Strony

wtorek, 11 sierpnia 2026

PRELUDIO ANCESTRAL - Guardians od Twilight (2026)


 

Argentyński Preludio Ancestral działa już od ponad dwóch dekad, ale mimo tak długiego stażu pozostaje nazwą znaną głównie bardziej zagorzałym fanom power metalu. „Guardians of Twilight” to już szósty pełnowymiarowy album zespołu i jednocześnie kolejny dowód na to, że Ameryka Południowa wciąż ma sporo do zaoferowania miłośnikom epickiego, melodyjnego grania. Tym razem Leonardo Gatti i jego ekipa zabierają nas w świat fantasy, smoków, bohaterów oraz odwiecznej walki dobra ze złem. Brzmi znajomo? Oczywiście. W power metalu nie zawsze jednak chodzi o odkrywanie nowych lądów. Płyta ukazała się 14 kwietnia i jest to pozycja skierowana przede wszystkim do maniaków klasycznego power metalu.

Nie dajcie się przestraszyć okładce rodem z generatora AI ani nieco przesłodzonemu brzmieniu. Na szczęście zawartość płyty potrafi oddać piękno power metalu. Znajdziemy tutaj podniosły klimat, epickość, rozmach i całkiem sporo urozmaicenia. Problem pojawia się jednak gdzie indziej. „Guardians of Twilight” jest albumem bardzo równym, ale momentami aż nazbyt zachowawczym. Przy dwunastu utworach i ponad pięćdziesięciu minutach muzyki można odnieść wrażenie, że niektóre kompozycje pełnią jedynie funkcję wypełniaczy. Zespół zna wszystkie zasady rządzące power metalem i wykorzystuje je niemal wzorcowo, ale właśnie dlatego czasami brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Nie ma zbyt wielu momentów, przy których człowiek zatrzymuje płytę i myśli: „wow, tego się nie spodziewałem”.

Co więcej, chwilami można odnieść wrażenie, że obcujemy z czymś wygenerowanym przez AI. Czuć pewną sztuczność, brak naturalnego pierwiastka i emocjonalnego pazura. Kolejnym mankamentem jest niedostatek drapieżności oraz wyrazistych, zapadających w pamięć hitów. Owszem, można tego słuchać i całkiem dobrze się bawić, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że materiał szybko ulatuje z pamięci. To album przyjemny w odbiorze, lecz pozbawiony tego charakterystycznego impulsu, który sprawia, że chce się do niego wracać.

Nie zmienia to jednak faktu, że muzycy wykonali swoją pracę bardzo solidnie. Partie wokalne tworzone przez Harwooda i Mavericka Turnera są pomysłowe i dobrze współgrają z epickim charakterem materiału. To zdecydowanie jeden z mocniejszych atutów tego wydawnictwa. Partie gitarowe w wykonaniu Hattiego i Kilbergary mają odpowiednią dawkę melodii oraz szybkości, a orkiestracje nie próbują całkowicie przykryć metalowego fundamentu. Produkcja jest nowoczesna, przejrzysta i pozwala wychwycić poszczególne elementy aranżacji. Wszystko to zdałoby egzamin, gdyby również warstwa kompozytorska była dopracowana w najmniejszych szczegółach. Tutaj pozostaje jednak spory niedosyt.

Od pierwszych sekund „Blades of the Burning Sky” wiadomo, z czym mamy do czynienia. Szybkie riffy, galopująca sekcja rytmiczna, podniosłe melodie i mocny, męski wokal od razu przywołują skojarzenia z Helloween, Primal Fear czy Stratovarius. Nieco później robi się jeszcze bardziej epicko, a „Riders of the Crimson Storm” pokazuje, że Argentyńczycy doskonale czują klasyczny power metalowy schemat. Jest energia, chwytliwy refren i gitarowe popisy, których w takim graniu przecież zabraknąć nie może.

Jednym z mocniejszych punktów albumu jest „Flame of the Eternal Dragon”. Już sam tytuł właściwie zdradza, czego można się spodziewać – smok, fantasy i power metal w jednym. Duży plus należy się również za wyraźne nawiązania do Helloween. Bardzo dobrze wypada „The Storm of a Thousand Wings”, gdzie klawisze i orkiestracje tworzą bardziej monumentalne tło dla gitarowych riffów. Z kolei „The Sorceress of My Heart” pokazuje nieco spokojniejsze, bardziej hardrockowe oblicze zespołu i stanowi przyjemne urozmaicenie całości.

Druga połowa albumu również ma swoje mocniejsze momenty. „Rise of the Golden Flame” to kolejny udany numer, w którym nie brakuje charakterystycznego power metalowego rozpędu oraz efektownych solówek. „Vengeance of the Dragonheart” i „Crown of the Rising Sun” podążają podobnym tropem – szybkie tempo, podniosłe refreny i sporo gitarowej pracy. Na uwagę zasługuje również „Forged in the Skyfire”, należący do najbardziej heavy metalowych fragmentów całego wydawnictwa.

Nie jest to może tegoroczny power metalowy album, który bezdyskusyjnie wygrywa wszystko, ale z pewnością można dać mu szansę. Szczególnie jeśli wciąż bliskie są wam klimaty Helloween, Stratovarius, Rhapsody of Fire czy bardziej melodyjnego Primal Fear. Problem w tym, że przy całej poprawności zabrakło tutaj kilku elementów, które mogłyby wynieść ten materiał na wyższy poziom. Brakuje przede wszystkim naprawdę zapamiętywalnych kompozycji, większej dawki agresji, naturalności i emocji. Jest za to momentami zbyt dużo cukierkowości oraz pewnej syntetyczności.

Niby mamy do czynienia z dziełem prawdziwych muzyków, którzy posiadają doświadczenie, warsztat i pomysł na własny styl, a mimo wszystko chwilami trudno oprzeć się wrażeniu, że słuchamy tworu pozbawionego ludzkiego pierwiastka. Fundament jest solidny, wykonanie stoi na przyzwoitym poziomie, ale zabrakło odpowiedniego wykończenia i kompozytorskiego błysku. „Guardians of Twilight” to album, który można włączyć bez obaw, ale znacznie trudniej znaleźć powód, by po jego zakończeniu natychmiast nacisnąć przycisk „play” po raz kolejny.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

HIBRIA - On the shortness of life (2026)



22 lata temu ukazał się debiutancki album brazylijskiego Hibria i był on niemałym pozytywnym zaskoczeniem na scenie heavy/power metalowej. Zespół szybko zyskał uznanie i rozpoznawalność, a jego kolejne poczynania były bacznie obserwowane przez fanów gatunku. Później bywało już różnie, ale Hibria do dziś odgrywa ważną rolę na brazylijskiej scenie metalowej. Nieustannie śledzę poczynania tej doświadczonej formacji, wciąż mając nadzieję, że w końcu nagra coś naprawdę wielkiego. Ósmy album studyjny, zatytułowany „On the Shortness of Life”, ukazał się 8 sierpnia, ale niestety poziomu debiutu ponownie nie udało się osiągnąć.

Od czasu poprzedniej płyty skład zespołu uległ kilku zmianom. Za mikrofonem stanął Angelo Parisotto, za perkusją zasiadł William Schuck, natomiast na bas powrócił Benhur Lima. Jest to również pierwszy album z gitarzystą Vallesem, który dołączył do zespołu w 2022 roku. Ze starszej generacji muzyków pozostał gitarzysta Abel Camargo – jeden z głównych architektów brzmienia Hibria i niewątpliwie mózg całego przedsięwzięcia.

Od strony produkcyjnej i wizualnej trudno mieć większe zastrzeżenia. Brzmienie jest klarowne, odpowiednio ciężkie, a oprawa graficzna prezentuje się solidnie. Stylistycznie również nie znajdziemy tutaj wielkiej niespodzianki. Brazylijczycy nadal poruszają się w obrębie charakterystycznego dla siebie heavy/power metalu, łącząc techniczne zagrywki z szybszymi partiami i metalową precyzją. Problem leży jednak gdzie indziej – zabrakło pomysłów na kompozycje, ciekawych melodii i zapadających w pamięć motywów gitarowych.

Na wcześniejszych płytach Brazylijczycy potrafili sprawić, że nawet najbardziej techniczne fragmenty miały własny charakter i melodyjność. Tutaj te proporcje zostały wyraźnie zachwiane. Jest sporo zmian tempa, gitarowych popisów i instrumentalnej precyzji, ale zdecydowanie mniej momentów, przy których człowiek automatycznie podkręca głośność i myśli: „właśnie za to lubię Hibrię”. Przy odsłuchu nowego albumu coraz częściej pojawia się natomiast uczucie znużenia, a momentami wręcz nudy. Szkoda, bo ten zespół zdecydowanie stać na więcej.

Płyta oferuje niespełna 49 minut muzyki zawartej w ośmiu utworach. „Undying” próbuje rozpocząć album z odpowiednią energią, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że Hibria bardziej odtwarza własne wcześniejsze pomysły, niż proponuje coś świeżego. „Fire Away” oraz „Pulse” również mają swoje lepsze momenty, lecz stosunkowo szybko ulatują z pamięci. Są poprawne, solidnie wykonane, ale właśnie – tylko poprawne. A od Hibria oczekiwałem zdecydowanie więcej.

Trochę więcej energii i kompozycyjnej pomysłowości można znaleźć w rozpędzonym „Persist”, który potrafi pozytywnie zaskoczyć. W końcu pojawia się mocniejszy riff i bardziej chwytliwe melodie, dzięki czemu utwór zdecydowanie wyróżnia się na tle wcześniejszych kompozycji. Jeszcze ciekawiej prezentuje się agresywny „Melting Alive”. To jeden z tych numerów, w których Hibria pokazuje więcej pazura, a przy okazji nie brakuje tutaj odniesień do takich zespołów jak Primal Fear, Mystic Prophecy czy Gamma Ray.

Animus” próbuje zbudować bardziej mroczny i zadziorny klimat, ale ponownie brakuje mu kompozycyjnego polotu. Utwór nie jest zły, jednak nie posiada tego charakterystycznego pierwiastka, który sprawiłby, że chciałoby się do niego wracać. Po prostu przechodzi przez słuchacza i znika, pozostawiając po sobie niewielki ślad.

Największe nadzieje można było wiązać z rozbudowanym utworem tytułowym „On the Shortness of Life”, podzielonym aż na pięć części. Pomysł jest ambitny i pokazuje, że zespół chciał nadać albumowi bardziej konceptualny charakter. Niestety, sama długość i wielowątkowość kompozycji nie sprawiają automatycznie, że staje się ona wielkim finałem. Brakuje tutaj przede wszystkim efektu „wow”, którego można było oczekiwać po tak rozbudowanej kompozycji. Jest ambicja, są ciekawe rozwiązania, ale zabrakło materiału, który rzeczywiście potrafiłby zachwycić.

I właśnie tutaj pojawia się największy problem tego albumu. Hibria nie nagrała złej płyty. Nagrała płytę przeciętną. A w przypadku zespołu z takim dorobkiem i takimi możliwościami to chyba jeszcze większe rozczarowanie.

„On the Shortness of Life” jest poprawny, profesjonalnie wykonany i momentami potrafi zainteresować. Nie znajdziemy tutaj kompromitujących kompozycji ani utworów, które zmuszałyby do natychmiastowego przerwania odsłuchu. Tyle że po zespole odpowiedzialnym za tak świetne momenty w historii power metalu oczekiwałem czegoś znacznie bardziej wyrazistego. Hibria nadal posiada umiejętności, doświadczenie i warsztat, ale tym razem zabrakło najważniejszego – iskry, która zamieniłaby solidny materiał w naprawdę dobry album.

Szkoda, bo po tak doświadczonej formacji można było spodziewać się znacznie więcej. „On the Shortness of Life” nie jest krokiem wstecz katastrofalnych rozmiarów, ale z pewnością nie jest również powrotem Hibria do wielkiej formy. To poprawny, momentami interesujący album, który jednak pozostawia niedosyt i przede wszystkim pytanie: kiedy wreszcie Brazylijczycy nagrają płytę, która ponownie naprawdę zachwyci?

Ocena: 6/10

niedziela, 9 sierpnia 2026

XANDRIA - Eclipse (2026)


 Nie ma wieści z obozu Nightwish, nic nowego nie zgotowały jeszcze Epica czy Within Temptation, ale swój dziewiąty album studyjny właśnie wydał niemiecki band Xandria. Działają od 1994 roku i przez lata stali się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów wykonujących symfoniczny metal z wyraźną nutą power metalu. Każdy kolejny album umacniał ich pozycję, a 7 sierpnia, nakładem Napalm Records, ukazał się „Eclipse” – wydawnictwo, obok którego zdecydowanie nie można przejść obojętnie. Fani Nightwish, Within Temptation czy Epiki zdecydowanie powinni dać tej płycie szansę.

Największą zaletą „Eclipse” jest różnorodność. Jeden utwór jest ciężki i metalowy, kolejny filmowy oraz monumentalny, następny czerpie z folku, by chwilę później ustąpić miejsca elektronice, balladowemu klimatowi czy bardziej klasycznemu heavy metalowi. Co ważne, mimo tak szerokiego wachlarza inspiracji album nie rozpada się na przypadkowy zbiór pomysłów. Wszystkie kompozycje spaja charakterystyczna atmosfera oraz niezwykle dopracowane brzmienie. Czuć, że zespół poświęcił sporo czasu na dopracowanie materiału i chciał stworzyć coś, co od pierwszych minut porwie słuchacza. I trzeba przyznać – ten plan się udał.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje Ambre Vourvahis, która na tym albumie pokazuje pełnię swoich możliwości. Jej wokal jest jednym z najważniejszych elementów pozwalających Xandrii wyróżnić się na tle dziesiątek zespołów poruszających się w obrębie symfonicznego metalu. Wokalistka swobodnie operuje różnymi środkami wyrazu, przechodząc od delikatnych, eterycznych partii do mocnego, rockowego śpiewu, growlu czy bardziej operowych fragmentów.

Pomyślnie układa się również współpraca na linii Klawonn–Heubaum w sferze gitar. Panowie stawiają na różnorodność, świeżość, chwytliwe melodie i dojrzałe rozwiązania aranżacyjne. Wszystko to przekłada się na bardzo dobry odbiór całości. Ten gitarowy duet jest jednym z filarów obecnego oblicza Xandrii i w dużej mierze odpowiada za charakter zespołu.

Płyta zawiera 11 kompozycji, które w pełni oddają urok symfonicznego metalu. Trzeba przyznać, że Xandria jest obecnie w świetnej formie i stworzyła niezwykle przebojowy materiał. Zabawa jest przednia, a kolejne utwory przynoszą nowe pomysły.

Już otwierający „Syzygy” pokazuje, że nie będzie to zwykła płyta złożona z jedenastu podobnych do siebie, symfonicznych numerów. Orkiestracje i chóry budują filmową atmosferę, a potężne partie gitarowe nadają całości odpowiedniego ciężaru. Następnie materiał płynnie przechodzi w „Eclipse” – jeden z najważniejszych punktów całego albumu. To właśnie tutaj najlepiej słychać, jak dużym atutem Xandrii jest obecnie Ambre Vourvahis. Jej wszechstronność robi wrażenie, a sposób, w jaki łączy delikatność z metalowym pazurem, nadaje utworowi niemal teatralny rozmach. Mocne otwarcie płyty sprawia, że od razu chce się jeszcze więcej muzyki Xandrii. Bije z tego materiału świeżość, energia i wiara w swoje możliwości.

Dużo dzieje się również w „Colours”, gdzie klasyczny metal spotyka się z potężną symfoniką. Xandria nie próbuje jednak kopiować jeden do jednego Nightwish czy Epiki. Owszem, podobieństw gatunkowych nie da się uniknąć, ale Niemcy mają własny sposób budowania melodii – bardziej oparty na heavy metalowych riffach, chwytliwych refrenach i teatralnym klimacie. Utwór został zagrany z pazurem i pokazuje, że można brzmieć nowocześnie, zachowując przy tym metalowy charakter. To zdecydowanie coś dla fanów Epiki.

Jednym z najbardziej charakterystycznych numerów jest „The Shannon's Home”. To kompozycja o zdecydowanie bardziej baśniowym charakterze, wzbogacona wpływami celtyckiego folku. Gwizdki i folkowe ozdobniki świetnie kontrastują z metalowym fundamentem. Słychać tutaj wyraźne inspiracje Nightwish czy Visions of Atlantis. Jak już czerpać, to oczywiście od najlepszych. Xandria nie ogranicza się jednak do kopiowania sprawdzonych patentów, lecz wykorzystuje je do stworzenia własnego klimatu. To jeden z największych hitów na płycie.

The Grand Delusion” wraca do cięższego grania. Tutaj pierwsze skrzypce ponownie grają gitary, a orkiestra nie przykrywa metalowego charakteru zespołu. Rasowy killer, który pokazuje, że band doskonale zna się na swojej robocie. Kawałek świetnie buja, ma odpowiednią moc i ukazuje podniosły, epicki klimat. To jeden z tych numerów, które aż proszą się o głośne odtworzenie.

Bardzo ciekawie prezentuje się również „Wave of Tanis”, a po nim „Northstar”, należący do bardziej przebojowych fragmentów płyty. To właśnie w takich kompozycjach Xandria pokazuje, że symfoniczny metal może być jednocześnie monumentalny i bardzo przystępny. Zespół nie rezygnuje z rozbudowanych aranżacji, ale potrafi przemycić w nich melodie, które szybko zostają w głowie.

„Masquerade” to kolejny mocny punkt albumu. Jest tutaj więcej mroku, ciężaru i charakterystycznej dla Xandrii teatralności. Mocniej słychać również power metalowe inspiracje. Xandria jest tutaj w najlepszym wydaniu – gitarowe riffy, symfoniczne tło i chwytliwe melodie tworzą mieszankę, która zdecydowanie zachęca do ponownego odsłuchu. Chciałoby się więcej takich petard.

Z kolei „The Last Generation” pokazuje spokojniejsze oblicze zespołu. Pojawia się tutaj dziecięcy chór oraz fortepian, co nadaje kompozycji bardzo filmowego i emocjonalnego charakteru. To dobry przykład na to, że Xandria nie potrzebuje cały czas atakować słuchacza ciężkimi riffami. Potrafi również budować napięcie poprzez subtelniejsze środki.

Nieco bardziej nietypowo wypada „The Poetry of the Real World”, który pokazuje, że Marco Heubaum nie boi się wychodzić poza bezpieczne ramy gatunku. Można doszukać się tutaj bardziej rockowego charakteru, a odmienna forma kompozycji pozwala złapać oddech przed finałem płyty.

Na koniec otrzymujemy „Lore” – kompozycję, która bardzo dobrze podsumowuje cały album. Celtyckie instrumenty, skrzypce i symfoniczne aranżacje tworzą niemal baśniową atmosferę. To kolejny piękny utwór, który pokazuje, jak duży potencjał i talent drzemie w tym zespole. Zamiast efektownego, przesadnie patetycznego finału otrzymujemy kompozycję pełną klimatu i melodii, która bardzo dobrze zamyka całą historię.

„Eclipse” nie jest płytą, która próbuje wymyślić symfoniczny metal od nowa. I bardzo dobrze. Xandria bierze dobrze znane elementy, ale podaje je w niezwykle dopracowanej, bogatej i przede wszystkim różnorodnej formie. To album dla tych, którzy lubią, gdy metal jest jednocześnie ciężki, melodyjny, monumentalny i filmowy. Nie brakuje tutaj przebojowości, ale jest również miejsce na eksperymenty, folkowe akcenty, mrok i spokojniejsze fragmenty.

Xandria po raz kolejny udowadnia, że po zmianach personalnych potrafi budować własną przyszłość i konsekwentnie rozwijać swoją muzyczną tożsamość. „Eclipse” to kolejny bardzo mocny krok w tej nowej erze zespołu. Co więcej, moim zdaniem jest to jeden z najlepszych albumów w całym dorobku Xandrii.

Ocena: 9/10

sobota, 8 sierpnia 2026

SELLSWORD - ... With might and vengeance (2026)


 Przez siedem lat można wiele zdziałać. Tak długi okres pozwala zespołom przemyśleć pewne kwestie, rozwinąć pomysły i dopracować materiał niemal do najmniejszych szczegółów. Czas więc sprawdzić, czy brytyjski Sellsword dobrze wykorzystał ten czas.
Sellsword to taki typ zespołu, który od pierwszych sekund swojej twórczości dokładnie wie, co chce grać. Nie próbuje na siłę podążać za modą, nie zmienia stylistyki z każdą kolejną płytą i przede wszystkim nie wstydzi się swoich inspiracji. Brytyjska formacja z Yorku od lat konsekwentnie rozwija swój charakterystyczny styl, będący połączeniem heavy metalu, power metalu, epickich melodii i symfonicznych akcentów. Po siedmiu latach od wydania „...Unto the Breach” otrzymujemy trzeci pełnowymiarowy album – „...With Might and Vengeance”. Już sam tytuł doskonale oddaje jego charakter. Płyta ujrzała światło dzienne 31 lipca.

Ogromnym atutem „...With Might and Vengeance” jest wokal Nathana Harrisona. Jego głos bardzo dobrze współgra z tego typu muzyką. Nie próbuje na siłę rywalizować z gitarami, ale potrafi nadać refrenom odpowiednią moc i podkreślić ich podniosły charakter. Szczególnie dobrze wypadają momenty, w których wokal łączy się z chóralnymi partiami oraz monumentalnymi, epickimi melodiami.

Gitarzyści Henry Mahy i Jaymz Stephenson również mają tutaj sporo do powiedzenia. Ich partie są melodyjne, ale nie brakuje technicznych zagrywek, efektownych solówek oraz gitarowych pojedynków. Zespół zapowiadał zresztą przed premierą większy nacisk na technicznie dopracowane podwójne solówki i bardziej epickie melodie – i rzeczywiście jest to jeden z elementów, który wyraźnie odróżnia nowy album od wcześniejszych dokonań.

Nie oznacza to jednak, że Sellsword nagle stał się zespołem progresywnym. Absolutnie nie. Ich muzyka w dalszym ciągu pozostaje przystępna, melodyjna i przede wszystkim nastawiona na emocje. Jeśli ktoś szuka tutaj eksperymentów, nieoczywistych rozwiązań i łamania utartych schematów, może poczuć pewien niedosyt. Jeżeli natomiast oczekujecie klasycznego, epickiego power/heavy metalu z charakterem, trudno będzie narzekać.
Oczywiście można znaleźć podobieństwa do zespołów pokroju HammerFall, Fellowship czy Krilloan, ale Brytyjczycy mają własny pomysł na tę muzykę i nie są jedynie kolejną kopią bardziej znanych przedstawicieli gatunku. Sellsword potrafi wykorzystać sprawdzone rozwiązania, jednocześnie dodając do nich własny pierwiastek.

Czy jest to album idealny? Niestety nie. Momentami można odnieść wrażenie, że zespół zbyt mocno trzyma się sprawdzonej formuły. Przy tak długim materiale nie wszystkie kompozycje zapadają w pamięć równie mocno, a niektórym brakuje tego charakterystycznego „czegoś”, co sprawiłoby, że chciałoby się do nich wracać jeszcze długo po zakończeniu odsłuchu. Największym problemem jest chyba brak wyrazistych hitów – utworów, które natychmiast chwytają za gardło i zostają z nami na dłużej. Płytę otwiera krótkie, instrumentalne „With Might and Vengeance”, które działa niczym intro przed rozpoczęciem wielkiej bitwy. Chwilę później wkracza „The Bringers of War” i od razu wiadomo, że Sellsword nie przyjechał tutaj brać jeńców. Jest ciężko, melodyjnie i niezwykle epicko.

Jednym z najmocniejszych punktów albumu jest „Saxon Steel”. Utwór, znany już z wcześniejszego singla, świetnie sprawdza się również w kontekście całej płyty i należy do tych kompozycji, które najlepiej pokazują potencjał zespołu. Z kolei „Warwolf” odsłania nieco mroczniejsze oblicze Brytyjczyków, natomiast „Mighty Mercenaries” powraca do bardziej przebojowego i bezpośredniego stylu.

Dużo dobrego dzieje się również w „Reignite the Flame” oraz „Boadicea, Rise!”. Oba utwory pokazują, że Sellsword potrafi umiejętnie budować napięcie, łączyć podniosłość z melodyjnością i tworzyć kompozycje, które dobrze wpisują się w epicki charakter całego wydawnictwa.

Warto wspomnieć także o „New Gods”, który należy do najbardziej rozbudowanych utworów na płycie. Jest tutaj więcej atmosfery i przestrzeni, ale zespół nie traci swojego charakterystycznego pazura. To jeden z tych momentów, w których Sellsword próbuje wyjść poza utarte ramy, choć nadal pozostaje wierny swojej stylistyce. Prawdziwą próbą cierpliwości dla słuchacza okazuje się natomiast finałowe „The Age of Night” – ponad czternaście minut muzyki. To ambitne zakończenie albumu, w którym Sellsword pozwala sobie na znacznie większy rozmach. Kompozycja rozwija się stopniowo i pokazuje, że zespół ma ambicje, by budować coś więcej niż tylko zestaw pojedynczych, melodyjnych utworów. Szkoda jedynie, że podobnej wizji i konsekwencji nie udało się utrzymać na całym albumie.

Sellsword niewątpliwie potrafi grać i ma spory potencjał w tym, co robi. Umiejętnie miesza epickość, podniosłość, symfoniczne smaczki i heavy/power metalową melodyjność, tworząc przy tym ciekawy klimat. Problem polega jednak na tym, że wszystkie te elementy nie składają się ostatecznie na wielką płytę. .".With Might and Vengeance” to album solidny, dopracowany i szczery, ale zabrakło na nim większej liczby naprawdę zapadających w pamięć kompozycji, bardziej wciągających melodii oraz wyraźniejszego pomysłu na spójną całość. Sellsword ma wszystkie potrzebne narzędzia, by nagrać coś naprawdę wyjątkowego. Tym razem zabrakło jednak tego jednego kroku, który dzieli dobrą płytę od albumu, do którego chce się wracać latami. Szkoda, bo potencjał jest tutaj naprawdę duży.

Ocena: 7/10

środa, 5 sierpnia 2026

THE SCEPTER - Shadows in the Tower (2026)


 Można odnieść wrażenie, że klasyczny heavy metal przeżywa obecnie drugą młodość. Coraz więcej młodych zespołów inspiruje się legendami gatunku i z powodzeniem przenosi ich brzmienie do współczesności. Tą drogą podąża również kanadyjski The Scepter, który po kilku latach działalności i świetnie przyjętych singlach zadebiutował albumem "Shadows in the Tower". Płyta ukazała się 24 lipca i bardzo szybko skradła serca fanów takich kapel jak Enforcer, Traveler czy Riot City. Już po pierwszym przesłuchaniu słychać, że w The Scepter drzemie ogromny potencjał.

Największą gwiazdą zespołu jest bez wątpienia wokalista Jean-Pierre Abboud, doskonale znany z Gatekeeper oraz Traveler. To niezwykle utalentowany i charyzmatyczny frontman, który potrafi nadać kompozycjom odpowiednią dawkę drapieżności, energii i charakteru. Nie byłoby jednak tak entuzjastycznych opinii o tym materiale, gdyby nie znakomity duet gitarzystów Collins/Walsh. Panowie doskonale się rozumieją, a ich zgrane partie gitar zachwycają melodyką i wyczuciem. Stawiają na klasyczne rozwiązania, które w ich wykonaniu brzmią świeżo i niezwykle przekonująco. Czuć w tym ogromną pasję oraz autentyczną miłość do heavy metalu. Dodatkowym atutem zespołu jest umiejętność komponowania chwytliwych utworów i refrenów, które na długo pozostają w pamięci.

Jedynym poważniejszym minusem albumu jest jego długość. Niespełna 29 minut to zdecydowanie za mało, zwłaszcza że materiału słucha się z ogromną przyjemnością. Już od otwierającego "Riding Out" słychać, że zespół doskonale odnajduje się w estetyce wyznaczonej przez Riot, Tokyo Blade, Helloween czy Enforcer. Galopujące riffy, melodyjne partie dwóch gitar oraz charakterystyczny głos Jean-Pierre'a Abbouda tworzą znakomitą mieszankę klasycznego heavy i power metalu. Muzycy nie próbują na siłę odkrywać gatunku na nowo – stawiają na sprawdzone patenty, realizując je z dużym wyczuciem i autentycznym zaangażowaniem.

Bardzo przyjemnie buja "Where Art Thou", w którym wyraźnie słychać wpływy Iron Maiden oraz klasycznej sceny NWOBHM. To właśnie takie momenty dodają albumowi różnorodności. Mocnych punktów jest jednak znacznie więcej. "Protector of the Skies" oraz "Burn Bundy Burn" imponują energią i chwytliwymi refrenami. Zespół potrafi zaskoczyć dynamiką i umiejętnie wplata elementy power metalu spod znaku wczesnego Helloween. Muszę przyznać, że takie granie wyjątkowo trafia w mój gust. Z kolei pełen pozytywnej energii "Drink On" przemyca wpływy Running Wild, pozostawiając słuchacza w klimacie klasycznego heavy metalu lat 80. "Dunes" prezentuje bardziej epickie oblicze zespołu i wyraźnie nawiązuje do wczesnego Blind Guardian. Całość wieńczy tytułowy "Shadows in the Tower", który stanowi doskonałe zakończenie albumu i pozostawia ogromny apetyt na kolejne wydawnictwo.

Największym atutem płyty są znakomite melodie oraz harmonijne partie gitar. The Scepter udowadnia, że nie potrzeba technicznych fajerwerków, aby pisać angażujące i zapadające w pamięć utwory. Nie wszystko jednak wypada idealnie. Produkcja jest momentami nieco zbyt surowa i chwilami brakuje jej większej siły uderzenia. Zdarzają się również fragmenty, które można było odrobinę skrócić, choć przy tak krótkim czasie trwania albumu nie stanowi to większego problemu.

Mimo tych drobnych niedociągnięć "Shadows in the Tower" to znakomity i niezwykle obiecujący debiut. The Scepter udowadnia, że ma świetne wyczucie melodii, duży talent kompozytorski i doskonale odnajduje się w klasycznym heavy metalu. Jeśli na kolejnej płycie muzycy dopracują produkcję i utrzymają tak wysoki poziom kompozytorski, mogą śmiało dołączyć do czołówki współczesnej sceny tradycyjnego heavy metalu. Dla mnie to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń tego roku. Z pewnością będę często wracał do tej płyty, ponieważ zawiera wszystko to, za co od lat kocham heavy metal.

Ocena: 9/10


wtorek, 4 sierpnia 2026

GHOST AVENUE - Full throtle (2026)


 

Kto by pomyślał, że norweski Ghost Avenue istnieje już od 24 lat. Choć zespół działa od tak dawna i ma na koncie pięć albumów studyjnych, nigdy nie zrobił większej kariery. To formacja z trzeciej ligi heavy metalu – rzetelna, sprawna muzycznie i wierna klasycznemu brzmieniu z wyraźnymi wpływami hard rocka. Nigdy jednak nie udało jej się przebić do ścisłej czołówki gatunku i zdobyć statusu prawdziwej gwiazdy.

Po sześciu latach milczenia Ghost Avenue powraca z nowym albumem "Full Throttle", który nie przynosi żadnej rewolucji ani nie stanowi przepustki do grona najlepszych przedstawicieli gatunku. Zespół po raz kolejny dostarcza solidny materiał, ale nic ponadto. Płyta ukazała się 19 czerwca i jest skierowana przede wszystkim do fanów takich klasyków jak Judas priest, dokken czy accept.

W muzyce Ghost Avenue ważną rolę odgrywają gitarzyści Wiik i Berger, którzy konsekwentnie stawiają na sprawdzone rozwiązania. Nie zamierzają eksperymentować ani wychodzić poza dobrze znane schematy. Efektem jest materiał poprawny, lecz przewidywalny i momentami pozbawiony własnej tożsamości. To solidna mieszanka heavy metalu i hard rocka, ale brakuje jej świeżości oraz wyrazistych kompozycji. Niestety nie znajdziemy tu utworów, które na długo zapadają w pamięć lub wywołują większe emocje. Jednym z największych atutów zespołu pozostaje bez wątpienia utalentowany wokalista Sandvik, dysponujący charakterystyczną, chropowatą barwą głosu i odpowiednią dawką drapieżności. Na pochwałę zasługują również atrakcyjna okładka oraz soczyste, nowoczesne brzmienie.

Album jest krótki i treściwy – osiem utworów składa się na zaledwie 35 minut muzyki. Klasyczne heavy metalowe dźwięki otwierają zadziorny "Killer", prosty, ale chwytliwy numer, w którym wpływy Judas Priest są wyjątkowo wyraźne. Podobnie prezentują się "Highwayman" oraz utwór tytułowy "Full Throttle" – to solidny, lecz mało wymagający i niezbyt wyróżniający się heavy metal. Słucha się ich przyjemnie, jednak trudno mówić o większych emocjach. Nieco ciekawiej wypada "Wild and Free", który przyciąga uwagę mocniejszym riffem i marszowym tempem, dzięki czemu wyróżnia się na tle pozostałych kompozycji. Hardrockowy pazur odnajdziemy z kolei w dynamicznym "Coast to Coast", będącym jednym z jaśniejszych punktów albumu. Zespół próbuje także stworzyć nieco mroczniejszy klimat w "Seas of Thunder", a podobne założenia towarzyszą również "Ride the Night", choć ten utwór niestety sprawia wrażenie mocno ogranego.

Mimo niewielkiego rozgłosu Ghost Avenue wciąż istnieje, nagrywa i wydaje nowe albumy. "Full Throttle" to po prostu kolejna solidna płyta heavy metalowa, która ukazała się w 2026 roku, ale trudno doszukiwać się w niej czegoś więcej. Zabrakło naprawdę mocnych kompozycji i przebojów, które mogłyby wynieść ten album na wyższy poziom.

Ocena: 5/10


poniedziałek, 3 sierpnia 2026

KINGCROWN - Moonfall (2026)


 

Wokalista Jo Amore i perkusista David Amore wrócili do francuskiego Nightmare i już nie mogę się doczekać, co przygotują dla fanów, którzy tęsknili za starym, dobrym obliczem tej formacji. Nowy album zaplanowano na 2027 rok. Póki co pozostaje delektować się najnowszym wydawnictwem Kingcrown, w którym udzielają się bracia Amore. Już 4 września zespół wyda album "Moonfall", który ukaże się nakładem Rockshots Records. Będzie to czwarty studyjny krążek tej formacji. Tym razem zespół naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył.

Dla mnie Kingcrown to przede wszystkim fenomenalny debiut. Później bywało różnie, ale grupa niezmiennie udowadniała, że świetnie odnajduje się w mieszance heavy i power metalu z wyraźnymi wpływami hard rocka. Kingcrown tworzą doświadczeni muzycy. Jo Amore to klasa sama w sobie i jeden z moich ulubionych wokalistów – prawdziwy czarodziej i mistrz swojego fachu. Sekcja rytmiczna dba o odpowiednią dynamikę i budowanie klimatu, ale Kingcrown to nie tylko bracia Amore. Jestem pod ogromnym wrażeniem formy gitarzystów, którzy stanęli na wysokości zadania i stworzyli materiał pełen pasji, energii oraz świeżych pomysłów. Nie trzymają się kurczowo jednego schematu, dzięki czemu potrafią niejednokrotnie zaskoczyć słuchacza. Duet Legger/Saliba doskonale się uzupełnia i słychać, jak wielką miłością darzy klasyczny heavy metal. Nowy album błyszczy i zbliża się poziomem do debiutu, a być może nawet go przewyższa. Na pochwałę zasługują również intrygująca okładka oraz soczyste, pełne mocy brzmienie.

Co znajdziemy na płycie? Dziesięć zróżnicowanych kompozycji, dzięki czemu każdy fan melodyjnego metalu odnajdzie tutaj coś dla siebie. Na dzień dobry wita nas melodyjny i niezwykle przebojowy "Moonfall", będący znakomitym połączeniem power i heavy metalu. Wszystko się tutaj zgadza – chwytliwy motyw gitarowy, świetny wokal oraz refren, który błyskawicznie wpada w ucho. To bardzo mocne otwarcie, a przecież najlepsze dopiero przed nami.

Świetną formę zespół potwierdza w nastrojowym "Nothing". To kompozycja pełna świeżości, epickiego rozmachu i pomysłowości. Mocny riff napędza zadziorny "We Are Kingcrown", który z pewnością przypadnie do gustu fanom Nightmare. Mroczny, drapieżny charakter utworu idealnie współgra z podniosłym i znakomicie napisanym refrenem. To kolejna perełka na tej płycie.

Następnie otrzymujemy powermetalową petardę w klimatach Gamma Ray – "A Thousand Years". Gitarzyści po raz kolejny udowadniają swój talent do tworzenia chwytliwych riffów i porywających solówek. To kwintesencja power metalu, a zarazem kolejny dowód na ogromny potencjał zespołu. Takich killerów właśnie potrzeba.

Równie dobrze wypada pełen energii i powermetalowego kopa "Rise of the Machines". Brawa należą się za podniosły klimat i pomysłowe aranżacje. Echa Primal Fear można natomiast usłyszeć w prostszym i nieco bardziej stonowanym "All United". To jeden z nieco słabszych momentów albumu, ale wciąż dostarcza sporo satysfakcji.

Kolejnym mocnym punktem jest monumentalny i bardziej mroczny "Lost Horizon". To prawdziwa uczta dla fanów gatunku. Zespół znakomicie bawi się konwencją, a inspiracje Nightmare są wyraźnie słyszalne, co bardzo mnie cieszy.

Przebojowy "Oblivion Resilience" brzmi niczym połączenie Powerwolf i Primal Fear. To kolejny koncertowy pewniak i prawdziwa kopalnia chwytliwych melodii. Nieco słabiej wypada utrzymany w hardrockowej stylistyce "Back to the 80's", jednak nadal jest to bardzo dobry utwór. Odstaje od reszty materiału, ale w żaden sposób nie psuje całości.

Na zakończenie otrzymujemy monumentalny "Beyond the Stars". To kompozycja pełna patosu, epickiego rozmachu i emocji. Słychać w niej wpływy Nightmare, ale jednocześnie zespół zachowuje własną tożsamość i stawia na świeże rozwiązania oraz podniosły refren. Kingcrown powala jakością wykonania i kompozytorskim kunsztem. Tego słucha się jednym tchem.

Czterdzieści trzy minuty mijają błyskawicznie. Tym razem Kingcrown wspiął się na wyżyny swoich możliwości i przygotował prawdziwą perełkę dla miłośników heavy i power metalu. To album przebojowy, dojrzały i niezwykle różnorodny. Znajdziemy tutaj zarówno szybkie, energetyczne strzały, jak i hardrockowe hymny czy monumentalne, epickie kompozycje. Każdy odnajdzie na tej płycie coś dla siebie. Pomysłowość muzyków, ich talent oraz instrumentalny kunszt zasługują na najwyższe uznanie. Kingcrown brzmi pewnie, dojrzale i przekonująco. To jedna z największych i zarazem najprzyjemniejszych niespodzianek 2026 roku. Po takim albumie mój apetyt na nowe dzieło Nightmare stał się jeszcze większy. "Moonfall" to płyta, którą można brać w ciemno.

Ocena: 9,5/10