Strony

▼

sobota, 3 października 2026

AMON AMARTH - The allfather awekens (2036)


 W kategorii melodyjnego death metalu bez wątpienia jednym z najważniejszych zespołów jest Amon Amarth. To jeden z tych zespołów, które już dawno wypracowały własny styl i właściwie nie muszą nikomu niczego udowadniać. Szwedzi od lat konsekwentnie łączą melodyjny death metal z klimatem wikińskich sag, potężnymi gitarowymi riffami i charakterystycznym growlem Johana Hegga. „The Allfather Awakens” to już trzynasty album w dorobku grupy i choć trudno oczekiwać tutaj rewolucji, tym razem Amon Amarth postawił przede wszystkim na przebojowość i chwytliwe melodie. Premiera płyty miała miejsca 2 października i jest to płyta skierowana do fanów zespołu i tego rodzaju metalu. 

Szwedzi nadal grają melodyjny death metal po swojemu, nadal mamy wikińskie opowieści, Odyna, bitwy, wojenne okrzyki i charakterystyczne melodie gitarowe. Różnica polega na tym, że tym razem zespół pozwolił sobie na nieco większą różnorodność, czego najlepszym przykładem jest „Upphaf”. To tylko potwierdza, że band wciąż ma ciekawe pomysły.

Największą zaletą płyty jest konsekwencja i bardzo dobre wyczucie melodii. Hegg brzmi tak, jak powinien, gitary Mikkonena i Söderberga dostarczają odpowiedniej dawki ciężaru, a całość jest bardzo dobrze wyprodukowana. Z drugiej strony, jeśli ktoś liczył na powrót do surowości pierwszych płyt albo coś równie przełomowego jak „Twilight of the Thunder God”, może poczuć pewien niedosyt. Obyło się  bez eksperymentów i kombinowania i w efekcie dostajemy typowy album amon amarth.

Płyta zawiera 10 utworów i daje to nam 46 minut muzyki.Już otwierający „Gjallarhorn” pokazuje, że nie będzie to żadne odejście od sprawdzonej formuły. Mocny riff, charakterystyczny growl Hegga, melodyjne gitary i refren, który aż prosi się o wspólne śpiewanie podczas koncertu. To klasyczny Amon Amarth, ale wykonany z dużą energią. Duży plus za wpływy running Wild i w sumie nic dziwnego, że band wybrał ten utwór na singiel.

„Eight Legs of Thunder” jest jeszcze bardziej bojowy i epicki. Utwór cechuje się mrocznym klimatem i zadziornym riffem.„Kvasir's Blood” należy do ciekawszych momentów albumu. Jest tutaj więcej melodii, a gitarowe partie mają ten charakterystyczny dla Amon Amarth epicki rozmach. 

Zaraz potem pojawia się znane już „We Rule the Waves” – bardzo przebojowy, koncertowy numer z ogromnym potencjałem do wspólnego skandowania. Nie jest to najbardziej odkrywcza kompozycja w historii grupy, ale trudno odmówić jej skuteczności. To rasowy hit, który również przemyca patenty running Wild.

Największym zaskoczeniem jest „Upphaf”. To pierwszy w historii Amon Amarth utwór akustyczny i zdecydowanie odważniejszy eksperyment niż można było oczekiwać po tej ekipie.  Brzmi to naprawdę bardzo dobrze i pasuje do charakteru zespołu. Po tej spokojniejszej chwili „Die with a War Cry” ponownie podkręca tempo. To jeden z bardziej bezpośrednich numerów na płycie – prosty, ciężki i nastawiony przede wszystkim na koncertową energię. To tylko umacnia poziom nowej płyty Amon Amarth.

Tytułowy „The Allfather Awakens” jest jednym z bardziej epickich momentów albumu. To kompozycja zbudowana na ciężkich riffach, ale nie brakuje w niej charakterystycznych melodii gitarowych. Z kolei „Oden's Hunt” rozwija mitologiczny klimat i należy do utworów, w których Amon Amarth brzmi najbardziej monumentalnie. Całość zamyka najdłuższy na płycie „Ascending Like an Eagle”. To najbardziej rozbudowana kompozycja, co daje nam prawdziwy wielki finał. Kawałek bardzo dobrze podsumowuje całość.

The Allfather Awakens” to solidny i bardzo równy album. Amon Amarth robi swoje i nagrywa kolejny dobrze wyważony album. To bardzo dobra mieszanka agresji i melodyjności. Kilka naprawdę mocnych numerów, większa różnorodność i charakterystyczny klimat sprawiają, że jest to materiał, do którego chce się wracać. Nie jest to może najlepszy album Amon Amarth, ale wstydu im nie przynosi. 

Ocena : 8/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz