Strony

środa, 28 czerwca 2023

WINTERSTORM - Everfrost (2023)

Winterstorm to kolejny dowód na to ile dobrych kapel kryje niemiecka scena metalowa. Pierwsze albumy, zwłaszcza "Cathyron" pokazały w pełni potencjał tej grupy.  Pokazali, że można znakomicie połączyć stylistykę folk metalu i power metalu. Szybko stali się ważnym graczem i konkurencja mogła czuć się zagrożona.  Winterstorm to poniekąd band, który przypomina stylistycznie troszkę Falconer czy Orden Ogan. Ostatni album zatytułowany "Cube of Infinity" ukazał się 7 lat temu. To był dobry album, ale czar już gdzieś uleciał. Czy długo oczekiwany "everfrost" coś zmieni w tej kwestii?

Album ukaże się 14 lipca nakładem wytwórni Afm Records. To płyta typowa dla tej kapeli, zawiera cechy i patenty, z których band już w przeszłości korzystał. To jest dobra informacja, tylko jest też zła. Płyta jest nudna, przepełniona komercyjnymi zagrywkami. Zamiast iść zaciosem i serwować killery, to mamy jakieś stonowane smęty, które nie wiele wnoszą. W 2021r do grupy dołączył gitarzysta Jochen Windisch. Jego obecność nie wiele wnosi. Mam problem z tym krążkiem taki, że za mało konkretów, power metalu, a za dużo kombinowania i smęcenia. Nie ma już tej świeżości i przebojowości, które cechowała poprzednie wydawnictwa. Piękna okładka, soczyste i pełne mocy brzmienie to za mało, żeby zadowolić zagorzałych fanów, którzy czekali na nowy materiał 7 lat.

Gwiazdą tej kapeli jest Alexander Schirmer i to właśnie jego głos jest ozdobą i główną atrakcją. Potrafi czarować i błyszczeć nawet wtedy kiedy utwór jest średni. Tym razem album tworzy 11 utworów. Do grona ciekawych utworów warto zaliczyć energiczny "To the end of all known", który wpisuje się w stylistykę znaną z poprzednich utworów. Tak to jest power metalowy kawałek, który opiera się na mocnym riffie i niezwykle dobrze rozplanowanych solówkach. Bardzo udany start. Potem seria przeciętniaków, bo nawet taki "Circle of Greed" nie wiele wnosi. Oklepana formuła i w dodatku braku pomysłu na melodie. Zupełnie inaczej wygląda sprawa "Future Times" i to rasowy hicior, który zapada w pamięci. Tym razem band pokazuje swój potencjał i klasę. Za takie dźwięki uwielbiam Winterstorm.Podobne emocje wywołuje nieco bardziej folkowy "Everfrost", ale to kolejny mocny punkt tej płyty. Taki typowy hicior Winterstorm. Niestety pełno tutaj przeciętnych kompozycji typu "Silence", który brzmi jak jakaś marna kalka Stratovarious,  Nie wiele wnosi też do całości "Crusade", który jest jakiś taki bez wyrazu i pomysłu. Riff jakich pełno i same dźwięki też takie nie mające nic ciekawego do zaoferowania słuchaczowi. 7 lat czekania poszło na marne, a band powinien skonstruować prawdziwe monstrum. Tak się nie stało.

Wintestrom nagrał kolejny album. Spełnili swój obowiązek, podtrzymali życie kapeli, ale czy ta płyta wywoła furorę i stanie się jednym z najlepszych albumów roku 2023? Nie, wręcz przeciwnie. Kapela mnie zawiodła i nagrała album nijaki, bez ikry, bez mocy i jakiś taki bardziej komercyjny. Kiedyś to była maszynka do tworzenia hitów i muzyki na wysokim poziomie. Te czasy minęły, teraz to jest band bez charakteru, pomysłu na kompozycje i troszkę są jakby cieniem samych siebie. Płyta do posłuchania, ale nic ponadto. Pozostaje wracać do starych płyt Winterstorm.

Ocena: 5/10
 

GARRETT CAMPBELL - Skies of Starlight (2023)


 Gdyby konkurs na najpiękniejszą okładkę metalową roku 2023, to z pewnością debiutancki krążek  Garretta Campbella zatytułowany"Skies of Dragonlight". To już kolejna płyta z symfonicznym power metalem i klimatem fantasy. Coś dla miłośników Fellowship, Majestica, Rhapsody czy Twilight Force.  Album na pewno znajdzie swoich odbiorców i wyznawców.

Okładka robi furorę. Brzmienie również jest dopieszczone pod każdym względem. Sam materiał już troszkę słabsze wrażenie robi. Odnoszę wrażenie, że jest przesyt formy nad treścią. Troszkę album momentami przegadany i za bardzo taki rozegrany na pokaz. Nie zmienia to faktu, że można tu natrafić na pomysłowe i godne odnotowania motywy gitarowe. Nie brakuje też łatwo wpadających w ucho melodii. Nie wiem, może ja czuję przesyt tego typu albumów? Albo po prostu zabrakło mi tutaj powiewu świeżości. Już samo intro "Guardian of crystal Lore" to właśnie przykład przegadania, gdzie mija ponad 3 minuty gadania lektora i nie wiele z tego wynika. To jest spory minus, który momentami daje w kość i obniża jakość owej płyty.Dobrze, czas na gitary, czas na power metalowe uderzenie. To następuje w tytułowym "Skies of Dragonlight". Mamy wszystko to co piękne w symfonicznym power metalu. Bije z tego kawałka bardzo pozytywna energia i do tego imponuje partie gitarowe. Szokuje 9 minut gadania w "curse of the hellspell". Jaki sens jest tego kawałka i po co tyle gadania?  Nie potrzebna ta kompozycja, a już nie na pewno trwająca 9 minut. Znajdziemy tutaj jeszcze balladę "What i do for love" tez jakaś bardzo popowa, komercyjna i nie mająca metalowego pazura. Prawdziwe emocje dopiero zaczyna wzbudzać energiczny i power metalowy "battle for eternal starlight". Brakuje mi właśnie takiego treściwego grania, które porywa słuchacza dynamiką i aranżacjami.

Za mało konkretów, za mało power metalowego uderzenia, a za dużo gadania, smętów i prób tworzenia jakiegoś romantycznego feelingu. Nie trafiła do mnie w pełni muzyka Garretta Campbella. Album na dłuższą metę nuży, a w pamięci jedynie zostaje niesamowita okładka. Szkoda, bo zmarnowano potencjał.

Ocena: 5/10

niedziela, 25 czerwca 2023

SCULFORGE - Intergalactic battle tunes... (2023)


 Nie, nie zmieniłem obiektów swoich recenzji. Nie mam zamiaru przekonywać do kupna jakieś gry w klimatach s-f. Pierwsze skojarzenia mogą, takie właśnie być. Skoro wracamy do świata heavy metalu, to czy to jakiś poboczny projekt Pieta Sielcka z Iron Savior? Choć skojarzeń z iron savior nie brakuje. Nie mówię tutaj tylko o klimatycznej okładce, która oddaje klimat s-f. To debiutancki krążek młodej, niemieckiej grupy Sculforge, która działa od 2020r. Co może was odstraszyć przed sięgnięciem po ten album to w sumie dwie kwestie. Cholernie długi tytuł płyty i liczba 26 utworów dających ponad godzinny materiał.

"Intergalactic Battle Tunes ..." to debiut, ale czy faktycznie tak jest? Powiem Wam, że ten band wcale tak nie myśli. Cały czas daje nam poczuć, że znają się na rzeczy i jak wiele niemieckich zespołów, potrafią grać na bardzo wysokim poziomie.  Soczyste brzmienie, dopracowane melodie, duża dawka energicznych riffów i band przy tym dobrze się bawi. Co najlepsze, czerpią od swoich idoli z Niemiec. Jest coś z Hammer King, czy Stormwarrior, zwłaszcza kiedy wsłuchamy się w manierę wokalną Polliego Mcsulwood. Nie grzeszy techniką to jednak idealnie wpasowuje się w styl i robi to ogromne wrażenie. Nie zawsze trzeba być drugim Brucem Dickinsonem czy Ronniem Dio. W muzyce Sculforge dominuje przede wszystkim muzyka pokroju Iron Savior, Gamma ray, może gdzieś tam coś z Stormwarrior, czy Running wild można znaleźć. Mcblackscul wraz z Mcsulwoodem tworzą zgrany duet gitarowe i panowie potrafią wyrwać z kapci. Jest pazur, są emocje i power metalowa jazda bez trzymanki. Słychać starą szkołę niemieckiego power metalu. Cudo!

Jako zagorzały fan Iron Savior, czy Gamma ray to słuchając Sculforge czułem się jakbym ktoś zajrzał w głąb mojej duszy i odczytał co kocham w power metalu. "Lost in the warp" to ostry i niezwykle chwytliwy kawałek, który właśnie uderza w znane mi rejony. Pomysłowość i dbałość o detale to siła tej kapeli. Mocne wejście. Przerywniki budują klimat i napięcie. Czuć klimat s-f, a ja nawet czuje pewne powiązania z star wars. Dalej mamy energiczny "For the omnisavior", który nie kryje powiązań z Running wild z czasów "Masquverade". Prawdziwy killer, a to dopiero początek. Pierwsze sekundy "Spacehull" to taki ukłon w stronę Gamma ray, choć ciekawe jest to że utwór nabiera troszkę thrash metalowej formuły. Co za killer! Nie zwalniamy tempa i band atakuje nas rozpędzonym "The sovereign Protects". Znów dostajemy mieszankę stormwarrior, gamma ray i iron savior. Wszystko robi wrażenie i nawet ciężko się do czego przyczepić. Brawa dla bandu za pomysłowy riff w "extermination". Utwór kipi energią i oddaje to co najpiękniejsze w power metalu. Wypełniają pewną lukę, bowiem gamma ray i stormwarrior mają póki co przestój w dostarczania nowej muzyki. Znalazło się również miejsce na ponad 8 minutowy kawałek w postaci "A new Hope". Rozbudowany kawałek, ale to wciąż power metalowa jazda bez trzymanki. Sporo nawiązań do power metalu lat 90. Echa Helloween czy Dragonforce można wychwycić w dynamicznym "The Escape". Tak, to kolejny mocny punkt tej płyty. Troszkę thrash metalowej formuły można wyłapać w agresywniejszym "Kings of the battlefield". Coś z Gamma ray, Primal Fear czy wczesnego helloween można usłyszeć w energicznym "Follow Me". Nic, tylko słuchać i się zachwycać. Ileż frajdy dostarcza ten album. Nie można też zapomnieć o petardzie w postaci "heart of darkness". Do tej układanki mi nie pasuje "Sculforge Inn".

Dla fanów niemieckiego power metalu, tych którzy wychowali się na twórczości Iron SAvior, Gamma ray czy Stormwarrior to "Intergalactic battle tunes" będzie taki prawdziwym parkiem rozrywki. Wszędzie pełno atrakcji, a my nie możemy nacieszyć oczu. Chcemy spędzić tu jak najwięcej czasu, zwiedzić jak najwięcej i nie chcemy na koniec opuszczać tego parku. Tak jest z tym albumem. Czysta frajda i na koniec pojawia się smutek. Jest opcja "repeat" i znów można udać się w kosmiczną podróż z Sculforge. Jedna z najważniejszych płyt roku 2023, a przynajmniej dla mnie. Maniaka Kaia Hansena, Pieta Sielcka i całej tej niemieckiej rodzinki power metalu. Dzięki Sculforge! Kawał znakomitej roboty!

Ocena: 10/10

VIPER - Timeless (2023)


 

To mógł być ważny powrót w historii melodyjnego heavy/power metalu. W końcu ostatni wartościowy album brazylijskiego Viper ukazał się pod koniec lat 80. Tak dla mnie ten genialny band zakończył się "Theatre of Fate". Potem to już nie było to. Nie było Andre Matosa, nie było już tej magii, a band zatracił gdzieś swój styl, magię, kunszt i wszystko co tak budowali. Co ciekawe band odrodził się z Matosem na wokalu w roku 2012 r. W roku 2016 Matos odszedł z Viper, potem jeszcze jego śmierć. w 2017r band zasilił wokalista Leonardo Cacoilo i w roku 2021 kitarzysta Kiko Shred. Z nimi został nagrany "Timeless". 16 lat czekania na 7 album studyjny tej grupy budził nadzieje, zwłaszcza kiedy band wrócił do starego logo.

Band miał życiową szansę, by zerwać z eksperymentami i wrócić do swoich korzeni. Tak sugerowało stare logo. Viper mógł na nowo zbudować swoją potęgę i stać się jednym z najważniejszych graczy na brazylijskiej scenie. Co ciekawe niektóre kompozycje, faktycznie brzmią jak zaginione klasyki z pierwszych płyt. To jest dobry znak i nawet pojawiały się myśli, że Viper się odrodził i wrócił tak potężny jak na pierwszych dwóch płytach. Początek płyty takim optymizmem napawa. Band szybko to zauroczenie psuje, serwując nam jakiś punk, pop rock. Brak konsekwencji i próba pogodzenia fanów starych płyt i tych ostatnich. Kiepski pomysł.

Okładka nie jest zła, brzmienie troszkę bez mocy i takie nieco garażowe i nawet to nie przeszkadza. Wokalista również wpasowuje się w styl grupy i dodaje jej świeżości. Poległ niestety aspekt kompozytorski. Po tylu latach to powinny być same killer i pozycje powalające na kolana. Tego tutaj nie ma. Pomówmy zatem o pozytywach. Płytę otwiera energiczny, melodyjny i klimatyczny "Under The Sun". Czuje jakby obecność Matosa i wraca magia pierwszych płyt. Chce się krzyczeć, wrócił stary dobry Viper. Podobne emocje wzbudza melodyjny i bardziej przebojowy "Freedom of Speech". Band czaruje jak za dawnych lat i nawet gitarzyści jakby cofnęli się w czasie i serwują nam bardzo podobne zagrywki. Słychać sporo nawiązań do tamtych płyt. Power metal na pewno znajdziemy też w rozpędzonym "Timeless". Pewne przebłyski ma na pewno "the Android", ale momentami wieje kiczem.  Kulminacyjnym momentem jest kolos "The War", który również nie wzbudza uczucia zażenowania i wciąż prezentuje kilka atrakcyjnych motywów. To dobry kawałek. Niestety po tym kawałku rozpoczyna się seria kompromitacji i zażenowania.  "Angel Heart" skierowany do stacji radiowej i chyba fanów Nickleblack czy One Direction, albo innych uwielbianych przez młodzież zespołów.Jak to ma się to do takiego " a light in the dark"? Tak właśnie powinni grać. Melodyjny i pełen świeżości power metal. Znów wracamy do korzeni. Owy pop rock dobitnie wybrzmiewa w "Thais". Utwór nie jest może tragiczny, ale nie powinien się tutaj znaleźć. Na pewno nie na płycie power metalowej, płycie kultowego Viper.

Przepiękne otwarcie płyty, które nadawało nadzieję na najlepszy album Viper od czasów "Theater of Fate". Album mógł być przepięknym powrotem do grona najlepszych kapel grających melodyjny power metal. Band miał kilka pomysłów na granie w takim stylu i szkoda, że nie byli wstanie tego dokończyć. Wcisnęli jakieś punkowe kawałki, czy pop rockowe. Złe zagranie i tylko obniżyło jakość płyty. Był potencjał, ale został zmarnowany. Szkoda.

Ocena: 6/10

sobota, 24 czerwca 2023

EVILE - The Unknown (2023)


 Do tej pory nie mogłem narzekać na twórczość brytyjskiego Evile, który dostarczał dopracowane i poukładane albumy, które mocno nawiązały do dokonań Metaliki. Grają od 2004r i dorobili się 6 albumów. Tak więc mają doświadczenie, wiedzą jak dotrzeć do swoich fanów, do słuchaczy, jak porwać publikę. Najnowsze dzieło zatytułowane "The Unknown" ukaże się 14 lipca nakładem wytwórni Napalm Records. Uspokaja brak zmian personalnych od 2020 i świetna okładka Elirana Kantora. Co mogło pójść nie tak?

Na początku zacznę od innej strony. Na pochwałę zasługuje Chris Clancy, który czuwał nad brzmieniem i miksem. Brzmi to mocarnie, zadziornie i z nutką mroku. Pasuje do zawartości i stylu, który obrał band. Thrash Metal to gatunek, który band gra, ale czy faktycznie na tym albumie? Więcej tutaj heavy metalu, takiego może nowoczesnego. Na pewno nie znajdziemy tutaj szybki i agresywny thrash metal. Band tym razem poszedł w mroczny klimat, tylko co najgorsze nie patrząc na inne aspekty.  Można grać bardziej heavy, ale niech będzie to z pomysłem, pazurem i poszanowaniem własnej historii. Band jest uzdolniony i to pokazał nie raz. Duet gitarowy współtworzony przez Ola Drake i Adam Smitha rzadko kiedy powala na kolana, jeśli chodzi o nowy materiał. Zachwyca na pewno "Slepless Eyes" i to jest jazda bez trzymanki. Taki Evile to ja uwielbiam, ale takich petard tutaj nie ma za wiele. Drugi i ostatni taki ostrzejszy kawałek na płycie to "Balance of Time". Stara szkoła thrash metalu. Reszta kompozycji próbuje nas na siłę zabrać w rejony komercyjnych czasów Metaliki.  Jest sobie taki otwieracz "The unknown" i może ma w sobie "coś", to jednak utwór szybko traci w moich oczach. Troszkę wieje nudą i ciężko za coś pochwalić. Średni utwór, który utrzymany jest w średnim tempie i na siłę kopiuje twórczość Metaliki. Jeszcze wolniejszy i taki może nieco doom metalowy "Monolith", ale tutaj też jakoś wieje nudą i brakuje jakiegoś pomysłu, żeby ciekawie poprowadzić ową kompozycję. Na wyróżnienie zasługuje również przebojowy "Out of the sight" i choć nie ma tutaj niczego odkrywczego, to band gra na luzie i z pazurem.


Ciężko napisać mi coś pozytywnie o tym albumie. Oczekiwałem tej samej jakości co na poprzednich albumach, ale niestety to już nie to samo. Miało być bardziej heavy, bardziej mrocznie, a wyszło jakoś tak nijako i bez polotu. Odnoszę wrażenie, że płyta miała być bardziej komercyjna i pozyskać fanów. Oby tylko efekt nie był odwrotny.

Ocena: 5.5/10

środa, 21 czerwca 2023

VISION DENIED - Age of The Machine (2023)


 Na gruzach Destinations Calling zrodził się Vision Denied. Kolejny niemiecki band, który stara się znaleźć swoje miejsce wśród najlepszych w tej dziedzinie. Vision Denied oczywiście przemyca pewne cechy poprzedniego wcielenia, ale tutaj stara się być bardziej dojrzały, bardziej zadziorny. Band stara się czerpać z twórczości Iron Savior, Scanner, Gamma ray czy Helloween. Debiutancki "Age of the machine" to z pewnością pozycja, której nie można pominąć.

Zresztą czy można przejść obok tak klimatycznej okładki? Od razu widać klimat s-f i sporo ciekawych motywów w tle.  Sam band też tworzy zgraną paczkę i tutaj dobrze się układa współpraca Gratera i Gollera. Panowie stawiają na klimat, na chwytliwe melodie, na bardziej wyszukane motywy i to przedkłada się na jakość. Plusem jest też fakt, że nie próbują na siłę kogoś kopiować, starają się tworzyć coś swojego. Pierwsze skrzypce bez wątpienia gra Christian Grater, którego wokal nadaje odpowiedni charakter.  Sprawdza się w górnych rejestrach, choć jego specjalizacją są przede wszystkim niskie rejestry. Potrafi budować napięcie i zabrać nas w rejony rasowego niemieckiego power metalu. Wszystkie elementy składają się w spójną całość.

Zaczyna się typowo ten album, bo od intra, a potem od rozpędzonego "Two worlds collide", który przedstawia nam typowy, przebojowy, europejski power metal. Momentami brzmi to jak Gamma ray czy Helloween, co nie jest wcale takie złe. Dalej mamy rasowy, zadziorny "Age of the machine", który pokazuje bardziej toporne oblicze. Sam kawałek momentami ociera się o twórczość Iron Savior. Nie do końca przekonuje mnie ballada "Would You', czy bardziej progresywny "broken Wings". Band lepiej wypada w bardziej złożonym "Unchain the light" czy rozpędzony "Beyond the mirror", który ukazuje najlepsze atuty tej kapeli. Szkoda, że nie ma na płycie więcej takich petard.

Vision Devine zalicza bardzo udany debiut, która ma kilka przebłysków i sporo solidnego heavy/power metalu w klimatach s-f. Pokazują potencjał i pomysł na siebie, a sam album okazuje się przepustką do grona najciekawszych kapel młodego pokolenia. Płyta godna uwagi, bo odwalają kawał dobrej roboty.

Ocena: 8/10

wtorek, 20 czerwca 2023

JAG PANZER - The Halloweed (2023)


 Najlepsze lata Jag Panzer ma już dawno za sobą, ale dobrze widzieć że wciąż nagrywają nową muzykę i dopisują kolejne rozdziały swojej historii. Miło widzieć, że wciąż są na scenie i wydają dobre, solidne albumy. "The Halloweed" to 11 album grupy, który niczego nowego nie wprowadza do ich historii, ale podkreśla to co przesądziło o ich sukcesie.  W 2022r band zasilił gitarzysta Ken Rodarte, ale nie miało to większego wpływu na kształt muzyki zawartej na nowym albumie. 6 lat czekania i w sumie można by się spodziewać jakiejś petardy. Niestety tak nie jest.

Czy tylko ja mam wrażenie, że Jag Panzer ma podobny problem co Metal Church? Niby wszystko jest ok, jest pazur, agresja, jest dynamika, kilka chwytliwych melodii, ale jakoś nie wiele trafia do słuchacza. Gdzieś brakuje tej magii, tej świeżości i elementu zaskoczenia. Jag Panzer robi swoje i wychodzi to raz lepiej raz gorzej. Band zadbał o sporo detali, bowiem mocne, wyraziste brzmienie i piękna okładka robią wrażenie. Jednak liczy się muzyka, a to miewa słabsze momenty. Nie wszystko jest idealne.

Haryy Conklin to osoba bez której ciężko sobie wyobrazić Jag Pazner. Lata lecą, a jego głos wciąż robi wrażenie i potrafi przyprawić o dreszcze. Nic dziwnego, że zatrudnili go jako nowego wokalistę Clooven Hoof. Jeden z ważniejszych głosów w historii heavy metalu. Wystarczy odpalić taki energiczny "Stronger than You know" pokazuje właśnie potęgę głosu Harrego. Dobrze prezentuje się też otwierający "Bound as One" , który wpisuje się w stylistykę amerykańskiego heavy/power metalu. Syndrom Metal Church dobitnie słychać w "Prey". Niby zadziorny, energiczny kawałek, ale jakiś taki zagrany bez entuzjazmu i pomysłu.  Nie wiele wnosi nieco mroczniejszy "Onward We toil", który niczym specjalnym się nie wyróżnia. Znajdziemy tutaj też melodyjny "Dark Descent", który przemyca troszkę elementów Iron Maiden czy Metal Church. Bardzo dobre granie, ale przebłysku geniuszu nie uświadczymy tutaj. 10 minutowy "Last Rites" na siłę wydłużany i momentami troszkę przynudza. To też pokazuje z jakim problemem band się boryka.

Słychać, że gra doświadczony band, który grac potrafi. Jest ukłon w stronę klasyki, jest kilka mocniejszych momentów, ale brakuje faktycznie intrygujących melodii czy riffów, że muzyka poruszyła i zapadła w pamięci. To udany, solidny krążek z amerykańskim heavy/power metalem, który dobrze się słucha, ale nic ponadto. Działa magia nazwy, bo sam krążek nie ma za wiele do zaoferowania.

Ocena: 6.5/10

niedziela, 18 czerwca 2023

VYPERA - Race of Time (2023)


 Ma ktoś ochotę odpłynąć w głąb hard rockowego szaleństwa rodem z lat 80? Każdy kto lubi muzykę z pogranicza Dokken, wasp czy Scorpions ten z pewnością przekona się do muzyki Vypera. Ten młody band potrafi oddać klimat tamtych lat i najnowsze dzieło "Race of Time" to bardzo dobry przykład tego. Bardzo udana kontynuacja tego co band zaprezentował na debiutanckim albumie.

Skład bez zmian, a także obecność Ceda Forsberga z Blazon stone. Skoro funkcjonuje to wszystko dobrze, to po co coś zmieniać. W dalszym ciągu uwagę przyciąga charyzmatyczny wokalista Andreas Wallstrom, który oddaje klimat lat 80 i tamtejszych płyt hard rockowych. Od strony partii gitarowych sporo dobrej roboty robią Christoffer oraz Ced, który zagrał sporo partii gitarowych.  Jest lekko, z pazurem i dbałością o proste i chwytliwe motywy. To wszystko już było i band niczego nie odkrywa, ale nie tutaj jest ważne. Vypera idzie ścieżką wydeptana i powiela znane motywy, ale robi to z pasją i miłością do hard rocka. To przedkłada się na jakość i wydźwięk całości.

Taki otwierający "Hey you" brzmi jak zaginiony klasyk lat 80. Prosty i treściwy kawałek, który oddaje w pełni to co najlepsze w hard rocku. Podobnie brzmi też nieco bardziej heavy metalowy "mary Jane", który jest może nieco zachowawczy i zagrany bez jakiegoś ryzyka. Jest też melodyjny "Vicious" czy przesiąknięty def leppard "No place for a Dreamer" . Czasami najprostsze rozwiązania są najlepsze i tak też jest tutaj. Najmocniejszy na płycie jest zadziorny "Speedin", który przemyca sporo elementów judas priest. Dobra rzecz! Na sam koniec dostajemy killer w postaci "slave to love" i płyta powinna mieć hitów tego pokroju. Sam refren łatwo wpada w ucho i na długo zostaje w pamięci.

Vypera podąża swoją drogą i nagrywa kolejny solidny album w kategorii hard rocka. Płyta lekka i miła w odsłuchu. W tej roli sprawdza się idealnie. Jasne, że są wady, niedociągnięcia, może za mało drapieżności, za mało świeżości. Mimo to, jest to płyta, która znajdzie swoich odbiorców.

Ocena: 7/10

OEPERA MAGNA - Of love and other demons (2023)


 Wrócił hiszpański Opera Magna. 13 lat temu zafascynowali mnie albumem "Poe", który mieszał style Dark Moor, Gamma ray i Rhapsody of Fire. Troszkę czasu im wydanie nowego albumu, ale warto było czekać. Pierwszy raz band nagrał album zaśpiewany po angielsku, co na pewno przysporzy im więcej fanów. Trzeci album zatytułowany "Of love and other Demons" ukazał się 16 czerwca i jest swoistą  kontynuacją tego co band grał na poprzednich płytach. Dla mnie będzie to nowy album, bowiem nie uznaję mini albumów, epek, singli, wolę jak ukazują się nowe kompozycje na pełnometrażowym albumie. Fani doszukają się, że to tak naprawdę składanka ostatni epek, które  band wydał po albumie "Poe" Mamy więc 3 akty na jednej płycie. Niby nic nowego, ale jakoś spójnie to brzmi na jednym krążku, wydanym w takiej właśnie formie.

Nacho Sonchez Solar zasilił band w 2021r i to on odpowiedzialny jest za partie klawiszowe na nowym albumie. Nadaje płycie podniosłości, dostojności i epickiego wydźwięku. To za jego sprawą płyta momentami przypomina dokonania Dark Moor czy Rhapsody of Fire. Nowy album to przede wszystkim pełne emocji i pasji zagrywki gitarowe, które momentami ocierają się o neoklasyczne granie. Panowie Nula i Mopmo czarują i faktycznie  dostarczają nam sporo frajdy. Każdy kto gustuje w takim graniu to z pewnością docenią ich wysiłek i zaangażowanie. Robi to wrażenie. Całość spina fenomenalny głos Jose Broseta. Wie jak porwać słuchacza i przenieść do świata magii i fantasy. Pasuje do tej muzyki idealnie.

Dark Moor z czasów "Autumnal" czy "Ancestral Romance", "Rhapsody z starych płyt, czy Blind Guardian z albumów z orkiestrą tutaj słychać i to nic złego. Panowie potwierdzają, że Hiszpański power metal też ma sporo do zaoferowania słuchaczom. Wystarczy odpalić obłędny "a heart of stone" i serce po prostu zaczyna szybciej bić. Panowie zadbali o każdy detal i robi to wrażenie. Duża dawka podniosłości, operowego feelingu i epickości. Jest rozmach i power.Neoklasyczne patenty można wyłapać w rozpędzonym "Wound of Love" i to kolejna perełka na płycie. Nie przekonuje mnie bardziej stonowany i złożony "After You".  Band lepiej wypada w szybszych kawałkach i taki energiczny "A dark sunrise" to tylko potwierdza. Zgrabnie zagrany, melodyjny power metal. Coś z Helloween, coś z Rhapsody usłyszymy w klasycznie brzmiącym "Forever will last". Dobrze buja też taki klimatyczny "The Time trap", który brzmi jak współczesny Rhapsody.  Jest też marszowy "In nomine", który pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Finał płyty to kolos zatytułowany "What was dreamt and lived" i tutaj troszkę mamy wydłużanie na siłę. Sam utwór jest ciekawy i zawiera sporo intrygujących motywów.

To płyta z górnej półki, dla miłośników pięknych melodii, podniosłych, orkiestrowych motywów. Od samego początku Opera Magna tylko potwierdza, że to jeden z ich najlepszych albumów, jeśli nie najlepszy. Mimo zachwytów, ta płyta ma dwa słabsze momenty, a najgorszą wadą jest zbyt długi czas trwania. 80 minut muzyki dla albumy tego typu to za dużo. "Of love and other demons" to wydawnictwo, które zasługuje na uwagę i pochwałę.

Ocena: 9/10

sobota, 17 czerwca 2023

WONDERS - Beyond the mirage (2023)


 Jednak włoski band o nazwie Wonders to nie jedno płytowy projekt muzyczny znanych muzyków, a coś jednak więcej. Po dwóch latach grupa wydała swój drugi pełnometrażowy album zatytułowany "Beyond The Mirage". Dostajemy powtórkę z rozrywki i płyta to swoista kontynuacja tego co mieliśmy na debiucie. Jest to dalej melodyjny power metal nastawiony na proste i chwytliwe melodie. Znane nazwiska zapewniają pewien poziom, ale ja osobiście oczekiwałem znacznie więcej niż tylko dobry materiał. To mnie zgubiło.

Czuje niedosyt, rozczarowanie i poczucie, że band nie wykorzystał swojego potencjału. Bob Katsionis jakoś tak mało widoczny. Odpowiada za partie klawiszowe, a tych nie ma za wiele i pełno rolę bardziej tła niż pierwszoplanową rolę. Znacznie więcej serca zostawił gitarzysta Lunesu, który postawił na łatwo wpadające w ucho melodie, tylko jakoś za dużo tutaj komercji i takiego ładnego charakteru. Brakuje większej dawki mocy i drapieżności. Co ciekawe sam  wokalista Pasterino, którego uwielbiam też zalicza jakby nieco słabszy występ. Niby są gwiazdy, jest potencjał na coś wielkiego, a mimo to nie następuje zniszczenie i euforia. Uczucie rozczarowanie wciąż towarzyszy.

Co by było, gdyby album miał energię i pazur "The Time of YOur Life"? Na pewno nie narzekałbym, a skakałbym z radości, że ktoś zabiera mnie w rajony starego Stratovarius czy Sonata Artica. Ta kompozycja to petarda i szkoda, że dopiero na samym końcu. Wonders ma też dobre otwarcie, bowiem "One milion miles" to też rasowy power metal, który oddaje hołd dla klasyki gatunku. Schody zaczynają się już w drugim kawałku."Breaking the Chains" niby melodyjny, ale jakiś taki łagodny i bez mocnego uderzenia. Dobrze się słucha, ale brakuje tego czegoś. Do grona atrakcyjnych kawałków warto zaliczyć pomysłowy i łatwo wpadający w ucho "Once upon a time" i o to właśnie chodzi. Melodyjnie, z gracją, ale poszanowaniem dla gatunku.  Pochwalić na pewno też trzeba za melodyjny i taki klimatyczny "Coming Home". To kolejna dawka rasowego power metalu w europejskim wydaniu. Mogło być znacznie więcej takich perełek.

Piękne melodie, wycieczka w znajome rejony, wysokiej klasy muzyce, a jednak powstał album dobry, który nie wzbudza większych emocji. Posłuchamy, pogadamy o tym krążku, ale czy ktoś będzie pamiętał o nim za rok? Na pewno fani Katsionisa czy Pasterino. Płyta z kręgu dobra czy bardzo, ale bez emocji i większego szału. Czuje niedosyt, bo to powinna być petarda i uczta dla fanów power metalu. Nie ma tego....

Ocena: 7.5/10

DRAGONHEART - The Dragonheart tales (2023)


Czy ktoś jeszcze pamięta band o nazwie Dragonheart? Tak to ten brazylijski band, który błyszczał w okresie 2000-2005 wydając trzy bardzo wartościowe albumy z kręgu heavy/power metalu. Zyskali uznanie wśród fanów takich kapel jak Blind Guardian czy Grave Digger. Teraz po 8 latach ciszy powracają z nowym albumem i "The Draginhearts tale" może wzbudzić zainteresowanie wśród maniaków takiego grania. Przede wszystkim to doświadczony band i potrafią zaskoczyć, a sama okładka w wykonaniu Andrea Marschalla przypomina cover "Black Hand inn" Running wild. Czy trzeba większej zachęty?

Album ma się ukazać 25 sierpnia nakładem Rockshots Records. Band dalej stara się trzymać klimat fantasy, a w dodatku sama treść całej koncepcji rozbija się na 3 akty. Pierwsza  opowiada o morzu i piratach, druga o krwawych bitwach, zaś trzecia poświęcona jest magii i ogniu. Poza tym można odnieść wrażenie, że band postawił na bogate aranżacje, podniosłość i chęć ukazania różnych sfer power metalu. Niby wszystko robi wrażenie i słucha się tego naprawdę bardzo dobrze. Jednak zabrakło przekonaniu, blasku i pomysłowości, by wrócić do swoich korzeni i wydać dzieło perfekcyjne. Płyta zasługuje na uwagę, bo to płyta dopracowana i starannie przygotowana. Czuć klimat fantasy, a muzycy dokładają wszelkich starań by nie wiało nudą i żeby od pierwszych sekund powrócić myślami do pierwszych płyt Dragonheart.  Nowy album to przede wszystkim zgrany duet gitarowy i tutaj Eduardo i Marco zasługują na pochwałę. Można tu znaleźć sporo udanych i treściwych riffów, które od pierwszych sekund mogą skraść serce. Fakt nie jest to nic oryginalnego, bo takiego grania jest naprawdę pełno i nie raz w lepszym wykonaniu. Warte uwagi są również klimatyczne wokale Eduardo, które oddają klimat fantasy i klasycznego power metalu z lat 90.

Które kompozycje zasługują na szczególne uznanie? Rozpędzony "Dragonheart's Tale" to taki hołd dla kapel pokroju Helloween, czy Insania. Piracki "Under the black flag" stara się przemycić patenty Running Wild czy Lonewolf. Początek płyty robi wrażenie i naprawdę dobrze się tego słucha. Rozbudowany i niezwykle melodyjny "Ghost of the storm" też potrafi zauroczyć swoimi partiami gitarowymi i zadziornością. Dobrze wypada też heavy metalowy i nieco toporny "The devil is by my side" czy energiczny "Plague maker". Reszta utworów jest albo dobra, albo troszkę mało wyrazista. Efekt finalny nie jest zły, ale jakoś brak tutaj konsekwencji i pomysłu na cały materiał.

Dragonheart miał czas by skonstruować coś wyjątkowego, coś co zaskoczy fanów power metalu. Ten album taki nie jest. To bardzo dobre rzemiosło, płyta zachowawcza i taka nieco oklepana. Jest bez wyrazu, bo i takich płyt jest pełno i nie raz o wiele ciekawszych. Dobrze się tego słucha, bo to doświadczony band i wie jak stworzyć dobry materiał. Jest dobrze, ale ja osobiście oczekiwałem czegoś więcej od kapeli z taką historią. Szkoda....

Ocena: 7.5/10
 

niedziela, 11 czerwca 2023

PROJECT ROENWOLFE - Project Roenwolfe (2023)


 Bardzo miło wspominam premierę "Edge of saturn", który pokazał, że amerykański Project Roenwolfe to band z dużym potencjałem. Owy album oddawał w pełni to co najlepsze w heavy/power metalu i była to płyta niezwykle dynamiczna i drapieżna. Fakt było kilka wad, ale mimo to płyta robiła dobre wrażenie i nie raz jeszcze wracam do niej. Wypatrywałem z wypiekami najnowszego albumy zatytułowanego po prostu "project Roenwolfe".

W zespole drobna zmiana personalna, bowiem w 2022r dołączyła do zespołu Leona Haywarda. Basistkę znamy z gry w zespole Skelator i tutaj idealnie wpasowała się w styl grupy. Dużo dobrej roboty włożyła Alicia Cordisco. Dostajemy w zasadzie porcję mocnych i wyrazistych riffów. Cały czas coś się dzieje i nie ma miejsce na nudę. Od pierwszych dźwięków słychać, że to swoista kontynuacja tego co band wypracował na poprzednim albumie. To jest bardzo dobra wiadomość. Najmocniejszym ogniwem tego bandu jest bez wątpienia wokalista Patrick Hoyt Parris. Jego głos kruszy mury i potrafi przyprawić o ciarki. Ma technikę, kopa i charyzmę. Nic więcej do szczęścia nie trzeba.

Płyta ma bardzo dobre otwarcie. Zaczynamy od rozpędzonego "Boundless", który  utrzymany jest w klimatach heavy/power metalu. Jest ostry riff, chwytliwy refren i wszystko co niezbędne, żeby zauroczyć słuchacza od pierwszych sekund. Dalej mamy bardziej złożony i dynamiczny "Honor the Line".  To kolejny bardzo wyrazisty kawałek, który zapada  w pamięci. 6 minutowy "Kyromid" jest jakby bardziej progresywny, bardziej klimatyczny. Band pokazuje, że potrafi zaskoczyć. Kolejny bardzo ciekawy utwór to "Theater of Sorrow", gdzie znów band miesza heavy/power metal z progresywnością. Pomysłowy riff, bardziej wyszukany motyw i wyszedł z tego ciekawy kawałek. 9 minutowy "Pearls before swine" troszkę za długi, troszkę przekombinowany i jak dla mnie mógłby być krótszy. Na sam finał mamy energiczny "Project Roenwolfe" i to jest właśnie kwintesencja stylu i jakości tego zespołu. Mocna rzecz.

Pewne rzeczy bym pozmieniał. Dodałbym więcej killerów typu tytułowy kawałek, dopracowałbym kilka melodii. Mimo pewnych wad, to wciąż bardzo atrakcyjny album z muzyką w stylistyce heavy/power metalu. Dużo dobrego się tutaj dzieje, a band umacnia swoją pozycję. Warto zapoznać się z tym co gra Project Roenwolfe.

Ocena: 8/10

sobota, 10 czerwca 2023

ELVENPATH - Faith throught the fire (2023)


 "Faith through the fire" to już 5 album w dyskografii niemieckiego Elvenpath.  Nie jest to band z pierwszej ligi, nie jest to też zespół, który rzuca na kolana i wyznacza nowe trendy. Nic z tych rzeczy, to po prostu kolejny solidny band z Niemiec, który gra soczysty heavy/power metal oparty na sprawdzonych motywach. O ile  "pieces of fate" z 2015r  bardzo mi się podobał i potrafi dostarczyć sporo pozytywnych emocji, o tyle nowy album jest jakiś taki bez wyrazu. Dobrze się tego słucha, ale nie wiele zapada w pamięci.

Wiele rzeczy mi tu nie do końca pasuje. Nijaka i troszkę bez pomysłu okładka, irytujące intro czy słabsza forma wokalna Dragutina. Od strony partii gitarowych też jest dobrze, ale brakuje troszkę świeżości i pomysłowości. Kopiowanie pewnych struktur Iron Maiden, czy Judas Priest nie wnosi nic dobrego. Nowy materiał nie ma energii i drapieżności poprzednika, ale jest kilka naprawdę godnych uwagi momentów.

Które utwory należy wyróżnić? Dobrze wypada "Shajan", który zachwyca melodyjnością i nieco niemiecką topornością. Mamy nieco ostrzejszy "Satan's Plan", który od strony gitarowej może się podobać. Wpływy Judas Priest są tutaj jak najbardziej na plus. Bardziej true metalowy "hail the hammer and  warrior wind", który jest dobrym hołdem dla twórczości Manowar. Może album byłby ciekawszy, gdyby więcej było kawałków tego typu? Prawdziwą petardą jest energiczny "The smoke that thunders" i brzmi niczym zaginiony kawałek z poprzedniej płyty. Reszta albo nie potrzebnie jest wydłużona, albo po prostu nie przekonuje mnie w 100 %.

Elvenpath wciąż tkwi w drugiej czy nawet trzeciej lidze. Nie mają póki co perspektyw, żeby przeniknąć  do grona najlepszych w kategorii heavy/power metalu. Nowy album niestety to tylko potwierdza. Brak ciekawych pomysłów, świeżości, brak mocnych riffów i tego "czegoś" co by ciągnęło do muzyki Elvenpath. Tym razem nie udało się, ale może następnym razem będzie lepiej? Póki co lepiej sięgnąć po "Pieces of Fate" z 2015r.

Ocena: 5/10



środa, 7 czerwca 2023

BLOODBOUND - Tales from the north (2023)


 
"Tales from the north" to już 10 wydawnictwa w dyskografii Bloodbound. To też  7 album w który rolę wokalisty pełni Patrik J Selleby. Bloodbound wyrósł nam na prawdziwą gwiazdę melodyjnego heavy/power metalu. Ostatnie ich wydawnictwa to zawsze była uczta dla maniaków takiego grania, a dla mnie poważny kandydat do płyty roku. To też miałem ogromne oczekiwania względem "Tales From the north". Obstawiałem w ciemno, że i tym razem uda się powtórzyć i będę mógł liczyć na kolejny majstersztyk. Przeżyłem zaskoczenie....

Niby band dalej trzyma się swojego jasno określonego przed laty stylu. Słychać podobieństwa do Sabaton, czy Powerwolf. Nie to jest problem. W tym swoim stylu potrafili być przebojowi, dynamiczny, zaskakiwać porywającymi melodiami i siać prawdziwe power metalowe zniszczenie. "Tales of the north" kontynuuje to co band prezentował na ostatnich płytach. Niby podobne patenty, rozwiązania, a jednak już nie ma takiej siły rażenia. Nie ma już takiej mocy co na poprzednim albumie. Czyżby nastał czas, że już setny raz podana formuła nie przekonała mnie? Płyta jest oczywiście bardzo melodyjna, poukładana, tylko że ja cały czas odnoszę wrażenie, że już to słyszałem w lepszym wydaniu na poprzednich płytach. Były te same motywy, zagrywki, ale jakoś lepiej podane. Może nad wyrost marudzę, ale nie czerpię takiej 100 procentowej radości jak przy odsłuchu poprzednich płyt. Chyba gdzieś ten czar prysł.

Muzycy są w formie i tego nie odmówię im. Patrick jak zwykle w szczytowej formie i pokazuje, że wciąż trzeba go zaliczać do czołówki najlepszych wokalistów power metalowych. No i Bracia Olsson, którzy nie zmieniają swojej gry. Nacisk na melodie, na chwytliwość i prostotę. Nie bawią się w rozbudowane czy urozmaicone kompozycje. Ich kręcą właśnie takie proste i łatwo wpadające strzały.

46 minut muzyki to taka norma dla tej kapeli. Zaczynamy od nastrojowego "Tales from the North" i tutaj mamy rasowy, europejski power metal w najlepszym wydaniu. Jest energia, klimat i duża dawka przebojowości. Band błyszczy jak zawsze, choć nic nowego nie prezentuje. Folkowe wejście "Drink with the gods" brzmi znajomo. Troszkę brzmi to jak nowa wersja "We drink your blood" Powerwolf. Jest też coś z Manowar czy Hammerfall. To olejny hicior na płycie, ale też do pełnej euforii troszkę brakuje. Znany nam "Odin's Prayer" też jakiś taki schematyczny i nie rzuca na kolana jak inne dobrze znane nam kawałki tej grupy. Ot co dobry, bardzo dobry kawałek, ale nie zapada tak  w pamięci. "The ravens cry" już brzmi jak kopia poprzedniego kawałka i troszkę zaczyna się to zlewać. Fanom Sabaton polecam posłuchać nieco słodszego "Between the enemy lines" i to też dobry utwór, który jakoś specjalnie nie zapada w pamięci. Dreszczyk emocji dostarcza power metalowa petarda "Land of Heroes" . Jest w końcu mocny riff i główny motyw z pomysłem. Potem też bywa jakoś różnie, ale band serwuje nam serię podobnych kawałków, jakby wszystko zrobione na jednym riffie. Na otarcie łez zostaje pomysłowy i też ostrzejszy "Sword and axe" o takim rycerskim zabarwieniu. Band powinien właśnie w takim stylu zaprezentować album.

Dziwny przypadek. Jest to co zawsze, jest melodyjnie, prosto i przebojowo. Mam wrażenie, że band poszedł po linii najmniejszego oporu. Postawił na jednowymiarowy album, gdzie mają rządzić krótkie i treściwe hity, wypuszczone jakby w produkcji seryjnej. Jedne twory są dobre, bez skazy, a inne mają swoje wady, przez co nie ma 100 procentowej satysfakcji z owego dzieła. Płytę będę słuchał, będę wracał, bo to Bloodbound, który uwielbiam. Nie jest to płyta, która porusza duszę, która działa na zmysły. To też nie jest płyta która zostaje na długo w pamięci. Dobrze umila czas i to chyba tyle. Ten dzień spadku formy musiał w końcu kiedyś nadejść...

Ocena: 8/10

wtorek, 6 czerwca 2023

GLORYHAMMER - Return to the Kingdom Of Fife (2023)


 Po 10 latach śpiewania w Gloryhammer odszedł Thomas Winkler. W tym roku zaprezentował swój własny materiał pod własnym szyldem. Co ciekawie stylistycznie jest to granie zbliżone do Gloryhammer. Tak o to w 2021r roku band zasilił Sozos Micheal, którego mogliśmy usłyszeć w Heliom Prime i to właśnie z nim na wokalu powstał nowy album zatytułowany "Return to the kingdom of Fire". Album ukazał się 2 czerwca nakładem Napalm Records.

Słuchając nowej płyty można tylko utwierdzić się w przekonaniu, że bez względu na to kto śpiewa, to liczą się pomysły i aranżacje lidera grupy, czyli Christophera Bowesa. Tym razem jest jakby poważniej, z większa dawką podniosłości. Gloryhammer dalej gra swoje i to jest najlepsza informacja jeśli chodzi o nowy album. To jest dalsza kontynuacja tego klimatu fantasy i podniosłych dźwięków, którymi band nas raczył na poprzednich wydawnictwach. Ta muzyka do mnie bardziej trafia niż debiut Thomasa Winklera, może przez to że jest bardziej na poważnie, bardziej podniośle, a może po prostu kompozycje są ciekawsze?

Coś jest na rzeczy. Sozos w roli wokalisty wypada naprawdę świetnie i jego głos idealnie pasuje do tego symfonicznego power metalu w klimatach Rhapsody czy Twilight Force. Ma technikę, ma charyzmę i odpowiedni ładunek emocjonalny. Warto też pochwalić gitarzystę Paula Templinga, który swoją grą potrafi zauroczyć słuchacza. Mamy pełno chwytliwych melodii, mocnych riffów i cały czas się coś dzieje. Nie ma miejsce na nudę i jakieś smęty. Power metal pełną gębą. Gloryhammer zadbał o mocne, soczyste brzmienie i miłą dla oka okładkę, ale to w sumie standard dla tej kapeli.

Płytę otwiera podniosłe intro "Icoming Transmission", które brzmi niczym soundtrack filmowy. Dalej mamy rozpędzony "Holy Flaming Hammer of Unholy Cosmic Frost",  w którym liczy się bojowy feeling i klimat fantasy. Jest też mroczny i agresywniejszy "Imperium Dundaxia" i to jest Gloryhammer jaki znamy i kochamy. Prosty, przebojowy i nieco słodszy "Wasteland warrior hoots patrol" to kolejny mocny punkt tej płyty. Trzeba przyznać, że każdy utwór kipi przebojowością i taką pozytywną energią. Bardzo dobrym tego przykładem jest "Fife eternal", który od pierwszych dźwięków wpada w ucho. Czasami proste motywy są najlepsze. Band przyspiesza w rozpędzonym "Vorpal Laserblaster of Pittenweem" i tutaj band zabiera nas do lat 90 i do klasycznego symfonicznego power metalu w stylu Rhapsody z nutką Helloween, czy Insania.  Finał płyty to 12 minutowy kolos w postaci "Maleficus Geminus". Jest dramatyzm, teatralność, urozmaicenie, sporo ciekawych przejść i motywów. Band nie nudzi i przez te 12 minut nie ma miejsce na nudę.

Gloryhammer mimo zmiany wokalisty dalej gra swoje i wciąż na wysokim poziomie. To prawdziwi specjaliści w swoim fachu. Jeden z najważniejszych zespołów na brytyjskiej ziemi i jeden z najważniejszych graczy na power metalowej scenie. Jak zwykle niezawodni i wciąż dostarczający sporo emocji i frajdy. Dzięki właśnie takim płytom ogień power metalu nigdy nie zgaśnie.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 5 czerwca 2023

FROZEN LAND - Out of the dark (2023)


 16 czerwca nakładem Massacre Records ukaże się "Out of the Dark", czyli drugi pełnometrażowy fińskiej formacji o nazwie Frozen Land. Debiut był dla mnie jedną z najciekawszych płyt roku 2018, a nowy album mimo kontynuacji stylu nie robi takiej furory. To wciąż granie na wysokim poziomie, ale bez fajerwerków tym razem. Z pewnością fani takiego klasycznego, europejskiego power metalu nie przejdą obok tego wydawnictwa obojętnie.

Band zadbał o to, żeby nowe wydawnictwo było atrakcyjne i atrakcyjne dla potencjalnego słuchacza. Muzykę do nowego albumu stworzyli ci sami ludzie co do debiutu, więc nie mamy większej różnicy w stylu i aranżacjach. Jedyna różnica to w sumie w poziomie owych kompozycji. Nie ma efektu szoku, nie ma tej świeżości i przebojowości z debiutu. Co nie zmienia faktu, że naprawdę dobrze się tego słucha.  Podstawą muzyki Frozen Land są wyraziste i melodyjne partie gitarowe Toumasa, który się zna na rzeczy. Trzyma się jasno określonych ram i patentów, które przez lata grali inni.  Klimatu stara się dodać klawiszowiec Lauri, ale momentami też brakuje mu jakiejś ikry by powalić słuchacza na kolana. Tak troszkę to wszystko przewidywalne. Podobnie sam wokal Toniego Meloni też bardzo dobry, taki typowy dla muzyki power metalu.  Wszystko jest na swoim miejscu, jest to granie na wysokim poziomie, ale nie ma tej magii i ikry z debiutu. Szkoda.

Taki "The prophecy" bardzo melodyjny, bardzo chwytliwy, ale jest sporo niedociągnięć. Utwór wydaje się kalką wielu znanych kapel power metalowych. Brakuje świeżości i pomysłowości. Przyspieszy w "Dying of the light" i chyba ktoś nasłuchał się wczesnego Helloween, Edguy czy innych europejskich formacji. Band potrafi odnaleźć się w dłuższych kompozycjach i tu sprawdza się "The nothern Starr", który przemyca sporo ciekawych rozwiązań. Coś zaczyna się dziać. Na plus zaliczę również energiczny i drapieżny "White Lightning", gdzie w końcu partie klawiszowe są ważnym elementem i budują klimat, a nie są tylko miłym dodatkiem. Dobrze prezentuje się nieco słodszy "Out of the dark", który mocno inspirowany jest twórczością Statovarious. Dobry kawałek, ale też troszkę komercyjny w niektórych momentach. Dyskotekowy metal w "Seniorita" też brzmi komicznie, niczym żart skierowany do słuchacza. Ani to śmieszne, ani to miłe dla ucha.

Fiński Frozen Land zalicza spadek formy. Band ma talent, potrafi grać i tworzyć ciekawą muzykę. Pokazali to na debiucie. Tutaj niby idą dalej tą samą ścieżką, ale jakby zabrakło pomysłów i chęci żeby dalej siać zniszczenie. To wciąż dobra muzyka, kawał solidnego power metalu, ale już nie ma mowy o płycie perfekcyjnej, która skłania do refleksji, przeżywania i wielokrotnego odtwarzania w odtwarzaczu.

Ocena: 7/10

sobota, 3 czerwca 2023

PRYDAIN - The gates of aramore (2023)


 Od razu widać do kogo skierowany jest owy album. Widać gołym okiem słodki klimat fantasy i już można domyślać się, że to płyta z kręgu symfonicznego power metalu w klimatach Rhapsody, Marius Danielsen Legend of Valley Doom, czy Twilight Force. Jedynie z czym można chybić to z skąd ten band pochodzi. Obstawiałem, że Prydain to nowy reprezentant włoskiej sceny metalowej albo niemieckiej. Prydain to amerykański band, który działa od 2020r. Debiutancki krążek zatytułowany "The Gates of Aramore".

Na pewno ciężko mówić o zespole w kategorii debiutantów, bo przecież tworzą go doświadczeni muzycy. Band powołał do życia multiinstrumentalista Austin Dixon. Do współpracy zaprosił Boba Katsionisa w roli gitarzysty, basisty, a także klawiszowca Jonah Weingartena, wokalistę Mik;e Lee. Skład imponuje i powinna powstać płyta wybitna, a wcale tak nie jest. Dobra oprawa brzmieniowa, miła dla oka okładka i znakomity skład, to nie wszystko. Trzeba dobrych pomysłów, trzeba ciekawych rozwiązań aranżacyjnych i tego tu zabrakło. Band grać potrafi i gra bardzo dobrze, ale odnoszę wrażenie że to płyta jakich pełno. Zagrana z zachowaniem ostrożności i bez ryzyka. Jest to wszystko zachowawcze i bardzo oklepane. Słyszało się to nie raz i w lepszym wykonaniu. Mimo niedociągnięć to wciąż płyta dobra i godna uwagi.

Dobrze się słucha rozpędzonego "The gates of Aramore" i to na pewno jedna z najciekawszych kompozycji na płycie. Jest energia, jest pazur, a przede wszystkim jest w tym pasja i miłość do europejskiego power metalu. Nic odkrywczego tu nie znajdziemy. Marszowy "Sail the seas" jest bardziej epicki, bardziej podniosły, ale brakuje elementu zaskoczenia i jakiegoś mocniejszego uderzenia. Rasowy europejski power metal znajdziemy w "quest for the fallen" i słychać tutaj wiele oklepanych patentów, ale słucha się tego z dużą przyjemnością.  Szybkie tempo, wyrazisty refren i łatwo wpadający w ucho refren robią swoje. Band dobrze wypada też w nieco bardziej rozbudowanych kompozycjach, co potwierdza to rozpędzony "Ancient Whispers", który momentami przypomina stare dobre czasy Helloween, ale nie tylko. To taki hołd dla klasycznego power metalu lat 80 czy 90. Najdłuższy na płycie jest "Kingdom Fury", który wydaje się wydłużony na siłę, ale mimo trzyma wysoki poziom.

Prydain może być dumny z swojego debiutu, bo to naprawdę dobrze skrojony album z klasycznym, europejskim power metalem.  Nie brakuje ciekawych melodii, godnych uwagi przebojów i wciągających riffów. Dobrze jest wszystko zagrane, a zabrakło może jakiegoś elementu zaskoczenia, może świeżości, by móc konkurować z najlepszymi. Mimo pewnych wad, jest to wciąż bardzo istotny debiut roku 2023.

Ocena: 7.5/10