Strony

sobota, 26 grudnia 2020

PODSUMOWANIE ROKU 2020

 Podsumowanie Roku 2020


W wielkimi krokami zbliża się koniec roku 2020. To dobry czas, żeby podsumować to co się działo w tym roku. Dla wielu z nas to był dziwny rok i zostanie w pamięci przede wszystkim jako rok, w którym królowała pandemia korona-wirusa. Jednak mimo tego trudnego czasu uzbierało się sporo ciekawych wydawnictw, które pokazały że zespoły nie poddały się i potrafi też znaleźć w sobie siły żeby przetrwać ten ciężki czas, w którym nie ma miejsca na koncerty i spotkania z fanami. Powiem Wam, że kiedy pojawiały się pierwsze płyty roku 2020 to byłem zniesmaczony, wręcz zawiedziony. Sporo znanych mi kapel nagrywało płyty słabe. Mam tutaj na myśli choćby Almanac, Demons and Wizards, czy Ross The Bossa. Kocham te zespołu, jednak nowe wydawnictwa mnie rozczarowały. Jednak z każdym miesiącem przybywało co raz to więcej nowych płyt, które potrafiły oczarować. Pojawiło się sporo nowych zespołów, które oczarowały swoją pomysłowością i miłością do danego gatunku, który prezentują. Nie brakowało interesujących płyt za równo w hard rocku, power metalu czy thrash metalu. Mam wrażenie, że to właśnie thrash metal zdominował ten rok, jeśli chodzi o płytę prezentujących wysoki poziom. Większość płyt z tego gatunku po prostu rzuca na kolana. Tyle tego wszystkiego się nagromadziło, że pierwszy raz miałem taki problem stworzyć listę tych najlepszych płyt, które rzuciły na kolana, które definiują dany gatunek i które zostają na długo w pamięci. Dużo płyt zasłużyło na obecność w tym zestawieniu, ale wybrałem te które mnie osobiście najbardziej zaskoczyły.

1. Lords of Black - alchemy of souls part 1


Oj było niezłe zamieszanie w obozie Lords of Black. Odszedł Ronnie Romero, ale w końcu wrócił do zespołu i to z nim ukazał się "Alchemy of souls part 1". Panowie nagrali swój najlepszy i tutaj jest wszystko. Jest pazur, szybkość, pomysłowość i przebojowość. Ronnie pokazuje po raz kolejny, że jest wokalistą klasy światowej. W tym roku błyszczał również w hard rockowym vandenberg i The ferryman. Obie płyty warto obczaić. Lords of Black od kilku lat imponuje swoim geniuszem i chyba nikogo nie powinno dziwić ich obecność na pierwszym miejscu.

http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/11/lords-of-black-alchemy-of-souls-part-1.html


2. Sacred Outcry - Damned for all Time


Jeden z najlepszych debiutów tego roku. Biłem się z myślami odnośnie ulokowania tego albumu na pierwszym miejscu. To jest prawdziwa perełka. Band tutaj tworzy niesamowity, pełen patosu i epickości klimat. Coś niesamowitego i cały czas słuchacz ma ciarki na plecach. Ten band to nie tylko uzdolnieni muzycy, którzy wiedzą jak grać wysokiej klasy epicki heavy/power metalu. Jest tutaj czarodziej w postaci Yannisa Papadopoulosa, który zaliczany jest do najlepszych wokalistów na rynku. Nic dziwnego, bo to prawdziwa bestia. Piękna płyta z emocjami, która na długo zostaje w pamięci.

http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/09/sacred-outcry-damned-for-all-time-2020.html

3. Cristiano Fillippini's Flames of Heaven - The force Wtihin


Płyta, która ukazała się w listopadzie. To kolejny genialny debiut roku 2020 i kolejna płyta, która zasługuje na pierwsze miejsce w topie. Jedni powiedzą, że to jakiś pop metal i muzyka dla chłopczyków, ale będę bronił tego wydawnictwa. Cristiano Filippinis zdefiniował na nowo symfoniczny power metal. Ta płyta wbija w fotel i to od pierwszych dźwięków i to nie za sprawą agresji, ale wciągających melodii i magicznego klimatu. Włosi potrafią tworzyć prawdziwy symfoniczny power metal i to taki najwyższych lotów. Majstersztyk !

http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/11/cristiano-filippinis-flames-of-heaven.html

4. Persuader - Necromancy


Dopiero 4 miejsce? Oj nie, bowiem Persuader stawiam na równi z tymi powyższymi perełkami. W tym topie akurat Persuader jest przedstawicielem rasowego, brutalnego, dynamicznego power metalu. Panowie kontynuują starą szkołę Blind Guardian z pierwszych płyt, ale tym razem dają sporo od siebie. Płyta, która łączy to co najlepsze w "When eden burns" i " evolution purgatory". Persuader od lat zaliczam do moich ulubionych zespołów i tu nic się nie zmienia. Mogę im zarzucić jedynie to, że tak długo trzeba czekać na ich nowe wydawnictwa.


http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/12/persuader-necromancy-2020.html




5. Warfect - spectre of devestation




Jak wspomniałem wcześniej, rok 2020 zdominowały thrash metalowy petardą. Czy okładka Andre Marschalla zdobiła kiedyś jakiś słaby album? Ja takowego nie pamiętam. W tym wypadku zdobi najnowsze dzieło szwedzkiego Warfect. To rasowy thrash metal, który oddaje to co najlepsze w tym gatunku. Fani Kreator, czy Slayer będą tutaj w siódmym niebie. Thrash metalowa uczta!

http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/11/warfect-spectre-of-devastation-2020.html


6. Dynazty - The Dark Delight



Znów Szwedzki zespół w moim Topie. Tym razem jest to fenomenalny Dynazty, który jak mało kto potrafi wymieszać patenty melodyjnego metalu, power metalu i hard rocka. Lata lecą, a oni wcią zachwycają swoją pomysłowością i świeżym spojrzeniem na owy gatunek melodyjnego metalu. Ich przebojowość nie raz przypomina mi o twórczości Abba, ale to żadna ujma dla zespołu. Mistrzowie w swoim fachu.

http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/04/dynazty-dark-delight-2020.html



7. The lightbringer of Sweeden - Rise of Beast



I znów płyta, która zasługuje na 1 miejsce. Debiut w kategorii power metalu i to jaki. Herbie Langhans przynióśł ze sobą moc i pazur z Sinbreed i właśnie taki ładunek energii tutaj znajdziemy. Płyta w najlepszy sposób definiuje power metal i to w takim wydaniu jaki kocham. Band pokazuje, że można czerpać z najlepszych, a przytym być bardzo oryginalnym i świeżym. Kopalnia hitów i killerów! Płyta, którą można wychwalać pod niebiosa!


http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/07/the-lightbringer-of-sweden-rise-of.html



8. Sorcerer - Lamenting of the innocent




Nie robię tego specjalnie, ale znów płyta ze Szwecji. Tym razem płyta, która pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie dość, że sam band Sorcerer nie był mi szerzej znany, to w dodatku obracają się w gatunku muzycznym, który nie jest mi tak bliski. Band gra klimatyczny, epicki doom metal z domieszką heavy metalu. No nie brakuje tutaj elementów Black Sabbath z czasów Tony Martina. Niezwykła płyta, która od samego początku rzuca na kolana. Oj dzieje się tutaj i za każdym razem można coś pieknego odkryć w tej płycie.

http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/05/sorcerer-lamenting-of-innocent-2020.html


9. Biowarfare - Wiping out Human Race


Kolejny thrash metalowa nieszpodzianka roku 2020. Jest agresywnie, szybko i bardzo klasycznie. Band gra w starym stylu i słychać tutaj szkołę choćby kreator, ale mamy też echa Running wild, co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło. Debiut z Wenezueli i to jaki.

http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/12/biowarfare-wiping-out-human-race-2020.html


10. Exarsis - Sentenced to Life


Nowe dzieło greckiej formacji Exarsis to frajda nie tylko dla fanów thrash metalu. Jest tutaj sporo elementów heavy/speed metalu co mnie osobiście bardzo cieszy. Płyta imponuje energią i wciągającymi solówkami. Oj dużo się tutaj dzieje i muszę przyznać, że płyta bardzo mnie pozytywnie zaskoczyła. Co za emocje !

http://powermetal-warrior.blogspot.com/2020/12/exarsis-sentenced-to-life-2020.html




11.Firewind - Firewind
12. Glory Force - the restoration of erathia
13. Damnation Angels - Fiber of our being
14. Cloven Hoof - age of steel
15.Death Dealer - Conquered lands
16. Battalion - Bleeding till death
17. Sodom - Genesis XIX
18. Chainbreaker - Relentless Night
19.Primal Fear - Metal commando
20. Jet Jaguar - Endless Night

21.Grave Digger - Fields of Blood
22. Mystic Prophecy - Metal Division
23. Divine Weep - The omega Man
24.Kenziner - Phoenix
25.Heiligen - Shadows in the church
26.Iron Mask - Master of masters
27. Terra Atlantica - age of steam
28. Dangerous Project - Cosmic vision
29. Wildness - Ultimate demise
30.Ignition - call of the sirens

I tak w sumie można byłoby ciągnąć i ciągnąc, bowiem jest jeszcze naprawdę sporo płyt, z których można stworzyć zupełnie inny równie udany top 10. To był świetny rok pod względem muzyki i z każdego gatunku pojawiły się świetne płyty. Czy hard rock, czy thrash metal, czy właśnie power metal. Niektóre kapele powróciły po latach i niektóre były naprawdę udane. Wystarczy wspomnieć choćby równie świetny Cirith Ungol. Ac/Dc też powrócił po długiej przerwie czy moja ukochana Budka Suflera, która swoim nowym albumem skradli moje serce. To równie specjalna płyta, którą zaliczam do najlepszych płyt tego roku, ale to już materiał na inny top, może nieco w innych kategoriach. Wierzę, że i Wam udało się stworzyć własny top 10, że macie swoje ulubione płyty do których wracacie. Jeśli macie czas i chęć podzielcie się nimi. Może jednak gdzieś w natłoku różnych płyt pominąłem jakieś perełki? Wszystko możliwe! Oby następny rok był równie udany!

Tak ja czekam na te płyty, na które tak czekałem w tym roku. Chodzi mi choćby o nowy Helloween, Running Wild, King Diamond czy Scorpions.  Teraz dochodzi choćby Crystal Viper, Accept czy Wizard.

piątek, 25 grudnia 2020

FALCAR - I am your Destiny (2020)


 Symfoniczny power metal bardziej kojarzy się z Finlandią niż z Czechami, ale jak się okazuje to i w tym kraju pojawiają się zespoły grające taką muzykę. Falcar to młody band, który powstał w 2009r.  i teraz 20 grudnia ukazał się ich debiutancki krążek " I am your destiny". Płyta ma w sobie to "coś" i zapada na długo w pamięci. To muzyka, która powinna zadowolić fanów Dark Moor, czy też Timeless Mirracle.

Nazwa Falcar nie jest jeszcze rozpoznawalna i minie pewnie trochę czasu zanim ktoś będzie ich kojarzył. Jednak to jest jeden z tych zespołów, który ma pomysł na siebie i ma talent do tworzenia ciekawych kompozycji. Band imponuje ciekawym pomysłem na symfoniczny heavy/power metal z nutką folk metalu. Jest ta magiczna otoczka i melodyjność, która mocno przypomina mi kultowy debiut Timeless Miracle. Dodatkowo band stawia na złożone i wciągające solówki gitarowe i tutaj brawa dla lidera grupy tj Marty Palounek, który odpowiada za partie gitarowe, wokal, a także całą otoczkę orkiestrową. Każdy element stylu Falcar nawiązuje do Timeless Mirracle i nawet sam wokal jest niemal identyczny. To dobry znak.

Okładka nasuwa klimaty doom metalu, jednak to co tutaj znajdziemy to melodyjny, symfoniczny  heavy/power metal. Na wstępie wkracza złożony i podniosły "I am Your Destiny". Z jednej strony słychać, że to jeszcze nie profesjonaliści, ale sam motyw i styl jest imponujący. Band potrafi też grać szybko i z hołdem dla twórczości Dark Moor czy Timeless Mirracle.  Świetnym tego przykładem jest energiczny "Bloodshed". Piękny, folkowy klimat mamy w rozbudowanym "Jester's Mask" i tutaj band postawił na podniosły refren i to zdaje egzamin. "Unchained" nawet zaczyna się jak jeden z utworów Timeless Mirracle i sam utwór zachwyca melodyjnością i tajemniczym klimatem. Podobne emocje wywołuje rozpędzony "Death on black Wings", który imponuje folkowymi ozdobnikami i power metalową stylistyką. Nie do końca przemawia mnie takie spokojniejsze granie jak te w "Inn of the last home".

Mimo takich wpadek jak te w "Inn of the last home" płyta ma ciekawy tajemniczy klimat i dużo wciągających melodii. Czechy nie słyną jakoś specjalnie z symfonicznego heavy/power metalu i tutaj Falcar nas miło zaskakują. Ich debiutancki album jest czarujący i zaskakuje ciekawą formułą i aranżacjami. Prawdziwa frajda dla maniaków grania w stylu Timeless Mirracle, ale nie tylko.

Ocena: 8.5/10

LOANSHARK - the queen of hearts (2020)


 Tak, to kolejna płyta z klasycznym heavy metalem, który mocno inspiruje się na heavy metalu z lat 80. Fiński band Loanshark uderza w ten gatunek, który jest ostatnio mocno eksploatowany i mamy tutaj naprawdę spory wybór spośród wielu kapel prezentujących podobną muzykę. Loanshark działa od 2008r i teraz udało im się wydać debiutancki krążek zatytułowany " The queen of hearts".

Nie znajdziemy na tej płycie może czegoś nowego niż to co już znamy, ani też niczego oryginalnego. Jednak jeśli komuś nie przeszkadza kolejna wariacja na temat twórczości Iron Maiden, Judas Priest, Enforcer ten polubi "The queen of hearts". Band wie co chce grać i robi to naprawdę dobrze. Przyłożyli się do melodii, do partii gitarowych i to przedkłada się na jakość muzyki zawartej na debiutanckim krążku. Loanshark napędza bez wątpienia wyrazisty i utalentowany wokalista Ville Shaikko. Jego głos nadaje całości pazura i klimatu lat 80. Idealny wybór do takiego grania.

Jest tu kilka naprawdę mocnych momentów, który przyprawiają słuchacza o szybsze bicie serca. Jednym z nich jest zadziorny i rozpędzony "The final hour", który mocno nawiązuje do Enforcer i ich najlepszych płyt. Na taki heavy metal zawsze znajdzie się popyt! Podobne emocje wywołuje tytułowy "The queen of hearts", który ma coś z Iron Maiden, a coś z Dio. Jest klasycznie, jest melodyjnie i do tego świetny klimat lat 80. Niby band niczego nowego tutaj nie gra, a słucha się tego z niesamowitą frajdą. Czasem siła danej płyty tkwi w prostych motywach i tutaj jest tak samo. Dynamiczny "Burning Out" to znakomicie potwierdza. Co za hicior! Loanshark potrafi też wykorzystać elementy hard rocka i słychać to w lekkim i klimatycznym "When the blind leads blind". Band imponuje pomysłowością i dbałością o detale. Troszkę emocje opadają w nijakim "Till the city sleeps".

Do czego można się przyczepić? Nie wszystkie kompozycje są idealne i czasami brakuje elementu zaskoczenia. Jednak mimo pewnych wad to wciąż debiut wart uwagi. Band stawia na proste i chwytliwe melodie, a także na klimat lat 80, który wciąż jest w modzie. Loanshark postawił pierwszy poważny krok w swojej muzycznej karierze i mam nadzieje, że utrzymają wysoki poziom na kolejnych wydawnictwach.

Ocena: 8.5/10

VANDENBERG - 2020 (2020)


 W latach 80 funkcjonował holenderski band Vandenberg i to był wartościowy hard rockowy band, który czerpie garściami z Deep Purple, Rainbow, czy Scorpions. Od ostatniego krążka zatytułowanego "Alibi" minęło aż 35 lat. Mało kto przypuszczał, że formacja wróci jeszcze kiedyś z nowym materiałem, ale jednak stało się. Do współpracy zaproszono Randy Elsena, czyli perkusista Tank oraz wszędobylski Ronnie Romero. Akurat Ronnie wnosi sporo energii i zadziorności, a klimaty hard rockowe są mu znane, bo przecież pełni rolę wokalisty Rainbow. Wraz z nowym składem powstał nowy album i "2020" to prawdziwa uczta dla fanów klimatów Deep Purple, czy Rainbow.

Ronnie jak to Ronnie jest świetny w tym co robi i to jeden z najlepszych wokalistów na rynku metalowym i rockowym. Jednak w tym zespole kluczową rolę tak naprawdę odgrywa nie kto inny gitarzysta Adrian Vandenberg, który odpowiada za komponowanie kawałków, jak i sferę gitarową. Mimo upływu czasu wciąż ma smykałkę do grania klasycznego hard rocka na wysokim poziomie. W jego zagrywkach jest finezja, drapieżność, no i pomysłowość. To przedkłada się na jakość zawartego materiału na "2020". Nie ma tutaj miejsca na nudę i można poczuć się jak w latach 80.

Płyta zachwyca mocnym wyrazistym brzmieniem i dobrze wyważonym materiałem. Jest sporo perełek i chwytliwych przebojów, a już otwieracz "Shadows of the night" to rasowy killer. Mocny riff, który inspirowany jest twórczością Deep Purple i jest też świetny Ronnie. Brzmi to obłędnie. Dalej mamy zadziorny "Freight Train" i tutaj można doszukać się elementów Scorpions. Bardzo fajnie buja melodyjny "Hell and high water", który potrafi zauroczyć bluesowym feelingiem. Band potrafi też zagrać z nutką komercji i elementami AOR. Dobrym tego przykładem jest "Let it rain". Lekki i melodyjny "Shout" to też kwintesencja hard rocka i to kolejny mocny punkt tej płyty. Całość wieńczy równie wciągający i pomysłowy "Skyfall" . Nie ma tutaj wypełniaczy i każdy utwór zasługuje na uwagę.

Co raz mało płyt z takim klasycznym hard rockiem w klimatach Deep Purple czy Scorpions. Vandenberg powraca po 35 latach z nowym krążkiem zatytułowanym "2020", który zabiera nas w właśnie takiej rejony muzyczne. Przepiękna podróż i ta płyta jest urocza. Mamy hity i mocne riffy, a to przedkłada się na jakość płyty.  Vandenberg jest w formie, a mając u boku Romero można czynić cuda. Płyta godna polecenia.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 21 grudnia 2020

ORACLE SUN - Machine man (2020)

 Kto by pomyślał, że włoski Oracle sun wróci po 15 latach z nowym albumem. Jednak stało się to faktem i światło dzienne ujrzał drugi krążek tej formacji zatytułowany "Machine man", Płyta skierowana jest do fanów Secret Sphere, Vision Divine czy też Labyrinth. Jednym słowem jest to prawdziwa uczta dla miłośników progresywnego power metalu.

Oracle Sun to doświadczona kapela i choć obecnie band tworzą inni ludzi niż na początku, to wciąż trzymają się swojego wypracowanego stylu. Dobrze spisuje się nowy wokalista, czyli Wild Steel który wymiata w wysokich rejestrach. Jest obdarzony niezłą techniką i charyzmatyczną barwą. Giacomo i Tomasso to ostoja tego zespołu, bowiem to oni odpowiadają za warstwę instrumentalną. W tej sferze panowie zachwycają i pokazują, że progresywny power metal nie musi być zakręcony i mało atrakcyjne. Na "machine man" roi się od mocnych riffów i chwytliwych melodii. To bardzo poukładany i przebojowy album, który ma w sobie to "coś".

Tym razem band zgotował 9 kawałków i w zasadzie album jest przemyślany i każdy kawałek coś niesie ze sobą. "Edge of Life" to prosty i zadziorny utwór, który od razu daje nam przedsmak całości. Jest przebojowo, melodyjnie i nie brakuje mocnego riffu. Dużo progresywności mamy w nastrojowym "Fallin Time" i tutaj power metal schodzi na dalszy plan.Tytułowy "Machine man" to kolejny hicior na płycie i znów czuć power metal.  Podobać może się rozpędzony "Sunset Feelings" i w takiej stylizacji band brzmi bardzo atrakcyjnie. Jest też bardziej rockowy "Daydream". Bardzo emocjonalny kawałek, który wyróżnia się ciekawą linią melodyjną. Całość wieńczy pomysłowy i przebojowy "Coming Back", w którym band znów pokazuje uroki progresywnego power metalu.

"Machine man" to poukładany album z progresywnym power metalem i tutaj Oracle Sun pokazuje, że pomysł na taką muzykę. Jest pomysłowo, a przede wszystkim melodyjnie i bardzo przebojowo. Nie ma tutaj miejsca na nudę. Oracle Sun błyszczy tutaj i troszkę brakuje momentami agresji, czy nieco większej dawki power metalu, ale i tak to wciąż bardzo urokliwy album, które może się podobać.  Mam nadzieję, że kolejny album ukaże się znacznie szybciej.

Ocena: 8/10



niedziela, 20 grudnia 2020

NORTHERN FLAME - Twisted reality (2020)

6 lat przyszło czekać fanom Northern flame na nowy album. "Twisted reality" to swoista kontynuacja debiutu "Glimpse of hope". Tak więc dalej mamy klasyczny power metal, który przypomina najlepsze dokonania Helloween, Gamma ray, czy Gaia Epicus. Nowy album fińskiej grupy to bez wątpienia uczta dla fanów klasycznego power metalu i miło że postanowili wrócić z nowym wydawnictwem.

Northern Flame to przede wszystkim wysokiej klasy wokalista Simon Granlund, który sprawdza się w wysokich rejestrach. Od razu można dostrzec jego potencjał i miłość do power metalu. Jednym słowem właściwy człowiek na właściwym miejscu. W tej kapeli kluczową rolę odgrywa też Niclas i Alexander, którzy tworzą zgrany duet i panowie tworzą znakomity klimat. Stawiają na proste i chwytliwe motywy, a to zdaje egzamin. Na taki power metal zawsze jest zapotrzebowanie.

Słuchając płyty czuć ten fiński klimat wyjęty z Sonata arctica i nawet brzmienie jest bardzo podobne do tego z najlepszych płyt Sonata Arctica.  Sama zawartość jest poukładana, przemyślana i zróżnicowana, tak więc nie ma tutaj miejsca na nudę. Płytę otwierał "Twisted Reality", który zachwyca szybkością, dynamiką."Santification of the world" to nieco bardziej złożony utwór, który brzmi jak mieszanka Sonata Arctica czy Gaia Epicus. Od razu wiadomo co band gra. Kolejny killer na płycie to bez wątpienia "Glowing Flower" i można tutaj doszukać nawet elementy progresywnego metalu. Dużo klasycznego power metalu znajdziemy w rozpędzonym i przebojowym "Stone of Grace". Band tutaj błyszczy i w pełni pokazuje swój potencjał. Mamy też podniosły i klimatyczny "Heaven and Hell", który pokazuje po raz kolejny progresywne oblicze zespołu. Całość wieńczy "Paradise", który przemyca sporo intrygujących solówek.

"Twisted Reality" to może nie najlepszy album power metalowy album tego roku, ale to bez wątpienia bardzo udany krążek w tej kategorii. Znajdziemy tutaj solidne melodie i sporo mocnych riffów. Czasami wkrada się nuda i nieco komercyjne patenty, ale i tak to wciąż album godny uwagi.

Ocena: 8/10
 

piątek, 18 grudnia 2020

THERAGON - Where the stories begin (2020)



Zawsze znajdzie się jakiś młody band, który będzie szedł w ślady wczesnego Hellowen, Heavenly czy Edguy. W takim kierunku idzie również młody, hiszpański Theragon. Ci którzy liczą na coś oryginalnego i pomysłowego, mogą sobie śmiało odpuścić debiut tej grupy. Jeśli jednak chcecie znów poczuć stary, dobry, europejski power metal osadzony w latach 90, to śmiało może sięgnąć po "Where the stories Begin". To taka miła, sentymentalna wycieczka do klasyków power metalu.

Oryginalność to nie jest może mocna strona Theragon, ale band grać potrafi i robi to bardzo dobrze. Kapela wie jak grać power metal i jak porwać słuchaczy, którzy wychowali się na klasykach power metalu. Przede wszystkim jest to niezła dawka melodyjnego, energicznego power metalu i band zadbał o chwytliwe melodie, dynamikę i mocne riffy. Jednym słowem dzieje się tutaj sporo dobrego. Klimatyczna okładka i dobrze wyważone brzmienie to dopiero początek. W tej kapeli mocnym atutem jest utalentowany wokalista Ferran, który momentami przypomina styl i manierę Kiske, a to dobry znak. Z kolei gitarzysta Alejandro znakomicie współpracuje z klawiszowcem Hectorem. Jest chemia i zgranie, a to w efekcie dają sporo wciągających melodii. Brzmi tak klasycznie i to jest akurat spory plus dla Theragon.

Pomówmy o zawartości. Kiedy odpalimy taki "Theragon" to od razu można sobie powiedzieć "skądś to znam". Każdy znajdzie tutaj echa swoich idoli i to żadna ujma dla Theragon. Mamy echa wczesnego Helloween czy może i nawet Freedom Call. Jest melodyjnie, jest słodko i bardzo przebojowo. Radosny "Blazeborn" niszczy swoją lekkością i przebojowością. Rasowy hicior, który od razu wpada w ucho. Jednak nie tylko power metal w głowie muzykom z Theragon, bowiem taki "The eternal War" przemyca sporo patentów Manowar czy Hammerfall. Bardzo uroczy kawałek w epickiej oprawie. Nastrojowy "As the wind" to miła wycieczka  w rejony Heavenly czy nawet i Freedom Call. Przepięknie płyną partie gitarowe i te słodkie klawisze. To wszystko ze sobą znakomicie współgra. Warto też wspomnieć o 10 minutowym kolosie "Talisman of Tears", który ukazuje pełen potencjał tej grupy. Świetny kawałek z różnymi ciekawymi motywami. Kwintesencja power metalu.

Jak to dobrze, że są jeszcze kapele jak Theragon, które nie zajmują się eksperymentowaniem, lecza dają fanom to na co czekają. Mało takich płyt z klasycznym power metalem, który zabiera nas do lat 80 Helloween, czy lat 90 spod znaku Heavenly czy freedom Call. Bardzo udana płyta, która daje widoki na świetlaną przyszłość tej grupy.

Ocena: 8.5/10


ROYAL HUNT - Dystopia (2020)

Jednym z ważniejszych zespołów metalowych na duńskiej scenie metalowej jest bez wątpienia Royal Hunt. Ekipa od melodyjnego metalu z domieszką progresywnego metalu, hard rocka czy neoklasycznego metalu. To specjaliści od nastrojowej i emocjonalnej muzyki i w sumie nigdy nie zawiedli. Również i teraz przy okazji premiery "Dystopia" nie ma powodów do narzekania. To wciąż wysoki poziom, jeśli chodzi o zawartość. Obyło się bez większego eksperymentowania i dostajemy to do czego przyzwyczaił nas band.

Jednak mimo takiej klasy sam zespół wpada w pułapkę, że czasami brakuje im pomysłu jak tu stworzyć coś chwytliwego. Czasami po prostu może gdzieś tam nas przytłoczyć bogata aranżacja i próba stworzenia czegoś bardziej pomysłowego. Tak album jest troszkę nie równy, ale w ostatecznym rozrachunku jest wciąż bardzo dobrze. Na pewno cieszy fakt, Dc Cooper jest w znakomitej formie, ale warto mieć na uwadze, że mamy tutaj również świetnych gości i jest choćby dawny wokalista tej grupy czyli Mark Boals, czy choćby Mats Leven. Band zadbał również o mocne, soczyste, nieco neoklasyczne brzmienie, ale nie ma się do czego przyczepić.

Co może się podobać to podniosłość i nieco epicki wydźwięk poszczególnych dźwięków. Jest taki symfoniczny rozmach i to może się podobać. Wystarczy wsłuchać się w "Inception F451". Na pewno mocno wbija w fotel zadziorny i finezyjny riff wygrywany przez Jonasa Larsena w "Burn" i tutaj band po prostu błyszczy. Szkoda, że cały album nie ma takiej dynamiki i przebojowości. Stonowany "The art of dying" ma niezwykły ładunek emocjonalny i urocze symfoniczne ozdobniki.  Echa Rainbow z okresu Turnera można doszukać się w energicznym i przebojowym "The eye of oblivion" i to jeden z mocniejszych punktów nowej płyty. To jest to ! Zachwyca też nieco progresywny i złożony "Hound of the damned" , który przemyca sporo ciekawych partii gitarowych i ogólnie sporo się tutaj dzieje. Płyta na pewno ma pełno klimatycznych i nastrojowych zagrywek Jonasa i pełno tutaj tego, a kolejnym tego dowodem jest melodyjny "Snake Eyes".

Royal Hunt jak to Royal Hunt znów nagrał naprawdę solidny album, który ma świetny klimat i dużo nastrojowej muzyki z pogranicza hard rocka, melodyjnego metalu, czy progresywnego metalu. Jest to wszystko pięknie podane, tylko troszkę za mało  w tym metalu, za mało przebojowości, ale i bez tego można żyć. Bez wątpienia jest to płyta godna uwagi.

Ocena: 8/10
 

czwartek, 17 grudnia 2020

HIDDEN ROADS - The thrill of it all (2020)


 Nie wiele mówi się o debiutanckim krążku amerykańskiej formacji Hidden Roads, a szkoda bo jest to wartościowy album z hard rockiem. To przede wszystkim znakomita mieszanka dźwięków w stylu Deep Purple, Voodoo Circle czy Whitesnake. Tak więc dominuje tutaj hard rocka i blues rock. Bardzo udana mieszanka, zwłaszcza że sam band pokazuje na każdym polu, że znają się na rzeczy i stać ich na wysokiej klasy materiał.

Może i okładka jest daleka od ideału, ale to w sumie jeden z nie wielu słabych punktów "The thrill of it all". Brzmienie rodem z lat 80 i materiał skrojony na wzór Deep Purple czy whitesnake jest urocze. Hidden Roads to przede wszystkim zadziorny i utalentowany wokalista George Anthony. No jest też gitarzysta Vini, który ma niezłe wyczucie rytmu i pomysł na riffy i solówki. Jest chemia między nim, a klawiszowcem Andre Micheli. Panowie potrafią stworzyć świetny klimat starych dobrych płyt Whitesnake czy Deep Purple, a to już spory wyczyn. Sam materiał też jest urozmaicony i przebojowy.

Już otwieracz w postaci "The thrill of it all" to nastrojowy hard rock, gdzie rządzi mocny riff i zadziorność. Co za hit i energia. Fani Deep Purple czy Voodoo Circle od razu poczują się jak w domu. Nutka bluesa mamy w zadziornym "Revolutionary Mentality" i te zagrywki gitarowe mocno są wzorowane na twórczości Blackmore;a. No cudo. Na pewno cieszy też szybki i pełen werwy "Buried Alive" i znów dużo elementów Voodoo Circle, czy starego dobrego Deep Purple. Panowie błyszczą i pokazują jaki w nich drzemie ogromny potencjał. Nastrojowy "Over my shoulders" to znakomity miks Whitesnake i Deep Purple. Pomysłowy riff i rozbudowana forma czynią ten kawałek naprawdę bardzo atrakcyjnym. Jest lekkość i niezwykła finezja. Mamy też nastrojowy "Im still here" czy nieco zakręcony "City of Gold".

Troszkę podrasować riffy, troszkę dodać więcej przebojowości i mielibyśmy niemal idealny album. Jednak mimo pewnych niedociągnięć to wciąż  bardzo udany album z hard rockiem w stylu Deep Purple, który zasługuje na uwagę. Gorąco polecam !

Ocena : 8.5/10

środa, 16 grudnia 2020

BIOWARFARE - Wiping out human race (2020)


 Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale powiem że słuchając debiutanckiego krążka Biowarfare to wciąż gdzieś w głowie mam dźwięki Persuader, Running Wild. Jeśli kiedyś Rock;n Rolf miałby grać thrash metal to tak bym sobie to wyobrażał. No, ale po kolei. "Wiping out Human Race" to pełno wymiarowy debiut kapeli Biorwarfare, który powstała w Wenezueli  w 2009r. Określenie debiut średnio tutaj pasuje, kiedy tak naprawdę dostajemy jeden z najlepszych albumów thrash metalowych tego roku. Tak, to już kolejna płyta w tej kategorii, która zasługuje na to miano. No, ale co zrobić kiedy thrash metal w tym roku wymiata?

O sukcesie Biowarfare przesądza wyrazisty i utalentowany wokalista Alessandro, który napędza ten zespół. Za jego sprawą band momentami może kojarzyć się z Slayer czy Kreator. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Również imponuje duet gitarowy tworzony przez Roda i Carlosa. Panowie znają się na rzeczy i dzięki nim mamy masę technicznych riffów. To przede wszystkim zestaw agresywnych popisów partii gitarowych, ale też pomysłowe i złożone solówki, które mają echa speed/power metalu.  Jest thrash metalowa jazda bez trzymanki, ale to nie tylko agresywne łojenie na jedno kopyto.

Band stworzył album, na który składa się 9 killerów i każdy utwór to prawdziwa uczta dla fanów takiego grania. Biowarfare zadbał o klimatyczną okładkę, która przypomina lata 90 i podobnie jest sprawa ostrego i mocnego brzmienia. Band zadbał o każdy detal, ale najlepsze to oczywiście zawartość.

Czy można lepiej zacząć album niż od rozpędzonego otwieracza? Właśni taki jest "Human Waste"  i od razu wiadomo z czym mamy do czynienia. Nie brzmi to wcale jak debiut, lecz perfekcyjny thrash metal. Jest agresja, dynamika i przebojowość. Czego chcieć więcej? Podobny ładunek energiczny mamy w złowieszczym "Burning Insanity" i gitarzyści idą tutaj na całość. To jak brzmią gitary i wygrywanie riffu w "Undead" to przywołuje na myśl Running Wild. Bardzo miła niespodzianka i od razu jestem pochłonięty muzyką Biowarfare.  Podobne echa słychać w energicznym "screaming in silence" i to tak naprawdę kolejny rasowy killer na płycie. Band nie zwalnia tempa. Uroczy jest też rozbudowany i technicznie rozplanowany "Biowarfare" pokazuje, że band ma smykałkę do dłuższych utworów. W tym roku jest prawdziwą thrash metalowa gorączka i "Thrash fever" to kolejna perełka na płycie. No jest moc i pazur. Z kolei fanom Sodom czy Destruction może przypaść do gustu przebojowy i niezwykle melodyjny "Submission or war?".

Piękna okładka to nie wszystko, a debiutujący Biowarfare pokazuje że mają pomysł na siebie i mogą stworzyć płytę na miarę naszych czasów i oczekiwań fanów thrash metalu. To hołd dla klasyków i gigantów, ale też własny styl i jakość wypracowana przez młody band. Co za energiczna i pełna agresji płyta, no i jeszcze te elementy running wild w niektórych momentach. To już kolejna świetna płyta z kategorii thrash metalu, jeśli chodzi o rok 2020.

Ocena: 9.5/10

wtorek, 15 grudnia 2020

GAIA EPICUS - Seventh Rising (2020)

Gdyby tak przyjrzeć się ostatnim płytom Gaia Epicus, to można dojść do wniosku że "Alpha & omega" był za bardzo eksperymentalny i za mało power metalowy, a "Dark Secrets" poza kilkoma genialnymi momentami wydawał się nie równy. Nie dawałem szans na powrót Thomasa Chr. Hansena w wielkim stylu, a tutaj niespodziewanie ukazuje się nowe wydawnictwo zatytułowane "Seventh Rising". Jak nazwa wskazuje, to już 7 wydawnictwo norweskiego Gaia Epicus, który obecnie wygląda bardziej jako solowy projekt Hansena. Nie zmienia to faktu, że to wciąż nie lada gratka dla fanów melodyjnego, europejskiego power metalu w stylu Helloween, czy Gamma Ray. Tym razem dostajemy najlepszy album od czasów "damnation" czy "Victory".

Tak to jest solowy projekt Thomasa, ale cieszy fakt, że zaprosił znakomitych gości do pomocy. Miło jest widzieć, że za bębnami jest niezniszczalny Mike Terrana, który dodaje całości niezwykłej mocy. Pod tym względem to jeden z najlepszych albumów tej grupy. Jest energia i pazur, ale to już jest znak rozpoznawczy Hansena. Thomasa w sferze gitarowej wspiera Lukky Sparxx i panowie stworzyli ciekawy duet i przypominają mi się wczesne wydawnictwa Gaia Epicus. Tym razem nie ma kombinowania, a jest do bólu klasycznie i w tym tkwi piękno tej płyty. Gościnnie pojawił się Tim Ripper Owens, co jeszcze bardziej dodaje uroku tej płyty.

Okładka jest taka nastrojowa i miła dla oka, a najlepsze że oddaje klimat power metalu lat 90. Co ciekawe nawet brzmienie jest dopracowane i bardziej mocarne niż na poprzednich płytach. Jednym słowem Hansen tym razem wszystko bardziej dopracował, a to oczywiście bardzo cieszy.

55 minut muzyki to dużo i cieszy że dostajemy tak dobrze skrojony i poukładany album. O dziwo płyta zaczyna się spokojnie, nieco balladowo, ale nie dajcie się zwieść. Otwieracz "Like a Phoenix" to power metal w czystej postaci. Przypominają mi się pierwsze albumy Gaia Epicus i czasy "damnation", a to dobry kierunek jeśli chodzi o Gaia Epicus. Mike Terrana nadaje mocy i szybkości, a Hansen wygrywa mocny riff i dostajemy już na starcie rasowy killer. W podobnych klimatach utrzymany jest rozpędzony "Rising" i tutaj znów Hansen zaskakuje mocnym i wyrazistym riffem. Fani Helloween i Gamma ray będą zachwyceni. Na taki Gaia Epicus warto było czekać. Elementy Megadeth można wyłapać w mroczniejszym "Nothing to Lose". Niby prosty kawałek w swojej konwencji, ale bez wątpienia równie przebojowy i zadziorny co pozostałe kompozycje.  To co wyprawia Terrana w dynamicznym "From the ashes to Fire" przyprawia o dreszcze. Co za agresja i technika, a sam kawałek to jeden z najlepszych utworów Gaia Epicus ostatnich lat. Właśnie w takim kierunku mają iść i właśnie taki power metal grać. Prawdziwa perełka. Zwalniamy w mroczniejszym "The dream" i sam utwór nie jest zły, ale brakuje mu nieco ostatecznego szlifu, a także nieco bardziej chwytliwych melodii. Mroczny klimat wraca w heavy metalowym "Ivisible enemy". Kolejny killer na płycie to utrzymany w klimatach Gamma ray "Dr Madman" i to jest taki Gaia Epicus z czasów "Victory". Niby nic oryginalnego w tym nie ma, a zachwyca swoim stylem i jakością. Troszkę odstaje stonowany i nieco nijaki "Number One". Na znanych tytułach heavy metalowych zbudowano warstwę liryczną "Gods of Metal" it u muzyka, która przypomina twórczość Judas Priest, Dio, ale też Primal Fear. No i jest oczywiście niezniszczalny Tim Ripper Owens. jest pazur i chwalenie heavy metalu, tak więc duży plus dla Gaia Epicus. Zachwyca też prosty i melodyjny "We are the ones" i znów znakomity hołd dla Gamma ray czy Helloween. Całość wieńczy rozbudowany i energiczny "Eye of Ra" i mimo mrocznego wstępu, band tu oferuje sporo klasycznego power metalu, który nasuwa ich pierwsza wydawnictwa.

Nie czekałem na nowy album Gaia Epicus, bo szczerze skreśliłem ich za sprawą kiepskiego "Alpha and Omega", jednak to był błąd. Thomas Chr. Hansena gra to za co pokochałem Gaia Epicus, za te ich całkiem udane granie w stylu Helloween czy Gamma Ray. Nie jest to ani oryginalne, ani też perfekcyjne, ale to naprawdę udana uczta dla maniaków power metalu. Jest energia, jest szybkość i przebojowość, a goście tylko poprawili jakość muzyki Gaia Epicus. Najlepszy album od czasów "Damnation", a to już ogromny wyczyn Hansena z Norwegii.

Ocena: 8.5/10
 

niedziela, 13 grudnia 2020

EDRAN - Clockwork: Overture (2020)


 Kto lubi symfoniczny metal, nutkę progresywnego metalu, a także metalową operę ten powinien zaznajomić się z debiutem włoskiego Edran. Nie jest to band, które porwie nas mocnymi riffami, ostrymi zagrywkami gitarowymi, bowiem więcej w ich muzyce komercyjności, stonowanych melodii. Fani jednak takiego grania powinni znaleźć coś dla siebie, zwłaszcza fani symfonicznego metalu.

W tym roku kapela przyjęła nazwę Edran, ale już od 2019 r funkcjonowali pod nazwą Clockwork. Ciekawe jest to, że formację tworzą 4 głosy i jest tutaj Fabio, Paolo, Clementine i Francesca. To za ich sprawą całość ma symfoniczny wydźwięk. Skojarzenia z metalową operą też są jak najbardziej na miejscu i rozbicie poszczególnych partii wokalnych na 4 głosy jest miłym urozmaiceniem i potrafi zaskoczyć słuchacza. Band stawia nacisk na klimat, na symfoniczne aranżacje i brakuje tutaj na pewno energii i nieco metalowego pazura. Bo samym klimatem i symfonicznym charakterem wiele nie da się zdziałać. To jest duży problem debiutanckiego krążka "Clockwork: overture", który ukazał się 10 grudnia tego roku.

Progresywność i symfoniczność wybrzmiewa w rozbudowanym "Into the core", który jest jednym z ciekawszych utworów na płycie. Słychać przede wszystkim gitary i dużo się tutaj dzieje. Dobrze wypada też nieco filmowy i bardziej podniosły "Chase the Fire". Z kolei "Closer" ma w sobie nieco więcej przebojowości i jest to utwór, który szybko wpada w ucho. Szkoda, że jest tak mało tutaj energicznych kawałków tego typu. Dalej warto wspomnieć o kolejny kolosie, czyli "Clockwork". Warty uwagi jest również melodyjny "The warden".

Edran dopiero tak naprawdę zaczyna swoją przygodę i jeszcze wiele przed nimi. Pokazali w jakim kierunku chcą iść i sam styl jeszcze wypadałoby doszlifować, a samej muzyce dodać troszkę pazura i energii. Na pewno mają w sobie potencjał na coś ciekawego, ale póki co debiut jak dla mnie za bardzo komercyjny i za mało treściwy. Płyta do posłuchania, jednak w pamięci nie wiele zostaje. Szkoda.

Ocena: 5/10


piątek, 11 grudnia 2020

SATANS FALL - Final Day (2020)

 W ostatnim czasie jesteśmy zasypywani przez zespoły, które mieszają heavy metal i speed metal z lat 80. Co raz więcej mamy na rynku takich kapel i większość z nich to wartościowe zespoły, które naprawdę potrafią błyszczeć. Do tego grona można też dopisać fiński Satans Fall, który w tym roku wydał udany debiut w postaci "Final Day". Brzmi to troszkę jak mieszanka Enforcer i Scanner.

To co dostajemy na "Final day" to dobrze skrojony heavy metal z elementami speed i power metalu. Band kładzie nacisk na proste i chwytliwe motywy, a także przebojowe melodie. To przedkłada się na łatwy odbiór tej płyty. Oczywiście band kreuje klimat lat 80 i wychodzi im to naprawdę dobrze. Band napędza zgrany duet gitarowy i tutaj Tomi i Lassi wypadają bardzo dobrze. Jest chemia, jest zgranie i dobra technika. No i jest jeszcze wyrazisty i utalentowany wokalista Miika Kokko. To wszystko przedkłada się na jakość.

Należy też band pochwalić za świetną i klimatyczną okładkę i dobrze skonstruowane brzmienie w klimatach lat 80. Płytę otwiera dynamiczny "Forever Blind" i od razu można poczuć inspirację takimi kapelami jak Enforcer. Prosty i treściwy "Madness" zabiera nas w rejony klasycznego heavy metalu i można doszukać się elementów Iron Maiden. Dobrze wypada też przebojowy "They come alive" i nie przeszkadza tutaj nutki hard rocka. Troszkę odstaje stonowany "Retribution", który niczym specjalnym nie wyróżnia. Kolejny killer na płycie to bez wątpienia rozpędzony "Juggernaut" czy  podniosły "The flame keeper". Całość zamyka melodyjny "Final Day", choć i tutaj zabrakło mi elementu zaskoczenia.

Nie jest jeszcze to może idealne granie i płyta ponadczasowa. Jednak Satans Fall gra poukładany i przemyślany heavy/speed metal i czerpie dobre wzorce. Jest przebojowość i energia, a całość słucha się naprawdę przyjemnie. Czekam na kolejne ich dzieła i chętnie zobaczę co przyniesie przyszłość.

Ocena: 8/10

czwartek, 10 grudnia 2020

SIX FOOT SIX - End of all (2020)


 Kristoffer Gobel to muzyk, który jest znany fanom melodyjnego metalu z twórczości Destiny i Falconer. Teraz ten znany wokalista spełnia się w swoim zespole Six Foot Six. Idealnie tam się sprawdza jako gitarzysta i wokalista. Nie jest to kopia Falconer czy Destiny, bowiem muzycznie kapela zbliża się do twórczości Hammerfall, Primal Fear, czy Shakra. Mają swój styl, pomysł na siebie i pełno ciekawych pomysłów, które się sprawdzają. Najnowsza płyta zatytułowana "End of All" to wydawnictwo, które nie można ominąć!

Okładka jest prosta, ale ma w sobie to coś. No zapada w pamięci i od razu kojarzy się z tym zespołem. Cieszy bez wątpienia znakomita forma Kristoffera, który błyszczy na nowym albumie. Jego głos jest niczym wino, z każdym rokiem co raz lepszy. Z jego strony dostajemy sporo wartościowych riffów, które oddają piękno mieszanki heavy metalu i hard rocka. Wszystko jest bardzo chwytliwe i tak naprawdę każdy utwór sprawdza się jako przebój. To jest źródło potęgi tej płyty i tego zespołu.

Brzmienie ma pazur, ale również hard rockowy feeling. Znakomicie to współgra z zawartością. Band zaczyna płytę od wybornego "welcome to your Nightmare". Powiem krótko - co za świetny i pomysłowy hicior. Oj dzieje się tutaj i to sporo. Melodyjny riff, podniosły i wciągający refren. To jest to! Więcej hard rocka dostajemy w "End of all", ale i tutaj band zadbał o melodyjny riff i przebojowy charakter. Kto lubi marszowe tempo i nieco nowocześniejszy heavy metal, ten od razu pokocha mroczniejszy "In god We trust". Dobrze wypada też prosty i bardzo przebojowy "In the eyes of the world". Jeden z przykładów, gdzie można doszukać się patentów Hammerfall. Podobnie wygląda sprawa genialnego "Blood Will Out" . Jest metalowo, podniośle i zarazem epicko. Jak dla mnie najmocniejszy punkt tej płyty. Kolejny chwytliwy i idealny na koncert hit to bez wątpienia "Abducted" i imponuje mi pomysłowość zespołu. Jeszcze warto wspomnieć o nastrojowym "Oblivion", który sprawdza się jako rockowy killer.

"End of All" to znakomita mieszanka heavy metalu i hard rocka. To kopalnia hitów, zadziornych riffów i pomysłowych motywów. Tutaj jest prawdziwa frajda z słuchania i dobrze że jeszcze powstają takie naturalne, nagrane prosto z serce albumy, które kipią energią, przebojowością, a przede wszystkim szczerością. Six Foot six wyrasta na nową gwiazdę hard rocka.

Ocena: 8.5/10

środa, 9 grudnia 2020

DEHUMANISER - Army of blind (2020)


 "Army of Blind" to pierwsza płyta młodej niemieckiej kapeli o nazwie Dehumaniser. Płyta skierowana jest do fanów heavy i thrash metalu. Panowie może jeszcze nie grają perfekcyjnie i daleko im jeszcze żeby tworzyć coś oryginalnego i świeżego. Jednak muszę przyznać, że band grać potrafi i robi to umiejętnie. Tak więc jeśli ktoś lubi surowe, nie okiełznane i proste metalowe granie osadzone w latach 80 czy 90, ten z pewnością polubi debiut Dehumaniser.

Christoph Starck to muzyk, który napędza ten band i nadaje mu charakteru. Pełni rolę wokalisty oraz gitarzysty, co nie przeszkadza żeby błyszczeć w tych sferach. Pod wieloma względami przypomina styl Jamesa Hetfielda. W jego głosie jest pazur i mają podobną manierę. Taki wokal sprawdza się i do heavy metalu, jak i thrash metalu. W sferze partii gitarowych Christopha wspiera Linus, a ta współpraca dobrze się układa. Brakuje może nieco pomysłowości, troszkę przebojowości i elementów zaskoczenia. Jednak nie wszystko można od razu mieć.

Pewne kwestie należałoby naprawić jak choćby nieco kiczowatą okładkę czy stłumione brzmienie, które czasami przeszkadza w odsłuchu. Na szczęście zawartość sporo tutaj rekompensuje słuchaczowi. Jest w miarę równy materiał i dobrze się tego słucha. Płytę otwiera agresywny "Helix" i tutaj band dostarcza mocny riff. Od razu słychać dobrą mieszankę heavy metalu i thrash metalu. Kapela potrafi grać szybciej co pokazuje "Army of Blind". Ciekawie wypada mroczny "Beyond the wall of sleep", który mocno czerpie choćby z twórczości Black Sabbath. Bardzo nastrojowa kompozycja. Jeśli chodzi o szybkość i elementy Nwobhm to na uwagę zasługuje przebojowy "Evil Eyes" i właśnie w takim kierunku band powinien podążać. Z kolei taki toporny "One of a kind" nieco przypomina twórczość Accept.

Jeszcze brakuje ostatecznego szlifu, może nieco ciekawszych pomysłów i elementów zaskoczenia, ale mimo pewnych wad jest to płyta, która zasługuje na uwagę. To solidna mieszanka heavy metalu i thrash metalu. Band dopiero zaczyna swoją przygodę z metalem na dobre i zobaczymy co przyniesie przyszłość. "Army of blind" nie rzuca na kolana, ale to udany start kapeli Dehumaniser.

Ocena : 6/10

wtorek, 8 grudnia 2020

KILLERWITCH - Killerwitch (2020)

Malta bardziej kojarzy się z wakacjami niż z heavy metalem. Jednak w metalu jest wszystko jest możliwe i z tamtego rejonu pochodzi Killerwitch. Młoda kapela, która w tym roku wydała swój debiutancki album "Killerwitch". Premiera płyty miała 28 listopada i z pewnością jest to gratka dla fanów Iron Maiden, Judas Priest, Metal Church czy Attacker.

Może i okładka jest daleka od ideału i może sama stylistyka zespołu nie wnosi niczego nowego do muzyki metalowej, to jednak band stworzył solidny album z heavy/power metalową muzyką. Jest poszanowanie dla klasyki gatunku i solidne motywy gitarowe. Jeremy i Owen stawiają na sprawdzone motywy i tutaj nie ma niczego nowego. Czasami wkracza toporność, czasami przebojowość, jednak cały czas band trzyma poziom. Najmocniejszym punktem tego zespołu jest wokalista Luke, który zachwyca charyzmą i techniką. To dzięki niemu płyta jest taka zadziorna i mocno heavy metalowa.

Jeśli chodzi o zawartość to jest kilka killerów i jednym z nich jest tytułowy "Killerwitch" i to jest niezwykle energiczny kawałek, który mocno nawiązuje do amerykańskiego power metalu spod znaku attacker czy metal church.Dobrze wypada stonowany i zadziorny "Mistress of the flame" i tutaj pokazuje jak dobrze czuje się w heavy metalowej formule. Uroczy jest marszowy, nieco doom metalowy "Thunder Sky" i te 8 minut miła naprawdę szybko. Echa Judas Priest można doszukać się w rozbudowanym "Queen Anne's Revenge". Band potrafi wykreować świetny klimat i potwierdza to złożony "The jester's Crown".

Killerwitch to band, który grać potrafi, a ich debiutancki krążek to kawał solidnego heavy metalowego grania. Wyrazisty wokal, mocne riffy i mroczny klimat, to bez wątpienia atuty "Killerwitch". Jeszcze nie wszystko jest idealne, ale band ma potencjał i kto wie czy jeszcze nas nie zaskoczą w przyszłością. Warto obczaić ich debiut!

Ocena: 7.10
 

sobota, 5 grudnia 2020

SQUEALER - Insanity (2020)


 Niemiecki Squaler jednak jeszcze wciąż żyje i wciąż nagrywa nowe albumy. Kapela działa od 1984r, ale jakoś nigdy nie osiągnęła takiego statusu jak Helloween, czy Grave Digger. Band oczywiście obraca się w podobnych klimatach tj heavy/power metalu i nawet kiedyś nagrali świetny cover utworu Helloween. Lata lecą i w sumie nic się nie zmienia w Squaler i dalej grają swoje. Szkoda tylko, że poziom ich muzyki również jest bez zmian. "Insanity" to najnowsze dzieło i to solidny album, ale nic ponadto.

Sporo wad można wytchnąć nowej płycie niemieckiej formacji. Na pewno strasznie kiczowata okładka, która wygląda jak okładka jakiegoś boysbandu, a nie kapeli metalowej. Brzmienie również jest takie troszkę garażowe i również sporo utrudnia odbiór płyty. Problem tkwi również w samych kompozycjach, które są co najwyżej dobre. Wszystko oparte na prostych, oklepanych motywów i to często przedkłada się na nudę.

"Into the Flames" ma energię i zadziorny riff, ale niczym specjalnym się nie wyróżnia. Solidny heavy/power metal w niemieckim wydaniu. Wady tej płyty potwierdza nijaki "Salvation" i tutaj brakuje świeżości. Troszkę lepiej wypada dynamiczny "My journey", który przemyca elementy power, a nawet thrash metalu. Coś zaczyna się w końcu dziać. Echa Persuader można doszukać się w mrocznym "Hunter of Myself" i dobrze też wypada melodyjny "Insanity". No i jest w końcu jakiś przebój na płycie. Płyta jest bardzo toporna i potwierdza to "Power of Bliss".

Squaler ma staż i długi czas pracy, ale brakuje im jakieś perełki w dyskografii. To wciąż solidny band i to potwierdza nowy album zatytułowany "Insanity". Brakuje tutaj świeżości, mocy i pomysłowości. Płyta do posłuchania i zapomnienia.

Ocena: 4.5/10

EVIL SEEDS - Theory of fear (2020)

Bywa tak, że okładka danej płyty może być odstraszająca, a zawartość płyty niezwykle atrakcyjna. Tak też jest w przypadku hiszpańskiego Evil seeds. Ich nowe dzieło zatytułowane "Theory of fear" to wydawnictwo niezwykle dojrzałe i przemyślane. To płyta skierowana do fanów heavy/thrash metalu i mam tu na myśli fanów takich kapel jak Beyond Fear, Judas Priest z czasów "Jugulator", czy Savage Messiah.

Ta płyta to już druga w dorobku tej młodej formacji, która działa od 2008r i już wypracowała swój styl. Opiera się on na zadziornym wokalu Roma, który jest idealnym wokalistą do tego co gra band. Jego technika, jego dynamika imponują za każdym razem. Josu i Rodri to kolejni muzycy, którzy zasługują na pochwałę, bowiem ich gra jest pełna polotu i agresji. W tej sferze sporo się dzieje i nie ma tutaj miejsca na nudę. Trzeba przyznać, że płyta jest pełna energii, pasji i słychać, że band dobrze się tutaj bawi.

Najlepiej tutaj wypada rozpędzony i zadziorny "King of the ring", który świetnie wprowadza nas w świat Evil Seeds. Co za energia i co za pomysłowość bije z tego kawałka.  Dalej mamy melodyjny i przebojowy "Stronger" i słychać potencjał w tej hiszpańskiej formacji. Dobrze wypada też klimatyczny i zadziorny "Theory of fear". Echa Judas Priest z ery Rippera są tutaj słyszalne i to miły dodatek. Band radzi sobie również z rozbudowanymi kompozycjami i dobrym tego przykładem jest "No plan B". Fanom Primal Fear może przypaść do gustu prosty i agresywny "To hell with it all". Troszkę gorzej wypada stonowany i toporny "Lower or death", który nic nie wnosi do tej płyty.

"Theory of fear" to bez wątpienia płyta godna uwagi. Mocne riffy, ostry niczym brzytwa wokal i do tego wyraziste brzmienie to atuty tego wydawnictwa. Evil Seeds się rozwinął i w końcu grają atrakcyjny heavy metal, który ma w sobie to coś. Nie jest jeszcze to perfekcyjne granie, ale duży krok w dobrym kierunku. Warto znać ten krążek !

Ocena: 8/10



 

piątek, 4 grudnia 2020

MAJESTICA - A christmas Carol (2020)


 Święta, co raz bliżej święta. Klimat świąt Bożego Narodzenia można poczuć w sklepach, w radiu czy w telewizji. Ta magiczna aura zaczyna nas otaczać z różnych stron i w sumie każdego roku w metalowym światku pojawiają się albumy, które mają być alternatywą dla fanów mocniejszych dźwięków. Zazwyczaj takie płyty wywołują uśmiech na twarzy i zazwyczaj nie jest to nic dobrego. To też miałem sceptyczne nastawienie do nowego krążka szwedzkiej formacji Majestica.

Mój pogląd zmieniły pierwsze próbki nadchodzącego dzieła ekipy Tommiego Reinxeeda. Wiedziałem, że to nie będzie parodia kolęd świątecznych, a coś zupełnie innego. Tommy jest na fali i to wykorzystuje na maksa. Był znakomity udział w Memories of Old, a i ostatnia płyta Majestica czy Sabaton też wywołują uśmiech na twarzy. Tommy rozwinął się jako gitarzysta, ale i wokalista. To już nie jakiś tam żółtodziób, a rasowa gwiazda power metalu. "A christmas Carol" ukazuje się rok po świetnym debiucie i to jest coś więcej niż tylko kolejna płyta z klimatem świąt Bożego Narodzenia. To płyta, która może śmiało żyć swoim życiem i to tym po upływie świat. Tutaj jest ta magia świąt i to pięknie uchwycona. W końcu jest tutaj historia znana nam w Polsce jako "Opowieść Wigilijna" i znakomicie jest to wszystko prowadzone. Fani metalowej opery, Rhapsody czy Twilight Force będą w siódmym niebie. Tommy stworzył coś niezwykłego i pierwszy raz power metal i magia świąt tworzą znakomitą jedność. Jest podniosłość, epickość, rozmach, a także masa ciekawych zagrywek Tommiego, które ocierają się momentami o neoklasyczny power metal rodem z Iron Mask.

Band zadbał o szczegóły i tutaj każdy detal potrafi złapać za serce. Brzmienie jest pełne magii i słodkości, a więc to co chce się dostać przy okazji power metalu. No i ta historia, która jest tak przyozdobiona. Najlepsze jest to, że nie jest to jakaś tam papka, a prawdziwa power metalowa jazda bez trzymanki.

Wskakujcie na sanki i dajcie żeby magia świat Was ogarnęła już teraz. Oj tak są dzwonki, podniosłość i pełen rozmach niczym w filmie nakręconym w hoolywood. W tym roku nie "Kevin sam w domu" przypomni o tym, że są święta, a Majestica. Już otwierający "A christmas Carol" to takie Rhapsody w świątecznej odsłonie. Tego jeszcze nie grali. Czujecie już magię świąt? No to czas na jazdę bez trzymanki. Wkracza rozpędzony "A christmas Story" no i te chórki, a do tego teatralny wokal Tommiego. Ideał i nic więcej nie trzeba do szczęścia. Nie raz czuć filmowy aspekt tej płyty i to dobitnie potwierdza " Ghost of Marley". To taki stary dobry power metal, który odsyła nas do helloween czy Gamma Ray. Znów mocny i pomysłowy riff, a do tego te dzwonki świąteczne. Brzmi to niezwykle ciekawie. Z kolei energiczny i melodyjny "Ghost of Christmas story"  to kolejna piękna kompozycja, która idealnie miesza klasyczny europejski power metal spod znaku Helloween, Dark Moor, rhapsody czy Timeless Miracle z klimatem świąt. Wybuchowa mieszanka. Oprócz petard jest też klimatyczna ballada w postaci "the joy of christmas". Dalsza część płyty już jest bardzo filmowa i 3 częściowy "A ghost of Christmas" jest pełen rozmachu i czasami może nieco tego za dużo. Jednak brawa, że mimo wszystko słychać ten power metal. Ponarzekam też trochę na "A Majestic christmas theme", który pokazuje rozmach i ciekawe podniosłe aranżacje, jednak czy ten utwór jakoś specjalnie zapada w pamięci? No nie koniecznie.


Ciężko ocenić to wydawnictwo. Płyta idealnie na pewno sprawdzi się w sezonie świąt Bożego Narodzenia, no chyba że nie ma się problemu słuchać takich utworów w innych porach roku. Co na pewno zaskakuje, że pierwszy raz ktoś tak dobrze uchwycił klimat Świąt i stworzył przy tym własną muzykę. Na co komuś parodia kolęd, czy coś tego typu? Halford zniechęcił mnie do takich płyt, ale Majestica wnosi sporo świeżości i w dodatku wydał bardzo klimatyczny album z muzyką power metalową. W tej kategorii można śmiało dawać oceny 10/10, jednak czy jest to płyta która się sprawdzi zawsze, bez względu na klimat świat? Tutaj troszkę ta płyta traci, ale i tak jest efekt wow i zaskakuje forma i pomysłowość Tommiego.  Jestem w szoku i pełen podziwu dla majestica, że tak się rozwinęli i z miejsca już stali się nową gwiazdą power metalu. Idealna płyta na święta, to na pewno. W tym roku "Kevin" i  kolędy idą w odstawkę. W ten święta króluje Majestica.

Ocena: 9/10

BEAST WARRIOR - Wet Nightmare (2020)


 Czy tylko mi okładka nowego dzieła amerykańskiego Beast Warrior kojarzy się z Dio? Tutaj nie tylko nawiązuje do twórczości Dio, ale muzycznie ta młoda ekipa też nie kryje swoich fascynacji klasyką spod znaku Dio, Judas Priest czy Iron Maiden. Band może jeszcze nie potrafi grać perfekcyjne, ale ich nowe dzieło brzmi o wiele okazale niż debiut. "Wet Nightmare" to prawdziwa frajda dla fanów klasycznego heavy metalu.

Beast Warrior może nie grzeszy oryginalnością i w sumie podążą ścieżką wydeptaną. Takich kapel jest pełno, które starają się wybić na patentach wyjętych z lat 80. Tu mimo sporej konkurencji Beast Warrior zasługuję na uwagę i zapadają w pamięci. Gdzie tkwi ich potencjał? Ich bronią jest bez wątpienia lider w postaci Sword Raper. To człowiek, który pełni rolę wokalisty i gitarzysty, a najlepsze jest to że przypomina mi on wokalnie frontmana 3 inches of blood, a to dla mnie spory atut. Na płycie znakomicie układa się współpraca Sword Rapera i Childa, bowiem stawiają na proste i chwytliwe motywy. Jest przebojowość i nie brakuje również drapieżności.

Brzmienie nieco surowe, nieco takie przybrudzone, ale nie przeszkadza, a jeszcze podkreśla klimat lat 80. No i trzeba przyznać, że materiał jest urozmaicony. Płytę otwiera rozbudowany i bardzo heavy metalowy "Path of the warrior" i te proste motywy gitarowe potrafią zauroczyć. Tak się gra heavy metal! Melodyjny "iron Wolves" coś ma z Cage, a trochę też z Iron Maiden, czy wczesnego Helloween. No i kolejny mocny punkt tej płyty. Brutalny i nieco toporny "Twilight Slaughter" i bardzo dobrze się tego słucha, choć cały czas słychać gdzieś tam echa 3 inches of blood. Troszkę nudą wieje w "Amongs the drifts" i dopiero wysoki poziom wraca w melodyjnym "Tempest of Blades", w którym band mocno nawiązuje do żelaznej dziewicy. "Rager in the heavens" wieńczy ten album i ten 8 minutowy kawałek nie jest taki zły, choć nieco chaotyczny.

Beast Warrior w końcu nagrał album godny uwagi i w końcu pokazują swój potencjał. Nie wszystko jeszcze wychodzi idealnie i brakuje zespołowi troszkę ogłady. Jednak mając taki zgrany team można wiele zdziałać i wiem że to już tylko kwestia czasu, kiedy band nagra coś niesamowitego. Warto obczaić "Wet nightmare" bo to prawdziwa frajda dla fanów heavy metalu.

Ocena: 7/10

EXARSIS - Sentenced to Life (2020)


 Rok 2020 jest bardzo owocny dla thrash metalu i w tym roku było sporo świetnych wydawnictw. Do tego zacnego grona dołączył jeszcze grecki Exarsis, który 27 listopada wydał swój 5 album. Śmiało można stwierdzić, że "Sentenced to Life" to jedno z ich największych osiągnięć, jeśli nie największe. To pozycja obowiązkowa dla fanów Agent Steel, exodus, czy Toxik. 

Co od razu mnie porwało w nowej płycie greków to echa heavy/speed/power metalu, które czynią nowy krążek greków bardzo atrakcyjny nie tylko dla fanów thrash metalu. Te skojarzenia przywołuje nie tylko praca gitarzystów, ale też fenomenalny wokalista Nick J, który mógłby śmiało pełnić funkcję wokalisty bandu heavy/power metalowego. Jego głos to prawdziwy wulkan i sieje zniszczenie na nowej płycie Exarsis. Płyta zachwyca energią, przebojowością i niezwykłą dynamiką. Słucha się tego jednym tchem.

Płytę otwiera "Censored" i to klimatyczne intro i wiadomo, że szykuje się prawdziwa petarda. Szybko atakuje nas mocny riff "Another Betrayal" i ta energia i rozpędzone partie gitarowe rozrywają słuchacza na strzępy. Co za energia i swoboda w grze muzyków. Podobne emocje wywołuje dynamiczny i zadziorny " The truth is no defense". Wokal Nicka J zachwyca i zapada w pamięci. Jeden z najlepszych popisów wokalnych tego roku. Echa heavy metalu mamy w przebojowym "Aiming the Eye" i znów mamy znakomite pojedynki gitarzystów.  Więcej heavy metalu mamy w judasowym "Against my fears". Całość wieńczy rozpędzony i pełen energii "New War Order" i to jest idealne podsumowanie tej niesamowitej płyty.

Exaris kazał czekać swoim fanom 3 lata na nowe wydawnictwo, ale warto było. "Sentenced to life" to poukłada płyta i oddaje to co najlepsze w heavy/speed/thrash metalu. Wszystko tutaj jest tak jak być powinno, bowiem są i zadziorne riffy i wciągające solówki. Mamy i przeboje i killery. Ciężko do czegoś się przyczepić. Na takie płyty warto czekać !

Ocena : 9.5/10



środa, 2 grudnia 2020

PERSUADER - Necromancy (2020)

Przez kilka lat szwedzki Persuader dawkował nam informacje na temat tego, że pracują nad nowym albumem. Problem z Persuader jest taki, że kapela ostatnio ma długie przerwy między wydawnictwami i dla wielu nie raz jest to obiekt żartów. Tak długie przerwy między płytami wynikają z faktu, że kapela ostatnio ma problemy z wytwórniami, a sami często zaznaczają że wolą przykładać się do jakości muzyki, którą umieszczają na albumach. W sumie nic dziwnego, bo gwiazda tego formatu może sobie na to pozwolić. Persuader funkcjonuje od 1997 roku i już dawno umocnili swoją pozycję w power metalowym światku. Mają swój styl i choć często się mówi, że to drugi Blind Guardian, to najnowsze dzieło "Necromancy" troszkę pokazuje band z innej strony. Tak mrocznie, tak brutalnie i tak złożenie to jeszcze nie grali. 6 lat przyszło czekać fanom na nowy krążek, ale warto było.

Tym razem band przyjął pod swoje skrzydła wytwórnia Frontiers Records, która słynie z hard rockowych wydawnictw. Wytwórnia zadbała o promocję Persuader i świat obiegły dwa kawałki promujące nowe dzieło szwedów. Od razu było wiadomo, że szykuje się coś wyjątkowego. Z resztą, czy Persuader kiedyś zawiódł? Zawsze mają swój styl i swój pomysł na power metal. "When Eden Burns" miał niezwykłą przebojowość i złożone partie gitarowe. Miał swój aspekt progresywny w niektórych aspektach. Na" Evolution Purgatory" pojawiała się brutalność i agresywność rodem z death metalu. "Necromancy" łączy te dwa światy i dodatkowo wkracza w mroczny klimat. Mieszanka wybuchowa i bardzo efektowna.

Skład Persuader tworzą teraz 4 osoby i nowym nabytkiem jest Fredrik Mannberg, którego znamy w Nocturnal Rites i te nawiązania do tej kapeli też można usłyszeć. Elementy Blind Guardian też są, ale już nie w takich ilościach jak kiedyś. Jak zawsze swoim wokalem powala Jens Carlsson, który potrafi śpiewać agresywnie i bardzo brutalnie. To wciąż jeden z moich ulubionych wokalistów i mimo upływu czasu wciąż wymiata swoim stylem śpiewania. Duet gitarowy tworzony przez Emila i Fredrika wgrania w fotel i jest naprawdę brutalnie. Nie brakuje oczywiście melodyjnych riffów, wciągających solówek, ale wszystko jest złożone i nie takie oczywiste, jak mogłoby się wydawać przy pierwszych odsłuchach. Płyta ukazuję swoje atuty przy kolejnych odsłuchach i zawsze można odkryć jakiś skarb. Cudo!

Brzmienie też jest bardzo ciekawe, bo jest nieco brudne, nieco takie surowe, ale oddaje brutalność tej płyty i znakomicie z nim współgra. Jednak najlepsza jest zawartość i może troszkę szkoda, że jest to tylko 44 minut nowej muzyki, ale jakość i poziom to rekompensuje.

Płytę otwiera rozpędzony i mega przebojowy "The curse ubound" , który ma podobny ładunek energiczny co "Twisted Eyes". Wejście bardzo melodyjne i takie faktycznie przesiąknięte starym dobrym Blind Guardian. Na taki power metal w wykonaniu Persuader zawsze warto czekać.  Mroczny klimat i brutalność wybrzmiewa z drugiego singla tj "Scars". Znów band imponuje dynamiką i agresywnością, a do tego i melodyjności nie brakuje tutaj. Bez wątpienia ten utwór wyróżnia się pod względem bardzo przystępnej melodii. Jens błyszczy na tym krążku i jego partie przyprawiają o dreszcze. Fenomenalny wokalista. Wciągają tutaj te refreny na tej płycie i ten z "Raise the Dead" jest wzorcowy. Utwór pokazuje jak złożony jest Persuader na tym wydawnictwie. Jest brutalnie, przebojowo, a zarazem bardzo melodyjnie. A na dodatek band zadbał o ponury, taki tajemniczy klimat. Wspominałem o death metalu i elementów "Evolution Purgatory" i to właśnie dostajemy w brutalnym "Reign of Darkness". Co za moc, co za agresja i ten niszczący obiekty refren, który uwydatnia to co najlepsze w Persuader. Płyta to kopalnia killerów i kolejny na płycie to rozpędzony i brutalny "hells command". Band potrafi też zwolnić i urozmaicić swoją grę i czasami trzeba troszkę czasu żeby odkryć wszystkie atuty danej kompozycji. Elementy progresywne można wyłapać w nastrojowym "Gateways", ale najwięcej tej odmiany metalu mamy w rozbudowanym "The infernal fires". Tutaj band bawi się konwencją i własny stylem. Kawałek podsumowuje to co się dzieje na płycie. Jest i brutalność, ale też ciekawe i wciągające przejścia. Utwór wymaga uwagi słuchacza i nie wszystko jest jasne od razu, ale z każdym odsłuchem odkrywa co raz to więcej pięknych elementów jakie przemyca. Dodatkowym atutem tego finałowego kawałka jest jego podniosłość i różnego rodzaju ozdobniki.

Persuader to mistrz w swoim fachu. Długo szlifuje swój materiał i tak ciężko pracuje, aż w pełni osiągnie idealnie dopracowany materiał. Jak do tej pory band mnie nie zawiódł i tym razem dostałem płytę pełno power metalu, ale tym razem jest to mieszanka stylów wypracowanych na "Evolution Purgatory" i "When Eden Burns". Jest brutalność, jest nutka progresywności, jest też mroczny, ponury klimat, a wszystko utrzymane w stylu do jakiego Persuader nas przyzwyczaił. Persuader to maszynka do tworzenia killerów i jedyne co mi w nich przeszkadza, to że tak rzadko wydają nowe albumy ....

Ocena: 10/10

 

niedziela, 29 listopada 2020

TUNGSTEN - Tundra (2020)


 Minął rok od premiery debiutu szwedzkiej formacji Tungsten. Z "We will Rise" pamiętam w sumie piękną okładkę autorstwa Marschalla i nieco przekombinowany styl.  Band nagrał kolejny album i choć "Tundra" nie wyznacza innego kierunku muzycznego, to jest pod każdym względem albumem ciekawszym niż debiut. Fenomen okładki i mocnego nowoczesnego brzmienia został utrzymany z debiutu. "Tundra" pod każdym względem przebija debiutu i słychać, że band dopracował nie dociągnięcia i stworzył ciekawy krążek z kręgu nowoczesnego heavy/power metalu z elementami folk metalu i innych gatunków muzycznych.

Tungsten w dalszym ciągu gra ciekawą mieszankę różnych gatunków muzycznych i można w ich muzyce znaleźć coś Nightwish, Orden Ogan, ale też twórczości takich zespołów jak Marilyn Manson, czy Rammstein.  "Tundra" to płyta przede wszystkim bardziej klimatyczna i dojrzała niż debiut, ale najlepsze jest to, że  jest sporo hitów, które potrafią zapaść w pamięci. Może nie jestem jeszcze w pełni zachwycony tym bandem, ale już zmiana na plus i idą w dobrym kierunku.

Swoim stylem potrafią się wyróżnić na tle innych płyt z tego roku i to jest ich największy atut. Potrafią dzięki temu zapaść w pamięci. Już start w postaci "Lock and load" pozytywnie zaskakuje i jest tu hit z prawdziwego zdarzenia. Nawet te elektroniczne elementy są urocze i nadają całości charakteru i odpowiedniego klimatu.  Melodia rodem z Nightiwsh pojawia się w "Volfrom song" i pojawia się folkowy klimat i słucha się tego naprawdę dobrze i to pomimo komercyjnego charakteru. Prosty i chwytliwy jest też "Time" i tutaj  Mike Andresson błyszczy. Jego wokal idealnie współgra z tym co band gra. "King of Shadows" to jeden z najlepszych kawałków na płycie i ten folkowy klimat momentami przypomina ostatnie dokonania Nightwish.  W takim nowoczesnym melodyjnym metalu band najlepiej wypada.  Troszkę pazura kapela pokazuje w tytułowym "tundra", który w pełni oddaje styl Tungsten. Nowocześnie brzmi "I see fury' i pomimo elektrycznych wstawek kawałek się broni przebojowością. Nie brakuje na płycie przebojów, jak i power metalowych patentów i dobrze to odzwierciedla dynamiczny "This is War" i tutaj przypomina mi to mieszankę Beast in Black oraz Orden Ogan. Całość wieńczy rozbudowany "Here comes the fall" i tutaj też dobrego dzieje się i band pokazuje, że potrafi też stworzyć nieco bardziej progresywny utwór.

No i kto by pomyślał, że to napiszę, ale naprawdę przemówił do mnie nowy krążek od szwedzkiego Tungsten. Bardzo udana mieszanka modern metalu z power metalem, folk metalem i elektronicznymi wstawkami. Band dopracował styl i jakość swoich kompozycji, a przede wszystkim bije z niego większa energia i przebojowość niż z debiutu. Płyta godna uwagi.

Ocena: 8.5/10

piątek, 27 listopada 2020

MOONLIGHT HAZE - Lunaris (2020)


 Kto lubi Nightwish z ery Anetty, albo Frozen Crown, czy Visions of Atlantis, ten z pewnością powinien obczaić co prezentuje włoski Moonlight Haze na swoim drugim krążku zatytułowanym "Lunaris".

Tak to jest jedna z tych płyt, gdzie króluje wokalistka z  słodkim głosem i sama muzyka jest bardzo komercyjna. Pełno tego na "Lunaris", ale są też plusy. Jest melodyjnie i nie brakuje też chwytliwych hitów. Płytę bardzo przyjemnie się słucha i przypomina choćby ostatnie płyty The Dark Element. Nowy album Moonlight Haze zachwyca czystym i wyrazistym brzmienie, a do tego ta piękna, klimatyczna okładka.

Pomówmy o najlepszych momentach tej płyty. Zachwyca bez wątpienia dynamiczny i przebojowy "Till the end", który mocno nawiązuje do dokonań Nightwish z ery Anetty.  Dobrze wypada też nastrojowy i chwytliwy "Lunaris", który przypomina troszkę Within Temptation. Podniosły refren w "Enigma" też potrafi oczarować słuchacza i tutaj w końcu mamy nieco mocniejsze gitary. Power metal można usłyszeć w dynamicznym "Without You" i to jest bez wątpienia najlepszy utwór z tej płyty.

"Lunaris" to płyta, której można posłuchać i raczej bardziej przypadnie do gustu osobom, które siedzą na co dzień w takim symfonicznym wokalu. Trzeba przyznać, że płyta ma kilka przebłysków i niektórym może się podobać. Mnie osobiście za brakło troszkę mocy i pazura, a tak płytę za jakiś czas zapomnę....

Ocena: 5/10


BETRAYEL - Offerings (2020)

Co raz więcej kapel z lat 80 powraca po wielu latach nieistnienia i dla nie których jest to tak naprawdę pierwszy kontakt z szerszą publicznością. Mało kto pewnie zna amerykański Betrayl, który powstał w 1985r i działał do 1987r. Kapela odrodziła się w 2019r i efektem tego jest debiutancki krążek "Offerings", który ukazał sie w tym roku. To płyta skierowana przede wszystkim do fanów Overkill, czy Metal Church.

Te skojarzenia z tymi kultowymi kapelami są jak najbardziej na miejscu, a wszystko za sprawą wokalisty Chrisa Campise. To bardzo wyrazisty wokalista, którego chrypa jest charyzmatyczna i jego barwa do bólu przypomina Davida Wayna, czy Bobbyego Blitza z Overkill. Z resztą jak przyjrzymy się muzyce Betrayel to też dostrzeżemy podobieństwa. Band gra thrash metal, ale nie brakuje tutaj elementów typowo heavy metalowych. To wszystko wzięte razem w całość czyni debiut tej niemieckiej formacji smakowitym kąskiem.

Kiedy odpalamy płytę to band nas raczy, topornym, nieco Acceptowym "Accelerant" i troszkę brzmi to jakby band nas zabrał do płyty "Death Row" Accept, ale jest też coś z Destruction, Headhunter czy wspomnianego Overkill. Brzmi to typowo niemiecko. Płycie nie brakuje też chwytliwych melodii co potwierdza "Above and beyond", który zachwyca swoją strukturą.  Znów heavy metal spod znaku Accept wraca w "Offerings" i ten brudny klimat idealnie współgra z tymi prostymi i topornymi partiami gitarowymi.  Band przyspiesza w "Meet Your maker" i w końcu jest troszkę więcej dynamiki. Jeden z mocniejszych utworów na płycie.Kolejny hicior na płycie to chwytliwy "Resurrected" i band pokazuje, że jednak grać potrafi i to całkiem solidnie. Dobre wrażenie sprawia zadziorny i melodyjny "face of Pain" i całość wieńczy utrzymany w stylistyce Accept "Helpless Souls".

Kto lubi mało wymagającą mieszankę heavy metalu i thrash metalu, a przy tym kocha Overkill i Accept ten powinien sięgnąć po debiut Betrayel. To może nie liga światowa takiego grania, ale kawał solidnego grania i wart uwagi album, który dostarcza sporo frajdy podczas odsłuchu. Czego zabrakło? Może jakiś killerów, przy których serce by zaczęło szybciej bić i może nieco ciekawszych popisów gitarowych? Wszystko jeszcze przed nimi, a czas pokaże co jeszcze nagrają w przyszłości....

Ocena: 6.5/10
 

SORCERESS OF SIN - Mirrored Revenge (2020)

"Mirrored Revenge" to debiut brytyjskiego Sorceress of Sin, który ujrzał światło dzienne 27 listopada tego roku. To propozycja skierowana do fanów takich kapel jak Huntress, Elvenstorm, czy White Skull, ale nie tylko bowiem i fani Helloween ery Derisa coś znajdą tutaj dla siebie. Jednym słowem jest to godny uwagi album z kręgu heavy/power metalu.

Pierwsze skrzypce w tym zespole gra nie kto inny jak wokalistka Lisa Skinner , która potrafi oczarować swoją drapieżnością i niezłą techniką. Skojarzenia z Huntress są jak najbardziej na miejscu. To dzięki niej jest moc i pazur na płycie. Wymiata również gitarzysta Constantine, który stawia na nowoczesne brzmienie i agresję. Brzmi to obłędnie, bo z jednej strony jest ciężko i drapieżnie, a z drugiej strony nie brakuje tutaj przebojowości i melodyjności.

Już otwarcie w postaci "Vixen of Virtue"  znakomicie nas wprowadza w świat Sorceress of Sin. Jest moc, jest pazur i niezła dawka przebojowości. Jeszcze lepiej band wypada w energicznym "Mirrored Revenge" i ten wokal Lisy przyprawia o dreszcze. Rasowy szybki, power metal dostajemy w "wicked distortion". Niby nic nadzwyczajnego tutaj nie dostajemy, a brzmi to bardzo dobrze i wpada w ucho. Podobne emocje wywołuje "Aradia", czy agresywny, ocierający się o thrash metal "Empyre of Stones" przypomina nieco "Empire of the undead" Gamma Ray.

Wielka Brytania może nie słynie  z power metalu, ale Sorceress of Sin pokazuje, że wie co chce grać i robi to nadzwyczaj dobrze. Jest agresja, przebojowość i duża dawka chwytliwych melodii, tak więc mamy to wszystko co jest potrzebne do udanej płyty power metalowej. W głowie co zostaje na długo to naprawdę świetny wokal Lisy. Brawo dla zespołu i na pewno jeszcze o nich usłyszymy.

Ocena : 8.5/10

ROADWOLF - Unchain The wolf (2020)


 Tam gdzie w nazwie wilk, tam zawsze szykuje się coś wyjątkowego. Austriacki Roadwolf to band przed którym wielka kariera stoi otworem. Dla jednych będzie to kolejny band z kręgu NWOTHM, a dla innych będzie to kontynuacja stylu wypracowanego przez Judas Priest na "Defenders of Faith" czy ""Screaming for vengeance", Dio z okresu "Last in line", czy Krokus na płycie "Headhunter". Jednym słowem Roadwolf to band, który ma smykałkę do łączenia hard rocka i heavy metalu. Ich debiut "unchain the wolf" to kolejna perełka roku 2020.

Klasyczna okładka z wilkiem w roli głównej przyciąga uwagę i od razu zachęca by sięgnąć po ten krążek. Czuć klimat lat 80 i podobnie ma się sprawa klasycznego brzmienia. Trzeba przyznać, że gitarzysta Valentin zachwyca swoją grą i jest tutaj pełno pomysłowych riffów. Wszystko jest rozegranie z poszanowaniem dla klasyki spod znaku Judas Priest czy Dio. Dużym plusem jest to, że album jest urozmaicony i nie ma wałkowania jednego riffu. Roadwolf ma jednak też as w rękawie, a jest nim utalentowany wokalista Franz Bauer. To dzięki niemu przenosimy się od razu do początku lat 80. Niesamowite uczucie.

"All hell is breaking loose" to singiel, który jest bardzo dobrze znany fanom Roadwolf. To taki klasyczny killer, w którym band miesza hard rockowy pazur i heavy metalową konwencję. No słychać stary dobry Judas Priest, saxon czy Dio. Tytułowy "Unchain the Wolf"  to utwór, w którym band zabiera nas do Wielkiej Brytanii i złotej ery Nwobhm. Co za melodyjny kawałek i ten prosty motyw od razu przekonuje. Fanom Iron Maiden z pierwszych płyt może przypaść do gustu "M.I.A" i to bardzo energiczny kawałek, w którym band pokazuje jak łatwo potrafią przyspieszyć. No i jest kolejny killer na płycie. Bardzo fajnie buja hard rockowy "Roadwolf" i tutaj można wyłapać coś z Krokus, czy Ac/Dc. Chwytliwy kawałek z ciekawymi partiami solowymi. Band potrafi też stworzyć długi i złożony utwór co pokazuje w zadziornym "Straight out of hell" i tutaj znów można doszukać się wpływów Iron Maiden. Hard rockowy feeling rodem z płyt Krokus pojawia się w przebojowym "Curse of the gypsy". Płyta niezwykle przebojowa. Riff do "Wheels of Fire" przypomina czasy "Poverslave" Iron Maiden i bardzo mi się to podoba. Mocny kawałek! Całość wieńczy rockowy "Condemned to Rock", który też czerpie garściami z Ac/Dc.

Wychowałem się na takich klasykach jak Dio, Judas Priest czy Krokus i debiut Roadwolf to płyta, która idealnie trafiła w mój gust. To znakomita mieszanka hard rocka i heavy metalu, a do tego dochodzi jeszcze autentyczny klimat lat 80. Album wysokiej jakości i tutaj przebój goni przebój, tak wiec nie ma szans na nudy. Gorąco polecam!


Ocena: 9/10

MEDJAY - Sandstorm (2020)


 Wykorzystać klimat kultury Egipskiej w heavy/power metalu to świetny pomysł. Brazylijski band Medjay wpadł na taki pomysł i już można sprawdzić jaki jest tego efekt, bowiem 20 listopada ukazał sie debiutancki album grupy zatytułowany "Sandstorm". Płyta skierowana może do fanów muzyki pokroju Myrath, czy Orphened Land, ale fani muzyki Iron Maiden, czy Helloween też coś znajdą dla siebie. Dostajemy pomysłowo zagrany heavy/power metal, który jest osadzony w egipskich klimacie.

Okładka troszkę nie dopracowana, ale mocne soczyste brzmienie to rekompensuje. Band też zwarty i gotowy do działania. Przyłożyli się do tego debiutu i ciężko tutaj wytknąć większe błędy.   Sekcja rytmiczna jest pełna dynamika i mocy, a lider Phil Lima błyszczy jako gitarzysta i wokalista. Jego wokal jest wyrazisty i pełen energii. Tak dzięki niemu płyta ma pazur i może się naprawdę podobać.

"Egyptian Beast" znakomicie wprowadza w ten egipski klimat i już wiadomo że to nie jest jakaś ściema i faktycznie band zabiera nas w te egzotyczne rejony. Riff w "Medjay" imponuje pomysłowością i agresywnością. Nasuwa się myśl, że Medjay nagrał taki "Poverslave" naszych czasów. Jest klimat egipski i nawet riff to potwierdza dobitnie. Mocny wokal i duża dawka melodyjności i mamy pierwszy przebój gotowy. Oj drzemie w tej kapeli ogromny potencjał. Jeszcze więcej egzotyki i niesamowitego klimatu Egiptu mamy w nieco progresywnym "Death in the house of Horus". Jest troszkę galopady  z żelaznej dziewicy, ale jest też coś niesamowitego klimatu Myrath. No jest powiew świeżości i mi się to podoba. Marszowy "Revenge of Horus" wprowadza nieco epickości i mrocznego klimatu. Band znów błyszczy i to znakomity kawałek. Dobrze wypada też melodyjny i przebojowy "Rise of Glory". Całość zamyka nastrojowa ballada "Lady of the nile".

Co mi zabrakło do pełni szczęścia? Bez wątpienia nieco bardziej złożonych solówek i może nieco większej liczby utworów utrzymanych w szybszym tempie. Jednak to już kwestia indywidualna. Sam album jest na wysokim poziomie i zasługuje na uwagę fanów heavy/power metalu. Sporą robotę robi tutaj faktycznie klimat wyjęty z Egiptu i to on napędza ten album. No dzieje się tutaj dużo i nie ma grania na jedno kopyto co jest dodatkowym atutem. Udany start tej młodej brazylijskiej formacji.


Ocena: 8.5/10

LEGENDIRE - Sunchasers (2020)

Rosja to może nie jest rejon, w którym power metal jest tak rozwinięty jak w Niemczech czy Finlandii, ale też czasami trafią się tam ciekawe zespoły. Jeden z nich, który ostatnio bardzo mi przypadł do gustu to Legendire. To jest młoda kapela, która funkcjonuje od 2019r, ale już może się pochwalić naprawdę udanym debiutanckim krążkiem "Sunchasers". Premierę ta płyta miała 13 listopada i tylko w formie elektronicznej, ale jak świat o nich usłyszy to i wytwórnia jakaś się znajdzie by wydać to cudo na nośniku fizycznym.

Od razu przykuwa okładka płyty. Jest klimat rycerski i jest wojna w tle, a to zawsze się sprzedaje. A co nas czeka podczas odsłuchu? Band tworzy własny styl i nie jest tu kopią jakiegoś zespołu, za co spory plus dla zespołu. W ich muzyce można doszukać się wpływów Manowa, jest też coś z Helloween, czy Hammerking, ale i tak band idzie w zaparte i robi swoje. Co jest pewne to styl w jakim band się obraca, bo jest to europejski heavy/power metal i to ten z górnej półki. Tak więc band nie brzmi na swoim debiutanckim krążku jak banda młodych muzyków, którzy nie wiedzą czego chcą. To świadomy band, który gra z pomysłem, polotem i bawi się tą formułą. Jest tutaj kilka mocnych fundamentów jak choćby uzdolniony i wszechstronny wokalista Matvei, który zaskakuje barwą jak i techniką. Na pochwałę zasługuje Artem i Yaroslav, którzy wygrywają naprawdę solidne riffy i dzieje się w tym aspekcie.

Na płycie znajdziemy 40 minut klimatycznego heavy/power metalu. Klimat wojny i tej epickości można uświadczyć w marszowym "Dawn of war'. Pojawiają się elementy symfoniczne i takie pierwsze skojarzenia to Bloodbound czy choćby Rhapsody. Ach ten niesamowity wokal Matvei na otwarciu "Sunchasers" i już od razu można dostać ciarek na plecach. Jest podniośle, ciekawe partie klawiszowe w tle, ale w gitarach słychać klasyczną szkołę. Kto kocha power metal z lat 90, ten od razu pokocha te partie gitarowe. Wyszedł rasowy hit. Band znakomicie buduje napięcie i tą otoczkę rycerską co pokazuje w zadziornym "Ravenheart" i tutaj jest jakby więcej heavy metalowej formuły, ale brzmi to naprawdę obłędnie. Band bawi się konwencją, a jest przy tym pomysłowy i przygotowany pod względem technicznym. "Meteor Rain" to nastrojowa ballada, która brzmi jak echa Blind Guardian, ale nie tylko. Ta ballada ma w sobie coś takiego co koi słuchacza i wdaje troszkę romantycznego nastroju. Killerem na płycie jest fenomenalny "Inner Fire" i tak powinien brzmieć power metal. Klawisze brzmią troszkę jak w Powerwolf, ale tutaj można usłyszeć wpływy wiele kapel. Wyszedł z tak przebojowy i melodyjny utwór, który pokazuje jak ogromny potencjał drzemie w Legendire. Podniosły "Brave New World" może i ma słodkie partie klawiszowe, ale bije  z niego epickość i niezwykła przebojowość.  Refren niszczy obiekty! "Unite and Decide"  to kolejny killer na płycie i band znów tutaj błyszczy i dostajemy to co najlepsze w epickim heavy/power metalu.

To wszystko może i bywało gdzieś w innych zespołach, może gdzieś na innych płyta, ale Legendire robi to tak dobrze, że nie znajdziemy tutaj utworów typu kopiuj wklej. Band gra swój własny epicki heavy/power metal w rycerskim wydaniu i najlepsze jest to że jest to muzyka wysokich lotów. Każdy kto kocha taki rodzaj muzyki poczuje się tutaj jak w domu. Świetny start młodego zespołu z Rosji i czekam na kolejne wydawnictwa!

Ocena: 9/10