Strony

niedziela, 31 października 2021

DAVID REECE - Blacklist utopia (2021)


 Debiut David Reeca w postaci "Cacophony of souls" z 2020r miło wspominam. To była pozycja obowiązkowa dla fanów Accept czy Udo, zwłaszcza kiedy w składzie są faktycznie muzycy grających wcześniej w tych zespołach. Teraz po roku przerwy przychodzi czas na drugi album, czyli "Blacklist Utopia", który ukazał się 29 października tego roku.


Poprzedni krążek był przebojowy i przemyślany. Nowy album jest troszkę chaotyczny i trochę zagrany bez wizji. Mało tu hitów. Zapada w pamięci energiczny "most of the time", toporny "highway Child" czy otwieracz "Utopia". Jest też niezwykle chwytliwy "red blooded hell raiser", który oddaje to co najlepsze w twórczości Davida. Taki powinien być cały album. Brakuje tego luzu i heavy metalowego pazura. Najlepszy z tego jest oczywiście żywiołowy "book of lies" i to jest rasowy killer.

Tym razem powstał album średniej klasy, który ni to ziębi ni to grzeje. Od takiego składu, od tak doświadczonych muzyków trzeba wymagać i szkoda że panowie nie postarali się bardziej. Bardzo nie równy album, który przepada na tle perełek z tego roku. 

Ocena 5/10

sobota, 30 października 2021

EXISTANCE - Wolf attack (2021)


 Jakoś nie było okazji wcześniej poznać twórczości francuskiego Existance. Teraz band wydał 4 album zatytułowany "Wolf Attack", którego premiera miała miejsce 29 października tego roku. Zaczynam żałować, że wcześniej nie natknąłem się na Existance. To uzdolniona formacja, która działa od 2008r i skupia się na grania melodyjnego zadziornego heavy metalu, który mocno czerpie z twórczości Judas Priest, Ovedrive, czy Accept. Co jest w tym najważniejsze, że band gra po swojemu i robią to nadzwyczaj dobrze.

Na pewno wypada pochwalić band za ciekawą i klimatyczną okładkę, a także mocny sound, który podkreśla to co się dzieje na płycie. Zadbano o każdy detal i dlatego jest tak wysoka jakość zawartej muzyki. Existance to przede wszystkim wokalista i gitarzysta Julian Izard, który wyznacza ścieżkę kapeli i jest jej motorem napędowym. Julian ma ciekawą barwę głosu i potrafi śpiewać też w wysokich rejestrach i za jego sprawą kompozycje są urozmaicone i pełne wigoru. Co mnie bardzo cieszy, to fakt że płyta jest bardzo gitarowo i band nas zasypuje ciekawymi motywami gitarowymi czy wciągającymi solówkami. No nie sposób się nudzić przy muzyce "Wolf Attack".

Znakomicie nas wprowadza w klimat płyty energiczny i melodyjny otwieracz w postaci "Highgate Vampire".To się nazywa dobrze skrojony heavy metal. Ten kawałek ma po prostu wszystko. Klimaty judas priest czy Primal fear można wyczuc w zadziornym "deathbringer" i to jest faktycznie rasowy killer. Dobrze wypada też nieco hard rockowy "rockn roll" czy marszowy "sniper alley". Band znakomicie urozmaicił album i nie ma monotonni. Z kolei tytułowy "wolf attack" zabiera nas w rejony lat 80.
 To taki klasyczny heavy metal. 

Mało znany jest Existance z Francji. Czas to zmienić, bo band gra bardzo udany heavy metal. Znajdziemy tu rasowe riffy i przemyślane motywy. Nie jest to może płyta idealna, ale kryje sporo ciekawych utworów. Warto mieć ta płytę w swojej domowej kolekcji. 

Ocena 8/10

BEAST IN BLACK - Dark Connection (2021)


 Gdzie jest granica między zachwytem, a kiczem? Gdzie jest granica między muzyką disco a heavy metalem? Na pewno fiński Beast in Black balansuje na granicy tych światów. O ile dwa pierwsze albumy miały dużo heavy metalowego pazura, o tyle najnowsze dzieło "Dark Connection" faktycznie może wzbudzać większe kontrowersje.  Jest Anton Kabanen, jest wokalista Yannis i gitarzysta Kasperi i co mogło pójść nie tak?

Okładka wieje kiczem i wygląda niczym okładka jakieś składanki techno. Dziwny zabieg i raczej odstraszy wielu fanów heavy metalu. Jednak każdy wie co gra Beast in black i to się nie zmienia. Tak więc produkt jest skierowany do tego samego grona odbiorców. Niby stylistyka ta sama, niby dalej panowie imponuje swoim doświadczeniem i umiejętnościami. Płyta jest o tyle dziwna, że wywołuje skrajne emocje. Z jednej strony fajnie się tego słucha, bo jest bardzo melodyjne i przebojowo. Jednak rozum podpowiada, że to tandetny kicz i muzyka rodem z płyt 2 unlimited czy E-rotic, albo jakieś innej formacji grającej dance, czy eurodance. Zła informacja dla maniaków heavy metalu, no chyba że ktoś miał do czynienia z taką muzyką. Z drugiej strony jest tu pełno hitów i słucha się tego nadzwyczaj dobrze. Pytanie czy dalej mówimy o płycie stricte heavy metalowej? Można rozczulać się i rozkładać na czynniki pierwsze, a i tak nic to nie zmieni. Jednym przypadnie ta muzyka do gustu, a innym nie. Z Beast in black już tak było od samego początku. Teraz trzeba sobie zadać pytanie do której grupy należysz? Tych co gardzą tym zespołem, czy słuchaczem który ceni sobie dobrą zabawę i chwytliwe melodie? Dla tych drugich na pewno płyta będzie mieć jakąś wartość.


Płytę otwiera przebojowy "blade Runner". Jest to w sumie beast in black jaki znamy czyli melodyjny, nieco kiczowaty, ale jest dobrze. Brawa się należą za chwytliwy refren w "Bella donna", który momentami brzmi niczym abba. Klawisze ociera ja się o dance i to slychac w lekkim "highway to mars". Niby wszystko jest ok i jest to hit, tylko pytanie czy to jeszcze metal? Dobrze wypada mocniejszy "hardcore" i ten refren tutaj po prostu wymiata. To zawsze była mocna strona tej kapeli. Wejście "one night in tokyo" to od razu kojarzy się z zespołami euro dance typu 2 unlimited czy e-rotic. To nie jest dobry znak dla kapeli heavy metalowej. Reszta utrzyma jest w podobnych klimatach. Troszkę dyskotekowo, melodie są i jest to chwytliwe, ale mało w tym jakoś metalu. Najdziwniejsze jest to że w głowie zostały mi covery. Świetny "battle hymn" z repertuaru Manowar i "dont care about us" czyli klasyk Micheala Jacksona.

Beast in black jest sobą i dalej miesza dyskotekowe melodie z metalem. Tylko propozycje nie zostały odpowiednio zachowane i troszkę band poszedłl w stronę disco. Nie powiem lubię taneczna muzykę, ale w przypadku metalu to raczej tego typu klawisze odpadają. Plus taki ze płyta jest łatwa w odbiorze i dostarcza frajdy. Nie jest to ich najlepszy album, ale to wciąż dobra rozrywka.

Ocena:6 /10

piątek, 29 października 2021

CUSTARD - Imperium Rapax (2021)

Power metal i historia sprawdzają się i znakomicie współgrają. Nic dziwnego, że z ciekawością wypatrywałem nowego albumu niemieckiego Custard, który miał się skupić na imperium rzymskim na płycie "Imperium Rapax", którego premiera przewidziana jest na 3 grudnia tego roku. Miły dodatkiem jest obecność Marty Gabriel z Crystal Viper w roli gościa. Niby wszystko pięknie i nawnet płyta miewa momenty, ale nie da się ukryć że płyta potrafi zanudzić swoją formą i brakiem emocji. Custard to doświadczona i zasłużona kapela i dlatego tym większe jest rozczarowanie.

Troszkę ospale są riffy gitarzystów Stefana i Carstena. Niby momentami jest ciekawa melodia, czy mocniejszy riff, ale brakuje elementu zaskoczenia i świeżości. To wszystko było i sto razy lepiej podane. Na plus zaliczę wokal Olivera, który jak zawsze jest bezbłędny i to on ratuje ten album tak naprawdę.
 

Dobre wrażenie robi energiczny "children of the Wolf" który imponuje agresywnością i power metalowym feelingiem. Szkoda ze panowie nie podtrzymali tego. Stonowany i mroczny "res Publica" to niszowy heavy metal, który przytłacza swoją formą. Ciekawy riff dostajemy w "blessed by Baal", który również jest jakiś taki niedopracowany. Brakuje ostatecznego szlifu. Najbardziej zapada w pamięci "blood and Sand", który opiera się na chwytliwymi motywie gitarowym. W końcu coś zaczyna się dziać.  Utwór w którym udziela się Marta Gabriel jakoś mnie nie zachwyca. Wieje nuda, a mowa tu o "the goddes of magic and death". Niestety reszta utworów ma podobny charakter i też nie wiele wnosi do tej płyty.

Rozczarowanie to mało powiedziane w przypadku nowego albumu custard. Tak doświadczony band wypuszcza takiego koszmarka? No niestety wpadki się zdarzają...

Ocena 4/10

czwartek, 28 października 2021

VICTORY - Gods of Tommorow (2021)


 To już 10 lat minęło od czasu wydania "Dont talk science" z 2011r. Kto by pomyślał, że ten zasłużony band jeszcze kiedyś powróci z nowym albumem. Band został reaktywowany w 2013r i właściwie to zupełnie nowy skład, bo tak naprawdę został tylko Herman Frank. W zespole pojawił się gitarzysta Mike Pesin, który grywa w zespole Hermana Franka. Wokalista Gianni Pontillo  z The order, basista Malte Burkert z zespołu David Reece, no i perkusista Mike Stein.  Nowy skład, ale muzyka to wciąż solidna porcja heavy metalu i hard rocka. Fani Accept, Sinner czy Krokus będą na pewno zadowoleni.

 Przede wszystkim band daje jasno do zrozumienia, że stawiają na klasyczne dźwięki sięgające lat 80, na dobrą zabawę i solidną porcję niemieckiego heavy metalu i hard rocka. Znakomicie nas wprowadza "Love and Hate", który brzmi jak Accept, ale też fani Krokusa szybko odnajdą się tutaj. Prosty utwór, ale szybko wpada w ucho. Tytułowy "Gods of tommorow" już mocniejsze granie, które przypomina solowe dokonania Hermana Franka. Heavy metal pełną gębą.Dalej znajdziemy spokojniejszą balladę "Dying in your arms", który również dzielnie się broni na tle całego albumu. Nowy album tak naprawdę zdominowany jest przez hard rocka i to słychać choćby w takim "Hold on me". Kolejny killer na płycie to energiczny "Into the light", który zachwyca głównym motywem gitarowym. Dużo dobrego się tutaj dzieje. Echa Accept można usłyszeć w takich toporniejszych kawałkach typu "Rising force" czy "Mad", choć tego typu utwory tutaj już tak nie zachwycają.

Victory to żywa legenda niemieckiej sceny metalowej i to jest fakt. Nowy album mógł być bardziej dopracowany, w końcu czekaliśmy 10 lat na nowe dzieło. Troszkę zabrakło dopracowania i większej dawki killerów. Solidna porcja heavy metalu z domieszką hard rocka z nutką Krokus i Accept. Nowy skład się spisuje, więc jest nadzieje że w przyszłość nagrają coś lepszego. Na pochwałę zasługuję charyzmatyczny wokalista Gianni i oczywiście niezniszczalny Hermann Frank.Warto znać, ale o płycie roku nie ma mowy.

Ocena: 6.5/10


środa, 27 października 2021

RHAPSODY OF FIRE - Glory for salvation (2021)


 Czy to się podoba fanom Rhapsody of Fire czy nie, to nie ma już Fabio Lione i Luca Turilli w zespole. Czy fani to akceptują czy nie, to "The eight mountain" to jeden z najlepszych albumów Rhapsody of Fire. Teraz pytanie czy kontynuacja nowego sagi jest w stanie udźwignąć poziom jaki wyznaczył "The eight mountain"? Mogłoby się wydawać, że to tylko formalność by nagrać udaną kontynuację. To teraz czas na zwierzenia i przemyślenia na temat najnowszego dzieła włochów, które nosi tytuł "Glory For Salvation".

Okładka jak i brzmienie to swoista kontynuacja tego co było na poprzednim albumie. Stylistycznie band trzyma się swoich standardów, a sam klimat na kilometr jest wyczuwalny i wiadomo, że czeka nas przygoda w świecie fantasy. Również nie mam nic do zarzucenia muzyków, bo to są fachowcy i grają na wysokim poziomie. Płyta też sprawia wrażenia zagranej na wysokim poziomie i przynajmniej takie jest wrażenie. Tylko jakoś nie ma takiej przebojowości i takiej mocy jak na poprzednim albumie. Coś zawodzą same kompozycje, które jakoś w pełni nie zachwycają. Jasne są momenty świetne i nawet jest dreszczyk emocji, tylko jakoś mam często wrażenie czy to jeszcze Rhapsody czy nie jakiś inny band.  Giacomo Voli ma świetny głos i to nie on jest problem, ale same kompozycje, który moi zdaniem mogłyby być bardziej dopracowane. "Son of Vengeance" ma zadatki na ciekawy, epicki kawałek, ale jakoś po ciekawym symfonicznym wejściu, troszkę poziom siada i emocje również. Mocne wejście dostajemy w "The kingdom of ice" i jest to power metal gębą. Utwór bardzo dobry i jeden z najlepszych na płycie, ale też nie potrzebne są zwolnienia i na siłę tworzenie epickiej otoczki. Dużo dzieje się w tytułowym "Glory for salvation". Znów bardzo dobra kompozycja, w której jest spory pokład energii i ukłon w stronę starych płyt. Jest też szybko i bardzo melodyjnie w "Maid of the secret sand", który pokazuje jak powinien brzmieć cały krążek. Kolos "abyss of pain" to taki przerost formy nad treścią. Utwór dość szybko zaczyna nudzić. Oczywiście smaka wszystkim narobił udany singiel "ill be your hero", który imponuje przebojowym charakterem. Echa starego rhapsody słychać w "chains of destiny" i to jest prawdziwa perełka. To jest power metal do jakiego przyzwyczaił nas ten band


Co bym tu nie napisał to fani i tak sięgną po ten album, bo to w końcu rhapsody. Jeden z najważniejszych zespołów power metalowych. Jest patos, epickość i symfoniczny rozmach. Jest melodyjnie i momentami przebojowo, tylko nic z tego nie wynika. Wkrada się nuda i czasami jakieś to wszystkie ugrzecznione i zbyt łagodne. Zabrakło troszkę pomysłów na kompozycje i tego power metalowego pazura z poprzedniej płyty. 

Ocena 7/10

niedziela, 24 października 2021

DEVOID - Lonely eye Movement (2021)


 Oj sporo ostatnio tych płyt od wytwórni Frontiers Records i co ciekawe większość z nich to naprawdę świetne płyty, które są nastawione na świeżość, a przede wszystkim atrakcyjne melodie. Tak też jest z najnowszą płytą francuskiego bandu Devoid. Minęło 4 lata od debiutu i najnowszy krążek "Lonely eye Movement" to kontynuacja tego co band wcześniej wypracował.

Płyty Frontiers Records łączy podobna konwencja jak i stylistyka. Zawsze to jest duża dawka melodyjnego metalu, z domieszką hard rocka, AOR czy progresywnego metalu. Devoid można postawić obok takiego Brother Against Brother, chociaż znajdziemy tutaj wiele innych patentów z tego rocznych płyt wydanych przez tą wytwórnię. Ważną rolę odgrywa tutaj doświadczony w bojach wokalista Carsten "Lizard" Schulz. Jego głos idealnie współgra z zawartości i jest bez wątpienia główną atrakcją. W tym roku band zasilił perkusista Ben B-last, a także gitarzysta Kwen Kerjan. Muzycy ogólnie na tym albumie się spisują. Sama stylistyką troszkę przypomina jakby ktoś chciał wymieszać twórczość Evegrey, Soilwork i White heart, czy Hardline. To wszystko zawiera otwieracz  "Lonely eye movement", który kipi świeżością i brzmi również nowocześnie. Dużo progresywnych patentów można uchwycić w "Impostor", który jest bardziej agresywny w swojej formule. Warto wspomnieć o przebojowym "Mirror maze" czy złożonym "Martial Hearts".

To jedna z tych płyt, która kryje sporo nie banalnych melodii, ale jest to płyta nie łatwa w odbiorze. Mimo pewnych nie dociągnięć, czy nie wielkiej liczby hitów jest to wartościowy album, który zasługuje na uwagę i czas na poznanie.

Ocena: 7/10

TOLEDO STEEL - Heading for the fire (2021)


 Po 3 latach przyszedł czas na drugi album brytyjskiej formacji Toledo Steel. "Heading for the fire" to kontynuacja tego co mieliśmy na debiutanckim krążku. Trochę tutaj starego Judas Priest czy Iron Maiden. Trzeba przyznać, że band momentami jest też zapatrzony w taki Seven Sisters czy Amulet. Jedno jest pewne. Warto odpalić najnowsze dzieło tego młodego bandu, który jest na scenie od 10 lat. Potrafią grać i zachwycać zarówno młodych słuchaczy, jak i tych już nieco starszych.

Wszystko jakoś tutaj brzmi klasycznie. Wokalista Rich Rutter brzmi jakby wychował się na płytach z lat 80. Taki rasowy heavy metalowy śpiewak jaki jest niezbędny do takiego klasycznego grania. Sekcja rytmiczna daje czadu, a gitarzysta Tom Potter wygrywa sporo ciekawych melodii. Nie ma miejsca na nudę. Tylko trzeba sobie zadać pytanie czy nie ma się dość kolejnej płyty z tego typu muzyką, bo przecież ostatnio jesteśmy zalewani płytami z takim klasycznym heavy metalem.

Klasyczny otwieracz w postaci "Writings on the wall" to taki miły ukłon w stronę starych płyt Saxon czy Judas Priest. Tak panowie nas zabierają do klasycznego brytyjskiego metalu. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego ani też oryginalnego, ale trzeba przyznać, że dobrze się tego słucha. Więcej emocji na pewno wzbudza zadziorny "On the loose" i panowie zabierają w sentymentalną podróż do lat 80. Nie brakuje tutaj na pewno hitów, bo takie właśnie są "Into the unknown" czy "No time to lose". Całość wieńczy nieco mroczniejszy "Last Rites".

Takich płyt ostatnio jest dużo i jest w czym wybierać. Toledo Steel na pewno zasługuje na uwagę, bo nagrali kawał solidnego krążka, gdzie górą bierze klimat lat 80 i chwytliwe melodie. Na pewno nie będziemy się nudzić przy dźwiękach "Heading for the fire".

Ocena : 7/10

sobota, 23 października 2021

KNIFE - Knife (2021)


 Czyżby jakiś zaginiony klasyk lat 80? Otóż nie! To debiutancki krążek niemieckiej formacji Knife, który ukazał się 22 października tego roku nakładem dying victims porductions. Band stosunkowo młody, bo działa od 2019r. Obrali sobie za cel granie mieszanki heavy/speed metalu z nutką thrash metalu. Słychać echa Wraith, Toxic Holocaust czy nawet wczesny Kreator. Nie dajcie się zwieźć mrocznej okładce, bo kryje się za tym naprawdę ciekawa muzyka. Płyta nosi tytuł "Knife" i zasługuję na uwagę.

Band napędza bez wątpienia charyzmatyczny wokalista Vince Nihil, który ma ciekawą charyzmę i kryje w sobie sporo agresji i drapieżności. W takim graniu to ważna cecha. Kawał dobrej roboty robi gitarzysta Ferli, który zabiera nas w rejony lat 80. Nie brakuje w tym pasji i pomysłowości, by te oklepane patenty znów nas zachwyciły.


Zaczyna się od klasycznego i energicznego "behold the horse of war". Mocne wejście, a to dopiero początek.  Drugi utwór na płycie to speed metalowy "inside the electric church" i tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Stonowany "black leather hounds" pokazuje heavy metalowe oblicze zespołu. Kolejny killer na płycie to bez wątpienia tytułowy "Knife" czy ocierający się o thrash metal "furnace". Reszta utwór ma podobny wydźwięk i to niestety trochę psuję ową zabawę.

Mamy album z ciekawą i przemyślana muzyka. Jest dobra mieszanka heavy i speed metalu, tylko szkoda ze materiał jest oparty o podobne riffy, przez co wszystko zlewa się w jedną całość. Brakuje urozmaicenia, ale to wciąż wartościowy krążek. 

Ocena 7/10

piątek, 22 października 2021

SEVEN SISTERS - Shadow of the fallen star pt 1 (2021)


 Tak Seven Sisters powraca po 3 latach ciszy z nowym albumem. "Shadow of a fallen star pt 1" to album, po który można śmiało sięgnąć, nawet w ciemno. Czy Seven Sisters kiedyś zawiódł? Otóż nie. To doświadczony brytyjski band, który działa sukcesywnie od 2013r i już są efekty. Panowie mają swój styl i nie boją się wychodzić poza standardy brytyjskiego metalu i nwobhm. Tak też jest w przypadku nowego dzieła, które jest kontynuacją poprzednich płyt, a jednocześnie powiewem świeżości w muzyce Seven Sisters. Na pewno jest to płyta, która trzeba mieć w kolekcji.

Mcneil i Farmer to dwóch gitarzystów, którzy czarują swoimi zagrywkami i słuchacz od razu przenoszony jest do świata Seven Sisters. Klimat science fiction jest wyczuwalny przez cały album, a okładka idealnie to obrazuje. Mcneil to też lider w zespole i w roli wokalisty sprawdza się idealnie. To za jego sprawą album brzmi jakby powstał w latach 80. No brzmi to bardzo klasycznie, co mnie bardzo cieszy. Jednak to nie jest też jakoś retro muzyka, czy kolejna kopia żelaznej dziewicy.


Ach te piękne popisy gitarowe w dynamicznym "beyond the black stars". Jest klimat i duża dawka przebojowości, a to są właśnie atuty tej kapeli. Mroczniejszy klimat i bardziej złożona formę dostajemy w "the artifice". Niby klasycznie, a zarazem bardzo współcześnie to brzmi. Szybko moje serce skradł nieco maidenów "whispers in the dark". Panowie dają tutaj czadu i to jest prawdziwa perełka na płycie. Podobne emocje wzbudza "horizons eye". Choć tutaj band stara się grać nieco progresywnej. 
Hard rockowo i nieco oldschoolowy wypada na pewno tytułowy utwór. Na sam koniec stonowany i rozbudowany "thruths burden". Band znów czaruje pięknymi melodiami i wciągającym refrenem.

Seven Sisters to bardzo ważny band na scenie brytyjskiej. Band tworzy dojrzały i bardzo klimatyczny heavy metal. Brzmi to klasycznie, a jednocześnie bardzo świeżo. Band jest na fali i ta płyta to tylko potwierdza. 

Ocena 9/10

DRACONICON - Dark side of magic (2021)


 Bójcie się zespoły power metalowe, bowiem nadciąga nowy gracz, który namiesza na tej scenie. Mowa o włoskim Draconicon, który chce pokazać power metal wciąż ma wiele do zaoferowania i nie musi być kiczowaty czy slodki. 22 października tego roku przyszedł czas na debiutancki album tej formacji i "Dark side of magic" to marzenie każdego fana power metalu. Każdego kto wychował się na muzyce Rhapsody, Dark Moor czy Secret Sphere. Panowie wiedzą co robią i wiedzą jak poruszyć zmysły i serca tych słuchaczy, którzy kochają power metal lat 90.

Okładka z smokiem w roli głównej na pewno zobowiązuje. Kocham takie klimaty fantasy i do tego band zadbał o mocne, soczyste i pełne smaczków brzmienie. To dopiero początek atrakcji. Wokalista o pseudonimie Arkanfel buduje napięcie i nadaje całości power metalowego rozmachu. Można jego głosu słuchać non stop i się nie nudzi. Gitarzyści Alex i Grym to już zupełnie inna rzeczywistość. Panowie stawiają na magiczny klimat, na złożone partie, ale przede wszystkim kierują się klasycznymi rozwiązaniami i chwytliwymi melodiami. Jest wysoki poziom i to w każdym aspekcie. Włoskie zespoły zawsze potrafi zaskoczyć i stworzyć coś wyjątkowego. Tak tez jest "Dark side of magic", który jest wyjątkowym albumem, który przenosi w czasie. Nie wiele kapel ma taki dar i takie umiejętności. Dragonicon z miejsca jest wielki wygranym i staje się obecnie jednym z najlepszych zespołów grających power metal. To nie żart!


Po krótkim i trze wkracza melodyjny "Fiery rage".  Prawdziwa kwintesencja melodyjnego power metalu. Słychać echa rhapsody czy helloween, tylko że żaden z tych bandów już tak nie brzmi. Przepiękny jest w swojej formule "Dark side of magic", który przemyca patenty dark moor czy nawet sabaton. Jest epicko i bardzo przebojowo. Co za mocne wejście gitar dostajemy w "blackfire". Dostajemy tu szybkie tempo, zadziorny riff i klimaty iron maska. Oj duże się dzieje tutaj. Epickość i podniosłość to atuty energicznego "edge of power".  Jest też piękna i nastrojowa ballada w postaci "dusk of hero". Band znakomicie czuje gatunek power metalu i taki marszowy "Darkspell" znakomicie to potwierdza. Draconicon potrafi zniszczyć rozmachem i pomysłowością, co idealnie słychać w "symphony of Madness". Tak to kolejny killer i świetny finał tej niesamowitej płyty.


To się nazywa debiut. Band zawiesił sobie wysoko poprzeczkę i pokazał, że można jeszcze wiele zdziałać w power metalu. Świetna płyta, która jest przebojowa i bardzo melodyjna. Dla fanów rhapsody czy dark moor to pozycja obowiązkowa. 

Ocena 9.5/10

czwartek, 21 października 2021

LAST DAY S OF EDEN - Butterflies (2021)

"Butterflies"  to najnowsze dzieło hiszpańskiej formacji Last Days of Eden, który nieustannie stara się być lepszą wersją Nightwish. Kiedy tamci eksperymentują hiszpański odpowiednik czerpie to co najlepsze z muzyki Nightiwsh i wykorzystuje to jako swoją siłę przebicia. Argument jest o tyle dobry, bowiem sporo fanów tęskni za symfonicznym power metalem, który ciężko ostatnio znaleźć na płytach Nightwish. "Butterflies" to nic nowego w muzyce Last days of eden i w zasadzie dostajemy kontynuację poprzednich płyt. Nie ma rewolucji, ani płyty roku, ale jest gwarantowana rozrywka, a przecież o to tutaj chodzi. Czyż nie?

Dani G spełnia się w roli gitarzysty i stawia na klasyczne rozwiązania. Nie bawi się w eksperymenty, a głos Ani M. Fojaco wciąż działa jak magnes na słuchacza. Przyciąga i wciąga w świat Last days of Eden. Wszystko działa w tej formacji tak powinno i to przedkłada się na solidny materiał.

Jeśli chodzi o materiał to należy wyróżnić "abracadabra", który czerpie garściami z twórczości Nightwish. Lekki i nieco stonowany "the garden" wciaga nas tajemniczym klimatem. Słychać, że band starannie dobierał melodie.  Mocno zapada w pamięci "to hell and back" i troszkę szkoda ze mało jest tutaj petard tego typu. Równie ciekawie wypada przebojowy "the Journey" z elementami folkowymi. 
 

Mam problem z tą płyta taki ze jest komercyjna i troszkę bez pazura. Kilka ciekawych to trochę za mało, zwłaszcza że stać ich na znacznie lepszy materiał. Płyta dobra do posłuchania, ale nie wzbudza większych emocji. Solidny materiał, ale nic ponadto, a szkoda. 

Ocena 5.5,/10

niedziela, 17 października 2021

THE GRANDMASTER - Skywards (2021)


 Spotyka się tutaj trzech mistrzów. Każdy z nich to indywidualność i ikona muzyki heavy/power metalu czy nawet hard rocka/AoR. The Grandmaster to kolejny super skład i kolejna płyta/projekt muzyczny prezentowany przez Frontiers Records. Jak Frontiers to jest i wszędobylski Del vechio, który odpowiada za bas i partie klawiszowe. Jest nieco zapomniany gitarzysta Jens Ludwig z Edguy, czy wreszcie nieco już bardziej rozpoznawalny wokalista Nando Fernandes. Muzyka łączy poniekąd cechy wcześniej wspomnianych gatunków i nastawiona jest przede wszystkim na melodyjny metal. Fani muzyki Jorna, The ferryman, czy ostatniej płyty Robledo, a nawet projektu Brother against Brother szybko odnajdą się na debiutancki krążku zatytułowanym "Skywards".


Nawet okladka czy brzmienie nasuwają na myśl większość płyt wydanych przez frontiers records. Muzycznie też obyło się bez większych niespodzianek. Jasne taki przebojowy "lunar water" przemyca patenty edguy, ale to już nieco inna stylistyka. Otwieracz to killer i nic tego nie zmieni. Elementy progresywne dostajemy w "someday somehow", z kolei taki "dead Bond" ma zadatki hard rockowe. Więcej melodyjnego metalu dostajemy w "song of hope". Furorę robi rozpędzony killer w postaci "true north". Troszkę mało na płycie power metal, zwłaszcza kiedy mamyJensa na pokładzie. Jest pełno hitów i wystarczy odpalić "surrender" czy klimatyczny "turn the page".

To już kolejny ciekawy projekt muzyczny dostarczany przez frontiers records. Mieszanka gatunków muzycznych typowa dla tej wytwórni. Jest dobrze i czekam na więcej. Miło jest widzieć, że Jens nie spoczął na laurach. 

Ocena: 8/10

sobota, 16 października 2021

LORDS OF BLACK - Alchemy of Souls part II (2021)

Ciężko pisać coś nowego na temat hiszpańskiego Lords of Black. To faktycznie są lordowie ciemności i specjaliści w swoim fachu. Fenomen tej kapeli od lat nie mija, a wręcz przeciwnie. Wciąż rośnie liczba fanów tej kapeli i ich muzyki. To muzyka skierowana do poszukiwaczy wyjątkowych dźwięków i niebanalnych rozwiązań. W zasadzie o każdej ich płycie można pisać to samo i wystawiać podobne oceny, bo zawsze są to dzieła wysokiej klasy. Panowie wyznaczyli nową jakość heavy/power metalu i obrócili mroczny klimat na swoją korzyść. Ciemność to ich atut i tajemnicza broń. Recenzję ich płyt można kwitować "brać w ciemno - 10/10". Lords of Black dość szybko powraca z drugą częścią "Alchemy of souls" i znów mamy przepiękną podróż w głąb ciemności i wysokiej klasy heavy/power metalu.

Dobrze, że Ronnie Romero w 2020 r wrócił do Lords of black, bo bez niego to nie byłoby to samo i taka jest prawda. Jego głos czaruje i tworzą to magiczną otoczkę. Oczywiście Tony Hernando też jest na fali i to co wyprawia z gitarą przyprawia o dreszcze.  Epicki wydźwięk i mroczny klimat to atuty"maker of nothingness". Lords of black potrafi ocierać się o progresywny metal i taki "whats become of us" to potwierdza. Co za hit. Więcej mocy i agresywności dostajemy w "Bound to You". Nie brakuje też pomysłowych riffów i bardziej złożonej stylistyki co potwierdza "mind killer.". Rasowy power metal dostajemy w rozpędzonym "death dealer", no i to jest killer.  Imponuje też główny motyw ponurego "prayers turned to whispers"  czy pełen pasji cover uriah heep czyli "sympathy".  Każdy z utworów niesie coś że sobą i jest osobna uczta dla zmysłów słuchacza. 

Lords of black na nikogo nie patrzy i żyje w swoim świecie. Mają swój wysmakowany i ciężko wypracowany styl. Idą swoją ścieżką i są jedynym w swoim rodzaju zespołem. Tego im nikt nie odbierze. To co grają to muzyka, ale to już nie tylko rozrywka, ale już prawdziwa sztuka. Lords of black to prawdziwy lord nie tylko ciemności, ale i power metalu. 

Ocena : 9.5/10

LEVERAGE - Above the beyond (2021)

Sytuacja fińskiego Leverage obecnie jest stabilna. Mają od 2018r stały skład i obecnie cieszą się kontraktem płytowym z wytwórnią Frontiers Records. Wszystko idzie po ich myśli i w końcu przyszedł czas na nowy materiał. "Above the beyond" z szokuje fanów zespołu, bowiem band nieco odchodzi od typowej stylistyki melodyjnego metalu, czy power metalu na rzecz klimatów nieco bardziej hard rockowych, czy nawet coś pokroju AOR. Kiedy szok minie to jak płyta wygląda?

Słychać, że nagrało ją banda doświadczonych muzyków, którzy idą własną ścieżką i grają to co im w duszy gra. Muzyka nie jest kiczowata, a z pewnością dojrzała i emocjonalna. Zespół postanowił postawić na emocje, na głębie i bardziej hard rockowy feeling. Powiem wam, że nie jest to wcale takie złe. Ten chłód bijący z okładki przewija się przez klimat płyty. Kogo należy pochwalić to z pewnością wokalistę Kimmo Bloma, który nadaje kompozycjom odpowiedniego klimatu i melodyjnego charakteru. Dobrze to odzwierciedla otwieracz "starlight", który przejawia cechy folkowe, ale też coś pokroju Deep Purple, czy Rainbow. Jestem otwarty na tego typu rozwiązania i akurat tutaj jest to dobrze rozegrane. Progresywne aspekty przejawia kolejny utwór, czyli "Emperor" i tutaj mamy więcej heavy metalowego zacięcia. Dużo elementów hard rocka i AOR można wyłapać w bardziej komercyjnym "Into the new world" i choć nie jest to takie złe, to już nie brzmi jak Leverage. W "Angelica" ocieramy się wręcz o pop rock. Popisy gitarowe i doświadczenie muzyków czyni te kompozycji na swój sposób dobre i miłe dla ucha. Jednak są też echa starych płyt i mam tu na myśli "Falling out of grace" czy przebojowy "Under His Eyes".

Nie ma power metalu, nie ma też dużej ilości melodyjnego metalu, ale kto lubi klimatyczny hard rock, czy aor ten może szybko przekonać się do nowego wydawnictwa Leverage. Wstydu im nie przynosi i tylko potwierdza, że panowie obierają teraz inny kierunek muzyczny. Widocznie ta zmiana jest im potrzebna. Grunt, że trzymają dobry poziom i wciąż jest to atrakcyjna muzyka.

Ocena: 7/10
 

piątek, 15 października 2021

ALCATRAZZ - V (2021)

Alcatrazz powrócił w 2019r i to był jeden z ważniejszych powrotów na metalowej czy też hard rockowej scenie. Był niemal stary skład i Graham Bonnet na czele. Powróciły czasy debiutu i Joe Stump podołał zadaniu. Efektem był znakomity "Born Innocent", który z miejsca stał się jednym z ich najlepszych albumów. Bajka nie trwała zbyt długo. W roku 2020 dochodzi do konfliktu na linii Bonnet i zarządzający zespołem. W końcu doszło do rozłamu i Bonnet założył swoim Alcatrazz, a pozostały skład z "'Born innocent" zatrudnił Doggie White i nagrał album zatytułowany "V". Czy to się mogło udać? Alcatrazz bez Bonneta to wciąż Alcatrazz?
 

Stylistycznie Alcatrazz mocno kojarzył się z twórczością Ritchiego Blackmore i nic dziwnego że do współpracy zaproszono innego wokalistę rainbow. Doggie ma manierę podobna do Bo neta i ma to cos w swoim głosie. Sprawa o tyle dziwna, bowiem Alcatrazz zawsze kojarzył się z głosem Grahama. Doggie odwalił kawał dobrej roboty i tchnął w Alcatrazz powiew świeżości i metalowego pazura  Alcatrazz to nie tylko świetny hard rockowy głos to również samiec alfa na gitarze i te shredowe popisy gitarowe są również istotnym elementem muzyki Alcatrazz. Joe stump pokazał, że znakomicie czuje granie w stylu Blackmore czy Malmsteena. Na"v" jeszcze bardziej się rozwinął i to jego z najlepszych płyt. Na nowym krążku roi się od zadziornych riffów i pełnych pasji solówek. Coś pięknego. Były obawy czy Alcatrazz bez Grahama wciąż będzie atrakcyjny i czy to wciąż będzie to Alcatrazz. Nowy album te wątpliwości rozwiewa i z miejsca staje się klasykiem i jedna z najlepszych płyt tego zespołu.

Płyta zaskakuje pozytywnie i to juz od rozpędzonego "Guardian Angel" i Joe Stump pokazuje tutaj klasę. Dużo dobrego się dzieje i można się tylko delektować. Fani Rainbow, Alcatrazz czy wczesnych płyt Malmsteena będą zachwyceni. Szybkie tempo utrzymuje killer "Nightwatch" i jakoś nawet nie przeszkadza brak Bo neta. Stump i Doggie White stworzyli znakomity duet, który naprawdę się sprawdza. Dalej mamy hard rockowy "sword of deliverance" który ma też sporo cech utworów Rainbow.  Riff Turn of the wheel"  z kolei nasuwa początki Dio. Płyta napakowana jest atrakcyjnymi melodiami i jedna z moich ulubionych zdobi marszowy "blackheart". Singlowy "Grace of god" kipi energią i klimatem power metalu. Brzmi to obłędnie. Ponury i klimatyczny "return to nevermore" przemyca patenty rainbow, ale pokazuje też że Alcatrazz może grać cięższa muzyka i wciąż będzie sobą. Mocna rzecz! Imponuje też dawka emocji i gitarowych popisów Joe w energicznym "Target". Echa rainbow na pewno słychać w "house of lies", a z kolei "Alice eyes"  to ukłon w stronę klasycznego heavy metalu.

Jakoś dziwnie, że Alcatrazz doznał rozłamu. Ta nazwa zawsze będzie kojarzyć się z głosem Grahama Bonneta. Jednak mam ocenić album i muzykę tu zawarta, a nie konflikt muzyków. Muzyka jest wysokiej klasy i oddaje piękno muzyki Alcatrazz i rainbow. Doggie White w tym roku daje czadu. Czy drugi Alcatrazz pod wodzą Bonneta nagra równie genialny album? Oj będzie ciężko... 

Ocena : 9/10
 

wtorek, 12 października 2021

IMAGINATURE - Imaginature (2021)


 Polska scena metalowa nie słynie na pewno z power metalu, ani też z symfonicznych odmian tego gatunku. Jasne, były przebłyski jak choćby Kingdom Waves czy  Pathfinder. Teraz nadzieją naszą na odrodzenie tego rodzaju muzyki jest pochodzący ze Szczytna band o nazwie Imaginature, który powstał w 2015r z inicjatywy gitarzysty Marcina. 2 października ukazał się ich  debiutancki album zatytułowany "Imaginature", tak więc można śmiało ocenić możliwości naszego rodzimego zespołu.

Całe show kradnie gitarzysta Marcin i Klawiszowiec Leszek, którzy tworzą zgrany duet. Jest chemia między nimi, a to z rodziło kilka atrakcyjnych melodii i motywów. Dużo się dzieje i ta mieszanka progresywnego metalu, power metalu i symfonicznego metalu nie przytłacza swoją formą . Słychać, że panowie chcą podbić świat. Pomysły są i to bardzo ciekawe. Na przykład "atonement" wykazuje przede wszystkim cechy progresywne. Hity też są, co potwierdza power metalowy "edge". Kapelę wspiera gościnnie na wokalu Anna Dembowska i Konstantin Neumenko i czuć od razu rozmach. Podniosły jest tytułowy "Imaginature" który stawia na świeżość i progresywny charakter . "Near the end" troszkę jest zbyt pokręcony i żałuję że nie ma więcej perełek pokroju "weather the Storm".

Imaginature troszkę za dużo chciał zawrzeć na swoim debiucie. Nie wszystko wyszło może idealnie, ale ta kapela ma naprawdę potencjał. Próbują uderzyć w te rejony które nie są tak popularne w naszym kraju i robią kawał dobrej roboty. Tak trzymać!

Ocena : 7/10

poniedziałek, 11 października 2021

IN VAIN - All Hope is gone (2021)


 Ja wiem, że Hiszpański  In vain jest na scenie metalowej nie od dziś i może się pochwalić doświadczeniem i 17 letnim doświadczeniem. Wiem, że kapela ma kilka mocnych albumów na koncie, ale gdyby mi ktoś powiedział na początku roku, że "All hope is gone" będzie jednym z najlepszych albumów roku 2021 to pewnie bym go wyśmiał, a na pewno bym się zastanowił co ta osoba mówi. Taka jest prawda, że nowe dzieło Hiszpanów to prawdziwy majstersztyk w dziedzinie heavy/power/thrash metalu. Ta płyta ma wszystko, a nawet coś więcej.

Daniel Cordon i Daniel Martin stworzyli niezwykle silny duet gitarowy, który sieje zniszczenie. Panowie nie tylko się rozumieją bez słów, ale idealnie uzupełniają i napędzają się na wzajem. Ta rywalizacja jest urocza i daje nam wciągające solówki i pojedynki na popisy gitarowe. No jest czym się zachwycać. Daniel Cordon zbiera dodatkowe brawa za efektowne i wysokiej klasy partie wokalne. Tak ma brzmieć power metal i on to definiuje na nowo. Jest pazur, agresja, technika i znakomite górki. O to chodzi. Muzycy wysokiej klasy to i muzyka niszczy, ale gdyby nie kompozycje i aranżacje to nie byłoby mowy o płycie idealnej, a taka jest. Spełnia wszelkie wymagania. Killer goni killer, a dodatkowym atutem jest urozmaicenie. Cały czas się coś dzieje i nie ma miejsce na nudę. Takich płyt, w takim stylu i na takim poziomie nie ma az tak dużo.

Płyta jest urozmaicona i w sumie każdy znajdzie coś dla siebie. Otwieracz to singlowy "Evils in my soul" i tak się gra power metal. Mocne Gitary, pewny siebie wokalista i dynamiczna sekcja rytmiczna. Nie wiem czemu ale przypomniał mi się persuader.  Ileż świeżości i pomysłowości kryje "falling to the ground", który ociera się o thrash metal. No i ten podniosły refren w stylu blind guardian czy orden ogan. Popisy gitarowe po prostu w gniatają w fotel. Elementy nowoczesnego grania i progresywność wyłapiemy w "last endeavour".  Jest też mroczny i zadziorny "Tell Me who im not", który też mocno czerpie z Persuader. Zaskakuje też pokręcony "Hannibal ad portas"czy przebojowy" all hope is gone". Mamy też bardziej heavy metalowy "never look back", a całość wieńczy rozbudowany "goodbey and fuck you all".

In Van bardzo pozytywnie mnie zaskoczyl bo nagrał praktycznie album bez skazy. Z tej płyty bije niezwykła dynamika, przebojowość i agresja. Nie ma miejsce na wypelniacze czy kiepskie kompozycje. Killer goni killer, a płyta od początku do końca sieje zniszczenie. 

Ocena : 10/10


sobota, 9 października 2021

EVIL HUNTER - Lockdown (2021)


 Hiszpański Evil Hunter to stosunkowo młody band, który działa od  2017r. Najnowsze dzieło "Lockdown" to niezwykle mocna pozycja, którą powinni na pewno odnotować te osoby, które mają w sercu heavy metal i power metal. Panowie troszkę wzorują się na Accept, Iron Savior, na Judas Priest czy Paragon. Czerpią najlepsze wzorce i wszystko zgrają z niezwykłą pasją i zamiłowaniem do owych gatunków.

Troszkę można ponarzekać, że materiał jest krótki bo trwa 37 minut, ale mimo to band zawarł w tych minutach to co najlepsze w ich stylu. Mocne riff, zadziorny głos Damiana Chicano, czy ostro tnące gitary Rubio i Durana, to cechy które stanowią o sile Evil Hunter. Panowie bez problemu tworzą chwytliwe melodie, wciągające solówki i hity, które potrafią poruszyć słuchacza. Wszystko jest tak jak być powinno.

Klasyczny riff atakuje nas w otwieraczu "Guardian Angel" i choć nie ma tu za grosz oryginalności, to ja kupuje to co band serwuje nam. Jest energia, jest ciekawa melodie i band wykorzystuje sprawdzone patenty Judas Priest, czy Accept. Drugi kawałek to "You'll never walk alone", który mocno nawiązuje do Accept i nawet Damian momentami brzmi jak Udo. No brzmi to bardzo ciekawie i band wie co robi. Niemiecką scenę metalową dobrze też słychać w melodyjnym i zadziornym "Get up", w którym nie brakuje też elementów hard rockowych. Band przyspiesza w energicznym "Burning Flames", który jest na pograniczu heavy i power metalu. Jest szybko, energiczne i z pazurem. Dużo się tutaj dzieje, a gitary bardzo fajnie tną. Początek "Beyond the dark" nie wiem czemu przypomina mi "Timebomb" Udo. To kolejny killer na płycie i znów świetny przykład jak wyważyć agresywny riff i melodyjność. Niezwykle urozmaicony jest tytułowy "Locked down", który ma nawet elementy ballady. Słychać tutaj nawiązania do klasycznego Judas Priest. Jest jeszcze marszowy i bardziej epicki "Blown with the wind".

Dla tych co będą kręcić nosem przy nowej płycie Udo, nowa płyta Evil Hunter będzie świetną alternatywą. Dużo tutaj mocnych riffów, a cała płyta jest dojrzała i dopracowana. Nie ma tutaj chybionych pomysłów i słucha się tego jednym tchem. Brawo Panowie!

Ocena: 8.5/10

ECLIPSE - Wired (2021)

 

To było kwestia czasu kiedy szwedzki Eclipse wyda nowy album. "Wired"to już 8 studyjny album tej formacji i choć lata lecą to band wciąż potrafi zachwycić swoją muzyką. Jasne to jest prosty, niezwykle melodyjny hard rock  z nutką melodyjnego metalu. Jednak panowie zawsze stawiają na chwytliwe melodie i sprawdzone patenty, które przed laty wykorzystywały Pretty Maids, Def Leppard, Bonfire, czy nawet Jaded Heart.  To wszystko sprawia, że mimo tego że "Wired" niczym nie zaskakuje to jest dobrą formą rozrywki.

W tej kapeli pierwsze skrzypce gra wokalista Erik Martennson, który jest obdarzony ciekawą barwą i potrafi skraść serce słuchacza. Potrafi śpiewać ciepło, ale też z pazurem, tak więc jest niczym kameleon.  Od strony gitarowej kawał dobrej roboty zrobił Magnus Henrikson, co przedkłada się na poukładany i łatwy w odbiorze materiał. Mamy takie perełki jak "Roses on the grave", który kipią energią i niezwykłą przebojowością. Lekki i klimatyczny jest "dying Breed", który trzyma również dobry poziom. Spokojna ballada "Carved in stone" nie psuje tego efektu. Pazur band pokazuje w "Twilight", czy "Bite the bullet", które momentami ocierają się o melodyjny metal.

W kategorii hard rocka jest to bardzo wartościowa pozycja, która zadowoli każdego maniaka tego gatunku. Kawałki są urozmaicone i przebojowe, tak więc nie ma nudy. Nic ta płyta nie wnosi do twórczości zespołu, ale z pewnością ją umacnia.

Ocena: 7.5/10

REAPERS REVENGE - Versus (2021)

Po udanym "virtual impulse" sądziłem, że niemiecki Reaper's Revenge pójdzie za ciosem, a nawet zrobi krok do przodu. Najnowsze dzieło "Versus" to tylko dobry album z pogranicza heavy/power/thrash metalu. Fanom Paragon, Primal Fear czy Artillery na pewno przypadnie do gustu, ale szkoda że panowie nie nagrali czegoś co by zwaliło z nóg.

WeiB i Knauer dwoją się i troją co by wygrywać ostre i dynamiczne riffy, tylko coś nie do końca poszło tak, bo momentami wkrada się nijakość albo też wtórność. Na szczęście tych słabych momentów nie ma za dużo. Oczywiście na płycie sporo dobrego robi wokalista Christian Bosl, który nadaje płycie drapieżności i melodyjności. Jego głos idealnie tu pasuje i ciężko sobie tu kogoś innego wyobrazić. Okładka jest niezwykle klimatyczna i to ich najlepsza okładka. Brzmienie też jest mocne, wyraziste i znacznie mocniejsze niż na poprzednich płytach. Troszkę zawodzi zawartość.

"To whom evil sacrafice" to dobry kawałek, ale troszkę zagrany zbyt ostrożnie i jakoś wyszło tak banalnie. Dobrze wypada agresywniejszy "Changing World", w którym postawiono na szybkie tempo i mocniejszy riff. Jest też klimatyczny "My fading silence", z kolei taki "Phlegmatrix" czy "warheads" objawiają patenty bardziej skierowane na thrash czy power metal.

Płyta może i jest urozmaicona i może ma kilka ciekawych momentów, ale jako całość czegoś brakuje. Pomysłów wystarczyło na kilka kompozycji i słychać, że band nie dopracował w pełni kompozycji. "Versus" to wciąż płyta solidna i godna uwagi, mimo swoich wad.

Ocena: 6.5/10
 

WANTON ATTACK - Wanton Attack (2021)


 Kto lubi tematykę okultystyczną, kto kocha mroczny klimat i muzykę z pogranicza Portrait czy Mercyful fate temu z pewnością przypadnie do gustu debiut szwedzkiego Wanton Attack. Płyta nosi tytuł po prostu "Wanton Attack" i faktycznie mroczna okładka i posępna muzyka potwierdzają te wpływy muzyczne u Wanton Attack. Sam band, a raczej projekt muzyczny powstał z inicjatywy gitarzysty/basisty N.Holma i perkusisty/wokalisty Micaela Zatterberga.

Kierunek muzyczny obrany przez panów jest odważnym ruchem i również nieco ryzykownym, bo łatwo można polegnąć. Panowie tak naprawdę poradzili sobie z tym tematem tylko dobrze. Jest mroczny klimat i wszystko jest dość spójnie, tylko jakoś brakuje heavy metalowego pazura. N Holm ma smykałkę do ciężkich i ciekawych riffów, ale często wszystko zlewa się w jedną papkę. Szkoda, bo drzemie w nim potencjał i mógł nas czymś zaskoczyć, zamiast grać tak ostrożnie. Tak samo czuje nie dosyt jeśli chodzi o wokal Zatterberga, który śpiewa dość łagodnie. Utwory zawarte na debiucie też wymagają jeszcze dopracowania i kilku zmian. Jednak mi tych wad to wciąż kawał solidnego grania, które zasługuje na uwagę. Z tej płyty na uwagę na pewno zasługuje zadziorny "Wanton Attack", który od razu daje poczuć klimaty Portrait czy Mercyful Fate.  Więcej przebojowości i chwytliwości ma w sobie na pewno "The beast will be teamed". Band potrafi też grać szybko i energicznie co potwierdza "His master voice", który jest najciekawszym kawałkiem na płycie. Na płycie jest też cover z repertuaru Commandment czyli "Crystall Ball".

"Wanton Attack" mimo ciekawej stylistyki i odesłań do klasyki, to wciąż tylko dobry album. Zabrakło dopracowanie i nieco ciekawszych pomysłów, które wyszłyby przed szereg oklepanych motywów. Zobaczymy jak ułoży się przyszłość tej formacji, póki co jest tylko dobrze.

Ocena: 6.5/10

ALEFLA - Unbreakable (2021)

 

25 września roku 2021 miał premierę drugi album brazylijskiej formacji Alefla. Płyta nosi tytuł "Unbreakable" i choć okładka jest miła dla oka i przyciąga uwagę, to ostatecznie mamy do czynienia z produktem średniej klasy.

Nie chodzi tutaj już nawet o to, że za sitkiem jest Fla Moorey, który nadaje płycie komercyjnego charakteru. Ma głos dość łagodny i bardziej pasujący do pop rockowych dźwięków. Jednak to nie Fla jest słabym ogniwem tej płyty, a sama konwencja i aranżacje utworów. Wszystko jest jakieś takie ospałe i zagrane jakby bez pomysłu.Na pewno otwieracz "Friends" zwiastuje solidne grania z pogranicza heavy/power metalu i hard rocka. Niby nic nowego, ale akurat ten utwór ma cechy melodyjnego grania. Niestety rzeczywistość jest bardziej bolesna, bo kryje się tutaj sporo smętnych dźwięków i jakiegoś popowego grania.  "Pray your soul" czy taki "Man of dreams" nic nie wnoszą i są dość ciężko strawne. Kolejne utwory typu "First kiss" czy "time to say goodbey" też przejawiają cechy komercyjnego rockowego grania i nudzą swoją konstrukcją.Kilka ciekawych dźwięków, soczyste brzmienie to trochę za mało.

Okładka zwabiła mnie w pułapkę. Czekałem na jakieś power metalowe uderzenie, a dostałem bardziej heavy metalowo - rockowy album, który niczym nie zachwyca. Na dłuższą metę wręcz meczy i nudzi swoją formą. Szkoda, bo słychać że band wie w jaką stronę chce iść, tylko jakoś nie potrafi tego ciekawie przedstawić słuchaczowi.

Ocena: 4/10

MORTAL SOIL - Mortal Soil (2021)

Mortal Soil to fiński projekt muzyczny, który tworzą perkusista Nick Grave oraz multiinstrumentalista J.l Burner. Projekt powstał w tym roku i to na gruzach Regal Force. Panowie stawią na mieszankę klasycznego heavy metalu z nutką rocka. Gdzieś tam czerpią z Black Sabbath, coś tam z Kinga Diamonda czy Ghost można też wyłapać. Debiutancki album "Mortal Soil" nie jest jakimś tam majstersztykiem, a miłym formą spędzenia wolnego czasu.

Mroczna okładka ma to coś i zachęca by sięgnąć po dzieło Mortal Soil. Największy wkład w muzykę i jej kształt ma Jl Burner, którego głos jest lekki i nastrojowy. Więcej ma w sobie z rockowego wokalisty, aniżeli heavy metalowego. Jednak jego specyficzna maniera wprowadza odpowiedni nastrój, który idealnie współgra z tłem i melodiami, które przewijają  się w tle. Jasne znajdziemy tutaj kilka ciekawych utworów jak choćby energiczny "Sanctuary of death" czy przebojowy "Evil strikes at midnight", które przemycają kilka patentów NWOBHM. Słychać, że panowie kochać old schoolowy heavy metal w klimatach lat 80. Naprawdę dobrze im to wychodzi. Rockowe aspekty można wyłapać w lekkim i nastrojowym "Her Demon eyes", ale trzeba przyznać, że kawałki dostarczają sporo frajdy podczas słuchania. Całość wieńczy ponad 6 minutowy "Forever in absence", który wykazuje cechy progresywne.

Może jeszcze panowie niczego nie odkrywają swoim debiutanckim albumem, ale "Mortal Soil" to solidna płyta, które kryje kilka ciekawych melodii i riffów. Duży plus za mroczny feeling i ciekawą stylistykę. Jeszcze troszkę doszlifować styl i jakość i będzie naprawdę ciekawie.

Ocena : 7/10
 

czwartek, 7 października 2021

U.D.O - Game Over (2021)

Ostatnie lata dla Udo Dirkschneidera były naprawdę udane. Najpierw "steelfactory", który do dziś jest jednym z najlepszych albumów pod szyldem Udo. Potem podniosły i zaskakujący "We are one" z orkiestrą, czy wreszcie The old gang, czyli band w którym Udo łączy siły z Peterem Baltesem i Matthiasem Diethem. To napawało optymizmem, że raczej Udo nie wyda słabego albumu. Niestety najnowszy krążek Udo zatytułowany "Game Over" to z jednej strony typowy album Udo, a z drugiej dzieło dziwne i jakieś chaotyczne. O sukcesie "Steelfactory" nie ma szans.

Premiera nowego krążka przewidziana jest na 22 października i w sumie od samego początku były obawy co do "Game Over". Jakieś okrojone logo, jakaś dziwna i nijaka okładka, a potem seria średnich singli, które jakoś przeszły bez większego echa. Skład zespołu też inny niż na poprzednim krążku. Jest Tilen Hudrap na basie i Dee Dammers na gitarze. Najlepiej się sprawdza syn Udo czyli Sven, gitarzysta Andrey, który wciąż czarują swoją grą i niezwyciężony Udo i jego głos. Ta trójka stanowi trzon muzyki Udo, a nowe nabytki nic nie wnoszą.

Problem też tkwi w długości materiału bo 70 minut muzyki to trochę za dużo, zwłaszcza kiedy jest topornie. Stylistycznie cofamy się do "steel Hammer", "decedent czy" dominator". Ktoś powie czego chcem skoro to rasowy album udo? Melodie nie są tak atrakcyjne, riffy jakieś oklepane i bez tej ikry, a wszystko brzmi jakby było kopia kopii. To wszystko już było i było lepiej podane. 

Mam wrażenie że taki "fear detector" już gdzieś słyszałem. Riff brzmi znajomo, a cały refren jakiś taki oklepany. Przypominają się czasy "dominator". Otwieracz daleki od ideału, ale odziwo to jeden z najlepszych kawałków. Toporność i mroczny klimat to cechy "holy invaders" i tutaj band próbuje przypomnieć czasy "decedent" czy "steel Hammer", ale ze średnim skutkiem. Echa "steelfactory" mamy w przebojowym "prophecy" i nawet głos Udo tutaj nie męczy słuchacza. To jest udo jaki lubię. Pokręcony riff "empty eyes" brzmi jakoś tak nieco nowocześnie. Znów otacza nas mrok i toporność. Dziwny kawałek i chyba przez ten dziwny  zapada w pamięci. Znane single "metal never dies" i "Kids and Guns" są średniej klasy i taka jest prawda. Jakieś takie hard rockowe i zagrane bez pomysłu. "Like a beast" atakuje nas szybkim tempem, ale troszkę brzmi to komicznie. Melodia jest dziwna i jakaś chaotyczna. Dalej trochę wieje nuda i troszkę zaskakuje marszowy "marching tank" który przemyca nawet coś z manowar. Dobry kawałek, ale też jakiś taki niedopracowany. Echa "faceless world" i accept mamy w chwytliwym "midnight stranger" i tutaj ten hard rockowy klimat jest uroczy. W końcu coś w klimatach lat 80. Na plus zaliczyć należy stonowany i bardziej marszowy "time control" i nie wiem czemu przypominają mi się czasy "man and machine". Jest ciekawa melodia i coś się dzieje. Taki stary dobry Udo. 
 

Udo poszedł w rekord liczby utworów na płycie. Nagrał strasznie dziwny album, który nie chce zapaść w pamięci. Wszystko zlewa się w calosc i praktycznie nic w głowie nie zostaje. Nie ma pazura "decedent" nie ma przebojowości "steelfactory" ani uroku poprzednich płyt. Dobra wymęczył mnie ten album i chyba lepiej zapuszczę sobie "too mean to die" accept, który wypada korzystniej.

Ocena 5/10

niedziela, 3 października 2021

BLACK ROSE - Game of Souls (2021)


 Szwedzki Black Rose to świetny przykład, że można tworzyć świetną muzykę, a i tak nie być rozpoznawalnym zespołem. Kapela może się pochwalić wieloletnim stażem i doświadczeniem, a także bogatą dyskografią, a i tak nic to nie zmienia. "Game of Souls" to najnowsze wydawnictwo i jest to już 7 album w ich karierze. Płytę nagrał ten sam skład co płytę wcześniejszą czyli "A light in the dark".

W tym zespole tak naprawdę liczy się wyjątkowy i klimatyczny głos Jakoba Sandberga, mocny bas Petera Haga i wyraziste i pełne melodyjności partie gitarowe Thomasa Berga. Dynamika nadaje gra perkusisty Andersa Haga. Kiedy wszystko działa sprawnie nie trzeba zmian i w zasadzie Black Rose idzie dalej swoją ścieżką i stroni od eksperymentowania. Brawo dla nich, bo oni nie muszą szukać nowej stylistyki.

Na pierwszy atak idzie "the Fall" i jest tu dobry balans między hard rocka i heavy metalu. "We fight" zachwyca klasycznym riffem i przebojowością. Band momentami ociera się o neoklasyczny power metal i słychać to choćby w tytułowym "game of souls"czy melodyjnym" victory". Dużo hard rocka znajdziemy "queen of the night". Band potrafi też grać szybko i niezwykle energicznie co potwierdza bujający "love is the start".

Cały nowy materiał jest dopracowany i dojrzały. Panowie grają atrakcyjny i niezwykły melodyjny heavy metal z nutka hard rocka. Zasługują na rozgłos i większe zainteresowanie. Czas to zmienić!

Ocena : 8/10

ROBLEDO - wanted man (2021)


 Oj ktoś tu sporo słuchał Jorna, czy Ronnie Romero. Młody i niezwykle utalentowany James Robledo dał się już nam poznać w świetnym Sinners Blood z Chile, a teraz kuje żelazo póki gorące i daje nam swój pierwszy solowy album. "Wanted man" to album, który zadowoli każdego maniaka melodyjnego grania spod znaku heavy/power metalu, a nawet hard rocka. James ma u swojego boku równie wielkich muzyków, bowiem na gitarze jest Francesco Marras z Screaming Shadows,Andre Hilgers jest na perkusji, a skoro wytwórnia Frontiers records to jest również wszędobylski Alessandro Del Vachio, który gra na klawiszach i basie. Mocny skład i mocna płyta.

Każdy utwór ma w sobie to coś i czymś się wyróżnia. Otwieracz "Hearts the only enemy" ma nowoczesny pazur, ale kusi też niezwykłą przebojowością i hard rockowym feelingiem. Elementy melodyjnego heavy/power metalu można wyłapać w chwytliwym "Wanted man". James swoim głosem po prostu niszczy i nawet jakby trafił się słabszy kawałek to pewnie też odwróciłby uwagę. Kiedy odpalam taki nieco progresywny "Quicksand", czy rozpędzony, wręcz power metalowy "Dreams Decieve" to stwierdzam, że Robledo idealnie by pasował do stylistyki Masterplan. Na pewno bardziej niż obecnie Rick. Mroczny klimat, tajemnicze partie klawiszowe i nowoczesny wydźwięk to urok "Hate like you", który jest jednym z mocniejszych utworów na płycie. Jak mowa o killerach i power metalowej stylistyce to z pewnością trzeba tu wyróżnić energiczny i rozpędzony "Where eagles dare to fly". Co za energia i świeżość. Robledo wie jak zachwycić fanów melodyjnego grania.

Na naszych oczach rośnie znakomity wokalista i muzyk, przed którym drzwi do międzynarodowej kiery stoją otworem. James ma charyzmę, technikę, styl i jakość, a przede wszystkim nadaje kompozycjom emocje. Znajdziemy tu sporo ciekawych melodii i nie ma tutaj miejsca na nudę. Świetny debiut i oczywiście czekamy na więcej od Robledo!

Ocena: 8.5/10

TALES AND LEGENDS - Struggle of the gods (2021)

 

Fani power metalu wypatrywali z ciekawością na nadchodzący debiut włoskiego Tales and Legends, a to choćby z tego względu że band postanowił grać oldschoolowy, europejski power metal, a w dodatku za sitkiem jest Patrik J selleby z Bloodbound. Czyżby marna kopia Bloodbound, a może kryje się za tym albumem coś więcej?


Ważna rolę odgrywają tutaj partie klawiszowe Andrea Atzori, który napędza cała machine zespołu. To za jego sprawa kawalki są lekkie i bardzo melodyjne. Zyskują również podniosłość i epickość. Troszkę gitarzysta Carlo figus bywa w cieniu i momentami jego gra jest troszkę bez wyrazu. Ogólnie debiut tej formacji jest dobry, ale nie ma mowy o jakimś arcydziele.

Jest nieco w stylu Bloodbound podniosły "epic ride of Horus". Bardziej power metalowy jest niezwykle melodyjny "the fighters". Troszkę oklepany główny motyw. Coś zIron maska czy magic kingdom dostajemy w złożonym "holy temple". Jeden z nie wielu przykładów, gdzie rządzi gitarzysta Carlo i jeden z mocniejszych punktów na płycie. Do udanych kawałków zaliczyć należy również melodyjny "return to fly". Tytułowy utwór wynagradza wszelkie nie dociągnięcia i pokazuje w pełni potencjał tej formacji.

Debiut tales and Legends to kawał solidnego power metalu z kilkoma przebłyskami. Jednak to wszystko jest jakieś takie przewidywalne i oklepane, a szkoda bo potencjał był na prawdziwą petardę. 

Ocena : 6/10