Strony

poniedziałek, 19 stycznia 2026

VALIANT SENTINEL - Neverealm (2026)

 


W obozie greckiego Valiant Sentinel sporo się dzieje. Projekt muzyczny zainicjowany przez gitarzystę Dimitrisa Skodrasa właśnie przeobraził się w pełnoprawny zespół. Dimitris odpowiada za partie gitarowe oraz klawiszowe i bez wątpienia jest mózgiem całego przedsięwzięcia. Do współpracy zaprosił basistę Panosa Manikasa oraz wokalistę Giannisa Georganosa, znanego z formacji Subfire. Za partie perkusyjne odpowiada Frederik Ehmke z Blind Guardian, występujący w roli muzyka sesyjnego. W takim składzie nagrany został drugi album studyjny zespołu, zatytułowany „Neverealm”, który ukazał się 16 stycznia nakładem Theogonia Records.

Pod względem stylistycznym otrzymujemy udany i spójny miks heavy oraz power metalu. Słychać tu wyraźne inspiracje takimi zespołami jak Sinbreed, Blind Guardian czy Brainstorm. Valiant Sentinel stawia na budowanie klimatu, zadziorne riffy oraz chwytliwe, łatwo zapadające w pamięć refreny. Całość została zagrana z wyczuciem i pomysłem – wyraźnie słychać, że zespół znacznie większą wagę przyłożył tym razem do procesu kompozytorskiego. Choć materiał nie unika pewnej wtórności, słucha się go nadzwyczaj przyjemnie.

Bezsprzecznie jednym z najmocniejszych punktów Valiant Sentinel jest wokal Giannisa, który potrafi skutecznie budować napięcie, dodając kompozycjom mocy, ekspresji i drapieżności. Widoczny jest także progres w partiach gitarowych – są one ciekawsze, bardziej rozbudowane i dopracowane niż na debiucie. Album jest bardzo przystępny, przebojowy i dostarcza mnóstwo czystej frajdy ze słuchania.

Na zawartość płyty składa się dziewięć utworów o łącznym czasie trwania 44 minut. Już na otwarcie atakuje nas rozpędzony i agresywny „War in Heaven” – mocny riff, dynamiczne tempo oraz pomysłowy refren sprawiają, że utwór robi znakomite pierwsze wrażenie. Klasyczne rozwiązania wybrzmiewają w melodyjnym „Neverealm” – z jednej strony hołd dla tradycji, z drugiej nowoczesne podejście i świeżość. Nie brakuje tu potencjalnych hitów, a utwór tytułowy jest tego najlepszym dowodem. To wyraźny ukłon w stronę niemieckiego power metalu – prawdziwa petarda.

Wpływy Blind Guardian oraz Manilla Road pojawiają się w klimatycznym i bardziej stonowanym „Mirkwood Forest”, który znakomicie urozmaica tracklistę. Imponująco prezentuje się również rozbudowany i pełen smaczków „The Undermark” – epicki klimat wręcz powala na kolana i pokazuje, jak duży potencjał drzemie w zespole. Echa Blind Guardian odnajdziemy także w spokojnym, nastrojowym „To Mend the Ring”, który potrafi poruszyć i chwycić za serce. W podobnym duchu utrzymany jest również „Come What’s May”.

Mocne, rycerskie uderzenie zespół serwuje w „Elden Lord”, gdzie ponownie pobrzmiewają inspiracje Blind Guardian i Sinbreed – to power metal w najczystszej postaci. Valiant Sentinel błyszczy także w pomysłowym „Arch Nemesis”, w którym gościnnie pojawia się Zak Stevens, dodając kompozycji dodatkowej siły i charakteru. Całość zamyka monumentalny „The Battle of Hornburg”, dziewięciominutowy kolos, w którym zespół daje pełen upust swojej kreatywności i talentowi. Utwór mija zaskakująco szybko, a popisy gitarowe oraz efektowne przejścia sekcji rytmicznej budzą szczery podziw. Klasa sama w sobie.

Oczywiście do ideału wciąż nieco brakuje, jednak mimo to zespół robi bardzo pozytywne wrażenie. Potrafią grać z wyobraźnią, dbałością o detale i wyczuwalnym zaangażowaniem. Słychać tu autentyczną miłość do power metalu. Valiant Sentinel posiada własny styl i umiejętność tworzenia materiału, który wciąga i sprawia ogromną przyjemność. Jeśli w przyszłości dopracują jeszcze kompozycje, zadbają o większą przebojowość i element zaskoczenia, z pewnością będzie o nich głośno.

Ocena: 8,5/10

niedziela, 18 stycznia 2026

TRIUMPHER - Piercing the heart of the World (2026)


 

Manowar w ostatnich latach traci czas na nagrywanie nowych wersji swoich klasyków – nie wiadomo po co i dla kogo – zamiast tworzyć nowy materiał godny pochwał i stawiania metalowych ołtarzy. Na szczęście nie brakuje zespołów, które chcą godnie przejąć pałeczkę po Manowar i pisać nowe rozdziały epickiego heavy metalu dla prawdziwych wojowników. Jednym z takich zespołów, mających wyraźny pomysł na współczesny, świeży i pełen rozmachu epic metal, jest bez wątpienia grecki Triumpher.

Zespół działa od 2019 roku i ma już na koncie dwa znakomite albumy, którymi udowodnił, że należy do pierwszej ligi i potrafi nagrywać nowe klasyki epickiego heavy metalu. Teraz, po dwóch latach przerwy, nadchodzi czas na trzeci album studyjny zatytułowany “Piercing the Heart of the World”, który ukaże się 6 marca nakładem No Remorse Records. To płyta będąca prawdziwym przejawem geniuszu i absolutnym majstersztykiem – wręcz wzorcowa definicja epickiego heavy metalu.

Triumpher czerpie garściami z twórczości Manowar, choć bez trudu można wychwycić również wpływy Manilla Road czy Virgin Steele. Podniosłe motywy, przepiękne aranżacje, tajemnicza atmosfera i pełne emocji solówki przesądzają o wyjątkowym pięknie tej muzyki. Wokal Marsa Triumpha jest przeszywający, monumentalny i wywołujący dreszcze. Co za talent i umiejętności! Potrafi zarówno budować epicki nastrój, jak i nadać całości rasowego, heavy metalowego pazura. To wokalista absolutnie pierwszoligowy – tutaj nie ma miejsca na dyskusję.

Sekcja rytmiczna dba o dynamikę i potężne uderzenie, natomiast prawdziwe cuda wyczynia duet gitarowy. Marios i Christopher prowadzą między sobą przepiękny dialog, stawiając na emocje, pomysłowość i epicki klimat. Odnoszę wrażenie, że gitary dosłownie do nas mówią i mają własny język – to drzwi do innego świata. Czysta magia. Zespół zadbał również o potężne, pełne czarów brzmienie oraz klimatyczną okładkę, która cieszy oko i doskonale współgra z muzyką.

Zapnijcie pasy i wyruszamy w podróż z Triumpher. Album wypełnia osiem utworów, dających łącznie 44 minuty epickiej uczty. Na pierwszy ogień idzie marszowy i monumentalny „Black Blood”, który od razu zdradza fascynację Manowar. Jednocześnie bije z niego świeżość i pomysłowość. Imponuje to, jak zespół bawi się konwencją i jaką wagę przykłada do detali – tutaj wszystko lśni.

Nie brakuje również szybkich killerów, a „Destroyer” jest tego doskonałym przykładem. Potężny riff i bardziej energiczne tempo robią tu kapitalną robotę. Triumpher rzuca na kolana i pokazuje, jak grać epicki heavy metal najwyższych lotów. Wielkie brawa należą się za podniosłe chórki, które budują znakomitą atmosferę. Świetnie buja rozbudowany i patetyczny „The Mountain Throne” – kolejny przejaw geniuszu. Zwolnienia tempa i nacisk na emocje to czysta magia, a zmiany tempa i przyspieszenia są tu poprowadzone mistrzowsko.

Spokojny, sześciominutowy „Ithaca” to absolutny majstersztyk. Jest klimatycznie, refleksyjnie i niezwykle epicko. Wokal wysuwa się na pierwszy plan i tak naprawdę niewiele więcej potrzeba – szczęka opada, jak doskonale to brzmi. Nawet dwuminutowy, balladowy „Vaults of Immortals” kradnie serce i pokazuje, jak bardzo zespół stawia na emocje i oddziaływanie na zmysły.

Klasyczny duch Manowar wybrzmiewa w potężnym, bojowym „The Flaming Sword”. Triumpher znakomicie przejmuje pałeczkę po zespole, który dziś jest już cieniem samego siebie. To klasa sama w sobie. Rozpędzony killer „Erinyes” brzmi jak mieszanka szybkich hitów Manowar i Running Wild, z delikatnymi echami black metalu w tle. Prawdziwa petarda – na kolana wszyscy fani heavy metalu!

Na sam koniec wisienka na torcie – niemal dziesięciominutowy „Naus Apidalia”. Epicki heavy metal z krwi i kości oraz dowód na to, że w tym gatunku wciąż można powiedzieć bardzo wiele. To znakomity hołd dla twórczości Manowar, a jednocześnie wyraźny manifest własnej tożsamości. Taki finał mógł zaserwować tylko grecki Triumpher, który konsekwentnie pisze własną historię epickiego heavy metalu. Chórki, aranżacje, atmosfera – to wszystko jest czymś znacznie więcej niż tylko muzyką.

Jak oni to robią? Triumpher po raz trzeci nagrywa płytę genialną i bezbłędną. To coś więcej niż muzyka czy hołd dla Manowar – to nowa definicja epickiego heavy metalu. Nowy album Triumpher to czysty przejaw geniuszu i dzieło, które zostaje w pamięci na długo. Sieje zniszczenie i już teraz można budować ołtarzyk ku czci Triumpher. Wielki triumfalny powrót w glorii chwały.

W marcu zespół zagra w Polsce na Helicon Metal Festival i to będzie prawdziwe święto dla fanów zespołu jak i heavy metalu. 

Ocena: 10/10

sobota, 17 stycznia 2026

MEGADETH - Megadeth (2026)

 


Ten dzień w końcu musiał nadejść. Dzień, w którym Megadeth wyrusza w swoją ostateczną podróż i zamyka pewien rozdział w historii metalu. Nic nie trwa wiecznie, a Megadeth – jako jeden z filarów Wielkiej Czwórki thrash metalu – zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach gatunku, wydając mnóstwo znakomitych albumów. Owszem, ostatnie lata to już nie ten sam poziom co w latach 80. czy 90., ale nawet nowsze płyty trzymały solidny poziom i potrafiły dostarczyć sporo satysfakcji.

W 2023 roku do zespołu dołączył gitarzysta Teemu Mäntysaari (Wintersun), wnosząc do składu nową energię i świeże spojrzenie. Po czterech latach oczekiwania wreszcie nadszedł czas na ostatni album Megadeth, zatytułowany po prostu „Megadeth”, którego premiera zaplanowana jest na 23 stycznia.

Nie ma tu rewolucji ani stylistycznych zwrotów akcji – dostajemy dokładnie to, czego można się spodziewać po Megadeth. To rasowy, charakterystyczny album zespołu, zawierający wszystkie elementy składające się na jego unikalny styl. Rozpoznawalny, kąśliwy wokal Dave’a Mustaine’a jest obecny i – co ważne – znajduje się w bardzo dobrej formie. Nadaje kompozycjom drapieżności i odpowiedniego ciężaru. Sporo świeżości wnosi Mäntysaari, który znakomicie dogaduje się z Mustainem. Panowie swobodnie operują konwencją, stawiając na proste, zadziorne riffy oraz melodyjne, dobrze wyważone solówki. Całość oscyluje na pograniczu heavy i thrash metalu, jest rozegrana ze smakiem i nie brakuje utworów zapadających w pamięć. Jeśli to rzeczywiście finał kariery Megadeth, to zespół żegna się w godnym stylu.

Okładka płyty nie zachwyca – wizualnie wypada raczej przeciętnie – ale niesie ze sobą symbolikę pożegnania, co najwyraźniej było głównym zamysłem. Brzmienie jest mocne i soczyste, choć można odczuć pewien niedosyt surowości i pazura. Na szczęście sam materiał rekompensuje te braki – jest dobrze wyważony i atrakcyjny. Single zaprezentowane podczas promocji albumu przypadły mi do gustu i potwierdziły jedno: to wciąż Megadeth, jaki znamy i kochamy.

Album otwiera agresywny, dynamiczny „Tipping Point” – świetny start i jeden z najmocniejszych punktów płyty. Przywołuje ducha dawnych lat i pokazuje, że zespół wciąż potrafi uderzyć z impetem. Podobne emocje budzi lekko punkowy, pomysłowy „I Don’t Care”, w którym Dave Mustaine popisuje się znakomitą formą wokalną. Bardziej stonowany i wyraźnie heavy metalowy „Hey God” to solidny, chwytliwy numer, choć bez ambicji bycia killerem.

Efektowne solówki Mäntysaariego napędzają melodyjny i rozpędzony „Let There Be Shred” – to klasyczny megadethowy killer i dokładnie taki Megadeth, jaki uwielbiam. „Puppet Parade” to kolejny heavy metalowy kawałek oparty na prostej formule i mocnym riffie, z przyjemnie bujającym, lekko komercyjnym refrenem. Dalej pojawia się spokojniejszy „Another Bad Day”, przemycający hardrockowe patenty – nieskomplikowany, ale chwytliwy i przystępny.

Thrashowa agresja wraca w ostrzejszym „Made to Kill” i szkoda, że takich numerów nie ma na płycie więcej. Niestety, „Obey the Call” wypada dość nijako i niewiele wnosi do całości. Solidny heavy metal reprezentuje „I Am War”, choć i tutaj brakuje dopracowania i elementu, który naprawdę zwaliłby z nóg – słucha się tego dobrze, ale bez większych emocji. Zdecydowanie więcej dzieje się w bardziej zadziornym i przebojowym „The Last Note”.

Na koniec dostajemy bonus w postaci kultowego „Ride the Lightning” – historia zatacza koło. Wersja Megadeth jest interesująca, choć traktuję ją raczej jako ciekawostkę niż pełnoprawny punkt programu.

Trudno uwierzyć, że to naprawdę ostatni album Megadeth. To żywa legenda metalu, która przez dekady rozpalała wyobraźnię fanów i dostarczała niezapomnianych płyt. Zespół zawsze miał własny styl i unikalne podejście do thrash metalu. Będzie mi brakować wokalu Dave’a Mustaine’a i tych charakterystycznych gitarowych zagrywek. Na szczęście zostaje bogata dyskografia, a pożegnalny album jest naprawdę bardzo dobry. Nie przynosi wstydu, a wręcz potwierdza, że Megadeth to klasa sama w sobie."Megadeth" to swoista kontynuacja tego co band prezentował na ostatnich plytach. To godne i mocne podsumowanie historii wielkiego zespołu.

Ocena: 8/10

VENGER - Times of legend (2026)

 


Jeśli komuś wciąż mało muzyki spod znaku Saxon czy klimatów NWOBHM, śmiało może sięgnąć po debiutancki album zespołu Venger. Formacja powstała w 2024 roku z inicjatywy gitarzysty Saxon – Douga Scarratta, który do współpracy zaprosił perkusistę Svena Rothe, gitarzystę Jamesa Fogarty’ego oraz wokalistę Franza Bauera, znanego z Roadwolf. Doświadczeni muzycy serwują w efekcie solidną porcję heavy metalu w klasycznym, brytyjskim wydaniu. Album „Times of a Legend” ukazał się 9 stycznia.

Sztuczna, komputerowa okładka raczej odstrasza niż zachęca do odsłuchu, natomiast samo brzmienie płyty jest mocne, selektywne i wyraziste. Znacznie lepiej wypada sam materiał muzyczny. Na pierwszy plan wysuwa się praca gitarzystów, którzy stawiają na klasyczne patenty i nośne, wyraziste riffy – to wyraźny ukłon w stronę złotej ery brytyjskiego heavy metalu. Słychać tu echa Saxon, Satan, a momentami także Black Sabbath z okresu wokalnego Tony’ego Martina. Panowie nie próbują odkrywać Ameryki na nowo, ale oferują bardzo przyzwoitą podróż do lat 80. Klimat oraz pomysłowe riffy wykonują tu kawał solidnej roboty.

Album otwiera „From World’s Unknown” – rasowy heavy metal oparty na klasycznym riffie, będący udanym miksem patentów Judas Priest i Saxon. Dalej dostajemy zadziorny „Pharaoh’s Curse”, w którym wyraźnie słychać potencjał i kreatywność muzyków. Utwór brzmi klasycznie, ale z polotem i świeżą energią. W podobnych klimatach utrzymany jest „Navigate the Labyrinth”, mocno osadzony w brytyjskiej stylistyce.

Nie zabrakło również miejsca na bardziej rockowe granie – „Crystal Gazer” oferuje lżejszą formę, a jego klimat stoi na naprawdę wysokim poziomie. Zespół pokazuje pazur w agresywnym „The Legend” – to prawdziwa perełka albumu: mocny riff, szybsze tempo i gotowy killer. Kolejnym mocnym punktem jest „Seance”, który stawia na stonowane tempo, łagodniejszą atmosferę i rockowy charakter. W podobnej tonacji utrzymany jest nastrojowy „Impaler of Souls”, a całość zamyka „Tower of Babel”, ponownie podkreślający talent i doświadczenie zespołu.

Dla fanów Saxon i klasycznego heavy metalu to bez wątpienia nie lada gratka, zwłaszcza że materiał jest solidny i nie brakuje w nim ciekawych aranżacji. Nieco zabrakło jednak wyrazistych hitów czy bezkompromisowych killerów, które siałyby totalne zniszczenie. Mimo to potencjał jest wyraźnie wyczuwalny – pozostaje czekać, co przyniesie przyszłość.

Ocena: 8/10

czwartek, 15 stycznia 2026

BATERING RAM - Time masters (2026)


 

Nazwa zespołu Battering Ram początkowo niewiele mi mówiła, jednak jedno spojrzenie na okładkę autorstwa Andreasa Marschalla wystarczyło, bym wiedział, że warto sięgnąć po debiutancki album hiszpańskiej formacji. Zespół działa od 2008 roku i w końcu nadszedł moment na pełnoprawny debiut zatytułowany „Time Masters”, który ukazał się 10 stycznia. To materiał balansujący na styku heavy metalu i thrash metalu.

Już od pierwszych chwil uwagę przykuwa świetna okładka oraz mocne, wyraziste brzmienie. Sam zespół udowadnia, że doskonale opanował swoje instrumenty i potrafi umiejętnie łączyć klasyczne elementy heavy metalu z ostrzejszym, thrashowym pazurem. W ich muzyce bez trudu można wychwycić inspiracje takimi zespołami jak Anthrax, Megadeth czy Paradox. Battering Ram przemyca również sporo elementów progresywnych, stawiając na bardziej złożone struktury i rozbudowane partie gitarowe.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje gitarzysta Guillermo Marques, który dwoi się i troi, by materiał był pełen niespodzianek i przyjemny w odbiorze. Bardzo dobrze wypada także wokalista David Ordas – jego głos oscyluje wokół stylistyki heavy/power metalowej, a ciekawa barwa nadaje całości dojrzałości i klimatu. Wszystko to sprawia, że debiut Battering Ram zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Każdy utwór wpisuje się w spójną narrację, tworząc album koncepcyjny, w którym dominują motywy czasu i przeznaczenia. Całość otwiera tajemnicze intro, po którym następuje pomysłowy i bardziej progresywny „Unexpected Events” – utwór pełen interesujących aranżacji i nieoczywistych rozwiązań. Więcej agresywnego thrash metalu dostajemy w „The Persecuted”, który aż kipi energią i przebojowością. Bardziej stonowane tempo i solidna dawka heavy metalu to z kolei atuty zadziornego „Seconda Son”. Elementy power metalu wyraźnie wybrzmiewają w dynamicznym „Immortality Fed by Death”, który dodatkowo wzbogacono progresywnymi patentami.

Najlepiej zespół wypada w bardziej agresywnych fragmentach, gdzie nacisk kładziony jest na szybkość i melodyjność – doskonale oddaje to tytułowy „Time Masters”. Nieco słabiej prezentuje się „Armageddon Wars”, który sprawia wrażenie przerostu formy nad treścią i nie do końca przekonuje. Album zamyka rozbudowany, progresywny „The Quest”, oferujący udany miks heavy/power metalu z thrash metalem – to solidne i satysfakcjonujące zwieńczenie całości.

Battering Ram zalicza udany start. To zespół z umiejętnościami i wyraźnym pomysłem na siebie, choć kilka elementów wymaga jeszcze dopracowania. Brakuje nieco większej przebojowości oraz bardziej wyrównanego poziomu kompozycji. Przydałyby się także gitarowe motywy, które od razu zapadałyby w pamięć i robiły efekt „wow”. To solidny materiał z potencjałem, choć pozostawia po sobie lekki niedosyt.

Ocena: 6,5/10

środa, 14 stycznia 2026

WALLS OF BABYLON - Aeons part (2026)


 

Kto by pomyślał, że włoski Walls of Babylon działa już od 14 lat? Po czteroletniej przerwie zespół powraca z czwartym albumem studyjnym zatytułowanym „Aeons Apart”. Płyta ukazała się 9 stycznia i bez wątpienia można ją rozpatrywać w kategorii albumu koncepcyjnego – cała tematyka krąży wokół izolacji oraz upływu czasu. W porównaniu do „Fallen” nowy materiał jest wyraźnie bardziej dojrzały i różnorodny.

Muzycznie mamy do czynienia z power metalem wzbogaconym o elementy progresywne, rockowe oraz symfoniczne. W brzmieniu zespołu można doszukać się inspiracji takimi formacjami jak Kamelot czy Symphony X, nie brakuje również wpływów Evergrey, Secret Sphere oraz Labyrinth. Walls of Babylon nadal utrzymują wysoki poziom, a ich najnowsze wydawnictwo bez wątpienia zasługuje na uwagę.

O ile soczysta produkcja i nuta nowoczesności robią bardzo dobre wrażenie, o tyle kiczowata okładka potrafi skutecznie odstraszyć. Na szczęście muzyka broni się sama. Warto pochwalić muzyków za pasję oraz wyraźny pomysł na własną tożsamość artystyczną. Wokalista Valerio Gaoni umiejętnie buduje klimat i nadaje całości power metalowego charakteru – jego głos idealnie wpisuje się w stylistykę zespołu i odgrywa kluczową rolę w jego brzmieniu.

Mocnym punktem albumu jest także współpraca gitarzystów Pellegrini/Pietrini. Panowie stawiają na chwytliwe melodie, różnorodność i sporą dawkę pozytywnej energii. Słychać tu pasję, kreatywność i zaangażowanie. Choć do ideału jeszcze trochę brakuje, muzycy potrafią solidnie „dać czadu”.

Album składa się z dziewięciu utworów, a już otwierający „Silent Guilt” imponuje dynamiką i przebojowym charakterem. Szybkie tempo oraz podniosły refren robią świetną robotę – całość słucha się niezwykle przyjemnie i słychać tu spory potencjał. Jeszcze większego kopa serwuje energiczny „Eternal Hurt”, który doskonale oddaje esencję power metalu: mocny riff, galopujące tempo i duża dawka chwytliwości składają się na niemal gotowy hit.

Na płycie znalazło się również miejsce na lżejsze, bardziej melodyjne momenty. „Tales of Luminescence” przywodzi na myśl klimat Helloween czy Edguy – radosny feeling i łatwo wpadająca w ucho melodia są tu ogromnym atutem. Pozytywna energia emanuje także z melodyjnego „Ashen Hero”, dobrze rozplanowanego utworu, który pokazuje kompozytorski talent zespołu.

Nutę hard rocka odnajdziemy w lekkim „Starblight”, natomiast radiowy potencjał ujawnia się w przyjemnym w odbiorze „Once Again”. Elementy progresywne wyraźnie zaznaczają się w rozbudowanym „Lies to Gold” – to jeden z najmocniejszych punktów albumu. Bardziej zadziorny i mroczniejszy klimat oferuje „Blood for Blood”, który wnosi do całości odrobinę ciężaru. Całość zamyka rozpędzony i przebojowy „Epilogue” – bardzo udane podsumowanie albumu i umiejętności zespołu.

Nowy materiał Walls of Babylon to solidna dawka progresywnego power metalu z domieszką symfonicznych aranżacji. To muzyka lekka, przystępna i przyjemna w odbiorze. Brakuje co prawda elementu zaskoczenia oraz jeszcze większej dawki wyrazistych hitów, jednak całość prezentuje się naprawdę solidnie. Warto sięgnąć po ten album i wyrobić sobie własne zdanie.

Ocena: 7,5/10

poniedziałek, 12 stycznia 2026

DEATHGEIST - Underwolrd (2026)


 

Po czterech latach oczekiwania brazylijski Deathgeist powraca z nowym materiałem. „Underworld” to swoista kontynuacja kierunku, jaki zespół prezentował do tej pory. Otrzymujemy przede wszystkim dynamiczny i agresywny thrash metal, jednak dużym atutem albumu jest obecność melodyjności oraz wyraźnych patentów zaczerpniętych z heavy i speed metalu. Niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że to właśnie ta heavy/speedmetalowa motoryka wysuwa się na pierwszy plan. Płyta ukazała się 9 stycznia i bez wątpienia zasługuje na uwagę. Oczywiście nie jest to światowa liga, ale zespół nadrabia pasją i solidnym rzemiosłem.

Deathgeist działa od 2017 roku i ma już na koncie cztery albumy studyjne. Najnowszy krążek wyraźnie pokazuje, że muzycy wiedzą, jak grać i jak dostarczyć porcję solidnego metalowego grania. Fundamentem całości są partie gitarowe duetu Adriano i Victor, którzy stawiają na klasyczne rozwiązania i wyraźnie czerpią z klimatu lat 80. Brakuje nieco elementu zaskoczenia oraz większej przebojowości, jednak album broni się mocnymi riffami i wysokim tempem. Adriano Perfetto odpowiada również za partie wokalne — to rasowy frontman, stawiający na drapieżność, agresję i oldschoolowy klimat. Technicznie nie zawsze jest idealnie, ale jego wokal dobrze wpisuje się w stylistykę Deathgeist i stanowi jeden z motorów napędowych zespołu.

Przyjemna dla oka okładka oraz soczyste, dobrze wyważone brzmienie współgrają z zawartością albumu. Całość otwiera sześciominutowy „Underworld” — ponury, mroczny utwór, który jasno sygnalizuje obecność wpływów heavy i speed metalu. To kompozycja dość prosta i stylistycznie przewidywalna, ale jednocześnie przyjemna w odbiorze. Więcej heavy metalowego klimatu odnajdziemy w nastrojowym „Mind Games”, choć brakuje tu emocjonalnego zrywu i wyrazistego punktu kulminacyjnego.

Bardzo dobrze wypada rozpędzony „Destination: Dust”, w którym można wyraźnie usłyszeć inspiracje takimi zespołami jak Destruction czy Kreator. Na płycie znalazł się również toporny i stonowany „U.F.O. Inc.” — solidny, choć pozbawiony większych ambicji. Z kolei „Last Memories” wypada zbyt spokojnie i nijako, niewiele wnosząc do całości. Jednym z ciekawszych momentów albumu jest dynamiczny „When Darkness Falls”, pokazujący, że Deathgeist potrafi stworzyć utwór naprawdę godny uwagi. Całość zamyka „Skinwalkers” — kolejny przykład melodyjnego grania w wykonaniu zespołu. To dobra propozycja, choć do ideału wciąż sporo brakuje.

Deathgeist to solidny zespół grający z pasją i pozytywną energią. Wciąż brakuje im elementu zaskoczenia oraz większej dawki przebojowości, jednak nowy album potwierdza, że drzemie w nich potencjał na coś więcej. To materiał, którego słucha się bez bólu, a momentami nawet z przyjemnością. Warto sprawdzić, choć nie należy oczekiwać rewelacji.

Ocena: 5,5/10

sobota, 10 stycznia 2026

DESTROY THEM - Threehold of apocalypse (2026)


 Mało kto wie, że w teledysku „Become Immortal” Kreatora z 2022 roku pojawił się inny niemiecki zespół grający thrash metal – Destroy Them. Sam Kreator okrzyknął ich młodszą wersją siebie. Kapela istnieje od 2016 roku, jednak dopiero teraz, 9 stycznia, udało jej się wydać pierwszy pełnometrażowy album studyjny. Trzeba przyznać, że „Threshold of Apocalypse” to faktycznie hołd złożony twórczości Kreatora czy Destruction. Słychać wyraźnie, że zespół inspiruje się przede wszystkim takimi płytami jak „Hordes of Chaos” czy „Phantom Antichrist”. Co więcej – ten album wypada znacznie lepiej niż najnowsze wydawnictwo samego Kreatora.

Jest tu energia, drapieżność, ale również spora dawka melodyjności i przebojowości. Zespół ma wyraźny pomysł na siebie i doskonale wie, jak grać thrash metal z polotem. Destroy Them czerpie z dokonań Kreatora, ale stara się zachować własną tożsamość, zamiast być jedynie marną kopią. Muzycy świetnie bawią się konwencją, a materiał potrafi porwać i dostarczyć mnóstwo frajdy fanom thrash metalu.
Warto wspomnieć, że skład tworzą doświadczeni muzycy. Na wokalu udziela się Hendrik Tuschmann, znany m.in. z Ravage. Jego głos jest drapieżny, charyzmatyczny i znakomicie napędza muzykę Destroy Them. Wraz z Chrisem Tsitsem tworzy znakomity duet gitarowy. Chrisa można kojarzyć z Suicidal Angels i jakość tamtej kapeli wyraźnie daje o sobie znać. Partie gitarowe i riffy to bez wątpienia jedna z największych zalet tej płyty. Wszystko zostało zagrane z pasją i brzmi świeżo. Dzięki temu debiut Destroy Them nie sprawia wrażenia pierwszego albumu, lecz dzieła dojrzałych muzyków, dla których thrash metal to sens życia.

Na pochwałę zasługuje również dopracowane, wysokiej klasy brzmienie oraz klimatyczna okładka. Na płycie znalazło się 10 utworów i każdy z nich dostarcza sporo satysfakcji. Już otwierający „Hatespeech” pokazuje, na co stać zespół. Echa Kreatora oczywiście słychać w „Masterheads Collide”, ale Destroy Them podchodzi do tego z pomysłem. To rasowy killer, który szybko wpada w ucho, a zespół po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać chwytliwe numery.
Emocje nie opadają – atakuje nas kolejny thrashmetalowy killer w postaci „They Will Be”. Biją z tego utworu świeżość i pomysłowość. Thrash metal w takim wydaniu kocham najbardziej. Nieco zwalniamy w heavy metalowym „Nothingness” – pojawia się mroczny klimat i bardziej toporny charakter, pokazujący inne oblicze zespołu. Mocny riff, szybsze tempo i pomysłowy motyw przewodni napędzają „Ode to Death”, który jest kolejnym mocnym punktem albumu.
Piękne w tej płycie jest to, że cały czas coś się dzieje i nie ma miejsca na nudę. Nutkę heavy metalowej stylistyki odnajdziemy także w „Silence of Oregon”, co stanowi kolejne urozmaicenie i pokazuje, jak duży potencjał drzemie w Destroy Them. Na uwagę zasługuje również dynamiczny i przebojowy „Brutal Attack”. Nieco spokojniejszy, bardziej heavy metalowy charakter ma utwór tytułowy „Threshold of Apocalypse”. Zespół konsekwentnie dba o różnorodność i świeżość materiału. Album zamyka najdłuższy numer na płycie – „Where Is My War”.

Debiutancki album niemieckiej formacji idealnie trafia w mój gust. To płyta pełna agresji, chwytliwych melodii i potężnych riffów. Destroy Them udowadnia, że w thrash metalu wciąż można nagrać świetny, świeży album. Panowie doskonale znają się na rzeczy i wiedzą, jak zadowolić słuchaczy. Płyta znacznie ciekawsze niż nowe dzieło Kreator.
Płyta – petarda.

Ocena: 9/10

piątek, 9 stycznia 2026

X SINNER - Going out with a bang (2026)


 

To dopiero niespodzianka. Amerykański X Sinner wraca do świata żywych! Siedemnaście lat oczekiwania na nowy materiał to naprawdę kawał czasu. X Sinner działa na scenie od 1988 roku i niejednokrotnie udowadniał, że potrafi grać hard rock godny uwagi, z wyraźnymi wpływami AC/DC, Dokken czy Krokus. Najnowszy album zatytułowany „Going Out with a Bang”, który ukazał się 1 stycznia 2026 roku, jest tego najlepszym potwierdzeniem. Jeśli ktoś kocha stary, dobry hard rock lat 80. i 90., przesiąknięty duchem klasycznego AC/DC, będzie w siódmym niebie.

X Sinner to przede wszystkim zadziorny, chropowaty głos Rexa Scotta. Bez trudu słychać, że inspiruje się Brianem Johnsonem — i trzeba przyznać, że wychodzi mu to znakomicie. Jest charyzma, jest pazur, a dzięki temu cała płyta nabiera autentycznego hardrockowego feelingu. Scott pełni również rolę gitarzysty i wspólnie z Gregiem Bishopem tworzy zgrane, pełne energii partie gitarowe, w których słychać pasję oraz miłość do klasycznego hard rocka. To prawdziwa laurka dla lat 80. i twórczości AC/DC.

Na albumie znalazło się 10 utworów, a otwierający całość „Light You Up” od razu serwuje nam hołd dla AC/DC. Niby nic nowego, a jednak cieszy i skutecznie wprowadza w klimat płyty. Miłośnicy szybkiego, bezkompromisowego hard rocka w stylu „Fire Your Guns” AC/DC powinni koniecznie sięgnąć po rozpędzony „Going for Broke” — to prawdziwa hardrockowa petarda, w której zespół błyszczy pełnym blaskiem.

Nieco wpływów Def Leppard można wychwycić w przebojowym „Fire and Thunder”, gdzie prosty, chwytliwy motyw sprawdza się doskonale. Kolejnym agresywnym numerem jest „World on Fire” — tutaj szczególne brawa należą się gitarzystom za znakomitą, pełną werwy pracę. To hard rock najwyższych lotów. Zespół bardzo dobrze odnajduje się w mocniejszym, riffowym graniu, co potwierdza „Hell or High Water”. Finał albumu należy do prostego, ale niezwykle chwytliwego „Time to Rise”, który brzmi jak udany miks ery Bona Scotta z przebojowością Def Leppard. Całość jest dobrze wyważona i konsekwentnie utrzymana w jednej stylistyce.

Zespół kazał swoim fanom długo czekać, ale było warto. Otrzymujemy klasyczne dźwięki i sprawdzone patenty znane z płyt Def Leppard czy AC/DC. Na albumie nie brakuje potencjalnych hitów i zapadających w pamięć melodii, a całość sprawia wrażenie dobrze przemyślanego, spójnego wydawnictwa. To płyta obowiązkowa dla każdego fana hard rocka.

Ocena: 8/10

czwartek, 8 stycznia 2026

LEATHERHEAD - Violent horror stories (2026)

 



Nadszedł czas, aby zweryfikować, czy grecki zespół Leatherhead był jedynie jednorazowym objawieniem, czy też rzeczywiście jesteśmy świadkami narodzin nowej gwiazdy na greckiej scenie metalowej. Grupa powraca z nowym materiałem zaledwie po dwóch latach i udowadnia, że ma sporo do powiedzenia w kategorii heavy/speed metalu inspirowanego latami 80. Muzycy bez kompleksów sięgają po dziedzictwo takich formacji jak Exciter, Enforcer, Agent Steel czy Scanner. Album „Violent Horror Stories” ukaże się 13 lutego 2026 roku nakładem No Remorse Records. Choć całość nie dorównuje perfekcją debiutowi, nadal mamy do czynienia z graniem na bardzo wysokim poziomie. Tego wydawnictwa po prostu nie można przegapić.

Warto zaznaczyć, że jest to pierwszy album nagrany z nowym gitarzystą. Jim Komninos, znany wcześniej z formacji Thorn Burial, w której występował również wokalista Tolis Mekras, doskonale wpisuje się w stylistykę zespołu. Jego współpraca z Thanosem Metaliosem układa się wzorcowo. Duet stawia na zadziorne, kreatywne partie gitarowe oraz chwytliwe, łatwo zapadające w pamięć solówki. Leatherhead doskonale wie, jak dogodzić słuchaczowi i pobudzić jego zmysły. Z jednej strony mamy tu granie dobrze znane i wielokrotnie eksploatowane, z drugiej – podane z pomysłem, pasją i dbałością o detale. Słychać autentyczne zaangażowanie i miłość do gatunku. Wokal Tolisa ponownie robi ogromne wrażenie i potrafi wywołać dreszcze. Dostajemy także soczyste, selektywne brzmienie oraz znakomitą okładkę z charakterystyczną maskotką zespołu. Brawo!

Album składa się z ośmiu utworów i oferuje 37 minut muzyki, która naprawdę potrafi zachwycić. Już rozpędzony „V.H.S.” oddaje esencję heavy/speed metalu rodem z lat 80. Główny motyw dosłownie rozwala system i pokazuje klasę zespołu – nic dziwnego, że to właśnie ten numer wybrano na singiel. Następnie otrzymujemy dynamiczny „Summoning the Dead”, który imponuje efektownymi solówkami i znakomitą dynamiką. Sekcja rytmiczna błyszczy w „The Visitors”, gdzie można wychwycić echa Iron Maiden czy Kinga Diamonda. To utwór, który doskonale eksponuje możliwości wokalne Tolisa – jego głos sieje tu prawdziwe spustoszenie. Siedmiominutowy „Children of the Beast” to bardziej rozbudowana kompozycja, oparta na mrocznym klimacie i umiejętnym budowaniu napięcia. Klasyczne patenty i wyraźne nawiązania do lat 80. są jednym z największych atutów Leatherhead. Zespół świetnie odnajduje się również w szybkim, bezkompromisowym speed metalowym graniu, co znakomicie potwierdza „Incubus”. Mnóstwo klasycznych elementów znajdziemy także w prostym, chwytliwym „Crimson Eyes”, który czerpie pełnymi garściami z NWOBHM. Podobnie prezentuje się pomysłowy i energetyczny „Dreamcatcher”.

Leatherhead nagrał kolejny znakomity album w swoim charakterystycznym heavy/speed metalowym stylu. Jest klimat lat 80., potężne brzmienie, przemyślane riffy i wciągające refreny. Zespół udowadnia, że ma talent, wizję i jasno określony kierunek artystyczny. Album aż kipi energią i kryje w sobie wiele potencjalnych hitów. Grecki band pokazuje, że nie jest sezonową sensacją, lecz formacją z prawdziwym potencjałem.

Ocena: 9/10

środa, 7 stycznia 2026

KREATOR -Krushers of the World (2026)


 

Niemiecki Kreator przechodził w swojej karierze przez różne etapy stylistyczne, jednak ostatnia faza – melodyjny thrash metal z wyraźnymi wpływami heavy i power metalu – trwa już blisko dwie dekady. To właśnie w tym okresie zespół nagrał tak znakomite płyty jak Phantom Antichrist czy Gods of Violence. Dzięki temu Kreator zaczął tworzyć więcej przebojowych utworów, trafił do szerszego grona odbiorców i ponownie stał się jedną z największych sił na metalowej scenie.

Najnowszy album, zatytułowany Krushers of the World, jest w zasadzie kontynuacją tej przystępnej, melodyjnej odsłony thrash metalu, wzbogaconej o elementy heavy i power metalu. Całość brzmi jednak jeszcze bardziej komercyjnie niż wcześniej. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych – wyraźna wada.

Od 2019 roku skład zespołu pozostaje stabilny, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Muzycy są w znakomitej formie i trudno odmówić im profesjonalizmu czy energii. Problem tkwi jednak w samej jakości materiału. Któraś z rzędu płyta utrzymana w tym samym, melodyjnym stylu może zwyczajnie męczyć i przestaje robić tak duże wrażenie. Zespół serwuje nam bardzo podobne patenty, tyle że w nieco słabszym wydaniu. Ile razy można bazować na zbliżonym motywie gitarowym?

Ten problem niestety dotyka nowego albumu. Sama formuła i stylistyka wciąż są atrakcyjne – melodyjne oblicze Kreator nadal bardzo mi się podoba – jednak na Krushers of the World brakuje świeżości i elementu zaskoczenia. Często można odnieść wrażenie, że dane pomysły pojawiły się już na poprzedniej płycie, tylko w lepszej, bardziej przekonującej odsłonie.

Na plus zdecydowanie należy zaliczyć Mille Petrozzę, który wciąż imponuje zadziornym, charakterystycznym wokalem napędzającym machinę zwaną Kreator. Duet gitarowy Petrozza/Sammy Duet (Sami Yli-Sirniö) nadal potrafi porwać zarówno efektownymi solówkami, jak i solidnymi riffami. Nie wszystko jednak wypada idealnie – momentami zespół sprawia wrażenie, jakby kręcił się we własnym kręgu, zjadając własny ogon.

Teoretycznie wszystko się zgadza: przepiękna okładka, soczyste i selektywne brzmienie oraz sprawdzony styl powinny zaowocować kolejną perełką w dyskografii. Niestety, tym razem tak się nie dzieje. Thrashmetalowe wydawnictwa z 2025 roku pokazują, że Kreator z nowym albumem plasuje się raczej w drugiej lidze niż w ścisłej czołówce.

Najlepsze wrażenie robią znane już single. Rozpędzony i agresywny „Seven Serpents” brzmi jak nieco słabsza kopia „Phantom Antichrist” – bardzo podobny riff i refren sprawiają, że uczucie déjà vu jest nieuniknione. Bardziej nowoczesny i mroczny charakter ma „Satanic Anarchy”. To przemyślany, dojrzały utwór, który potrafi zaskoczyć, choć jego refren wydaje się odrobinę zbyt słodki.

Melodyjny i klimatyczny „Tränenpalast”, z gościnnym udziałem Britt Görtz, wyraźnie nawiązuje do stylistyki Arch Enemy i ociera się o melodyjny death metal. Na duży plus zasługuje riff, w którym pobrzmiewają patenty znane z twórczości Running Wild. To bez wątpienia jeden z jaśniejszych punktów albumu.

Tytułowy „Krushers of the World” jest natomiast dość toporny, mocno heavy metalowy i – niestety – nijaki oraz ospały. Thrashmetalowe łojenie dostajemy w „Barbarian”, czyli typowym numerze Kreator. Słucha się go dobrze, ale próżno szukać tu czegokolwiek nowego.

Jednym z najmocniejszych momentów płyty jest rozpędzony „Blood of Our Blood” – zagrany z pasją i pomysłem, z chwytliwym refrenem, który szybko zapada w pamięć. To prawdziwa petarda, przebijająca wiele innych kompozycji z albumu. „Combatants” opiera się na solidnym riffie i lekko heavy metalowym charakterze. Dobra praca gitar i spora dawka melodyjności to jego główne atuty, choć i tutaj Kreator bywał już w przeszłości bardziej przekonujący.

Szybki i agresywny „Psychotic Imperator” korzysta ze sprawdzonych patentów i momentami przywodzi na myśl „Hordes of Chaos”. Bardzo dobrze wypada za to drapieżny, pełen agresji „Death Scream” – Kreator w formie, jaką najbardziej cenię: z pomysłem, pazurem i nośnym motywem przewodnim. Finał płyty stanowi lżejszy, bardziej heavy metalowy „Loyal to the Grave” – utwór przebojowy, łatwy w odbiorze, wręcz radiowy i wyraźnie nastawiony na szeroką publiczność.

Kocham Kreator i jego melodyjne wcielenie, jednak coraz wyraźniej czuję, że ta formuła zaczyna się wyczerpywać. Zespół powinien mocniej popracować nad samymi kompozycjami. Otrzymujemy w dużej mierze kopie pomysłów z poprzednich płyt, przy czym ich jakość nie dorównuje pierwowzorom. To album dobry do okazjonalnego odsłuchu, z kilkoma naprawdę udanymi numerami, ale całościowo liczyłem na coś więcej – na materiał odważniejszy i bardziej inspirujący.

Nie czuję, by Krushers of the World był kandydatem do płyty roku. Tym bardziej szkoda, że cztery lata oczekiwania nie przełożyły się na wydawnictwo z prawdziwie wielkim „wow”.

Ocena: 7,5/10


wtorek, 6 stycznia 2026

ZEPTER - Zepter (2026)


 Nazwa Zepter nie jest jeszcze rozpoznawalna w heavy metalowym świecie. Nie powinno to jednak dziwić, ponieważ zespół ma na koncie jedynie mini-album i porusza się stylistycznie na pograniczu klasycznego heavy metalu oraz NWOBHM. Tego typu grania na rynku nie brakuje, dlatego aby się wyróżnić, potrzeba nie tylko solidnych umiejętności, ale również wyrazistego pomysłu na siebie. Pochodząca z Austrii formacja działa od 2024 roku, a jej debiutancki album zatytułowany „Zepter” ukaże się 20 lutego 2026 roku nakładem wytwórni High Roller Records.

Jest to płyta silnie osadzona w nostalgii za latami 80., czerpiąca inspiracje z nurtu NWOBHM oraz klasycznych wydawnictw Iron Maiden, Saxon, Angel Witch czy Satan. Muzycy bez wątpienia potrafią grać, co słychać niemal od pierwszych dźwięków. Zabrakło jednak nieco mocy, drapieżności, a przede wszystkim wyrazistych pomysłów na utwory, które mogłyby stać się zapamiętywalnymi hitami. Debiut austriackiej formacji słucha się przyjemnie, lecz trudno mówić o płycie, która rzuca na kolana. To raczej przemyślana i solidna porcja klasycznego heavy metalu.

Centralną postacią zespołu jest wokalista i gitarzysta Lukas Gotzenberger. Niestety, jego wokal wypada dość nijako i – w moim odczuciu – zbyt spokojnie. Momentami partie instrumentalne przyćmiewają jego głos, co sprawia, że to właśnie wokal wydaje się najsłabszym ogniwem zespołu. W warstwie gitarowej Lukasa wspiera Stefan Bolda i ta współpraca układa się całkiem dobrze. Całości jednak brakuje elementu zaskoczenia oraz charakterystycznych patentów, które porwałyby słuchacza. Kompozycje utrzymane są w podobnej tonacji, a niedobór wyrazistych refrenów sprawia, że niewiele motywów zostaje w pamięci. Okładka oraz surowe brzmienie wyraźnie nawiązują do estetyki lat 80. i jest to zdecydowanie najmocniejszy atut tej płyty.

Elementy speed metalu pojawiają się już w otwierającym album „Slasher on the Highway” – to udany numer, który doskonale oddaje klimat złotej ery heavy metalu. Zadziorny riff i szybkie tempo robią bardzo dobrą robotę. Równie dobrze wypada rytmiczny i chwytliwy „Everlasting”, czerpiący pełnymi garściami z wczesnego Iron Maiden czy Heavy Load. Przewodni motyw jest pomysłowy i pokazuje bardziej przebojowe oblicze zespołu.

Więcej speedmetalowej energii dostajemy w rozpędzonym „The Slayer”, który instrumentalnie prezentuje się solidnie, choć wokal nieco psuje ogólny odbiór. W „Hit the Streets” pojawia się z kolei hardrockowy feeling, jednak również tutaj brakuje emocji i świeżości – to granie poprawne, lecz bez iskry. Echa Accept można usłyszeć w topornym, cięższym „Dark Angels”. Album zamyka szybszy „The Lords” – riff jest przyjemny dla ucha, ale całościowo znów zabrakło dopracowania i bardziej pomysłowych aranżacji.

„Zepter” to album skierowany głównie do maniaków heavy metalu lat 80. oraz miłośników NWOBHM. Niestety, poza solidnym rzemiosłem nie ma zbyt wiele do zaoferowania. To płyta, która sprawdzi się raczej przy jednorazowym odsłuchu, ponieważ niewiele elementów zachęca do regularnych powrotów. Przed zespołem wciąż długa droga, zanim stanie się bardziej rozpoznawalną kapelą na scenie.

Ocena: 5,5/10