Formację Angus McSix do życia powołał Thomas Winkler. Debiut tej kapeli był solidną dawką słodkiego power metalu, utrzymanego w klimatach DragonForce, Gloryhammer, Beast in Black czy Victorius. Składu z debiutu nie udało się jednak utrzymać i w 2025 roku zespół przeszedł poważne zmiany personalne. Na wokalu pojawił się znany z Manimal tj. Samuel Nyman, za perkusją zasiadł Gerit Lamm, a partiami gitarowymi zajął się Jasmine Pabst. Efektem pracy nowego składu jest drugi album studyjny zatytułowany „Angus McSix and the All-Seeing Astral Eye”, którego premiera odbyła się 13 marca nakładem Napalm Records.
Debiut był kiczowaty, ale potrafił błysnąć kilkoma ciekawymi momentami. Drugi album to niestety spore rozczarowanie i przykład tego, jak nie powinno się grać power metalu. Owszem, jest słodko i baśniowo, jednak same kompozycje sprawiają wrażenie dziecinnych i pozbawionych metalowego pazura. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że zamiast heavy metalu dostajemy mieszankę disco, techno i przesadnie cukierkowej estetyki.
Problemem jest nie tylko stylistyka, ale również same aranżacje. W wielu utworach panuje chaos, a nadmiar ozdobników i elektronicznych dodatków przytłacza zamiast budować klimat. Zmiana składu nie wyszła zespołowi na dobre. Nowy wokalista potrafi śpiewać i dysponuje solidnym głosem, jednak często nie ma zbyt wiele materiału, na którym mógłby w pełni rozwinąć skrzydła. Partie gitarowe brzmią momentami nijako, jakby były pozbawione charakteru, a całość sprawia wrażenie stylistycznej papki. Również brzmienie albumu wydaje się płaskie i mało wyraziste. Okładka natomiast przypomina plakat do filmu Marvela – krzykliwa, przesadzona i ocierająca się o tandetę.
Na szczęście płyta nie jest całkowicie pozbawiona zalet. Już pierwsze minuty albumu dają pewną nadzieję. Otwierający „6666” miewa przebłyski i brzmi jak radosny, podniosły power metalowy hymn. Tutaj jeszcze można wyczuć energię i metalowe zacięcie. Nowy wokalista pokazuje też swoje możliwości w „The Fire of Yore”, który jest jednym z najlepszych momentów na albumie – mocny riff i chwytliwy refren robią swoje. Radosny „I Am Adam McSix” to z kolei pozytywny, melodyjny numer nastawiony na łatwo wpadające w ucho motywy gitarowe. Owszem, jest banalnie, ale utwór spełnia pewne gatunkowe standardy. Niestety później poziom zaczyna wyraźnie spadać. Kicz wchodzi na najwyższy poziom, a domieszka techno i elektroniki staje się męcząca oraz irytująca. „Techno Men” to przykład utworu, który zupełnie nie pasuje do koncepcji albumu. Na szczęście podniosły i chwytliwy refren w „Starlight Stronghold” jeszcze jakoś się broni. Słodycz jednak nie ma końca i wkracza kolejny przesadzony, kiczowaty „Let the Search Begin”. Dopiero dynamiczny i bardziej agresywny „ The Power of Metal” przywraca wiarę w potencjał zespołu – i właśnie tak powinien brzmieć cały album
„Angus McSix and the All-Seeing Astral Eye” należy więc rozpatrywać przede wszystkim w kategoriach rozczarowania. Nowy skład nie dokonał cudów, a zamiast solidnej dawki power metalu otrzymujemy mieszankę chaosu, przesady i kiczowatych pomysłów. W efekcie metalu jest tu zdecydowanie za mało, a disco i cukierkowej estetyki – zdecydowanie za dużo.
Ocena: 4/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz