Strony

czwartek, 29 kwietnia 2021

RED VOODOO - Bring it back (2021)


 "Bring it back" to płyta, która zadowoli nie jednego fana hard rockowych dźwięków. Kto wychował się na Dokken, Skid Row, Boston czy Def Leppard ten od razu pokocha debiutancki krążek amerykańskiej formacji Red Voodoo.

Kapela powstała z inicjatywy wokalisty Dino McCorda, który ma to coś w swoim głosie i to tak naprawdę on nadaje charakteru zespołowi. To za jego sprawą "Bring it back" jest melodyjny, oldschoolowy i zarazem zadziorny. Dino ma świetny feeling i technikę, a to już przedkłada się na jakość płyty. Cieszy też gra gitarzysty Devina Loilera, który stawia na melodyjność i sprawdzone patenty. Jest w tym lekkość i duża radość z grania. Panowie nie kryją swojej pasji i zamiłowania do hard rocka.

Band gra muzykę na poważnie i nawet nie daje po sobie poznać, że to ich debiut. Imponują dynamiką i agresywnością w otwierający "K.S.A". Niby nic nowego nie dostajemy w takim "Bring it back", a dostarcza sporo radości słuchaczowi. To taki rasowy hard rock spod znaku Def Leppard. Riff w "Mystery Girl" początkowo jakoś mocno zalatuje Accept czy Ac/Dc ale to żaden minus. Band gra z niezwykłą swobodą i zaskakują świeżością. Dobrze to odzwierciedla "Run to Win". Całość wieńczy ballada "Rise up", która ma coś z Aerosmith czy Scorpions. Dużo w tym rocka i klimatu lat 80.

Wiem, płyta jest mało oryginalna i może nawet bardzo wtórna, ale tutaj postawiono na sprawdzone patenty i hard rockowe szaleństwo. Brzmi to oldschoolowo i bardzo w klimacie lat 80. Mamy przeboje i przemyślane motywy, tak więc band odrobił zadanie domowe. Udany debiut!

Ocena: 6/10

środa, 28 kwietnia 2021

BLOODBOUND - Creatures of the dark realm (2021)


 Bloodbound dzisiaj jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów grających heavy/power metal. Nie zawsze tak było. Choć dwa pierwsze albumy są znaczące dla gatunku to jednak band nie cieszył się taką popularnością. Początki to przede wszystkim niestabilny skład i zawirowania na stanowisku wokalisty. Band tak naprawdę zaczął błyszczeć i nabierać mocy, w raz z przyjściem Patrika j Salleby. To właśnie kiedy on jest za sitkiem to Bloodbound wszedł od razu do pierwszej ligi. "Unholly Cross" to był przełomowy album i od tego zaczęła się nowa era tej zasłużonej szwedzkiej kapeli.Ostatnie dwa albumy momentami przypominały nam twórczość rhapsody, czy też Sabaton.  Po dwóch latach od czasu premiery "rise of the dragon empire" przyszedł czas na następce. Panie i panowie przed wami "creatures of the dark realm". Okładka podpowiada nam powrót do czasów stylu z "Nosferatu" czy "Unholly cross". Jak jest naprawdę?

Szata graficzna przyprawia o szybsze bicie serce i śmiało stwierdzam, że to jedna z najlepszych okładek roku 2021. Pierwsze skojarzenie to ostatnie płyty Kreator. Tak jest mrocznie i klimatycznie.  Nie ma smoków, co może niektórych ucieszyć, że band wraca jakby do korzeni. Stylistycznie jednak nie ma tutaj eksperymentowania i Bloodbound gra swoje. Skojarzenia z Sabaton są co przecież dawał nam jasno znać "When Fate is Calling" i słychać to dobitnie w motywie przewodnim, które jest wyjęty z dwóch dobrze znanych utworów Sabaton. Bloodbound jest przy tym jednak bardzo autentyczny szczery i brzmi jak Bloodbound, a nie klon innego świetnego zespołu. W ich muzyce zawsze było coś z iron maiden, było coś z Powerwolf i to wszystko tutaj mamy. Szokuje jak w świetnej formie jest Patrik, który cały czas trzyma wysoki poziom. Nadaje całości przebojowości i power metalowego feelingu. Tak jak w Powerwolf dwóch braci niszczy w sferze gitarowej tak w Bloodbound bracia Olsson sieją nieustannie zniszczenie. Jest efekt wow i można tego słuchać w nieskończoność. Niby nie odkrywają niczego nowego, a brzmi to wszystko świeżo. Każdy riff jest dobrze wyważony i całość jest bardzo melodyjna. To jest motor napędowy tej płyty-  chwytliwe melodie. Drugi singiel jaki wybrano do promocji płyty to przebojowy "March into War". Oj jest dużo tutaj sabaton! Komuś to przeszkadza? Ja jestem zachwycony, bo jest epicko i niezwykle klimatycznie. Jest kilka momentów, kiedy band mnie zaskakuje. Weźmy takie intro "the creatures prelodium". Akustyczne gitary i spokojny, podniosły zarazem klimat, nie wskazuje nam że czeka nas power metalowa uczta. Są klawisze w tytułowym "Creatures of the Dark realm", ale o dziwo tutaj band zaskakuje. Czemu? Band zabiera nas w rejony "Book of the dead" czy "Unholly cross". Jest jakoś bardziej oldschoolowo. Oczywiście Bloodbound znów tworzy mega chwytliwy refren, który zapada w pamięci. To dopiero początek tej niesamowitej przygody. "Ever burning Flame" ma nieco folkowe zacięcie i sama melodia przypomina poniekąd coś z Nightwish. Znów band stawia na prosty motyw i przebojowość. No ja to kupuje i to już kolejny hicior na płycie. Refren jakoś tak przypomina coś z Powerwolf, a nawet wczesny Helloween. Mocniejszy riff i partie gitarowe dostajemy w agresywnym "Eyes come Alive". Brzmi to jak brat bliźniak "Satanic Panic", ale o dziwo słychać tutaj też coś z Gamma ray.  To się nazywa rasowy killer. Podniosły refren otwiera nam kolejny przebój a mianowicie "Death will lead the way". Sam utwór mocno przypomina twórczość Powerwolf i nawet klawisze mają jakiś taki podobny wydźwięk. Wow, co za refren! Bloodbound robi to po prostu perfekcyjnie. Podobnie zaczyna się "Gathering of Souls", aczkolwiek tutaj jest bardziej marszowo, bardziej epicko. Melodia mogła by się znaleźć w sabaton, nightwish czy Powerwolf. Brzmi to bardzo oldschoolowo, a Patrick swoim głosem po prostu czaruje. Nie ma sie do czego przyczepić. Każdy utwór to perełka i idealny przykład jak nagrać przebój w heavy/power metalu. Oni mają swoją recepturę i to się sprawdza. "Kill or be Killed" też ma nieco bardziej stonowany charakter i też opiera się na folkowej melodii i nieco cięższych gitarach w sferze refrenów. Klawisze i energia to atuty rozpędzonego "The gargoyles gate", który imponuje dynamiką i power metalową formułą. Jest troszkę w tym Sabaton, ale też coś z Helloween, a nawet Rhapsody. "Face of evil" też kusi atrakcyjną melodią i chwytliwością.  Ten kawałek idealnie by pasował do "nosferatu" czy "book of the dead". Nie ma długich kompozycji, tylko krótkie i treściwe strzały. Całość wieńczy "The wicked and the weak". Zaczyna się od szybkiego motywu gitarowego, jest marszowe tempo i czuć tutaj klimat "Unholly cross" , ale z nutką feelingu Sabaton. To niestety już koniec. Strasznie szybko zleciało te 45 minut i to jest jedyny minus tej płyty. Jest krótka.

Bloodbound jest na fali i każda ich płyta to prawdziwe arcydzieło. Tym razem jest dokładnie to samo. Kto kocha poprzednie płyty, ten pokocha i to wydawnictwo. "Creatures of the dark realm" spełnił moje wygórowane oczekiwania i dostajemy album dynamiczny i bardzo przebojowy. Jak oni to robią, że lata lecą a oni są wciąż na szczycie i wciąż zachwycają swoją muzyką? Czysty fenomen! Brawo Bloodbound oby tak dalej. Teraz czekamy na odpowiedź Powerwolf !

Ocena: 10/10

IRON JAWS - Declaration of war (2021)

Włoski Iron Jaws ostatni album wydał w roku 2013 Teraz po długiej przerwie band wraca z nowym krążkiem i "Declaration of war"  to tak naprawdę kontynuacja tego co mieliśmy na "Guilty of Ignorance".  Band dalej gra mieszankę heavy/speed metalu i jest to wciąż granie na solidnym poziomie.

To co dostajemy na nowym krążku Iron jaws to tak naprawdę dużą dawka speed metalu spod znaku Exciter, czy overkill. Znajdziemy tutaj sporo ostrych i energicznych motywów gitarowych. Jest agresja, jest dynamika, no i przebojowość, tak więc nie ma miejsca na nudę. W zespole kluczową rolę odgrywa głos Andrea Finotti, który nadaje całości pazura i speed metalowej feelingu. Dobrze wypada też duet gitarzystów tworzonych przez Quaglia i Accomasso, który stawia na agresywność, dynamikę, a przede wszystkim melodyjność. Kto lubi oldschoolowy speed metal z nutką thrash metalu ten z pewnością powinien wypatrywać nowe dzieło iron Jaws.

Znakomicie wprowadza nas w klimat płyty rozpędzony "Satan's bride" i to się nazywa klasyczny speed metal. Ciekawie wypada też pomysłowy "the brawl", który ma w sobie spore pokłady klasycznego heavy metalu. Echa running wild czy motorhead z pierwszych płyt znajdziemy w energicznym "The hell of boilling metal". Kolejny killer na płycie to "Declaration of war". Niby nic odkrywczego, a cieszy słuchacza. Muszę przyznać, że świetnie band poradził sobie z klasykiem metal church, czyli ponadczasowym "Ton of bricks". Później nieco siada tempo i wszystko troszkę zlewa się w całość. Na sam koniec mamy 6 minutowym "Horns up for metal", który pokazuje, że w kapeli drzemie potencjał.

"Declaration of war" to solidne rzemiosło w sferze speed metalu i dobrze się tego słucha. Brakuje troszkę świeżości i oryginalności. Kapela grać potrafi i robi to naprawdę dobrze. Mam nadzieje, że jeszcze o nich usłyszymy w przyszłości i nie trzeba będzie czekać kolejne lata.

Ocena: 6/10

 

niedziela, 25 kwietnia 2021

VELVET VIPER - Cosmic Healer (2021)


 Jutta Weinhold to jeden z najważniejszych kobiecych głosów w heavy metalu. Dała się poznać w rozpoznawalnym Zed Yago, a teraz błyszczy w Velvet Viper. W 2017r Velvet Viper powrócił z nowym składem i do dzisiaj funkcjonują. Efektem tego jest kolejny album w ich dyskografii.  "Cosmic Healer" to solidna porcja heavy/power metalu, który przypomina oczywiście dokonania Zed Yago, ale też troszkę Chastain, Hellion, Crystal Viper, czy nawet gdzieś tam nawet są odesłania echa Dio. Krótko mówiąc dobra rzecz, ale daleko do większej euforii.

Gwiazdą tutaj jest bez wątpienia Jutta, która mimo upływu lat wciąż zachwyca swoim głosem i nadaje heavy metalowego pazura całości. Problem z "Cosmic Healer" jest taki że warstwa partii gitarowych jest solidna, ale wzbudza większych emocji. To wszystko już było i to w znacznej ciekawszej oprawie.  Płytę otwiera "Sword master" i to kawał solidnego klasycznego heavy metalu. Riff jest zadziorny, a nie brakuje temu kawałkowi też przebojowości.Dalej mamy mroczny i stonowany "Cosmic Healer". Echa twórczości Dio mamy w  klasycznym "Holy snake mother". Mamy też nieco marszowy, z nutką progresywności "Osiris". Jak widać jest kilka utworów, które zasługują na uwagę, ale dominują kompozycje średniej klasy.

Znana formacja, które nie musi nic udowadniać to prawda. Szkoda tylko, że tym razem Velvet Viper serwuje swoim fanom płytę stonowaną i niestety nudną w swojej formule. Mieli ciekawsze płyty na swoim koncie.

Ocena: 5/10

FIREWING - Resurrection (2021)

Muzycy death metalowego Unflesh i wokalista brazylijskiego Age of Artemis łączy siły w nowym zespole o nazwie Firewing. Panowie postanowili wykreować nowy band, który skupi się na graniu klimatycznego symfonicznego metalu z nutką progresywnego metalu. Choć kapela jest młoda, to niektórzy pewnie wypatrywali debiutanckiego krążka "Resurrection".

Piękna okładka i świetne logo zwiastują ucztę dla fanów melodyjnego metalu. Cóż, nie do końca tak jest. Muzycy są utalentowani i grać potrafią, tylko szkoda że płyta jest jakby okrojona z mocy i agresywnych dźwięków. Nacisk położono na romantyczny i delikatny klimat i stonowane melodie. Nie do końca mnie to przekonuje. Wokal Airtona troszkę się tutaj marnuje, bo potrafi on swoim głosem naprawdę czarować. To jest jeden z mocniejszych punktów tej płyty.

To dziwne, że tak doświadczony band ma pomysł na swój styl, ale nie udaje im się przenieść tego na muzykę. Niestety, ale płyta na długą sprawę potrafi zanudzić swoim łagodnym charakterem. Melodyjny "obscure minds" nie jest zły i ma dużo przebojowości w sobie. Niestety brzmi to łagodnie i jakoś tak mało metalowo. Dalej znajdziemy progresywny "Demons of Society", który też nie powala na kolana swoją aranżacją. Romantyczny klimat daje o sobie znać w rockowym "Resurrection". Jeszcze warto wspomnieć o melodyjnym i złożonym "Eternity".

Niby był pomysł na styl i jakość tej płyty, ale realizacja mnie zawiodła. Dostałem nijaką płytę, bardzo łagodną i jak dla mnie mało metalową. Na symfoniczny metal jest za mało podniośle, power metalu tutaj nie ma, a heavy metalowego pazura też tutaj nie znajdziemy. Więcej tutaj progresywności czy rocka. Rozczarowanie to jest to co mi towarzyszy przysłuchaniu tej płyty. Szkoda, bo zmarnowano potencjał.

Ocena: 4.5/10

Wszyst
 

sobota, 24 kwietnia 2021

MY REFUGE - The anger is never over (2021)

Debiut włoskiego My refuge jakoś umknął mojej uwadze. Teraz po 6 latach kapela wraca z nowym albumem. "The angel is never over" to znów idealny przykład w jak świetnej formie jest włoska scena metalowa. Nowy album My refuge to pozycja obowiązkowa dla fanów melodyjnego metalu i power metalu w nowoczesnej formie. Kapela działa od 2010r i mam wrażenie, że dopiero teraz mają szansę zaistnieć wśród szerszej publiczności.

To już kolejne włoska machina, która zaskakuje świeżością i pomysłowością. Słychać, że w tej grupie kluczową rolę odgrywają gitarzyści czyli Simone i Mauro. jest w ich grze pasja, pomysłowość i znakomite dopracowanie pod względem technicznym. Gitarzyści balansują między nowoczesnością i klasycznością i to jest ich spora zaleta. Na albumie mamy sporo gości, mowa tutaj o wokalistkach, którzy nadali całości podniosłości i urozmaicenia. Wśród nich takie nazwiska jak Onen, Voltaire, czy Castillo.  To wszystko sprawia, że nowy album jest nie lada gratką dla fanów melodyjnego grania.

Odpalamy płytę i już na dzień dobry dostajemy melodyjny "immortal Fire"i już słychać że czeka nas prawdziwa uczta. Ostry, agresywny riff, robi furorę, ale band nie zapomina o power metalowej formule. Wyraźnym hitem jest tutaj rozpędzony i niezwykle energiczny "War in Heaven", które oddają piękno włoskiej sceny metalowej. Pozytywnie szokuje "The river and the rain", który mocno inspirowany jest twórczością Powerwolf, co bardzo mnie cieszy. Band też odnajduje się w marszowym i podniosłym "The last to die". Epickość jest tu sporym atutem. David Vella błyszczy swoim głosem w "Mistress of the dark" i to kolejny mocny punkt tej płyty. Mauro jest liderem My refuge i słychać to dobitnie w klimatycznym "until the end", w którym czaruje swoją grą na gitarze. Oj dużo dobrego się tutaj dzieje. Całość zamyka nieco progresywny "the anger is never over".

"The anger is never over" to kolejna miła niespodzianka roku 2021. Nie znałem tak dobrze ten band i nie liczyłem na coś wielkiego kalibru, a tutaj dostaje wysokiej klasy album z kręgu heavy/power metalu. Dużo ostrych riffów i przebojowości tutaj znajdziemy, co tylko przedkłada się na jakość tej płyta. Gorąco polecam!

Ocena: 8.5/10

 

FEANOR - Power of the chosen one (2021)


 Argentyński Feanor działa od 1996r co może szokować, bo tak naprawdę ich kariera nabrała rozpędu w 2016r kiedy skład zespołu zasilił Sven D'anna z Wizard. Band jeszcze bardziej zbliżył się do stylistyki Manowar i ta sztuka wyszła im znakomicie na płycie "We are heavy metal". Przyszedł czas na kolejne dzieło, który jest kontynuacją tamtego albumu. "Power of the Chosen one" to wciąż wysokiej klasy album z muzyką heavy metalową w stylu Manowar. No i najlepsze jest to, że skład Feanor zasilił w 2018r była gitarzysta Manowar, czyli David Shankle. Takiego granie nigdy za wiele, zwłaszcza że Manowar milczy.

Panowie dobrze się dogadują i każdy z nich znakomicie się uzupełnia. Oczywiście gwiazdą tutaj jest niezawodny Sven D;anna, który wciąż ma to coś i wciąż potrafi zachwycać. Niszczy w Wizard i tutaj tak samo. Bałem się, że będę tutaj miał kopiuj wklej Wizard, ale jest tutaj znakomity hołd dla twórczości Manowar. Obecność Svena i Davida Shenkla jednak robią swoje. Nie ma w tym może za grosz oryginalności, ale wciąż jest popyt na muzykę w stylu starego Manowar. Dźwięki, riffy, klimat i niektóre patenty to tak naprawdę Manowar ze swojej złotej ery. Na płycie znajdziemy sporo ciekawych, epickich motywów, nie brakuje też atrakcyjnych melodii, czy ostrych, rozpędzonych killerów. Mocnym atutem jest bez wątpienia urozmaicony materiał.

Przed wami dojrzały i świadomy swojej mocy Feanor. Band już na wstępie atakuje nas energicznym, bojowym "Rise of the dragon", który jest udanym miksem dokonań Manowar i Wizard. Popisy gitarowe potrafią wbić w fotel.Tytułowy "The power of the chosen one" to znów ukłon w stronę epickiego metalu i starego dobrego Manowar z lat 80. Dalej mamy kolejny killer czyli agresywny "This You can trust" i znów dostajemy chwytliwy refren i dynamiczny motyw gitarowy. Nie ma miejsca na chybione pomysły i tak naprawdę killer goni killer. "Metal land" to idealny heavy metalowy hymn, który sprawdzi się na koncertach. Imponuje też energia i agresywność w "Hell is waiting", który pokazuje jak muzycy dobrze się rozumieją i jaka jest chemia między nimi. No i te wciągające popisy gitarowe. Cudo! Jest tutaj dużo pięknego, podniosłego, epickiego klimatu i to pokazuje "Lost in Battle". Punktem kulminacyjnym tej płyty jest bez wątpienia prawie 20 minutowy "The return of the metal king". Oj dużo się dzieje w tym kolosie i to jest kwintesencja epickiego heavy metalu.

Co z tego, że Feanor to brat bliźniak Wizard. Ważne, że band dzielnie kontynuuje styl przed laty opracowany przez Manowar i gra prawdziwy epicki heavy metal. Jest podniosły klimat, dojrzałe riffy i wciągające solówki. Nie ma miejsca na nudę, więc pozostaje wyciągnąć swój miecz z szafy i ruszyć do walki w imię heavy metal w ramię z Feanor. To jest prawdziwa przygoda w głąb epickiego heavy metalu.

Ocena: 9/10

piątek, 23 kwietnia 2021

HERMAN FRANK - Two for a lie (2021)

Była premiera nowego krążka Accept, to czas na kolejny solowy album Hermana Franka, którego dobrze znamy z twórczości Accept, czy Victory. Jego solowa kariera też jest bogata i oddaje jego styl gry na gitarze i jego pomysł na niemiecki teutoński heavy metal. Od roku 2008 Herman Frank błyszczy na swoich płytach i z najnowszym dziełem zatytułowanym "Two for a lie" nie jest inaczej.  To kolejna świetna płyta w jego dyskografii.

"Two for a lie" to swoista kontynuacja poprzednich płyt. Dalej mamy charakterystyczną okładkę, typowe logo, no i ten styl jaki wypracował na przestrzeni lat Herman Frank. To wciąż ten teutoński rasowy niemiecki heavy metal. W składzie dalej obok Hermana jest Rick Altzi w roli wokalisty, basistą dalej jest Micheal Muller. Mamy też nowych członków, czyli perkusista Kevin Kott z Masterplan i gitarzysta Michael Pesin z Victory czy Thomsen. Mocny skład, a to przedkłada się na jakość muzyki zawartej na płycie.

Płytę otwiera killer w postaci "Teutonic Terror" i tutaj słychać echa Panzer, udo czy właśnie Accept. Riff prosty, ale za to bardzo ostry i od razu wbija w fotel. Herman Frank w znakomitej formie! Dalej mamy bardzo klasyczny "Venom", który brzmi jak Accept z lat 80. Co za moc i świeżość! Kolejny przebój na płycie odnotowano. Przyspieszamy w rozpędzonym "Hate", który też oddaje prawdziwe piękno niemieckiego heavy metalu. Dużo mrocznego klimatu i nowoczesnego charakteru dostajemy w "eye of the storm".  Taki "Liar" jest bardziej oldschoolowy i bardziej hard rockowy, ale to wciąż bardzo atrakcyjne granie. Dużo patentów Accept dostajemy w "Danger" czy rozpędzonym "Hail the new kings". Nie ma słabych momentów i cały czas jest czym się zachwycać. Imponuje również rozpędzony "Stand up the fight", który brzmi jak mieszanka stylu Dio i Accept. Jest moc! Całość wieńczy nieco spokojniejszy "Open Your Mind".

Hermna Frank nie zawodzi i zawsze dostarcza wysokiej klasy album. Tak też jest i tym razem. "Two for a lie" to dynamiczna i zadziorna płyta, która oddaje to co najpiękniejsze w niemieckim heavy metalu. Jasne są odesłania do poprzednich dokonań hermana, jest coś z Panzer, jest też coś z Accept, ale to nie powinno nikogo dziwić. Płyta jak dla mnie o wiele ciekawsza od poprzedniego wydawnictwa.

Ocena: 9/10
 

czwartek, 22 kwietnia 2021

HAUNTER - Silent earth (2021)

Nie dawno świat cieszył debiut Icon of Sin, a tutaj nadciąga kolejna solidna porcja heavy metalu prosto z Brazylii. Haunter powstał w 2012r w Sao Paulo i dopiero teraz po tylu latach udało im się wydać debiutancki krążek. "Silent earth" to może nie najlepsza płyta jaką słyszałem w tym roku, ale słychać tutaj pasję, słychać solidność i mocne riffy. To już czyni ten album wartościowym kąskiem dla maniaka klasycznego heavy metalu.

Haunter to przede wszystkim utalentowany wokalista Du Marques, który czyni ten album prawdziwie heavy metalowy i naprawdę zadziorny. W takim "Blind Sheep" można się przekonać, że naprawdę potrafi śpiewać, choć brakuje mu nieco ogłady i technicznego zaplecza.  Z kolei Dan i Gustavo tworzą też solidny duet gitarowy i to słychać na każdym kroku. Znajdziemy tu przede wszystkim klasyczne rozwiązania i choć momentami brzmi to wszystko znajomo, to jest frajda z odsłuchu tego materiału. Na płycie wymiata bez wątpienia rozpędzony i niezwykle przebojowy "carry our cross". Dalej mamy klasyczny i zadziorny "Real nightmare", który wyróżnia się wciągającymi solówkami gitarowymi. Kolejny killer na płycie to "Venus", który ociera się o power metal i klimaty wczesnego Hellowen. Całość wieńczy równie ciekawy "Final War", który dobrze podsumowuje całość.

Debiut brazylijskiej formacji Haunter może niczym specjalnym się nie wyróżnia, ale to kawał solidnego heavy metalu z domieszką power metalu. Wszystko brzmi klasycznie, tylko szkoda że brakuje efektu wow i jakiś ciekawych rozwiązań, które by nas zaskoczyły. Kompozycje są po prostu dobre. Mimo pewnych niedociągnięć to płyta godna uwagi.

Ocena: 6/10
 

wtorek, 20 kwietnia 2021

MONARCH - Future shock (2021)

Po 4 latach wraca amerykański band o nazwie Monarch wraca z nowym albumem. "Future shock" ukazał się 16 kwietnia 2021. To nic innego jak swoista kontynuacja debiutu "Go forth...slaughter".  Panowie grają mieszankę speed metalu i thrash metalu, a w ich muzyce można doszukać elementów slayer czy destruction. Płyta skierowana do słuchaczy, którzy nie mają większych emocji.

Troszkę kuleje brzmienie i sama jakość dźwięków. Nie można jednak odmówić całości zadziorności i dynamiki. Jest energicznie, jest agresywnie i thrash metalowa, szkoda tylko że technika nie powala na kolana i same kompozycje też wymagają jakby ostatecznego szlifu. Taki "blast the Seed" jest szybki i bardzo agresywny, ale nie zapada jakoś specjalnie w pamięci. To po prostu solidny thrash metal. Monarch opiera się głównie na głosie Matta Smitha,  który pełni również funkcję gitarzysty. W sferze partii gitarowych wspiera go Casey Trask, którego znamy z gry w Cage czy The three tremors. Niby wszystko jest tak jak być powinno, ale momentami wdziera się chaos. Słychać to dobitnie w takim "Future shock", który opiera się na szybkim riffie, ale brakuje tutaj jakiegoś pomysłu na to. Band gra w sumie na jedno kopyto i brakuje urozmaicenia. Na pochwałę zasługuje melodyjny "shred or die", który wyróżnia się na tle innych kawałków. Totalnie nie pasuje do reszty nijaki "multiuniverse" i podobne emocje wywołuje "Metal Soul".

Liczyłem na porządny i agresywny thrash metal, który porwie mnie mocną grą gitarzystów i mocnymi wokalem. Nie ma tego, nie ma też jakiś ciekawych kompozycji, które by zapadły na długo w pamięci. To jednak tylko solidna płyta, która najzwyczajniej w świecie nie wzbudza żadnych emocji. Można posłuchać i to tylko tyle. Szkoda.

Ocena: 5/10
 

sobota, 17 kwietnia 2021

THE VINTAGE CARAVAN - Monuments (2021)

Nikt tak nie potrafi odtworzyć klimatu rocka lat 70 jak islandzki The Vintage Caravan, który działa od 2006r. Panowie właśnie 16 kwietnia wydali swój 5 album, który tym razem wydała wytwórnia Napalm Records. Zmieniła się wytwórnia, ale styl i jakość muzyki nic się nie zmienił. Band dalej tworzą gitarzysta i wokalista Oskar, basista Alexander i perkusista Stefan. Ci co polubili ich wcześniejsze wydawnictwa to na pewno pokochają "Monuments", a ci co byli na "nie" raczej nie zmienią zdania.

"Monuments" to kontynuacja tego co mieliśmy na poprzednich płytach, czyli znakomita mieszanka progresywnego rocka, blues rocka, czy rocka psychodelicznego. W dalszym ciągu słychać echa lat 70, z naciskiem na twórczość Deep Purple czy Led Zeppelin. Naszą uwagę przyciąga od samego początku głos Oskara, który jak zwykle czaruje i tworzy niesamowity klimat, który przenosi nas do lat 70. Z tego słynie ta formacja i to jest ich znak rozpoznawczy. Tradycyjnie roi się od  ciekawych melodii i wciągających motywów gitarowych. The vintage caravan pod tym względem jak zwykle nie zawodzi i wciąż czaruje nas.

Znakomicie wprowadza nas w świat rocka lat 70 wprowadza nas zadziorny i klasyczny "Whispers" , który przemyca sporo patentów Deep purple, czy Led zeppelin. Przepiękny w swojej formie jest mroczny i nieco bluesowy "Crystallized", który też jest udanym hołdem dla twórczości Deep purple. Dobrze wypada też zadziorny i bardziej energiczny "Dark Times". Ile ciekawych motywów band tutaj wprowadza, aż miło posłuchać tego. Więcej progresywnego rocka dostajemy w 8 minutowym "Forgotten", w którym dużo się dzieje. Dalej znajdziemy pomysłowy i przebojowy "Hell", który pokazuje w jak znakomitej formie jest band. Nawet spokojny i nastrojowy "clarity" potrafi podziałać na zmysły słuchacza.

"Monuments" to płyta skierowana do smakoszy ciekawych wciągających dźwięków, do słuchaczy, którzy lubią wymagające i bardziej złożone melodie, a przede wszystkim ta płyta to pozycja obowiązkowa dla fanów klasycznego rocka z lat 70. Znakomita podróż do tamtych lat.

Ocena: 8/10
 

TEMPLE BALLS - Pyromide (2021)

"Pyromide" to trzecie wydawnictwo fińskiej formacji Temple Balls. Kapela młoda, ale już od 2016 r błyszczy na scenie hard rockowej i już udowodnili że grać potrafią i to na wysokim poziomie. To band, który można śmiało polecić fanom Def Leppard, Aerosmith, Van Halen, Europe czy Heat. Każdy kto kocha hard rock ten od razu zakocha się w najnowszym dziele tej formacji. Temple Balls znów nie zawiódł i ta płyta to tylko potwierdza.

Może i Temple balls nie tworzy niczego nowego i mamy tutaj sporo nawiązań do kultowych kapel i lat 80. Panowie nie boją się sięgać po patenty wykreowane przez takie formacje jak Def Leppard, Europe czy Dokken. Klasycznie wszystko brzmi, ale jest to tak zagrane że brzmi współcześnie. Soczyste brzmienie odgrywa tutaj znaczącą rolę.

W skład zespołu wchodzi 5 uzdolnionych muzyków i pierwsze skrzypce gra wokalista Arde. Jego charyzma i drapieżność sprawiają że zawartość nowego wydawnictwa jest bardzo chwytliwa i szybko wpada w ucho. Warto też pamiętać że o emocje dba duet gitarowy tworzony przez Niko i Jiriego. Panowie stawiają na przebojowość, zadziorność i klasyczne rozwiązania. Brzmi to wszystko bardzo oldschoolowo.

Ta płyta to przede wszystkim kopalnia hitów. Pierwszy to "Thunder from the north" i to znakomita mieszkanka heavy metalu i hard rocka. Brzmi to klasycznie i można cofnąć się przy tym kawałku do lat 80. Jest moc i taki hard rockowy pazur. Echa Def Leppard dostajemy w nieco komercyjnym "Long ways, long lies", ale to wciąż granie na wysokim poziomie. Kolejny hicior to "T.O.T.C" i znów można tutaj doszukać się elementów Def Leppard z okresu "Hysteria", ale nie tylko. Mamy też lekki i chwytliwy "bad bad bad", który momentami przypomina mi twórczość Scorpions.Survivor i Europe można doszukać się w lekkim i rockowym "heart of warrior". Całość wieńczy "Something to die for", który idealnie podsumowuje całe wydawnictwo. Tak to jest Temple Balls, który dał się nam poznać w roku 2016.

Fińska formacja dopiero buduje swoje imperium, ale już za sprawą swoich 3 albumów pokazał, że dobrze czują się w hard rockowej stylizacji. "Pyromide" to dojrzała płyta, która zawiera sporo hitów i oldschoolowego hard rocka. Płyta godna uwagi.

Ocena: 8/10
 

piątek, 16 kwietnia 2021

ICON OF SIN - Icon of sin (2021)


 Internet, a zwłaszcza Youtube ma w dzisiejszych czasach ogromną siłę. Nic dziwnego, że Raphael Mendes właśnie w taki sposób zyskał spore grono fanów i każdy czekał tylko na jakiś poważny jego debiut. Na Youtube dał się poznać jako jedna z wierniejszych kopii Bruce;a Dickinsona. Jego technika, styl i maniera, a przede wszystkim wysokie rejestry mocno przypomina czasy Bruce'a z ery przede wszystkim "Brave new World". Jego talent został zauważony i jego kariera nabiera rozpędu. Pojawił się na nowej płycie Marius Danielsena i Timo Tolkiego, ale to nie koniec. Największą ekscytację wzbudzał od samego początku band Icon Of Sin. Jego nazwisko uczyniło z miejsca debiut Icon of Sin jednym z najważniejszych debiutów roku 2021. Skoro mamy głos w stylu Bruce;a to było do przewidzenia, że brazylijska formacja Icon of Sin będzie grać muzykę w stylu Iron Maiden. Nie brakuje nawiązań do żelaznej dziewicy, ale potrafią też zaskoczyć.

Tak gwiazdą jest Raphael Mendes i tego nie da się ukryć. Cały czas analizuje się jego wokal i można przez długi czas być w szoku jak znakomicie śpiewa w stylu Dickinsona. Jest on wielkim wygranym mając taki talent i pozostaje tylko śledzić jego poczynania. Jednak Icon of Sin to zespół z prawdziwego zdarzenia i każdy z muzyków wiele wnosi do muzyki tej brazylijskiej formacji. Mateus i Sol tworzą ciekawy duet gitarowy i stawiają na klasyczne partie gitarowe, które nawiązują do brytyjskiej tradycji. Jest dużo NWOBHM, ale nie tylko. Dostajemy dobrze wyważony album metalowy, który na każdym kroku imponuje dopracowaniem. Okładka może nie zwiastuje petardy, ale nie dajcie się zwieść.

Płyta zawiera 13 kompozycji i każda z nich to uczta dla maniaków heavy metalu i starego dobrego Iron Maiden. Czy można lepiej otworzyć album od melodyjnego "Icon of Sin". Sam riff bardziej przypomina mi "Out in the fields" Garrego Moore;a, ale jest też energia i przebojowość żelaznej dziewicy. Co za hit! Dalej mamy rozpędzony "Road Rage", który jest utrzymany w tonacji heavy/speed metalowej i nie brakuje tutaj też odesłań do Judas Priest. W tym kawałku Raphael pokazuje w pełni moc swojego głosu. Płytę znakomicie promował "Shadow Dancer", który jest znakomitym hołdem dla wczesnego Iron Maiden, choć sam główny riff momentami też przypomina mi Helloween. Świetny początek, a to dopiero początek. Mocny riff i pazur dostajemy w "Unholy Battleground" i znów band błyszczy. Miło, że nie dostajemy totalnej kopii iron maiden i band zaskakuje nas na każdym kroku. Melodyjny "Night Breed" to ukłon w stronę bardziej hard rockowego grania i w takiej stylistyce Icon of Sin też znakomicie się odnajduje. Kolejne zaskoczenie budzi rozpędzony, powiedziałbym nawet nieco power metalowy "Virtual Empire". Co za moc i pazur! Hit goni za hitem i kolejny przebój to dynamiczny "Pandemic Euphoria". Dużo się dzieje w nieco progresywnym "Clouds over Gotham" i znów słychać echa Iron Maiden. Band znów przyspiesza w energicznym "The last samurai", który pokazuje ile potencjału jest w tej brazylijskiej formacji. "The howling" i "Survival Instact" to idealne podsumowanie tej znakomitej płyty i znów mamy kierunkowskaz na twórczość Iron Maiden.

Liczyłem na bardzo dobry album i kolejną kopię iron maiden, a jest jednak znacznie więcej. Debiut "Icon of sin" to płyta bardzo heavy metalowa i oddaje to co najlepsze w tym gatunku. Masa ciekawych riffów i przebojów, a do tego wisienka na torcie w postaci Raphaela, który jest jednym z najlepszych wokalistów młodego pokolenia. Czekam na kolejne dzieła tej grupy, a póki co pokuszę się o stwierdzenia, że to jedna z tych płyt, które mogą powalczyć o tytuł płyty roku.

Ocena: 9.5/10

środa, 14 kwietnia 2021

JOHAN KIHLBERG IMPERA - Spirit of alchemy (2021)

Johan Kihlberg to szwedzki gitarzysta, który dał się poznać jako utalentowany kompozytor, ale przede wszystkim gitarzysta. Ma on swój band Impera, który działa już 10 lat i jest to kapela, który przypadnie do gustu fanom muzyki z pogranicza heavy metalu i hard rocka. "Spirit of Alchemy" to już 6 album w ich dyskografii i jest to pozycja skierowana do maniaków muzyki z pogranicza Dokken, Kiss, Europe, Deep Purple, czy Motley Crue.

Nie tylko cieszy fakt, że dostajemy kawał porządnej i dojrzałej muzyki, ale też skład zespołu, który przyczynił się do stworzenia materiału na "Spirit of Alchemy". Mamy prawdziwą plejadę gwiazd. Na wokalu jest Johny Lindkvist, którego znamy z Nocturnal Rites. Idealnie sprawdza się on w mieszance heavy metalu i hard rocka. Jest też Lars Chriss z Lions Share, który wspiera Johana w sferze partii gitarowych. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania i nie ma tutaj chybionych pomysłów. Na basie jest John Leven z Europe, a Snowy Shaw na perkusji.  Muzycy utalentowani i bardzo doświadczenie, a to przedłożyło się na jakość nowej płyty. Muzyka jest urozmaicona i przemyca sporo chwytliwych hitów.

Johan zadbał o każdy detal płyty i tak o to mamy klimatyczną okładkę, czy soczyste brzmienie. Otwarcie płyty mocny i zadziornym "Nothing willl last", który imponuje podniosłością i heavy metalową motoryką.  Toporny riff i nieco mroczniejszy klimat to atuty "Read it and weep", z kolei "When souls collide" momentami przypomina Scorpions. Zadziorny "In heaven" w niektórych partiach gitarowych mocno nawiązuje do twórczości Lions Share. Coś z Accept słychać w nastrojowym "What will be will be"  i znów partie gitarowe czarują.

Mało znany jest band Johana Kihlberga, ale warto obczaić bo nowe dzieło pokazuje że jest to prawdziwa uczta dla fanów heavy metalu z elementami hard rocka. Nie brakuje chwytliwych melodii, przebojów, zadziorności i heavy metalowego pazura. Jednak nie ma się czemu dziwić, kiedy za materiał odpowiadają takie gwiazdy. Można brać w ciemno.

Ocena: 8/10


 

niedziela, 11 kwietnia 2021

SWEET OBLIVION - Relentless (2021)


 Geoff Tate to żyjąca legenda i jeden z tych najwspanialszych wokalistów metalowych. Mam jednak wrażenie, że od kiedy nie ma go już w Queensryche to nie potrafi znaleźć swojego miejsca. Wiele projektów muzycznych, ale w sumie nic stałego i nic na tyle ciekawego co by mocno zapadło w pamięci. Najnowsze wydawnictwo wydane pod szyldem Sweet Oblivion może nieco zmienić ten pogląd. Śmiało można rzec, że "Relentless", który ujrzał światło dzienne 9 kwietnia tego roku.

W zasadzie o muzyce wiele mówi sam skład, który tworzy ten międzynarodowy projekt muzyczny. Jasne jest gwiazda Geoff Tate, który kojarzony jest z progresywnym metalem i ostatnio też nieco komercyjną metalową operą Avantasia. To jest ważny składnik Sweet Oblivion, ale nie można zapomnieć o gitarzyście Lonobile i klawiszowcu Antonio Agate, których kojarzymy z muzyki Secret Sphere. Jest też perkusista Sunstorm Michele Sanna i basista Gigi Andreono. Tak więc mamy do czynienia z mieszanką melodyjnego metalu, hard rocka i progresywnego metalu. Brakuje może nieco mocy, heavy metalowego pazura, ale i tak "Relentless" dobrze wypada w kategoriach hard rocka czy melodyjnego metalu. W końcu płyta, która dobrze nastraja i bardziej zapada w pamięci niż ostatnie dzieła Geoff Tate'a i to jest spory plus. Nie wszystko jest pięknie i kolorowe, ale jest to płyta której warto poświęcić przysłowiowe 5 minut.

Kiedy odpalimy płytę, to dostajemy nastrojowy "Once again one sin", który przewrotnie jest jednym z mocniejszych kawałków na płycie. Jest lekkość, ale też sporo ciekawych zagrywek gitarowych. Solidny melodyjny metal o hard rockowym zabarwieniu. Nie powala na kolana, ale wpada w ucho. Hard rockowy "Strong Pressure" przypomina inny projekt frontiers records, a mianowicie Sunstorm. Też dobrze się słucha "Another Change", który momentami kojarzy mi się z Scorpions. W końcu też dostajemy bardziej przebojowy refren. Geoff Tate błyszczy w nastrojowym i nieco progresywnym "Wake up call". Pazur i nieco heavy metalowy wydźwięk dostajemy w "Remember me" czy w zamykającym "Fly eagle Fly".

Tak "Relentless" to solidna porcja melodyjnego metalu i hard rocka, ale to jeszcze nie jest płyta, która powala na kolana. Jednak duży plus za to, że Geoff Tate pojawia się w końcu na jakiejś ciekawiej płycie. Ja jednak chciałbym go usłyszeć w power metalowej stylizacji. Może kiedyś się doczekam?

Ocena: 6.5/10

sobota, 10 kwietnia 2021

BLAZE BAYLEY - War within me (2021)

Blaze Bayley to wokalista, który chyba już zawsze będzie oceniany przez pryzmat dokonań z iron maiden. Fakt to był jego złoty okres i z tamtego okresu pochodzą jego największe kompozycje, ale warto pamiętać że późniejsza kariera solowa pod szyldem przyniosła nam sporo równie udanych albumów. Moje ulubione dwa to przede wszystkim "The man who would not die" i "Promise and terror". Cała seria "Inifnite Entanglement" też łączyła to co najlepsze w muzyce Blaze Bayley z klimatem s-f. Minęła 3 lata od ostatniego dzieła i czas przyszedł na "War within me".

Nie powiem odstrasza mnie ta okładka. Kiczowata i jakaś taka bez pomysłu. Plus tylko za klimat s-f, który wydobywa się z niej. Obok Blaze mamy właściwie muzyków, którzy tworzą skład brytyjskiego Absolva. Mcnee i Schramm tworzą sekcję rytmiczną, a Christopher Appleton odpowiada za partie gitarowe. Ogólnie mam mieszane uczucia. Z jednej strony album na dłuższą metą jest nużący i szybko przemija, to jednak z drugiej strony jest gitarowo i można uświadczyć ciekawe riffy. Duży plus za oldschoolowy feeling i takie odczucie jakbyśmy sięgali po klasyczne rozwiązania NWOBHM. Nie brakuje momentów że na myśl przychodzi twórczość Iron Maiden czy Saxon. Blaze już nie ma takiej mocy w swoim głosie i też czuje tutaj spory niedosyt.

Oczywiście, że riff tytułowego "war within me" imponuje dynamiką, agresją i melodyjnością. Jest klasycznie, a zarazem nowocześnie.  Tak to jest killer i zachęca do dalszej podróży w głąb płyty. Wokal Blaze'a niestety nie wzbudza u mnie większych emocji. Szkoda. "303"  to znów świetna gra Christophera i chłop zasługuje na oklaski, bo jego gra jest naprawdę dobra i zapewnia sporo emocji. To kolejny killer na płycie i znów mamy odesłanie do najlepszych lat Blaze'a. Czy tylko ja tutaj słyszę hołd dla Iron Maiden? "Warrior"  zaczyna się klimatycznie i nastrojowo, ale dopiero potem mamy oldschoolowy feeling. Brzmi to jak stary, dobry NWOBHM i na takie granie zawsze jest popyt. Stonowany i spokojniejszy "Pull yourself up" jest taki bardziej hard rockowy i bardziej w klimatach Absolva. To pierwszy zgrzyt na tej płycie, bo jest jakoś tak nieco nudnawo. Wracamy do melodyjnego heavy metalu w "Witches Night" i znów mocny riff i świetna gra Christophera, ale wokale Blaze'a nie wzbudzają emocji i sam refren też jakoś nie wpada w ucho. Prosty i uroczy riff w "18 flights" też potrafi zauroczyć, ale też brakuje mi nieco ciekawszego refrenu. Jest to jakoś uproszczone i bez ikry. Dużo iron maiden również dostajemy w pomysłowy "The power of Nikola Tesla" i znów świetne zaplecze gitarowe i sekcji rytmicznej, ale brakuje nieco mocniejszego głosu ze strony blaze'a. Jednak to jest jeden z mocniejszych utworów na płycie. Całość wieńczy nastrojowa ballada "Every storm ends", która nie wiele wnosi do płyty.

Oj mam mieszane odczucia co do nowego albumu byłego wokalisty Iron Maiden. Na pochwałę zasługują instrumentaliści, zwłaszcza gitarzysta Christopher. Dobrze czuje klimaty Blaze;a, NWOBHM i taki klasyczny heavy metal. Nie brakuje pazura, chwytliwych melodii, ale jakoś nie wiele zapada w pamięci. Refreny czasami są jakby bez polotu i tej przebojowości, która była na wcześniejszych płytach. Nie jest to ta sama liga co "The man who would not die", ale to wciąż granie, które zasługuje na uwagę. Płyta solidna, utrzymana w stylu Blaze'a, ale ja osobiście czuje spory niedosyt. Oceńcie sami.

Ocena: 7.5/10
 

SCREAMACHINE -Screamachine (2021)

Frontiers Records bardziej kojarzy się z hard rockowymi wydawnictwami, ale debiut ScreaMachine to dowód na to, że można też trafić na wartościowe albumy z kręgu heavy/power metalu. Band powstał w 2017r i to zasługa gitarzysty Alexa Mele, którego dobrze znamy z Kaledon. Skład tworzą znani i doświadczenie muzycy, a to w efekcie dało wysokiej klasy album z klasycznym heavy metalem.

W muzyce ScreaMachine słychać sporo patentów wyjętych z dokonań Judas Priest, Accept, Grave Digger, czy Primal Fear. O potędze tej płyty decyduje utalentowany wokalista Valerio Caricchio, który momentami przypomina Ralfa Scheepersa,czy Tima Rippera Owensa. Dużo ostrych riffów i klasycznych rozwiązań dostarcza nam duet gitarowy Alexa i Paolo. Trzeba przyznać, że panowie pokazują się z jak najlepszej strony i cały czas się coś dzieje. Nie ma miejsce na nudę i tak naprawdę każda melodia czaruje swoją chwytliwością. Band zadbał o przebojowy aspekt, przez co materiał jest niezwykle atrakcyjny. Dobrze, że Screamachine nie kombinuje i stawia na proste i sprawdzone patenty, które zadowolą nawet najbardziej wybrednych słuchaczy.

Płytę otwiera prosty i zadziorny "Demondome". Nie ma to jak rasowy heavy metal oparty na mocnym riffie. Dalej znajdziemy agresywny i bardziej judasowy "The motel monster" i już wiadomo że szykuje się uczta dla fanów heavy metalu. Na krążku jest pełno hitów i jednym z nich jest "The human God", w który też roi się od patentów judas priest czy accept. Więcej odesłań do ekipy Accept dostajemy w topornym "Darksteel", czy "Mistress of disaster". Płyta wciąga i sprawia sporo frajdy podczas słuchania i bardzo szybko przypadł mi do gustu niezwykle melodyjny "Silver Fever". Hołd dla Accept czy judas Priest dostajemy w zamykającym "Scream Machine" i to idealne podsumowanie tego krążka.

To nie jest kopia twórczości Kaledon, a po prostu wizja Alexa Mele na temat klasycznego metalu i ta wizja bardzo mi się podoba. Debiut Screamachine to kopalnia hitów i mocnych riffów. To trzeba po prostu usłyszeć.

Ocena: 8/10
 

środa, 7 kwietnia 2021

FROZEN CROWN - Winterbane (2021)


 Czas sprawdzić czy włoski Frozen crown swoim nowym albumem zatytułowanym "Winterbane" potwierdza swoje umiejętności i talent do grania heavy/power metalu. Dwa poprzednie albumy to kwintesencja heavy/power metalu z wyraźnymi wpływami Unleash the archers, Dragonforce, Gamma ray, Blind Guardian czy Helloween. Band już pokazał nam że ma smykałkę do grania takiej muzyki i dość łatwo przychodzi im tworzenie hitów. W tej kapeli rządzi gitarzysta Federico Mondelli i utalentowana wokalista Giada Etro. "Winterbane" nic nie zmienia w tej kwestii, a tylko potwierdza że Frozen Crown to nie jakiś sezonowy band, który nagrał dwa świetne albumy. Znów dostajemy wysokiej klasy album power metalowy.

Choć muzycznie nie ma zmian i niespodzianek, to jednak skład zespołu uległ zmianie. Pojawia się nowa sekcja rytmiczna i Fabiola Bellomo w roli gitarzystki, która wspiera Federico. Razem stworzyli zgrany duet i jest między nimi chemia, co przedkłada się na jakość płyty. Jest przebojowo, melodyjnie i bardzo power metalowo. Słychać nawiązania do klasycznych płyt, ale jest też nutka nowoczesności co słychać w zadziornym brzmieniu. Band znalazł znakomity balans między klasyką a nowoczesnym wydźwiękiem. Jak zwykle czaruje nas swoim głosem Giada i jej głos idealnie współgra z zawartością i to za jej sprawą wiemy że to Frozen Crown anie jakiś inny band.

"Winterbane" to 10 urozmaiconych kompozycji, które zabierają nas w świat heavy/power metalu. Zaczyna od ostrego, niezwykle agresywnego "Embrace the Night", który brzmi troszkę jak mieszanka Primal Fear, Nightwish czy Helloween. Mocny riff i nowoczesny charakter sprawiają że już na dzień dobry dostajemy prawdziwy killer. Prosty i niezwykle melodyjny "Towards the Sun" to utwór, który momentami przypomina dokonania Gamma Ray czy Bloodbound, więc znów Frozen Crown sięga po klasykę. Ciarki przechodzą mnie w rozpędzonym "Far Beyond" i tutaj band stawia na szybkość i agresję. Słychać inspirację Dragonforce i to żadna ujma dla Włochów. Marszowy i bardziej heavy metalowy "The lone stranger" momentami przypomina nasz rodzimy Crystal Viper. Wystarczy posłuchać głównego motywu, żeby zrozumieć o czym mowa. Kolejny hicior na płycie to "The wanter dancer" czy "Angels in disguise", które momentami ocierają się o twórczość Stratovarius. Jestem też w szoku jak band dobrze poradził sobie z klasykiem judas priest czyli "Night Crawler". Całość wieńczy epicki i rozbudowany "Blood on the snow".

Frozen Crown nowym albumem potwierdza że ma pomysł na siebie i potrafi tworzyć wysokiej klasy materiał, który zadowoli nawet tych najbardziej wymagających słuchaczy."Winterbane" to kolejny mocny album w ich dyskografii. Każdy fan power metalu musi znać to dzieło!

Ocena: 8.5/10

wtorek, 6 kwietnia 2021

SLABBER - Apocryphal diary (2021)

Włoski Slabber powstał w 2015r na gruzach power metalowego Rapid Fire. "Apocryphal Diary" to debiutancki krążek tej formacji, który ukazał się 26 marca nakładem wytwórni Punishment 18. Tym razem muzycy skupiają się na graniu rasowego, zadziornego heavy metalu.

Marco Poliani to gitarzysta, który napędza ten band i to on odpowiada za mocne riffy i dużą dawkę przebojowości.Może nie ma w tym elementu zaskoczenia, ani też nic nowego, ale jest kilka godnych uwagi momentów.  Jest jeszcze utalentowany Alessandro Bottin, który nadaje całości zadziorności i heavy metalowego pazura.

Płytę otwiera zadziorny "Time of Boredom", który przemyca troszkę patentów progresywnych i troszkę klasycznego metalu. Band przyspiesza w rozpędzonym "Insane attack" i to wciąż naprawdę solidne granie i dobrze się tego słucha. Taki "Evil to pay" momentami przypomina iron maiden i to akurat sporo zaleta.  Dalej znajdziemy hard rockowy "Dirty hands", który nie wiele wnosi do całej płyty.  Ciekawszy wydaje się instrumentalny "Mashup". Całość wieńczy zadziorny i melodyjny "Condemned to live".

Slabber to solidna kapela, która potrafi grać metal ale brakuje emocji i ciekawych pomysłów.  Dostajemy wtórne riffy i mało atrakcyjne melodie. To płyta na raz, ale kto wie może jeszcze kiedyś o nich usłyszymy?

Ocena:5.5/10
 

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

NECRONOMICON - The final chapter (2021)


 "The final chapter" to już 10 pozycja w dyskografii niemieckiej formacji Necronomicon. To jeden z tych zespołów, które od lat 80 współtworzy niemiecką scenę thrash metalową. Nic dziwnego, że ich stylistyka przypomina Destruction, Sodom czy Kreator. Necronomicon działa od 1984 r i choć lata lecą to band wciąż brzmi świeżo i dostarcza ostry i oldschoolowy thrash metal. Tak też jest z nowym krążkiem.

Zespół przeszedł przetasowanie w 2019r kiedy to kapelę zasilił gitarzysta Glen Shannon, a także perkusista Rik Charron. Jednak to wokalista i gitarzysta Freddy napędza ten zespół i stanowi o jego drapieżności. Jego wokal jest zadziorny i wciąż zachwyca. Kapela nie odkrywa niczego nowego, ani też niczym specjalnym nie zaskakuje. Jednak każdy kto szuka mocne, zadziornego, agresywnego i old schoolowego thrash metalu ten powinien sięgnąć po nowy album Necronomicon.

Materiał kryje sporo killerów i jeden z nich to prosty i niezwykle przebojowy "I am the violence", który przypomina twórczość Destrcution. Riff jest jednym z mocniejszych momentów na płycie. Tytułowy "the final chapter" to kwintesencja niemieckiego thrash metalu. Jest pazur i toporność. Dużo technicznego thrash metalu dostajemy w melodyjnym "wall of pain" i band imponuje formą i dbałością o detale. Dobrze wypada też nieco heavy metalowy "spilling blood".  W podobnej stylizacji utrzymany jest "World on fire" czy "the unnarmed", które momentami przypominają dokonania judas priest.

Necronomicon wciąż ma się dobrze i dostarcza solidny niemiecki thrash metal. Znajdziemy tu mocne riffy, zadziorny wokal Freddiego i kilka killerów, które potrafią wbić w fotel. Każdy kto lubi muzykę w stylu Destruction czy Kreator ten powinien posłuchać "The final chapter".

Ocena: 7.5/10

STRANGER VISION - Poetica (2021)


 Stranger Vision to kolejny włoski band, który w tym roku ma okazję zaprezentować się światu za sprawą swojego pierwszego albumu. To specjalista od wszelako rozumianego melodyjnego metalu, w którym znajdziemy echa progresywnego metalu, hard rocka czy power metalu.  Ich debiutancki krążek zatytułowany "Poetica" ukazał się 26 marca tego roku nakładem Pride & joy music. Nie dajcie się zwieźć słodkiej okładce, bowiem za nią kryje się naprawdę wartościowy materiał, który zasługuję na uwagę każdego kto gustuje w melodyjnym metalu.

warto wiedzieć, że ta włoska formacja powstała w 2019r z inicjatywy gitarzysty Riccardo Toniego i wokalisty Ivana Adami. Ogrywają oni znaczącą rolę w muzyce Stranger Visions. Nadają całości odpowiedniego klimatu i melodyjności. Z kolei klawiszowiec Gabriele Sarti buduje napięcie i podniosłość. Słychać, że zespół dobrze funkcjonuje i znakomicie odnajduje się w melodyjnym metalu. Na płycie znajdziemy sporo pomysłowych riffów i dużą dawkę przebojowości. Głos Ivana nadaję drapieżności całej płycie i jego wokal zapada w pamięci.

W zasadzie płycie można wytknąć pewne niedociągnięcia i zbyt długi materiał, ale to w niczym nie przeszkadza. Band już na początku płyty w utworze "Gates of Tommorow" dostajemy niezłą porcję melodyjnego metalu i power metalu. Pomysłowy riff dostajemy w"Human Change", który przemyca też patenty progresywne. Nie do końca mnie przekonują takie rockowe kompozycje jak "Memories of You". Za dużo w tym komercji i popowego zacięcia. Kolejny killer na płycie "Rage", który znakomicie przypomina stylistykę Stratovarius. Mocna rzecz! Warto też wspomnieć o zadziornym i agresywnym "Hero of the new world".

"Poetica" to solidna porcja melodyjnego metalu i jedynie czego mi tutaj brakuje to nieco mocniejszego kopa, troszkę większej zadziorności. Sam materiał też troszkę za długi i momentami za dużo komercyjności. Stranger Vision pokazuje na debiucie że mają pomysł na siebie i zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Ocena: 6.5/10

niedziela, 4 kwietnia 2021

DRAKKAR - Chaos Lord (2021)

 

Milczenie postanowił przerwać włoski Drakkar i po 6 latach przyszedł czas wydać 6 album zatytułowany "Chaos lord". Płytę wydano 26 marca 2021 za sprawą wytwórni punishment 18 i jest to kolejny udany album w ich dyskografii. Co ciekawe nowy album został nagrany w innym składzie i znajdziemy tutaj heavy/power metal, który zabiera nas nie w rejony Włoch, a Niemiec. To jest miła niespodzianka.

W składzie pojawiły się nowi muzycy, którzy wnieśli sporo świeżości do muzyki. Jest nowa sekcja rytmiczna i Marco Rusconi w roli drugiego wioślarza. Panowie sprawdzają się w Drakkar i wciąż trzymamy się stylistyki heavy/power metalu. Tym razem dostajemy sporo elementów Wizard, Grave Digger czy Running wild. Ogólnie Marco i Dario wykreowali ciekawy duet gitarowy i cały czas się coś dzieje. Nie przeszkadza mi, że dostajemy tutaj spore ilości niemieckiego metalu.

Pazur i klimaty Mystic Prophecy czy Wizard dostajemy w zadziornym "Lord of a dying race" , który w pełni oddaje piękno niemieckiej sceny heavy/power metalowej. Płyta jest wypchana hitami i jeden z nich to rozpędzony "Horns up". Echa Wizard znów mamy w bojowym i nieco rycerskim "Through the horsehead Nebula". Elementy Running wild z okresu "Death or glory" można wyłapać w marszowym "And he will rise again". Bardzo udany hołd dla twórczości Kasperka. Jest też power metalowy killer w postaci "Firebird".

Drakkar zrobił swoje i znów nagrał bardzo udany album, który każdy fan heavy/power metalu musi znać. Mamy zmiany składu, sporo nawiązań do niemieckiej sceny, ale to wciąż stary dobry Drakkar, który poznałem kilka lat temu. Mam nadzieję, że następna płyta ukaże się znacznie szybciej.

Ocena: 8/10

EVILE - Hell unleashed (2021)


 Oj długo kazał nam czekać brytyjski Evile na nowy album. 30 kwietnia ukaże się długo wyczekiwany "hell Unleashed" nakładem wytwórni Napalm Records. Od premiery "Skull" minęło 8 lat i wciąż band gra wysokiej klasy thrash metal. Co ciekawe Evile zawsze przypominał mi twórczość Metaliki, ale nowy materiał bliższy jest do Slayer, Warbringer, czy Testament.

Nowy album został zarejestrowany w innym składzie niż ostatnie płyty. Gitarzysta Ol Drake dodatkowo objął funkcję wokalisty i jego wokal jest brutalny. Jednak mam wrażenie, że bardziej pasowałby do death metalu. Drugim gitarzystą został Adam Smith, który dołączył do zespołu w 2020r. Ciekawa okładka i ostre niczym brzytwa brzmienie to atuty, które są dowodem że band ciężko pracował nad płytą. Jednak nie wszystko mi pasuje w materiale.

Taki "Zombie Apocalypse" jest brutalny, ale też nieco chaotyczny i swoją stylistyką bardziej wpisuje się w kategorię death metalu. Porcję soczystego thrash metalu w klimatach Slayer dostajemy w otwierającym "Paralysed", który jest jednym z mocniejszych utworów na płycie. Dobrze wypada też rozpędzony "Gore", choć cały czas nie do końca mnie przekonuje wokal Drake'a. Sporo technicznego thrash metalu w "War of Atrittion" i słychać echa takiego Warbringer. W urozmaiconym "Disorder", w którym band kładzie nacisk na chwytliwe melodie. Wszystko dobrze brzmi, ale to pełnej ekscytacji też troszkę mi brakuje. Całość wieńczy killer "Hell Unleashed", który pokazuje że Evile ma się dobrze i tym razem gra thrash metal bardziej w klimatach slayer.

Najlepsza płyta thrash metalowa tego roku? No nie do końca, bo są pewne nie dociągnięcia i nieco death metalowy wokal Ol Drake'a , który nie pasuje mi do całej stylistyki Evile. Na pewno jest to płyta solidna i warta uwagi, ale do ideału troszkę brakuje.

Ocena: 8/10

sobota, 3 kwietnia 2021

MAVERICK - Ethereality (2021)

"Ethereality" to już 4 album Irlandzkiej formacji Maverick, która gra mieszankę heavy metalu i hard rocka. Obrali sobie za cel granie prostej chwytliwej muzyki, która opiera się na filozofii opracowanej przez takie kapele jak kissin Dynamite, Skid Row, Temple Balls czy właśnie Def Leppard.  Kapela powstała w 2012r z inicjatywy braci Balfour i przez ten cały czas gra naprawdę wartościowy hard rock.

Bracia Belfour odgrywają ważną rolę w zespole. David Balfour odpowiada za partie wokalne i nadaje całości klimatu lat 80 i hard rockowego pazura. Z kolei Ryan Balfour razem Ricem Cardwellem odpowiadają za warstwę gitarową. To właśnie oni stawiają na klasyczne rozwiązania i proste, chwytliwe motywy. Nie ma tutaj miejsca na nudę i band pokazuje się z jak najlepszej strony. Ciekawy materiał, soczyste brzmienie i klimatyczna okładka. Czy to może się nie udać?

Heavy metalowy "Falling" rozwiewa wątpliwości i pokazuje, że czeka nas naprawdę ciekawy i przebojowy materiał. Dużo hard rockowego grania dostajemy w stonowanym "Thirst". Jest może nieco młodzieżowo i nieco komercyjnie, ale dobrze się tego słucha. Kolejny udany hicior na płycie to rytmiczny "Never", który przypomina twórczość Skid Row, czy Dokken. Płytę promował niezwykle chwytliwy i taki nieco koncertowy "Switchblade Sister" i to się nazywa porządny, nowoczesny hard rock.  Band się nie zatrzymuje i "Angels 6"  szybko wpada w ucho, choć znów jest lekko i przyjemnie. Więcej heavy metalowego pazura dostajemy w "Dying Star" i brzmi to po prostu genialnie. Słychać echa lat 80. Całość wieńczy znów stonowany i hard rockowy "Ares" i pokazuje jaki potencjał drzemie w Maverick.

Lata lecą, a Maverick wciąż ma się dobrze i najnowsze dzieło pokazuje, że trzeba się z nimi liczyć na rynku muzyki hard rockowej. Jest pazur, jest przebojowo i zróżnicowany materiał. Płyta godna uwagi!

Ocena: 8/10
 

AETHEREA - Through infinite dimensions (2021)

Aetherea to brazylijski band, który gra symfoniczny power metal. Kapela przyjęła tą nazwę w 2009r i tak funkcjonuje po dzień dzisiejszy. Warto wiedzieć, że w tym roku Aetherea wydała debiutancki album "Through infinite dimensions". Niestety jest to znów przykład płyty, gdzie muzycznie jest ciekawie, ale nieciekawy wokal może wszystko popsuć.

Przyznam się, że mam problem z tą płytą. Od strony instrumentalnej dostajemy soczyste, nowoczesne brzmienie i stylistykę, która momentami przypomina Kamelot czy Epica. Jest pomysł na ten symfoniczny power metal. Gra Fabio Matosa wciąga i jest pełna drapieżności i ciekawych motywów. Dzieje się w tej sferze i sam materiał byłby ciekawszy, gdyby nie właśnie nijaki, nieco komercyjny głos wokalistki Jessiki Sirus. Jakoś nie pasuje mi do tego co gra zespół.

Już na początku płyty dostajemy progresywny "Weekend Prophets", który przemyca zadziorne partie gitarowe i sporą dawką power metalu. Szkoda tylko że wokal irytuje i zniechęca do słuchania. Echa Epica pojawiają się w podniosłym i zadziornym "Memories". Tutaj dopiero można stwierdzić, że wokal Jessiki sprawdza się. Podniosły i rozbudowany "Beyond hell" też potrafi oczarować swoimi aranżacjami i agresją. To kolejna perełka na płycie. Kapela wie też jak grać agresywny i melodyjny power metal co potwierdza w klimatycznym " look into my eyes". Dużo dzieje się w progresywnym "Those Eyes" i tutaj też wokalistka pokazuje się z lepszej strony.

Debiut brazylijskiego Aetherea jest udany i mimo pewnych niedociągnięć czy specyficznego głosu pani Sirus zasługuje na uwagę. To nowocześnie zagrany symfoniczny power metal z progresywnym zacięciem. Na płycie dzieje się dużo i można znaleźć kilka ciekawych motywów. Zobaczymy jak potoczą się losy tej formacji. Póki co warto dać im szansę.

Ocena: 6/10
 

piątek, 2 kwietnia 2021

PRIMITAI - Violence of the Skies (2021)


 Brytyjski band o nazwie Primitai potrafi zaskoczyć swoich fanów i nie trzyma się kurczowo jednego gatunku. W ich muzyce znajdziemy power metal, progresywny metal, nieco hard rocka, czasami pojawiają się elementy thrash metalowe, a wszystko podane w nowoczesnym opakowaniu. Tak więc najnowsze dzieło "violence of the skies" jest skierowane do tych wszystkich, którzy mają otwarty umysł i cenią sobie wszelkiego rodzaju melodyjny metal.

Styl tej grupy opiera się na złożonych i dopracowanych partiach gitarowych duetu Bilic/ Giron. Panowie nie idą na łatwiznę i stawiają na pomysłowe rozwiązania i dużą dawkę melodyjności. Jednak nie jest to też materiał, który jest łatwy w odbiorze. Kluczową rolę odgrywa też wokalista Guy Miller.  Jego głos idealnie pasuje do takiego grania i wnosi je na zupełnie inny poziom.

Zawartość jest urozmaicona i kryje wiele miłych niespodzianek, tylko można by nieco skrócić sam materiał o parę minut. Podoba mi się otwarcie płyty dynamicznym i przebojowym "Stars are my guide", który przemyca sporo elementów power metalu. Klasycznie brzmi prosty i energiczny "The uprising" to kolejny przebój na płycie. Tym razem jest to udany miks heavy/power metalu i hard rocka. Band potrafi oczarować niesamowitym klimatem, co potwierdza progresywny "Valley of Darkness". Paul Quinn z Saxon pojawia się gościnnie w "Put to the sword" i można tutaj poczuć wpływy starego dobrego Saxon. W sumie każdy utwór potrafi zaciekawić słuchacza i nie ma tutaj miejsca na nudę.

Primitai znów nagrał bardzo dojrzały album, który pokazuje że można w dzisiejszych czasach nagrać przemyślany i pomysłowy album, który zaskakuje formułą i aranżacjami. Kto lubi mieszankę power metalu, progresywnego metalu i hard rocka ten powinien zapoznać się z "Violence of the skies".

Ocena: 8/10

JOSE RUBIO'S NOVA ERA - The Curse (2021)


 Jose Rubio to nie jest na pewno człowiek znikąd. To utalentowany hiszpański gitarzysta, który fanom heavy/power metal dał się poznać jako gitarzysta takich kapel jak Dogma, czy Warcry. Obecnie spełnia się w swoim zespole Jose Rubio's Nova Era. W końcu po 7 latach band powraca z nowym albumem zatytułowanym "The curse" i jest to pozycja obowiązkowa dla fanów heavy/power metal.

Nova Era to może nie jest jakaś mega rozpoznawalna gwiazda w kategorii heavy/power metal, ale band może się pochwalić naprawdę pomysłowymi riffami i wciągającymi melodiami. Tutaj gwiazdą jest oczywiście utalentowany Jose, który potrafi czarować swoim instrumentem. Jednak ja jestem w szoku jeśli chodzi o wokal Frana Vazqueza. Jest pazur, jest agresja w jego głosie i niezwykła technika. Słychać inspiracje choćby Timem Ripperem Owensem i dobrze to słychać w otwierającym "Born to die". Stylistyka przypomina taki Attacker, Metal Church czy Nightmare, ale każdy pewnie wychwyci jeszcze jakieś inne znane zespoły, bowiem band nie kryje swoich inspiracji.  Partie klawiszowe, które wykreował Francisco. Dzięki niemu kawałki nabierają swobody i lekkości. Każdy z kawałków można określić mianem przeboju i dobrze to słychać w takim "Slaves". Band potrafi też wtrącić elementy hard rocka, co potwierdza lekki i marszowy "First love". Płytę promował agresywny i zarazem nieco progresywny "Run for Your nie dłużej i ten kawałek w pełni oddaje styl kapeli. Kolejny killer na płycie to power metalowy "Break the rules". Całość wieńczy rozpędzony i niezwykle energiczny "The curse", który jest znów mieszanką progresywnego metalu i power metalu.

Nikt pewnie nie liczył, że dostaniemy tak dobrze wyważony album od hiszpańskiego Nova era, który działa od 2011r. Ta kapela długo kazała czekać na nowe wydawnictwo, ale warto było. Dostajemy świetnie wyważony krążek między progresywnym metalem i power metalu.

Ocena : 8/10