Strony

czwartek, 30 września 2021

KK PRIEST - Sermons of the Sinner (2021)

Minęło 10 lat od kiedy Kk Downing opuścił Judas Priest. Zespół miał iść na zasłużoną emeryturę, ale losy potoczyły się inaczej. Troszkę zapomniano o zasłużonym gitarzyście Judas Priest, ale on też troszkę się odciął od heavy metalowego świata. Wszystko się zmieniło w roku 2018. Wystąpił na specjalnym koncercie, gdzie z grupą znajomych muzyków zagrał koncert ku chwale Judas Priest. Uwagę przyciągał skład, bo pojawił się Les  Binks czy Tim Ripper Owens, którzy również byli związani z Judas Priest. Coś ciekawego zaczynało się dziać i tak w końcu powołano Kk priest. Nazwa nieco komiczna i można było użyć lepszej nazwy na zespół. Band rozpoczął prace nad debiutanckim krążkiem, niestety pandemia i uraz Lesa troszkę pokrzyżowały plany Kk Downinga.  Skład uzupełnili Aj Mills, basista Tony Newton i perkusista Sean Elg. Owocem ich ciężkiej pracy jest "Sermons of the sinner". Ta płyta spełnia kolejne moje marzenie, a mianowicie jakby wyglądał klasyczny judas priest z Timem Ripperem na wokalu. Wtedy kiedy ukazał się "Jugulator" wiele pewnie się zastanawiało co by było gdyby. Teraz jest okazja by zaspokoić swoją ciekawość.

Materiał jest na pewno bardziej klasyczny, bo Kk Downing sięga za równo po patenty z "Painkiller", czy nawet po rzeczy z lat 80. Oczywiście są nawiązania do "British Steel" czy "Screaming for vengeance". Klasa i poziom może już nie ten sam, a same kompozycje są momentami troszkę banalne, a teksty proste i bez głębi. Nie ma tutaj świeżości, ani elementu zaskoczenia jakie dostarczały płyty Tima za czasów śpiewania w Judas Priest. Dostajemy klasyczny heavy metal i to może cieszyć. W końcu może popisać się Tim, bo ostatnio brakowało jakiegoś dobrego albumu z nim na wokalu. Co mnie smuci, bo kocham jego manierę i styl. To jeden z najlepszych heavy metalowych śpiewaków. Kk Downing mimo przerwy wciąż ma w swojej grze to coś i potrafi czarować. Problem może tkwi w samych motywach gitarowych, które nie wnoszą nic nowego. Momentami brzmi to wszystko znajomo. Troszkę czuje niedosyt, bo liczyłem na prawdziwą heavy metalową petardę. Jednak panowie są zgrani i wiedza po co założyli zespół i realizują w pełni swoje cele. Każdy z nich odwala na "sermons of the sinner" kawał dobrej roboty. Brakuje na pewno obecności Lesa i jego kunsztu. Najbardziej błyszczy Tim Ripper, który jest w świetnej formie wokalnej. Daje popis umiejętności śpiewania i momentami wręcz brzmi niczym Halford.  Kk też postawił na rasowe riffy typowe dla Judas Priest, tak więc nie ma niczego nowego, a nazwa zespołu od razu daje znać czego mamy się spodziewać.

Płytę otwiera "Incernation", ale to tylko krótkie i nastrojowe intro. Jest klimat grozy. Na pewno nikt by tego nie przepisałby do judas priest. Inaczej ma się sprawa singlowego "Helffire Thunderbolt". Riff to taka nieco kalka riffu z "Nostradamus", ale też "Painkiller". Słychać, że grają tu panowie z Judas Priest. Kk Downing w pełni oddaje tutaj swój charakter. Gitary brzmią mocno i zadziornie, a przecież o to chodzi. Nie ma tutaj za grosz oryginalności, ale zabawa przednia. Tim mimo upływu czasu wciąż jest jednym z najlepszych wokalistów i to tutaj dobitnie pokazuje. W końcu jest on w klasycznym utworze Judas Priest. No śmiało można mówić tutaj o kilerze. Band nie zwalnia tempa i dalej atakuje nas tytułowy "Sermons of the sinner". Czas przyspieszyć i wrzucić drugi bieg. Panowie zabierają nas w rejony "Painkiller" i to zasługa mocnego riffu i wysokich rejestrów Tima. Nie wiem czemu słyszę tutaj Denner/Shermann, a nawet faktycznie coś pokroju Cage czy Mercyful fate. Mocna rzecz i od kiedy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek to miałem ciary na plecach. Zostajemy przy ciężkich dźwiękach. Mroczny i tajemniczy klimat towarzyszy nam przy "Secrodate Y Diablo". Stylistyka podobna, tak więc ocieramy się o heavy/power metal. Znów świetny popis wokalny Tima, także wciągające solówki Kk Downinga  i Aj Millsa. No dzieje się i jest to naprawdę urocze. Nie powstało tutaj nic na siłę. Lata 80 i czasy "screaming for vengeance" czy "British steel" słychać w lekkim i przebojowym "Raise Your fist". Tekst oczywiście jest słabym punktem, ale słucha się tego z dużą przyjemnością. Wyczuwam idealny hit koncertowy. "You've got another thing coming" to ponadczasowy klasyk Judasów i nic dziwnego, że po ten riff sięga Kk w kolejnym koncertowym hicie tj "Brothers of the road". Jest ryk harleya i już wszystko wiadomo. Prosty riff, chwytliwy refren, bujająca melodia i klimat lat 80, czego można chcieć więcej? Takie klasyczne dźwięki zawsze są w cenie. Jakbym miał wskazać kawałek, który zaskoczył mnie pozytywnie to wskazałbym na ponad 8 minutowy "Metal through and through". Zaczyna się spokojnie, wręcz balladowo. Tim buduje napięcie swoim głosem i już mam ciary. Wkracza riff, który na myśl przywołuje Manowar, a także Iron Maiden. No wyszedł niezły miks, ale jedno jest pewne. To jest heavy metal najwyżej próby. Klasyka sama w sobie. Tim też nie piszczy, a buduje klimat i napięcie w zwrotkach. Nie mam nic przeciwko jak band pójdzie właśnie w takim kierunku. Miło usłyszeć, że Kk nie boi się też czerpać z dokonań Iron Maiden.  Echa Defenders of the Faith też są i oczywiście to kolejny killer na płycie. Riff "Wild and Free" brzmi również znajomo.  Jest szybko, jest zadziornie, może nieco hard rockowo, ale znów mocno nawiązują do lat 80. Motoryka ma coś z wczesnego Motorhead, ale też słychać tutaj coś z wczesnego Dio czy Judas Priest. Heavy metal pełną gębą i do tego mocno klasyczny. "Hail for Priest" zaczyna się niczym "Sign of the Cross" Iron Maiden. Jest mrocznie, jest spokojnie i tajemniczo. Po minucie wkracza mocny riff i już wiadomo, że to Judas Priest gra im w duszy. Kłaniają się czasy "Painkiller" czy "Angel of retribution", ale duża dawka melodyjności i galopad przypomina Iron Maiden. Całość zamyka równie ciekawy i rozbudowany "return of the sentinel", który jest miłą wycieczką do lat 80. Nie jest to może killer typu znanego "The Sentinel", ale jest epicko i dużo się dzieje. Słychać klasyczne granie judas priest i klimat lat 80.

Kk Downing wraca i jest to naprawdę udany powrót po 10 latach nieobecności na scenie metalowej. To jest ważne wydarzenie.  Cieszy, że jego muzyka wciąż dostarcza sporo frajdy i są to znajome dźwięki, ale wszystko brzmi klasycznie, a zarazem potrafią zaskoczyć i zabrać nas w nieco inne rejony.  Mnie jeszcze bardziej cieszy, że Tim mógł w końcu wykazać się bardziej i to w klasycznych dźwiękach judas priest. Moje marzenie się spełniło. Będą głosy na nie, bo teksty dziecinne, bo mamy kalkę judas priest, że solówki nie takie, że Tim imituje Halforda. Specjaliści zawsze się znajdą, a ja tam mam zamiar czerpać radość z słuchania tej płyty. Świetna rozrywka.

Ocena: 9/10

 

AEXYLIUM - The fifth season (2021)

Jakoś nie natknąłem się wcześniej na włoski Aexylium. Czas to zmienić, bo band powraca z nowym albumem i "The fifth season" ma przykuwającą okładkę, a ja mam słabość do ciekawych i kolorystycznych okładek. Nie jest to może muzyka, z którą obcuje na co dzień, ale nie mam nic przeciwko folk metalowi, czy symfonicznemu metalu. Tylko do tego dochodzą też echa melodyjnego death metalu, czy power metalu. Każdy fan melodyjnego grania coś znajdzie dla siebie.

Atutem tego wydawnictwa jest dopracowanie i wykorzystanie wysokiej jakości elementów. Każdy dźwięk został rozważnie dobrany i wszystko jest spójne. W ich muzyce jest miejsce na dźwięki fleta czy wiolonczeli , a najwięcej dobrego robią wokalista Steven i gitarzysta Fabio. Wokalista nadaje drapieżności i mrocznego wydźwięku, z kolei Fabio próbuje cały czas nas zaskoczyć i znakomicie balansuje między melodyjnością i agresywnością. Dobrze tą cechę oddają agresywny "Bridge" czy symfoniczny "Mountains". Nie zabrakło też killerów bo taki jest folkowy "Immortal blood". Cieszą piękne i nastrojowe melodie, które napędzają takie hity jak "Vinland",czy epicki "the fifth season". Oj dzieje się sporo w tych kompozycjach. Jeszcze jest podniosły i pełen symfonicznych ozdobników "Spirit of the north", który pokazuje, że i w symfonicznej stylistyce band wypada naprawdę bardzo dobrze.

Włosi potrafi dostarczyć wysokiej klasy muzykę. To co znajdziemy tutaj to naprawdę dojrzała muzyka, która łączy w sobie elementy folk metalu, symfonicznego metalu, a także melodyjnego death metalu. Wszystko jest ze sobą znakomicie połączone i słucha się tego naprawdę bardzo dobrze. Materiał jest urozmaicony i ma kilka killerów. Aexelium to wartościowy band, który zaczyna swoją karierę z przytupem. Czekam na kolejne dzieła, bo mają ogromny potencjał.

Ocena: 8/10
 

ALIEN FORCE - We meet again (2021)


 Duński Alien Force powraca po 35 latach ciszy. Nie, to nie jest żart. Jedna z tych bardziej rozpoznawalnych kapel z lat 80 wraca. Dwa pierwsze albumy to wciąż solidna porcja klasycznego heavy metalu i dla niektórych nawet pewien kult wielbienia. Kapela jest mi dobrze znana, to też liczyłem na wielki "comeback", bo i skład jest klasyczny. Niestety, ale "We meet again" to płyta daleka od ideału.

Premiera przewidziana jest na 26 listopada tego roku nakładem wytwórni From The Vault.Niby skład klasyczny, a jakoś tego nie czuć. Peter śpiewa jakoś bez wyrazu i przekonania. Nie czuć, że mamy do czynienia z muzyką heavy metalową. Z kolei Henrik Rasmussen serwuje oklepane i nijakie partie gitarowe. Wieje strasznie nudą.

Hard rockowy "I decide for you" to jakaś marna kopia Scorpions, a "Song for you" to nudna ballada, która nic nie wnosi. Band troszkę odżywa w rozpędzonym "Sceptical Feelings", czy "Forgive me". dominują smętne i strasznie wtórne utwory typu "Set me free" czy "We meet again", które na siłę starają się przypomnieć nam złote lata scorpions, judas priest czy accept. Niestety wyszło to słabo, bo zabrakło ciekawych pomysłów na melodie i riffy.

Już dawno mnie tak żadna płyta nie wynudziła i nie zmęczyła jak nowy twór Alien Force. Panowie tutaj są cieniem samych siebie. Po co był powrót, kiedy nie ma się pomysłów? 35 lat to kawał czasu i mało kto pamięta, że w latach 80 był taki band. Szkoda, bo zmarnowano potencjał i jeszcze psują swój wizerunek jaki zostawili po wydaniu dwóch albumów w latach 80.

Ocena: 3/10

środa, 29 września 2021

RUNNING WILD - Blood on blood (2021)


 Kiedyś płyty Running wild były arcydziełami i płytami perfekcyjnymi. To był jeden z najlepszych zespołów heavy metalowych. Mieli wszystko i nie jeden band mógł im pozazdrościć tak świetnych albumów. Rockn Rolf opracował świetny styl i nigdy nie brakowało mu pomysłów. Coś się zaczęło psuć już na płycie "Victory". Pojawiały się już kawalki hard rockowe, a Angello Sasso sprawił że perkusja w running wild stała się zmorą fanów. Lata leciały a muzyka running wild straciła na jakości i mocy. Band zaczął trącić nieco charakter i podążać w kierunku hard rockowych dźwięków. Niby miał być koniec, ale potem nastąpił powrót, ale to był powrót do hard rockowych klimatów. Echa starych płyt można było usłyszeć na "resilient" czy "rapid foray". Te płyty choć nie są tej klasy co stare klasyki to kipią energią, przebojowością i mają to coś. Nikt chyba nie łudził się ze lata 80 czy 90 wrócą. Minęło 5 lat i czas uraczyć fanów nową muzyką. Długo i z niecierpliwością czekałem na "Blood On Blood". Rock Rolf zapowiadał, że to może być jeden z najlepszych albumów running wild. Kawałki które band udostępnił napawały optymizmem. Pytanie czy Rolf mówił prawdę? 


Słuchacz przy zdrowych zmysłach raczej wyśmieje Rolfa i jego opinie. Płyta miała potencjał, bo jest tematyka o trzech muszkieterach, jest niby pełny skład i jest niby perkusista Michael Wolpers i basista Ola Hampelann z którymi Rolf i Peter Jordan grają od 2019 r i grywali już razem koncerty. Była nadzieja, że skoro jest pełny skład i czas na komponowanie i szlifowanie nowego materiału w dobie pandemii, że może powstać coś ciekawego. Taki "diamonds and pearls" kusi dynamiką, zadziornym riffem i niezwykła przebojowością. Brzmi to bardzo dobrze i już pomijam fakt, że słychać echa "the drift". Ta kompozycja ma heavy metalowy pazur, a przede wszystkim brzmi jak utwór running wild. Solówki też są pomysłowe i pełne urozmaicenia. Coś zaczyna się dziać, a i wokal Rolfa jest w bardzo dobrej formie. To była dobra przynęta. Rolf wiedział jak zainteresować swoich fanów nowym albumem i jak podziałać na ich zmysły. "The shellback"  to 6 minutowy killer z pięknym nastrojowym intrem gdzie pojawia się znana nam melodia z "black hand Inn". Riff zabiera nas w rejony "bloody Island", battle of waterloo", czy "the brotherhood". Mocny riff, marszowe tempo i podniosły refren napawają optymizmem i mieszają w głowie. Słuchacz już jest napalony na całość. Solówki w tym kawałku są po prostu przepiękne. Na płycie jest też znany "crossing the blades", który jest tu nieco w dłuższej formie. Utwór u mnie zyskał po czasie. Jest melodyjnie, jest prosto, ale jest też tutaj duch running wild. Szkoda że słychać tutaj hard rock i Kiss. Intro jest jakby wyjęte z "Draw the line" i gdzie nie gdzie dodano kilka gitarowych ozdobników. Tak wyglądało to zanim poznałem resztę. Cóż mam nieustanne wrażenie że dali nam na pożarcie najlepsze utwory. Jeśli tu wam brakowało ducha starych płyt to reszta wam tego nie dostarczy. Płyta niby wydana przez running wild, a ja momentami czuje się jakbym słuchał płyty accept, udo czy jakiegoś innego niemieckiego zespołu. Płyta nie zawiera szybkich utworów, niema hitów typu "black bart" czy "Into the West". Jest hard rock i dużo nawiązań do"the brootherhood" czy płyty giant x.

Brzmienie jak dla mnie jest jakieś takie sztuczne, ale to już problem większość płyt po the rivarly. Zastanawia też posada pozostałych muzyków. Jakoś basu tu nie słychać, a perkusja wciąż taka jakąś monotonna, na jedno kopyto i bez wyrazu. Pytanie czy Wolpers faktycznie gra, a jeśli to tak to czemu jest taki efekt? Czas zmienić coś w tej kwestii bo to wstyd, że band tej klasy taka wpadkę zalicza i pozwala sobie na takie błędy. No ileż można?


Otwieracz na płytach running wild zawsze był ważny. Zazwyczaj to był strzał między oczy. "Blood On Blood" wypada korzystnie bo ma faktycznie klimat piracki. Refren buja i przypomina za co kocham ten zespół. Jasne to nie jakiś killer typu riding the Storm, ale jest to coś w tym kawałku. Słychać te charakterystyczne zagrywki Rolfa w solówkach, a sam riff to taki rasowy running wild. Mocny kawałek, który napawa optymizmem. Najbliżej mu do takiego "the hussar".

Pierwsze zaskoczenie to "Wings of fire". Riff brzmi znajomo i przywołuje na myśl wiele kapel. Nie wiem czemu słyszę tam coś z Accept czy Udo. Utwór dobry i dobrze się go słucha, ślę jakoś mało tutaj running wild. Kawałek mógłby zdobić album "resilient" czy "the brotherhood".

Spokojnie zostajemy w stonowanych dźwiękach i "Say your prayers" jest jeszcze mało w stylu running wild. Toporny riff rodem z Accept i nawet nutka ac/dc. Panowie zaczynają używać w końcu jakieś chórki. Znów utwór, który jest co najwyżej dobry, ale Rolfa stać na więcej. Ciekawe co na to ci, którzy mówią że Rolf gra w kółko to samo i zjada swój własny ogon?

"Wild and free" zaczyna się jakoś tak dziwnie, jakby został wyjęty z kontekstu. Od razu atakuje nas zwrotka. Znów hard rocka i echa takiego "dr horror". Kawałek nie najgorszy, ale nie godzien marki running wild. Za dużo tego grania hard rocka i te riffy są bardzo podobne. Chyba ze ja mam problem ze słuchem.

Myślałem, że już mnie nie zaskoczy i że niżej niż "shadowmaker" nie można zejść a jednak się myliłem. Running wild i ballada? To dopiero szok. Niestety, ale Rolf chyba pomyli zespoły, bo "one night, one day" bardziej sprawdziłby się na płycie toxic tadye czy giant x. Solówki ratują sprawę, zresztą na całej płycie są mocnym atutem.

Kiedy słychać pierwsze sekundy "Wild, wild night" to myślę że to jakiś utwór ac/dc.  Chyba was zmartwię, ale to brzmi jak giant x czy "piece of the action" z "shadowmaker". Tak to już kolejny hard rockowy kawałek na płycie. No można i tego posłuchać i pezytupnac nóżka, ale oczekiwałem po takim długim czasie nieco innego rodzaju utworów.

Płyta ma udany otwieracz i final też jest na poziomie. Kolosy running wild zawsze są atrakcją. "The iron Times" to running wild jaki kocham i znakomita dawka melodii, pirackiego klimatu i przebojowości. Jasne są tu zajawki hard rockowe, ciekawe zwolnienia. Sam utwór brzmi jakby ktoś wymieszał "Tsar" i The ghost". Nie ma nudy i szkoda ze płyta nie jest właśnie w tych klimatach. Partie gitarowe w tym kolosie to klasa i to co najlepsze w running wild. Przypominają się stare dobre czasy.

Strasznie serce mi krwawi, że mój ukochany running wild tak szarpie swoją renomę. Tyle lat Rolf siedział nad nowym materiałem i mógł stworzyć coś równie świetnego co rapid foray czy Victory. Wiem że czasy black hand Inn nie wrócą, ale można było stworzyć więcej perełek typu shellback czy Iron Times. Cieszy to, że Rolf wciąż jest z nami i wydaje płyty. Nowa Muzyka Running wild zawsze będzie dla mnie łakomym kąskiem, nawet jeśli będą grać pop rock. Mam słabość do stylu kompozytorskiego Rolfa, do jego gry na gitarze i głosy. Jego muzyka mnie ukształtowała i zmieniła życie na zawsze. To jest geniusz, który troszkę się ze starzał i pobłądził w swoich decyzjach. Fani nie na taki album czekali, a i tak kupią i będą słuchać. Nowych fanów nie przybędzie, a ci co narzekają zostałem Ced i jego Blazon STONE. Za dużo hard rocka i za mało jakoś running wild, a także nieustanne problemy z brzmieniem i perkusja. Nic nowego, stara bida i te same problemy. Jednym słowem zmarnowano potencjał. Gniot roku? No też nie, bo to wciąż solidny, nawet dobry czy bardzo dobry album w klimatach "the brotherhood" czy resilient.

Ocena : 6/10

ENERGEMA - Promised land (2021)


 

Kolumbia też kryje wiele ciekawych kapel i z pewnością Energema należy do czołówki z tamtego rejonu. To band działający od 2015r i jego motorem napędowym jest Nicolas Waldo, który błyszczał w Vorpal Nomad. Do tego jest jeszcze za sitkiem utalentowany Arley Gomez, który brzmi niczym młody Kiske, czy Matos. To jest to co znajdziemy na najnowszym wydawnictwie zatytułowanym "Promised land".

40 minut europejskiego power metalu w starym stylu, klimat lat 90 i tematyka związania z Mojżeszem i wyprowadzeniem żydów z Egiptu. To wszystko zwiastuje prawdziwą ucztę i tak faktycznie jest. Już  rozpędzony "the eyes of pharaoh"  pokazuje na co stać Energę a. Mamy tu starą szkołę power metalu. Słychać echa oczywiście Helloween czy dark moor. Kolejny hicior na płycie to tytułowy "Promised land" i znów mamy nieźle popisy gitarowe Nicolasa. Jest jeszcze 7 minutowy "the burning Bush" w którym uchwycono egipski klimat.  Momentami wkrada się neoklasyczny power metal co słychać w takich petardach jak "foreign reign" czy "exodus". 


Energema to utalentowany band, który nie boi się grać rasowy europejski power metal w stylu lat 90. Duża dawka przebojowości i pełne finezji partie gitarowe Nicolasa to atuty. "Promised land" to mocny i klimatyczny album, który każdy fan power metalu musi znać.

Ocena : 8/10

EPILOG - Providence asylum (2021)


 Rok 2017 był ważny dla czeskiej formacji o nazwie epilog. Wtedy właśnie ich szeregi zasilił Rob Lundgren, czyli światowej klasy wokalista. Znany szerszej publiczności z takich kapel jak Mentalist. W tym roku Epilog uraczył swoich fanów kolejnym albumem i "Providence asylum".  Znajdziemy tutaj taki miks heavy metalu, hard rocka i progresywnego metalu.

Bez wątpienia atrakcją tego wydawnictwa jest głos Roba, który nadaje całości klimatu, drapieżności i odpowiedniego charakteru. To jest wysokiej klasy wokalista, który ma w sobie to coś. Czaruje swoim głosem i to za jego sprawą materiał zawartej na płycie jest atrakcyjny i urozmaicony.

Progresywność i melodyjność dają o sobie znać w pomysłowym "Providence asylum". Kawałek brzmi na pewno świeżo i współcześnie. Karel i Michal to zgrany duet gitarowy, który stara się zaskoczyć ciekawymi aranżacjami i wciągającymi melodiami. Dobrym tego dowodem jest zadziorny "Sanctuary" czy "Into the unknown". Band bardzo ciekawie sobie radzi z dłuższymi kompozycjami i odzwierciedla to "Forest and City", który wciąga mrocznym klimatem. Solówki są tutaj wysokiej próby i śmiało można mówić tutaj o perełce.  Coś z twórczości Dio można uchwycić w klimatycznym "Theater of Sins".

Kto kocha nowoczesne brzmienie, mocne riffy i pomysłowe riffy ten powinien sięgnąć po nowe dzieło Epilog. To już mocny gracz na heavy metalowej scenie i mogą śmiało podbijać świat. Płyta jest klimatyczna i bardzo dojrzała. Każdy kto kocha ambitne granie, ten śmiało się tutaj odnajdzie.

Ocena: 8.5/10


LIVING METAL - Do you believe in steel ? (2021)


 Ktoś tu się za dużo nasłuchał Manowar i to tego z lat 80. Living Metal to brazylijski band, który działa od 2018r i faktycznie nie kryje że w swojej muzyce czerpie wzorce z takiego Sacred Steel czy właśnie Manowar. Stawia na rycerski klimat swojej muzyce i choć pomysł nie jest zły, to jednak debiut "Do you believe in steel" kuleje pod względem jakości.

Pomijam, że okładka jest jakby nie dokończona, to jeszcze brzmienie jest obdarte z mocy i agresywności. Do tego sam materiał jest też nieco kiczowaty.  Co z tego, że gitarzyści Jonas i Rafael stawiają na klasyczne patenty, jak to wszystko jest banalne i pozbawione wszelkiej melodyjności. Brzmi to niestety prowizorycznie. Taki otwieracz "Its only about heavy metal" brzmi jak kawałek Manowar, ale brzmi to jakoś tak biednie. Nie ma kopa, ani heavy metalowego pazura.  Taki też jest prosty "hitting the road", ale też brzmi to nie dopracowanie. Coś z Judas Priest można wyłapać w "I am true", który jest jednym z ciekawszych utworów na płycie. Podobne emocje wywołuje dynamiczny "I live by the sin", czy pełen elementów Manowar "Do you believe in steel?".

Living metal wie w którą stronę chce iść i jaki rodzaj heavy metalu grać, szkoda tylko że zabrakło na tyle ciekawych pomysłów i aranżacji. Zobaczymy co przyniesie przyszłość i kto wie, może panowie się jeszcze rozkręcą. Póki co jest średnio i kilka ciekawych momentów to trochę za mało. Kuleje przede wszystkim brzmienie i jakość melodii.

Ocena: 4.5/10

NOCNY KOCHANEK - Stosunki międzynarodowe (2021)


 Czy to się nam podoba czy nie, to nocny kochanek stał się mocnym graczem na polskiej scenie heavy metalowej. Jedna z tych kapel, która grać potrafi i drzemie w niej ogromny potencjał. Atutem jest wokal Krzysztofa Sokołowskiego, który jest jednym z najlepszych polskich wokalistów. Ta kapela tak naprawdę wszystko ma, a mam wrażenie że idzie na łatwiznę. Teksty o libacjach alkoholowych i o seksie jak widać przyciągają tłumy i ten kabaret ciągnie się od 2012r. Rozumiem jedna dwie czy trzy płyty jako odskocznia od Night Mistress. No jednak poważny i ostry niczym brzytwa Night Mistress, który mógł świat podbijać, poszedł w odstawkę, a panowie wolą sobie żartować i bawić się konwencją heavy metalu. Tyle ile zachwytów tyle i głosów sprzeciwu. Muzyka dobra na wesela czy juwenalia,albo dni danego miasta, ale już na dłuższą metę to już chyba nie jest takie dobre. Nocny kochanek po dwóch latach od "Randki w ciemność" postanowił wydać "Stosunki  międzynarodowy", który niby jest albumem pełnometrażowym, ale dla każdego będzie to album z coverami znanych artystów. Plus dla Nocnego kochanka, że zrobił to po swojemu, czyli z humorem i z polskimi tekstami. Pomysł ciekawy, ale nie zmienia to faktu, że to wciąż kabaret.

Śmieszne, że dwa lata przyszło czekać na nie całe 40 minut nowej muzyki, a raczej coverów znanych kawałków. Panowie na pewno się przyłożyli i zrobili to tak jakby to były ich utwory. Każdy z muzyków wnosi sporo i odwala kawał dobrej roboty. Jednak to Krzysiu kradnie całe show i powala na kolana swoim głosem. Szkoda, że tak się marnuje, choć jest popularność i można ciągnąć to dalej. Szkoda, że Night mistress na tym ucierpiał. Sam album to 9 kompozycji i jeśli o mnie chodzi to zapada na pewno tłumaczenie i wykonanie klasyka Ac/Dc. "Piorun" idealnie sprawdza się na koncertach i choć jest moc, to przecież wciąż cover. Śmiesznie wypada też hard rockowy klasyk Kiss, czyli po naszemu "Liźnij go". Night Mistress grał power metal i miło, że panowie na nowym krążku sięgnęli po coś z twórczości Helloween. Świetnie wypadł "Mr torture" w ich wykonaniu i zapada w pamięci "Pan od tortur" i to jest właśnie ten żywy przykład, że panowie marnują się. Końcówka płyty to dwa klasyki, które chyba najlepiej oddają to co gra w duszy Nocnego kochanka, czyli Judas Priest i Iron Maiden. "Turbo kochaś" brzmi po prostu idealnie i panowie oddają w pełni klimat tego kawałka. No jest moc i tylko szkoda, że to cover. "Aleja akacjowa 22"  to oczywiście świetny hołd dla iron maiden i pokaz talentu muzyków z Nocnego Kochanka.

"Stosunki międzynarodowe" to pozycja, którą można traktować jako ciekawostkę, jako dobrą rozrywkę i podkład pod imprezę. Jednak czy jest to coś ambitnego? czy jest to właściwie materiał? To już każdy musi sam odpowiedzieć na to pytanie. Fani łykną to bez popitki, a pozostała część słuchaczy będzie kręcić nosem. Ja podtrzymuje swoje zdanie, że panowie się marnują i wolałbym żeby to Night Mistress wydawał kolejne albumy.

Ocena: 5/10

REBELS END - Sign to the devil (2021)

Belgijski band o nazwie Rebels End nie jest może najlepszym w tym co robi, ale stać ich na solidny album z pogranicza heavy metalu i hard rocka. Na pierwszym albumie to pokazali, a ten nowoczesny wydźwięk dodawał tylko uroku całości. Teraz band wraca z nowym krążkiem i "Sign to the devil" to nie jakiejś tam arcydzieło, ale z pewnością kawał solidnego grania, które może dostarczyć radości.

W tym zespole liczą się tak naprawdę partie gitarowe Rutgera i Jefa, które są może nieco oklepane i bez polotu, ale sprawiają frajdę. Jest klasycznie, z nutką nowoczesnego pazura i nie brakuje też ciekawych melodii. Jasne, że wkrada się momentami nuda, czy wtórność. Wokal Jefa też nie jest najlepszy, ale te wszystkie wady można nawet wybaczyć, bo materiał nie jest taki straszny.

Zapada na pewno w pamięci rozpędzony "Evil eye", który czerpie garściami z Rage, czy Grave Digger i jest to kawał solidnego, topornego heavy/power metalu. Klasycznie brzmi "Black crow", gdzie nie brakuje elementów hard rockowych. Nie brakuje też ciekawych melodii, które słychać choćby w dynamicznym "Wayward" czy w "From the ashes". Reszta utworów też jest ok, ale nie robią takiego wrażenia. Brakuje na pewno dopracowania i bardziej ciekawszych riffów czy melodii. Band gra solidny heavy metal z nutką power metalu czy hard rocka.

"Sign to the devil" to solidny album z ciężkimi riffami i mrocznym klimatem, a i zespół potrafi grać, tylko jakoś brakuje ciekawych pomysłów, czy takiego dreszczu emocji. Dobrze się słucha tego, ale nie wiele zapada w pamięci.

Ocena: 6/10
 

wtorek, 28 września 2021

SCEPTOR - Rise to the light (2021)

Sceptor pierwotnie był to niemiecki zespół grający miks heavy metalu i power metal. Obecnie skład jest międzynarodowy i wciąż liderem jest Torsten Lang, który powołał ten band do życia w roku 2009. Potem był udany debiut, ale i tak kapela została rozwiązana w 2014r. Teraz od 2019 r Torsten zaczął zbierać nowych muzyków, wśród których znalazł się  kk basement z Hammerking na basie, czy Bob Mitchell z Attacker. Z nowym składem został zarejestrowany "Rise to the light", który ukazał się pod skrzydłami Pure steel records. Tutaj co przyciąga to na pewno obecność Boba, który w końcu ma szansę przypomnieć o sobie.

Okladka wieje kiczem, ale muzyka jest już innej klasy. Kto kocha miks niemieckiego heavy metalu i amerykańskiego power metalu ten bez wątpienia oswoi się szybko z nowym krążkiem sceptor. Jasne, że Bob tutaj czaruje swoim głosem i to on jest motorem napędowym. Odnoszę wrażenie, że troszkę partie gitarowe odstają. Jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. 

Mocnym utworem jest "crown of  nails" który utrzymany jest w klimatach Attacker. Ostry riff i chwytliwy refren robią swoje. Kolejny killer to "curse of orlac" i tutaj czuć stylistykę power metalową. Mamy też energiczny i bardziej urozmaicony w swojej konwencji "beyond the unknown". Echa Attacker czy metal church mamy w rozpędzony "Spartacus". Z kolei taki zadziorny "Sovereign" to ukłon w stronę niemieckiego heavy metalu. 


To kolejny udany album heavy/ power metalowy roku 2021. Jest tu masa solidnych  kompozycji i kilka nawet killerów. Cieszy fakt, że Bob Mitchell wrócił bo brakowało jego głosu. Pozycja godna uwagi!

Ocena : 7/10

niedziela, 26 września 2021

TOXICROSE - In for the kill (2021)


 To już 11 lat istnienia szwedzkiego zespołu o nazwie ToxicRose. Pamiętam jak dziś pierwszy kontakt z ich muzyką i moje pozytywne zaskoczenie jak dobrze grają. Panowie serwują heavy metal z domieszką glam metalu czy hard rocka. Wszystko nastawione jest od samego początku na chwytliwe melodie i przebojowość. Debiut był świetny, to teraz czas świętować premierę kolejnego wydawnictwa, czyli "In for the Kill".

Siła tej kapeli to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista i prawdziwy lider Andy Txr, który nadaje całości klimatu lat 80 i tej stylistyki glam metalu. Ma to swój urok. Z kolei gitarzysta Tom Wouda odpowiada za właściwą warstwą instrumentalną i za każdym razem dostajemy od niego dużo ciekawych melodii. Jest przebojowo i wszystko w pada w ucho i do tego cały czas unosi się klimat lat 80. Nawet brzmienie jest mocno osadzone w tamtych czasach. Wszystko jest przemyślane, a to przedkłada się na jakość tej płyty. Zmiany stylu nie ma, ale mamy zmiany w składzie bo pojawia się nowy basista Johannes Sanberg. 

Materiał robi wrażenie i każdy znajdzie dla siebie. Marszowy i przebojowy "heroes" pokazuje oblicze toxicrose. Miks stylów bloodbound, battle beast i dio znajdziemy w oldscholowym "in for the kill". Co za hit i słychać że band świetnie się bawi. Ta ich przebojowość jest naturalna.  Dużo hard rockowego szaleństwa słychać w "Angel down" czy "outta time". Band przyspiesza w agresywnym "Domination" i to jest to. Mocny riff, ciekawe solówki i w padający w ucho refren. Toxicrose to jednak potrafi zaskoczyć pozytywnie. Równie świetny jest melodyjny "new breed" gdzie postawiony na nowoczesny wydźwięk. Oczywiście to kolejny hit na płycie. Glam też jest co potwierdza "the great escape". 

Toxicrose ma pomysł na siebie i realizuja się faktycznie jako band grający miks heavy metalu i glam rocka. Znów jest to album nastawiony na hity i chwytliwe melodie. Panowie są n afali i to wykorzystują na maksa. Oby więcej takich płyt. 

Ocena: 8.5/10

sobota, 25 września 2021

HELL AND BACK - A thousand Years (2021)

"A thousand Years" to debiutancki krążek amerykańskiej formacji Hell and back. To stosunkowa młoda formacja, która działa od 2016r. Jednak za tym bandem kryją się doświadczeni muzycy, którzy grać heavy metal potrafią, a ten album to żywy tego dowód. Znajdziemy tu mieszankę heavy/power metalu z nutką progresywności,a  wszystko przesiąknięte klimatami Iced Earth, Queensryche czy Vicious Rumors. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Atrakcją tego wydawnictwa są wokale Chrisa, który przypomina manierę Tima Rippera Owensa i to jest spora zaleta. Niezwykła technika i wyczucie kryje się za talentem Chrisa. Z kolei Dave i Matt to zgrany duet gitarowy, który stawia na klasyczne rozwiązania, choć nie boi się urozmaiceń i elementów zaskoczenia. Nie ma na pewno miejsca tu na nudę.
 

Zawartość jest urozmaicona i cały czas się coś dzieje. Otwieracz "Atomic ascending" to taki prosty i nieco toporny heavy metal z świetnymi partiami wokalnymi. Dobry start.kolejny mocny riff dostajemy w agresywny "disobeying the gods". Echa Iced earth mamy w nastrojowym A thousand years". Band najlepiej wypada w takim agresywniejszy graniu jakie prezentuje w " the last day". Jest energia i ciekawe partie i gitarowe. Słychać, że coś się dzieje i jest to zagrane z pomysłem.

Debiut Hell and back to kawał solidnego heavy metalu. Jest wyrazisty wokalista i sporo mocnych riffów. Pojawia się troszkę słabszych momentów, jak i mała dawka przebojowości. Mimo owych wad i tak wciąż jest to płyta, która zasługuje na uwagę fanów heavy/ power metalu. 

Ocena 7/10


METALSTEEL - Forsaken by the gods (2021)


 Lata lecą, a mimo to wciąż Metalsteel jest jednym z najważniejszych heavy metalowych zespołów na Słowenii. Panowie działają w zasadzie od 1999r i mogą pochwalić się pokaźną dyskografią, która liczy 7 albumów, a ten ostatni "Forsaken by the gods" ukazał się właśnie 15 września. Nic się nie zmieniło to prosty, mało wymagający heavy metal, który osadzony jest w klimatach lat 80. Tak więc nie brakuje tutaj inspiracji Saxon, Judas Priest czy Iron Maiden.

Najważniejsze filary Metalsteel to tak naprawdę gitarzysta Rock Tomsiic i wokalista oraz gitarzysta Beny Kic. Benny to taki rasowy wokalista, który stawia na klimat lat 80 i przebojowość. Na płycie jest 40 minut muzyki. " Forsaken by the gods" to prosty, melodyjny kawałek który może brzmi wtórnie, ale szybko wpada w ucho. Słychać inspiracje żelaznej dziewicy. Ciekawszy w swojej formule jest "dying out", który jest o wiele ostrzejszy i momentami ociera się o power metal. Klasycznie brzmi prosty "for the future" i troszkę brzmi to banalnie. Jest potencjał to na pewno. Uroczy jest stonowany i nieco mroczniejszy "becoming human".  Reszta utworów nie robi już takiej furory. 


Werdykt? Metalsteel gra solidny heavy metal i nie ma się czego wstydzić. Troszkę momentami brakuje tutaj mocy i pazura. Wkrada się monotonność, a szkoda bo był potencjał. Płyta do posłuchania i zapomnienia.

Ocena 5.5/10

piątek, 24 września 2021

TALES OF THE OLD - the book of chaos (2021)


 Uwagi fani Rhapsody, Nightwish i Therion pojawił się właśnie debiut greckiego Tales of the old. "The book of chaos" to może nie najlepsze co słyszałem w tym roku, ale bez wątpienia to jedna z tych płyt obok, których nie można przejść obok. Mimo, że to debiut to brzmi niezwykle dojrzale i pomysłowo.  ta grecka formacja powstała w 2010r z inicjatywy klawiszowca Micheala Tzanakisa. Dodatkowym atutem jest obecność ciekawych gości jak Bob Katsionis czy Fabio Lione.

W tej kapeli tak naprawdę liczą się trzy osoby. Wokalista Vassilis Papadimitriou, Micheal Tzanakis, a także gitarzysta Steve Mihalenas. Każdy z nich potrafi zaskoczyć i sprawić że płyta sporo zyskuje. Vassilas to wokalista, który potrafi czarować swoim głosem i nadać epickości danej kompozycji. Z kolei Steve wygrywa ciekawe partie gitarowe i nie można narzekać na nudę. Taki "Heavens in war" to prawdziwa uczta dla fanów symfonicznego power metalu. Tajemniczy i przebojowy "beware" kusi dynamiką i podniosłymi chórkami. Klimatyczny i nieco progresywny" Dark witch" to kolejny ważny punkt tej płyty. Fabio Lione działa tutaj jak magnes. Mamy jeszcze mroczny "broken heart"  czy zadziorny "The first exorcism".


Tales of the old jeszcze ma daleka drogę do ideału, ale mają pomysł na siebie i na symfoniczny power metal. Solidne granie z ciekawymi melodiami, choć czasami nieco chaotycznie i bez dopracowania. Oby następnym razem wyeliminowali owe wady i będzie dobrze.


Ocena : 6/10

czwartek, 23 września 2021

BURNING POINT - Arsonist of the soul (2021)

Dawno nie było udanego albumu ze strony zasłużonego Burning Point. Jedna z ważniejszych fińskich kapel jakoś troszkę została zapomniana przez świat. Niegdyś była to potęga, która mogła konkurować z najlepszymi. Często ich muzyka przywoływała na myśl Bloodbound, Edguy,  stratovarius, Helloween czy nawet gamma ray. Ostatnie albumy tej formacji były średnie i jakoś zatrudnienie byłej wokalistki Battle Beast nie odmieniło na lepsze oblicza tego zespołu. Przyszedł czas na zmiany. Nowy skład, nowa jakość i nowy album. To mogło się udać. "Arsonist of the soul" ma premierę 22 października tego roku i jest to jeden z ich najlepszych albumów. Na taki powrót tej formacji fani czekali od lat. Teraz nadciąga album z dynamicznym, klasycznym power metalem w stylu lat 90. Czego można chcieć więcej?

Klawiszowiec Matti Halonen dołączył do bandu w 2020r, a sekcja rytmiczna tworzona przez perkusistę Toumosa Jaatinena i basistę Jarko Poussu w 2019r. No i największa zmiana to wokalista Luca sturniolo, który zasilił band również w 2019r. To właśnie jego zmiana jest tutaj najważniejsza.Luca to włoski wokalista, który faktycznie czerpie z najlepszych wokalistów, ale i też troszkę Kiske momentami przypomina. Odnajduje się w wysokich rejestrach, w epickich momentach czy w prawdziwych power metalowych petardach. Nowy skład wnosi sporo świeżości i dawno burning Point nie było tak silne. 

Skład to jedno, ale same kompozycje są z górnej półki. Nie ma wypelniaczy czy nudnych melodii. Dostaje dojrzały i poukładany album, który zabiera nas do lat 90. Burning Point przeszedł sam siebie. 

Odpalamy płytę i już na start atakuje nas rozpędzony "Blast in the past", który oddaje piękno power metalu. Jest szybkie tempo i ostry riff, a całość inspirowana mocno twórczością gamma ray. W podobnym tonie utrzymany jest dynamiczny "rules in the universe" który miesza patenty helloween czy edguy. Sam refren ma też coś z stratovarius. Klasycznie to brzmi i o to chodzi. Dalej mamy nieco stonowany "Out of control" który tez kusi ostrym riffem rodem z judas priest i do tego mamy tu klimat z płyt stratovarius. "Persona Non Grata"  to kolejny szybki power metalowy cios. Band cały czas trzyma wysoki poziom. Marszowe tempo i epicki feeling to atuty tytułowego "Arsonist of the soul". Jest tu pełno hitów co potwierdza "hit the night" czy "running in the darkness" które są hołdem dla klasyki power metalu. Urozmaicenia dodaje heavy metalowy "Calling" czy przebojowy "off the radar" które zabierają nas do niemieckiej sceny metalowej. Panowie czerpią z dokonań Hammerfall co potwierdza "fire with fire". Na sam koniec jeszcze perełka "eternal life" i to jest idealne podsumowanie całej płyty. 

Z nowym albumem burning Point wraca do czołówki power metalu. Dawno panowie nie grali z taką energia i pasja. Jest tu duża dawka przebojowości i klasycznych melodii. Całość brzmi jakby powstała w latach 90. Pozytywne zaskoczenie, bo nie liczyłem że burning Point stać jeszcze na taki album. 


Ocena: 9/10

środa, 22 września 2021

DESERT NEAR END - Of fire and stars (2019)


 Grecja kryje wiele ciekawych kapel i to wciąż jedna z ważniejszych scen metalowych. Tam fani Charred walls of the damned, Exodus czy Iced Earth znajdą band o nazwie Desert near the end, który działa od 2010r i może się pochwalić bogatą dyskografią. Na koncie mają 4 albumy i ostatni to "Of fire and stars" który zasługuje na uwagę. 

Skład tworzą 3 osoby i każda z nich odgrywa ważną rolę w zespole. Wokalista Alexandros Papandreou  odpowiada za agresywność i zadziorność. To jego partie wokalne są przemyślane i dopracowane technicznie. Buduje odpowiedni napięcie. Z kolei gitarzysta Panos dwoi się i troi by tworzyć ciekawe partie gitarowe. Mamy tu pełno agresywnych riffów i stylistyki z pogranicza power i thrash metalu. Wszystko jest poukładane i przemyślane, tylko czego brakuje to zróżnicowania i większej dawki przebojowości. 

Do grona ciekawych utworów warto zaliczyć melodyjny otwieracz "a world beyond", agresywny "light long dead" czy mroczny "across the desert".  Znakomicie sprawdza się heavy metalowy riff w "earth and water". Na sam koniec dostajemy rozbudowany "of fire and stars" pokazuje troszkę więcej umiejętności i pomysłowości że strony muzyków. Szkoda ze tak mało tutaj zróżnicowania.

Niby "of fire and stars" to przemyślany i solidny album, to jednak kryje kilka wad. Zlewanie w calosc i granie troszkę jakby na jedno kopyto psuje ostateczny efekt. Kapela grać potrafi i ma pomysł na siebie. Brakuje ostatecznego szlifu. Może następnym razem będzie troszkę lepiej?

Ocena :6/10

niedziela, 19 września 2021

OVERSENSE - Egomania (2021)


 Tak jak kocham niemiecką scenę metalową, tak mam problem z totalnym zachwytem nad niemiecką formacją Oversense. Działają od 2012r i już mają wypracowaną renomę, jak i stylistykę. Słowa power metal jakoś nie do końca tutaj pasuje, bowiem band czerpie z różnych gatunków od groove metalu, aż po gotycki metal. Czy to jest objaw geniuszu, czy inteligenty chaos z którego nic nie wynika? To jest dopiero pytanie. Odpowiedzi należy szukać na nowym krążku zatytułowanym "Egomania".


Przede wszystkim mam problem z wokalem Danny'ego Meyera, który stara śpiewać bardziej nowocześnie. Zmienia style i tonacje i ciężko się w tym odnaleźć. Już otwieracz sporo miesza, bo "toast to the devil" miesza różne gatunki.  Jest to jednak dość ciekawy hit, który swoim dziwactwem zapada w pamięci. Intryguje również "the longing" gdzie jest trochę symfonicznego metalu i gotyckiego grania. Chwytliwy główny motyw i refren sieją tutaj zniszczenie. "Be" to nowoczesny, melodyjny metal z ciekawa linia melodyjna. Te zwolnienia zaczynają momentami irytować. Na siłę zaczynają mieszać. No i w końcu coś co mnie poruszyło mocniej, czyli "my eden" z nutką power metalu. Znów co innego dostajemy w kolejnym kawalku. "Tear me down" ma mroczny klimat i mocny riff przewodni. No znów mam mieszane uczucia. Te rockowo- popowo wstawki są zbyt komercyjne.  Kolejny pozytywny utwor to dynamiczny "Faith" i tutaj faktycznie słychać objaw geniuszu. Brzmi to świeżo i pomysłowo. Chórki też dodają uroku. "Rave in hell" momentami brzmi jak lordi, ale znów band szokuje intrygującym motywem gitarowym i nie banalnym refrenem. "Antisocial" to znowu ukłon w stronę szybszego grania i to kolejny killer na płycie. Na koniec mamy  "extinction", który mimo rozbudowanej formułę nie nudzi.

To jest jedną z tych płyt, która miesza w głowie. Band urządza terapię szokową i serwuje niezła mieszankę różnych gatunków i choć na pierwszy rzut oka można rzec że to chaotyczna papka. To jednak to jest inteligentna zagrywka Oversense. Jeszcze nie wszystko jest dla mnie jasne i może nie wszystkie atuty nowej płyty odkryłem to jednak mimo wad, ta płyta intryguje i zachęca do powrotów. Dużo tu pokręconych melodii i motywów gitarowych. Jest co analizować i czym się zachwycać. Wady też są, no ja nie do końca trawie te zwolnienia i momentami wokal Dannego mnie irytuje. Dziwna płyta, ale kusi i zachęca by do niej wracać i odkrywac kolejne elementy układanki. Nie jest to moja płyta roku, ale dla kogoś na pewno będzie. 

Ocena: 7/10

ULTRA RAPTOR - Tyrants (2021)


 Nie tak dawno świat zachwycał się premierą Riot city i Traveler, a teraz w tym roku nadchodzi kolejne mocne uderzenie z Kanady. Ultra Raptor podobnie jak koledzy po fachu stawia na mieszankę heavy/speed metalu rodem z lat 80. Panowie czerpią również z klasyki jak Judas Priest, exciter, czy Liege Lord. Grają od 2015r, ale debiut "Tyrants" ma mieć premierę 9 listopada tego roku i to nakładem Fighter Records. Jedno jest pewne, to jedna z ważniejszych premier tego roku i debiut na jaki wielu czekało.

Ultra raptor tworzą doświadczeni muzycy i to jest pewnie główny czynnik, który odpowiada za jakość zawartej muzyki.  Na wokalu jest Phil T Lung z War Command, który sieje zniszczenie i od razu wnosi muzykę Ultra raptor na wyższy poziom.  Imponuje też dyspozycja i wyszkolenie gitarzystów, bowiem Nick Rifle i Criss Raptor wiedzą jak porwać słuchacza. Stawiają na klasyczne patenty, ale bawią się konwencją i potrafią zaskoczyć. Bez nich to nie byłaby ta sama płyta. Na takie popisy gitarowe zawsze warto czekać i analizować je na czynniki pierwsze. To są specjaliści, a nie debiutanci.

Najlepiej otworzyć album killerem i taki "messile" to strzał w dziesiątkę. Jest szybko, agresywnie i oldscholowo. Czego chcieć więcej? Dużo klimatów judas priest dostajemy w "cyborg rex" i te przyspieszenia są tutaj imponujące. W sferze gitarowej dzieje się dużo i słychać pomysłowość w tych zagrywkach. "Take me back" to prawdziwa petarda. Co za energia i moc wydobywa się z tego utworu. Band nie bierze jeńców i wystawia to co najlepsze. Heavy/ speed metal najwyższej jakości. W podobnej stylistyce utrzymany rozpędzony "nightslaher". Tak to kolejny killer na płycie. Prosty riff też może siać zniszczenie i taki klasyczny riff z "gale runner" to ukłon w stronę accept czy judas priest. Nie ma w studu, anie jeden młody band może uczyć się od ultra raptor. Nie ma czasu a ballady i dalej mamy żywiołowy "the quest for relics". Solówki tutaj błyszczą i to jest atut tej kapeli. Ciężko o tego typu granie i to na takim poziomie. Brawo panowie! Band zwalnia w stonowany "winds of vengeance" i znów słychać echa lat 80. Band nawet z przytupem zamyka album, bowiem "Space fighter" to kolejny killer na płycie.

Od kiedy słyszałem pierwszy próbki tej płyty, to wiedziałem że jest to płyta na którą warto czekać. To jest prawdziwa petarda i nie ma tu słabych kompozycji. Każda z nich to prawdziwa frajda dla fanów heavy/speed metalu. Jedna z najważniejszych płyt roku 2021.

Ocena: 9.5/10

SPLIT HEAVEN - Eletric Spell (2021)


 Meksyk też może się pochwalić zespołem Enforcer, Skelator, czy Striker. Tym zespołem jest Split heaven, który jest już na rynku heavy metalowym od 2003r. Mają doświadczenie i wieloletni staż grania, co widać bo bogatej dyskografii. Najnowsze dzieło "Eletric Spell" ukazuje się po 5 letniej przerwie i ma się ukazać 15 października tego roku. Dostajemy to do czego nas band przyzwyczaił, czyli heavy/speed metal w klimatach lat 80.

"Eletric Spell" to swoista kontynuacja "death rider" i to nie powinno nikogo dziwić. Od 2014r w Split heaven czaruje wokalista Jason Counde-Houston i to za jego sprawą nowy album jest niezwykle klasyczny i pełen klimatu lat 80. Oczywiście Split heaven to atrakcyjne melodie i zadziorne riffy w wykonaniu Armanda i Carlo. Panowie dobrze się rozumieją i tą chemię słychać. Wszystko jest przemyślane i poukładane. W każdym utworze znajdziemy coś ciekawego i wciągającego. Nie tylko materiał nasuwa klimat lat 80, bo frontowa okładka czy rasowe brzmienie też o tym przypominają.

Na pewno zaskakuje intro "Gerudo valley", który zabiera nas w rejony Meksyku i to ciekawy zabieg. "Sacred Fire" to już konkretny kawałek, który oddaje piękno klasycznego heavy/speed metalu. Nie ma tu za grosz oryginalności, ale chyba nikt nie liczył że Split heaven będzie szukał nowej odmiany metalu. Grają klasycznie i to jest piękne. Znajomo brzmi riff w "the hunted palace" który początkowo ociera się o twórczość accept, a potem znajdzie się też coś z kinga diamonda. Brawa dla Jasona za niezły popis umiejętności wokalnych. Band potrafi budować klimat, co potwierdza "back from purgatory". Ten utwór też zachwyca klasycznymi dźwiękami. Mocny riff i chwytliwy refren robią tutaj robotę. Band najlepiej sprawdza się w takich szybkich kompozycjach jak "hellions night" czy "lets fight" które czerpią z twórczości iron maiden. 


To było do przewidzenia, że Split heaven nie zawiedzie. Dostajemy znów dojrzały i przemyślany materiał, który dostarcza sporo radości słuchaczowi. Płyta skierowana do maniaków heavy metalu lat 80 i tych którzy nie szukają nowinek w metalu. 

Ocena: 8/10

sobota, 18 września 2021

KRYPTOS - Force of Danger (2021)


 Tak, pochodzący z Indii Kryptos powraca z nowym albumem. Po świetnym "Afterburner" czekałem na kolejne uderzenie tej kapeli. Na 1 października jest przewidziana premiera "force of danger" i powiem Wam, że jest na co czekać. Znów kapela pokazuje jak świetnie można odtworzyć klimat lat 80 i łączyć nwobhm z klasycznym heavy metalem czy speed metalem. Zresztą czy ta świetna okładka może zwiastować słaby album?

W zespole pojawił się nowy perkusista Vijit Singh, który zasilił band w 2019r. To tyle jeżeli chodzi o zmiany personalne. Stylistycznie nie ma niespodzianki. Nolan i Rohit wciąż czarują swoimi solówkami i chwytliwymi solówkami. Kryptos to przede wszystkim charakterystyczny wokal Nolana Lewisa, który od razu przenosi nas do lat 80. Ma w sobie moc i charyzmę, co czyni go heavy metalowym wokalistą z prawdziwego zdarzenia. Band znakomicie funkcjonuje i mam wrażenie, że wszystko im łatwo przychodzi. Zwłaszcza umiejętność tworzenia hitów. Zawartość mówi sama za siebie.


Nolan Lewis to niezwykle utalentowany muzyk, który czaruje nas przede wszystkim swoim głosem. Za jego sprawa można poczuć klimat płyt Grace digger, czy accept. Nadaje on tego heavy metalowego pazura. Słychać to w genialnym otwieraczu "raging steel". Utwór niby banalny, a zachwyca melodyjnością i klimatem rodem z płyt wydanych w latach 80. Panowie mają do tego smykałkę. Kolejna petard to "hot wired" i tutaj słychać sporo klasycznych zespołów i to żadna ujma. Kryptos niszczy po raz kolejny.  Fanom Accept czy judas priest na pewno przypadnie do gustu stonowany i przebojowy "dawnbreakers". Brzmi to bardzo klasycznie i o to chodzi.  Najdłuższą kompozycją na płycie jest "Omega Point". Banalne granie, ale i radości dostarcza. Czasami sukces tkwi w prostocie. Całość wieńczy "shadowmancer" który idealnie podsumowuje całość.  Nie zaskoczy was pewnie fakt, że to kolejny udany utwór na płycie. To taki hold dla dokonań accept, ale całej epoki lat 80.

"Force of danger" to nie płyta, który wyznaczy nowy trend czy zrobi rewolucję w heavy metal. To wehikuł czasu, który zabiera do lat 80. Kto kocha proste i szczere granie, w którym liczy się dobra melodia i energia ten musi posłuchać to co wyprawia kryptos. Panowie są na fali.

Ocena 8.5/10

ETERNAL FLIGHT - Survive (2021)


 Eternal Flight to tak naprawdę dalszy ciąg tego co prezentował w latach 90 Dream Child. Tak więc jest to wciąż mieszanka progresywnego heavy metalu i power metalu. Gerard Fois pod szyldem eternal flight wydał 5 albumów i ten najnowszy "Survive" niczym nie zaskakuje, a tylko podsumowuje to co band grał do tej pory. Piękna okladka zapowiada coś wyjątkowego, ale prawda jest bolesna. Poza kilkoma motywami płyta wieje nudą. 


Kapela działa od 2001r więc może śmiało pochwalić się długoletnim stażem i doświadczeniem, ale nie przedkłada się to na jakość zawartej muzyki. Znajdziemy na "Survive" kilka ntrygujących zagrywek gitarowych Thibauda Ducrota, ale to trochę za mało. Wszystko oczywiście na pograniczu progresywnego heavy/power metalu. Panowie grają, ale nic z tego nie wynika. Plus za urozmaicenie materiału i kilka ciekawych momentów . Mamy na przykład stonowany, zadziorny i melodyjny "Hear the call", który sprawdza się jako przebój. Band pokazuje też pazur i dynamikę w power metalowym "Will we rise again". Tak, trzeba przyznać że otwieracz jest niezwykle żywiołowy. To dobry początek, ale już "legions" przynudza swoimi aranżacjami. Na wyróżnienie zasługuje rozpędzony "mysterious kings" który utrzymany jest w power metalowej stylistyce. Powinno być więcej kawalkow tego typu. 


Jest chaos, jest kilka wypelniaczy i to niestety psuje ostateczny odbiór całej plyty. Kilka mocnych momentów to za mało. Czuję rozczarowanie i niedosyt, bo eternal flight stać na więcej. "Survive" to po prostu średniak.

Ocena 6/10

piątek, 17 września 2021

MANIMAL - Armageddon (2021)


 Szwedzki Manimal po raz czwarty atakuje. "Armageddon" to następca "Purgatorio" i kapela wciąż trzyma się stylistyki heavy/power metalu tworząc przy tym agresywną i przebojową muzykę. Fani Brainstorm, Mystic Prophecy czy Primal fear szybko odnajdą się na nowym krążku Manimal i myślę że dla nie których data 8 października może być ważną datą. Zaznaczyć w kalendarzu i na pewno wypatrywać premiery nowego krążka szwedzkiej formacji. Póki co musicie się zdać na mnie.

Klimatyczna okladka i ostre niczym brzytwa brzmienie to mocne atuty, ale to muzyka ma porwać słuchacza. Tak się składa, że panowie odrobili zadanie domowe i przygotowali przemyślany album, który jest przepełniony ostrymi riffami i świetnymi popisami wokalnymi Samuela Nymana.  Henrik Stenroos z kolei zadbał o urozmaicone zagrywki, co by nie wiało nudą. Otwieracz "burn" i agresywny "Armageddon" to prawdziwe killery. Band nie kryje zamiłowania do primal fear czy Mystic Prophecy. Podobne emocje wzbudza agresywny i bezkompromisowy "Forged in metal". Na taki metalowy hymn zawsze warto czekać, A Manimal pbokazuje że jest w formie. Na wyróżnienie zasługuje również przebojowy "evil soul" czy mroczny "insanity". 

 Manimal to już rozpaznawalna marka i wciąż ta kapela trzyma wysoki poziom. Nowy album opiera się na mocnych riffach i wciągających solówkach. Dzieje się tutaj sporo i to wszystko wzbudza pozytywne emocje. Brawo panowie bo nie liczyłem na tak solidne wydawnictwo. 


Ocena : 8/10

SCREAMING SHADOWS - Legacy of Stone (2021)

Francesco Marras niegdyś dzielił i rządził w Tygers of Pan Tang, ale już od 1999r rozpoczął swoją przygodę z Screaming Shadows i już na dobre od 2001 funkcjonował z własnym zespołem o tej nazwie. Kapela wydała 4 albumy, a 5 krążek ma przewidzianą premierę na 12 listopada i z pewnością fani heavy metalu z nutką nwobhm powinni wypatrywać to dzieło. Nie pożałujecie, to na pewno.

10 lat czekania na nowy album to kawał czasu i nic dziwnego, że skład zespołu uległ zmianie. Pojawił się basista Jurgen Steinmetz z silent force oraz wokalista Alessandro Marras. Panowie wpisali się w styl grupy i mimo upływu czasu band gra swoje i na dobrym poziomie. Nie ma w tym nic odkrywczego, ale słucha się tego naprawdę dobrze. Znajdziemy tu sporo atrakcyjnych melodii i klasycznych rozwiązań. Całość spina rasowy głos Alessandro, który nadaje kompozycjom klimatu lat 80.

"Free me" to chwytliwy otwieracz, który pokazuje melodyjne oblicze zespołu. Niby brzmi znajomo, ale i radości jest z odsłuchu. Jest też hard rockowy "heaven or hell", ale refren po prostu mocno zapada w pamięci. Elementy power metalu pojawiają się w szybszym "love and hate". Mocny riff robi tu robotę. Takich petard mogłoby być tutaj więcej. Stonowane granie z nutka hard rocka dostajemy w "lost Child". Refren znów niezwykle chwytliwy. Kolejny killer na płycie to "shake your blood". Alessandro znów pokazuje, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.  Zniszczenie sieje zamykający "where i have been up to now". Popisy gitarowe Francesco są przemyślane i zagrane z polotem. To jest to! 

Screaming Shadows nie nagrał arcydzieła i chyba nikt tego się nie spodziewał. Nowy album to udany miks heavy metalu, nwobhm i hard rocka. Jest klasycznie, melodyjnie i przebojowo. Czasami troszkę nierówno i zbyt banalnie, ale i tak zasługuje na uwagę ten krążek. 

Ocena: 7/10



 

czwartek, 16 września 2021

SIGNUM DRACONIS - The Divine comedy - inferno (2021)

"Boska Komedia"  włoskiego poety Dantego Alighieri to ponadczasowe dzieło włoskiej literatury.  Poemat przedstawia wizję owej wędrówki autora przez zaświaty od piekła, przez czyściec aż po raj. Opis owych zaświatów i poszczególnych etapów podróży wprawia w osłupienie i nic dziwnego że to dzieło skończone i ponadczasowe. Można rzec, że temat idealny do oprawy heavy metalowego albumu. Jednak taka literatura wymaga czegoś więcej niż nic nie wnoszących riffów i nie potrzebnego chaosu.  Włoski gitarzysta Oscar Grace miał wizje i pomysł jak połączyć temat "boskiej komedii" z muzyką heavy metalową. Zadanie nie było łatwe, ale to co ostatecznie powstało jest czymś więcej niż kolejnym albumem metalowym na rynku. Tak o to powstał projekt muzyczny Signum Draconis i album oczywiście musiał być zatytułowany "The divine comedy - inferno". Jesteście gotowi na podróż w głąb piekła?

Co znajdziemy na płycie i do kogo jest skierowana? Przede wszystkim dostajemy tutaj metalową operę, która jest świetnym miksem heavy metalu, power metalu i symfonicznego metalu. Muzycznie nie brakuje tutaj rozmachu pokroju Rhapsody, Mariusa Danielsena Valley Doom, troszkę też Majestica, czy też ostatniej płyty Blind Guardian. Jest tutaj wszystko, a nawet więcej. Oscar Grace zaprosił ciekawych gości i orkiestrę, aby wszystko nabrało epickości i odpowiedniego rozmachu, który jest wręcz wymagany przy historii zawartej w "Boskiej komedii". Jak się okazuje, ta literatura idealnie współgra z muzyką heavy metalową. Z takich największych nazwisk jak się tutaj przewijają to Mark Boals, ale każdy z nich tutaj robi niezłą robotę. Oscar to prawdziwy czarodziej i stworzył niesamowity świat, które porusza słuchacza i przenosi do zupełnie innej rzeczywistości. Coś pięknego i niesamowitego, bo to nie jest prosta rzecz. Obok Oscara jest też świetny MAx Morreli w roli wokalisty, czy Filippo Martignano w roli klawiszowca. Każdy muzyk to specjalista w swoim fachu i nie ma tutaj miejsca na fuszerkę. Rozmach płyty przejawia się nie tylko w klimatycznej okładce, soczystym brzmieniu, ale też w samym materiale który liczy 17 utworów i rozbito to na dwie płyty. Tak o to powstał jeden z najlepszych koncept albumów jakie słyszałem.

Na pierwszy strzał idzie nastrojowy i nieco progresywny "in the midway of life Journey". Band znakomicie opowiada historię i buduję napięcie. Dalej mamy lekki i nieco taki teatralny "the mission of virgill". Słychać, że band mocno czerpie z Therion. Płytę promuje podniosły i niezwykle energiczny "gate of hell". Chórki na początku kawałka budują niesamowity filmowy klimat. Co za rozmach i ekspresja uczuć. No i jest w końcu heavy/power metal w symfonicznej oprawie. Jest kop i prawdziwa petarda. Te 3 kompozycje tylko dowodzą jak urozmaicony jest materiał na tej płycie.  "The borderland" ma stonowane tempo i sporo ciekawych gitarowych zagrywek. Chórki znów przyprawiają o dreszcze. Słychać też coś z Judas priest z płyty "Nostradamus". Band czaruje też w marszowym i epickim "whirlwind  of lovers". Jest tutaj sporo symfonicznych ozdobników i słychać nawet neoklasycznego zagrywki Oscara. Więcej ognia i mocy dostajemy w power metalowym "Under eternal Rain" i tutaj muzycy pokazują światowy poziom. Brzmi to świeżo i bardzo pomysłowo. Progresywność i teatralny klimat dają o sobie znać w intrygującym "Burning Graves". Uroczy jest marszowy i melodyjny "phlegethon" i tutaj też nie jest wszystko tak oczywiste. Partie gitarowe imponują melodyjnością i cechami iron maiden. Dużo dzieje się w "Forest of suicides", który momentami brzmi niczym rhapsody czy Royal Hunt. Pierwsza płytę kończy agresywny i bardziej power metalowy "firestorm". Mocna rzecz. 


Druga płyta to przede wszystkim 11 minutowy kolos w postaci "the moats of damnation". Prawdziwa perelka z całej płyty i ma to coś. Dużo się dzieje i nie ma mowy o chaosie. "Cocytus" znów opiera się na mrocznym klimacie i pokręconych melodiach. 

Jest to wyjątkowa płyta, która wyróżnia się stylistyką, rozmachem, świeżym podejściem do tematu symfonicznego metalu. Oprawa i historia są na pierwszym planie, a Gitary i metalowy pazur to sprawa drugorzędna. Minusem jest trochę zbyt długi materiał, ale nie zmienia to faktu że płyta jest jedyną w swoim rodzaju. Uczta dla fanów symfonicznego metalu. 

Ocena: 9/10


 

RAVENOUS - Hubris (2021)

"Eat the fallen" z 2019r to był prawdziwy cios i jedna z najlepszych płyt jakie ukazały się właśnie w 2019r. Wtedy właśnie na rynku power metalowym zagościł kanadyjski Ravenous, który wniósł nową jakość do gatunku power metalu. Tamta płyta była magiczna i oddawała to co najlepsze w power metalu, a przy tym wnosiła świeżość. Oczywiście nie brakowało też odesłań do kultowych kapel. Ci którzy kochają Blind Guardian, Orden Ogan, czy Falconer na pewno powinni znać debiut Ravenous. Teraz w tym roku przyszedł czas na następcę i "Hubris" to tak naprawdę rozwinięcie pomysłów z debiutu.

Znów dostajemy płytę z górnej półki, który ma szansę namieszać w tegorocznych zestawieniach. To płyta, który ma swój charakter, ma kopa i potrafi zaskoczyć. Czy taka piękna okładka może zdobić jakiś słaby album? Brzmienie jest tutaj mocne i tylko podkreśla zadziorność wydawnictwa. Gitarzysta Jacob Wright wygrywa naprawdę ciekawe riffy i nie idzie na łatwiznę. Wszystko brzmi świeżo i współcześnie, a mimo to słychać sporo odesłań do klasyki. Oczywiście Ravenous nie byłby sobą gdyby nie świetne partie wokalne Voltaire. Wysokiej klasy wokalista i tego nie da się ukryć. Tym razem na płycie nie brakuje ciekawych gości, którzy czynią ten album jeszcze większym wydarzeniem.

Kiedy odpalamy płytę to atakuje nas od razu killer, czyli "Carnage in Carthage", który  imponuje dynamiką i rozmachem. Popisy gitarowe Jacoba potrafią wprawić w osłupienie. Klasa światowa. W takim "Astral Elixir" dostajemy niezwykle przebojowy refren i bardziej agresywny riff. Słucha się tego jednym tchem. Folkowe zacięcia i odesłania do Falconer dobitnie słychać w nastrojowym "Son of Storms". Band potrafi też stworzyć bardziej rozbudowane i złożone kompozycje, czego przykładem jest "Bridgeburner" i znów panowie czarują. Masa wciągających solówek i symfoniczny nastrój. Petarda! Taki energiczny "The Adler Queen" to czysty dynamit i znakomity przykład jak powinien brzmieć power metal. Nina z A sound of thunder brzmi tutaj fenomenalnie. Epickość i marszowe tempo to atuty "March of Hunger". No i jest oczywiście Matthias Bald, który swoim głosem czaruje w magicznym "Onwards & upwards". Całość wieńczy kolos w postaci "of beasts and faust". 10 minut tu szybko zlatuje i pokazuje jaki potencjał drzemie w tej kapeli. Szczęka opada i chciałoby się jeszcze więcej, a to już niestety koniec płyty.

Ravenous wyrósł na prawdziwą gwiazdę i dobrze, że młode kapele potrafią jeszcze wnieść taki powiew świeżości do power metalu. "Hubris" to dojrzała płyta, która w sobie to wszystko co jest niezbędne by siać zniszczenie. Jedna z ważniejszych płyt power metalowych roku 2021. Czekam na więcej magicznej muzyki od Ravenous.

Ocena: 9.5/10
 

ETERNAL EVIL - The warriors awakening brings the unholy slaughter (2021)

26 listopada 2021r przewidziana jest premiera debiutu szwedzkiej formacji Eternal evil. "The warriors awekening brings the unholy slaughter" to płyta, która oddaje piękno surowego thrash metalu i zdecydowanie przypadnie do gustu fanom niemieckiej sceny thrash metalowej. Ta płyta mocno czerpie z "Endless Pain"Kreator i to jest akurat spora zaleta.

Nawet tak patrząc na okładkę można dostrzec spore podobieństwa do klasyka Kreator. Szwedzki eternal evil stawia na surowy klimat, na barbarzyński charakter i agresję. Ta dzikość jest tutaj naprawdę urocza. Niby nie ma w tym jakiegoś grania technicznego, nie ma też niczego nowego, ani odkrywczego, ale band imponuje pomysłowością, a także dbałością o detale. To wszystko sprawia, że debiut Eternal evil jest uroczy i niezwykle atrakcyjny dla fanów thrash metalu.

W zespole pierwsze skrzypce gra Adrian Tobar, który pełni rolę wokalisty i gitarzysty. W jego głosie słychać inspiracje oczywiście Mille Petrozza.  Adrian ma podobną barwę głosu i technikę śpiewania. Trzeba przyznać, że Adrian bez problemu odtworzył okres debiutu Kreator.

Brzmienie też jest tutaj odpowiednio dopasowane do tego co band gra i taki otwieracz "Succubus" znakomicie to odzwierciedla. Dalej mamy rozpędzony i niezwykle energiczny "Bestial Fornication", który oddaje ten barbarzyński klimat. Pełno tutaj killerów i taki surowy "The captors command" to kolejny mocny punkt na płycie. Dużo wpływów Kreator słychać w zadziornym"The nocturnal omen" czy agresywnym "Satanic Forces". Niby w tych kawałkach nie ma za grosz oryginalności, ale to co wyprawiają muzycy naprawdę przyprawia o dreszcze i chce się jeszcze więcej tego surowego i agresywnego thrash metalu. Mamy jeszcze tutaj takie perełki jak "Eternal Evil" czy "Witch's spell", które identyfikują styl thrash metalu i pokazują co się liczy w tym gatunku.

To się nazywa debiut. Płyta nagrana z pasji i miłości do thrash metalu. Panowie czerpią garściami z twórczości Kreator i nie kryją tego. Surowe brzmienie i barbarzyński klimat sprawiają, że płyta brzmi jak kontynuacja tego co Kreator stworzył na "Endless Pain". Niby nic odkrywczego Eternal Evil nie gra, a dostarcza sporo radości.

Ocena: 8.5/10

 

WITHERING SOUL - Last Contact (2021)

Withering Soul to amerykańska formacja reprezentująca melodyjny death metal z nutką black metal. Kapela gra nie od dziś, bo działa od 1999r, więc może się pochwalić wieloletnim stażem i doświadczeniem. Mają na swoim koncie już 4 pełne albumy, z czego najnowszy ukaże 24 września tego roku. "Last contact" to płyta który kontynuuje to co band wypracował w przeciągu kilka lat. Nie ma zaskoczenia, nie ma rewolucji.

Mroczna okładka przyciąga uwagę, nawet kogoś takiego jak ja. Osoby, który na co dzień nie siedzi w takim rodzaju heavy metalu. W Withering Soul kluczową rolę odgrywa gitarzysta i wokalista Christopher. To właśnie on wyznacza styl grupy i nadaje mrocznego klimatu. Jego głos może i jest brutalny, ale ma w sobie to coś co sprawia że odsłuch jest przyjemny i nie odstrasza w żaden sposób. Pod względem warstwy instrumentalnej dzieje się sporo i nie ma tutaj na nudę, czy granie na siłę brutalne. Wszystko jest dobrze wyważone i słychać, że to właśnie chwytliwe melodie są tutaj najważniejsze. To czyni nowy materiał atrakcyjny nawet dla takiego laika tych gatunków jak ja.
,
Z całej płyty na wyróżnienie zasługuje złożony i rozbudowany "Allegory of the void", rozpędzony i energiczny "Carrion Reflection" czy klimatyczny "Into the harrowing expanse". Ciekawie wypadają też stonowane, wręcz ponure kawałki jak choćby "Uncharted Course".

"Last Contact" to ciekawie zmajstrowany album, który miesza melodyjny death metal z black metalem i wszystko utrzymane jest w mrocznym klimacie. Jednak nie brakuje tutaj ciekawych i chwytliwych melodii, które nadają płycie bardziej wyrazistego charakteru i czynią go interesującą pozycją. Warto obczaić co amerykanie mają do zaoferowania w roku 2021.

Ocena: 7/10
 

niedziela, 12 września 2021

BETWEEN WORLDS - Between worlds (2021)

Dawno nie było żadnego przejawu twórczości artystycznej Ronniego Munroe. Po odejściu z Metal Church, była jeszcze solowa płyta, ale potem przez długie lata cisza. Teraz powraca i to oczywiście za sprawą wytwórni Frontiers Records i ich kolejnego projektu muzycznego, czyli Between worlds, Kto oczekuje czegoś na miarę płyt z Metal Church ten może się rozczarować. Nie jest to jakiś mocny heavy/power metal, a raczej mieszanka melodyjnego metalu i hard rocka. 

Wokal Ronniego złagodniał i już nie powala taką drapieżnością czy agresją. Faktycznie obecnie idealnie pasuje do tego co tutaj słychać. Problem tkwi nie tyle w jego głosie, co w samym materiale, który jest nijaki. Ani to przebojowe, ani zadziorne, ani pomysłowe. Po prostu leci sobie muzyka w tle, z której nic wynika. Taki otwierający "Between worlds" miewa ciekawe momenty, ale jakieś to bez pomysłu. Ciekawa melodia na początku to trochę za mało. Dużo hard rocka znajdziemy w lekkim "these walls", ale też zabrakło tutaj ciekawej oprawy gitarowej. Potem seria popowych kawałków i dopiero jakiś pazur rockowy pojawia się w "Soulchaser". Znów mało ciekawy refren psuje cały utwór.To jest problem całej płyty niestety. Mało atrakcyjne melodie i nijakie refreny, które nie potrafią poruszyć. Świetny wokalista za sitkiem to jedna za mało, by mówić o dobre płycie.

Liczyłem na to, że Ronny wróci w wielkim stylu, a tutaj niestety się mocno zawiodłem. To już nawet nie chodzi o to, że dominuje tu hard rock, tylko że same kompozycje sa po prostu średniej jakości, żeby nie użyć słowa słabe. Szkoda, bo zmarnowane szansę na naprawdę dobry album.

Ocena: 4/10
 

SEVEN SPIRES - Gods of Debauchery (2021)

Rok minął od czasu wydania "Emerald Seas", czyli drugiego wydawnictwa amerykańskiego Seven Spires. Tym razem band powraca z dojrzałym i epickim "Gods of Debauchery", który jest czymś więcej niż symfonicznym metalem. Band tutaj nie boi się wplatać elementy melodyjnego death metalu w stylu Children of bodom czy Kalmah. Nie brakuje też oczywiście grania w stylu Epica, czy Amaranthe. To wszystko czyni nowy album Seven Spires na pewno wartym uwagi wydawnictwie.

Co by się nie działo to pierwsze skrzypce gra tutaj wokalistka Adrienne Cowan, który potrafi śpiewać klimatycznie i podniośle, ale też i brutalnie. To za jej sprawą płyta jest urozmaicona i nie raz potrafi zaskoczyć słuchacza. Oczywiście Jack Kosto też wykreował tutaj sporo ciekawych zagrywek gitarowych i pod tym względem też dużo się dzieje i nie ma miejsce na nudę. Jednak nie wszystko jest piękne, bo są słabsze momenty i sam materiał jest zbyt długi. Skrócić album o kilkanaście minut i juz byłoby lepiej.

Do grona ciekawych kawałków na pewno zaliczę tytułowy "Gods of Debauchery", który ma coś z z Epica, ale też sporo elementów z death metalu. Imponuje szybkość i agresja w "The cursed muse", który oddaje w pełni styl Seven Spires i pokazuje potencjał tej grupy. Głos Adrienne jest po prostu niesamowity. Z kolei takie utwory jak "Dare to live" budują ciekawy tajemniczy, nawet nieco filmowy klimat. Dużo symfonicznych rozwiązań znajdziemy w "Oceans of time" czy "Dreamchaser". Na płycie jest 16 kawałków i każdy coś innego wnosi. Niestety troszkę tego za dużo i momentami wkrada się nuda.

Troszkę szkoda, bo zmarnowano potencjał. Band miewa ciekawe pomysły, ale nie są w pełni wykorzystane i czasami przesadzają z aranżacjami. Jednak mimo pewnych wad, to wciąż płyta godna uwagi i miewa naprawdę mocne momenty.

Ocena : 6/10
 

ELD VARG -One man army (2021)


 Ci co gustują w muzyce Grand Magus, Wolf, a przede wszystkim Cirith Ungol czy Manilla Road ci z pewnością powinni zapoznać się z "One man Army", czyli debiutem Eld Varg. Jak nazwa wskazuje, to faktycznie projekt muzyczny jednej osoby. Ellie Noakes odpowiada tutaj za wszystko i trzeba powiedzieć, że sobie poradził z tym jakże trudnym zadaniem. Szkocki Eld Varg działa od 2013r, ale dopiero teraz przyszedł czas na debiut.

Piękna, epicka okładka kusi żywymi kolorami i bazyliszkiem, który gra tu główną rolę. Sama muzyka przesiąknięta jest klimatem lat 70 i 80, a same dźwięki są tutaj przemyślane. Ellie wszystko przemyślał i nagrał płytę pełną ciekawych motywów. Otwieracz "And so it beigns" atakuje nas dobrze wyważonymi dźwiękami i prawdziwym klasycznym heavy metalem. Partie gitarowe są tutaj zagrane z polotem i świeżością. Dobry start. "To the beyond" to faktycznie epicki heavy metal w amerykańskim wydaniu. Nawet wokal Elliego mocno uderza w tamte rejony. Nie jest może najlepszym wokalistą na świecie, ale dobrze sobie radzi z materiałem, który jest na płycie. Przyspieszamy w rozpędzonym "Vulcan's hammer" i w końcu dostajemy też więcej mrocznego klimatu. Marszowy i epicki "Wolfpack" to kolejna mocna pozycja na tym krążku. W pełni oddaje styl i to co w duszy gra Elliemu. Z kolei taki "iron Cobra" przemyca troszkę doom metalu, ale też i pełno patentów Grand Magus. Brzmi to naprawdę świetnie. Mocny bas to atuty "Wastelands", który brzmi jak mieszanka tego co wypracował Manowar i Grand Magus. Ellie zaskakuje pomysłowością i pomysłem na epicki heavy metal. No i jeszcze znalazło się tutaj miejsce na rozbudowany kolos, czyli "Between the moon and the stars". Tak, to jest taka wisienka na torcie. Jest tutaj wszystko.

Eld Varg nie miał jakieś specjalnej reklamy i nie było szumu wokół tego wydawnictwa. Jednak zawartość zasługuje na uwagę fanów, zwłaszcza tych, co gustują na co dzień w epickim heavy metalu. To już kolejny dowód na to, że jeden człowiek jest w stanie nagrać wysokiej klasy album.

Ocena: 8/10

sobota, 11 września 2021

VETERANS - Fake Quiet and peace (2021)


 "Fake quiet and peace" przyciąga uwagę klimatyczną okładkę, która przesiąknięta jest klimatem science fiction. Wizja futurystycznego miasta jest urocza, a co kryje się za tą szatą graficzną? Ano miks heavy metalu z thrash metalem, a wszystko utrzymane jest w stylistyce groove metalu. Debiut od Veterans z Singapuru nie jest ideałem, ale ma kilka ciekawych momentów.

Marszowy i mroczny "Buried" wprowadza w klimat płyty i od razu wyróżnia się wokal Kike Valderamma. Trzeba przyznać, że ma charyzmę i to on jest tutaj motorem napędowym. Gitarzyści Matt i Martin też potrafią grać i dostarczyć sporo radości słuchaczowi. Tak jest w szybszym i przebojowym "Agenda". Troszkę thrash metalowego pazura dostajemy w "Olds sour" czy "Right for the throat". Band korzysta z oklepanych patentów i nie wiele tutaj oryginalności czy świeżości. Płyta nie ma może killerów, ani też wysokiej klasy hitów, ale jest kilka ciekawych zagrywek gitarowych i wpadających w ucho refrenów.

Kapela ma potencjał i kto wie co pokażą w przyszłości? Póki co album jest średniej jakości i może bardziej przypadnie do gustu tym, którzy na co dzień siedzą w takich klimatach? Solidne rzemiosło, ale nic ponadto.

Ocena: 5/10

ANETTE OLZON - Strong (2021)

 Anette Olzon i Magnus Karlsson po raz trzeci się spotkali. Tym razem przy okazji drugiego solowego albumu byłej wokalistki Nightwish. W operze Magnusa Karlssona o nazwie Free fall wyszło słabo, a w Allen/Olzon też wyszło średnio. Tak więc nie miałem jakiegoś ciśnienia na nowy krążek Anette zatytułowany "Strong". Okładka zwiastuje jakąś komercyjną papkę. Jak jest naprawdę?

Album był od samego początku zapowiadany jako cięższy i bardziej metalowy. No jest progres i tym razem dostaliśmy kawał solidnego grania z pogranicza symfonicznego metalu, heavy metalu i hard rocka. Anneta ma słodki i taki nieco popowy głos, ale tutaj wszystko dobrze ze sobą współgra i nie ma odruchu wymiotnego podczas słuchania. Magnus usiadł do komponowania i w efekcie dostaliśmy solidny album, który cechuje przebojowość i ciekawe melodie. To może się podobać i nie tylko ślepo zapatrzonej młodzieży w twórczość Annete z czasów Nightwish.

Płytę otwiera "bey bey bey" i tytuł jak i konstrukcja kawałka to taki ukłon w stronę Nightwish. Jest lekko, przebojowo i słucha się tego z przyjemnością. Riff ma w sobie pazura, a klawisze nie są sztuczne. "Sick of You" brzmi nieco nowocześniej, a nawet momentami jakoś progresywnie, ale Magnus wyszedł z tego całkiem dobrze. Partie gitarowe są naprawdę atrakcyjne, a refren po prostu zapada w pamięci. To już prawdziwy sukces. Kolejny udany kawałek to lekki i melodyjny "I need to stay" i nawet popisy wokalne Anette są miłe dla ucha. Wszystko jest przemyślane, a nie stworzone na szybko, bo terminy gonią, bo trzeba coś na siłę wydać. Imponuje zadziorność i przebojowość w takim tytułowym "Strong". Prosty motyw, a dostarcza sporo frajdy i nie mam nic przeciwko jeśli Anette i Magnus będą tworzyć takie hity. Jestem za! "Parasite"  to już szybszy kawałek o zabarwieniu bardziej power metalowym i znów fani Nightwish mogą czuć się jak w domu. "Fantastic Fanatic" kusi mrocznym klimatem i symfonicznymi ozdobnikami. Takie pazura i mocnego grania to już dawno w Nightwish nie słyszałem, więc brawa dla Olzon i spółki. "Catcher of my dreams" to killer z górnej półki i chyba powstał za czasów projektu Kiske/Sommerville. Co za petarda! Oklaski na stojąco. Całość wieńczy równie żwawy "Roll the Dice".

Jestem w szoku, bo spodziewałem się kolejnej marnej papki w wykonaniu Magnusa, a tutaj mega pozytywne zaskoczenia. To się da słuchać i jest to przyjemne doświadczenie. Duża dawka ciekawych i wciągających melodii, a całość jest przebojowa i w stylu do jakiego nas Anette przyzwyczaiła. Dobra robota!

Ocena: 8/10

GAMMA RAY - 30 Years Live Anniversary (2021)

Gamma Ray to Kai Hansen i taka jest prawda. To jego specyficzny i wyjątkowy głos, a także niepowtarzalny styl gry na gitarze przedłożył się na sukces tej formacji z Hamburga. Kai był liderem Helloween i coś ze sobą zabrał z poprzedniej formacji do Gamma Ray.  Ta przebojowość, ta lekkość i ten dynamit w grze został tutaj przeniesiony. Gamma ray to brat Helloween, a razem jest innym zespołem. Kai w końcu starał się sporo przemycać patentów z "Walls of jericho" czego Helloween niestety nie robiło. Sukces zaczął się od kiedy zaczął pełnić ponownie funkcję wokalisty. Zespół wniósł się na zupełnie inny, wyższy poziom. Przez lata dostawaliśmy świetne albumy i ten ostatni ukazał się w roku 2014. Tak zleciało 30 lat i przyszedł czas na  świętowanie pełnej rocznicy w czasach pandemii. Tylko Gamma ray już nie błyszczy tak jak kiedyś. Coś się popsuło. Kai stracił moc w głosie, a Frank Beck który miał go wspierać, troszkę tak jakby zaczął przeszkadzać. Hansen szaleje teraz z Helloween i Gamma ray troszkę poszło w odstawkę. Wydanie na siłę koncertówki "30 years Live Anniversary" jest troszkę jakby na otarcie łez i jakby na siłę podtrzymanie trupa. Niestety prawda boli, zwłaszcza kiedy dotyczy to kapeli, która jest dla mnie niezwykle ważnym.

Ta płyta to pasmo niepowodzeń i problemów, które obecnie doskwierają Gamma Ray. Frank Beck może i jest dobrym wokalistą, ale czemu panowie tak sobie wchodzą w paradę? Kai faktycznie śpiewać już nie potrafi tak jak kiedyś. Gamma ray bez niego to już nie to samo, ale takie chaotycznie śpiewanie Kaia i Francka tylko działa na nerwy. Jak już chcą się tak bawić, to niech to będzie poukładane jak w Helloween. Jeśli nie, to odsunąć Kaia i dać Francka niech śpiewa całe utwory. Inne wyjście to zatrudnić innego wokalistę, który nadałby zespołowi odpowiedniego charakteru. Ja bym tu widział Henninga Basse, który idealnie pasował do zespołu podczas koncertów. Strasznie irytuje to co Kaia wyprawia z Franckiem. Kolejny problem to gitary, które brzmią jakoś tak inaczej i jakby sztucznie. Odpalam taki koncert "Hell Yeah" i tam była moc, ciary i pazur. Tutaj tego nie ma. Kawałki straciły na swojej jakości i mocy. Brzmi to wszystko jak parodia i to jest smutne. Może lepiej byłoby reaktywować Gamma ray z Ralfem na wokalu? To też jakieś wyjście? 

Zastanawia mnie też inna kwestia. Po co rejestrować koncert bez publiki w czasach pandemii? Brzmi to jak album studyjny, tylko w gorszej jakości. Niby fani mieli podsyłać jak się bawią przy kawałkach gamma ray i to miało być dołączone. Na początku coś tam słychać, a potem nic. Może ja jestem głuchy już na starość?

Odpalam killer" Dethronne Tyranny", który nie jest tu killerem. Klasyk "Rebelion in Dreamland", brzmi jakby grał go jakiś cover band. "Master of Confusion" zamiast dawać radość, to sprawa że czuje się niesmak.  W tym wszystkim jest jeden plus. Jest nawet dobra setlista, a najlepsze że wystąpił tu gościnnie Ralf Sheepers. Miło jest usłyszeć taki "Heading for tommorow" czy "One with the world" z nim na wokalu.

Przyszłość Gamma ray nie jest znana. Niby Kai coś wspomniał, że jest materiał na nową płytę i ma się ukazać w przyszłym roku. Jednak czy to jest wciąż Gamma ray, która wydała "Powerplant", czy "Land of the free", która tworzyła klimat na koncertach i robiła niezłe show? Panowie muszą przemyśleć co dalej bo to tak nie może wyglądać. Zmienić wokalistę, albo oddać wokal w pełnym wymiarze Franckowi, no nie wiem. Póki co czuje strach, obawy, że umiera jeden z moich ulubionych power metalowych zespołów, od którego wszystko się zaczęło. Obym się mylił....

Ocena: 4/10
 

wtorek, 7 września 2021

DEATHBLADE - Deathblade (2021)


 Deathblade to brytyjska formacja grająca progresywny heavy/thrash metal. Kapela powstała w 2018r i dopiero teraz band wydaje swój debiutancki album."Deathblade" wzbudza niestety mieszane uczucia. 

Ta płyta jest solidna jeśli chodzi o warstwę instrumentalną, choć i tutaj słychać czyste rzemiosło. Dobrze wypada otwieracz "raze gommorah", który przemyca sporo oklepanych patentów. Brakuje ognia i pazura, ale nie to jest problem. Wszystko kładzie nijaki wokal Daniela Garnera. Nieco więcej agresji wnosi "cessation", który niestety powtarza błędy otwieracza. Muzycznie jest nawet ok, ale wokal odstrasza i wprowadza tutaj chaos. Jest na płycie też udany i nastrojowy instrumentalny kawałek w postaci "the introversion of sacrafice". Końcówka płyty to dwa kolosy, które mimo rozbudowanej formy to nie wiele oferują. Ot co solidna porcja progresywnego heavy/thrash metalu."Biblical infamy" zaskakuje melodyjnym charakterem, a tytułowy "Deathblade" porywa mrocznym klimatem i solidnymi partiami gitarowymi. 


Powtórzę to jeszcze raz. Płyta ma garażowe brzmienie i sporo chaosu i do tego źle dobrany wokalista. Jest kilka ciekawych zagrywek gitarowych i zaangażowanie muzyków. Niestety odbiło się to na jakości płyty. Plyta skierowana do zagorzałych maniaków takie grania, choć i ci będą pewnie narzekać.

Ocena : 4/10

niedziela, 5 września 2021

SKELETOON - the 1.21 Gigawatts Club (2021)


 Radosny europejski power metal tzw happy power metal troszkę pod upadł i to już rzadkie zjawisko trafić na taki radosny, kiczowaty power metal jaki niegdyś prezentował Freedom Call, Trick or Treat czy Helloween. Włoski Skeletoon to jeden z tych zespołów, który stara się utrzymać taki happy power metal przy życiu.W tym roku wracają z nowym albumem i "the 1.21 gigawatts club" i jest to solidna pozycja dla fanów gatunku.

Ciekawym pomysłem jest tutaj zrobienie koncept albumu w oparciu o sagę "Powrót do przyszłości" i nawet to ciekawie współgra z takim właśnie rodzajem muzyki.  Gitarzyści tj Fabrizio i Andy stawiają na radosne melodie, na chwytliwe riffy i wszystko wypada całkiem dobrze. Momentami przesadzają ze słodkością i czasami jest tego wszystkiego za dużo. No tak już jest, że można w happy power metalu przesłodzić. Mr Fooler to bez wątpienia najjaśniejszy punkt tej kapeli i to on napędza ten band. Jego wysokie partie to mocny atut tego wydawnictwa. Skoro jest mowa o "powrót do przyszłości" to nie mogło zabraknąć coveru "Johnny b. goode" i tutaj troszkę wkrada się kicz. Nie ma się co martwić, bo jest tu kilka mocnych kawałków i jednym z nich jest "Holding On". To taki klasyczny, radosny power metal i naprawdę dobrze się tego słucha.  Prosty riff i sprawdzone patenty rodem z płyt Helloween sprawiają, że utwór jest jednym z najlepszych na płycie. Podobne emocje wzbudza lekki i melodyjny "Outatime". Jasne, że trafią tutaj się też chybione pomysły, jak choćby nijaki "2204". Kolejny radosny power metal znajdziemy w "Pleasure paradise", który w pełni oddaje styl grupy. Problem tkwi w tym, że band choć wie co chce grać i robi to dobrze, to zawodzą kwestie komponowania hitów. Brakuje nieco dopracowania kompozycji.

Mimo pewnych wad miło słucha się tego wydawnictwa. To taka prawdziwa rozrywka dla fanów radosnego power metalu spod znaku Freedom call, wczesnego Helloween czy Trick or Treat. Nie jest to arcydzieło, ani też ich najlepszy album, ale warto posłuchać.

Ocena: 6.5/10