Strony

sobota, 30 czerwca 2012

TRIAL - The primordial temple ( 2012)


Heavy Metal każdy grać może, jeden lepiej jeden gorzej, ale taka już dzisiaj to wygląda, wystarcza dobre studio, średnie pojęcie o graniu i już można coś zmącić, nie liczą się umiejętności jak kiedyś, a tylko to jak potrafisz skleić to wszystko. Ostatnio natknąłem się na szwedzki zespół o nazwie TRIAL. Szwedzką kapelę można zaliczyć do grona kapel typu PORTRAIT, czyli nowej fali heavy metalu nawiązującej do heavy metalu z lat 80. jednak poziom nie ten, wykonanie, aranżacje o kilka klas też niższe. Tych kapel grających pod lata 80 się ostatnio na tworzyło sporo i sporo z nich trzyma wysoki poziom, tak więc poprzeczka jest wysoko ustanowiono i debiutancki album TRIAL „ The Primordial Temple” nie przebija jej i nie sięga do grona tych wydawnictw które zaliczam do wybornych. Tutaj nie chodzi już nawet o wtórność, ale o to co prezentuje zespół w kompozycjach, o ich wykonanie, aranżacje, o to w jaki sposób przemycają stare, ograne patenty, motywy, to w jakiej formie jest opakowany ten sam produkt, no i muszę przyznać nie powalają umiejętności muzyków ani ich pomysłowość na kompozycje.

Melodie są i to nie podlega dyskusji, już w otwierającym „Flaming Fate” je słyszymy i właściwie każda kompozycja je posiada, ale jakość ich, pomysłowość, autentyczność, czy też świeżość. Nie ma zaskoczenia, a umiejętności muzyków też co najwyżej przeciętne. Duet gitarzystów Ellstrom/ Johnsson którzy grają monotonnie, bez jakiegoś przekonania, bez zrywu i to wszystko jest przeciętne jak dla mnie. Partie gitarowe nie różnią się zbytnio od siebie, brakuje w tym wszystkim energii, pomysłu na ciekawe wykonanie. Już przy „Witches” zaczyna się odczuwać pewne zmęczenie materiału i zdezorganizowanie. Przez cały album przynudza nie tylko sfera gitarowa czy rytmiczna, ale również popisy wokalisty L. Johanssona, który nie ma ani charyzmy, ani ognia, śpiewa monotonnie co tylko pogłębia bezradność zespołu i ich przeciętny poziom grania, który od początku do końca jest jednostajny i bez większego zaangażowania. Jednym z takich ciekawszych momentów na płycie jest rytmiczny „The Primordial Temple” który nawiązuje pod względem sekcji rytmicznej i melodyjności do twórczości IRON MAIDEN. Ciekawą linię melodyjną i dobrze rozegrane solówki w podobnej konwencji ma „ Progenies of the Avenger” i bez wątpienia te dwa utwory dowodzą, że dynamiki jest jakby najlepszym sposobem na stworzenie coś ciekawego, wszelkie inne formy kończą się klęską. Niczego sobie jest też melodyjny i energiczny 'The Sorceress' Command' który również zbudowany jest na chwytliwym motywie wzorowanym na IRON MAIDEN, z tym że poziom muzyki nie ten i bardziej to można zakwalifikować do rzemiosła, który jest dobrze zagrana i to wszystko. Apogeum nudy sięga w kolosie „Phosphoros” który trwa 13 minut, co jak na ten zespół i jego styl jest lekką przesadą. I można było spokojnie to streścić do 4 minut. Sporo motywów, melodii, z których nic nie wynika. Idealny przykład, jak zespół słabo sobie radzi z pomysłem na utwory i jak przeciętne aranżacje

Bardzo łatwo przychodzą na myśl wady związku z albumem TRIAL. Niezbyt dobra produkcja, przeciętne umiejętności muzyków, które nie zapewniają odpowiedniego poziomu muzyki. Kompozycje są nudne, przewidywalne imało atrakcyjne dla ucha. Jest granie na jedno kopyto i bez większego zaangażowania. Nie wróżę temu zespołowi wielkiej kariery i być może tak jak szybko się pojawili, tak szybko znikną?

Ocena : 2.5/10

METALHEAD - Metalhead (2012)



 To, że KING DIAMOND oraz MERCYFUL FATE odegrały istotną rolę dla metalu nikt nie podważy i wciąż gdzieś rodzą się kapele, które nie kryją się z inspiracjami tymi zespołami. Jednak liczba takowych zespołów nie będzie równa z tymi naśladującymi IRON MAIDEN, czy też JUDAS PRIEST. Niemiecki zespół heavy metalowy o nazwie METALHEAD w tym roku wypuścił swój debiutancki album o tytule „Metalhead”. Niemieckie zespoły są dla mnie zawsze fenomenem, bo za każdym razem kipią energią, zawsze dostarczają solidny materiał, z dużą łatwością potrafią tworzyć kawałki, które zapadają w pamięci. Myślę, że to wydawnictwo bez większych problemów w pisuje się w ten opis, z tym że nie mamy tutaj do czynienia z niemieckim topornym metalem. Dużym atutem tej kapeli jest bez wątpienia, że grają pod MERCYFUL FATE co bez wątpienia już przyciągnie nie małe grono fanów, bo mało komu udaje się sztuka grania pod ten zespół, dlatego że MERCYFUL FATE był znany z charakterystycznego klimatu i wokalu. Znaleźć drugiego Kinga jest naprawdę ciężko, ale powiem wam że Stefan Sadzio ma to coś co sam KING DIAMOND, a mianowicie niezwykłą charyzmę, umiejętność śpiewania w podobnym stylu przy wykorzystaniu falsetów, a do tego bez problemu jest wykorzystywany mroczny klimat i niezwykła technika. Stefan Sadzio brzmi niemal identycznie, a to nie lada sztuka dorównać Kingowi. Tylko w przypadku Stefana to niższe rejestry brzmią jakby ciekawej, nieco ostrzej. Niemiecką machinę METALHEAD napędza nie tylko sam wokal, ale również ułożona i przemyślana warstwa gitarowa tworzona przez duet Draude/Mielicki gdzie jest surowość, drapieżność, urozmaicenie, bawienie się melodia i jest dostarczenie słuchaczowi prawdziwego kopa, budując jednocześnie nieco taką mroczną otoczkę. Aspekt techniczny debiutanckiego albumu, umiejętności muzyków, cała ta produkcja to co potrafią muzycy już tworzy dobry grunt pod znakomity album. Jednak to jest dopiero połowa sukcesu.

Drugą stroną medalu jest sama zawartość albumu i to jest najważniejsza rzecz jeśli chodzi o ten album, to właśnie sam materiał jest tutaj najsilniejszą bronią zespołu. Tutaj zespół się wyraża w 100 % grając pod MERCYFUL FATE, jednocześnie stawiając na własny materiał, własne pomysły i wizję grania. Nie ma to jak zacząć od rozpędzonego, mrocznego „Bringer Of Evil” który utrzymany jest w konwencji speed metalowej. Tutaj wyraźnie można usłyszeć, jakie to nieprzeciętne umiejętności mają muzycy, zwłaszcza wokalista Stefan. Sam utwór imponuje dynamiką, energią i niezwykłą pomysłowością. Brzmi to jak album z lat 80 a nie z roku 2012. W podobnej formule jest utrzymany „Ministress Of Storm” i znów wyraźne inspirację wokalem Kinga i mrocznym, agresywnym graniem spod znaku MERCYFUL FATE. W tym utworze dzieje się już znacznie więcej, przede wszystkim jest urozmaicenie w środkowej części, jest zwolnienie i spora dawka intrygujących, melodyjnych solówek, które dają niezłego kopa. METALHEAD nie trzyma się kurczowo jednej konwencji o nie. Bez problemu potrafią zagrać nieco w bardziej stonowanym stylu, gdzie jest wolniejsze tempo, gdzie jest bardziej rozbudowana formuła, gdzie jest większe zróżnicowanie i „Surrender To The Dark” to znakomitego przykład tego co opisałem. Skoro już mowa o kolosach to nie można tutaj pominąć mrocznego „Lonesome Warrior” który ma i motywy rockowe, jak i balladowe, a metal tutaj jest gdzieś na dalszym planie Jednak utwór jest ciekawie przemyślany, gdzie w momencie gdzie myśli się o końcu wkracza szybsze tempo i dynamit. Mocny punkt albumu. Atutem albumu jest to że jednak dominują krótkie i zwarte kompozycje, które stawiają na melodyjność i dynamikę. Pod względem zadziorności i rytmiczności imponuje bez wątpienia „Hunter”, melodyjność i unikatowe partie gitarowe to atut dynamicznego „Witch Hunt” . Metal pełną gębą słychać w ostrym „Chains Of steel” z kolei dynamit w „Awekening Thunder” momentami nasuwa formułę speed/power metalową, zaś te zwolnienia i mrok które tu występują to wypisz wymaluj twórczość Kinga Diamonda.

Jeden z ciekawszych debiutów w roku 2012. „Metalhead” to wydawnictwo zakorzenione w latach 80, nawiązując do brzmienia, do klimatu, wzorując się bez większego wstydu do kapel Kinga Diamonda, oddając z niezwykłym skutkiem charakter tworzonej przez niego muzyki. To nie tylko podobny wokal do kinga, mroczny klimat, ostre partie gitarowe, to precyzja wykonania, niezwykła pomysłowość co do kompozycji, to pomysł na granie i niezwykła energia i satysfakcja z grania heavy metalu, to wszystko słychać. Polecam każdemu fanowi heavy metalu.

Ocena : 9.5/10

czwartek, 28 czerwca 2012

HERMAN FRANK - Right In The Guts (2012)


Są gitarzyści jak choćby Herman Frank, którego właściwie nie trzeba nikomu przedstawiać. Bogata lista zespołów w których występował, a najbardziej jednak znany jest z legendy niemieckiego heavy metalu, czyli ACCEPT. Gitarzysta mający swój styl, oddający charakter niemieckiego heavy metalu, gdzie jest coś z toporności, surowości, dzikości czy też ostrego wydźwięku. Jego styl jest taki dość rozpoznawalny. Charyzma w połączeniu z dynamiką i niezwykła techniką sprawia że Herman Frank to jeden z najlepszych gitarzystów w świecie metalowym. W 2009 roku Herman Frank wydał debiutancki album sygnowany swoim imieniem i nazwiskiem czyli HERMAN FRANK. „Loyal To None” to bardzo udany album, ale jak dla mnie zbyt toporny, zbyt mało przystępny dla słuchaczy i po jakimś czasie stał się nieco taki na jedno kopyto. Rok 2010 i wielki powrót z ACCEPT w postaci genialnego „Blood Of The Nations” oraz tegoroczny „Stalingrad”, który również zawierał to co najlepsze w heavy metalu z niemieckim charakterem i to napawało optymizmem i dawał nadzieję na mocne heavy metalowe uderzenie na drugim albumie sygnowanym marką HERMAN FRANK. Innym takim znakiem dający powody do radości to zmiana na stanowisku wokalisty. Po tym jak zespół się rozstał z Jiotisem Parachidisem, zatrudniono frontmana AT VANCE, a mianowicie Ricka Altziego, który moim skromnym zdaniem jest bardziej wszechstronnym śpiewakiem z odpowiednim zadziorem i lekką chrypą, co daje takiego niezwykłego momentami rockowego wymiaru. To przedkłada się na łatwiejszy odbiór drugiego albumu o tytule „Right In The Guts”. Album z jednej strony kontynuuje to co było na poprzednim albumie, a więc heavy metal pełną parą z dużą dawką energii, wyśmienitą grą Hermana, gdzie jest i szybkość, jest i technika, jest duża subtelność, wyczucie, rytmika, zróżnicowanie i finezyjność, pod tym względem jest to jeden z najbardziej gitarowych albumów heavy metalowych roku 2012. W dalszym ciągu jest rozpędzona, mocna, dynamiczna sekcja rytmiczna, do tego niezwykle zapadające w pamięci linie wokalne no i ta solidna niemiecka produkcja. Jakie zmiany względem debiutu? Jest przede wszystkim o wiele lepszy materiał. Jest masa przebojów, zapadających motywów, jest zróżnicowaniem i materiał jest idealny.

Otwarcie w postaci „Roaring Thunder” godne mistrzów, dynamiczne, bardzo heavy metalowe, oparte o znakomite solówki, motyw gitarowy wyciskający to co w najlepsze niemieckim metalu i tu słychać coś z STEELER, ACCEPT, nawet wczesny AXEL RUDI PELL. Tak przebojowo, tak melodyjnie nie było na debiucie. Nieco topornego, takiego zakorzenionego w tradycji niemieckiej usłyszymy w bardziej stonowanym „Right in The Guts” gdzie pojawia się nawet hard rockowy feeling, który tylko nadaję odpowiedniego smaczku, zróżnicowania. Jednak tutaj jest eksponowane to co jest atutem tego albumu, a mianowicie przebojowy charakter i to słychać w każdym utworze. Tutaj to wybrzmiewa w prostym motywie i chwytliwym refrenie. Album nie jest tak jak poprzedni grany na jedno kopyto i tutaj wręcz na przekór cały czas się coś dzieje, jest urozmaicenie albumu. Było wolniej, to trzeba podgrzać temperaturę za sprawą prawdziwej petardy z dynamiczną sekcją rytmiczną, ostrym riffem i elektryzującymi solówkami i taki właśnie jest „Ivory Gate”. Z kolei „Venageance” to kolejny rytmiczny kawałek wzorowany na twórczości ACCEPT i niemieckim heavy metalu. Rick tutaj eksponuje swoje umiejętności i trzeba przyznać, że na tym albumie wypada znakomicie i czy tylko mi na myśl przychodzi boski Apollo z FIREWIND? Klimat i przebojowość na miarę albumu „Restless and WildACCEPT słychać w dynamicznym „Starlight”. Wolne tempo, hymnowy wydźwięk, no i rockowe zacięcie spod znaku WHITESNAKE to coś co nie pozwala pominąć w chwaleniu nieco inny „Falling To Pieces” który odstaje od niemieckiego topornego heavy metalu. „Raise Your Hand” też jest miksem heavy metalu z hard rockiem i taka mieszanka zespołowi wychodzi dobrze, aczkolwiek tutaj nieco zabrakło lepszego pomysłu, gdyż poziomem nieco odstaje. „Waiting” to kolejny przykład, że można grać szybko, ale z dużym oddaniem i starannością, gdzie stawia się duży nacisk na melodie, przebojowość. Zespół brzmi bardzo elastycznie i w każdej formule dobrze się czuje, zarówno w wolniejszych klimatach jak i tych szybszych. Bez wątpienia kolejny killer, które jak dla mnie przyćmiewa to co znalazło się na nowym albumie ACCEPT. Może i „Hell isn't Far” brzmi jakoś znajomo, może bardzo wtórnie, ale pomysłowość i wykonanie rzucają na kolana i aż się prosi o więcej takiego rytmicznego, przebojowego heavy metalu. Takich przebojów i w takiej ilości nie było ani na debiucie ani na nowym albumie ACCEPT. Finezja, precyzja wykonania czy też lekkość godna rockowego zespołu daje o sobie znać także w „Kings call”. Wczesny ACCEPT, może coś w konwencji speed metalowej? Coś w szybszym tempie? Nie ma sprawy, proszę delektować się kolejną petardą, a mianowicie „Lights Are Out” i to się nazywa heavy metal najwyższych lotów. Przejawy toporności pojawiają się w nieco mniej interesującym „Black Star” który nie do końca mnie satysfakcjonuje. Całość zamyka równie świetnie wyważony i przebojowy „So They Run”.

Totalne zaskoczenie, totalnie zniszczenie i nawet lekkie osłabienie w „Black star” nie psują końcowego efektu, nie zrażają i nie daje powodów żeby odjąć jakieś punkty. To w jakim stanie mnie zostawił ten album sprawia że to tylko o świadczy o poziomie tego wydawnictwa. Perfekcja i dbałość o technikę w każdym calu. „Right In The Guts” to nie tylko masa smaczków technicznych, ale też niezwykła przebojowość, dużo gitarowego grania, dużo ciekawych melodii, zapadających solówek, to popis umiejętności nie tylko Hermana Franka, który jest jednym z najbardziej uzdolnionych gitarzystów nie tylko w kręgach niemieckiego heavy metalu, to także popis wokalny Ricka, która idealnie się spisał na tym albumie i po raz kolejny dowodzi że jest znakomitym wokalistą. Cała ta niemiecka machina zadziała prawidłowo i na pewno lepiej niż taki ACCEPT. Album jest równy, jeszcze bardziej melodyjny, wyrównany i nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Obok takie 3 INCHES OF BLOOD jak dla mnie najbardziej metalowy album roku 2012.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 24 czerwca 2012

ANIMETAL USA - Animetal Usa W (2012)

Bajki anime, Japonia i heavy metal brzmi co najmniej śmiesznie i nieco komicznie. Co nie których może przerodzić lukier, może przerazić w tym zestawienie mało sprzeczność, że tematyką heavy metalu który słynie z tekstów o szatanie, śmierci, smokach porusza tematykę bardziej dziecięcą. Jednak z tego zasłynął Japoński zespół ANIMETAL jednak dzisiaj nie istnieje, a spuściznę po tym zespole przejął powstały w 2011 roku ANIMETAL USA skupiający w swoim kręgu naprawdę prawdziwą śmietankę heavy metalu. Debiut wzbudził spore zainteresowanie, ale nic dziwnego bo materiał był kwintesencją heavy metalu i tego co poszczególni muzycy robią w swoich macierzystych zespołach i to z czego słyną. Sam materiał fakt może i miał nieco słodkości, ale był starannie wykonany, przemyślany, atrakcyjny dla słuchacza, stawiając na przebojowość. Co zmieniło się na drugim albumie czyli „Animetal Usa W”? Właściwie zmian większych ciężko się doszukać. Styl i konwencja grania dalej taka sama. Jest nacisk na zwarte, dynamiczne granie, jest nacisk na melodie i przebojowość, choć pomysły jakby o klasę niższe, jednak co w dalszym ciągu imponuje to popisy umiejętności muzyków. Wokalista Mike Vescera w znakomitej formie i brzmi tak samo fenomenalnie jak na poprzednim albumie i tylko pozazdrościć umiejętności i formy. Jest zadzior, wyciąganie wysokich rejestrów bez większych problemów. Chris Impellitteri to prawdziwy mistrz jeśli chodzi o instrument muzyczny który się zwie gitara elektryczna. Wyczynia cuda, niczym czarodziej przenosi do krainy pięknych melodii, starannie dobranych riffów, solówek, oj dawno nie był on tak w znakomitej formie, co dowodzi jak dużo zależy w tym zespole od tych dwóch muzyków. Od tego w jakiej formie są. Pod względem technicznym, a więc brzmienie czy też pod względem umiejętności i pracy muzyków to jest to kolejne staranie przygotowane dzieło. Znaczącą zmianą w ANIMETAL USA jest zmiana perkusisty, gdzie teraz mamy nie Scotta Travisa a Jon Dette.

Warto też wspomnieć w kilku słowach o tym co znajdziemy na albumie. Materiał jest zwarty, dynamiczny i bardzo melodyjny. Są utwory jak „Cats Eye” z zadziornym motywem gitarowym, z zróżnicowanymi motywami, który utwierdza w przekonaniu że mamy kontynuację stylu z poprzedniego albumu, co jest dobrym znakiem. Oprócz zadziornych kompozycji zespół na tym albumie może się pochwalić dynamicznymi, szybkimi utworami z lekkim power metalowym zacięciem tak jak to jest w melodyjnym "Hero Medley" , czy też rozpędzonym „Galaxy Express 999” albo w elektryzującym "Joshi Animedley", które stanowią trzon tego albumu i napędzają całą tą heavy metalową machinę. Melodie, które są przede wszystkim proste w swojej konstrukcji i bardzo chwytliwe to atut tej kapeli jak i tego wydawnictwa co słychać wyraźnie w "Dragon Ball Medley" czy też przesiąknięty wirtuozerskim graniem Chrisa w "We Are!" . Wszystko sprawdza się dobrze, nawet spokojniejsze, wręcz balladowe utwory czyli "Yuzurenai Negai" i "Ai Oboete Imasu ka",jednak mimo wszystko można odczuć, że są to kompozycje o klasę niższe od tych z poprzedniego albumu. Może ta formuła jest dobra tylko na jeden czy też dwa albumy? Może zabrakło ciekawszych pomysłów? Nawet przy melodyjnym i starannie wykonanym "JAM Project Medley" czuję nie dosyt i lekkie zmęczenie materiału i rutynę.

Drugie wydawnictwo ANIMETAL USA byłoby lepsze gdyby były tutaj tak samo świetne pomysły jak na poprzednim albumie, jak by było tyle ciekawych zapadających melodii. Niby styl zachowany, ale czuje się nie dosyt i nie poprawia humoru wysoka forma muzyków, przebojowy charakter i staranne wykonanie. Jednak mimo swoich minusów i mniejszej siły rażenia w porównaniu do debiutu jest to udany album.

Ocena: 7/10

LUCA TURILLI'S RHAPSODY - Ascending To Infinity (2012)


Czasami jest ciężko zrozumieć tok myślenia niektórych muzyków i sporo zamieszania wśród słuchaczy i fanów wywołał podział muzyków RHAPSODY OF FIRE. Rozłam był pewnym szokiem, bo zespół funkcjonował dość sprawnie, wydawał albumy, jednak przyszedł czas na rozłam, który doprowadził do funkcjonowania dwóch zespołów. Z jednej strony mamy RHAPSODY OF FIRE w którym pozostali klawiszowiec Alex Stratopoli a także wokalista Fabio Lione, gitarzysta Tom Hess i perkusista Alex Holzwarth. Natomiast z drugiej strony zespół Luca Turilliego o nazwie RHAPSODY i w skład tego zespołu weszli również Dominique Leurquin, Patrice Guers i ... Alex Holzwarth i tak o to ta formacja rozpoczęła poszukiwania wokalisty do swojego zespołu. Wybór padł w końcu na wokalistę znanego z śpiewania pod Kiske w TRICK OR TREAT czyli Alesandro Conti. W takim składzie rozpoczęto pracę nad pierwszym albumem po rozłamie i „Ascending To Infinity” to bardzo pozytywne zaskoczenie jak dla mnie. Ostatnie albumy raczej nie wzbudzały we mnie większego podniecenia. Wszystko było okej, albo tylko przeciętnie, więc taki rozłam dawał poczucie że z jednym z wcieleń coś dobrego dostanę. Stylistycznie Luca nic nie zmienił, ale jest to dzieło o wiele ciekawsze aniżeli poprzednie dzieła RHAPSODY OF FIRE. Jest to symfoniczny power metal, jednak pomysły są bardzo ciekawe, zapadające w pamięci, wykonanie precyzyjne, do tego piękne, soczyste brzmienie, masa intrygujących partii muzyków, gdzie starają się wycisnąć emocje, epickość, klimat, melodyjność, tak więc jest i bogactwo w aranżacjach, ale są też melodie. Ano właśnie przebojowy charakter albumu to jego mocny atut. Również Luca wygrywa znacznie interesujące partie, bardziej przemyślane, jest zastrzyk emocji, jest niezwykła technika i dzieje się sporo. Postawienie na zróżnicowanie i emocje sprawiło że płyta jest dynamiczna i melodyjna.

Nie spodziewałem się, że da się znaleźć kogoś godnego na miejsce Fabio w roli śpiewania, a jednak Alesandro Conti jest tutaj prawdziwym mistrzem i w tak wyśmienitej formie jeszcze nie był, tak wybornie, zróżnicowanie nie śpiewał nawet w TRICK OR TREAT. Jest śpiewanie różnymi barwami, jest śpiewanie operowe i ostre gdy trzeba, jak dla mnie bohater tego albumu. Drugim bohaterem jest Luca, który pokazał że mimo że jest to któryś z rzędu podobny album, z podobnym stylem i konwencją to że wciąż ma dobre pomysły, które pokazują co to jest symphonic power metal. Jest bogactwo, jest wręcz filmowo, „Quantum X” to znakomity przykład owej filmowości na płycie. Tak Luca w formie i słychać poziom starego RHAPSODY i o tym już świadczy dynamiczny, przebojowy i szybko zapadający w pamięci „Ascending To Infinity” który zbudowany jest imponującym klimacie, pięknym, nieco operowym śpiewaniu Alesandro a także wybornej grzej Luce. Zróżnicowanie no i to budowanie napięcia, bawienie się motywami po prostu mi na tym albumie zaimponowało. Idealnie to odzwierciedla nieco mroczniejszy „Dantes Inforno” który ma nieco bardziej stonowane tempo i ciekawe linię melodyjną wykreowaną przez klawisze i wokal Alesandro. To czego brakowało mi na poprzednich albumach RHAPSODY OF FIRE to przede wszystkim ciekawych melodii , pomysłów tutaj Luca nie popełnił tego błędu i dowodem tego jest rozbudowany i epicki „Excalibur”. Nawet zwolnienie, wstawienie balladowych patentów w spokojnym, romantycznym „Tormento E Passione” są trafione i dobrze wyważone. Szybki power metal oparty na chwytliwej melodii i wirtuozerskiej pracy Lucii ? A proszę i odpalamy „Dark Fate Of Atlantis”, który zadowoli każdego wymagającego słuchacza. „Luna” czyli cover ALESANDRO SAFINA jakoś słabiej wypada i więcej tutaj muzyki poważnej aniżeli metalu. Takich przebojów jak „Clash Of Titans” Luca nie stworzył już od dawna, najwyższy czas pokazać światu że jest w formie i że wie jak tworzyć killery na miarę starych dokonań. Tradycyjnie musiał pojawić się długi kolos, klimatyczny, pełen epickości i różnych nastrojowych motywów i taki jest bez wątpienia 16 minutowy „Of Michael The Archangel And Lucifer's Fall” który również w swojej konwencji zaskakuje i dowodzi że długie utwory nie muszą być nudne i męczące. I takim miły smaczkiem jest cover HELLOWEEN czyli „March Of Time” i po raz drugi Luca Turilli nagrywa utwór HELLOWEEN w dodatku z wokalistą zespołu TRICK OR TREAT który przecież znany jest z grania coverów HELLOWEEEN.

No kto by pomyślał, że taki album nagra Luca z nieco odmienionym składzie. Album nawiązuje do najlepszych dzieł Luci i RHAPSODY. Symphonic power metal najwyższej próby. Poziom polskiego PATHFINDER został osiągnięty. Ciekawe czy RHAPSODY OF FIRE nagrają coś na podobnym poziomie? Czas pokażę.

Ocena: 9.5/10

sobota, 23 czerwca 2012

DREAM WEAVER - Mythreal (2012)


Mroczny power metal z wpływami JAG PANZER, QUEENSRYCHE , a także skandynawskiego metalu zabrzmiało zachęcająco kiedy natrafiłem na grecki DREAM WEAVER. I tak zaczęło się zapoznawanie z historią zespołu, która jest obszerna. Najważniejsze informacje postaram się przytoczyć, a po więcej informacji zapraszam do ich oficjalnych stron. Zespół został założony w 1990 roku z inicjatywy gitarzysty George Zacharoglou i wokalisty Dimitri Marcou, w 1992 roku nagrali dwa utwory w ramach dema, w 1995 wydali pierwsze już oficjalne demo, przez kolejne lata zespół koncertował, wydawał dema, zmieniał się skład zespołu zachowując trzon w postaci tych dwóch muzyków, aż w końcu przyszedł czas na debiutancki album w postaci „Words Carved Within” w 2003 roku. Materiał na następny album był gotowy w 2008 roku, jednak prace się przedłuży znacznie dłużej, bo w momencie skończenie prac, pojawił się pomysł zatrudnienia drugiego gitarzysty, a mianowicie Kostasa Fitosa. Kolejna zmiana personalna miała miejsce w 2011 roku kiedy pojawił się nowy basista, a mianowicie Jim Fytopoulos i po tylu latach w końcu zespół wydał swój drugi album czyli „Mythreal”. Jeśli kocha się mroczną atmosferę, nieco dziwne melodie, progresywne zacięcie to może ktoś łaskawszym okiem spojrzy na ten materiał. Ja niestety dostrzegłem więcej wad niż zalet.

Poza dobrą produkcją, ciekawym wokalem to nie potrafię przytoczyć więcej plusów. Może jeszcze dorzucę tutaj otwierający „Elemental Kingdom” który ma dość ciekawą melodię, jest utrzymany w dość dynamicznej konwencji i przede wszystkich jest słyszalny ten power metal. Materiał jest jednostajny, bez pomysłu, brakuje czegoś co przykuje uwagę. Jest mroczny klimat, progresywne zacięcie, ale to trochę za mało, żeby mnie przekonać. Za mało się dzieje w utworach, tak jak np. w „Atlantis” jest ciekawa melodia, ale wszystko jest źle rozwiązane, brakuje dynamiki i ognia. Podobnym syndromem cechuje się również „End Of Time”. Dobrze wykonany jest bez wątpienia oprócz otwieracza taki „Evil Saints” który pokazuje że można grać nieco lepiej, choć tutaj brakuje przebojowego charakteru. Reszta nie zasługuje na jakiekolwiek wspomnienie w niniejszej recenzji.

Niby pomysł na granie jest, niby ma być miks heavy/power i progresywnego grania, niby są muzycy co grać potrafią, niby wszystko jest potrzebne aby nagrać dobry album a mimo to nie idzie osiągnąć tego celu. Chybione pomysły, brak weny, brak ciekawych aranżacji i wszystko jest strasznie nudne i ciężko strawne. Jeden z tych albumów, które należy omijać szerokim łukiem.

Ocena: 2.5/10

I AM I - Event Horizon (2012)


Kiedy w 2010 roku świat obeszła wiadomość o tym, że wokalista power metalowego DRAGONFORCE Zp Heart to wszyscy obawiali się dalszej kariery DRGONFORCE, jak odbije się to rozstanie na muzyce power metalowej kapeli, która wyrobiła sobie już markę na rynku muzycznym, a także jak potoczy się dalsza kariera Zp Heart. DRAGONFORCE nie ucierpiał na stracie tak znakomitego wokalisty jakim jest bez wątpienia Zp Heart, co więcej wielu w tym i ja doszedłem do wniosku, że ta zmiana sprawiła że DRAGONFORCE nagrał swój najlepszy album. Natomiast Zp Heart nie złożył broni i dalej pozostaje w interesie muzycznym i po odejściu z DRAGONFORCE założył zespół I AM I, w skład którego wchodzą: Jacob Ziemba na gitarze, Neil Salmon w roli basisty i perkusista Paul Clark Jr . W takim składzie rozpoczęły pracę nad debiutanckim albumem „Event Horizon” którego już można słuchać i już można ocenić efekt pracy Zp Heart i pomysłu na granie metalu wg wizji byłego wokalisty DRAGONFORCE. Każdy zapewne się zastanawiaj w jaki kierunku pójdzie Zp heart, to on w końcu chciał odejścia od typowego grania DRAGONFORCE, tak więc podobnego grania nie należało się spodziewać. Co więc mamy? Jest power metal, jest i heavy metal, a także pewne elementy progresywnego grania, a więc można rzec, że mieszanka dość ciekawa. Ale pomysł to jedna a wykonanie to całkiem inna rzecz. Tak pod względem technicznym album dobrze się prezentuje, jest solidne, soczyste brzmienie, jest też solidna praca muzyków i każdy z nich potrafi grac, ma pewne umiejętności, jednakże nie do końca mnie przekonuję forma w jakie zespół podaję ten miks heavy/power i progresywnego metalu, nie podoba mi się konstrukcja kompozycji, nie do końca mnie przekonuje to co muzycy prezentują w kompozycjach.

Na pewno dobrze prezentują się utwory, które posłużyły do promowania albumu, czyli otwierający „This Is my Life” gdzie jest i power metal, są klawisze, jest progresywne zacięcie i coś z MASTERPLAN się pojawia, jednak takiego grania na rynku jest pełno i to prezentowane przez zespół Zp Heart niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ten utwór jest solidny, ale żebyś za coś pochwalić, żeby wyróżnić, to ciężko już, bo wszystko jest tylko dobre. Również promujący „Silent Genocide” to dobry utwór, jeden z najciekawszych na płycie, z ciekawą melodią, z przebojowym charakterem i zapadającym refrenem, jednak nie takie utwory się już słyszało w tym roku. Na pewno nie można narzekać na zróżnicowanie na albumie. „Stay A While” to spokojna kompozycja o rockowym zacięciu, który w większym ukazuje punkty słabe zespołu. Przede wszystkich chybione pomysły, brak energii, elementu zaskoczenia. „Cross The Line” ma ciekawą partię gitarową, ciekawą rytmikę, ale brakuje tutaj z kolei szybkości, dynamiki, brakuje ognia. Do dobrych kompozycji na pewno zaliczę melodyjny i zwarty „In The Air Tonight” , przebojowy „Dust 2 Dust” i to było na tyle, reszta niestety średnia na jeża i ciężko więcej wycisnąć z tych kompozycji, gdzie jest klepane w kółko tak samo i w takiej samej formie, z topornym, progresywnym zacięciem, z stonowanym tempem, z chybionymi pomysłami i mało interesujące partie muzyków.

Niczego specjalnego się nie spodziewałem po nowym zespole Zp Heart, ale liczyłem że poziomem będzie dorównywał DRAGONFORCE, niestety to już inna liga grania. Może jest nieco bardziej urozmaicona, jest progresywne zacięcie, ale pomysły jak i forma podania tego pozostawia wiele do życzenia i czas pokarze czy ten zespół utrzyma się na powierzchni. Póki co jedno wielkie rozczarowanie. Dobrze, że DRAGONFORCE nie pozwolił Zp heart na takie zmiany w ramach tego zespołu, bo dopiero by to zaszkodziło temu zespołowi.

Ocena: 4/10

poniedziałek, 18 czerwca 2012

LEADER - Out In the Wasteland (1988)


Często zbywany jest milczeniem jedyny album holenderskiego LEADER czyli „Out In The wasteland” z 1988 roku, bo albo jest to wtórne, albo że kiepska produkcja, albo że wokalista zespołu nie był najmocniejszym ogniwem tego zespołu. Każdy ma swoje zdanie i punkt postrzegania danego albumu, a teraz ja z miłą chęcią zawrę głos w sprawie tego albumu. Warto zacząć od tego że kapela powstała w roku 1984 i po kilku demówkach, które ukazały się w roku 1986 i 1987 przyszedł czas na debiutancki album, który wg mnie został bardzo nie doceniony. To co zespół zaprezentował na albumie to heavy/ speed metal dość wysokich lotów, stawiając przede wszystkim na szybkie, dynamiczne i bardzo melodyjne kompozycje przesiąknięte wpływami wczesnego SLAYER, METAL CHURCH, czy też NWOBHM. Atutem albumu mimo wszystko jest bez wątpienia nieco przybrudzone brzmienie, które dodaje pikanterii albumowi, wokal Keitha Ellisa, który łączy w sobie manierę Sl Coe z SCANNER czy też wokalistę ATTACKER, który ma charyzmę, umiejętność piszczenia, śpiewania w bardzo wysokich rejestrów i świetnie ten aspekt komponuje się z tłem tworzonym przez znakomicie dobrane partie gitarowe duetu Carre/ De Jong gdzie jest nacisk na rytmiczność, przebojowość, finezyjność, szaleństwo w solówkach, wirtuozerskie popisy i dynamiczność riffów , co sprawia że album kipi energią, która zaraża innych. No i nie można też zapomnieć o mocnej sekcji rytmicznej, która zapewnia dużą różnorodność i szeroki wachlarz zmian temp, motywów.

Jednak mimo tych pochlebstw, największą zaletą i plusem debiutanckiego albumu LEADER jest to co kryję się na płycie, a więc dynamiczna, przebojowa zawartość, która od początku do końca trzyma wysoki poziom. Jak zacząć, to z kopyta i „The Hunters” to prawdziwy dynamit, gdzie jest speed i thrash metal, z pewnymi zalotami pod power metal i jak tu nie pochwalić zespół? Za pomysłowość, precyzję, niezwykłą dbałość, wykonanie i szczerość przekazu? Melodie i jeszcze raz melodie, to mocna broń tego zespołu i świetnie o tym nas przekonuje przebojowy „Fire” czy też rytmiczny „Eye Of Tommorow” . Chwile odpoczynku i motywy balladowe przez chwilę pojawią się w lekkim „Wasteland” które ubarwiają nie tylko utwór, ale i sam album. Granie na pograniczu power/speed metalu mamy w rozpędzonym „Out Of Control” gdzie pojawiają się patenty thrash metalowe ale to właśnie w takiej konwencji zespół błyszczy najbardziej i to jest ich prawdziwy żywioł. I po raz kolejny potwierdza tą regułą bodajże najjaśniejszy na płycie „Killer” którego nazwa jest adekwatna do prezentowanego poziomu muzycznego. Jest dynamit , przebojowość i chwytliwy refren, to jest właśnie kwintesencja stylu LEADER. Niczym nie odstaję tez dynamiczny „Ride On The Wind” z power metalową formułą, instrumentalny „Neckbecker” gdzie mają miejsce niesamowite pojedynki na solówki, wirtuozeria na bardzo wysokim poziomie, czy też w rytmicznym i melodyjnym „Shoot To Kill” z słyszalnymi wpływami NWOBHM. Najwolniejsza kompozycją na albumie, jest nastrojowy, nieco epicki, stonowany „Wings Of Steel” ale w żadnym wypadku gorszy od reszty.

Nagrać taki świetny album, z tyloma przebojami, nagrać album na takim wysokim poziomie, gdzie nie ma wad, a dominują zalety, gdzie jest wyrównany materiał, gdzie jest dynamit, znakomite melodie i zdumiewające umiejętności muzyków i przepaść w gąszczu innych, czasem gorszych rzeczy jest dla mnie nie zrozumiałe. Zespół przestał istnieć, ale jeden album po nich został. Może jeden, ale za to jaki.

Ocena: 10/10

HEIR APPARENT - Graceful Inheritance (1986)


Ameryka, lata 80 , muzyka heavy metalowa z kręgu progresywnego heavy/power metalu i jeden z najciekawszych debiutów jaki miał miejsce w owym czasie, na owej ziemi. Na myśl powinien przyjść nie którym osobom często nie doceniany, albo znany wąskiemu gronu słuchaczy HEIR APPARENT. Genezę zespołu należy doszukiwać się w roku 1983 kiedy to został założony zespół SAPIEN, potem zespół funkcjonował pod nazwą NEMESSIS i ostatecznie nazwę zespołu zmieniono na HEIR APPARENT. Po nagraniu kilka dem, przyszedł czas na debiut , który się ukazał w 1986 roku pod skrzydłem Dragons Records. „Graceful Inheritance” to znakomity album, który ma coś z power metalu, coś z hard'n heavy, coś z heavy metalu i do tego patenty progresywne polane sosem amerykańskim, to wszystko pasuje wybornie i stanowi ciekawą mieszankę. O samym albumie można pisać długo i w samych superlatywach . Poczynając od brzmienia, gdzie jest nacisk na krystaliczną czystość, na wyrazisty wydźwięk instrumentów, na budowanie odpowiedniego klimatu., przechodząc do aspektów umiejętności muzyków i ich poziomu gry na albumie, kończąc na zróżnicowanym i wyrównanym materiale, który dostarcza sporo emocji i trzyma słuchacza w napięciu.

Otóż to, materiał nie jest taki przewidywalny jak mogłoby się wydawać i wbrew pozorom dzieje się sporo i nie brakuje urozmaicenie w sferze kompozycji. Nie wszystko zostaje od razu podane, zdradzone i mamy tylko na początku melodyjny i zwarty „En Trance” w postaci intra. Motorem napędzającym muzykę tego zespołu jest bez wątpienia duet gitarzysty Terry Gorle z wokalistą Paul Dawidsonem. Terry dba o tło, wygrywając rytmiczne, dopracowane partie gitarowe, przesiąknięte niezwykłą dbałością o technikę i melodie i to słychać w „ Another Candle” gdzie jest niezwykłe urozmaicenie utworu. Do umiejętności Terrego świetnie dopasowany został wokalista Paul, który ma charyzmę, niezły warsztat techniczny, gdzie operuje czystym wokalem, a jak i bardziej zadziornym , tak więc nie można narzekać na rutynę w tym aspekcie. Ta zgraja specjalistów od przebojów, zapadających melodii dostarczy wam sporo nie zapomnianych przeżyć i taki znakomitym tego przykładem jest dynamiczny „The servent” i na plus są te wpływy, inspiracje NWOBHM czy też QUEENSRYCHE. Różnorodność, bawienie się motywami, to coś co jest na porządku dziennym na tym albumie i taki „Tear Down The Walls” jest tego dowodem, klimatyczne otwarcie z balladowym zacięciem które rozkręca się w mocniejszy i bardziej chwytliwy dalszy etap utworu i jest to kolejny przebój. Pomysłowość w „Running From the thunder” zaskakuje i te wpływy jazzu są tutaj urocze. Masa przebojów opartych na prostych i zapadających melodiach i mam tu na myśli taki „The Cloack” , rytmiczny „Dragon's Lair” z power metalowym feelingiem, czy też melodyjny, szybki „ Nad Dogro Lived On”. Ponadto wydawnictwo jest wzbogacone o dynamiczny kawałek „Nightmare” gdzie też słyszalne są patenty power metalowe, balladą „Keeper Of The Reign” która wyciska łzy, a także heavy metalowymi hymnami jak „Hands Of Destiny” gdzie jest nacisk na stonowane tempo i marszową sekcją rytmiczną.


Może i HEIR APPARENT nie stworzył czegoś nowego, może zagrał muzykę jakiej było pełno w owym czasie, ale pod względem wykonania, pomysłowości, umiejętności muzyków, należy od razu zweryfikować owe rankingi i umieścić ten album na wyższych miejscach. Bardzo dobry album, który nie ma wad jak dla mnie. Każda kompozycja ma w sobie sporo energii, wykonanie wzbudza emocje i zachwyt, jak można grac tak chwytliwy heavy metal bez kombinowania, bez kompleksów. Bardzo dobrze wyważony album z bardzo wyrównanym i urozmaiconym materiałem. Jeden z najbardziej niedocenionych zespołów i albumów z lat 80.

Ocena: 9/10

POLTERGEIST - Behind The Mask (1991)


Debiut szwajcarskiego POLTERGEIST został bardzo ciepło przyjęty i było to dzieło na miarę tego co zostało wydane pod szyldem CARRION. Było granie na pograniczu thrash metalu i speed metalu. To co za prezentowali było na równie wysokim poziomie i zawiesili sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Drugi krążek czyli „Behind the mask” ukazał się po dwóch latach czyli w 1991r i na pewno należy spojrzeć na ten album pod nieco innym kątem. Przede wszystkim pod względem muzycznym, zespół poszedł tutaj w kierunku nieco innym, a mianowicie czystego technicznego thrash metalu, odcinając się na dobre od speed metalu. Na drugim albumie pojawia się nie tylko zmiany w zakresie stylu, ale też brzmieniowym, gdzie jest zadzior, ale i surowość, która nadaję materiałowi niezwykły klimat. Zmiany są też w aspekcie składu zespołu, gdzie zmieniona została cała sekcja rytmiczna i muszę przyznać, że sprawuje się ona o wiele lepiej niż ta z debiutu. Perkusista Alex Lang to mistrz drugiego planu i ta jego gra jest imponująca. Jest niezwykła dynamika, różnorodność i to wyraźnie słychać już na pierwszym kawałku czyli „We Are The People” który prezentuje to co najlepsze w nowym stylu POLTEIRGEIST. Odważna sekcja rytmiczna, gdzie dynamit, dynamika, moc, gdzie są ostre, wyszukane riffy, przesiąknięte niezwykłą dbałością o technikę zagrania poszczególnych motywów i do tego te połamane, wyszukane melodie. Choć Vo. Pulver jest osamotniony na funkcji gitarzysty, to radzi sobie znakomicie i w stosunku do debiutu i płyty CARRION rozwinął swoje umiejętności. W dalszym ciągu stawia na dynamikę, szybkie partie, różnorodność, ale wszystko jest jeszcze ciekawiej rozegrane, większa technika i ten aspekt to kolejny mocny punkt tego albumu. Gdy słucham „Behind The mask” to nie mogę ogarnąć tych wszystkich wirtuozerskich popisów, tych oryginalnie brzmiących melodii, tej dynamiki i niezwykłej różnorodności jeśli chodzi o partie gitarowe Pulvera.

Brzmienie, wyczyny muzyków, miła dla oka szata graficzna to tylko część atrakcji jakie serwuje nam szwajcarski band. Najistotniejszą sprawą jest bez wątpienia zawartość płyty. A ta jest zadziwiającą perfekcyjna. Nie ma mowy o wypełniaczach, nie ma mowy o banalnych i oklepanych kompozycjach, melodiach. Materiał jest wyrównany i dynamiczny. 'Act of Violence” to utwór który cechuje się niezwykła rytmicznością, zróżnicowaniem i tutaj można wyczuć pewną lekkość, przebojowość, zapadający refren i popis umiejętności basisty Marka Felisa. Żeby nikt nie posądził ich o jednostajność na tym albumie, o granie na jedno kopyto, to zespół urozmaica album spokojnym, nastrojowym „Grey” który robi właściwie za balladę rozegraną akustycznie. „Delussions” to przykład że można grać ostro, że można grać dynamiczny thrash metal, ale oryginalny, zróżnicowany, zbudowany w oparciu o wyszukane melodie i o niezwykłe umiejętności muzyków. Basista Mark Felis, daje o sobie znać w zróżnicowanym „Drilled To Kill” gdzie jest stworzona niezwykła przestrzeń i dzieje się sporo, a przebojowy charakter to znak rozpoznawczy tego kawałka. Warto zwrócić też tutaj szczególną uwagę, na elektryzującą solówkę Pulvera, takie solówki to dzisiaj rzadkość, ileż finezji, emocji w tym aspekcie utworu, to trzeba usłyszeć na własne uszy. Oprócz szybkich kompozycji mamy też taki mroczny, stonowany „Make Your Choice” który podkreśla aspekt zróżnicowania i melodyjności tego albumu. Album ubarwia też nieco wolniejszy „Driftin Away” zwłaszcza kiedy na płycie dominują szybkie, agresywne kawałki jak „Stiil Alive” czy też pokręcony „Chato's Land”.

Behind The Mask „ to już bardziej dojrzały album aniżeli debiut i ten kierunek w stronę technicznego thrash metalu okazał się strzałem w dziesiątkę. Podobać się może przede wszystkim forma podania melodii, riffów, konstrukcja kompozycji, a także dbałość o szczegóły czy też niepowtarzalne umiejętności muzyków. Na tym albumie formacja POLTERGEIST zaprezentowała thrash metal najwyższych lotów.

Ocena : 10/10

niedziela, 17 czerwca 2012

LEATHER - Shock Waves (1989)


A teraz krótki apel do wszystkich fanatyków kobiecych wokali, do fanów talentu wokalistki Leather Leone, do miłośników muzyki CHASTAIN, HELLION czy WARLOCK. Dla tych wszystkich grup mam coś do polecenia, a mianowicie amerykański zespół LEATHER, który oczywiście grał heavy metal. Tak czas przeszły, bo zespół już nie istnieje. Formacja ta zaistniała za sprawą debiutu, ale przede wszystkim za sprawą samej liderki czyli Leather Leone, która bardziej była znana z występów w CHASTAIN. Ale LEATHER to nie tylko charyzmatyczna wokalistka, który ma swój styl i niesamowity talent, gdzie jest i ogień, zadziorność i drapieżność godna thrash metalowych śpiewaków., to też inni utalentowani muzycy którzy oczywiście też byli powiązani z zespołem CHASTAIN. LEATHER został założony w 1989 roku i powodem nagrania owego debiutanckiego albumu „Shock waves” pod szyldem LEATHER było to że wokalistka nie chciał być w cieniu znakomitego gitarzysty Chastain, który całą uwagę skupiał na sobie. Ambicja Leather Leone były większe, więc zebrała skład i nagrała album, który nawiązywał oczywiście do twórczości CHASTAIN. Micheal Harris, który znalazł się w składzie LEATHER to kolejny wirtuoz gitary i jego umiejętności są nie wiele gorsze od samego Chastaina. To co przemawiało za faktem, że ów album jest powiązany z CHASTAIN to nie tylko sami muzycy, ale też kompozycje, które nie które jeszcze zostały napisane właśnie w okresie CHASTAIN. To co zaprezentował LEATHER na swoim debiutanckim albumie to amerykański heavy metal klasy światowej, który cechuje się przede wszystkim niezwykłą przebojowością, dbałością o najmniejszy detal w muzyce, w dodatku elektryzujący, drapieżny i ostry. A wszystko w oparciu o niesamowite umiejętności muzyków, które gwarantują muzykę na najwyższym poziomie. Styl LEATHER przypomina CHASTAIN bo jest drapieżny, zadziorny wokal Leather Leone no i wirtuozerskie popisy gitarowe. Jest również podobna formuła gdzie jest nacisk na zapadające melodie i przebojowe refreny.

Zawartość albumu charakteryzuje się niezwykła rozrzutnością i mamy tutaj różnego rodzaju kompozycje, o różnych preferencjach i każdy powinien znaleźć coś tutaj dla siebie. Trzeba przyznać każda kompozycja tętni własnym życiem, oferując niezwykły, niepowtarzalny nieco mroczny klimat. "All Your Neon" to utwór który rozpoczyna album, utwór który właściwie mógłby spokojnie znaleźć się na jakimś wydawnictwie CHASTAIN. Jest ten zadzior, ten mroczny klimat, ostry wokal Leather Leone no i wirtuozerskich popisach gitarowych Harrisa. Można rzec amerykański heavy metal najwyższych lotów. Jeszcze ciekawiej zespół prezentuje się w “The Battlefield of Life” gdzie jest mroczne, klimatyczne wejście i partie klawiszy. Nastrój godny CHASTAIN czy też nawet płyt DIO. Ta kompozycja jest świetnym przykładem tego, że zespół nie ma większych problemów z zróżnicowaniem kompozycji i mamy drugi utwór , który inaczej brzmi. Jest więcej dynamiki, jest galopada sekcji rytmicznej, jest szybkość i chwytliwa melodia i w samym utworze dzieje się sporo. W podobnej dynamicznej formule jest utrzymany również tytułowy „Shock waves” z elektryzującymi solówkami. Mamy też również mocną balladę „In A Dream” z pomysłową linią melodyjną, zapadającym w głowie refrenem i z ciekawym wykonaniem. Natomiast “Something in This Life” to kawał ciężko heavy metalu, gdzie jest marszowe, zadziorne tempo, a główną rolę odgrywa gitarzysta Harris i jego wirtuozerskie popisy. Dzieje się sporo w tym kawałku podobnie jak i na całej płycie. Kolejnym takim nawiązaniem do CHASTAIN jest taki "Diamonds Are For Real" gdzie początek przypomina utwór „The King Has The Power”. Partie basu dają tutaj o sobie znać i ten element również błyszczy w muzyce LEEATHER. Album ubarwia również drugi wolny kawałek czyli nastrojowy “It’s Still in Your Eyes”, a także dwa nieco stonowane z wolnym tempem, bazując na mrocznym klimacie, urozmaiceniu, ostrym, ciężkim riffie i zadziornym wokalu Leather Leone czyli „Catastrophie Heaven” i „No Place Called Home” przypominający choćby twórczość DIO, czy BLACK SABBATH.

Leather Leone wydała tylko ten jeden, jedyny album, ale za to jaki. Amerykański heavy metal z najwyższej półki, gdzie jest dbałość o każdy szczegół, gdzie na każdym kroku jest perfekcja jeśli chodzi o wykonanie i długo można by się tutaj rozpisywać o tym jak świetni są muzycy i jak znakomicie został przyrządzony album i jak dużo wartościowej muzyki zawiera i ile jest tutaj świetnych kompozycji, ale podsumowuję to zdaniem, że jest to bardzo dobry album, na miarę twórczości CHASTAIN. Po tym albumie wokalistka skupiła się na weterynarii i w tym roku wróciła z zespołem heavy metalowym. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

MANOWAR - The Lord of Steel (2012)


Są takie zespoły, które już samą nazwą przyciągają rzeszę słuchaczy, bez względu na to jakiej jakości jest muzyka zawarta na danym albumie. Liczy się kolejny krążek do kolekcji, kolejna dawka tego samego po raz n-ty. Zazwyczaj jest tak że co by nie wyszło pod szyldem tej nazwy to wszystko jest dobre, ale czy aby na pewno? Czy taka ślepa miłość, wiara w magię nazwy jest jedyną słusznością? Takie wątpliwości niektórych naszły np. za sprawą ostatniego albumu IRON MAIDEN i teraz mogą znów najść za sprawą nowego albumu MANOWAR. Kolejna legenda heavy metalu, królowie metalu i ich wpływu na ten rodzaj muzyki nikt nie podważy. Sporo albumów na koncie, sporo bardzo dobrych krążków, do tego znani na całym świecie muzycy, którzy od lat grają na wysokim poziomie, no i ten nie do podrobienia styl opierający się na mocnym basie, wyróżniającym się wokalu Erica Adamsa. To wszystko jest na nowym albumie o typowym bojowym tytule „The lord Of steel”. Ostatni album tj. „Gods Of War” z 2007 roku podzielił fanów zespołu i dużo właściwie było negatywnych opinii co do tego wydawnictwa, gdzie mieliśmy do czynienia z koncept albumem, z pewnymi wstawkami orkiestrowymi, dużym ubogaceniem poprzez gadanie narratora. Też mi się nie podobało kierunek jaki obrał zespół. Minęło 5 lat od tamtego wydawnictwa i jakie mamy korekty? Przede wszystkim nie ma koncept albumu, nie ma zbędnego gadania, udziwnienia i pod względem konstrukcji albumu i brzmienia przypomina mi się stare albumy zespołu, jest chwalenie metalu i tematycznie jest to co do czego nas przyzwyczaił MANOWAR. Album sprawia wrażenie na pewno bardziej wyrównanego, jest tez mocne granie heavy metalu, ale z jakiś względów album nie zachwyca. Przede wszystkim nie podoba mi się brzmienie, zwłaszcza basu i gitary. Brzmi jak album robiony tanim kosztem. Jest heavy metal i to nie podlega wątpliwości, jest styl MANOWAR, ale to już nie to co kiedyś. Brakuje pomysłów na jakieś zapadające kompozycje, ciekawe melodie i właściwie to jest bolączka nowego albumu.

Kiedy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki w otwierającym „The Lord Of steel” to pierwsza myśl, czy to jest MANOWAR? Gitara Logana brzmi jakąś inaczej, jakby chcieli nawiązać do starych albumów. Sygnał takiego zamiaru może być też powrót do składu perkusisty Donniego Hamzika. Choć utwór brzmi nieco inaczej w sferze gitarowej, to pod względem konwencji, przebojowości i pomysłowości to jest to z czego jest znany MANOWAR. Co ciekawe jest to paradoksalnie najlepsza kompozycja na płycie. Gitara na tym albumie brzmi bardzo oszczędnie, jakby ktoś okroił riff z mocy i to słychać również w rytmicznym „Manowarriors” , który jest również nawet miłą dla ucha kompozycją. Lecz poziom już nie ten co kiedyś. Epicki heavy metal, lekki mrok można wyczuć w „Born In Grave” jednak duży niedosyt czuję słuchając tego utworu. Niby miało to być ukłonem do tego z czego są znani, a więc marszowe tempo, stonowana sekcja rytmiczna, lecz klasa nie ta. Granie na pograniczu przeciętności i dobrego poziomu. W miarę udany refren ratuję kompozycję przed totalną kompromitacją. Jedną z najdłuższych kompozycji na albumie jest ballada „Righteous Glory” i tutaj dopada słuchacza nuda i mało ciekawe wykonanie i ciężko tutaj znaleźć plusy. Brak pomysłów na ciekawe kompozycje to jeden z minusów, ale nie jest to jedyna kwestia. Drugim słabym ogniwem jest granie na jedno kopyto i właściwie każda kompozycja brzmi podobnie. „Touch The sky” to znakomity przykład tego grania w jednej tonacji, gdzie brak jest ciekawych pomysłów. 7 minutowy kolos „Black List” to koszmarek jakich mało, w którym nie ma na czym zawiesić uszy. Toporny motyw, mało atrakcyjna melodia i słucha się tego ciężko. „Expandable” to przykład jak nisko upadł wielki MANOWAR i to eksperymentowanie z riffem jest tutaj na niekorzyść. MANOWAR pierwszy raz też pokusił o stworzenie kompozycji do filmu. Ci którzy kochają kino akcji i Scotta Adkinsa to powinni się zapoznać z filmem El Gringo do którego zespół stworzył utwór o takim samym tytule. „El Gringo” to może nie największe dzieło tej kapeli, może jest to dalekie od tego co kiedyś zespół grał, ale kompozycja zachwyca melodyjnością, prostą formułą, no i przebojowym charakterem. Bez wątpienia najciekawsza obok otwieracza kompozycja. Może gdyby było więcej takich przebojów to i album byłby bardziej przyjazny dla słuchacza? Szoku doznałem jak u słyszałem „Annihalition” który daleki jest od tego co zespół gra. Niby jest ciężko, jest mocno, ale dziwny motyw i brzmienie sprawiają że jest to kolejny toporny kawałek. I wiecie co? Tylko jeden utwór jest tutaj słuszny. Tylko jeden utwór dobitnie ukazuje pełno oblicze zespołu, a mianowicie „Hail, Kill and Die” który ukazuje piękno MANOWAR, mocny bojowy wydźwięk, marszowe, wlekące się brzmienie, niezwykła rytmiczność, mocny, koncertowy refren i to jest MANOWAR na jaki się czekało z utęsknieniem. Nawet gitara Logana brzmi tutaj agresywniej, bardziej odważnie, no i solówka godna miana MANOWAR.

Niby „The Lord Of Steel” bardziej nawiązuje do tradycyjnego grania MANOWAR niż to co było na poprzednim stylu, niby jest bardziej wyrównany materiał, nie ma pitolenia narratora, nie ma głupich wstawek i ciągnięcia materiału na siłę. Dominują tutaj krótkie i zwarte kompozycje. Jest heavy metal i tego nikt nie podważy. Niestety pomysły same w sobie są o kilka klas niższe od tego do czego przyzwyczaił nas zespół. Brzmienie i partie gitarowe też pozostawiają sporo do życzenia. Na albumie brakuje mi tego epickiego heavy metalu i właściwie 3 kompozycje niszczą obiekty i można je nazwać rasowymi killerami MANOWAR. Otwieracz, „El Gringo no i zamykający album. To troszkę za mało jak na zespół takiej klasy jak MANOWAR. W przeciągu tych 5 lat, zespół mógł nagrać ciekawszy album. Rewolucji nie ma i pora przekazać panowanie w heavy metalu komuś innemu.

Ocena : 5/10

sobota, 16 czerwca 2012

BURNING POINT - The Ignitor (2012)


Finlandia to kraj bogaty w bardzo ciekawe zespoły power metalowe rangi światowej. Jednym z nich jest bez wątpienia BURNING POINT grający miks power metalu i heavy metalu. Kapela dziś ma swoje szerokie grono fanów, a nazwa kapeli szybko urosło do miana znanej i solidnej marki. Formacja która została założona w 1997 roku i dzisiaj promuje swój piąty album o tytule „Ignitor”. Drastycznych zmian nie ma, mamy od kilku lat sprawdzony skład, a zespół dalej czerpie sporo z takiego HELLOWEEN, ale nie tylko i tutaj słychać też styl współczesnego choćby CRYSTALLION, dalej jest nieustanny nacisk na proste, mało wyrachowane melodie, na ubogacenie partiami klawiszowymi, aczkolwiek tutaj ten aspekt jest jakby bardziej wyeksponowany, aniżeli na poprzednim albumie. Co ciekawe „Ignitor” jest na pewno albumem ciekawszym niż ostatnie dzieła fińskiej formacji. Jest więcej przebojowości, więcej ciekawszych, przede wszystkim zapadających melodii, elektryzujących solówek. To wszystko podyktowane jest bez wątpienia lepszą formą muzyków. Wokal Pete Ahonena obija się o styl Kiske i Dickinsona, gdzie jest śpiewanie czyste i wysokich rejestrach. Jako gitarzysta, tworząc duet z Kolivuori spełnia się i nie można narzekać na ich wspólną pracę. Może nie ma tutaj nowych pomysłów, może brzmi to wtórnie, to jednak nie ma mowy o biednych aranżacjach, czy przeciętnym wykonaniu. Jest solidność i mocny wydźwięk. Idąc tym tropem, trzeba podkreślić, że zespół po raz kolejny raz zapewnił albumowi odpowiednie brzmienie i to w połączeniu z całym warstwą instrumentalną tworzy mocny duet.

Styl BURNING POINT nie grzeszy oryginalnością i takich kapel jest pełno. Jednak mimo to mocnym argumentem jest tutaj doświadczenie zespół, który gwarantuje nam odpowiedni poziom prezentowanej muzyki. Świetnie zespół wyczuł jak powinno brzmieć otwarcie albumu i taki „Eternal Flame (Salvation By Fire Part 2)” przypomina lata 80 i podobać się może popis wokalny Pete'a , harmonia jaka została wykreowana między melodyjnymi partiami klawiszowymi i gitarami. Może jest to nieco oklepane, ale brzmi świetnie. Motyw bardziej ubogacony mógłby się kojarzyć z neoklasycznym graniem. Ten kawałek odkrywa znacznie więcej niż mogło by się wydawać. Na przykład to że mamy przebojowy charakter płyty, że jest niezwykła pomysłowość co do solówek i zespół dawno nie był w tak dobrej formie. Jak ktoś lubi granie pod JUDAS PRIEST czy też PRIMAL FEAR to przychylnie oceni taki ostry „In the Fire's of My Self-Made Hell” gdzie świetnie zostały wplecione partie klawiszowe. Lata 80 można wychwycić w stonowanym „In the Night” , gdzie ciekawym urozmaiceniem jest hard rockowy riff wpleciony w heavy metalową konwencję. Fiński styl grania heavy/power metalu można wyczuć w melodyjnym „Ignitor” gdzie główną rolę odgrywają klawisze. Takich kompozycji jak ta w metalowym świecie było pełno i ta jakaś nie jest czymś innym, ale solidność i przebojowy charakter sprawia, że przymyka się na to oko. Zwolnienie, balladowe zacięcie to cechy „Silent screams” i w takiej strukturze zespół może nie błyszczy, ale utwór sam w sobie nie jest taki tragiczny, ma swoje minusy ale i plusy. Ja tam wolę power metalowe pędzenie do przodu z chwytliwą melodią w głównym motywie, z rozpędzoną sekcją rytmiczną tak jak to jest w „Heaven is Hell” czy też „Holier Than Thou” gdzie słychać owe odesłania do HELLOWEEN. Mocnym atutem tego albumu jest duży rozrzut konwencji utworów. I mamy szybkie utwory, ale też bardziej stonowane, heavy metalowe z progresywnym zacięciem tak jak to jest w „Loosing Sleep”, mamy coś z hard rockowego zacięcia w „Demon Inside of You” . Troszkę DIO, coś z RAINBOW można wyłapać w dynamicznym, zróżnicowanym i dynamicznym „Everdream” który jest jak dla mnie najlepszą kompozycją na albumie i przykładem że zespół BURNING POINT wciąż ma to coś. No i mamy też hicior taki w sam raz na koncerty czyli „Lost Tribe” z bojowym zacięciem w stylu MANOWAR.

Ignitor” to bardzo udany album, przede wszystkim wyrównany, zawierający zapadające melodie, dynamiczne, energiczne solówki. Kompozycje są starannie wykonane i ciężko wytknąć jakieś wady, poza wtórnością. Są przeboje, jest precyzja, są doświadczenie muzycy potrafiący grać i mamy w efekcie bardzo dobry album zawierający miks heavy i power metalu. Jeden z ciekawszych albumów formacji. Powrót do wielkiej formy.

Ocena: 8/10

wtorek, 12 czerwca 2012

JADED HEART - Common Destiny (2012)



Jednym z bardziej znanych niemieckich zespołów grających hard rock z elementami heavy metalu jest
JADED HEART, który został założony w 1990 r przez Micheala Bormanna, który potem został zastąpiony przez Johana Falberga. Zespół właściwie ma dość bogatą historię która wiąże się przede wszystkim z licznymi zmianami personalnymi i dość pokaźną liczbą wydawnictw. Ci którzy chcą poznać każdy szczegół ich historii to odsyłam do ich oficjalnej strony. Natomiast wracając do współczesności, zespół obecnie wydał swój 11 album pod tytułem „Common Destiny”. W stosunku do poprzedniego albumu „Perfect Insanity” gdzie mamy ten sam skład co jest raczej rzadkością, tą samą produkcję albumu, również muzyka jaka została zawarta na albumie to jest to do czego zespół nas już przyzwyczaił. Tak więc jest duża dawka melodyjnością, są proste motywy, jest dynamika, różnorodność, troska o bardzo dobre wykonanie jeśli chodzi o kompozycje.

Materiał w swojej strukturze spełnia kryteria równości, a przede wszystkim różnorodności. Można zapomnieć o jednostajnym graniu, gdzie wszystko się kręci wokół jednego motywu. Gdyby nie różnorodność to album byłbym bardzo nudny, no bo granie na jedno kopyto w połączeniu z cechą wtórności daję nudną mieszankę. Mocnym atutem tego wydawnictwa jest bez wątpienia niezwykła melodyjność, hard rockowe szaleństwo i dynamika heavy metalowa. Tak też się zaczyna, bo od przebojowego „Without You” który znakomicie nakreśla styl zespołu i takich hiciorów na płycie jest znacznie więcej. Duet gitarzystów Peter Oestros / Henning Wanner też dobrze spisują się i niemal na każdym kroku można się przekonać o ich dobrym warsztacie technicznym, gdzie nie brakuje precyzji, rytmiczności i grania melodyjnie. Może brakuje nieco ciekawszych pomysłów, oryginalności czy też finezji, ale jest to mimo wszystko granie na poziomie czego dowodzi choćby taki stonowany, mający dość ciężki riff „Saints Denied”. Mamy też szybkie granie, gdzie pojawia się nawet szczypta power metalu w „Buried Alive” ale to właśnie w takiej konwencji zespół wypada bardzo dobrze. To też kolejnym mocnym argumentem zespołu na tej płycie jest „Are We Mentel” utrzymany w podobnej konwencji. Proste, chwytliwe melodie i przebojowy charakter. Jeden z najlepszych utworów na płycie, jeśli nie najlepszy. Hard rock z mocnym riffem i ciężkim wydźwiękiem to cechy „I believe” czy też rytmiczny „Run And Hide”. To co również ratuje album przez zanudzeniem to różnorodność, melodyjność, a przede wszystkim pomysłowość czego znakomitym dowodem jest rytmiczny „My Destiny” czy też melodyjny „Life Is Beutiful” który jest kolejnym rasowym przebojem na płycie. Urozmaicenie nabiera większego znaczenia za sprawą ballady „Higher” która zdaje egzamin, a także zamykającego „Fire And Flames” który jest najbardziej rozbudowaną kompozycją na płycie i jest tutaj wszystko to co najlepsze w JADED HEART no i mamy rozbudowane partie solowe gitarzystów, bodajże najbardziej finezyjne.

JADED HEART udowodnił po raz kolejny że stanowią trzon niemieckiego hard rocka z elementami heavy metalu. Mimo upływu lat, wciąż potrafią stworzyć bardzo udany materiał, który przyciąga uwagę solidnością, melodyjnością, pomysłowością i staranością wykonania. Można wytknąć wtórność, czy też może nieco mało oryginalne pomysły, ale jest to bardzo dobry album z pogranicza hard rocka/heavy metalu.

Ocena: 7.5/10

REVERANCE - When Darkness Calls (2012)


Kolejnym ważnym wydarzeniem muzyki heavy metalowej w ramach 2012 r jest bez wątpienia debiut power metalowej kapeli REVERANCE wywodzącej się ze Stanów Zjednoczonych. Kapela została założona w roku 2010 z inicjatywy gitarzysty Bryana Hollanda i wokalistę Todda Micheala Halla. Tak więc śmiało można rzec że jest to młody zespół, lecz muzycy tworzący go to legendy muzyki heavy/power metalowej i mamy tutaj właściwie gwiazdorską obsadę, bo REVERANCE tworzą muzycy takich zespołów jak TOKYO BLADE, SAVATAGE, CRIMSON GLORY i JACK STARR’S BURNING STARR Można więc łatwo wywnioskować, że jest to jednak zespół doświadczony w bojach. Pod skrzydłem wytwórni Razar Ice Records został wydany debiut „When Darkness Calls” i oczekiwania były dość spore i chyba zbyt wygórowane, gdyż wydawałoby się że taki skład jest stworzyć nie wiadomo jakie dzieło, a album właściwie jest rozegrany na poziomie dobry / bardzo dobry. Sfera techniczna i produkcyjna wydawnictwa została zrealizowana starannie i ciężko tutaj wytknąć jakiś błąd, wadę. Również ciężko coś zarzucić twórcom materiału, czyli muzykom, bo każdy z nich odwala kawał dobrej roboty. Album składa się z świetnych partii wokalnych Halla, który od dłuższego czasu jest w znakomitej formie wokalnej, aczkolwiek nie ma takiego ognia jak na ostatnim albumie JACK STARR BURNING STARR, mamy też masę ciekawych, przede wszystkim ostrych i zadziornych partii gitarowych, gdzie jest i dynamika, jest melodyjność i wszystko to czym powinny się charakteryzować, jednak po duecie Holland/Rossi należy wymagać więcej niż tylko grania na dobrym, bardzo dobrym poziomie. Czuje nie dosyt w tym aspekcie. Niby jest to co jest potrzebne, są i melodie i ostry wydźwięk, ale to nie jest ten wysoki poziom jaki pasuje do ich pierwotnych kapel.

To co znajdziemy na albumie to muzykę z pogranicza wcześniej przytoczonych kapel, a także takich firm jak JUDAS PRIEST, DIO, PRIMAL FEAR czy też QUEENSRYCHE. Niby jest równo, niby jest melodyjne i nie brakuje przebojów, ale jednak chyba zbyt duże oczekiwania miałem. Miks heavy/ power metalu to jest to co dominuje co rządzi na tym albumie i to świetnie odzwierciedla When Darkness Calls” . „Bleed For Me” to przykład że na albumie są również przeboje które zapadają w pamięci. Oprócz kompozycji utrzymanych w średnim tempie, mamy też szybkie, rozpędzone, dynamiczne i ostre kompozycje, które napędzają album, podgrzewając temperaturę i do tych utworów zaliczyć należy „Phanthom Road , melodyjny „Gatekeeper . Niestety niezbyt przyjemnym zjawiskiem jest granie na jedno kopyto, granie na tych samych patentach. „Too Late” ma ciekawą melodie, ostre solówki, zróżnicowaną sekcję rytmiczną, czy też zapadające w pamięci popisy wokalne, ale takiego grania jak tutaj prezentują muzycy jest pełno na rynku. Co ciekawe jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. The Price You Payimponuje na pewno ciężarem i mrocznym klimatem i tutaj dopiero można poczuć jakiś powiew zmian, urozmaicenia. Dalej pomysłowo wypada Monster” z wyróżniającą się linią basu. Kolejny bardzo udany kawałek, zresztą ciężko tutaj znaleźć słabą kompozycję i wszystko brzmi dobrze, bardzo dobrze. I takie kawałki jak „Vengeance Is Mine czy też "Revolution Rising" to kwintesencja heavy/power metalu i utwory też te zawierają to co charakteryzuje styl REVERENCE.

Gwiazdorska obsada, znane nazwiska które wypełniają skład REVERENCE to dopiero połowa sukcesu i jest to tylko gwarancja na w miarę przyzwoity poziom albumu. Jednak nigdy znani muzycy nie zagwarantują wielkiego dzieła. Tym razem dostaliśmy miks heavy/power metalu na bardzo dobrym poziomie z ostrym brzmieniem, mocnymi riffami i niezwykła dynamiką, gdzie kompozycje zostały zagrane z niezwykła precyzją i dbałością o detale, lecz to wszystko jest jakieś takie pospolite, brakuje elementu zaskoczenia. Mimo tej wady album słucha się przyjemnie i warto mu poświęcić troszkę czasu.

Ocena: 8/10

niedziela, 10 czerwca 2012

PATHFINDER - Fifth Element (2012)


Polska nie gęś i swój zespół grający symfoniczny power metal w stylu RHAPSODY ma, a jest nim PATHFINDER, który w krótkim czasie zebrał nie małe grono fanów. "Beyond The Space Beyond The Time" z 2010 roku szybko wpisali się do grona młodych zespołów mających ogromny potencjał, jedni nawet okrzyknęli nasz rodzimy zespół mianem drugiego RHAPSODY. Wysoko postawiona poprzeczka w postaci bardzo udanego debiutu zwiększyła tylko apetyt na drugie danie. Minęły dwa lata a zespół właśnie wraca z nowym albumem który się zwie „Fifth Element” i jest to swego rodzaju kontynuacja stylu z poprzedniego albumu, choć czuję się rozwój i wyższy poziom muzyczny aniżeli na debiucie. Muzyka zawarta na tym krążku, jest bez wątpienia bardziej złożona, bardziej przemyślana, bardziej dojrzała. Tutaj już nie chodzi o sam fakt, ze muzycy serwują bardziej ciekawsze motywy, melodie, bardziej dopieszczone partie wygrywane na swoich instrumentach, tutaj chodzi bardziej o sam fakt ciekawszych pomysłów na utwory, na motywy, na to co się dzieje w obrębie danych utworów, na ich wykonanie, na ich przebojowy charakter, czy też ubarwienie różnymi smaczkami. Główną rolę odgrywają melodie, chwytliwość, prostota, złożoność, rozbudowane kompozycje, ale wszystko brzmi jeszcze lepiej niż ostatnio. Więcej hiciorów, więcej ciekawszych pomysłów, a to w połączeniu z wysoką formą muzyków, niesamowitym krystalicznie czystym brzmieniem wyprodukowanym przez Sasha Peatha czyni ten album niezwykłym dziełem dostarczającym słuchaczowi sporo emocji i niesamowitych przeżyć.

Brzmienie, klimatyczna okładka, niesamowita atmosfera fantasy to tylko część atutów tej płyty, ale najbardziej przemawiającym do mnie argumentem jest sam materiał, który jest przygodą niesamowitych wrażeń, niezapomnianych przeżyć, które na długo zostają w głowie słuchacza. Budowanie napięcia, stworzenie niezwykłej atmosfery fantasy, nacisk na bogactwo symfonicznego metalu, to wszystko jest zawarte w epickim intrze „Ventus Ignis Terra Aqua”. Zespół poczynił jak dla mnie ogromne postępy w stosunku do debiutu i to słychać już w tytułowym kawałku „Fifth element” . Ten utwór daje właściwie przedsmak tego co nas czeka. Słychać, że zespół się rozwinął zarówno pod względem technicznym, jak i kompozytorskim. Wykonanie jest na miarę światowej klasy zespołu, precyzja, dynamika, przebojowy charakter, dbałość o detale i bogactwo instrumentalne. Dzieje się sporo, a wszystko przyrządzone ze smakiem, z pomysłem. Niby ponad 8 minut trwa utwór, a cały czas się coś dzieje, nie ma rutyny, nie ma popadania w stagnację i granie na jedno kopyto. Zachwyca zarówno nowy perkusista Kacper Stachowiak, jak i wysoka forma wokalisty Szymona Kostro, który jest rasowym power metalowym śpiewakiem, stawiają na charyzmę i wysokie rejestry. Na debiucie melodie były bardzo dobre o tyle na nowym albumie są one po prostu genialne i świetnie tego dowodzi przebojowy „Ready to Die Between Stars”. Ta współpraca klawiszy z gitarami jest tutaj imponująca. Praca obu gitarzystów układa się nadzwyczaj bardzo dobrze i zarówno Mania jak i Gunsen nie mają się czego wstydzić, bo grają z oddaniem, zaangażowaniem, z radością i miłością do muzyki i to słychać. Warsztat techniczny daje im wsparcie, nawet skrzydła, co sprawia że jest tutaj pełno naprawdę intrygujących i budzących zdziwienie partii gitarowych. Słychać to na pewno w takim dynamicznym „The Day When I Turn Back Time” czy też rozpędzony, ostry „Chronokinies” gdzie takich pięknych, melodyjnych pojedynków na solówki mamy od groma. Patos, podniosłość, epickość, niesamowita atmosfera, zróżnicowanie, to cecha niemal każdego utworu, ale idealnie wyeksponowane są te cechy w „March To The darkest Horizon”. Zadbano oczywiście o aspekt zaskoczenia, zróżnicowania zawartości, stosując sprawdzony zabieg czyli ballada i „Yi Yang” z kobiecymi wokalami, chórkami, i przepiękną solówką, tylko upiększa formę albumu. Dalsza część albumu to już nieco bardziej zwarte kawałki i mamy tutaj taki dynamiczny „Elemental Power”, który dowodzi o wysokiej formie zespołu, tutaj jakby na dalszy plan schodzą symfoniczne patenty, jakby gitary odgrywają decydującą rolę i jest nieco ciężej. Ci którzy lubią ostatni album DRAGONFORCE też pokochają dynamikę i pazur PATHFINDER w „Ad Futuram Rei Memoriam”. O tym, że zespół na tym albumie sypie ciekawymi melodiami, pomysłami i niezwykłą precyzja wykonania świadczyć może taki „When the Sunrise Breaks the Darkness” z zapadającą melodią wygrywaną przez klawisze. I piękne zakończenie w postaci outra „Vita”.

Nie spodziewałem się, że polski zespół będzie stać na taki wyczyn, na przebicie poziomu debiutu, a jednak ta ciężka sztuka się udała. PATHFINDER nagrał genialny album, bez skazy. Idealny w każdym calu, a to pod względem wizualnym, technicznym, czy też kompozytorskim. Duma rozpiera kiedy się słucha że muzycy rozwijają się i to w bardzo dobrym kierunku, że nagrywają album na światowym poziomie. Nie mamy się czego wstydzić, mamy w końcu pierwszy znakomity power metalowy zespół który można śmiało promować za granicą. „Fifth Element” to popis umiejętności muzyków, to parada gitarzystów, to magiczne sztuczki wokalisty, to przykład przede wszystkim precyzji wykonania, dbałości o detale, to staranne wykonanie, a przede wszystkim przebojowość, jak i bogactwo instrumentalne, dostarczające słuchaczowi emocji na najwyższym poziomie. Polski zespół zaskoczył mnie i to bardzo pozytywnie.

Ocena: 9.5/10

REINXEED - Welcome To The Theater (2012)


Szwedzki power metalowy zespół REINXEED nie daje za wygraną i mimo swojego wtórnego charakteru gdzie słychać wyraźne inspirację HELLOWEEN czy też RHAPSODY i w tym roku prezentuje nam swój piąty studyjny album zawierający oczywiście muzykę z pogranicza symfonicznego metalu i melodyjnego power metalu. „Welcome To Theater” to album który piętnuje fascynację lidera zespołu Tommiego Reixeeda, który zajmuję się graniem na gitarze, wokalami i sprawami orkiestrowymi. Podważać jego umiejętności nie mam zamiaru bo słychać, zwłaszcza na tym albumie, że mamy do czynienia z muzykiem który zna się na swojej robocie i jego fundamentem są oczywiście umiejętności i warsztat techniczny. Jest precyzja, nacisk na melodyjność i solidność w wygrywaniu riffów, solówek i w tych czynnościach wspiera go drugi gitarzysta Alexander Oriz, z którym tworzy udany duet i to słychać na każdym kroku. Może takich pojedynków na solówki było pełno, może takich melodii, riffów podobnych do tych z tej płyty było pełno, ale słucha się tego z uśmiechem na twarzy. Tommy jako wokalista również się sprawdza i te wpływy frontmanami wcześniej wspomnianych zespołów i może nie jest on oryginalny w tej kwestii, może jest strasznie powszechnym wokalistą , który niczym specjalnym poza dobrym wyszkoleniem i wyciąganiem wysokich rejestrów niczym się nie wyróżnia, ale nie ma to znaczenia, bo pasuje do tego co zespół gra, do tej całej otoczki power metalowej. Szwedzki zespół nie kryję swojego zainteresowania filmami i ostatnio poruszano kwestię Titanica na albumie „1912” a na „Welcome To Theater” porusza się kwestię już typowo filmową, nawiązując choćby do Star Wars czy Jurassic Park. Szata graficzna oczywiście dopasowana do tej całej otoczki filmowej, z równym zaangażowaniem i dopieszczeniem zostało dopracowane brzmienie czy tez w końcu materiał.

Można by rzec że to wszystko już było po kilka set razy, można by rzec, że to wszystko już było, kobiece wokale, symfoniczne stawki zalatujące pod NIGHTWISH, RHAPSODY, te słodkie melodie spod znaku HELLOWEEN, te słodkie refreny, a mimo to w miarę wyrównany materiał, przebojowy charakter sprawia że w dość w łatwy sposób słuchacz wchłania każdą kompozycję. Zaczyna się filmowo a jakże inaczej, „Welcome” jest niczym otwarcie w filmie, muzyka jak z soundtracku filmowego, jest podniośle i z pomysłem. „Life will find a way” to kawałek dobitnie oddający naturę tego albumu, a więc szybko, do przodu z zachowanie konwencji power metalowej spod znaku HELLOWEEN z upiększeniem za sprawą symfonicznego wsparcia spod znaku RHAPSODY czy też nawet NIGHTWISH. Wtórne, oklepane, ale z drugiej strony bardzo miłe w odsłuchu. Tak jak wspomniałem, REINXEED serwuję tutaj przebojami jak asami z rękawa i dowodem tego jest taki rytmiczny „Follow Me” , dynamiczny „Save us”. Filmowe motywy łączą sprytnie całość nawet jeśli pojawiają się słabsze i mniej wyraziste motywy jak choćby w przypadku bardziej stonowanego „Stranger Tides”. Power Metalowy „Somewhere In Time” to dobra kompozycja, dynamiczna, melodyjna i mająca pewien pomysł, tylko uważam że można było nieco skrócić ten utwór. Podobny zarzut kieruję do podniosłego, monumentalnego „Freedom” który jest najbardziej rozbudowaną kompozycją na albumie. Marszowe tempo, bojowy charakter niezbyt mi tutaj pasują, stąd też „No fate” jest bardzo mało wyrazistym utworem. Ale ma też swoje atuty, jak choćby niezwykle melodyjny refren. Moja ulubioną kompozycją jest utrzymana w stylu HELLOWEEN tytułowy „Welcome To Theater” i gdyby więcej takich kompozycji znalazło by się na tym wydawnictwem to zapewne wartość tego albumu by wzrosła o kilka punktów w ostatecznej ocenie.

Jeśli ktoś jest wymagającym słuchaczem i szuka czegoś na poziomie, czegoś co go z rzuci z krzesła, to może sobie darować ten album. Natomiast słuchacze rządni dobrej zabawy, sprawdzonych patentów i melodyjnego grania mogą śmiało zagłębiać się w filmowy świat REINXEED.

Ocena: 6/10

piątek, 8 czerwca 2012

TANK - War Nation (2012)


Rok 2010 to był rok kiedy to światowe premiery miały nowe albumy ACCEPT i TANK, co ciekawe obie formacje powróciły w wielkim stylu po pewnym dłuższym okresie ciszy z nowymi wokalistami. Oba albumy odniosły wtedy niebywały sukces, mamy rok 2012 i znów oba zespoły wydały kolejne albumy będące właściwie kontynuacją wcześniejszych albumów z roku 2010. Efekt nowego albumu ACCEPT znamy, a jak to ma się z nowy wydawnictwem TANK? Brytyjska formacja to właściwie legenda heavy metalu. Początki związane z NWOBHM, potem oddalanie się w kierunku heavy metalu i tak od 1982 roku zespół dorobił się ośmiu albumów i ogromnej rzeszy fanów. Co ciekawe słuchając „War nation” mam wrażenie że ten zespół wciąż jest na topie, wciąż ma w sobie potencjał, wciąż drzemie w nich moc, wciąż potrafią stworzyć niesamowity materiał, oddający to co najlepsze w brytyjskim metalu. Muzyka już może nieco inna, nieco inny TANK, nieco inny skład, ale pozostał wysoki poziom muzyki granej przez TANK. „War Nation” ma wiele wspólnego z „War Machine” i to już chodzi nie tylko o osobę Doggiego White'a który zalicza kolejny bardzo udany album, prezentując wysoką formę, ale też choćby o klimat , który jest taki nieco ponury, nieco mroczny, niesamowite brzmienie, które ma również ten mroczny wydźwięk, ale też podkreśla niezwykły talent muzyków i każdy instrument jest tutaj wyraźnie wyeksponowany, do tego dochodzi podobna pomysłowość co do utworów, no i ten sam poziom prezentowanej muzyki co na poprzednim albumie. Czy też właśnie styl w jaki obracają się dwaj gitarzyści czyli Tucker/Evans gdzie są przede wszystkim proste motywy, nieco obstukane melodie, ale to ich wspólne granie, do docieranie się trwa już tyle lat, więc zrozumiałe jest osiągnięcie taki poziom gry na instrumencie, tak zrozumiałość, taka chemia między nimi i świetnie można poczuć magię ich gry na gitarze w instrumentalnym „Hard Road” i ten aspekt jak i wokale White'a to największy atut tej płyty.

Co można powiedzieć o zawartości? Epitety jakie nasuwają się odnośnie tego elementu płyty to różnorodność, gdzie pojawiają się rozmaite kompozycje, a także równość, bo płyta od początku do końca dostarcza słuchaczowi sporo emocji. Otwarcie tytułowym „War nation” to strzał w dziesiątkę. To stonowane tempo, ta niezwykła rytmiczność, ten miks heavy metalu z lekką dawką hard rocka i te odesłania do CORNERSTONE są miłym ubarwieniem tutaj. Jest intrygująca warstwa instrumentalna, gdzie można by długo tutaj się rozpisywać i chwalić za wszystko. Taki TANK to jest granie na najwyższym poziomie. Brytyjski Heavy metal jakiego ostatnio coraz mniej. Ciężej, wolniej, jakby i mroczniej w stonowanym „Son Of The dead” gdzie podoba mi się praca sekcji rytmicznej oraz hard rockowe zacięcie. Kolejny killer, kolejny przebój, ale przyzwyczajcie się tutaj na tym albumie jest to na porządku dziennym. Było średnie tempo, było i wolne, czas na szybsze granie i taki „Hammer And Nails” to prawdziwa petarda i tutaj mamy to co najlepsze w takim graniu. Riff z rodem z SAXON, refren w stylu CORNERSTONE, dynamit i niezwykła przebojowość. Emocje sięgają zenitu a to dopiero początek albumu. Klimaty SAXON, a także nieco DIO słychać w metalowym zadziornym kawałku o nazwie „Don't Dream in The dark” i znów mamy to sprawdzone stonowane tempo, niezwykłą rytmiczność, gitarowe popisy i niszczący wszytko co stanie mu na drodze wokal Doggiego White'a. Hard rockowe melodie, odesłanie do CORNESTONE czy też jeden z najpiękniejszych refrenów na płycie to cechy „Grace Of God”. Zawsze zimno podchodzę do ballad, bo jednak nigdy nie wiadomo jak wyjdzie zwolnienie i zrezygnowanie z energicznego riffu, jednak muszę przyznać że „Dreamer” to schludna ballada, gdzie jest nacisk na emocje, klimat i skromność w aspekcie instrumentalnej. Jednak prostota na tym albumie jest kluczem do sukcesu i to trzeba usłyszeć na własne uszy żeby to zrozumieć. Najbardziej heavy metalowy kawałek, który definiuje ten styl, oraz to co gra TANK, to w jakiej formie jest to bez wątpienia trzeba tutaj przytoczyć dynamiczny”Justice For All” i tak się powinno grać dzisiaj heavy metal. Cały czas się coś dzieje, cały czas jest bawienie się motywami, cały czas są zmiany temp, zmiany motywów, i nie można narzekać na rutynę. Kolejne urozmaicenie albumu zapewnia marszowy, nieco bojowy „Wings Of Heaven” który dowodzi że zespół ma w rękawie nie jeden as i cały czas dowodzi swojej pomysłowości, wciąż pokazują że potrafią stworzyć niezwykłe kompozycje, które zaskakują pomysłowością jeśli chodzi o główny motyw, przebojowym charakterem i wysokim poziomem wykonania. Dynamit, ostry riff, rock'n rollowy feeling to cechy które bardzo dobrze oddają charakter rozpędzonego, przebojowego „State Of Union”.

War nation” to jeden z najlepszych albumów eksportowanych przez brytyjską scenę heavy metalową. Brakuje słów żeby opisać wrażenie jakie na mnie wywarł ów album TANK. Jeden z bardziej metalowych albumów w tym roku, jeden z najlepszych albumów TANK, jeden z najlepszych albumów tegorocznych jeśli chodzi o wokal, partie gitarowe, czy też przeboje. Tak się powinno grać heavy metal. Niezwykła precyzja wykonania, dbałość o melodie, brzmienie, niezwykła forma muzyków. Nic tylko brać i słuchacz po kilka razy dziennie.

Ocena: 9.5/10