Strony

piątek, 23 stycznia 2026

SISkA - Broken dreams (2026)


 Debiutancki album włoskiego zespołu Siska ukazał się w 2018 roku i od tamtej pory niewiele się zmieniło. Zespół wciąż porusza się w stylistyce będącej mieszanką hard rocka i heavy metalu, otwarcie przyznając się do inspiracji twórczością Skid Row czy KISS. Najnowszy krążek, zatytułowany „Broken Dreams”, miał swoją premierę 16 stycznia. Już sam fakt udziału Tima „Rippera” Owensa na wokalu – postaci, której nikomu nie trzeba przedstawiać – przyciąga uwagę. Efektowna okładka i nazwisko Owensa skutecznie zachęcają do sięgnięcia po płytę, jednak w tym przypadku są one wyjątkowo mylące.

Tim Ripper przez lata imponował formą wokalną, drapieżnością i potężnym głosem. Tutaj jednak śpiewa jakby bez mocy, bez przekonania i wiary w prezentowany materiał. Co gorsza, same kompozycje są nijakie i pozbawione wyrazu, a wokal Owensa w żaden sposób ich nie ratuje – wręcz przeciwnie, dodatkowo obniża ogólną jakość albumu. Brakuje ognia, pasji i pomysłowości. Zespół nie zadbał o chwytliwe refreny ani wyraziste melodie, a szkoda, bo potencjał był.

Również forma gitarzystów pozostawia sporo do życzenia. Duet Sisco / Fragala gra poprawnie, lecz bez iskry i wyraźnego pomysłu. Całość sprawia wrażenie odegranej bez zaangażowania. Owszem, mamy tu mieszankę hard rocka i heavy metalu, ale niewiele z niej wynika – to granie bez charakteru i wyraźnej tożsamości.

Na szczęście trafiają się momenty lepsze. „Time Machine” to jeden z nielicznych utworów, w których słychać pasję i odpowiednią dynamikę. Ten numer prezentuje solidne połączenie hard rocka i heavy metalu, które rzeczywiście sprawdza się w odsłuchu. Prosty, utrzymany nieco w klimacie Judas Priest, „Gangster” to kolejny poprawny kawałek – solidny, lecz kompletnie pozbawiony elementu wyróżniającego.

Spokojniejszy „In the Shadows”, próbujący zahaczyć o klimaty Whitesnake, wypada słabo. Owens wyraźnie nie odnajduje się w takiej stylistyce, a jego wokal brzmi tu nienaturalnie. Bardziej radiowy i komercyjny utwór tytułowy „Broken Dreams” również nie robi większego wrażenia – całość brzmi nijako, a linia wokalna gryzie się z warstwą instrumentalną. Singlowy „Lonely Tomb” niewiele wnosi do albumu, będąc jedynie przeciętnym heavy metalowym numerem z hardrockową nutą.

Kolejny przebłysk jakości to energiczny i bardziej zadziorny „Thunderbird”. Szkoda tylko, że reszta materiału nie utrzymuje takiego poziomu. Album zamyka „Mother Nature” – utwór poprawny, lecz całkowicie pozbawiony polotu i elementu zaskoczenia. To kolejny przykład nijakiego heavy metalu z domieszką hard rocka, który szybko ulatuje z pamięci.

Uwielbiam wokal Tima Owensa i jego dotychczasową twórczość, ale w tym przypadku mamy do czynienia z wyraźną wpadką. Śpiewa jakby na siłę, nie mogąc odnaleźć się w hardrockowej stylistyce zespołu. Z drugiej strony, same kompozycje również zawodzą – są słabo dopracowane, pozbawione pasji, świeżości i wyrazistych pomysłów. To album, który mógł być znacznie ciekawszy, a pozostawia spory niedosyt.

Ocena: 4,5/10

6 komentarzy:

  1. Nowy Death Dealer słabizna niestety, bez jaj granie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też ubolewam bo to najsłabszy ich album😢 jest kilka przebłysków ale to już nie ta rozwałka co zawsze

      Usuń
  2. Okładka płyty nieziemska...Marzenie, i białe kwiaty, te kwiaty z początków czerwca tego roku, na ulicy w moim mieście... a muzę też obczaję...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dawno nie widziałem tak tandetnej okładki.... Samą płytę tylko dla Owensa pewnie sprawdzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładka nie jest zła, może mało metalowa ale przyciąga uwagę. Niestety sama zawartość słaba. Dałem się nabrać na To że jest Owena i niestety rozczarowanie...

      Usuń
    2. No to będziemy się pięknie różnić, bo okładka, nadal, według mnie... koszmar. Gdybym na Twoją recenzję nie trafił, w życiu bym nie zauważył tego zespołu i się nie domyślił, że Owens tam paluchy maczał. Przesłuchałem, no jak na moje ucho, to nie jest aż takie złe, są bardzo sympatyczne momenty. Zdecydowanie, nie jest to ekstraklasa jak na takiego wokalistę, ale słucha się tego bardzo ok. (głównie właśnie wokalnie bo gitarowo raczej standard). Broken dreams, In the Shadows, Thundrbird - bujają. Ode mnie 6,5 i pozytywne wrażenia. Dzięki, że w ogóle dzieki Tobie dałem tej płycie szansę. Owens to dla mnie i tak na zawsze już Jugulator :)

      Usuń