Strony

czwartek, 30 czerwca 2022

RESISTANCE - Skulls of My enemy (2022)

Amerykański Resistance ma swoje korzenie w latach 80 i 90, jednak ich okres działalności przypada na lata  2002 - 2022. Po dwudziestych latach przyszedł czas na 4 pełnometrażowy album, który jest w zasadzie tym do czego nas band przyzwyczaił, czyli porcją znakomitego heavy/power metalu. W ich muzyce można znaleźć wpływy Mystic Prophecy, Brainstorm, Primal Fear, ale też coś z Judas Priest, Iron Maiden czy Liege Lord. Band od lat trzyma wysoki poziom i ostatni album "Metal Machine" z 2017r miło wspominam. 5 lat minęło, a band brzmi jeszcze drapieżniej i dowodem tego jest najnowsze dzieło zatytułowane "Skulls of my enemy". Czyżby ich najlepszy album w dorobku?

Przepiękna, pełna epickości i różnych detali okładka wiele zdradza. Rycerski klimat unosi się i jest wyczuwalny na płycie. W 2018 r band zasilił Nano Lugo i objął on funkcję drugiego gitarzysty. Razem z Dan Luno tworzą zgrany duet i słychać że panowie nie zapominają o klasycznych patentach i amerykańskim heavy/power metalu z lat 80 czy 90.  Panowie dostarczają sporo mocnych riffów i wciągających melodii. Dzieje się w tej sferze i słuchacz nie ma powodów do narzekania. Kto napędza ten band najbardziej? Bez wątpienia charyzmatyczny wokalista Robert Hett, który potrafi dodać kompozycjom mocy i drapieżności. Ma wyrazisty głos i ciekawą barwę, która przybliża nam stare dobre płyty z kręgu us power metalu. Wszystko jest na miejscu i brzmi tak jak powinno. Jak przedstawia się zawartość?


Na krążku znajdziemy 9 utworów i każdy robi wrażenie. Intro "Call to Arms" jest takie klasyczne i buduje napięcie. To jest to. "Valhalla has locked its Doors" i tutaj band rusza  z grubej rury. Mocny riff, szybkie tempo i słychać, że wracają z podwojoną siłą. Brzmi to obłędnie i taki heavy/power metal to ja uwielbiam. Dalej mamy niezwykle chwytliwy "On Dragon Wings" i ileż tutaj świeżości i przebojowości. Niby nie odkrywają niczego nowego, ale ten odgrzany kotlet naprawdę smakuję i chce się dokładkę. Judas Priest z czasów "Painkiller" to ja kocham  i to co słyszę w "Earthshaker" zabiera mnie do tamtej płyty. Niezwykła energia i drapieżność. No jest moc. Kolejny killer to rozpędzony "Nordic Witch" i znów band imponuje wyczuciem smaku i pomysłowością. Oj cieszą słuchacza takie dźwięki. Klasyka, hołd dla mistrzów, ale nie chamskie "kopiuj-wklej". Znakomity jest refren w "Templers Creed" i znów brzmi to naprawdę dobrze i band wykorzystuje swój potencjał. Stonowany i nieco mroczniejszy "Awaken the necromencer" też jest niezwykle uroczy i ten wokal z klasycznymi partiami gitarowymi no wbija w fotel. Na koniec jeszcze perełka "Metalium", który brzmi nieco jak Hammerfall z  Metal Church. Killer. Chce się więcej, a to już niestety koniec płyty.

Niespodzianka? I owszem, bo nie liczyłem, że band nagra jeszcze coś lepszego niż "Metal Machine" a tu band mnie zaskoczył pozytywnie. Słabych punktów brak. Band pokazał, że można odświeżyć znane patenty i zagrać z miłości do heavy/power metalu. Warto było czekać 5 lat, bowiem to najlepsze co nagrał ten zasłużony band. Brawo Panowie!

Ocena: 9.5/10

niedziela, 26 czerwca 2022

MUNICIPAL WASTE -Electrified Brain (2022)

Pozycja amerykańskiego Municipal Waste na rynku muzycznym nie jest zagrożona. To jeden z bardziej doświadczonych zespołów, które dzielnie reprezentują klasyczny thrash metal. Każdy kto lubi muzykę w stylu Anthrax,  Gama Bomb czy Havok ten bez wątpienia po lubi twórczość tej formacji. Obecnie band powrócił z nowym albumem i "Electrified Brain" to już 7 album w ich dyskografii i tylko umacnia ich pozycję.

Obyło się bez niespodzianek. Dostajemy tutaj rasowy thrash metal, w którym nie brakuje zadziorności, pazura, agresji, ale też i dobrych melodii. Wszystko przemyślane i poukładane. Piękna okładka, który nieco przypomina mi okładkę Iron Maiden z czasów "siódmego syna"  i do tego mocne, dobrze wyważone brzmienie. Wszystko znakomicie współgra. Mocnym atutem amerykanów jest wokalista Tony Foresta, który od lat jest motorem napędowym zespołu. To on nadaje charakteru całości. Z kolei Nick i Rayn odpowiadają za odpowiednie tło. Tym razem grają klasycznie i nie ma eksperymentowania. Mam jednak pewne zastrzeżenie. 14 utworów całość trwa 33 minuty i szkoda że panowie poszli w dużą ilość krótkich kawałków. Najdłuższy utwór liczy 3minuty i to trochę śmieszne zjawisko.

Zawartość jest mocna i to trzeba przyznać. Już na wstępie atakuje nas "Electrified Brain" i tutaj mimo mocnych dźwięków pojawiają się myśli, że coś za krótko trwa ten utwór. Jakby ktoś specjalnie uciął. Klasycznie brzmi też zadziorny "Demoralizer" i to jest thrash metal jaki kocham. Słychać w tym wszystkim echa lat 80 czy 90. Taki rozpędzony "Last crawl" zaspokoi maniaków kreator czy Exodus. "The bite" trwa troszkę ponad minutę i szkoda, bo mógł trwać znacznie dłużej. Rzeczywiście "High speed steel" to uczta dla maniaków starego dobrego speed metalu. Główny riff to prawdziwa petarda i sam kawałek niesie sporo energii. Jest jeszcze punkowy "Crank the heat", czy niezwykle melodyjny "restless and wicked". kolejne szybkie i treściwe killery to "berreled rage" czy wieńczący płytę "paranormal janitor".

Bardzo udany album, ale to było do przewidzenia kiedy płytę wydaje Municipal Waste. Jest klasyczny thrash metal z ciekawymi riffami i melodiami. Troszkę zmieniłbym konstrukcję samego albumu i pokusił się o bardziej zróżnicowany materiał. Nie jest źle i naprawdę dobrze się tego słucha. Warto posłuchać jak brzmi ten doświadczony band, po niemal 21 latach działalności.

Ocena: 8.5/10

ALESTORM - Seventh Rum of a seventh rum (2022)


 "Curse of the crystal Coconut" to był nie wypał jeśli chodzi o dokonania Alestorm. Zbyt śmieszny, zbyt dyskotekowy i kiczowaty jak na mój gust. Nie liczyłem, że Christopher Bowes tak szybko zrekompensuje ten wypadek przy pracy. Po dwóch latach przerwy brytyjski Alestorm powraca z nowym albumem i "Seventh Rum of The Seventh Rum" to jeden z ich najlepszych albumów.

Powraca radość i ciekawe pomysły, a przede wszystkim dobra muzyka. Cieszy piękna okładka i tytuł, który nawiązuje do twórczości Iron Maiden. Tym razem Christopher przysiadł do kompozycji i stworzył materiał, który może rywalizować z najlepszymi płytami Alestorm. Jest dużo humoru, radości, chwytliwych melodii, a przede wszystkim to folk power metal pełna gębą. Christopher to jednak specjalista od pirackiego metalu. 


42 minuty świetnie wywarzone materiału znajdziemy na płycie i to jest 100% alestorm. I to wszystko za co ich pokochaliśmy. Taki otwieracz "megallans Expedition" to rasowy otwieracz Alestorm. Jednak jest coś więcej. Jest pazur, jest energia i epicki refren. Alestorm powraca w wielkim stylu. Dalej mamy przebojowy i pełen energii "the battle of cape fear River". Znowu mamy piracki refren i sporo ciekawych motywów.  Brzmi to naprawdę świetnie. Niby kiczowate jest "Cannonball" ale to jeden z największych hitów na płycie i główna melodia po prostu wymiata. Dyskotekowy "p.a.r.t.y." też  zalatuje kiczem, ale to taki piracki odpowiednik beast in black. Radosny i bardzo przebojowy kawałek, który w pełni oddaje styl Alestorm.  W podobnych klimatach mamy "Under blackened banners" który znów wprowadza dyskotekowe melodie. Nieco odświeżona formuła alestorm, ale swój charakter zachowali. Kolejny killer na płycie to bez wątpienia tytułowy "Seventh Rum of a seventh Rum". Znakomita mieszanka folk metalu i power metalu. Christopher potrafi stworzyć prawdziwa perełkę. Jest jeszcze radosny i nieco kiczowaty"come to brazil" i killer w postaci "return to torruga".

Wyszedł tym razem mega przebojowy album, który opiera się na folkowych melodiach, pirackim klimacie i mocnych riffach. Alestorm troszkę odświeżył formule, pokazał że i nieco dyskotekowe dźwięki pasują do muzyki Alestorm. Christopher wie jak nagrać świetny album i nowy Alestorm jest tego świetnym przykładem. Nie wiem jak wy, ale ja świetnie się bawiłem. Jeden z najlepszych albumów Alestorm i taka jest prawda. 

Ocena 9. 5/10

sobota, 25 czerwca 2022

VICTORIUS - Dinosaur Warfare pt 2 : The great Ninja War (2022)


 W każdy z nas drzemie coś z dziecka. Lubimy wracać do mangi typu Dragonball, komiksów, seriali czy bajek z dzieciństwa. Czemu nie wykorzystać tego tematyki w muzyce? Pomysł może nie jest zły, bo przecież taki Animetal Usa pokazał, że można. Niestety można ponieść też klęskę co pokazał Dragonforce na swoim ostatnim krążku. Niemiecki Victorius też poszedł w tym kierunku i ich "Space ninjas from Hell" czy wreszcie mini album "Dinosaur warfare" to taki słodki power metal, w którym wymieszane są patenty Freedom Call, Hammerfall z właśnie wesołkowatym Dragonforce czy Helloween. Nic w tym złego, o ile pomysły i sama muzyka są świetne i przemyślane. Victorius ostatnio pokazał, że można tak brzmieć. Nowy album "Dinosaur warfare pt 2: the great war" to kontynuacja stylu wypracowanego na poprzednich płytach. Power metal dla dzieci? Nie dajmy się ponieść też emocjom.

Skład bez zmian, ale to nie dziwi bo band znakomicie funkcjonuje. Jak zawsze miło jest posłuchać poczynienia gitarzystów. Dirk i Flo stawiają na klasykę i chwała im za to. Wizytówka Victorius od samego początku jest głos Davida Babina. Lata lecą, a on wciąż zachwyca swoim niesamowitym głosem. O to chodzi w power metalu. Dla jednych wstyd jest słuchać tam slodkiego, może dziecinnego power metalu. Jednak ten gatunek zawsze był tak oceniany. Czy freedom call, trick or treat czy wczesny helloween nie były wysmiewane? Póki są ciekawe melodie, energia i masa hitow to ja idę w ten lukrowy świat Victorius. Dobrze jest być znów dzieckiem. Przednia zabawa. 


Już na wstępie dostajemy dwa świetne killery. "Victorius dinogods" to może i kiczowate i banalny power metal, ale szybko wpada w ucho i ja to kupuje. Panowie dobrze się czują w tej stylizacji i słychać że to nie kreowanie czegoś na silę. Przebojowy "mighty magic mammoth" niszczy chwytliwym i wciągającym refrenem. Panowie dają tu czadu i nic dziwnego że wybrano ten kawałek na singiel. Echa stratovarious słuchać w energicznym "Jurasic jetfighters". Kolejny killer to "Dinos and dragons" który również promował album. Słychać tu coś z Hammerfall czy Bloodbound. Znów atakuje nas prosty i mega przebojowy refren. Jest moc. Ciekawie wypada marszowy "Katana kingdom rising" i znów band błyszczy. Cały czas jest przebojowo i każda melodia jest bardzo chwytliwa. Czy szybki "god of roar" czy "triceps  ceratops". Jest kicz, ale wszystko to co najlepsze w słodkim power metalu.  Z kolei taki "tyrannosaurus steel" czerpie garściami z Hammerfall, powerwolf czy rhapsody. Niezwykle podniosły kawałek. Wesoły "powerzord" idealnie wieńczy płytę. Brakuje może większego urozmaicenia, może jakiejś ballady, może jakiegoś kolosa, ale widać taki miał być ten album. 

Victorius idzie w zaparte i dalej chce zabawiać wesolkowatym power metalem z dziecinnymi tekstami. Czasami trzeba też się zabawić i oderwać od szarej rzeczywistości. Ta płyta sprawdza się idealnie. Znów czuje się jakbym miał 10 lat. 

Ocena :9/10

wtorek, 21 czerwca 2022

VYPERA - Eat Your Heart Out (2022)


 Vypera to kolejny młody band, który próbuje swoich sił w muzyce. Ten szwedzki band, który powstał w 2016 r i postanowił podbić rynek hard rocka i heavy metalu. Na pewno dwie rzeczy przyciągają uwagę, jeśli chodzi o ich debiutancki album zatytułowany "Eat your heart out". Po pierwsze album ukazał się pod skrzydłami wytwórni Frotniers Records, która ma intuicję do wydania ciekawych płyt. Druga ważna rzecz, to fakt, że nad całością czuwał Ced Forsberg. Każdy kto lubi muzykę w stylu Dokken,Helix,czy Wasp, ten z pewnością szybko przekona się do debiutu tej kapeli.

Okładka nie wiele zdradza, ale zapada w pamięci. Brzmienie na płycie też jest z górnej półki. Pozwala uchwycić klimat lat 80 i podkreślić talent muzyków. Panowie mają pomysł na siebie i w efekcie powstał ciekawy materiał, który zabiera nas faktycznie do najlepszych płyt hard rockowych z lat 80. Mocnym punktem Vypera jest bez wątpienia wyrazisty i emocjonalny wokalista Andreas Wallstrom. Kawał dobrej roboty robi gitarzysta Christoffer Thelin, który stawia na sprawdzone patenty i klasyczny wydźwięk. Całość brzmi jakby została nagrana lata temu.

Band zaczyna z grubej rury, bo otwieracz "Slow Me down", nie cechuje się z pewnością wolnym tempem. To soczysty heavy metal rodem z lat 80. Jest energia, klimat i duża dawka przebojowości. Brawo Panowie! Spokojnie, wręcz balladowo zaczyna się "Standing on the Edge", ale szybko przeradza się w prawdziwą ucztę dla fanów hard rocka. Brzmi to znajomo, ale słychać że panowie też sporo od siebie dają. "Sierra" to jeden z mocniejszych utworów na płycie i znów znakomicie uchwycono lata 80. Riff prosty, ale bardzo treściwy.  Band przyspiesza w "Rock'n Roll" i to też kawał świetnego heavy metalu. Co za energia i melodyjność bije z tego kawałka. Nie brzmi to jak utwór z roku 2022. Dalej jest równie ciekawie, bo pojawia się przebojowy "Danger" czy stonowany i pełen pazura "Straight for the kill". Warto też wspomnieć o dynamicznym "Cold As Ice".

Takich płyt jest pełno. Dużo powstaje teraz płyt w klimat lat 80, gdzie dochodzi do mieszania stylistyki hard rocka i heavy metalu. Nie wszystko jest dobre, a niektóre kapele przepadają. Tutaj jest inaczej. Drzemie ogromny potencjał. "Debiut" to słowo nie pasuje do tej płyty. Znajdziemy na krążku Vypera dobrze skrojony heavy metal z nutką hard rocka. Panowie nie kopiują kapele z lat 80, lecz brzmią jakby grali w tamtych czasach. Całość brzmi autentycznie i słucha się tego z wielką przyjemnością. Niby nic odkrywczego, a jest to muzyka prosto z serca dla miłośników heavy metalu lat 80. Czekam na kolejne płyty tej formacji, bo coś czuje że jeszcze nie raz nas zaskoczą. Gorąco Polecam!

Ocena: 8.5/10

niedziela, 19 czerwca 2022

ICONIC - Second Skin (2022)


 Iconic to kolejna supergrupa wykreowana przez wytwórnię Frontiers records. W skład jej wchodzą wielkie nazwiska z gatunku hard rocka. Jest gitarzysta Micheal Sweet z Stryper, jest również gitarzysta Joel Hoekstra z Whitesnake, na basie Marco Mendoza z Twisted Sister, perkusista Tommy Aldridge z Whitesnake. Na wokalu świetny Nathan James z Inglorious. Wpływy macierzystych kapel usłyszy na debiutanckim krążku "second skin" i wiecie co? To kawał dobrze skrojonego hard rocka. 


Od samego początku słychać, że tu nie grają wielkie nazwiska, a doświadczenie i pomysł na dobry hard rockowy materiał. Płyta jest pełna klasycznych dźwięków. Nie brakuje hitów czy ciekawych melodii. Jak przystało na płyty wydane przez Frontiers Records jest mocne, czyste i pełne klasy brzmienie. Jest też i przyciągająca uwagę okładkę. Muzyka w tym wypadku sama się broni.

Klasycznie brzmi otwierający "Run", który nawiązuje do twórczości Inglorious czy właśnie Whitesnake. Niby nic nowego, a dostarcza sporo frajdy.  Band potrafi zagrać troszkę szybciej i z pazurem co potwierdza to dynamiczny "Second Skin". Klimatyczny i bardzo romantyczny "All i need" to miły ukłon w stronę takich perełek od Whitesnake. W podobnych klimatach mamy "This way". Więcej hard rockowej zadziorności znajdziemy w "it aint over" czy "All about".

Jest klimat lat 80, doświadczeni muzycy i w efekcie powstał solidny album hard rockowy. Do geniuszu troszkę tej płycie brakuje. Troszkę za dużo takich romantycznych dźwięków, za mało kopa i hitów, który by rzuciła na kolana. Dobrze się tego słucha, a płyta jest przemyślana, tak więc nie ma mowy o klęsce. Brakuje mi "kropki nad i" i ostatecznego szlifu. Potencjał jest i zobaczymy czy ten band będzie z prawdziwego zdarzenia czy chwilową odskocznią dla tych wielkich muzyków od ich macierzystych kapel. Czas pokaże.

Ocena: 7/10

MAGICA - Luna Nebuna (2022)


 Szok i nie dowierzanie. Po 10 latach milczenia wraca jedna z potęg rumuńskiego heavy/power metalu czy Magica. Wydali kilka udanych płyt, nagrali ciekawy cover Running wild i potem przepadli. Co mają teraz do zaoferowania? Nowy album zatytułowany "Luna Nebuna" i tylko szkoda, że wszelkie oczekiwania mijają wraz z zapoznaniem sie z owym materiałem. Niestety, ale to kolejne tegoroczne rozczarowanie.

Co z tego że jest dalej ta sama wokalistka Ana Mladinovici i gitarzysta Bogdan? Co z tego że nawet trzymamy się stylistyki heavy/power metalu? Jak tu po prostu nie ma nic ciekawego, nic się nie klei. Mało spójny materiał, który nudzi. Już kiczowata okładka daje sygnał, że coś jest jednak nie tak.


"Luna nebuna" jako otwieracz nie spwdza się. Wieje juda i nawet warstwa instrumentalną jest bez mocy u wyrazu.  Troszkę lepszy jest "send me a sign", ale to 4 liga heavy/power metalu.  Dalej mamy nijaki "little girl" gdzie główny motyw gitarowy jest totalnie nie trafiony. Szukamy dalej jakiś plusów. Najciekawszy z całej płyty jest "you should have run". Coś w końcu zaczyna się dziać. Też jakieś plusy można znaleźć w melodyjnym "blind".


10 lat czekania i wydać takie coś? Ciężko napisać coś pozytywnego. Kapela która grać potrafi i ma swoje grono fanów marnuje swoja szanse na wielki powrót. Straszne nudy i nawet największemu wrogowi tego nie polecam. Zostań tylko nazwa Magica. Rozczarowanie roku? Bez wątpienia tak.

Ocena 2/10

sobota, 18 czerwca 2022

TUNGSTEN - Bliss (2022)


 Kiedy większość kapel kopiuje kogoś i czerpie garściami od starszych kolegów, tak szwedzki Tungsten idzie pod prąd i nie wybiera łatwej drogi. Trzeba mieć odwagę by mieszać patenty industrialne, folkowe z power metalem. Ten band pokazuje, że można i nie brzmi to wcale źle. Do tej pory potrafiłem się wgryźć w ich materiał dość w miarę szybko. Z trzecim albumem zatytułowanym "Bliss" który ukazał się 17 czerwca nakładem Arising Empire miałem troszkę problemów. Za dużo elektroniki i tych patentów industrialnych. Mimo tego warto dać szansę, bo być może to płyta właśnie dla was.

Przede wszystkim znów wielkie brawa dla zespołu za świetne, pełne dynamiki brzmienie i przepiękną okładkę frontową, która zdobi album. Wszystko pięknie, a jak sama muzyka?

No z tym różnie. Płyta wg mnie nie jest równa, Mamy hity, ale też momentami zalatuje kiczem. Sporą robotę robi wokalista Mike Andersson czy Karl Johannson, który odpowiada za harsh wokale, Jest urozmaicenie, jak i na poprzednich płytach, a gitarzysta Nick Johansson stawia na ciekawe melodie. Tylko nie zawsze wszystko jest takie piękne, jak to panowie przedstawiają.


Band potrafi łączyć różne światy muzyczne i efekt na pewno jest ciekawy. Nowy album stara się być bardziej mroczny. W muzyce Tungsten są też patenty klasyczne i to one są dla nie prawdziwa atrakcją. Kiedy wkracza otwieracz "in the center" to mam ciary. Nie pewny klimat, mocny riff i duża dawka nowoczesnego power metalu. Brzmi to ciekawie i jest powiew świeżości. Piękny i melodyjny "dreamers" momentami zalatuje Nightwish. Świetnie and tu wyważył przebojowość i delikatośćz power metalowa konwencją. Szlag mnie trafił przy "march along". Za dużo elektroniki i industrialnych patentów rodem z płyt Ramstein. No i taki kawałek zachwiał moja równowagę. Za dużo band tu przekombinował. Więcej klasycznego grania uświadczymy w nastrojowym "Heart of rust". Kolejny kiczowate i denerwujący utwór to "Come this way" i za mało tutaj power metalu, a za dużo industrial metalu. Tytułowy "bliss" przejawia więcej agresji i mrocznego klimatu. Utwór ma swój charakter i zapada w pamięci. Płyta ma dobre melodie i dobrym tego przykładem jest "afraid of light". Świetny refren, prosta i chwytliwa melodia i wyszedł killer. Tungsten to band z potencjałem i potrafią nie raz bardzo pozytywnie zaskoczyć. Power metal wybrzmiewa też w "eyes of the Storm". Niby nic odkrywczego, a jest radość z sluchania. 


"Bliss" to kontynuacja tego do czego przyzwyczaił nas Tunsten. Brawa ze maja swój styl i nie idą na ktwizne. Szkoda tylko że same utwory nie dopracowane. Najgorsze to te industrialne koszmarki. Płyta miewa sporo pozytywnych dźwięków, więc zasługuje na zaznajomienie się. Poprzednie albumy bez wątpienia robiły większe wrażenie. 

Ocena 6/10

SEVEN KINGDOMS - Zenith (2022)


 Długo kazał czekać seven kingdoms swoim fanom na nowy materiał. Ta amerykańska formacja działa od 2007r i póki co nie zawodziła swoich wyznawców i miłośników power metalu. Najnowsze dzieło zatytułowane "zenith" też nie zawodzi. 5 lat przyszło czekać fanom na piąty album tej grupy. Cieszy fakt, że skład i stylistyka bez zmian.

Na styl i charakter Seven Kingdoms spory wkład ma duet gitarowy Cruz/Byrd i panowie znakomicie się rozumieją. Wygrywają chwytliwe i wciągające riffy, nie brakuje też energicznych solówek. Wszystko rozegrane klasycznie i z dbałością o detale. Grać potrafią, to na pewno. Czasami może nie trafia do mnie dany pomysł, ale nowy album to znów dobry poziom partii gitarowych. Wystarczy odpalić taki "Diamond Handed", by zrozumieć o czym pisze.  Seven Kingodms nie byłby sobą gdyby nie charakterystyczna wokalistka Sabrina Valentine. Jej głos idealnie pasuje do takiego grania.  Drugi kawałek na płycie to zadziorny " A silent remedy" i od razu przypominają mi się złote czasy white Skull. Naprawdę dobrze się tego słucha. Nieco zwalniamy w spokojniejszym i nieco bardziej hard rockowym "Love Dagger".  Ciekawy klimat panuje w marszowym "Empty Eyes", ale już tutaj nieco band obniża poziom. Nieco słabszy moment płyty wynagradza nam przepiękny" Magic in the mist", który oddaje w pełni to co najlepsze w power metalu. Końcówka płyty jest na pewno bardzo udana bo pojawia się przebojowy "The water dance" czy bardziej agresywny "Life signs".

Seven Kingdoms znów nagrał solidny album z klasycznym power metalem. Niczym band nie zaskakuje i dostarcza nam sprawdzone patenty. Pojawiają się słabsze momenty, ale jako całość album wypada dobrze i zasługuje z pewnością na uwagę fanów power metalu. Kto lubi poprzednie płyty, to polubi i ten.

Ocena: 7.5/10

piątek, 17 czerwca 2022

CIVIL WAR - Invaders (2022)


 Kiedy w 2016r obeszła świat wiadomość że Nils Patrik Johansson opuszcza szeregi szwedzkiego Civil War. Był szok i nie dowierzanie, bowiem panowie razem stworzyli wielki zespół i wbili się do czołówki power metalu. Stając się lepsza wersja sabaton. Kelly Sundown Carpenter został następca Nilsa i od 2017 r jest ważnym ogniwem zespołu. Szybko rozwiał wątpliwości i nawet można rzec że wyniósł zespół na jeszcze wyższy poziom. Ten głos niszczy powala na kolana. W końcu to człowiek który śpiewał w Adagio czy Iron maska. Co ciekawe zespół opuścił w 2021 r gitarzysta rikard Sunden a jego miejsce zajął inny gitarzysta Sabaton, czyli Thobbe Englund. Ten nowy, odrodzony po 6 latach przerwy band powraca z 4 albumem zatytułowanym "Invaders". Znów prawdziwa uczta dla fanów power metalu jak i Sabaton. Jest jednak jedno ale...


Odziwo mimo zachwytów i euforii nowym składem, to muzycznie jest to najslabszy album Civil war.  Jest rozmach, świetne riffy i przeboje. Jest świeżość, a nie kopiowanie na siłę Sabaton. Panowie mają swoją ścieżkę. Niestety druga część płyty jest troszkę słabsza. Mamy nierówności i niedociągnięcia, ale to wciąż wysoki poziom. Dla niektórych wciąż nie osiągalny.


Piekna okladka, mocne i soczyste brzmienia to tym razem za mało żeby ukryć wady tego krążka. Single z tej płyty są genialne i stanowią ozdobę tej płyty. Pełen orientalnych dźwięków "Oblivion" jest zaskakujący i pełen świeżości. Pamiętam jakie wrażenie wywarł na mnie przed laty "dead Mans glory". Utwór niezwykle przebojowy i pełen odesłany fo sabaton czy wcześniejszych płyt civil war. No i ten Carpenter na wokalu. Co za popis swojego talentu. Jeden z najlepszych wokalistów na obecnym rynku. Można delektować się również energicznym "Invaders". Nie porwał mnie stonowany "Andersonville", który momentami przy nudzą. Słuchając "carry on" to miałem wrażenie, że leci battle beast. Nie jest to zły utwór, ale nie ma takiego pazura co choćby singlowe utwory. Mamy jeszcze 3 killery w klimatach sabaton i mowa tu o "battle of life", "soldier and kings" czy "warrior soul".  Świetne kawalki z mocnymi riffami i prawdziwym power metalowym kopem.  Oddaj one w pełni kunszt civil war.


6 lat przyszło czekać fanom Civil war na nowy materiał. Było dużo przeszkód, ale w końcu się udało wydać nowy materiał. To dalej civil war jaki kochamy z tymi podniosłymi refrenami i bojowym klimatem. Jest nieco słabiej niż na poprzednich, ale to wciąż wysoki poziom. Nie zawiedli i do tego nie próbują być klonem Sabaton, co się bardzo ceni. Brawo!


Ocena :9/10

JORN - Over the horizon Radar (2022)


 Choćby Jorn zaczął śpiewać do muzyki pop cyz pop rocka to i tak bym posłuchał jego płyt bo to jeden z najlepszych wokalistów stąpających po ziemi. Ta charyzmą i te emocje które zawsze potrafi przekazać to niezapomniane przeżycie. To jest prawdziwy mistrz. Ostatni album "life on death road" to jeden z najlepszych albumów jakie nagrał to też liczyłem po cichu, że i nowy album utrzyma wysoki poziom. Nowy album zatytułowany "over the horizon radar"  ukazał się 17 czerwca nakładem frontiers records. Ta wytwórnia ostatnio wydaje same świetne płyty z muzyką z pogranicza melodyjnego metalu i hard rocka. Tak też jest i tym razem. 


Skład tym razem również uległ zmianie. Został Del Vecchio na klawiszach i pwrskusiat Jovino. Pojawił się Adrian SB na gitarze, jest też basista Labyrinth czyli NIK Mazucconi. Najważniejsza informacja to taka ze wrócił gitarzysta Torę moren który przecież mocno ukształtował muzykę Jorna. Słychać te nawiązania do czasów "worldchanger", ale cieszy fakt że są też i patenty Masterplan czyy też klasycznych hard rockowych tuzów jak deep purple. Ogólnie płyta robi bardzo pozytywne wrażenie, choć na kolana nie powaliła swoją zawartością

Okladka trochę taka nie w stylu Jorna, natomiast brzmienie i ustawienie instrumentów to czysta perfekcja. Jorn od samego początku czaruje swoim głosem i to jest właśnie potęga jego głosu. Przepiękny jest tytułowy Over the horizon radar" i ten klasyczny riff rodem z lat 80 jest uroczy. Przypominają mi się złote czasy rainbow czy deep purple. No jest coś w tym kawalku, że na długo zostaje w pamięci. Dalej mamy " dead london" który wciaga intrygującym riffem i nieco progresywnym zacięciem. Niesamowity klimat panuje w złożonym "my rock and roll" i znów czuć klimat lat 80 i wpływy wielkich zespołów. Klasa sama w sobie i kawałek znakomicie wciaga w ten mroczny klimat. Klasyczny Jorn wybrzmiewa w melodyjnym "one man war" i znów niezła dawka emocji i klasycznego hard rocka. Te dźwięki po prostu płyną i traci się poczucie czasu. Proste motywy, ale właśnie takie są najlepsze.  Fani Masterplan pokochają taki zadziorniejszy "black phoenix" i to kolejny mocny punkt tej płyty.  Mocno wkręcił mi się "in the dirt" który też jest świetnym hołdem dla heavy metalu i hard rocka lat 80. Jest klasycznie i z pomysłem, a to przedkłada się na jakość.  Całość wieńczy perełka w postaci "Faith bloody Faith" z którą Jorn chciał wystartować w Eurowizji. Szkoda ze się nie udało, bo utwór jest mega przebojowy. Co za riff i co za refren. Prawdziwy hicior.

Czego mi zabrakło? Może kilka zrywów, może jakieś 2 petardy? Mimo że troszkę będę narzekał to i tak jest to jedna z najlepszych płyt Jorna i śmiało można ją polecić. Klasa sama w sobie, a przecież Jorn wie jak nagrać materiał w klimatach heavy metalu i hard rocka. Brawo Jorn i dziękuje za twój głos i muzykę.

Ocena : 8.5/10

wtorek, 14 czerwca 2022

GENGIS KHAN - Possessed by the moon (2022)


 Nic się nie zmieniło w muzyce włoskiego Gengis Khan. Panowie dalej grają solidny heavy metal, czerpiąc sporo z lat 80. Najnowsze dzieło zatytułowane "Possessed by the moon" to już ich 3 album, który potwierdza że band grać potrafi i jest to muzyka, która może się podobać. Nowy krążek podsumowuje to co Gengis Khan prezentował do tej pory. Obyło się bez niespodzianek i dostaliśmy solidny heavy metalowy krążek.

To jest płyta skierowana do poszukiwaczy czegoś świeżego czy pomysłowego. Band idzie utartymi szlakami i nie próbują nawet eksperymentować. Ich muzyka albo może się podobać albo i nie. Motorem napędowym zespołu są gitarzyści Mike i Nail, który stawiają na klasyczne rozwiązania. Dostajemy solidną porcję riffów i wpadających w ucho melodii. Brakuje może nieco agresji, jakiś świeżych pomysłów, który podniosły by wartość owej płyty. Troszkę słabszym ogniwem jest specyficzny wokalista Frank Leone. Jedynie co mi się podoba to że momentami brzmi niczym wokalista Powerwolf.

Klimatyczna okładka przyciąga uwagę i jest na pewno miłym dodatkiem. Brzmienie też nie zawodzi i bardzo dobrze współgra z zawartością. Na pewno furorę robi przebojowy "Possesed by the Wolf" i czy tylko ja tu słyszę nawiązania do Powerwolf? Kawał dobrej roboty. Rozbudowany i marszowy "In the name of glory"  też wypada całkiem przyzwoicie. Partie gitarowe są tutaj największą ozdobą. Dobrze wypada też energiczny "Extreme power" i podobne emocje wzbudza rozpędzony "Sandman". Do grona ciekawych kawałków zaliczyć warto "Long Live Rebels". Mocny riff robi tutaj robotę.

Jest sporo udanych utworów, ale są też i słabsze momenty, gdzie wkrada się rutyna i lekkie znużenie. Band grać potrafi i troszkę nie wykorzystuje swojego potencjału. Płyta niestety tylko dobra, ale  i tak zasługuje na uwagę fanów heavy metalu z nutką power metalu. Genghis Khan swoich fanów na pewno nie zawiódł.

Ocena: 7/10

sobota, 11 czerwca 2022

WIND ROSE - Warfront (2022)


 Nie, to nie jest recenzja gry komputerowej, chociaż okładka wiele na to wskazuje. Przyszedł czas na najnowsze dzieło włoskiej formacji Wind Rose, które nosi tytuł "Warfront". Nie miałem żadnych oczekiwań względem tej płyty, ponieważ od lat ta kapela reprezentuje średniej klasy power metal.  Jednak prezentowane single z nowej płyty zwiastowały jednak coś znacznie ciekawszego niż na ostatnich płyt. Odpaliłem płytę i wiecie co? Śmiem twierdzić, że to ich najlepszy album.

3 lata przyszło czekać fanom na nowy album i zespół nie zmarnował tego czasu. Dopracował swój materiał, dopracował swój styl i teraz już nie ma miejsca na fuszerkę i zgrzyty. W końcu jest radość z słuchania ich muzyki. Nie tylko pojawiają się ciekawe melodie i wyraziste riffy, ale jest rycerski klimat i dbałość o detale. Troszkę zabrakło mi mocy i może większej liczby petard, ale nie zmienia to faktu że płyta trzyma wysoki poziom i jest najlepszym co band stworzył do tej pory. Słychać, że rozwinął się nam wokalista Francesco, który ma ciekawą barwę głosu. Jego głos jest zadziorny i taki idealny do rycerskiego power metalu.  Dobitnie to potwierdza "Army of Stone". Band potrafi bawić się konwencja power metalu i nie trzyma się kurczowo jasno określonych ram. Podniosły "Tales of war" to znakomity tego przykład, a sam utwór ma wiele do zaoferowania. Refren rozkłada na łopatki i taki bojowy power metal zawsze jest w cenie. Kto kocha Powerwolf, czy Blind Guardian ten na pewno pokocha przebojowy "Fellows of the Hammer". Klasa sama w sobie. Podniosły i stonowany "Gates of Ekrund" też szokuje swoją formą, dopracowaniem i epickim rozmachem. Niby panowie nic odkrywczego nie tworzą, ale muzyka ich jest intrygująca i robi wrażenie. Postawili na sprawdzone patenty i dopracowali tym razem kompozycje i to przyniosło efekt. Rozbudowany "the battle of the fives Armies" mocno nawiązuje do twórczości Sabaton, co nie jest takie złe. Najlepsze jest to, że band dalej zostaje wierni swojemu stylowi i nie dokonuje chamskiego plagiatu. Kawał dobrej roboty i słychać, że gitarzysta na tym krążku w końcu daje coś więcej od siebie. Gitarzysta Claudio Falconcini rozkręcił się na dobre. Całość wieńczy spokojny "Tommorow has come", który zalatuje nieco Blind Guardian, ale to też nie jest jakiś minus, zwłaszcza że band robi to na wysokim poziomie.

Nie da się zaprzeczyć, że panuje tutaj wysoki poziom zawartych kompozycji. Panowie wzbili się na wyżyny swoich umiejętności. W końcu płyta jest dopracowana, równa bez nudnych kawałków i dostarcza sporo frajdy słuchaczowi. Niby nie ma nic nowego, a jest uśmiech na twarzy. Nieco zabrakło mi może ognia, jakiś mocniejszych zrywów, ale to może moje czepialstwo. Fani power metalu na pewno już słuchają i znają ten krążek, ci którzy jeszcze się wahają mogą śmiało zmienić zdanie i odpalić album, bo jest to power metal z górnej półki.

Ocena: 9/10

wtorek, 7 czerwca 2022

EVIL CONSPIRACY - The demons Mark (2022)


 Szwedzki Evil Conspiracy po 3 latach przerwy wraca z nowym materiałem. "The Demons mark" to już trzeci album w dorobku grupy.  Zdecydowanie ciekawszy niż poprzednik "Evil Comes", który był po prostu średni. To co znajdziemy to oczywiście miks heavy metalu i power metal, tak więc nie ma żadnych zmian stylistycznych. Nowe dzieło ukazało się 3 czerwca i z pewnością zasługuje na uwagę.

Band od samego początku mocno wzoruje się na twórczości Judas Priest czy Mercyful Fate i to na "The demons mark" też mocno słychać. Do tego dochodzi nieco przybrudzone brzmienie, mroczny klimat i specyficzny głos Fredrika Erriksona i wszystko jeszcze bardziej nasila owe skojarzenia. Band popracował nad kompozycjami i w efekcie dostaliśmy całkiem udane dzieło, które wstydu nie przynosi zespołowi, a nawet może się podobać.  Wystarczy odpalić tytułowy "The demons mark" i już słychać dobry riff, dobrze skrojoną melodię i jest radość z odsłuchu. Gitarzyście Putte i Ante wygrywają ciekawe partie gitarowe i nie brakuje mocnych riffów czy chwytliwych solówek. Niby nic oryginalnego, a jest radość podczas słuchania.Przyspieszamy w "Illuminate the darkness" i tutaj panowie nie biorą jeńców. Jeden z najlepszych utworów na płycie. Riff robi tutaj robotę. Potem mamy serię dłuższych kawałków i chyba najciekawiej wypada stonowany i bardziej zadziorny "Satan wolves". Na płycie nie brakuje killerów i taki właśnie jest "The hunt" czy "Epic Empire". Całość wieńczy również złożony "Blinded", ale tutaj brakuje nieco dopracowania.

Evil Conspiracy to z pewnością solidny band, który grać potrafi. Debiut był warty uwagi i ten najnowszy krążek też ma sporo przebłysków. Nie brakuje mocnych riffów i ciekawych solówek. Co chwile się coś dzieje. Oczywiście wpadki i niedociągnięcia są. Kapela wciąż prezentuje klasę średnią, może kiedyś to się zmieni?

Ocena: 7/10

sobota, 4 czerwca 2022

STEEL CHEETAH - Inferno (2022)


 To nie jest blog o polityce, a o muzyce więc nie skreślam na pewno zespołów z Rosji. Dałem szansę młodej kapeli o nazwie Steel Cheetah ze względu na intrygującą okładkę ich debiutanckiego krążka zatytułowanego "Inferno". Kapela działa od 2009r a to co znajdziemy na ich płycie to miks heavy metalu i hard rocka, w którym nie brakuje klimatów lat 80. Słychać echa Warlock, Iron Maiden czy Steelover.

Nie jest to może idealne i nieco irytuje głos wokalistki, bowiem Evgenia Bavarova jakoś tak śpiewa bez mocy i drapieżności. Na pewno brakuje nieco dopracowania w tej kwestii. Sam band tworzą 4 kobiety i jeden facet, czyli gitarzysta Ivan Milton. Wszystko jest bardzo ugrzecznione, ale plus jest taki że muzyka jest łatwa w odbiorze i potrafi momentami dostarczyć frajdy. Na pewno warto dać im szansę, bo nie jest to jakiś tam gniot, którego nie da się słuchać.

Dobrze wypada choćby taki "Into the storm". Jest energia, jest klimat lat 80 i dobra praca gitara. Wokal troszkę kładzie całość i to jest główny problem. Szybko wpada w ucho niezwykle melodyjny "Bannish from the Sky" i to jest kierunek w jakim powinien pójść zespół. Kolejny hicior to "Angel in disguise". Proste motywy i sprawdzają się wręcz idealnie. Potencjał na pewno jest w tej kapeli i to słychać. Dobrze band wypada w szybkim "divine Hammer", który mimo nieco słabego brzmienia i oklepanej formule zapada w pamięci. Całość wieńczy solidny i nieco bardziej hard rockowy "Angels Cry".

Jest kilka przebłysków i dobrych momentów. Band grać potrafi, ale brakuje im jeszcze ogłady i nieco oszlifowania. Potencjał drzemie i kto wie co przyniesie przyszłość? "Inferno" na pewno warto posłuchać i wyrobić własne zdanie.

Ocena: 6/10

MAGISTARIUM - Dreamlord Opera (2022)


 W 2019r niemiecki Magistarium mocno namieszał w moich zestawieniach. Minęło troszkę czasu od premiery genialnego "war of all and all for won" i w końcu band postanowił wydać kolejny krążek. "Dreamlord opera"  to już czwarty album tej formacji i tylko potwierdza jak znacząca rolę odgrywa ten band w symfonicznym power metalu.

Nie wiele się zmieniło w ich muzyce. Jest epickość, jest rozmach, momentami wręcz filmowy klimat i ten cały rozmach z poprzedniej płyty. Nie brakuje hitow, ciekawych rozwiązań czy wciągających melodii. To płyta z górnej półki. Skład zespołu jest bez zmian i to akurat dobra informacja. Dobrze jest znowu usłyszeć charyzmatyczny głos Olega Rudych, który dodaje mocy zespołowi i przesadza o jego charakterze. Do tego ogrom pracy gitarzysty Michela Pesina i klawiszowca Volgera Brandesa, którzy odpowiadają za warstwę instrumentalną. To za cih sprawa tak dużo dobrego dzieje się. Minusy? Tak jest jeden. Album jest słabszy od poprzednika, nie robi takiej furory cho c to wciąż album na wysokim poziomie. Dla niektórych wręcz nieosiągalnym.

Zawartość to ponad 50 minut muzyki. Zaczynamy od epickiego i tajemniczego otwieracza w postaci "No world without hero". Normalnie przypomina mi się ostatni album Blind guardian.  Z tym że panowie tutaj mają jakby więcej energii. Imponuje z pewnością dynamika w "Into the Storm" i jeszcze lepszy okazuje się pomysłowy "Higher and Higher". Czy tylko ja słyszę tutaj coś z Powerwolf? Prawdziwa petarda! Tytułowy "Dreamlord Opera" jest rozbudowany i pełen różnych smaczków. Tutaj jest już większy nacisk położony na rozmach. To co najlepsze w tym zespole znajdziemy w podniosłym "Invicible". Niesamowicie niesie słuchacza refren z "To the gates of Hell". Prawdziwe cudo! Nieco słabszy wydaje się taki "New Reality" i wynagradza to dopiero power metalowy killer w postaci "The Tempter".

Magistarium znów pokazał klasę. Znakomicie czują ten styl i o co chodzi w symfonicznym power metalu. Sporo liczba detali i smaczków, a do tego band nie zapomina o atrakcyjnych melodiach czy przewodnich motywach. Album faktycznie słabszy od poprzednika, ale wciąż jest to granie na wysokim poziomie.

Ocena: 9/10

BATTLELORE - The return of the shadow (2022)


 Zawsze uważałem, że fiński Battlelore to reprezentant klasy średniej jeśli chodzi o symfoniczny metal. Trzymają się jasno określonych standardów i niczym specjalnym się nie wyróżniają. Pierwszy etap działalności przypadł na okres 1999-2011 i wtedy band miał swoje grono fanów. Powrócili w 2016r i w końcu przyszedł czas na pierwszy album po reaktywacji. "The return of the shadow" to wydawnictwo na miarę poprzednich. Band nic nie zmienia i dalej gra nijaki symfoniczny metal.

Plusy tego albumu? Piękna klimatyczna okładka, która oddaje w pełni styl grupy, a także klimat fantasy. Brzmienie mocne, pełne smaczków, ale brakuje niestety dobrego materiału. Riffy odegrane trochę bez przekonania i bez pomysłu. Też ciężko o ciekawe melodie.  O ile wokale Toma, które nadają całości drapieżności są ciekawe, to wokale Kaisy są usypiające. Coś tu nie gra. Największy problem to jednak partie gitarowe grane przez duet Jussi i Jyri. Wieje niestety nudą i materiał jest ciężko strawny.

Taki "Orcist" miewa przebłyski i można zaliczyć do w miarę udanych kawałków, gdzie znajdziemy jeszcze ciekawe melodie. Tak tutaj coś się dzieje. Stonowany, nieco utrzymany w stylizacji Nightwish "Elvenking" też prezentuje dobry poziom i z pewnością zasługuje na uwagę. Jakieś emocje jeszcze wzbudza "Firekeeper", który potrafi zaskoczyć nieco większą dawką energii. Niestety reszta zasługuje na przemilczenie. Nudne zagrywki, mało ciekawe rozwiązania i nic nie trafia do słuchacza.

Band zakończył działalność w 2011r i zastanawia mnie po co był powrót, skoro nie ma się nic do zaoferowania? Ani to melodyjne, ani to epickie, ani przebojowe. Nie da się pozytywnie spojrzeć na ten krążek. Szkoda, bo wieje strasznie nudą.

Ocena: 3/10

piątek, 3 czerwca 2022

KREATOR - Hate uber Alles (2022)


 Czas leci nie ubłaganie, zmieniają się trendy, patenty i pomysły na thrash metal. Jedni trzymają poziom i przeżywają drugą młodość, a inni dawno zatracili swoją wartość. Niemiecki Kreator, który  powstał w 1984r po dzień dzisiejszy działa i odnosi spore sukcesy. Śmiało można rzec, że kapela przeżywa drugą młodość. Nic dziwnego, w końcu to przedstawiciel wielkiej trójcy niemieckiego thrash metalu. Ostatnie dwa wydawnictw tj "Gods of violence" i "Phanthom Antichrist" to płyty genialne i zaliczam do najlepszych płyt Kreator. Wielkie oczekiwanie i wielkie nadzieje miałem co do 15 albumu zatytułowanego "Hate uber alles". Płyta na wysokim poziomie  i  w klimacie poprzednich płyt, aczkolwiek mam wrażenie że słabsza.

W składzie doszło do zmiany. Pojawił się dawny basista Dragonforce czy Frederic Leclerq. Nie wiele zmieniło to w muzyce Kreator. O potędze wciąż stanowi świetna gra Ventora. Uwielbiam to co wyprawia na perkusji. Mille brzmi również wciąż świeżo i bardzo agresywnie. W raz z Samim tworzą zgrany duet. Ta chemia jest i band wciąż gra na wysokim poziomie. Tym razem zawiódł aspekt kompozytorski. Mamy killery, hity i wszystko to za co kochamy Kreator, ale są nieco słabsze momenty. 


Początek płyty jest mocny i w stylu dwóch poprzednich krążków. Tytułowy "Hate uber alles" ma odpowiednią motorykę co taki "Phanthom Antichrist". Jednym słowem murowany koncertowy hit. Zadziorny riff, spora dawka melodyjności robi tu furorę. Echa nawet starych plyt można doszukać się w rozpędzonym "Killer of Jesus". Prawdziwa petarda i thrash metal jaki kocham. Więcej heavy metalowego pazura znajdziemy w stonowanym"crush the tyrants".  Drugi singiel z płyty to "strongest of the strong" i ten kawelek sporo zyskał na albumie. Refren jest bardzo chwytliwy i idealny na koncert. Dobry przykład, że proste motywy czasami są najlepszym rozwiązaniem. Brawo panowie. Druga połowa płyty już nie robi takiego wrażenia. Jasne jest niezwykle melodyjny "Become Immortal" który również utrzymany jest w heavy metalowej konwencji.  O ile "midnight Sun" brzmi ciekawie i dość świeżo za sprawą gościnnego udziału Soffi Portanet o tyle "demonic future" mimo swojej szybkości nie rzuca na kolana. Zamykający "dying planet" też troszkę kuleje i te 7 minut to trochę za dużo.


Spodziewałem się trochę lepszego materiału. Początek płyty zwiastował płytę dopracowana i bezbłędna. Tak nie jest. Druga część trochę odstaje i pozostawia niesmak. Najlepiej w sumie wypadają znane nam dobrze single. Wart znać, choć poprzednich 2 krążków nie udało się przebić.Cieszy fakt, że Kreator mimo pewnych wad wciąż trzyma wysoki poziom i wciąż stać ich na thrash metalowa ucztę. Warto posłuchać, choć do idealnej płyty trochę brakuje. 


Ocena 8/10