Strony

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

IMPERIAL AGE - New World (2022)


 Czyżby nowy naśladowca twórczości Running Wild?  Nie, to najnowsze dzieło zasłużonej rosyjskiej formacji o nazwie Imperial Age. Działają od 2012r i stylistycznie bliżej im do Therion, gdzie liczą się symfoniczne ozdobniki, operowe partie wokalne i podniosły klimat. Od razu można dostrzec podobieństwa, kiedy słucha się "New World". To spory plus i spora zachęta by sięgnąć po owe wydawnictwo.

Partie wokalne zostały rozłożone między lider grupy tj Alexanderem Osipov, Anną Moisseva i Jane Odintsovą. Jest zróżnicowane i dzieje się sporo w tej kwestii. Nie ma na szczęście zamieszania, chaosu i wszystko jest spójne. Klimat operowy daje o sobie znać od samego początku.  Za partie gitarowe odpowiedzialny Paul Maryashin. W tej kwestii też dużo dobrego się dzieje, jest sporo ciekawych melodii, wciągających motywów, a riffy są proste i zapadają w pamięci. Dobrze to zostało rozplanowane. Do tego magiczna okładka i solidne brzmienie i mamy dobrej jakości krążek z symfonicznym metalem.

Na płycie znajduje się 8 kawałków, które idealnie odzwierciedlają czego mamy się spodziewać po muzyce Imperial age. Marszowy, podniosły "Windborn" to uczta dla fanów symfonicznego metalu. Band nie kombinuje i idzie prosto do celu. Znakomicie się tego słucha. Jeszcze lepszy jest melodyjny i przebojowy "Legend of the free". Jest też nieco progresywny "To the edge of the known" i ocierający się o power metal "the wheel", który jest jednym z najlepszych momentów na płycie. Co za hicior. Jest tez folkowy "Shackles of gold", czy pełen różnych zawirowań 18 minutowy kolos w postaci "Call of the Towers". Epicki kawałek, który pokazuje rozmach tej płyty i talent Imperial Age.

Imperial Age ma swój styl, pomysł na siebie i to się ceni. Płyta rozegrana z rozmachem i epickim klimatem. Nie brakuje hitów, czy ciekawych melodii i w kategorii symfonicznego metalu jest to jedna z ważniejszych płyt roku 2022. Warto posłuchać i wyrobić swoje zdanie.

Ocena: 8/10

niedziela, 28 sierpnia 2022

DRAGON THRONE - Dawnbringer (2022)


 18 sierpnia miał premierę debiutancki krążek fińskiego Dragon Throne. To kolejna młoda kapela, która działa stosunkowo nie długo, bo od 2019r, ale do zaoferowania ma znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Band stara się grać power metal i to taki, który mocno wzorowany jest na twórczości Blind Guardian, Rhapsody of Fire, Evertale czy grave digger. Mają swój styl, maja pomysł na siebie i choć debiutu nie jest idealny to daje jasny sygnał, że ta kapele chce sporo zdziałać na rynku power metalu.

"Dawnbringer" to płyta przede wszystko zróżnicowana i nie jest tu wszystko podane na tacy. Trzeba poświęcić jej troszkę czasu, ale im dłużej słucha się jej tym więcej można dobrego odkryć.  Mamy klimat fantasy, mamy różne ozdobniki i choć partie wokalne momentami są nieco toporne i bardziej w stronę jakiego rycerskiego metalu to jednak nadają całości charakteru. Od strony partii gitarowych też sporo dzieje się i  nie brakuje ciekawych melodii jak i motywów gitarowych. Brzmi to wszystko może i znajomo, a band może jeszcze jest nieco  nieoszlifowany i brakuje im pewności, to jednak dobrze się tego słucha. Nie ma marnej kopii znanego zespołu i to jest dobry znak. "Intro" na przykład jest bardzo podniosłe, wręcz brzmi jak jakiś soundtrack z filmu. Ciekawy zabieg. Mocny riff i już wiadomo, że "Awaken Zuruk Baal" nie będzie nudny. Tak rzeczywiście jest. Stonowane tempo, mroczny i tajemniczy klimat, a wszystko spina specyficzny wokal. Santtu jak i Antti sporo robią w tej kwestii by nie było nudno. Coś właśnie z wczesnego Blind Guardian można uchwycić w rozpędzonym "Serpent King" i to jest wg mnie najlepszy kawałek z całej płyty. No jest moc. Dobrze słucha się też złożonego "Waiting for the answer", gdzie refren jest bardzo chwytliwy. Kolejny killer na płycie to zadziorny "Silver City" i ten powtarzający się zwrot "Fight". Mocarny kawałek, który momentami ma coś z Grave Digger. Na koniec mamy kolejną perełką, czyli "Dawnbringer". Sporo się dzieje i tutaj band przemyca sporo ciekawych motywów. Udany finał płyty.

Szczęka może nie opadła, a płyta nie jest idealna, ale byłbym kłamcą jakbym napisał, że płyta nie jest atrakcyjna. Ma swój klimat, jest urozmaicona i sporo się dzieje. Mamy coś z rycerskiego metalu, jest coś z epickiego power metalu, a do tego klimat fantasy. Troszkę może przeszkadzać partie wokalne, może przeszkadzać nieco prymitywny charakter całości. Wady są, ale można czerpać radość z słuchania. Band ma potencjał i ja mam zamiar śledzić ich karierę. Dobry start!

Ocena: 7.5/10

sobota, 27 sierpnia 2022

STEELOVER - Stainless (2022)


 Moda na powrót kapel z lat osiemdziesiątych trwa w najlepsze. Miło jest widzieć, że powraca wiele znanych zespołów, tych uznanych, które cieszyły się uznaniem.  W życiu bym nie pomyślał, że powróci Mercyful Fate, Evil, czy Toxik. Teraz jeszcze wraca inny band, który jest jednym z moich ulubionych jeśli chodzi o lata 80. Mowa o belgijskim Steelover, który działał w okresie 1982 - 1986r. Z tamtego okresu pochodzi znakomity debiut "Glove Me". Kapela powróciła w 2016r i teraz po 6 latach przyszedł czas na drugi album zatytułowany "Stainless".

Z starego składu został basista Nico i gitarzysta Pat. Nowymi nabytkami zostali gitarzysta  Calin Uram, perkusista Nikko Konikiewicz i wokalista  Vince cardillo. Każdy z nich wniósł sporo zespołu, a najlepsze jest to że wciąż słychać że to ten Steelover z lat 80. Jest pazur, przebojowość, to hard rockowe szaleństwo i ten klimat lat 80. To autentyczny materiał zespołu, który wie jak brzmiały lata 80, co się wtedy liczyło. Nikt nikogo nie udaje i ta muzyka jest naprawdę szczera. Nie sądziłem, że po takiej długiej przerwie ten band będzie brzmiał tak jak na "Glove Me", a jednak. Miłe zaskoczenia. Okładka jest jeszcze lepsza i co ciekawe mocno nawiązuje do okładki UDO "Steelfactory". Brzmienie mocno zakorzenione w latach 80, choć bardziej dopieszczone. Dopracowany album pod każdym względem i muszę przyznać, że gitarzyści wypracowali naprawdę ciekawe riffy i sporo chwytliwych melodii. Prawdziwym bohaterem tej płyty jest jednak wokalista Vince. Co za prawdziwy czarodziej. Steelover zyskał jakby na mocy i zostając wierny swojemu stylowi i jakości. Jego głos po prostu wymiata i sieje zniszczenie na nowej płycie. Szkoda tylko, że połowa utworów stanowią na nowo zagrane kawałki z debiutu. Trzeba przyznać, że pozostałe nowe kawałki idealnie komponują się z dobrze znanymi kawałkami z "Glove Me"


Pierwszym killerem na płycie jest otwieracz."Dealer"to kwintesencja hard'n heavy lat 80. Niby prosty motyw, a wszystko zachwyca od samego początku.  Nowy kawałek, a brzmi jakby powstał jeszcze w czasach debiutu.Na krążku roi się od hitów i taki przebojowy "Give it up" jest tego niezbitym dowodem. Na nowo zagrany kawałek, a brzmi tak samo świetnie jak w latach 80. Band przyspiesza w dynamicznym "Get out" i to kolejna perełka na płycie. Ileż w tym pozytywnej energii. To już kolejny zupełnie nowy kawałek, który czaruje. Stonowany "Remember"to rasowa rockowa ballada i to niezwykle zapadająca w pamięci. Dobrze wypada też zadziorny "hold tight" który również oddaje to co najlepsze w Steelover. Nic dziwnego bo to znany nam klasyk z debiutu. Kolejny hicior na płycie to chwytliwy "lady of rock" który zachwyca swoją prostą formą. Warto również wyróżnić rozpędzony "never before" czy melodyjny "struck down" które znakomicie wpasowują się do nowych kawałków. Na nowo zagrane te kawałki brzmi jeszcze bardziej świeżo i mocarniej.

Inne czasy, inny skład, nieco inne trendy, a Steelover wciąż gra swoje i wciąż zachwyca swoją muzyką. Były obawy że zrobią skok na kasę i wydadzą coś na siłę. Jednak wrócili bo mają coś do powiedzenia. Nowy krążek jest równie ciekawy co debiut. Oby zostali z nami nieco dłużej tym razem. Szkoda tylko, że połowa to kawałki znane z debiutu, które zostały zagrane na nowo. Brzmią świeżo i bardziej współcześnie a płyta jest przez to spójna. Ja jestem zachwycony mimo kilku wad.

Ocena: 8.5/10

piątek, 26 sierpnia 2022

TAD MOROSE - March of the Obsequious (2022)


 "March of the Obsequious" to już 10 studyjny album szwedzkiej formacji Tad Morose. Najlepszy okres zespół już ma dawno za sobą. Kiedy odszedł Urban Breed to ta kapela straciła na mocy, atrakcyjności i stał się średniej klasy zespołem, który nie wiele ma do zaoferowania. Niestety, ale ten krążek nie wiele zmienia w tej kwestii.

Mroczny klimat, nowoczesne brzmienie i dużo progresywnych i współczesnych rozwiązań sprawiają, że materiał nie jest łatwy w odbiorze i w zasadzie szybko męczy swoją formułą. Co z tego, że muzycy doświadczeni i potrafią grać. Szkoda tylko, że nie przedkłada się to na jakość. Ciężko tutaj o jakąś ciekawą melodię czy mocny riff, który mocno by zapadł w pamięci. Tytułowy kawałek niby ma mroczny klimat i sporo nowoczesnego wydźwięku, tylko jakość specjalnie niczym się nie wyróżnia. To już nic dobrego nie zwiastuje. Stonowany, ponury, wręcz toporny "Witches Dance" tylko potwierdza w jak słabej kondycji jest band. Z tych ponurych kawałków już ciekawszy jest "Pandemonium", który przemyca troszkę elementów judas priest z czasów rippera.Pod względem melodii wyróżnia się 'Phanthasm" czy progresywny "Escape". Jest w końcu ożywienia i coś się zaczyna dziać, choć do ideału wciąż daleko. Nudą wieje w "This Perfect Storm" czy nijakim "Legion".

Zaspokoiłem swoją ciekawość i już wiem, że obecny Tad Morose nie odpowiada mi i nie mam zamiaru zagłębiać się i szukać na siłę pozytywów.  Nie ma atrakcyjnych melodii, wszystko na siłę zagrane i szkoda że band próbuje być bardziej nowoczesnym zespołem. Ten mroczny klimat jakoś średnio mi pasuje do nich. Lepiej poświęcić czas na ciekawsze wydawnictwa. Fani Tad morose i tak pewnie posłuchają i będą chwalić. Dla mnie strata czasu....

Ocena: 4/10

środa, 24 sierpnia 2022

IRON SAVIOR - Reforged - Ironbound (2022)


Piet Sielck stwierdził, że skoro pierwsze cześć zagranych na nowo najlepszych kawałków Iron Savior wzbudziła zainteresowania, to spokojnie można przystąpić do realizacji kolejnej części. Po co komu na nowo zagrane klasyki, kiedy stare wersje wciąż brzmią świeżo i mocarnie? Dobre pytanie. Wszystko ponoć za sprawą ciężko dostępnych pierwszych 5 albumów grupy. Pod względem prawnym nie da się ponownie ich wydać, więc zatacza się błędne koło. Piet postanowił zadowolić swoich fanów składakiem, który będzie zawierał największe hity. Pierwsza część "Reforged" nie zmieściła wszystkich hitów i nie dziwi druga część. Tylko to jest świetny przykład, że nie ma sensu nagrywać coś na nowo kiedy wersja pierwotna wciąż brzmi świetnie.

Wiadomo głos Pieta nie młodnieje i moim skromnym zdaniem na wcześniejszych płytach miał w sobie więcej mocy i pazura. Słychać to niestety że nowe wersje brzmią nieco jednowymiarowo, nie czuć że to kawałki z innych okresów. Wszystko brzmi jak jedna papka. Samo brzmienie też bywało lepsze w Iron Savior. Nie pomaga nawet obecność Kaia Hansena i jego syna. Taki "Deadly Sleep" czy "Solar Wings", które uwielbiam brzmią na tym krążku tylko dobrze. Pełno tutaj świetnych kawałków to fakt. Miło jest usłyszeć "Ironbound" czy "Starborn" z nowym brzmieniem i współczesnym charakterem Iron Savior. Niestety efekt końcowy jest daleki od ideału. "Tyrrany of Steel" to jeden z najlepszych hitów tej grupy, a tutaj też jakiś stłumiony i nieco toporny. Podobnie ma się sprawa z killerami w postaci "Brothers of the past" czy "Riding Free".
 

Czy faktycznie jest tak ciężko dostać pierwsze 5 Iron Savior? Czy taki problem jest wydać je na nowo? Pewnie nigdy się nie dowiemy całej prawdy. Kasa też musi się zgadzać. Zamiast siły na odgrzewane kotlety, to wolałbym posłuchać czegoś nowego od ekipy Pieta. Troszkę szkoda, bo zmarnowano tylko czas. Ja odsyłam oczywiście do klasycznego brzmienia i tego jak wybrzmiewały pierwsze 5 albumów, bo to jest złoty okres Iron savior. Klasyka!

Ocena: 6/10

niedziela, 21 sierpnia 2022

EDENBRIDGE - Shangri La (2022)

 

 

16 września ukaże się 11 studyjny album austriackiej formacji Edenbridge. To jeden z ważniejszych zespołów grających symfoniczny heavy/power metal, gdzie kluczową rolę odgrywa żeński wokal. Grają tak już od 1998r, więc już wyrobili sobie pozycję i status na rynku. Co ma do zaoferowania "Shangri- La"? Z pewnością złożoną i intrygującą muzykę, która stara się zadowolić fanów symfonicznego power metalu, ale też progresywnego rocka czy metalu, a nawet melodyjnego metalu. Brzmi ciekawie, a jaki jest efekt końcowy?

Band rozwija pomysły z poprzednich płyt i żadnej rewolucji nie uświadczymy. To akurat dobry znak. Cieszy też fakt, że band tworzą te same osoby co na poprzednich płytach, więc jest stabilizacja. Okładka klimatyczna i tylko zaostrza apetyt na zawartość, a te jest troszkę nie dopracowana. Kłania się tutaj mieszanka świetnych kompozycji z nijakimi wypełniaczami. Sabine Edelsbacher ma ciekawy głos i potrafi działać cuda, tylko że tutaj nie ma zbytnio do czego śpiewać i gdzie zaskoczyć słuchacza. Dobrze prezentują się kolosy. Taki otwierający "At first light" nie przynudza mimo 8 minut trwania. Jest podniosłość, pazur, a całość rozegrana z pomysłem. Najlepiej wypada "the Bonding part II"  i tutaj przez te 16 minut dzieje się sporo. Bardzo pomysłowy kawałek, gdzie band pokazuje że progresywność nie musi być sztampowa i nudna. Rockowy "The call of Eden" jest bardziej melodyjny, stonowany i komercyjny. Utwór dobry i niestety tylko dobry. Bardziej energiczny jest "hall of shame" i zdecydowanie w takim graniu band korzystniej wypada. Nie potrzebny jest rozlazły "Savage Land" i "Arcadia".

Płyta wywołuje mieszane uczucia. Przeplatają się kawałki wartościowe z takimi nieco nudnymi i komercyjnymi. Nie zmieni to faktu, że Edenbridge to znaczący band. Płyta zostanie zapomniana, bo nie ma tutaj czego pamiętać. Najlepiej zapada w pamięci otwieracz i 16 minutowy kolos. Szkoda.

Ocena: 6/10

sobota, 20 sierpnia 2022

EMPRESS - Fateweaver (2022)


 
Jeśli chodzi o symfoniczny power metal z żeńskim wokalem w roli głównej to w tym roku pierwsze miejsce zajmuje u mnie Visions of Atlantis i ich najnowszy krążek.  Na drugie miejsce zasługuje bez wątpienia Empress.  Tak, to kolejny młody band, który jest mocno zapatrzony w kultowe płyty Nighwish, After Forever czy Epica. W takim kierunku chcą podążać póki co i jest to droga na pewno ciekawa. Ostatnio ciężko o właśnie tego typu symfoniczny power metal i żeby był jeszcze na wysokim poziomie. Co mnie zaskoczyło, to z pewnością, że band jest z Stanów Zjednoczonych i w dodatku tegoroczny "Fateweaver" to ich debiutancki krążek. Największym zaskoczeniem jednak okazała się zawartość, która potrafi zachwycić.

Nie znajdziemy tutaj nic odkrywczego. Band jawnie mieli znane patenty i podaje je wg własnego uznania i pomysłu. Efekt na pewno wzbudza pozytywne emocje. Płyta jest zadziorna, podniosła, dynamiczna, a przede wszystkim przebojowa. Cały czas się coś dzieje i słychać, że band coś jednak potrafi. Mocnym atutem zespołu jest wokalistka Barbara Blackthorne, który dysponuje ciekawą barwą i techniką. Odnajduje się w operowych klimatach i potrafi też wejść bez problemu w wysokie rejestry. Robi to wrażenie. Nie wiele gorzej wypadają gitarzyści, bowiem Vlad i Joseph potrafią stworzyć ciekawe tło do głosu Barbary. Jest podniosłość, pazur i urozmaicenie. Nie ma czasu na nudę.

Okładka faktycznie w klimatach pierwszych płyt Nightwish.  Ileż dobrego jest w klasycznym "Legion", który w pełni oddaje to za co kocham pierwsze płyty Nightwish. Prawdziwy hicior, a to dopiero początek. Więcej agresji i mrocznego klimaty mamy w "Beyond the Sleep", ale to również bardzo wartościowy kawałek.  Band radzi sobie również w bardziej złożonych kompozycjach, czego przykładem jest 7 minutowy "Chimera", który nie nudzi swoją formą. Mocno w pada w ucho taki przebojowy "Black Arcana". Nic odkrywczego a bardzo cieszy to w jaki sposób gra Empress. Im dalej tym ciekawiej. Pojawia się melodyjny "Monarch" i skoczny "Into the grey". Nie do końca pasuje mi progresywny i nieco ospały "Eventide", który wieńczy album.

Miłe zaskoczenie zafundował nam debiutujący Empress, który wypełnia lukę po takim Nightwish, który ostatnio ma troszkę gorszy okres. Płyty kipi energią, ciekawym klimatem i wypełniony jest po brzegi hiciorami, a to ważna kwestia. Bardzo udany debiut i czekam na więcej, bo drzemie w nich ogromny potencjał.

Ocena: 8/10

piątek, 19 sierpnia 2022

HAMMER KING - Kingdemonium (2022)


 7 lat działalności i 5 albumów studyjnych to naprawdę niezły wynik. Na szczęście niemiecki Hammer King to coś więcej niż tylko dobrze działająca maszyna do tworzenia nowej muzyki. Nie idą w ilość, ale i w jakość. "Kingdemonium" ma premierę rok po wydaniu "Hammer King" i choć płyta jest bardzo udany, to jest to paradoksalnie najsłabszy album tej formacji.

Niby dalej mamy kontynuację tego co grali wcześniej, niby dalej jest to wysokiej jakości heavy/power metal, z wyraźnymi wpływami takich zespołów jak Ross The Boss, Manowar, Hammerfall czy Stormwarrior.  Wizytówką Hammer King jest wokalista i gitarzysta Patrick Fuchs, który decyduje o stylu kapeli. Jego wyrazisty i charyzmatyczny wokal robi tutaj robotę. To dzięki niemu band ma swój charakter, a płyta jest melodyjna. Niby wszystko jest tak jak być powinno. Unosi się rycerski klimat, jest gdzieś w tym epicki klimat, jest i melodyjnie. Tylko jakoś to wszystko już nie powala na kolana jak na poprzednich płytach. Tak jakby troszkę formuła się wyczerpała i zabrakło pomysłu na ciekawe hity, które by zapadły w pamięci. Mimo pewnych wad i nie dociągnięć to wciąż pozycja obowiązkowa dla maniaków gatunku. Czy ta piękna okładka może zwiastować katastrofę?

Początek krążka jest naprawdę udany. Zaczynamy od melodyjnego "Invisible King" , który zachwyca chwytliwym riffem i wciągającym refrenem. Rasowy killer, który może przypominać wiele kultowych zespołów. W swojej kategorii utwór niezwykle udany. Bardzo dobrze zapowiedział album singlowy "Pariah is my name". Szkoda, że to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Niby proste motywy, a cieszą najbardziej. Czy tylko ja słyszę w "We shall Rise" motywy z "Nostradamus" Judas Priest? Wsłuchajcie się w początkową melodię i może też dostrzeżecie podobieństwa. Sam utwór szybko nabiera cech epickich i to coś dla fanów Manowar czy Ross The Boss. W podobnych klimatach utrzymany jest stonowany "The 7th of the 7 kings" i choć kawałek ciekawie się zaczyna to nic więcej z tego nie wynika. Szkoda, bo zmarnowano potencjał na coś pięknego. Tytułowy "Kingdemonium" niby utrzymany jest w szybszym tempie, ale sam refren jakiś taki średni, a główny motyw gitarowy też mógłby być bardziej pomysłowy. Kolejną perełką na płycie jest energiczny i niezwykle chwytliwy "The four horseman". Tak to jest Hammer king jaki uwielbiam. Miłym dodatkiem jest gościnny występ Rossa The  Bossa w "Guardians of the realm". To kolejny stonowany kawałek o podłożu epickim, niestety też troszkę nijaki w swojej stylistyce.  Z tych rozbudowanych, bardziej epickich kawałków na uwagę zasługuję zamykający album "Age of urizen". Dużo się dzieje i nie nudzi swoją rozbudowaną formą.

Nie powiem, czekałem na ten album i liczyłem że zrobi na mnie takie wrażenie jak poprzednik. Myliłem się. Dostałem tylko dobry, który już tak nie zachwyca jak poprzednik. Brakuje ciekawych pomysłów, a przede wszystko przebojowości. Zmarnowany potencjał, jak dla mnie.

Ocena: 7/10

niedziela, 14 sierpnia 2022

DAVID READMAN - Medusa (2022)


 Mija 15 lat od pierwszego solowego albumu Davida Readmana. Od tamtego czasu sporo się działo, a sam David już bardziej dojrzałym wokalistą, muzykiem. Dał się nam poznać jako wokalista Pink Cream 69, Voodoo Circle, czy ostatnio Black Eye. Te wszystkie znane nam cechy z tych zespołów odnajdziemy na najnowszym krążku Davida Readmana, który nosi tytuł "Medusa". Na krążku pojawia się kilku gości co nieco urozmaica zawartość.

Okładka typowo dla hard rockowych płyt i w sumie zachęca by zapoznać się z zawartością. Tutaj oczywiście magnesem przyciągającym uwagę jest nazwisko muzyka. Jego głos to jeden z ważniejszych głosów w muzyce hard rockowej czy melodyjnym metalu. Na nowym krążku błyszczy pod względem wokalnym to na pewno. Tylko szkoda, że samo tło już nie powala na kolana. To dobrze skrojony materiał, który miło się słucha ale nic więcej. To po prostu kolejna solidna hard rockowa pozycja w tym roku. Nie wzbudza większych emocji, nie skłania do przeżywania i analizowania. Szkoda.

Zmarnowany potencjał to idealne określenie dla "Medusa". Na pewno w kurza mnie obecność Jessicy Conte w otwierającym "Madame Medusa". Sam kawałek całkiem udany i intryguje zadziornością. Stonowany i nieco toporny "Generation dead" też niczym specjalnym nie zachwyca. Niby jest hard rockowo, ale bez polotu. Ciekawszy już jest nieco mroczniejszy "Turned to black" z gościnnym udziałem Rolanda Grapowa. Echa rainbow czy deep purple można doszukać się w nieco finezyjnym "Change the world" i to kolejny udany kawałek, choć też do perfekcji troszkę brakuje. Najbardziej zapadł w pamięci bardziej pomysłowy "Children of Thunder" z mocniejszym riffem i dużą dawką zadziorności. Klimat lat 80 też można tutaj wyłapać.

David Readman to dla mnie prawdziwy mistrz w swoim fachu. Jeden z najlepszych wokalistów i tutaj słychać, że jest w formie, tylko zbytnio nie ma do czego śpiewać. Brakuje rasowych hitów i bardziej atrakcyjnych melodii. Wszystko jest momentami zagrane na siłę i bez pomysłu. Solidny hard rock z nutką melodyjnego metalu, ale nic ponadto. Szkoda, bo potencjał był na coś więcej.

Ocena: 6.5/10

HELL FIRE - Reckoning (2022)


 Przed amerykańskim Hell Fire było trudne zadanie. Po pierwsze kapela trzymała wysoki poziom od samego początku, a po drugie co raz więcej płyt z kręgu NWOTHM, które sięgają po znane patenty z lat 80.  Tak to kolejny band, który nasłuchał się wczesnego Iron Maiden czy Black Sabbath. W 2021 r w zespole pojawił się nowy basista Kai Sun z Space Vacation i to z nim band nagrał swój 4 album zatytułowany "Reckoning".

Hell Fire to przede wszystkim wyrazisty głos Jake'a Nunna, którego głos nadaje speed metalowego feelingu całości. Poza tym znakomicie dogaduje się z drugim gitarzystą tj Tony Camposem. Stawiają na klasyczne riffy i partie gitarowe. Zero udziwniania i kombinowania, idą po najprostszej linii oporu. Grunt, że jest melodyjnie i chwytliwie. Cały czas się coś dzieje i nie ma nudy. Takie solówki jak te w "Nowhere Fast" są wręcz wzorcowe i godne pochwały. Band wie co robi i robi to nadzwyczaj dobrze. Warto było czekać 3 lata na nowy materiał. Tytułowy "Reckoning" zachwyca tajemniczym klimatem i pomysłowym riffem. Mocne wejście. Przyspieszamy w energicznym "Medieval cowboys"i słychać jak band nawiązuje tu do speed metalowej stylizacji.  Duet Nunn/Campos zachwyca bez wątpienia w dynamicznym "Thrill of the chase", który jest jednym z mocniejszych punktów na płycie. Najostrzejszy na płycie jest z kolei "Addicted To violence", który jest na pogranicza speed metalu i thrash metalu. Co za moc! Na wyróżnienie zasługuje również melodyjny i pełen ciekawych rozwiązań "Many worlds". Całość wieńczy solidny "the executioner", w którym band nie kryje nawiązań do choćby iron maiden.

Płyta roku? Na pewno nie, ale to wciąż dobrze skrojony album heavy metalowy, gdzie band dodaje sporo elementów speed metalowych. Jest energia, pazur i dopracowany materiał, tylko szkoda że całość nie jest na wysokim poziomie. Największy problem, że kawałki nie wybijają się ponad to co oferuje nam wiele tego typu kapel. Mimo drobnej wady to wciąż płyta godna uwagi. Jest czego słuchać! Polecam!

Ocena: 8/10

sobota, 13 sierpnia 2022

SUNSTORM - Brothers in Arms (2022)



Przygoda Ronniego Romero z Sunstorm dalej trwa. "Brothers in arms" to już jego drugi album z tym zespołem. Jak wiemy Ronnie sprawdza się w klimatach hard rocka, melodyjnego metalu, a nawet odrobina AOR w niczym nie przeszkadza. Ten niesamowity wokalista odnajduje się znakomicie, choć nie powiem wolałbym usłyszeć Joe Lynn Turnera. "Brothers in Arms" to typowy album Sunstorm. Płyta lekka, pełna hard rockowego pazura i niezwykle melodyjna. To czyni ją atrakcyjnym kąskiem dla maniaków takiego grania.

Okładka niczym specjalnym się nie wyróżnia. Brzmienie jest standardowe dla płyt Sunstorm czy płyt wydawanych przez Frontiers Records. Wszystko jest wręcz podręcznikowe. To na czym trzeba się skupić to na jakości zawartej muzyki.

Jest czym się zachwycać. Otwarcie tytułowym "Brothers in arms" jest strzałem w dziesiątkę. Jeden z ich mocniejszych kawałków i czuć klimat Rainbow, co mnie bardzo cieszy. Riff i partie klawiszowe sieją tutaj zniszczenie.  Stonowany i pełen elementów AOR "Ill keep holding on" też ma swój urok i potrafi zapaść w pamięci. Więcej energii ma w sobie pozytywnie zakręcony "I will remember" i to też rasowy hard rockowy kawałek, który tak naprawdę przypomina wiele hard rockowych kompozycji wydawanych przez wytwórnię Frontiers Records. Sunstorm na pewno pokazuje pazur w zadziornym "No turning back", który nieco ożywia ten album. Mamy też pełno łagodnych i romantycznych kawałków jak "Taste of Heaven". Mnie tam bardziej kręcą takie petardy jak "Lost in the shadows of love". Bardzo dobre wrażenie robi bez wątpienia przebojowy "Living out of Fear".

"Brothers in arms" to bez wątpienia płyta ciekawsza niż poprzednia. Nieco brakuje tutaj wokalu Turnera, ale i tak Ronnie godnie go zastępuje. Płyta zawiera wszystko to za co kochamy Sunstorm, czyli duża dawka melodyjnego hard rocka z nutką AOR. Jedna  z ich ciekawszych płyt, to na pewno.

Ocena: 8/10
 

piątek, 12 sierpnia 2022

NORDIC UNION - Animalistic (2022)


 Ronnie Atkins to jeden z moich ulubionych wokalistów i zawsze, gdy słyszę jego głos to mam ciary. Potrafi odnaleźć się w melodyjnym metalu, hard rocku czy nawet heavy/power metalu. Jak wiemy wciąż walczy z rakiem, ale nie przeszkadza mu to aktywnie tworzyć nową muzykę. Fakt ostatnio album Pretty maids miał miejsce w 2019r, ale były występy w Avatasia były solowe płyty, a teraz przyszedł czas na trzeci album projektu Nordic Union, który współtworzy z Erykiem Martenssonem z Eclipse. Póki co ten projekt wypada znacznie lepiej niż ostatnie płyty pretty maids. Najnowszy krążek zatytułowany "animalistic" to świetny tego przykład.


Debiut był bardzo przebojowy i pełen ciekawych melodii. Drugi krążek Nordic Union był nieco słabszy, a "animalistic" to kopalnia hitów i powrót do wysokiego poziomu z debiutu. Wiadomo, Ronnie niczym jak wino. Im starszy tym jego głos jeszce bardziej niszczy. Czysty fenomen. Pomijam kwestie gwiazd i ich statusu. Tu po prostu mamy świetnie skrojony materiał. Dynamiczny, przebojowy i urozmaicony. Balansują na pograniczu hard rocka i melodyjnego metalu, momentami nawet ocierając się o power metal.Wszystko zagrane z dbałością o detale. Nie ma chybionych motywów czy wypełniaczy. Od początku do końca płyta pozytywnie zaskakuje. Klimatyczna okładka i soczyste brzmienie też robią niezłą robotę. 


Takie echa power metalu można wyłapać w otwierającym "on this day i fight". Jest energia, pazur, echa pretty maids, a nawet takiego Masterplan. Prawdziwy killer i jedne z najcięższych kawałków Nordic union. Hiciorów nie brakuje i taki melodyjny "in every waking hour" to idealny tego przykład. Partie gitarowe wciągają i zapadają w pamięci. Co za perełka. Nutka nowoczesności, hard rockowego pazura mamy w marszowym "if i coupe fly". Znów świetny refren i bujająca melodia. Majstersztyk. Wokal Ronniego oczarowuje nas w pięknej balladzie "Riot". Singlowy "This means war" to kolejny killer z mocnym riffem  i wyraźnymi wpływami Pretty maids. Brzmi to świeżo i zarazem mocno. Ronnie przeżywa drugą młodość. "Scream" to kolejny bardzo chwytliwy kawałek, który zachwyca prostym motywem i przebojowym refrenem. Idealny na koncert to na pewno. Tytułowy utwór "animalistic" również sprawdza się w roli hiciora. Niezwykle energiczny i zapadający w głowie kawałek. Rozpędzony "wildfire" przypomina stare dobre czasy Pretty maids i również tutaj można doszukać się patentów power metalowych. Refren po prostu niszczy. Bardziej komercyjny jest "last Man Alive" który troszkę odstaje od reszty. Całość wieńczy kolejny killer jakim jest "King for a day".


Liczyłem na udany album, a i tak Nordic union mnie pozytywnie zaskoczył. Prawdziwa perełka i jedna z najlepszych płyt z Ronnie Atkinsem w roli głównej. Majstersztyk w swojej kategorii. Na takie.plyty warto czekać i mam nadzieję że na tym nie skończy się przygoda z Nordic Union.


Ocena: 9.5/10

środa, 10 sierpnia 2022

ARCH ENEMY - Deceivers (2022)


 Nowy album Arch Enemy to zawsze wielkie wydarzenie dla maniaków melodyjnego death metalu, ale też fanów ogólnej odmiany heavy metalu. Ten band od lat przyzwyczaił nas do muzyki na wysokim poziomie. Czasy wokalistki Gossow były świetne, ale era Allisy white Gluz i gitarzysty Jeffa Loomisa wniosła band na jeszcze wyższy poziom. Tak od roku 2014 dostarczają nam samych świetnych albumów.Ostatni "Will to power" miał premierę w 2017r i teraz po 5 latach ciszy band powraca z nowym krążkiem. "Deceivers" to kolejny ważny album w ich dyskografii, może mnie brutalny, może bardziej przystępny dla nowych słuchaczy, którzy nie mieli do czynienia wcześniej z tą szwedzką potęgą.

Zaletą "Deceivers" jest niezwykłe urozmaicenie i znajdziemy tu wszystko. Spokojniejsze momenty, motywy bardziej heavy metalowy, czy nawet power metalowe, jest też sporo szybkich momentów i agresywnych. Płyta nastawiona na pomysłowe melodie, ale tym razem to nie agresja jest motywem przewodnim. Postawiono na bardziej stonowane i chwytliwe melodie, które śmiało mogły by zdobić album heavy metalowy czy power metalowy. Czy to jest wada? Szczerze dla mnie zaleta. Oczywiście to jest dalej Arch Enemy jaki znamy. Allise wymiata pod względem wokalny i jeszcze daje niezły popis w czystych partiach wokalnych. Może jestem mało obiektywny, bo to jedna z moich ulubionych wokalistek.  Duet gitarowy Loomis/Amott jak zwykle dostarcza nam sporo emocji i cały czas słychać pomysłowe rozwiązania. Nie ma nudy i cały czas się coś dzieje. Plusem jest to, że nie idą na łatwiznę i nie grają w kółko jednego motywu. Okładka może nie jest mocnym atutem, ale brzmienie już tak. Jest dobrze wyważone, mocne i zarazem czyste. Oddaje w pełni charakter płyty.

Troszkę szkoda, że przed premierą już znaliśmy praktycznie połowę płyty. Otwieracz "Handshake with hell" to rasowy hicior. Jest energia, pazur i znakomity motyw przewodni. Arch Enemy najwyższych lotów i na pewno warto wspomnieć o świetnych czystych partiach Allise. Jest moc! Rozpędzony "Deceiver, Deceiver" to prawdziwa petarda. Riff wgniata w fotel i do takich killerów band już na przyzwyczaił. Stonowany "In the eye of the storm" to mroczniejszy kawałek, ale bardziej stonowany i skierowany w stronę heavy metalowej stylizacji. Fanów melodyjnego death metalu bez wątpienia zadowoli "The Watcher". Powiew szczerze, że to mój nr 1. Refren i gitarowe tło w tym momencie to najpiękniejszy motyw tej płyty. Marszowy i nieco toporny "Poisoned Arrow" pokazuje nieco inne oblicze zespołu, ale ta heavy metalowa natura Arch enemy pasuje mi. Kolejny dobrze znany nam singiel to "Sunset over the empire" i tutaj znów band stawia na szybkość i agresję. Sporo udanych melodii na tym krążku i pod tym względem na wyróżnienie zasługuje "house of mirrors". Końcówka płyty to hicior" One last Time" i marszowy "Exiled from earth".

Ciężko do czegoś się przyczepić. Ja może osobiście wcisnął bym więcej petard pokroju "The Watcher". Płyta ukazuje nieco inne oblicze Arch Enemy i jest szansa że ten album trafi do większej liczny odbiorców. Stałych miłośników muzyki Arch enemy na pewno album nie zrazi i kto wie może stwierdzą tak jak ja, że to kolejna ważna pozycja w ich dyskografii. "Deceivers" to wg mnie jeden z ich najlepszych albumów. Warto mieć ten album w swojej kolekcji.

Ocena: 9.5/10

wtorek, 9 sierpnia 2022

TERRA ATLANTICA - Beyond the borders (2022)


 Tristian Harders w tym roku wydał swój własny album, a teraz na 16 września przewidziana jest premiera 3 albumu Terra Atlantica. Muzycznie i historycznie mamy rozwój tego co mieliśmy na "age of Steam". Klimat piracki czuć, tak samo jak i klimat morskich opowieści, do tego pełno epickości, podniosłości i wysmakowanych dźwięków. Tristian bardzo zapracowany to fakt, ale słychać że najwięcej serca wkłada w macierzysty band jakim jest Terra Atlantica. Najnowszy krążek zatytułowany "Beyond the borders" to znów prawdziwa uczta dla fanów zespołów, jak i maniaków power metalu.

Piękna okładka na długo zapada w pamięci. Z muzyką jest tak samo. To nie kolejny słodki i nijaki power metal, który na siłę kogoś naśladuje. W zespole mała zmiana, bowiem pojawia się nowy gitarzysta, a mianowicie David Wieczorek, który grywał w Stormwarrior. Nie odbiło się to na stylu czy jakości zespołu. Dalej grają swoje i wciąż robią to na wysokim poziomie. Historycznie band zabiera nas do roku 1984, czyli dwie dekady po wydarzeniach z "Age of Steam". Historia na pewno wciąga i jest miłym dopełnieniem całości. Imponuje również samo brzmienie i Jacob Hansen odwalił kawał dobrej roboty. Wszystko jest piękne wysmakowane, ale odnoszę wrażenie że album jest troszkę słabszy od swojego poprzednika. Zabrakło może większej energii i power metalowego kopa?

Piękne intro, a potem energiczny "The Scarlett Banners", który wpisuje się w styl Powerwolf czy Bloodbound. Jest moc i przebojowość, a kawałek dostarcza sporo emocji. Jeden z mocniejszych punktów na płycie. "Far From Alive" nastawiony jest na romantyczny klimat i te folkowe zacięcie jest urocze i dodaje uroku tej kompozycji. Więcej energii mamy w podniosłym "Beyond the borders", który kipi symfonicznymi ozdobnikami i epickością. Folkowe elementy upiększają melodyjny i skoczny "Guns and drums", który pełni funkcję instrumentalnego kawałka. Musicalowy "Just one look" to pełne uroku ballada w klimatach Avantasia. Power metal pełną gębą dostajemy w rozpędzonym "Hellfire" i to jest prawdziwa petarda. To jest idealny przykład, dlaczego Terra Atlantica to obecnie jeden z najlepszych zespołów grających power metal. Radosny "Pirate Bay" to znakomite podejście do pirackiego metalu i sporo tu świeżości.  Rozbudowany "the great Escape" to niezwykły kolos, w którym sporo się dzieje i momentami słychać w tym elementy choćby Abba. Terra Atlantica potrafi pozytywnie zaskoczyć swoich fanów. Na sam koniec mamy kolejny killer, a mianowicie przebojowy "Take us Home".

Kolejny rozdział napisany. Piękna historia niemieckiego bandu wciąż trwa i wciąż zachwyca swoim stylem i jakością. To power metal dojrzały, pomysłowy i podniosły. Cały czas się coś dzieje i czuć ten piękny piracki klimat. "Beyond the borders" to kolejna perełka w dyskografii Terra Atlantica.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 7 sierpnia 2022

SEAX - Speed Inferno (2022)


 Amerykański Seax powraca z nowym albumem. Tak panowie wciąż grają rozpędzony speed metal, który przesiąknięty jest latami 80. Tak, w dalszym ciągu grają oklepane patenty i jeśli ktoś jest na to przygotowany to po lubi najnowsze dzieło amerykanów zatytułowane "Speed Inferno".

Jest speed metal, jest klimat lat 80, jest duża dawka szybkich kawałków, niby wszystko ok, ale jakoś tym razem nie powaliło na kolana. Momentami głos Carmine Blades jest nieco irytujący i słychać tylko pisk i troszkę to utrudnia odbiór płyty. Muzycznie jest dobrze, bo band atakuje nas mocnymi riffami, ciekawymi zagrywkami gitarowymi i dynamiką. Oczywiście momentami ocierają się o thrash metal. Kawałki same w sobie są nawet bardzo dobre, ale jakoś wszystko zlewa się w jedną papkę. Panowie grają jakby nieco na jedno kopyto, co sprawia, że kiedy płyta się kończy to niewiele zostaje w głowie.
Można przytupnąć nóżką przy "Keepers of the Blade", z kolei "Return of the steel" wyróżnia się melodyjnym charakterem. Czy "Speed inferno", czy "Rising Evil" czy zamykający "heading for the road" to niemal identyczne kawałki. Speed metal rządzi i płynie w żyłach Seax, ale troszkę wypadałoby urozmaicić materiał, żeby nie był na jedno kopyto.

Płyta idealna do posłuchania, do samochodu w trasie, ale z pewnością nie wzbudzi w słuchaczu większych przemyśleń, nie stanie się majstersztykiem w swoim gatunku. Zmarnowany potencjał, to na pewno. Płyta solidna i znajdzie swoich odbiorców. Seax stać na więcej, a płyta nie przepaści ich sukcesu i statusu.

Ocena: 6.5/10

SILENT KNIGHT - Full Force (2022)


 Jednym z mocniejszych graczy na australijskiej scenie metalowej jest bez wątpienia Silent Knight. Grają od 2009 r i szybko znaleźli grono fanów wśród miłośników klasycznego power metalu, gdzie słychać wyraźne wpływy Gamma Ray, Helloween czy Hammerfall. Oni nawet nie udają, że chcą grać coś zupełnie innego i w innym charakterze. Nie ma w tym oryginalności, ale to było do przewidzenia. Powracają z nowym albumem i to 5 latach przerwy. "Full Force" to tak naprawdę 3 album grupy i pierwszy w którym można posłuchać nowego wokalisty Dana brittaina i perkusisty Dana Graingera. Mogły być obawy, że takie zmiany nie przyniosą nic dobrego, a tutaj w efekcie dostajemy najlepszy album Silent Knight.

Nowy wokalista wniósł sporo świeżości i zadziorności, tak więc zmiana jak najbardziej na plus. Graingera na perkusji też daje czadu i słychać że znakomicie wpasował się w styl grupy. Ten jakoś zbytnio nie uległ zmianie, dalej bowiem grają klasyczny power metal z nutką heavy metalu. Tym razem jednak sam materiał jest bardziej dopracowany, jest większa dawka przebojowości i w zasadzie przez te 42 minuty nie ma miejsce na nudę. Materiał został dobrze zrealizowany, a gdy doda się do tego dobrze wyważone brzmienie to dostajemy przemyślany i dojrzały album.

Czy można lepiej zacząć ten album niż od zadziornego i urozmaiconego "Blood in the water", który mocno jest wzorowany na kawałkach Gamma ray czy Iron Savior? Myślę, że nie bo ten utwór od razy daje nam przedsmak tego co nas czeka. Tytułowy "Full Force" to pełna dynamiki power metalowa petarda. Nowy wokalista błyszczy tutaj i słychać, że sporo wnosi do zespołu. "The last candle burns" to faktyczne kawałek, który trąci nieco starym Blind Guardian czy Gamma ray, ale to żadna ujma.Band nie zatrzymuje się i trzyma wysoki poziom, a kolejny mocny punkt to melodyjny "Screaming Eagle" z niezwykle chwytliwym refrenem. Oj dzieje się tutaj dużo dobrego. Moim nr 1 został od razu "into Oblivion", który inspirowany jest judas priest czy gamma ray. Mocna rzecz! Podobne emocje wywołuje zamykający "Create a new world", który również stawia na szybkość i dynamikę. Popisy gitarowe są tutaj przepięknie i za to kocham power metal.

Silent Knight pokazał, że stać go na znacznie więcej niż pokazywał do tej pory. To prawdziwa uczta dla fanów power metalu. Fani Gamma ray, Hammerfall, czy wczesnego Blind guardian poczują się jak w domu. Słychać tu zapał, emocje, zaangażowanie i pomysł na power metal. Co z tego, że to wszystko wtórne, jak słucha się z wielką radością. Brawo Silent Knight!

Ocena: 9/10

sobota, 6 sierpnia 2022

SAVAGE MASTER - Those who hunt at night (2022)


 Nie jeden fan NWOBHM i klimatów lat 80 czekał na nowe wydawnictwo amerykańskiej formacji Savage Master. Szybko osiągnęli status gwiazdy i dzisiaj już każdy powinien kojarzyć ich muzykę. Najnowsze dzieło zatytułowane "Those Who hunt at night" to 4 album w ich dyskografii i w zasadzie dostarcza nam podobne rozwiązania co poprzednie wydawnictwa. Racja, nie ma  w tym za grosz oryginalności, nie ma też niczego nowego. Nie zmienia to faktu, że to wciąż wysokiej jakości materiał, który zadowoli wszystkich tych co cenią sobie lata 80.

Ten klimat lat 80 jak zawsze jest mocno eksponowany przez Savage Master. Czy brzmienie, czy wokal Stacey, czy wreszcie kiczowata okładka. To wszystko składa się na atrakcyjność tej płyty.  Dużym plusem jest niezwykła przebojowość i urozmaicenie materiału. Dużo się dzieje i nie ma grania na jedno kopyto. Naprawdę dobrze się tego słucha od pierwszych dźwięków. Wiadomo, że każdy kto kocha ich wcześniejsze wydawnictwo to i ten szybko wpadnie w ucho. Co do przeciwników Savage MAster, to ta płyta raczej nie zmieni ich światopoglądu na temat tej amerykańskiej formacji.

Zaczyna się od nieco hard rockowego "Hunt at night" i jest to bez wątpienia ciekawy kawałek, który kusi swoją prostotą. Czasami stawiając na banalne rozwiązania można osiągnąć znacznie więcej. Pierwszy rasowy killer to "Eyes behind the stars" i ten riff po prostu imponuje mocą i chwytliwością. Kawałek bez wątpienia zapada w pamięci. Klimaty Iron Maiden pojawiają się w pomysłowym "Rain of Tears" i tutaj band poszedł w kierunku bardziej epickim. Brzmi to bardzo dobrze i pokazuje jak band znakomicie potrafi urozmaić swój materiał. Praca gitar w "Spirit of Death" jest imponująca i tutaj Adam jak i Larry odwalili kawał dobrej roboty. W drugiej połowie płyty zachwyca energiczny "The hangmans tree", który jest jednym z mocniejszych punktów płyty. Taki Savage Master to ja uwielbiam, Warto też wyróżnić petardę w postaci "Vaster Empires".

Obeszło się bez niespodzianek tym razem. Band znów nagrał kawał solidnego heavy metalu przesiąkniętego NWOBHM i klimatem lat 80. Płyta jest melodyjna, energiczna i urozmaicona. Na pewno nie da się przy niej nudzić. Płyta godna uwagi, z resztą wiadomo ta marka nie zawodzi!

Ocena: 8/10

piątek, 5 sierpnia 2022

TOXIK - Dis Morta (2022)


 Chyba wszystko jest możliwe w dzisiejszych czasach. Kto by kiedyś pomyślał, że Helloween reaktywuje się w niemal klasycznym składzie, że powróci Mercyful Fate, albo że kiedyś ukaże się trzeci album Toxik. Wszystko to było w sferze marzeń, ale faktycznie marzenia się spełniają. Amerykański Toxik, to jeden z najważniejszych thrash metalowych zespołów, a przynajmniej dla mnie. Dwa pierwsze albumy to ponadczasowe klasyki, które zagwarantowały zespołowi tak naprawdę nieśmiertelność.  Kapela reaktywowała się w 2013r i teraz po 9 latach przyszedł czas na "dis Morta", który ukazuje się 33 lata po "Think This". Dużo band ryzykował, bo w końcu mieli na swoim koncie dwa genialne albumy, a teraz powrócić po takiej przerwie, gdzie czasy trochę inne, a do tego skład też inny. Z klasycznego składu został gitarzysta Josh Christian. Duże ryzyko, ale powiem że się udało i dobrze że stary dobry Toxik wrócił. Brakowało ich!

Nie do końca podoba mi się okładka, ale to w końcu muzyka jest najważniejsza. Powiem wam, że słychać od pierwszych sekund, że to Toxik. Brzmią w sumie jak na "Think this" tylko troszkę może agresywniej i bardziej współcześnie. Słychać ten techniczny, melodyjny i pokręcony thrash metal z nutką heavy metalu. Christian i Druten dobrze się dogadują i to przedkłada się na wygrywane partie gitarowe. Słychać w tym ducha lat 80, ale panowie nie odcinają kuponów od starych płyt. Na pewno "Dis Morta" to nie jakaś marna podróbka "Think This" to po prostu kolejny rozdział.  W sferze riffów, solówek dzieje się naprawdę dużo i band bez wątpienia imponuje pod tym względem. Cały czas się coś dzieje i nie ma miejsce na nudę. Nie ma może na wokalu Charlesa, ale jest równie uzdolniony Ron Iglesias, który spisuje się znakomicie. Nadaje drapieżności i zarazem cały czas słychać że to toxik. Kawał dobrej roboty tutaj robi i to jest bez wątpienia jasny punkt nowego krążka.

Zaczyna się od krótkiego urywka z jakiegoś filmu i już przypominają się czasy "Think This". Zabieg udany. Tytułowy "Dis Morta" to stonowany, nieco mroczny i dość ciężki kawałek. Bardziej położono nacisk tutaj na techniczny wydźwięk thrash metalu. Brzmi to bez wątpienia ciekawie i jestem na tak. Emocje rosną wraz z rozpędzonym "Feeding Frenzy" i tutaj band idzie na całość. Co za agresja, świeżość i moc. Muzyka Toxik wciąż elektryzuje i dostarcza sporo emocji. Niby inny skład, a wciąż mają swój własny styl i brzmią tak jak za dawnych lat. Brawo! Nieco progresywny "The radical" też brzmi jakby został nagrany na przełomie lat 80/ 90. Co za killer i to jest Toxik jaki kocham. Znakomicie wypromowały album dwa single i zarówno "Power" jak i "Creating the Abyss" oddają to co najlepsze w Toxik. "Straight Razor" zachwyca przebojowością i niezwykle melodyjnym riffem. To kolejna petarda na płycie. Końcówka płyty to nieco bardziej stonowany "Devil in the mirror" czy troszkę nijaki "Judas", który wg mnie jest najsłabszym punktem płyty.


Jak oni to zrobili? Nie wiem. Zawarli pakt z diabłem? Ta płyta jest naprawdę świetna i wpisuje się w styl jaki band prezentował na poprzednich płytach. Po 33 latach wciąż mieć takiego kopa i moc, to coś niemożliwego i nie jeden band chciałby tak brzmieć. Wielki powrót i oby zostali z nami tym razem nieco dłużej. Płyta obowiązkowa dla fanów Toxik, ale przede wszystkim wysokiej klasy thrash metalu. Dokonali niemożliwego, bo dorównali niemal temu co grali kiedyś, a to nie lada wyzwanie. Brawo!

Ocena: 9/10

czwartek, 4 sierpnia 2022

GRAVE DIGGER - Symbol of Eternity (2022)


 Nie pierwszy raz Grave Digger próbuje nawiązać do jednego z swoich klasycznych albumów. Były nawiązania do płyty "The Reaper" ,czy "Tunes Of War" to nic dziwnego, że najnowszy krążek "Symbol of Eternity" zabiera nas do okresu "Knight of the Cross". Mam jednak wrażenie, że tylko tematycznie nawiązujemy, bo i poziom i jakość muzyki zawartej na płycie już nie tej klasy.

21 album studyjny to tak naprawdę typowy album Grave Digger. Jest ten toporny, przybrudzony heavy metal z nutką power metalu. Jest ten mroczny i zadziorny głos  Chrisa, mocny i wyraźny bas Jensa, czy proste motywy gitarowe Axela Ritta. Płyta nie jest skomplikowana i tak naprawdę wiele nie ma do zaoferowania. Tym razem jest spadek formy w porównaniu do świetnego "Fields of Blood". Tamta płyta kipiała energią, cały czas się coś działa, a i riffy robiły wrażenie. Na nowym krążku wszystko jest jakieś takie ospałe, a do tego dziwne zmajstrowane brzmienie nie ułatwia oswojenia się z materiałem. Panowie nigdy nie nagrali totalnego gniota i tym razem też dostajemy solidny materiał. Mocny i pełen energii "Battle Cry" to granie do jakiego przyzwyczaił nas Grave Digger. Niby nic odkrywczego, a dobrze się słucha. Znakomicie spisują się single czyli przebojowy "Hell is my purgatory" czy nieco mroczniejszy "King of the Kings" z niezwykle chwytliwym refrenem. Tak początek płyty jest niezwykle obiecujący. Niestety od tego momentu zaczynają się schody. "Symbol of Eternity" miał być epicki i poruszający, a jak dla mnie jest po prostu nijaki i nudny w swojej konstrukcji. Riff z "Night of the Jerusalem" jakiś taki znajomy i gdzieś już wcześniej taki słyszałem w ich dyskografii. Dobry kawałek, który nieco ożywia album, ale też brakuje mu do ideału. Warto wspomnieć o melodyjnym i bardziej pomysłowym "Heart of Warrior".  Niby wszystko jest ok, bo przecież słychać na każdym kroku że to Grave Digger. Jakieś to wszystko zachowawcze, a im dalej w las tym wszystko jakieś takie na jedno kopyto.

Bardzo czekałem na nowy album Grave Digger. Jeden z tych zespołów, który nagrywa albumy na dobrym poziomie i zawsze dostarczają sporo frajdy. Raz mamy perełki, a raz nieco słabsze płyty. Tym razem trafił się na ten słabszy krążek. Single błyszczały, a album już nie robi takiej furory. Samo brzmienie gitary też jakieś takie niedopracowane. Solidny materiał od zasłużonej kapeli, którą stać na znacznie więcej. Osobiście Hellryder wypada korzystniej w zestawieniu z "Symbol of Eternity".

Ocena: 5/10