPHA TIGER - Alpha Tiger (2017)

Okładka nowego albumu Alpha Tiger wyraźnie daje znać, że jest to inny album od poprzednich. Na myśl przychodzie ambitniejsze granie, może z pogranicza progresywnego,aniżeli tradycyjnego heavy metalu.To nic dobrego, zwłaszcza że niemiecka formacja od 2011 sprawdzała się w właśnie w bardziej klasycznym heavy metalu, nawiązując idealnie do lat 80. w 2015 roku pojawił się nowy wokalista w postaci Benjamina Jaino. Gdyby nie nazwa zespołu, to w życiu bym nie powiedział, że to ten sam band który wydał "Beneath the surface". Nowe dzieło w postaci "Alpha Tiger" to płyta zupełnie inna. Zespół postawił na młodzieżowe dźwięki, na bardziej nowoczesne, momentami progresywne,a  co za tym idzie porzucili klasyczne granie i przebojowość. W efekcie dostajemy ciężko strawny album, który nie da się słuchać z taką przyjemnością jak poprzednie wydawnictwa. "Comatose" jest ostry, dynamiczny, a nawet z nutką thrash metalu, jednak nie tędy droga.Dalej mamy przekombinowany i progresywny "feather in the Wind".  Stonowany i psychodeliczny "Aurora" to kawałek bardziej rockowy i z nutką punka. To dalej nie jest to czego oczekuję od tego zespołu. W zasadzie to płyta nie ma jakiś ciekawych momentów. Można pochwalić za wpływy Deep Purple w "My dear old Friend". Całość zamyka "The last encore" i niesmak dalej zostaje. Nie ma ani jednego ciekawego kawałka, a album to jedno wielkie nie porozumienie. Zespół szukał nowej tożsamości, ale to był błąd. Muzyka jest nijaka i bez charakteru. Szkoda Alpha Tiger, który miał taki potencjał. Nie polecam.

Ocena: 2/10

piątek, 22 grudnia 2017

MAGNUM - Lost on the road to eternity (2018)


Brytyjski band o nazwie Magnum to dla mnie prawdziwy fenomen. Nie dość, że są bardzo pomysłowi i lekko przychodzi im tworzenie nowego materiału, to jeszcze są genialni w tym co robią. Działają od 1972 roku i wciąż w ich szeregach jest dwóch kluczowych muzyków i mowa tutaj o gitarzyście Tony Clarkinie i wokaliście Bobie Catley. Na przestrzeni lat pokazali jak grać klimatyczny i taki nieco bajkowy hard rocka. Z łatwością potrafią wykreować wokół albumu taką mistyczną, wręcz magiczną otoczkę. Mimo upływu lat wciąż mają w sobie magicznego i wciąż nagrywają świetne albumy, które można postawić obok tych klasycznych. Najnowsze dzieło "Lost on the road to eternity" to już 20 album tej grupy. Premiera płyty odbędzie się 19 stycznia 2018r, ale już teraz chce z Wami podzielić się moimi spostrzeżeniami.

Nie znajdziemy tutaj eksperymentów, czegoś co byłoby nie w stylu Magnum. Jest magiczny klimat, lekkość w utworach, wciągające w ten magiczny świat melodie i sporo ciekawych motywów gitarowych. Słychać, że to doświadczony band, który ma swój styl i swoją jakość. Słucha się tego niezwykle przyjemnie i nie ma tutaj jakiś takich nie przemyślanych pomysłów. Fani starego magnum i klasycznego hard rocka czy Aor będą w pełni zadowoleni tym co usłyszą. Riffy Toniego są zadziorne, momentami nawet ostre, a czasami delikatne i romantyczne. Bob mimo swojego wieku jest znakomity. Jest jak wino - im starszy tym lepiej się go słucha.  Choć w zespole pojawił się nowy klawiszowiec - Rick Benton i perkusista w postaci Lee Moorisa, to i tak Magnum pozostał tym zespołem, który znamy. Nowy materiał jest w zasadzie kontynuacją tego co mieliśmy na "Sacred Blood "Divine lies" czy  "Escape from the shadow garden".


Płytę otwiera hard rockowy "Peaches and Cream", który atakuje nas takim klasycznym riffem rodem z twórczości Ac/dc czy Deep Purple. Bob nadaje klimatu i już wiadomo, że nie jest to płyta niskich lotów. Kiedy wkracza refren to już można zakochać się w  tym kawałku. Dobry start i już nie można doczekać się reszty albumu.Lekki "Show me Your hands" też balansuje między mocnym hard rockiem, AOR. Chórki rodem z Queen nadają klimatu i budują napięcie. Nie brakuje romantycznych kawałków i w tej roli spełnia się choćby spokojny, uczuciowy "Storm Baby". Dalej warty uwagi jest bez wątpienia rozbudowany i bardziej progresywny "Lost on the Road to Eternity", w którym gościnnie pojawia się Tobias Sammet. Singlowy "Without Love" też zachwyca prostą formą i niezwykłą przebojowością. Jednym z ostrzejszych i ciekawych pod względem aranżacji jest bez wątpienia "tell me what you've got to say", który znów ukazuje progresywne oblicze kapeli. Duża hard rocka mamy też w "Ya wanna be someone" w którym ważną rolę odgrywają klawisze, które nadają poważniejszego tonu. Lekki, stonowany "Glory to Ashes" ma bardzo fajne rozwiązania gitarowe i swego rodzaju finezyjność nasuwa najlepsze lata Ritchiego Blackmore'a. Coś pięknego, nic tylko słuchacz. Całość zamyka podniosły, marszowy momentami "King of The World", który również przemyca coś z Queen. Świetne zakończenie tej magicznej płyty.

Nie wiem jak Magnum to robi, ale zawsze przy wydaniu ich płyty jestem oczarowany. Tworzą magiczny świat, który wchłania słuchacza i traci się poczucie czasu przy ich muzyce. Najnowszy krążek to swoista kontynuacja tego co ostatnio wydali. Jest lekkość, dużo ciekawych riffów i pomysłowych rozwiązań. Klasyka sama w sobie. Tak to już jest z Magnum, że wciąż mają sporo do zaoferowania i po prostu nigdy nie zawodzą. Jak dla mnie kandydat do płyty miesiąca styczeń 2018. Warto wypatrywać tej perełki.

Ocena: 9.5/10

środa, 20 grudnia 2017

FROZEN CROWN - The fAllen King (2018)

Już 9 lutego 2018 nakładem Scarlet Records ukaże się debiutancki album formacji Frozen Crown. Pozycja ta skierowana będzie do fanów Sonata arctica, Nightwish czy Orden Ogan. W ich muzyce słychać wpływy również dobrze znanego fanom niemieckiej sceny metalowej Orden Ogan. Band ten korzysta z znanych patentów zarówno z heavy/power metalu jak i symfonicznego metalu. Mieszanie tych różnych elementów wychodzi im nadzwyczaj dobrze. Zespół stawia na chwytliwe melodie, epickie refreny, a także na klimat folkowy. Tak więc nie brakuje patentów wyjętych z Iced earth, Iron Maiden czy nawet Children of Bodom. Federico Mondeli to główny kompozytor, klawiszowiec i wokalista. Słychać, że ma spory wpływ na styl i jakość muzyki Frozen Crown. Dobrze wpasowuje się w to wszystko wokalistka Giada, która czyni materiał bardziej podniosłym i zróżnicowanym. Okładka jest klimatyczna i przyciąga uwagę. Również aspekt brzmieniowy wypada bardzo dobrze, tak więc nie ma powodów do narzekania. Sama zawartość to 10 bardzo dobrze wyważonych utworów. To przede wszystkim lekki, przebojowy otwieracz w postaci "Fail no more", który atakuje nas mocnym riffem rodem z płyt Firewind. Więcej symfonicznych patentów na miarę Nightwish mamy w chwytliwym "To infinity". Dla fanów power metalu w stylu Sonata Arctica band przygotował petardę w postaci "Kings". Marszowy " I am tyrant" to ukłon w stronę epickiego heavy metalu i w tej sferze band też sobie radzi bardzo dobrze. Zespół nie spuszcza z tonu i kolejny kawałek to "The shieldmaiden" choć liczy 6 minut, to i tak nie nudzi. mamy tutaj sporo ciekawych melodii i atrakcyjnych popisów gitarowych.  Co ciekawe zespół nie poległ przy balladowym "Chasing Lights", który jest bardzo urokliwy. Warto też wspomnieć o nieco komercyjnym "Across the sea", który czerpie z twórczości Nightwish. Jednym z najlepszych na płycie jest energiczny "Everwinter" i w zasadzie w podobnej tonacji jest zamykający "Netherstorm", który przemyca nieco patentów z Children of Bodom. Bardzo udana mieszanka gatunków melodyjnego metalu. Zabawa dwóch głosów, dobra zabawa gitarzystów udziela się słuchaczowi od samego początku. warto obczaić ten album na początku roku 2018.

Ocena: 8/10

RESISTANCE - Metal Machine (2017)

Fani power/thrash metalu w wersji amerykańskiej na pewno kojarzą nazwę Resistance, a jeśli nie to jest czas by to zmienić.Jest to kapela stworzona przez dawnych muzyków Heathen i to jeszcze w roku 1987. Niestety nie mam tutaj na myśli kultowego Heathen, ale i tak słychać, że panowie mocno czerpią z thrash metalowych kapel z Bay area. Na swoim koncie mają tylko 3 albumy, a najnowsze dzieło ukazało się po upływie 11 latach. Zespół właśnie powrócił z albumem "Metal machine", który przypadnie do gustu fanom speed/thrash metalu, czy heavy/power metalu. Nie brakuje ostrych riffów i melodyjnych solówek w wykonaniu duetu Burke/Dan. Panowie  stawiają na agresję, dynamikę i przebojowość i dzięki temu płyta zyskuje na atrakcyjności. Słucha się tego przyjemnie, bo muzyka prosto z serca. Jest szczerość i pomysłowość, a wtórność jest tutaj miłym dodatkiem. Motorem napędowym zespołu jest znakomity wokalista Robert Hett, który nie tylko ma ciekawą manierę, ale też dobre podłoże techniczne. Nadaje kompozycjom pazura i agresywności. Radzi sobie nawet z coverem Scorpionsów - "Blackout". Jest ostro, ale wciąż słychać, że to kawałek Scorpionsów. Płytę otwiera jednak tytułowy "Metal machine", czyli rozpędzona petarda, w której jest trochę heavy/power metalu i trochę thrash metalu. Ostry i niezwykle przebojowy kawałek. Więcej melodyjności  uświadczymy w prostym i dynamicznym "Hail to the thorns". Fani Judas Priest na pewno ucieszy mocny i ostry "Rise and Defand", który mocno czerpie z twórczości Brytyjczyków. "Some gave all" jest stonowany i bardziej w klimacie Iced earth, co nieco urozmaica album.Płyta szybko leci i końcówka krążka jest równie ciekawa. Pojawia się heavy metalowy "Time machine", który zaskakuje energicznym riffem i chwytliwym refrenem. Kolejny mocny punkt tej jakże udanej płyty. Dalej mamy "Dirty Side down", czyli bardziej hard rockowy kawałek, a także zadziorny "Heroes". Każdy utwór to kawał solidnego heavy/power metalu, który zadowoli nawet tych najbardziej wybrednych fanów, którzy cenią sobie ciekawe melodie i ostre riffy. Płyta jest równa, urozmaicona i niezwykle przebojowa. Pozycja obowiązkowa jeśli chodzi o rok 2017.

Ocena: 8/10

wtorek, 19 grudnia 2017

ANVIL - Pounding the pavement (2018)

Kanadyjski Anvil to jeden z tych zespołów, które działa od 1981 i mimo nagrania kilkunastu albumów nie zwojował heavy metalowego rynku. Potrafią grać solidnie, dość mocno, ale brakuje im jakoś weny do tworzenia wielkich albumów, do utworzenia hitów godnych zapamiętania. Ostatnie albumy niestety jeszcze bardziej uwydatniają brak wielkiego talentu Anvil. Najnowsze dzieło "Pounding the pavement", który ma się ukazać 19 stycznia 2018 jest tego niezbitym dowodem, że Anvil nie ma już nic do zaoferowania swoim fanom, a także maniakom heavy metalu lat 80. To zgorzkniały zespół, który gra bez ikry i przekonania. Nowy album to sprawdzone patenty, bardzo bezpieczne, pozbawione pomysłowości. Nawet Steve Kudlow brzmi nijako, zwłaszcza jego wokal jakoś się zestarzał i nie brzmi tak atrakcyjnie jak kilka lat temu. To dopiero początek wad, których pełno na tym albumie. Brzmienie jest jakieś takie stłumione i tylko pogarsza jakość albumu. Sam materiał jest na jedno kopyto i okrojony jeśli chodzi o liczbę ciekawych riffów. Nie ma hitów, ciekawych melodii i w zasadzie ciężko o jakiś pozytywny aspekt. "Bitch in the Box" to zły otwieracz, który zachęca raczej do tego by wyłączyć ten album i dać sobie spokój. Więcej energii ma w sobie "Ego" i tutaj można pochwalić za szybkie tempo i za nieco ostrzejszy charakter. Jednak to tylko cień dawnych lat. Rockowy "Smash your face" wlecze się i nic ciekawego nie wnosi do całości.  Kto lubi hard rockowy feeling w stylu Krokus ten polubi radośniejszy "Rock that shit". W dalszej części krążka mamy mroczniejszy "Nanook of the north", który jest bardziej złożony i na pewno bardziej ambitny niż większość utworów na tej płycie. Moim faworytem jest bez wątpienia energiczny "Black smoke", który ma coś z starego motorhead. Całość zamyka rozpędzony "Warning Up", który ma rozgrzać, ale nie do końca się to udaje. Znów są pewne nie dociągnięcia i nie trafiony riff. Anvil swoje złote lata ma za sobą, a najnowsze dzieło pokazuje tylko że czas na emeryturę, bo nie mają już nic do zaoferowania. Tylko dla zagorzałych fanów Anvil, choć i Ci będą zawiedzeni.

Ocena: 4.5/10

niedziela, 17 grudnia 2017

RAGE - seasons of the black (2017)

Patrząc na dyskografię niemieckiego Rage to można odnieść wrażenie, że band idzie w ilość, a nie jakość. Jednak nie da się ukryć, że basista, wokalista i kompozytor Peter Wagner jest ikoną niemieckiego heavy/power metalu. Na swoim koncie ma kilka klasyków, ale ostatnio to różnie było z Rage. Odejście Smolskiego było ciosem, zwłaszcza że nagrany z nim "21" był jednym z najlepszych albumów w dorobku. Jak się okazało "The devil strikes again" też nie jest taki zły, choć już nagrany w nieco odmienionym składzie. Panowie zaznaczyli tym albumem chęć powrotu do korzeni. Toporny heavy/speed/power metal to jest co gra im w sercach. Na nowy album nie trzeba było czekać, bo po roku dostajemy "Seasons of the black". Od samego początku zapowiadał się nam ciekawy krążek, który zachęcał intrygującymi materiałami promocyjnymi. Ten album to nie żadna rewolucja w heavy metalu, ani też punkt zwrotny w dyskografii Rage. To znakomita kontynuacja poprzednich albumów i z jednej strony jest brud, zadziorność speed/power metal a z drugiej przebojowość i melodyjność znana nam z "21". Brzmienie jest takie typowe dla tego zespołu. Słychać w tym niemiecką toporność i brud. Idealnie to pasuje do stylu w jakim obraca się Peter i spółka. A jaki jest materiał? Utwory same się bronią. Tytułowy "Seasons of the black" jest ostry, nieco thrash metalowy, ale w pełni oddaje to co najlepsze w Rage. Na plus duża melodyjność i ostry riff, a także klasyczne patenty znane z pierwszych płyt Rage, Nowy album to przede wszystkim sporo atrakcyjnych melodii i power metalowej jazdy i dowodem tego jest energiczny "Serpents in disguise". Płytę promował chwytliwy "blackened karma", który zachwyca podniosłym refrenem i zadziornością. Więcej power metalu w niemieckim wydaniu mamy w "Time Will Tell", który nieco przypomina dokonania Iron Savior. W podobnej konwencji utrzymany jest agresywny "Walk among the dead", czy nieco thrash metalowy "all we know is not". To tylko potwierdza, że Rage jest w świetnej formie. Spokojnie się dopiero robi przy "Gaia", który pełni rolę przerywnika. Końcówka płyty jest równie emocjonująca i ten fakt potwierdza judasowy "Justify". Jednym z tych najbardziej rozbudowany kawałek na płycie i zarazem jeden z tych najciekawszych. Przemycono tutaj sporo chwytliwych motywów. Całość wieńczy klimatyczny i piękny "Farewell". Rage pokazał tutaj klasę. Płyta nie ma słabych punktów i każdy utwór to prawdziwa uczta dla maniaków heavy/power metal. Rage przeżywa drugą młodość i słychać, że zmiany personalne dały nieco świeżości zespołowi. Jeden z najlepszych albumów tej formacji.

Ocena: 9/10

czwartek, 14 grudnia 2017

GALDERIA - Return of the cosmic men (2017)

A to płyta, która podbija serca fanów power metalu, którzy żyją starymi płytami Gamma Ray, Helloween, Freedom Call czy Dreamtale. Płyta dopieszczona od strony technicznej jak i stricte muzycznej. O Galderia będzie się długo rozmawiać z fanami power metalu w klasycznej odmiany, który swój boom przeżył w latach 90. Choć nikt ich dobrze nie zna, to dzięki najnowszej płycie na długo zostanie w pamięci i sama nazwa będzie bardziej rozpoznawalna. "Return of the cosmic men" to drugi krążek francuskiej formacji, która tak naprawdę działa od 2006r. Jestem mile zaskoczony tym co usłyszałem na płycie. Melodie są chwytliwe, wciągające i zapadające w pamięci.  Wokal boba to kolejny mocny punkt zespół i znakomicie współgra z tym co wygrywa duet Tom/ Julian. Klawisze tutaj są proste i nadają całości niezłej melodyjności, a najlepsze że nie są zbyt słodkie i nie zdominowały całości. Kiedy odpalamy płytę, to od razu atakuje nas petarda w postaci "Shining Unity". Znana formuła jest słyszalna od pierwszych sekund. Ile razy można było to uświadczyć na płytach Gamma Ray czy Freedom Call. Konwencja Galderia i ich pomysł na power metal mi bardzo odpowiada, bo nawiązuje do najlepszych lat power metalu. Fani Dreamtale na pewno pokochają zadziorny i przebojowy "Blue Aura", który pokazuje zespół w nieco innym charakterze. Tak powinien grać obecnie axxis.  Stonowany i bardziej urozmaicony "living forevermore" jest utrzymany w klimacie melodyjnego heavy metalu.Dalej mamy "High up in the air", który nawiązuje do twórczości Kai Hansena i skojarzenia z "I want out" są jak najbardziej na miejscu. Nie mogło zabraknąć wzruszającej ballady i w tej roli sprawdza się "Wake up the world". Trzeba przyznać, że album kryje sporo power metalowych petard i melodyjny "Legions of the light" czy rozbudowany "The return of the cosmic men". Nie ma co, Galderia pokazał klasę i jak grać wysokiej klasy radosny i energiczny power metal, który zachwyca ciekawymi melodiami i pomysłowością. Jest to bardzo szczere granie, które płynie prosto z serc muzyków i ja to kupuje. Gratka dla fanów power metalu.

Ocena: 9/10

wtorek, 12 grudnia 2017

DARK AVENGER - The Beloved Bones: Hell (2017)

Fani power metalu za pewne już mieli styczność z brazylijskim Dark avenger, a jeśli jest ktoś kto nie słyszał na co stać ten zespół to jest ku temu niezła okazja. Zespół po 4 latach powraca z nowym krążkiem i "The Beloved Bones: hell" to trzeci album tej formacji. Działają od 1993r i pokazali nie raz, że trzeba się z nimi liczyć. Band wie jak grać ostry, dynamiczny i dojrzały heavy/power metal i wykorzystują przy tym patenty znane z Steel Prophet, Crimson Glory, Adagio czy Lost Horizon. Dark Avenger na  nowym dziele pokazuje, że znają się na rzeczy i mogą śmiało konkurować z najlepszymi zespołami. Płyta jest dojrzała, mroczna, agresywna i urozmaicona, dzięki różnym ciekawym rozwiązania. Soczyste i dynamiczne brzmienie, wysokiej klasy wokal Mario Linharesa, czy pomysłowy duet gitarzystów sprawiają, że płyta jest bezbłędna.

Tytułowy "The Beloved Bones" wprowadza nas w ten mroczny świat i już od razu nam zwiastuje, że mamy do czynienia jednym z najlepszych albumów roku 2017. Dalej mamy rozpędzony i energiczny "Smile back to me",  w którym zespół odkrywa swoje zamiłowania do power metalu, zwłaszcza tego z Stanów Zjednoczonych.Z kolei "King of Moment" urzeka progresywnym charakterem i tajemniczym klimatem. "This loathsome carcass" jest bardziej marszowy i stonowany w swojej konstrukcji, choć w niczym to nie umniejsza tej kompozycji. Na płycie nie brakuje przebojów co potwierdza to "Parasite" czy rozpędzony "Empowerment". Jednym z najostrzejszych utworów na płycie jest bez wątpienia "Purple Letter", a całość zamyka spokojniejszy "When Shadows falls".

Płyta jest równa, mroczna i zawiera same wysokiej klasy perełki utrzymane w heavy/power metalowej konwencji. Soczyste brzmienie i zgrani muzycy dają w efekcie znakomicie wyważony materiał, który wciągnie maniaków takiego grania. Warto mieć w swojej kolekcji "The beloved Bones: the Hell".

Ocena: 9/10

piątek, 8 grudnia 2017

ADAGIO - Life (2017)

"Archangels in black" , który ukazał się w 2009r to mój ulubiony album francuskiej formacji Adagio. Ta płyta jest agresywna, mroczna, klimatyczna, intrygująca. Z jednej strony progresywna, a zdrugiej mająca power metalowego kopa. Troszkę było mi smutno, że kapela przepadła bez wieści. Teraz po 8 latach Adagio powraca w odmienionym składzie z nowym albumem zatytułowanym "life".  Kelly sundown carpenter śpiewał wcześniej w Beyond Twilight, tak więc już gdzieś ocierał się o progresywny symfoniczny metal. Manierę ma ciekawą i potrafi śpiewać zarówno technicznie, jak i agresywnie, a przy tym potrafi budować odpowiedni mroczny nastrój. Co ciekawe w tym roku zasilił też szeregi Civil War. Adagio może nie zmienił swojego stylu przez nowego wokalistę, bowiem dalej gra swoje, ale jest powiew świeżości. Mamy więcej progresywnego metalu, więcej pokręconych motywów i słychać, że zespół czerpie garściami z twórczości Symphony X, "Life" to bardzo dojrzały album i dopracowany. Brzmienie jest soczyste i mroczne, a zawartość urozmaicona i bardzo progresywna. Zespół próbuje przemycić sporo ciekawych elementów i przy tym zaintrygować słuchacza. Czasami może jest przerost formy nad treścią, ale ma to swoje uroki. Płyta nie trafi do każdego bo ma swój klimat i charakter. Singlowy "Subrahmanya " najlepiej oddaje te cechy. Właśnie taki jest album. Mroczny, złowieszczy, urozmaicony i bardzo progresywny. Nie jest to proste łupu cupu, ale naprawdę dojrzała i wyjątkowa muzyka. Tytułowy "Life" to 9 minutowy kolos, który otwiera ten magiczny album. Kusi tajemniczym klimatem i posępnym riffem. Mrok tutaj przytłacza nas i to jest urok tej kompozycji. "The ladder" to już bardziej power metalowy utwór, choć i tutaj band balansuje między twórczością ayreon, a Symphony X. "The grand spirit voyage" to właśnie przykład takiego przerostu formy nad treścią. Jedynym atutem tego kawałka to świetne popisy wokalne Kelly'ego. Nieco przekombinowany "The darkness machine" to już bardziej progresywne granie, ale też momentami zespół ociera sie tutaj o chaos. Marszowy i teatralny "Secluded within myself" też jest tylko dobry i w zasadzie brakuje mu wykończenia. Całość zamyka bardziej przebojowy "Torn" i w takim kierunku może śmiało iść zespół na kolejnych płytach. "Life" to wyrafinowana płyta, dla maniaków progresywnego metalu, w którym liczą się pokręcone motywy i tajemniczy klimat. Płyta znajdzie swoich zwolenników, a fani Adagio też nie powinni narzekać. Choć nie jest to ideał, to i tak jest to wciąż solidny krążek. Warto poznać jak adagio brzmi po 8 latach przerwy.

Ocena: 6.5/10

wtorek, 5 grudnia 2017

UNISONIC - live in wacken (2017)

Kai Hansen w tym roku wydał album koncertowy pod szyldem Hansen and Friends podczas koncertu wacken, gdzie promował pierwszy solowy krążek. Na Wacken został również zarejestrowany inny koncert z Kaiem w roli głównej i mowa tutaj o Unisonic. W tym roku właśnie udało się wydać pierwszy album koncertowy grupy w której jest nie tylko Kai Hansen, ale też Micheal Kiske, Dennis Ward, Kosta Zafiriou, które już obecnie nie ma w zespole. "Live in wacken" to udany album koncertowy, w którym słychać dobrą zabawę i radość publiczności, że mogą znów widzieć i słyszeć razem duet Kiske/Hansen, to również naprawdę świetnie dobrany zestaw utworów. Każdy znajdzie coś dla siebie.Nie zabrakło power metalowych petard w postaci "For the kingdom" czy "Your time has come", w którym Kai i Mandy dają prawdziwego czadu i pokazują jak zgranym duet gitarowym są. Nie mogło zabraknąć przebojowego i nieco hard rockowego kawałka w postaci "Exceptional", który idealnie promował najnowsze dzieło grupy. Z pierwszego albumu pojawił się melodyjny "My sanctuary" czy pomysłowy "King for a Day", które mają też coś z power metalu i wczesnego Helloween. Jeśli chodzi o Helloween to panowie zagrali "March of Time" i "A little time"z fragmentem "Victim of changes" Judas Priest, w którym czadu daje Micheal Kiske.  Mamy też przebojowy "Throne of Dawn", który w początkowej fazie przypomina dokonania Black Sabbath. Warto też wspomnieć o stonowanym, ale też radosnym "Star rider", w którym Kai zabawia publikę, a przy tym w miły sposób nawiązuje do Ghostbusters.Całość zamyka hicior w postaci "Unisonic", który przypomina stare dobre czasy helloween. Bardzo klimatyczna i dynamiczna koncertówka, która przywołuje wspomnienia i kultowy "live in the uk" helloween. Dla fanów Kiske i Hansena pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8.5/10

sobota, 2 grudnia 2017

STEREO NASTY - twisting the blade (2017)

Heavy metal swój najlepszy okres miał bez wątpienia w latach 80. Wtedy nie trzeba było wiele by zachwycić słuchacza. Miłość do heavy metalu i pomysłowość zwyciężały i szybko zyskiwały rzesze fanów. Heavy metal naszych czasów stawia na agresywność, mocne brzmienie i nowoczesność. Jednak nie brakuje też szerokiego grona maniaków, którzy się wychowali na muzyce Wasp, Judas Priest, saxon, czy Crossfire. Ci maniacy tworzą swoje własne zespoły i grają old schoolowy heavy metal na wzór tamtych zespołów, na wzór lat 80. Oddają hołd dla heavy metalu w najlepszy sposób. Do takich kapeli na pewno trzeba zaliczyć Stereo Nasty, który pochodzi z Irlandii. W 2015 r błysnęli świetnym debiutem i nic dziwnego, że po dwóch latach powrócili z nowym dziełem. W tym roku Stereo Nasty nagrał świetny album, który może powalczyć o tytuł najlepszej płyty roku 2017. Tak "Twisting the Blade" to wycieczka do lat 80, do złotych czasów heavy metalu.

Image zespołu jaki widać na różnych zdjęciach, czy materiałach promocyjnych, czy tez okładka "Twisting the Blade" od razu przywołują na myśl lata 80. Jest gdzieś ta prostota, ten dreszczyk grozy, ta surowość w brzmieniu i ta magia, która pojawiała się na płytach z tamtego okresu. "Twisting the Blade" jest jeszcze ostrzejszy i jeszcze bardziej przebojowy niż debiut. Zespół podkręcił tempo i wyszedł im majstersztyk. Do tego dochodzi świetna praca Adriana na gitarze, który stawia na ostre riffy i chwytliwe solówki. Główną atrakcją jest bez wątpienia wysokiej klasy wokal Micka, który śmiało mógłby zagrać w takich kapelach jak Wasp, Judas Priest czy Crossfire. Idealny skład i nie ma się do czego przyczepić. Sam materiał może nieco krótki, ale za to bardzo treściwy. 35 minut czystego heavy metalu najwyższej klasy.

"Kill or Be killed" przesiąknięty jest NWOBHM i można doszukać się tutaj patentów Judas Priest czy nawet iron maiden. Klimat lat 80 jest jak najbardziej wyczuwalna. Kiedy wkracza riff "No one gets out alive" to od razu na myśl przychodzą klasyki Accept. Hard rockowy feeling sprawdza się tutaj bez dwóch zdań. Jeszcze ostrzejszy w swojej konstrukcji jest "Reflections of Madness" , w którym można doszukać się ukłonów w stronę amerykańskiego power metalu. Helstar a może nawet Jag panzer. "Near dark" wyróżnia się pomysłową partią basu i taką prostotą. Najdłuższym utworem na płycie jest "Through the void" o marszowym i nieco stonowanym tempie.  Echa Mercyful fate można doszukać się w złowieszczym i zadziornym "Haunting The Night". Można tutaj poczuć dreszczyk grozy. Tytułowy "Twisting the blade" to znów ukłon w stronę topornego, niemieckiego heavy metalu. Całość zamyka petarda "Becoming the beast" to znów ukłon w stronę Judas Priest, ale nie tylko.

Szczęka mi opadła po wysłuchania albumu. Jednak można jeszcze grać w starym stylu i na równie wysokim poziomie co w tamtych czasach. Płyta brzmi jakby powstała właśnie w latach 80 i to jest jej urok. Stereo nasty wymiata!

Ocena: 10/10

czwartek, 30 listopada 2017

WIND ROSE -Stonehymn (2017)

"Stonehymn" to już 3 album włoskiej formacji Wind Rose. Na nowej płycie nie ma rewolucji, a zespół kontynuuje ścieżkę obraną na poprzednich wydawnictwach. Muzycznie dalej słychać nawiązania do Blind Guardian, Rhapsody of Fire, orden Ogan, Fairyland czy adagio. Jednym słowem jest to epicki power metal z domieszką symfonicznego metalu i folk metalu. Nowy album zachwyca chłodnym i nieco wikingowym klimatem, a także urozmaiconym materiałem. Ten klimat buduje bez wątpienia charyzmatyczny wokalista Francesco.  Gitarzysta Claudio i klawiszowiec Federico  tworzą miłą otoczkę pod wokal Francesco. Jest melodyjnie, podniośle i intrygująco, tak więc nie można narzekać na jednostajność i prostotę. "Distant battlefield" pełni rolę intra i wprowadza nas w nowy krążek. Dalej mamy urozmaicony i przesiąknięty folkiem "Dance of Fire". Więcej ciekawych zagrywek gitarowych i dynamiki mamy w rozpędzonym "Under the Stone", a to dopiero początek. "To erebor" to kompozycja skierowana do fanów Blind Guardian czy Rhapsody of Fire. Na płycie znajdziemy też rozbudowany i urozmaicony "The returning race", w którym zespół przemyca sporo ciekawych motywów. Całość zamyka przebojowy "Fallen Embers" i bardziej złożony "The eyes of the mountain", który robi największe wrażenie. Nie brakuje przebojowości, mocnego uderzenia i ciekawych popisów gitarowych. Nie da się wykryć większych wpadek i śmiało można mówić znów o udanym albumie Wind Rose.

Ocena: 7/10

wtorek, 28 listopada 2017

THUNDERSTICK- Something wicked this way comes (2017)

Iron Maiden powstał w 1975 r jak wszyscy dobrze wiemy. W tym początkowym okresie przewinęło się kilku muzyków. Jednym z nich jest perkusista Thunderstick, który grał w żelaznej dziewicy w roku 1977.  Grał też w zespole Bruce'a Dickinsona czyli Samson, tak więc wiedział jak tworzyć muzykę z pogranicza NWOBHM i punku. W 1981r Thunderstick założył pod własnym szyldem zespół i zaczął grać NWOBHM. "Beauty and the beasts" to solidny materiał, który niestety świata nie zwojował. Teraz po latach zespół powraca w nowym składzie i z nowym albumem zatytułowanym "Something Wicked this way comes". Sam materiał był stworzony już dawno temu, ale nie było możliwości go wydać. Teraz to udało się i dzięki temu nowy krążek, jakby się ukazał w latach 80. Jest ten klimat, ten duch i to brzmienie, które pozwala nam się przenieść w czasie. Jedynym minusem jest bez wątpienia nieco średni wokal Lucie V. Jednak sama konstrukcja kawałków i partie gitar są ciekawe i potrafią oczarować prostotą. Lekki, nieco hard rockowy "Dont touch till scream" kusi nieco komercyjnym charakterem i przebojowością.  Więcej energii i zadziorności mamy w dynamicznym "Go sleep with the enemy". Nie brakuje w tym utworze też elementów punk rocka. Echa Kiss czy Sweet mamy w rockowym "Encumbrance". Jest też pozytywny "Lights" , mroczniejszy "Blackwing". Najlepszym kawałkiem jest rozpędzony "Thunder Thunder". Płytę najlepiej traktować jako ciekawostkę, że w iron maiden grał Thunderstick i obecnie wciąż tworzy muzykę. Warto zapoznać się z tym fragmentem historii NWOBHM. Sama płyta od strony muzycznej jest daleka od ideału.

Ocena: 5/10

sobota, 25 listopada 2017

SILEN KNIGHT - The masterplan (2017)

Nie to nie jest nowe dzieło australijskiej formacji Silent Knight. To reedycja ich debiutanckiego albumu "Masterplan" z 2013r. Choć najnowsze wydawnictwo zatytułowane "The masterplan" można tak potraktować. Zespół nagrał znany nam materiał jeszcze raz i to z aktualnym wokalistą. Pierwowzór to solidny heavy/power metal, jednak minusem był właśnie wokal Zorana. Jak radzi sobie Jesse Onur Oz? Bez wątpienia lepiej i to on nadaje starym kawałkom nowego życia i sam materiał nabiera więcej mocy i power metalowego charakteru. Same brzmienie jest też bardziej dopieszczone i podrasowane. Słychać, że to kapela power metalowa anie jakieś pseudo metalowe granie. Okładka też robi na mnie większe wrażenie. Od razu widać, że Silent Knight czerpie garściami z twórczości Blind Guardian czy Helloween. Tak też w rzeczywistości jest, a "The masterplan" to potwierdza.  Układ kompozycji pozostał bez zmian, ale jakość jest na wyższym poziomie. Na sam starcie jest klimatyczne w prowadzenie w postaci "Prelude - fear and tyranny". Robi sie klimatycznie, ale to dopiero początek. "The curse of the black rose" to melodyjny power metal rodem z płyt Gamma Ray czy wczesnego Helloween. Wtórne, przewidywalne, ale zapada w pamięci. W podobnym klimacie jest utrzymany przebojowy "Masterplan". Jest energia, pazur i dynamika, a przecież o to chodzi w tym graniu. Więcej epickości mamy w marszowym "Prophets of War" i słychać tutaj wpływy Manowar czy niemieckiego heavy metalu.  W podobnym klimacie zachowany jest stonowany "Pay your dues". Niby znane są te kompozycje, ale na tym albumie wypadają o wiele lepiej i potwierdza to melodyjny i zapadający w pamięci "Evil is thy name". Całość zamyka bardziej rozbudowany "Dare to dream". Warto było jednak zagrać na nowo te kawałki z nowym wokalistą, bo zyskały na mocy i przejrzystości. Nowe wydania debiutu jest bardziej dopracowane i nagrany przez doświadczonych muzyków. Udany zabieg.

Ocena: 7.5/10

środa, 22 listopada 2017

EUROPICA - part One (2017)

Europica to propozycja dla fanów heavy/power metalu. Jest to projekt muzyczny, który pochodzi z Węgier. Okładkę stworzył Gyula Havancsaka, który współpracował z takimi kapelami jak Stratovarius czy Accept robi spore wrażenie i przyciąga uwagę. O samym projekcie nie wiele wiadomo, ale na pewno warto zwrócić uwagę, że na płycie "Part one" pojawia się Fabio Lione, Blaze Bayley, Tim ripper owens, Ralf Sheepers i Tomek Horytnica. Tak więc jest kilka powodów dla których warto sięgnąć po ten album i jest to nie tylko lista gości, ale ciekawy materiał. Na płycie znajdziemy 10 kompozycji, co pozwala dość szybko i łatwo przebrnąć przez zawartość. Materiał jest zróżnicowany i dynamicznym, a to czyni go bardzo atrakcyjnym dla słuchacza. Na płycie nie brakuje wpływów Judas Priest, Iced Earth, czy Iron Maiden. "Unflagging" to przebojowy hit o rycerskim charakterze. Nie brakuje tutaj elementów żelaznej dziewicy i sam Blaze też wypada tutaj znakomicie. To jest heavy metal jaki zawsze miło posłuchać. Więcej power metalu i melodyjności mamy w szybkim "This land" z gościnnym udziałem Fabio Lione, Spokojny i nieco balladowy "Silently' to kawałek, w którym króluje Ralf Sheepers. Moim faworytem na pewno jest zadziorny i ostrzejszy ""The patriot, który zachwyca wokalem Tima Rippera i przebojowością. Tomek horytnica pojawia się w marszowym i bardziej epickim "Frontier guard". Dalej mamy szybki "We'll never", który mocno zalatuje pod stare płyty Gamma Ray. Jest to power metalowa petarda. Folkowy i radosny "Powder Dry" to kolejna perełka na płycie. Dobre jest to, że Europica stroni od zbędnych kolosów, dłużyzn. Dynamiczny "Shamans" to kolejny power metalowy kawałek z Fabio Lione w roli wokalisty. Bardzo fajnie sprawdzają się tutaj gitary akustyczne. Całość zamyka epicki i bojowy kawałek w postaci "One of Your crowd", w którym rządzi Tomek Horytnica.

Ocena : 7/10

niedziela, 19 listopada 2017

INSATIA - Phoenix Aflame (2017)

Taka kolorowa i słodka okładka niczego dobrego nie wróży. Już w głowie pojawia się tysiąc myśli, że to popowy, słodki melodyjny heavy/power metal, w którym główną rolę odgrywa wokalistka bez charyzmy, o słodkim niebiańskim głosie. Niestety, ale w tym przypadku wszystko się sprawdziło. Amerykański band o nazwie Insatia wydał swój drugi album zatytułowany "Phoenix Aflame", który jest kontynuacją debiutu z 2013r. Zespół powstał w 2009 roku i od tamtej pory gra swoje i nie szuka wrażeń w innych gatunkach. Melodyjny heavy/power metal z domieszką progresywnego i symfonicznego metal tak można opisać to co gra Insatia. Wokalistka Zoe śpiewa spokojnie i w zasadzie ciężko mówić tutaj o metalowym głosie. Bardziej pasuje do popowych piosenek, jakie słychać ostatnio w radiu. Co za tym idzie, jest ona największą bolączką na tym albumie. Zmiany personalne w postaci nowego gitarzysty i perkusisty, przedłożyły się też na jakość "Phoenix Aflame". Jest bowiem chaotycznie i ciężko coś wyłapać z natłoku dźwięków jakie do nas trafiają. Brak ostrych riffów, brak chwytliwych refrenów, ciekawych, złożonych solówek, czy melodii utrudnia odbiór płyty.  "Act of Mercy" jest dobry od strony instrumentalnej. Jest mocny riff, jest nowoczesne brzmienie i progresywne ozdobniki. Jednak ten utwór nie rzuca na kolana. Gdyby dać tutaj ciekawszy wokal, to może wtedy byłby lepszy efekt. W "Sacred" można doszukać się elementów Within Temptation czy Epica. Jednak te zespoły to zupełnie inna liga. W połowie płyty zostajemy obudzeni energicznym "Phoenix aflame" i wreszcie słychać jakiś ciekawy riff, chwytliwe melodie i pomysłowe klawisze. Ciekawy utwór i z pewnością warto na niego zwrócić uwagę. Choć na płycie jest 10 utworów to jakoś ciężko wysiedzieć do końca płyty. Popowy i komercyjny "Not my God" nie sprzyja tej podróży. Na koniec mamy melodyjny "Healer of Hatred", który pokazuje nieco ciekawsze oblicze Insatia. Werdykt tutaj może być jeden. Jeśli szkoda Wam czasu na średnie płyty, które zajmują czas i potrafią wytrącić z równowagi, to odradzam nowy album Insatia. Jak ktoś lubi popowy metal i słodkie wokalistki ten może coś znajdzie tutaj.

Ocena: 3/10

piątek, 17 listopada 2017

HANSEN & FRIENDS - Thank You Wacken (2017)

Ostatni album Gamma Ray ukazał się w 2014, podobnie zresztą podobnie jak album Unisonic. Kai Hansen obecnie przygotowuje się do trasy koncertowej z Helloween. Tak więc fani jeszcze troszkę poczekają na nowy materiał tych zespołów. Jednak jest to dobra okazja, żeby wydać jakiś album koncertowy. Nie tak dawno Kai nagrał płytę solową, którą promował na koncercie w Wacken. Koncert oczywiście zarejestrowano i efektem tego jest album "Thank You Wacken". Plusem tego wydawnictwa jest to, że można posłuchać jak na żywo radzi sobie nowy wokalista Gamma Ray, czyli Frank Beck, jeśli ktoś nie miał okazji. Można też usłyszeć klasyki Helloween i jest to pozycja skierowana do fanów Kai'a Hansena. Jako sam album koncertowy, to trzeba przyznać, że brakuje mu odpowiedniego klimatu i szaleństwa publiki. Setlista jest dość ciekawa, można odprężyć się i dobrze się bawić przy tym wydawnictwie.  Co znajdziemy na płycie?

Mamy singlowy "Born Free", który jest miłym hołdem dla Judas Priest. Nie mogło zabraknąć "Ride The Sky", który wypada wg mnie poprawnie. Kai stara się śpiewać ostro jak za dawnych lat i wychodzi to poprawnie. Bardzo dobrze, że zagrano też chwytliwy "Contract Song" z płyty solowej Kaia. Frank Beck daje niezły popis umiejętności w naprawdę bardzo dobrze odegranym "Victim of Fate". Oj dawno Kai nie grał tego klasyka Helloween. Ciężko może się przyzwyczaić, że śpiewa ten utwór ktoś inny niż Kai, ale i tak brawa dla nowego wokalisty Gamma Ray, bo wywiązał się znakomicie. Na pewno cieszy fakt, że Kai zagrał "Enemies of Fun", czyli najlepszy kawałek z solowej płyty. Jest rozbudowany, dynamiczny i niezwykle przebojowy, Sama konstrukcja nasuwa klasyki Manowar, Judas Priest czy Accept. Można powiedzieć, że to taki brat bliźniak "To the Metal". Brakuje mi tutaj jedynie Pieta Sielcka i Ralfa Sheepersa. Swój klimat i swój potencjał ma "Fire and Ice", ale nie jest to najlepszy utwór jaki stworzył Kai Hansen. Drugą perełką z solowego kawałka jest bez wątpienia energiczny i ostry "Follow The Sun" i miło, że go zagrali na Wacken. Można było pokusić się o zaproszenie Hansiego z Blind Guardian, bo nieco brakuje go w tym kawałku. Oczywiście jak jest Kai, to nie mogło zabraknąć Micheala Kiske. To on śpiewa z kultowych już "I want Out" i "future world" i mimo swoich lat wciąż zaskakuje swoją formą i klasą. Miłą niespodzianką jest pojawienie się "Save Us" i brakuje go w setliscie Helloween ostatnio.  Choć dziwnie słyszeć ten utwór zaśpiewany przez Kaia, zwłaszcza gdy Kiske był w zasięgu ręki.

I tak o to fani dostali mały zapychacz, podczas gdy nie ma albumów studyjnych w zespołach Kaia Hansena. Miły dodatek do dyskografii, ale za wiele to on nie wnosi. Zwłaszcza, że publika jakoś nie jest jakoś szalona i zmienia poziom płyty. Momentami można odnieść wrażenie, że feeling koncertu został zabity dopieszczonym brzmieniem. Album jest bez szału i taka jest prawda.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 listopada 2017

MEAN STREAK - Blind Faith (2017)

11 lat działalności strzeliło szwedzkiemu zespołowi o nazwie Mean Streak. Ta kapela ma na swoim koncie 4 albumy, ale nie udało się zdobyć większego rozgłosu tej kapeli. Fani gatunku na pewno już spotkali się z tym bandem, ale reszta słuchaczy nie koniecznie. W tym roku Mean Streak powraca po 4 latach z nowym krążkiem i "Blind Faith" jest godnym uwagi dziełem. Zwłaszcza, że mało kto spodziewał się, że Mean Streak stać na taki zryw i nagrać album, który jeszcze może namieszać w tegorocznych zestawieniach. Jeśli kochacie twórczość Dream evil, Firewind czy Primal Fear to bez wątpienia "Blind Faith" jest dla was.

Mean Streak gra swoje, czyli melodyjny heavy/power metal, w którym liczy się dynamika i przebojowość. Wokalista Andy La Guerin śpiewa zadziornie i z ikrą, co przyczynia się do lepszego odbioru całego materiału.  Jednak co napędza ten zespół to bez wątpienia duet gitarzystów czyli Davida i Thomasa. Stawiają oni na klasyczne rozwiązania, na proste i mocne riffy, na chwytliwe melodie i pomysłowe solówki. Faktycznie można poczuć się jak w latach 80, gdzie wszystko przychodziło z taką lekkością. Nie ma zaskoczenia, może nawet wdzierać się wtórność, ale nie ujmuje to płycie. Jest czym się zachwycać. Melodyjne riffy rodem z twórczości Iron Maiden czy Helloween od razu nas raczą w rozpędzonym otwieraczu "Blood Red Sky".  Niby jest to oklepane, ale dostarcza sporo frajdy. Echa Firewind czy Dream Evil można wyłapać w przebojowym "Animal in Me", który potrafi szybko wpaść w ucho. Zadziorny "Retaliation Call" kojarzy się nieco z Judas Priest czy Saxon. Uśmiech się pojawia podczas chwytliwego "Tear Down the Walls", który brzmi jak nowa wersja "Hearts on Fire" Hammerfall. Utwór bardzo klasyczny i nie brakuje tutaj nawet ducha Accept. Klawisze są miły dodatkiem w marszowym i true metalowym "Tears of the Blind", w którym jest coś z twórczości Primal fear czy nawet Manowar. Dalej mamy rozpędzony i dynamiczny "love is a killer" i w zasadzie mogłoby być więcej takich power metalowych petard. Mocny riff i nieco mroczniejszy klimat to atuty "Come undone", który też ukazuje nieco inne oblicze zespołu. Duch Accept, Primal Fear i Edguy powraca w energicznym "Fire At Will" i tym sposobem mamy kolejny killer na płycie. Na sam koniec kolejny hit, czyli "Gunnerside" i tutaj melodyjność i charakter kawałka mocno przypomina dokonania Gamma Ray czy Helloween.

To ci dopiero niespodzianka. Mean Streak, który nie jest wielką gwiazdą, ani też zespołem znanym wszystkim nagrywa album, który nie ma słabych punktów. Świetna mieszanka heavy/power metal, która przypadnie do gustu fanom Dream Evil, czy Primal Fear. Jedna z ciekawszych płyt roku 2017 i warto ją znać.

Ocena: 9/10

piątek, 10 listopada 2017

CLOVEN ALTAR - Enter The Night (2017)

Dustin Umberger w 2012r powołał do życia projekt muzyczny o nazwie Cloven Altar. Amerykański Cloven Altar to w zasadzie Dustin i Ced. Tak ten sam Ced, który powołał do życia wiele ciekawych projektów muzycznych jak choćby breitenhold, czy Blazon stone. Ten szwedzki geniusz czego nie dotknie to zamienia w arcydzieło. Specjalizuje się w szybkim melodyjnym heavy/speed metalu z domieszką power metalu. Debiut Cloven Altar z 2012 r odniósł spory sukces i zapadł w pamięci fanom klasycznego heavy/speed metalu i NWOBHM. teraz po 5 latach przyszedł czas na kolejne wydawnictwo duetu Dustin i Ced. Czy "Enter the Night" jest równie świetny co "Demon of the night"?

Okładka nasuwa na myśl płyty z kręgu black/death metalu, jednak nie dajcie się zwieźć. "Enter The Night" to wysokiej klasy heavy/speed/power metal w klasycznej odmianie. Panowie w zasadzie kontynuują na nowym krążku, to co prezentowali na debiucie. Jednak wszystkiego jest więcej i w większej ilości. Odnoszą wrażenie, że "Enter the Night" jest jeszcze bardziej dopieszczony i to nie tylko pod względem brzmienia. Materiał jest bardziej dynamiczny, bardziej nastawiony na fanów heavy/speed metalu z lat 80, ale nie tylko. Każdy utwór to nie tylko gratka dla fanów Stormwitch, czy Iron maiden.  Fani melodyjnego grania szybko odnajdą się w tym co gra Cloven Altar. Dustin nadaje utworom klimatu, a Ced dba o melodyjność, a także o zaplecze instrumentalne. Wygrywa sporo ciekawych i wciągających riffów. Jest co podziwiać i co przeżywać. Ced zawsze mi imponował pomysłowością i lekkością z jaką gra. Ciężko dzisiaj o takich muzyków.

Płytę otwiera "Heart of the Beast" i mamy tutaj do czynienia z prawdziwą petardą. Szybki riff, rozpędzona sekcja rytmiczna, a do tego ciekawe złożone solówki Ceda. Tak powinno się grać heavy/speed metal. Ced lubi grać w stylu Running wild i to też tutaj słychać. Metalowy hymn w postaci "Die For metal" ma właśnie coś z wczesnego Running Wild.  Niby prosty motyw, ale jak szybko wpada w ucho i ile radości do starcza. Dalej mamy rozpędzony i melodyjny "In Words Unknown" i tutaj można odczuć fascynację NWOBHM. Pierwsze sekundy "theories of Speculus" też potrafią dostarczyć sporo frajdy, zwłaszcza że słychać tutaj ducha starych płyt DIO. Tytułowy "Enter The Night" to kolejna speed metalowa petarda na płycie. To jest kawałek w którym czadu daje Ced i słychać te jego znakomite solówki. Jest szybkość, jest wysoki poziom techniczny i spora dawka energii. Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest niezwykle melodyjny "Streets of rage" w którym można doszukać się wpływów Iron Maiden czy Judas Priest. Riff z "Throne of Masters" nieco przypomina wejście do "Victim of Fate" Helloween. Znów bardzo klasyczne dźwięki i niezwykła dynamika. Jak widać każdy utwór to killer i zespół w żaden sposób nie zwalnia tempa. Dalej mamy rytmiczny "blood Runs High", który osadzony jest w świecie Running Wild, a całość zamyka rozpędzony i energiczny "Burning Steel", który idealnie zamyka album.

"Enter the Night" to heavy/speed metalowa perełka i przykład, że można jeszcze tworzyć klasyczne i bez błędne albumy. Każdy riff, każda melodia jest przemyślana i w 100% trafiona. Nie ma słabych punktów i w zasadzie to jest to arcydzieło, do którego będę często wracał. Z resztą tak jest z każdą płytą w której palce maczał Ced znany z blazon Stone czy Rocka Rollas.

Ocena: 10/10

środa, 8 listopada 2017

THE DARK ELEMENT - The dark element (2017)

Anette Olzon i Jani Liimatainen połączyli siły w projekcie The Dark Element. Ona to okaz łagodności, spokojna dusza, która sprawdza się w komercyjnym, melodyjnym metalu i symfonicznym metalu spod znaku Nightwish. On to uzdolniony gitarzysta i kompozytor, który specjalizuje się w energicznym, melodyjnym power metalu i odpowiada za sukcesy Cain;s Offering i Sonata Arctica. To daje przedsmak tego czego można się spodziewać po debiutanckim krążku The Dark Element.Jest to płyta, która jest skierowana do fanów Nightwish i Sonata  Arctica, co zresztą słychać w motywach gitarowych, czy melodiach. Nie brakuje symfonicznego metalu, melodyjnego power metalu, czy komercyjności. Wszystkiego jest po trochu i wszystko jest bardzo dobrze wyważone. Już otwierający "The dark element" to utwór, który ukazuje ową komercyjność, a także elementy wyjęte z ery Anety w Nightwish. Album promował singiel "my sweet mystery", który brzmi bliźniaczo podobnie do "Storytime" Nightiwsh". Niezwykle chwytliwy i energiczny kawałek. Nie brakuje mrocznego klimatu co pokazuje "Heres to You", czy szybkich petard co potwierdza energiczny "Dead to me". Na pewno słabo wypadają komercyjne kawałki typu "I cannot raide the dead", które nic nie wnosi do całości. Siłą tej płyty są szybkie i chwytliwe kompozycje co potwierdza "The ghost and the reaper". Jednym słowem jest to ciekawy krążek, który należy traktować jako ciekawostkę aniżeli mocny kandydat do płyty roku. Miło się tego słucha, jest kilka ciekawych utworów, ale całość nie wzbudza większych emocji.

Ocena: 5.5/10

wtorek, 7 listopada 2017

VALOR - Arrogance : The Fall (2017)

Stało się. Grecki Valor powrócił z nowym albumem zatytułowanym "Arrogance: The Fall" i to po 4 latach milczenia. Zespół obraca się w epickim heavy metalu i melodyjnym power metalu. Taką muzykę grają od 2002r i to się sprawdza. Z resztą panowie mają na swoim koncie 3 albumy, co tylko potwierdza, że dobrze się czują w takiej stylizacji. Głównym motorem napędowym zespołu jest dawny wokalista Battleroar czyli Vaggelis Krouskas. Choć nie do końca on mnie przekonuje, może to przez to że kojarzy mi się z Blazem Baylem? Odnoszę wrażenie, że Vagellis nie radzi sobie ze wszystkimi partiami wokalnymi. Kuleją z pewnością wysokie rejestry, w których nie ma mocy. Sekcja rytmiczna jest solidna, a partie gitarowe w dużej mierze są wtórne i zagrane z taką jakby ostrożnością. Nie ma jakiś zrywów czy elementów zaskoczenia, tak więc dostajemy rzemieślniczy epicki heavy metal z domieszką power metalu. Płyta skierowana do tych co nie mają wysokich wymagań i potrafią się odnaleźć w każdym rodzaju power metalu. Na płycie znajdziemy melodyjny "Flying Away", przebojowy "Arrogant Fall" czy marszowy "The crown of Evermore". W "Dark are the eyes of the night" można doszukać się wpływów Iron Maiden i o dziwo jest to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Chwytliwy riff napędza dynamiczny "in another Time", który również zaliczam do mocniejszych punktów na płycie. Na koniec mamy dwie perełki, a mianowicie przebojowy "Sanctuary for all" i " rozpędzony "No angels Face". Werdykt? Płyta jest miła w odsłuchu, ma kilka mocnych momentów i kilka hitów, jednak nie jest to typ płyty do której się wraca po latach. Nie ma tutaj niczego co by rzuciło na kolana i zapadło by w pamięci na dłużej. Można posłuchać i zapomnieć po jakimś czasie.

Ocena: 5.5/10

niedziela, 5 listopada 2017

EVERTALE - The Great brotherwar (2017)

Andreas Marschall stworzył okładki do kultowych płyt heavy metalowych i można śmiało przytoczyć choćby Running Wild czy Blind Guardian. Ponadto jego okładki mają w sobie niesamowity klimat i potrafią odzwierciedlić geniusz danego albumu. Kiedy dowiedziałem się, że on pracuje nad okładką do najnowszego dzieła niemieckiej formacji Evertale to już czułem że szykuje się coś wyjątkowego. Poprzedni album "of Dragon and Elves" z miejsca osiągnął spory sukces i stał się przepustką do najlepszych formacji grających power metal. Evertale pokazał, że można czerpać garściami z twórczości Blind Guardian i być jednocześnie autentycznym. Grają podobnie jednak dodają od siebie sporo świeżości. Nie ma luk w technice czy w aspekcie kompozycyjnym. Każdy utwór to prawdziwa petarda i przejaw geniuszu Matthiasa Grafa. Evertale to szybkie tempo, ostre riffy, a także energiczne popisy Grafa i Holzapfel. Debiut był dopieszczony i dopracowany, jednak mało kto przypuszczał, że można powtórzyć ten sukces. Cóż, Evertale na nowym albumie osiągnął jeszcze więcej. Materiał jest dojrzały i jeszcze bardziej dynamiczny. Płytę można zestawić z takim "Imagination from the other side" Blind Guardian, co już jest pewnym wyznacznikiem. Już na samym wstępie atakuje nas energiczny "Empire Rising", który jest miłą wycieczką w rejony Gamma Ray czy właśnie Blind Guardian. Oczywiście jak skojarzenia z Blind Guardian to jednocześnie z Orden Ogan czy Savage Circus. Nie brakuje licznych przyspieszeń i zwolnień w stylu bardów co można uświadczyć w rozbudowanym "The Swarm". Klimat i epickość Evertale osiągnął bez wątpienia w melodyjnym i urozmaiconym "For the king and the Crown" czy "The Journey to iskendria". Płytę nieco wzbogaca toporniejszy "Chapter 666" czy podniosły "The great brotherwar". Całość zamyka kolejna chwytliwa i energiczna power metalowa petarda czyli "Take to the sky". 13 utworów szybko mija i pozostaje tylko odtwarzać w kółko tą świetną płytę. Płyta idealna w każdym calu i odnoszę wrażenie, że jest lepsza niż poprzedniczka. Kandydat do płyty roku.

Ocena:  10/10

FORCE MAJEURE - The Rise of Starlit Fires (2017)

Finlandia ma to do siebie, że wie jak grać melodyjny power metal. Wiele kapel z tamtego rejonu zalicza się do grona najlepszych. Jeśli ktoś lubi muzykę z pogranicza Dark Moor, Stratovarius, Edguy czy Firewind, ten z pewnością pokocha to co gra fiński Force Majeure. Formacja działa od 1998 r i dorobiła się 3 albumów i na ten najnowszy zatytułowany "The rise of starlit fires" przyszło czekać fanom 6 lat. Jednak warto było, bo w zamian dostajemy najlepszy krążek tej formacji, który jednocześnie zaliczam do grona najlepszych płyt roku 2017. Płyta ma niezwykły klimat, świetne brzmienie i w zasadzie jest dopracowana do perfekcji. Bez wątpienia wiele zrobili w tym kierunku muzycy. Marcus Lang z Excalion to specjalista jeśli chodzi o wokal i odnajduje się w górnych partiach jak i w tych niskich. Jego partie przyprawiają o ciarki i sporo wnoszą do muzyki finów. Na krążku znajdziemy 8 kawałków, które razem tworzą spójną całość. Otwierający "Gemini Rising" oczarowuje nas mrocznym klimatem i podniosłością. Tutaj słychać nawiązania do symfonicznego power metalu. Kto lubi Helloween czy Gamma Ray ten z pewnością pokocha energiczny "Apocalyptic Hearts", który niszczy obiekty swoją dynamiką i przebojowością. Słodszy "Blessed by the wolfs" to już taki wypisz wymaluj Stratovarius, choć i tutaj nie brakuje energii i pazura.Popis wokalny Marcusa mamy w progresywnym "The great Starfall", zaś kolos "Church of steam" ma coś z Sabaton. Drugi kolos w postaci "The darkening" skierowany jest na mroczny klimat, a całość zamyka "Subartic shadows", który również pokazuje co to znaczy power metal w najlepszym wydaniu. Bardzo dobrze zagrany power metal i wszystko jest tak jak być powinno. Wyrazisty wokalista, sporo chwytliwych solówek i riffów, no i te szybkie tempo. Płyta bez błędna i okazuje prawdziwe piękno tego gatunku. Można brać w ciemno.

Ocena: 10/10

sobota, 4 listopada 2017

CLAYMOREAN - Sound from a dying World (2017)

"Sounds from a dying world" to czwarty album studyjny zespołu Claymorean, który pochodzi z Serbii. Działają od 1994 roku, choć pod aktualną nazwą dopiero od 2014r. Muzycznie przypominają nieco Elvenstorm czy Crystal Viper. Stylistyka w jakiej się obracają to soczysty melodyjny heavy/power metal o epickim zabarwieniu. Nowy album w zasadzie nie wprowadza żadnych nowinek, a jedynie jest potwierdzeniem tego co zespół grał do tej pory. Materiał jest równy, dobrze przygotowany zarówno od strony kompozytorskiej jak i aranżacyjnej. W muzyce Claymorean główną rolę odgrywa wokalistka Dejana, która śpiewa melodyjnie i agresywnie. Fani Crystal Viper dostrzegą bez wątpienia podobieństwa do wokalu Marty. Claymorean to również ciekawe popisy gitarowe Vlada i Urosa, gdzie szybkość spotyka się z epickością i przebojowością. Każda melodia, riff, który słychać na płycie jest zagrany z polotem i pomysłem. Jest może i wtórnie, ale klasycznie i dynamicznie. Nowy album to przede wszystkim potwierdzenie swojego miejsca w heavy metalowy światku. W porównaniu do poprzednich wydawnictw jest więcej mocy i pazura. "The road of the Damnation" to znakomity otwieracz, który kusi marszowym tempem.  Jest gdzieś w tym duch starych płyt Manilla Road, czy Cirith Ungol. Taka stylistyka znakomicie pasuje do tej kapeli. Jeszcze do tego wszystkiego specyficzny wokal Dejany. Dalej mamy melodyjny i rytmiczny "Old Mountain", który ukazuje jak dobrze rozumieją się gitarzyści. "Cimmeria" ma coś z starego Running Wild, a także Manowar. Partie basowe są mocne i wyraziste, a przebojowość tego kawałka nasuwa na myśl najlepsze dzieła Crystal Viper. Prawdziwa perełka. "Blood Red Shield" ma nieco inny klimat, bez wątpienia bardziej spokojny i epicki. W "Rage of the white wolf" można doszukać się elementów Black Sabbath, czy Dio. Bardzo energiczny kawałek o heavy/speed/power metalowej motoryce. Fani crystal Viper na pewno pokochają "The Final Journey", który mógłby śmiało znaleźć się na albumie "Legends".  Ponad 6 minutowy "Blackest Void" to ukłon w stronę mrocznego heavy metalu i twórczości Black Sabbath. Całość zamyka cover Cloven Hoof w postaci "Astral Rider". Jak widać, płyta nie ma słabych momentów i w sumie każdy utwór wnosi coś innego do płyty. Dzieje się sporo, tak więc nie można narzekać na brak emocji. Pozycja obowiązkowa dla fanów heavy/power metalu w epickiej odsłonie. Zwłaszcza fani Crystal Viper szybko odnajdą się w muzyce Claymorean.

Ocena: 8/10

środa, 1 listopada 2017

SOULSPELL - The Second Big Bang (2017)

Arjen Lucassen ma swój Ayeron, Tobias Sammet swoją Avantasia, a Heleno Vale ma swoją metalową operę o nazwie Soulspell. Ten brazylijski band, a raczej projekt muzyczny działa od 2004 r i ma na swoim koncie już 4 albumy studyjne. Najnowsze dzieło "The Second big bang" ukazało się po 5 letniej przerwie. Jednak nie ma mowy o zmianie stylu czy charakteru muzyki Soulspell. Dalej jest to metalowa opera, w której główną rolę odgrywają znakomici goście, a także power metalowa stylizacja. Soulspell słynie z ciekawych melodii i dużej przebojowości i właściwie nowy album to potwierdza. Nie ma mowy o niespodziance, bo jest to swoista kontynuacja poprzednich wydawnictw.  Płytę otwiera klimatyczny "Time to set You Free", który wprowadza w album i pokazuje, że płyta osadzona jest w świecie fantasy. Po kilku sekundach wkracza rozpędzony i energiczny "The Second big bang", który przypomina wczesne dzieła Avantasia czy stary dobry Helloween. To jest właśnie taki power metal, jaki fani oczekują. Utwór wzbogacają wyczyny wokalne Andre Matosa, Blaze Bayley'a czy Toniego Koltipelto. Tak więc nie brakuje prawdziwych gwiazd, które napędzają cały projekt. Dalej mamy 9 minutowy kolos w postaci "Sound of Rain", który jest bardziej progresywny i ma w sobie kilka cech utworów Ayreon. Nic dziwnego, w końcu sporo roboty ma tutaj Arjen Lucassen.  Odpowiada za część partii gitarowych, klawiszowych i wokalnych. Bardzo dobrze w kawałek wpisała się też Daisa Munchez czy Tim Ripper Owens. Wiele się tutaj dzieje i nie ma mowy o nudzie. Na pewno warto zwrócić uwagę na power metalową petardę w postaci "Horus Eye", który jest pełen smaczków neoklasycznych rodem z płyt Iron Mask. Świetnie wpasował się w ten utwór Ralf Sheepers i w sumie przypomina nam tutaj o swoich czasach w Gamma Ray. Thiago Amendola dał tutaj czadu w kwestii partii gitarowych i solówek. Coś pięknego i oby więcej takiego power metalu w obecnych czasach. "Father and Son" to pozycja bardziej hard rockowa i tutaj utwór napędza wokal wokalistki Daisy Munchez. Duch starego rhapsody można usłyszeć w rozpędzony i melodyjnym "Dungeons and Dragons" i to się nazywa power metal w klasycznym wydaniu. Do tego wszystkiego mamy Fabio Lione, który jeszcze bardziej przypomina nam o Rhapsody. Dalej mamy nieco neoklasyczny i zadziorny "White Lion of Goldah", w którym znakomicie wypada duet Andre Matosa i Tima Rippera Owensa. Idealna pozycja dla fanów Yngwiego Malmsteena i Angra. Podniosły i urozmaicony "Game of Hours" to kolejny mocny punkt tej płyty i znów znakomicie wypada tutaj Tim Ripper.  Na koniec mamy świetny hit w postaci "Super black Hole", który przypomina dokonania At Vance czy Rhapsody. Jest energia, wciągające melodie i atrakcyjne aranżacje. Świetne zwieńczenie albumu i to w wielkim stylu. Całość jest równa i nie ma grania na jedno kopyto. Każdy utwór to prawdziwa uczta dla fanów melodyjnego metalu i power metalu. Soulspell nigdy jeszcze nie zawiódł, a w dodatku nowy album jest jednym z najciekawszych albumów w ich dyskografii.

Ocena: 9/10

niedziela, 29 października 2017

ELVENKING - Secrets of the magick grimoire (2017)

9 album włoskiej formacji Elvenking, który nosi tytuł "Secrets of the magick Grimoire" to jeden z ich najlepszych dzieł. Nie dość, że oddaje to co najlepsze w ich stylu, to jeszcze pokazuje co to znaczy folkowy power metal w najlepszym wydaniu.Płyta wypełniona jest po brzegi hitami i w zadzie każdy znajdzie coś dla siebie. Elvenking już w 2014 roku oczarował albumem "The pagan manifesto" i było do przewidzenia, że będą się starać utrzymać wysoki poziom muzyczny, ale nikt nie sądził, że nowy album będzie taką perełką. Z jednej strony jest klasycznie, ale z drugiej strony jest świeżo i energicznie. Okładka jest magiczna i bardzo tajemnicza, z resztą z zawartością jest podobnie. Już otwieracz "Invoking the woodland spirit" pokazuje niezwykłą energię i power metalowy feeling. Damna i Aydan świetnie urozmaicają partie wokalne w Elevenking. Jest agresywnie, ale i technicznie. W tym kawałku już dają osobie te atuty. Rafahel i Aydan stworzyli sporo ciekawych popisów gitarowych i na płycie roi się od chwytliwych melodii czy zadziornych riffów. Rozpędzony "Draugens Maelstrom" to potwierdza. Nowy album to przede wszystkim folkowe motywy i jest ich pełno i one nadają niesamowitego uroku całości. Podniosły i epicki "The one we shall follow" to jeden z najlepszych przykładów tego atutu. Podoba mi się, że cały czas atakują mocnymi motywami, że nie ma nudy i cały czas się coś dzieje. "A grain of truth" to kolejny zadziorny kawałek z ostrzejszym riffem w roli głównej. Fani Blind Guardian czy Alestorm pokochają na pewno przebojowy "3 ways to magick" Całość zamyka klimatyczny i urozmaicony kawałek w postaci "The voynich manuscript". Płyta wymiata pod każdym względem i śmiało można ją nazwać najlepszym  wydawnictwem. Brzmienie soczyste i podkreśla dynamikę jaka panuje na albumie. Wszystkie sfery przemawiają za tym, że jest to najlepszy album Elvenking.

Ocena: 10/10

THE FERRYMEN - The Ferrymen (2017)

Wytwórnia Frontiers Records ostatnim czasy słynie z różnych projektów muzycznych, w których udział biorę znane osobistości heavy metalowego światka. Serafino Perugino ma smykałkę do tworzenia takich projektów i sporo z nich cieszy się uznaniem fanów. Najnowszym projektem jest The ferrymen, który tworzą Ronnie Romero ( Rainbow, Lords of Black), Mike terrana (Ex Masterplan, Ex Axel Rudi Pell) i Magnus Karlsson (Primal Fear). W takim składzie zarejestrowany debiutancki album o nazwie "The Ferrymen".

Główną rolę w tym projekcie odgrywa bez wątpienia Magnus, który odpowiada za partie gitarowe, basowe, klawiszowe i za komponowanie. To właśnie on stworzył utwory, które tu słyszymy. Tak więc nie powinny dziwić skojarzenia z Primal Fear, Kiske/Sommerville, czy solowych albumów Magnusa. Drugim bohaterem jest Ronnie, który jest jednym z najbardziej uzdolnionych wokalistów. Śpiewa agresywnie, bardzo technicznie i z wyczuciem. Jest co raz bardziej rozpoznawalny dzięki Rainbow, ale tutaj pokazuje bez wątpienia klasę światową. Wpływy Lords of Black też są słyszalne w muzyce The Ferrymen. Z kolei Mike odpowiada za mocne uderzenie i za dynamikę płyty. Momentami aż przypominają się jego gra w Axel Rudi Pell. Muzyka The Ferrymen to melodyjny metal z elementami progresywnymi czy power metalu.  Całość jest zadziorna, dobrze wyważona i przepełniona ciekawymi melodiami. Już "The end of the road" ma w sobie coś magicznego i od razu wciąga słuchacza w tajemniczy klimat. Riff rodem z płyt Lords of Black czy Primal Fear."The ferrymen" brzmi jakby by stworzony na potrzeby projektu Kiske/Sommerville. Bardzo melodyjny i przebojowy kawałek. Dalej mamy zadziorny "Fool You all", który też czerpie garściami z twórczości Primal Fear, choć można wyczuć ducha płyt Dio. Płytę promował energiczny i bardziej power metalowy "Still Standing Up". Bardzo klasyczne granie i nic dziwnego że wybór padł na ten kawałek. "Cry Wolf" jest bardziej stonowany i bardzo melodyjny w swojej konstrukcji. Dla tych co lubią ballady i bardziej podniosłe kawałki zespół przygotował klimatyczny "One heart". Na płycie pojawia się również dynamiczny i przesiąknięty power metalem "How the story ends". W podobnym stylu jest utrzymany "eyes on the sky". Końcówka płyty jest również ciekawa, bowiem pojawia się klimatyczny "Eternal Light" oraz przebojowy "Welcome to my show".

Nie ma właściwie co zarzucić tej płycie. Zawartość jest dojrzała, przemyślana i bardzo dynamiczna. Każdy utwór w dodatku jest bardzo chwytliwy, przez co płyta szybko w pada w ucho. Mając takich muzyków w składzie można wiele zdziałać. Pytanie tylko czy będą kolejne albumy? Oby tak.

Ocena: 9/10

czwartek, 26 października 2017

TANKARD - One foot in the grave (2017)

Kiedy nagrywa się 17 album studyjny i  ma się za sobą 34 lata działalności to zazwyczaj mamy do czynienia z odcinaniem kuponów od swojej kariery, zmęczenie, albo po prostu słabą formę zespołu. Tankard należy do wielkiej teutońskiej czwórki niemieckiego thrash metalu i należy od nich oczekiwać czegoś więcej. Sodom i Kreator na ostatnich płytach błyszczą i pokazują klasę. Z tankard bywało różnie i przede wszystkim panowie stawiali na dobry humor. To przyczyniało się do tego, że płyty były różne i czasami za mało było pazura i thrash metalu. Na okładki Tankard powrócił kosmita, który zdobił okładki z okresu lat 90, tak więc pojawiła się nadzieja na bardziej klasyczny albumów Niemców. Rzeczywiście "One foot in the Grave" to najlepszy album Tankard od dłuższego czasu.

W szeregach Tankard nie ma zmian personalnych i stylistycznie dalej grają zadziorny i dynamiczny thrash metal. Jednak jest więcej klasycznego łojenia, jest więcej energii i zadziorności. Riffy są przemyślane i bardzo dojrzałe. Dodatkowo w każdym utworze gitarzyści wygrywają chwytliwe melodie i złożone solówki. Dawno Tankard nie grał na takim poziomie jak na nowym albumie. Gerre mimo swoich lat wciąż potrafi śpiewać agresywnie i zadziornie. Daje tutaj niezły popis swoich umiejętnościach. Piękna okładka i soczyste brzmienie to tylko początek i materiał jest tutaj prawdziwym skarbem. "Pay to prey" zaczyna się spokojnie, ale bardzo melodyjnie. Jest budowanie napięcia i stopniowe wprowadzanie słuchacza w nowy album. Szybko wkracza riff, którego nie powstydziłby się Overkill czy Exodus. Jest moc, szybkość i technika, tak więc jest to thrash metal pełną gębą. Dalej mamy niezwykle melodyjny i przebojowy 'Arena of the True Lies". Granie na pograniczu speed/ thrash metalu wychodzi zespołowi bardzo dobrze.  Kto lubi techniczny thrash metal ten bez wątpienia polubi energiczny "Don't bullshit us!" Tytułowy "One foot in the grave" to wizytówka tego albumu i znakomicie oddaje charakter całości. Zespół stawia na chwytliwe melodie, na urozmaicenie i przebojowość. Idealnie odzwierciedla to bardziej heavy metalowy "Syrian Nightmare". Znalazło się miejsce na mroczny i stonowany "Nothern Crown", który też wiele wnosi do całości.  Co ciekawe płyta jest bardzo równa i nie ma słabych utworów. Pojawia się energiczny "Lock Em Up", chwytliwy "the evil that man display". Całość zamyka petarda w postaci 'Sole Grinder", który nieco przypomina twórczość Sodom.

To jest szok, że Tankard nagrał taki album, który śmiało nawiązuje do najbardziej kultowych płyt tego zespołu. Nie ma słabych utworów, nie ma też nadmiaru humoru i całość jest bardzo thrash metalowa. Jedna z największych niespodzianek tego roku. Brawo chłopaki!

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 23 października 2017

FOGALORD - Masters of War (2017)

Włosi znów atakują ciekawą porcją symfonicznego power metalu. Fogalord to kolejna tegoroczna propozycja w kategorii power metalu, symfonicznego metalu, folk metalu. "Masters of war" to drugi album tego zespołu i jest bez wątpienia jeszcze ciekawszy niż debiut z 2012r. Jest to dojrzały, dynamiczny i napchany przebojami album, który spodoba się fanom Thy Majestie, Rhapsody of Fire czy Ancient Bards. Co może się podobać w Fogalord to podniosłe melodie, urozmaicone motywy gitarowe Stefanom czy właśnie uzdolniony wokalista Daniele Bisi.  Sam album jest dobrze wyważony i w sumie każdy utwór jest atrakcyjny dla słuchacza. Już na wstępie zachwyca rozpędzony "Rising throught the mist of time", który kusi dynamiką i power metalową finezją. Utwór jest przebojowy i bardzo melodyjny, co bardzo cieszy. Dalej mamy klimatyczny i epicki "Daughter of the morning light", w którym zespół przemyca elementy folk metalu.Fani szybkiego grania zwrócą uwagę na pewno nieco bardziej klasyczny "Masters of War", który brzmi jak mieszanka Crystal Viper, Alestorm i Ancient Bards. W podobnym klimacie jest utrzymany bardziej stonowany i heavy metalowy "The storm of steel". Echa starego Blind Guardian można doszukać się w przebojowym, ale też i rozbudowanym "Absence of light". Zespół utrzymuje wysoki poziom kawałków i w sumie każdy utwór kryje w sobie pewien smaczek. "When the blizzard Awakes" to szybka power metalowa petarda, zaś "The gift of the white lady" to romantyczna ballada, który potrafi wyciszyć słuchacza. Całość zamyka kolos "The Sword Will", który jest punktem kulminacyjnym tej płyty. Nie ma słabych utworów i nie ma zbytnio do czego się przyczepić. zespół zadbał o każdy element, dzięki czemu dostaliśmy taki ciekawy i dojrzały album. Nie jest może to szczyt geniuszu muzycznego, ale warto znać najnowsze dzieło włoskiego Fogalord.

Ocena: 8/10

sobota, 21 października 2017

SECRET SPHERE - The nature of time (2017)

Ostatnim czasy włoski Secret Sphere przypomniał się światu albumem koncertowym i na nowo nagranym "A time never come" i w sumie cały czas wielu czekało na nowe dzieło włoskiej formacji. Zwłaszcza, że w tym roku Labyrinth powrócił z świetnym albumem tym samym powracając w wielkim stylu. Nieco odświeżony i ze zmienionym składem Secret Sphere w końcu wydał nowy album i "the nature of time" to kawał porządnego progresywnego metalu. Zespół pokazuje, że dalej są w formie i stać ich na ciekawy krążek. Michele Luppi jako wokalista sprawdza się i słychać na nowym albumie, że wpasował się w styl tej grupy. Wysokie rejestry, śpiewanie z dbałością o technikę i melodie. Już w przebojowym "The Calling" słychać to idealnie. Mocny, zadziorny kawałek, który szybko wpada w ucho. Wszystko pięknie, lecz można szybko dojść do wniosku, że "The nature of time" to bardzo progresywny album i mało w nim mocnego heavy/power metalu. Mamy soczyste i dopieszczone brzmienie, klimatyczną okładkę, urozmaicony materiał i wiele ciekawych smaczków. Nie można się przy tym materiale nudzić, ale ciężko mówić tutaj o najlepszym dziele Secret Sphere. Ich najnowsze dzieło to płyta doświadczonego zespołu, który wie jak grać progresywny metal. Działają od 1997 r i nagrali 8 albumów tak więc wiedzą co robią. Brakuje nieco kopa i power metalowego ognia. Mamy klimatyczny i nieco romantyczny "Love" i większych emocji dostarcza rozpędzony i zadziorny "Courage". Właśnie taki powinien być cały album. Na płycie pojawia się też mroczniejszy i cięższy "Honesty" czy przebojowy "Faith". Warto też zwrócić uwagę na dynamiczny "Reliance" o power metalowej konstrukcji i rozbudowany "The awakening". Mamy bardzo zróżnicowany materiał i choć nowy album jest solidny, to jednak brakuje mu kopa i power metalowego szaleństwa. Labyrinth mimo wszystko nagrał ciekawszy album i powrócił w lepszym stylu.

Ocena: 6/10

środa, 18 października 2017

POWER QUEST - Sixth Dimension (2017)


Wielka Brytania nie jest w czołówce, jeśli chodzi o power metal. Jednak mają kilka kapel, które są zaliczane do grona tych najlepszych,  a już na pewno rozpoznawalnych. Do tej grupy na pewno zaliczyć Power Quest, który jest sporą konkurencją dla Dragonforce. Wiele osób powie, że ta Power Quest już swoje lata świetności ma za sobą. "Blood Alliance" był ciekawy, solidny, ale miał też sporo wad. Potem zespół przepadł, zawiesił działalność i dopiero w 2016 r udało im się powrócić z nowy składem. Były obawy czy warto, czy są w stanie jeszcze nas zaskoczyć i czy zupełnie nowy skład, gdzie praktycznie został z klasycznego składu tylko Steve Williams podoła wyzwaniu.  Najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Sixth Dimension" nie było zbytnio promowane, ale sam fakt że będzie nowy krążek wzbudzał spore zainteresowanie. 6 lat czekania, ale trzeba przyznać, że było warto. Na pewno imponuje Ashley w roli wokalisty. To jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Śpiewa czysto i bardzo technicznie. Power Quest jest dalej tym samym zespołem grającym melodyjny, słodki power metal, ale w odświeżonej formule. Materiał jest równy, dynamiczny i bardzo przebojowy. To go szybko stawia w gronie tych najlepszych w dyskografii zespołu."Lords of Tommorow" to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o otwarcie albumu. Jest moc, jest energia i chwytliwe melodie. W podobnej konwencji utrzymany jest "Starlight City", który utrzymuje dynamikę płyty.  Typowym kawałkiem jest "Kings and glory", który najlepiej oddaje charakter zespołu. Słodkie melodie nie irytują, a wręcz nadają jej melodyjności. Ostry, zadziorny "Face the raven" ma coś z twórczości Primal Fear co mnie bardzo cieszy. Tutaj swoje atuty ukazuje wokalista Ashley. Hit goni hit i na pewno warto pochwalić za urozmaicony "Revolution Fighters", melodyjny "Coming Home", czy marszowy "The sithx dimension".  Nie ma się do czego przyczepić, bo płyta robi ogromne wrażenie. Jest szybkość, ciekawe melodie i spora dawka pozytywnej energii. Jedna z ciekawszych płyt Power Quest. Bardzo miłe zaskoczenie roku 2017.

Ocena: 8.5/10

DREAM EVIL - Six (2017)

Fani Dream Evil musieli się wykazać nie lada cierpliwością i wyrozumieniem dla zespołu, bowiem 7 lat przyszło czekać na najnowsze dzieło szwedów zatytułowane "Six".W rzeczy samej jest to szósty album studyjny tej formacji, który raczej nie stanie się klasykiem. Nie ma w sobie gracji i polotu z płyt z Gus G, który czynił płyty Dream Evil wyjątkowymi. Gitarzysta Firewind miał w sobie to coś i potrafi zrobić wielką różnicę na płytach, na których jest. Tak też było z innym zespołem który stworzył, czyli Mystic Prophecy. "Six" nie jest też taki przebojowy i energiczny co poprzedni krążek w postaci "In the Night", który wg mnie jest jednym z najlepszych dzieł Dream evil. Niby nowy album idzie w ślady właśnie "In the Night" to jednak jest bardziej toporny i bardziej stonowany. Gdzieś też uleciała przebojowość i jedyne co dostajemy to rzemieślniczy  heavy/power metal, który jest tylko solidny.

Wokalista Nick Night ma bardzo dobry głos i nie raz to udowadnia. Najlepiej wypada w wysokich rejestrach, gdzie zaczyna przypominać Ralfa Sheepersa. Dlatego też dobrze go się słucha w kawałkach mocno przypominających Judas Priest i dobrym przykładem jest "44 Riders". Natomiast gitarzyści Mark i Ritchie jakoś nie porywają swoją grą. Jest dobrze, prawidłowo, ale jakoś tak bez większego pomysłu i nie ma tutaj elementu zaskoczenia. Początek płyty w zasadzie jest obiecujący, bowiem mamy zadziorny i marszowy "Dream Evil", który promował album, a także rozpędzony "Antidote", który jest moim faworytem. Więcej takich petarda i płyta byłaby znacznie ciekawsza. Nieco hard rocka i powiewu lat 80 mamy w przebojowym "Sin City", jednak nie jest to najlepsze co zespół nagrał w swojej historii. Echa Primal Fear mamy w stonowanym, ale bardzo melodyjnym "Creature of the Night", ale nie ma mowy o podobnym poziomie muzycznym. "Hellride" w niektórych momentach złudnie przypomina "War pigs" Black Sabbath. Z kolei "Six hundred and 66" czy "How to start a war" mają w sobie więcej power metalowego kopa co już bardziej zadowala. Mamy jeszcze zadziorny i ostrzejszy "Too loud" oraz spokojniejszy "We are Forever".


"Six" to płyta solidna, heavy metalowa i skierowana choćby do fanów Primal Fear, jednak wszystko jest poprawne i w zasadzie nie ma czym się zachwycać. Płyta jakich wiele na rynku, a szkoda bo dream Evil to doświadczony i sprawdzony zespół, który zawsze wydawał ciekawe wydawnictwa. Tym razem jednak wyszło tylko poprawnie. Brakuje powera i przebojowości z "in the night". Szkoda.

Ocena: 6/10

niedziela, 15 października 2017

ADRENALINE MOB - We the People (2017)

Russel Allen to jeden z najlepszych wokalistów w heavy metalowym światku. Star One, Symhony X i czy projekt Russel/Lande przyniosły mu największy rozgłos i przysporzyło spore grono fanów. Jest to uzdolniony muzyk, który wie jak śpiewać zadziornie, a zarazem technicznie. Ostatnio Russel rozkręca się z zespołem Adrenalina Mob, który powstał w 2011r. Nagrali 3 albumy, a najnowszy "We the people" jest w moim odczuciu najlepszy w ich dyskografii.
Zmiany personalne w sekcji rytmicznej, 3 lata przerwy i już słychać pewne zmiany. Niby zespół dalej gra swoje, czyli nowoczesny heavy metal z domieszką hard rocku i groove metalu, to jednak jest bardziej melodyjnie. Każdy utwór jest bardziej chwytliwy i lepiej wyważony. Riffy są prostsze i o wiele ciekawsze w swojej konstrukcji.Gitarzysta Mike Orlando wygrywa bardziej złożone partie i przede wszystkim więcej w nich gracji i polotu. Nie ma takiego topornego grania i silenia się na konkretny motyw, lecz wszystko jest jak najbardziej naturalne. Tak więc w końcu muzyka Adrenalina Mob trafiła do mnie i na swój sposób zapadła w pamięci. Można się przyczepić, że brzmienie jest takie nieco zbyt przybrudzone, a materiał jest nieco za długi, ale można to zespołowi wybaczyć. Otwierający "King of the Ring" jest nowoczesny, brutalny, ale też melodyjny i atrakcyjny nawet dla tych co nie lubują w takim graniu. Drugi na albumie jest "We the people", który kipi energią i hard rockowym feelingiem. Dużo melodyjności i przebojowości mamy w power metalowym "The killers inside", który pokazuje, że Adrenaline Mob jest w świetnej formie. Zaskakuje pozytywnie spokojniejszy i rockowy "Bleeding hands". Główny motyw jest pomysłowy i zapadający w pamięci. Z kolei "Chasing Dragons" to melodyjny i zadziorny heavy metal, który ma w sobie kopa. Jeszcze nie widziałem, żeby Adrenaline Mob był tak zgrany i dojrzały. Dobrze wypada też ostrzejszy "What you're made of", który pokazuje, że zespół potrafi stworzyć prawdziwą petardę. Na płycie jest też nieco punkowy "Raise em up", nieco thrash metalowy "Ignorance &Greed" czy progresywny "Violent state of mind".No i jeszcze ten świetny cover "Rebell Yell" i czy można lepiej podsumować ten udany krążek? Chyba nie.

W końcu Adrenaline Mob nagrał album dojrzały, energiczny i bardziej przystępny dla słuchacza. Nie brakuje ciekawych melodii czy też przebojów. Bardzo przemyślany i urozmaicony album, który łatwo wpada w ucho. Zmiany personalne i odstęp czasu wyszły na dobre dla zespołu. Polecam najnowsze dzieło Adrenaline Mob.

Ocena: 8/10

czwartek, 12 października 2017

SEVEN KINGDOMS - Decennium (2017)

Gdy się patrzy na okładkę najnowszego krążka Seven Kingdoms to pierwsze skojarzenie to gry komputerowe pokroju Halo czy Unreal, ale jednak mamy do czynienia z albumem power metalowym. Seven Kingdoms to amerykańska formacja, która działa od 2007r i stara się łączyć stylistykę Iced earth, wczesnego Dark Moor czy white Skull. Grają szybki, melodyjny i energiczny power metal, w którym kluczową rolę odgrywa wokalistka sabrina Valentine. Ma coś z operowych wokalistek, ale też z tych bardziej heavy metalowych. Potrafi zaskoczyć zadziornością i wysokimi rejestrami. Zespół ma na koncie 4 albumy i zdołał podbić amerykańską scenę metalową, ale i też i zagraniczną. Kapela znalazła swój styl i w zasadzie można ich pochwalić za pracowitość i nagrywanie solidnych albumów. "Decennium" to świetna kontynuacja "The Fire is mine", który jest jednym z najlepszych wydawnictw tej grupy. Nowe dzieło niczym nie zaskakuje, chyba że tym, że udało się utrzymać wysoki poziom muzyki. Kevin i Camden tworzą zgrany duet gitarowy i ich pojedynki na solówki i ostre riffy są główną atrakcją całości. Już otwieracz "Stargazer" jest tego najlepszym dowodem. Dynamiczny i przebojowy "Undying" to power metal w czystej postaci. Kolejną świetną petardą na płycie jest nieco ostrzejszy "In the Walls", który podkreśla jak bardzo melodyjny jest album. "Castles in the Snow" to kawałek o bardziej heavy metalowym charakterze i  w takiej tonacji Seven Kingdoms wypada znakomicie. Nowy album jest bardzo dynamiczny i power metalowy, tak więc dominują petardy pokroju "The Faceless Hero" czy "Kingslayer". Końcówka płyty to rozpędzony "Hollow" i przebojowy "Awakened from nothing". Nie ma tutaj słabych utworów i każdy to hit, który szybko wpada w ucho. Seven kingdoms tym albumem potwierdza swój talent i zasłużone miejsce w power metalu wśród tych najlepszych.

Ocena: 8/10