Strony

▼

niedziela, 4 października 2026

FROZEN CROWN - The legend of the six Kings (2026)


 Włoski  Frozen Crown systematycznie wydaje albumy studyjny, umacniając swoją pozycję w melodyjnym power metalu.Frozen Crown od kilku lat konsekwentnie buduje swoją pozycję w europejskim power metalu, stanąć się kolejnym zespołem bazującym na twórczości blind Guardian, Helloween, Avantasia czy Sonata Arctica. Włosi nie należą już do zespołów, które dopiero szukają własnej drogi, choć ich muzyka wciąż opiera się na sprawdzonych patentach: melodyjnych gitarach, mocnej sekcji rytmicznej, chwytliwych refrenach i charakterystycznym wokalu Giady „Jade” Etro. „The Legend of the Six Kings” to już szósta płyta zespołu i kolejny krok w stronę bardziej zwartego, przebojowego oblicza grupy. Płyta ukazała się 2 października nakładem napalm Records.

Band tradycyjnie zadbał o miłą dla oka okładkę i soczyste brzmienie. Pod tym względem band jakoś nie zawodził do tej pory. „The Legend of the Six Kings” jest płytą bardzo dobrze wyprodukowaną i świetnie zagraną, ale jej największą zaletą pozostaje konkretność. Większość utworów jest krótka, dynamiczna i pozbawiona zbędnych dłużyzn. Frozen Crown nie próbuje tutaj tworzyć progresywnego arcydzieła – zamiast tego dostarcza porcję melodyjnego, nowoczesnego power metalu, który ma przede wszystkim dobrze brzmieć i wpadać w ucho. Jest w tym wszystkim też nutką komercji, przez co płyta może trafić do szerszego grona odbiorców.  Filarem zespołu jest bez wątpienia wokalistka Giada Etro, której wokal nadaje całości charakteru i melodyjnego wydźwięku. Warto wspomnieć, że w 2025r do zespołu dołączyła gitarzystka Alexandra Lioness. Razem z Alessia Lanzone tworzą zgrany duet, który stawia na melodyjne i zadziorne riffy.  W swojej grze przemycają klasyczne patenty i nie ma w tym nic dziwnego.

Mam jednak wrażenie, że w porównaniu z „Call of the North” czy nawet „War Hearts” zespół coraz bardziej przesuwa się w stronę bezpieczniejszego, bardziej komercyjnego grania. Jest mniej szaleńczej szybkości, mniej gitarowych popisów i mniej momentów, które naprawdę potrafią zaskoczyć. Pojawia się za to więcej prostych, stadionowych refrenów i kompozycji nastawionych na natychmiastowy efekt. Dla jednych będzie to krok naprzód, dla innych – utrata części dawnego charakteru.

Nowy album choć zawiera 10 utworów to jednak całość trwa 36 minut. Album rozpoczyna „Lightning in the Sky”, czyli dokładnie taki numer, jakiego można było oczekiwać po Frozen Crown. Szybkie gitary, galopująca perkusja i mocny wokal Jade od razu wprowadzają słuchacza w epicki klimat. Nie ma tutaj długiego rozbiegu – zespół od pierwszych sekund rusza do ataku. To jeden z najbardziej dynamicznych punktów płyty i zarazem utwór pokazujący, że Włosi nadal potrafią grać naprawdę szybko. Klasyczny power metalowy utwór, który zabiera nas do lat 90. Bardzo dobrze się tego słucha.

„Who Wants to Burn in Heaven” stawia już mocniej na przebojowość. Jest melodyjnie, podniośle i bardzo europejsko. Refren łatwo wpada w pamięć, a gitarowe partie dodają całości odpowiedniego metalowego charakteru. Jest epicko i trochę w klimatach bloodhound czy Sabaton.

Z kolei „Reborn” należy do bardziej bezpośrednich kompozycji – prosty, nośny motyw i wyrazisty refren sprawiają, że utwór szybko zostaje w głowie. To jeden z tych przypadków, gdzie wdziera się komercja. 

Bardzo dobrze wypada „The One”, który pokazuje bardziej przystępną stronę zespołu. Frozen Crown coraz częściej stawia na krótkie i konkretne kompozycje, zamiast rozbudowywać je na siłę. Tutaj działa to bardzo dobrze. To jeden z największych hitów na płycie. Oj wpada w ucho ten utwór.

„Iris” oraz „Winter Hearts” przynoszą natomiast nieco więcej melodii i atmosfery, choć nadal pozostają mocno osadzone w power-metalowej stylistyce. Choć te utwory już w swojej stylistyce są bardziej słodkie, co może niektórych odstraszyć.

W drugiej części albumu uwagę zwraca „River of Time”, w którym zespół ponownie łączy melodyjność z metalową energią. „Through the Fire” jest kolejnym szybkim i dynamicznym numerem, natomiast „To the Stars” pokazuje, że Frozen Crown potrafi również zwolnić i zbudować bardziej podniosły klimat bez całkowitego rezygnowania z ciężaru. To wszystko dobre utwory, ale na kolana nie powalają, a szkoda bo potencjał był. 

Całość zamyka tytułowy „The Legend of the Six Kings” – najdłuższy utwór na płycie. To właśnie tutaj zespół pozwala sobie na nieco bardziej rozbudowaną formę i epicki charakter. To udany finał płyty, który pokazuje że Frozen Crown jest w formie.

Frozen Crown nadal wie, jak pisać chwytliwe metalowe kawałki. „The Legend of the Six Kings” nie jest płytą przełomową, ale jest bardzo solidnym, melodyjnym i profesjonalnie wykonanym albumem. Włosi nie odkrywają tutaj Ameryki, lecz dostarczają dokładnie to, czego można oczekiwać od współczesnego europejskiego power metalu – szybkość, melodie, mocny wokal i porcję epickiego klimatu. Niby nic odkrywczego, a słucha się przyjemnie.


Ocena : 7/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz