Strony

czwartek, 30 listopada 2023

RIGORIOUS - Night of Retribution (2023)


Co raz więcej pojawia się kapel młodego pokolenia i to dobry znak. Miło jest widzieć, że ten gatunek muzyczny się rozrasta i przyciąga rzeszę młodych słuchaczy. Jedni są lepsi, inny gorsi, ale też trzeba zauważyć, że konkurencja jest ogromna i jest tak naprawdę w czym wybierać. Przebić się nie jest łatwo, tak więc przetrwają najsilniejszy. Czy debiutujący w tym roku niemiecki Rigorious przetrwa próbę czasu i znajdzie swoich odbiorców?

Oklepana formuła, brak wyrazistych motywów gitarowych, brak przebojów i siły przebicia sprawiają, że płyta staje się jednorazową wyprawą w znane i dobrze sprawdzone miejsca. Nie ma w tym wszystkim świeżości i przekonania. Nie pomaga obecność Chrisa Boltendahla, który czuwał nad brzmieniem i miksem. Niestety, ale muzycznie za brakło emocji, pomysłów i power metalowej drapieżności. Bywają momenty słabsze i czasami zawieje nudą. Co przeszkadza? Z pewnością specyficzny i troszkę bezbarwny wokal Lukasa Remusa, który gdzieś przepada w gąszczu partii gitarowych. Tutaj jest znacznie ciekawiej, choć gitarzyści  Lukas Famula i Christopher mogli bardziej się postarać i stworzyć coś mocniejszego i bardziej dopieszczonego. Słychać, że brakuje tutaj czegoś w tych kompozycjach. Band nie potrafi tworzyć hiciory, które by na dłużej zostały ze słuchaczem. Miły dodatkiem na pewno są wstawki klawiszowe, które dodają troszkę przestrzeni i melodyjności. Dobrze to potwierdza "Victory", nieco folkowy "Fight for your lives", bardziej energiczny "Ride till we die", czy nastrojowy i podniosły "Behind the curtains" . Reszta utworów jest albo średnia, albo jakoś nie zapada głęboko w pamięci.

"Night of retribution" to solidny heavy/power metal z ciekawymi przebłyskami. Brakuje dopracowania, elementów zaskoczenia, jakiegoś powiewu świeżości. Muzyka tutaj jest wtórna, przewidywalna i pozbawiona przebojowości. Szkoda, bo band grać potrafi tylko jakoś zabrakło pomysłów i ciekawych aranżacji, żeby porwać słuchacza. Płyta jakich wiele, niestety.

Ocena: 5.5/10

środa, 29 listopada 2023

DIVINER - Avaton (2023)


Grecki Diviner to już rozpoznawalna marka, choć band działa tylko od 2011r. To kolejny dowód na to, że grecka scena kryje sporo utalentowanych kapel. O tym zespole było już głośno kiedy wydali debiut "Fallen Empires",  a także kiedy 4 lata później wydali "Realms of Time". Panowie tworzą muzykę z pogranicza heavy/power metalu, gdzie słychać inspiracje takimi kapelami jak Nightmare, Innerwish, Firewind, czy Primal fear. Niestety skład z poprzednich płyt nie przetrwał i w 2019 r zebrano nowych ludzi. Nowy rozdział zespołu został przypieczętowany nowym albumem, który nosi tytuł "Avaton". Płyta ukazał się 10 listopada tego roku nakładem wytwórni Rock of angels records.

Zestawiając album z poprzednimi czuje lekki niedosyt i wyczuwam lekki spadem formy. Jest patos, epickość i rozmach, ale odnoszę wrażenie że to wszystko jest przesadzone. Przerost formy nad treścią, to na pewno. Jest rozbudowany "Hall of The Brave" i jest epickość, rycerski klimat. Troszkę wydłużone na siłę, ale jest sporo ciekawych motywów tutaj zawartych. Utwór na pewno ma intrygujące momenty. Zamykający "the battle of marathon" też mógłby być krótszy. Ponury klimat i stonowane tempo to atuty, tylko jakoś nie udało się utrzymać zainteresowania przez cały kawałek.  Wokalista Yiannis to prawdziwy skarb i sprawdza się w takiej konwencji. Jego głos potrafi kruszyć mury, ale i też budować nastrój i wnieść podniosłość do kompozycji. Teo i  Alex stworzyli zgrany duet i ich partie gitarowe są zagrane z pomysłem i dbałością o detale. Znakomicie łączą heavy metalową agresję z melodyjnością. Nie brakuje ciekawych motywów i cały czas sporo dobrego dzieje się w sferze partii gitarowych. Tym razem band korzystniej wypada w prostszym, mocniejszym graniu, które dobitnie wybrzmiewa w "Mountains High". Bije z tego utworu pozytywna energia i to dopiero początek. Jeszcze lepszy jest, niezwykle melodyjny "Dancing in the Fire". To jest Diviner w takiej formie jakiej ja ich pokochałem. Pokaz mocy i ich pomysłowości. Z kolei taki "Cyberwar" wykazuje cechy bardziej progresywny i nawet momentami hard rockowe. Tym razem można odczuć lekki spadek formy. Wyróżnić z pewnością trzeba przebojowy "Hope will rise", czy zadziorny "Dominator", który został przyozdobiony ciekawymi zagrywkami gitarowymi. Nie da się nudzić przy tym nudzić. To jest właśnie Diviner w swojej najlepszej okazałości.

"Avaton" to z pewnością album wartościowy i godny uwagi. Panowie grają na wysokim poziomie, który dla nie których jest poza skalą. Mamy tutaj soczysty heavy/power metal do jakiego nas przyzwyczaili. Nie obyło się bez wpadek i słabszych momentów. Czuć lekki spadek i odnoszę wrażenie, że album słabszy jest od swoich poprzedników. Bardzo dobry album w swojej kategorii, ale patrząc na poczynania greków, to wskazałbym "avaton" jako najsłabszy w ich dyskografii.

Ocena: 8.5/10
 

wtorek, 28 listopada 2023

ROGUE DEAL - Escape from justice (2023)


Słuchając debiutanckiego albumu grupy Rogue Deal można odnieść wrażenie, że to brytyjska kapela, która powstała w latach 80. Jak się okazuje "Escape from justice" to debiutancki album włoskiej formacji, która działa od 2017r. Band czerpie garściami z twórczości Diamond head, Tygers of Pan Tang i przede wszystkim iron maiden. Tak więc każdy kto lubi nwobm i lata 80, ten powinien zapoznać się z tym co prezentuje Rogue Deal.

W tej włoskiej formacji bardzo ważną rolę odgrywa duet gitarowy tworzony przez Matteo i Gianluca, który nadaje klimatu lat 80. To za ich sprawą płyta ma taki klasyczny wydźwięk i roi się od chwytliwych melodii. Wszystko jest zagrane na bardzo dobrym poziomie, a co troszkę psuje zabawę to fakt, że band niczego oryginalnego ani pomysłowego nie prezentuje. To dobrze odgrzany kotlet, ale tez nic nadzwyczajnego, co podbiłoby świat. Nie można też zapomnieć o Michele Turco, który swoim wokalem idealnie wpasowuje się w styl grupy i potrafi przybliżać nam klimat nwobhm i lat 80. Band jest zgrany i panowie potrafią grać i zaciekawić słuchacza. Zabrakło przebłysku geniuszu, jakiegoś elementu zaskoczenia, aby osiągnąć w pełni sukces.

Przepiękny jest otwieracz "Dafcon 1", czyli instrumentalny kawałek, który przypominaczy czasy iron maiden z dwóch pierwszych płyt. Cudo! Pierwsze uderzenie to rozpędzony "Lighting Force" i wszystko brzmi znajomo, ale jest pasja, radość z grania i to się udziela słuchaczowi. NWOBHM pełną gębą. Nie brakuje też hitów, które potrafią zapaść w pamięci. Przykładem tego jest "Night Ranger". Prosty motyw, banalny refren, a kawałek dostarcza sporo frajdy. Dobrze wypada też kolejny instrumentalny kawałek, czyli "Starmirror". Jest jeszcze na koniec 9 minutowy "When fear has tales to tell", który jest nie potrzebnie wydłużany na siłę i wieje troszkę wtórnością.
 
Werdykt? Kawał bardzo solidnego heavy metal w klasycznym wydaniu. Troszkę brakuje do perfekcji, troszkę wieje wtórnością. Band nadrabia szczerym przekazem i miłością do nwobhm, zwłaszcza twórczości żelaznej dziewicy. Warto dać szansę i posłuchać co gra włoski Rogue Deal.

Ocena: 7.5/10

poniedziałek, 27 listopada 2023

DONT DROP THE SWORD - Age of heroes (2023)


 Koniec czekania na nowy album niemieckiej ekipy Don't drop the sword. To band, którego początki sięgają roku 2016.  Wtedy wszystko się zaczęło, a band zaczął stawiać pierwsze kroki w metalowym światku. Zespół gra muzykę z pogranicza melodyjnego heavy/power metalu. Nie brakuje folkowych elementów czy dźwięków godnych bardów. Coś z Blind Guardian, Running Wild czy Falconer można uświadczyć słuchając najnowszego krążka "Age of Heroes". Panowie jednak mają swój styl i swoje podejście do metalu. Jednym się spodoba, a innym nie.

To nie jest zespół, który położy nas na łopatki mocnymi riffami, agresywnymi partiami gitarowymi czy niezwykłą dynamiką. Dont drop the sword to band bardziej nastawiony na klimat, na pokręcone melodie i bardziej wyszukane melodii. Niby plan dobry, tylko gdzieś w tym wszystkim utyka jakość. Utwory są dobre, ale brakuje im ikry, tej magii i czegoś co by powaliło na kolana. To po prostu dobrze zagrany metal, ale nic ponadto. Troszkę szkoda, bo przecież potencjał jest na coś wyjątkowo. O ile można pochwalić Korbiego i Maxa, za partie gitarowe i całkiem dobre urozmaicenie materiału. O tyle wokalista Anti troszkę rozczarowuje. Niby pasuje do tego co band gra, ale jakoś brakuje mocy i przekonania.

Piękna i klimatyczna okładka zachęca by sięgnąć po owe wydawnictwo i przekonać się na własnej skórze co potrafi Don't drop the sword. Spokojnie zaczyna się "Demon Divine", który z klimatycznego kawałka w stylu bardów, przerodził się w szybszy, power metalowy utwór. Echa Blind Guardian są. Podobną strukturę ma równie rozbudowany "Of Love and Loss". Czasami mamy przerost formy nad treścią, co potwierdza "Twelve steps (to hell), który nie jest zły, ale po prostu zbyt długi i troszkę przekombinowany. Pojawia się gościnnie Liv Kristine w nastrojowym i epickim "A murder of ravens". Znowu troszkę wydłużanie na siłę i chęć przemycenia jak najwięcej motywów.  Największą przebojowość wykazują melodyjny "King Of Thieves" czy "Echoes of the past".

Płyta ma swój klimat i band oddał to jest charakterystyczne dla bardów. Skojarzenia z Blind Guardian są jak najbardziej na miejscu. Popracować troszkę nad kompozycjami, aranżacjami, nad jakością i mają szansę się przebić do pierwszej ligi. Póki co jest to dobry album, który daje nadzieje na coś lepszego w przyszłości, jeśli chodzi o zespół Don't drop the sword.

Ocena: 6.5/10

niedziela, 26 listopada 2023

BURDEN OF GRIEF - Destination Dystopia (2023)


Niemiecki Burden of Grief działa od 1994 r i reprezentuje gatunek zwany melodyjny death metal i jakoś nigdy nie trafiłem na ich twórczość. Tym razem piękna okładka świeżo wydanego "Destination Dystipia" sprawiła, że dałem się skusić na ich muzykę.  To muzyka skierowana do fanów Dark tranquiillity czy In Flames. Nie jest to może najlepsze co słyszałem w melodyjnym death metalu, ale panowie grają na przyzwoitym poziomie i nowy album zasługuje na uwagę.

Ten kto szuka powiewu świeżości, przebłysku geniuszu, czy elementów zaskoczenia, ten tego tu znajdzie. Kto lubi solidny melodyjny death metal oparty na sprawdzonych patentach i zagrywkach. Można odnieść wrażenie, że to wszystko już gdzieś i to nawet w lepszej formie. Pod tym względem Budern of Grief jest na straconej pozycji. Czym może zachwycić to ciekawymi melodiami, zadziornością i drapieżności. Taką strategię też obrali i poradzili sobie całkiem dobrze.

Płytę otwiera "World Under Attack", który może nie grzeszy oryginalnością, ale ma do zaoferowania mocny riff i drapieżność. Troszkę mroczniejszy "Exposed to the Dark" też jest dobry w swojej konstrukcji, choć niczego nowego tutaj nie ma. Pod względem melodii dobrze prezentuje się "The devils Bride". Podobnie jest choćby w przypadku tytułowego "Destination Dystopia" czy "My suicide", gdzie pierwsze skrzypce grają melodie. Dużo dobrego się tutaj i nawet specyficzny wokal Mike;a Huhmanna tak nie przeszkadza i wpasowuje się w konwencję zespołu.

W roku 2021 do grupy doszedł gitarzysta Hellmuth i wspiera on Hanflanda. Duet dobry, ale nie zapada niczym specjalnym pamięci. Kto wie może w przyszłości panowie nas czymś zaskoczą i wzbiją się na wyżyny w swoich możliwości? Wszystko możliwe. Póki co zostajemy w drugiej lidze melodyjnego death metalu. Mimo pewnych niedociągnięć i widocznych wad, to wciąż płyta, która jest miła w odsłuchu i warta zapoznania się.

Ocena: 6.5/10
 

piątek, 24 listopada 2023

HIGH SPIRITS - Safe on the other side (2023)


 "Safe on the other side" to najnowszy album amerykańskiego High Spirits, a może raczej multiinstrumentalisty Chrisa Blacka, który dał się poznać z takich kapel jak Dawnbringer czy Pharaoh.  Potrafi stworzyć dobry materiał z pogranicza melodyjnego metalu i hard rocka, co z reszta udowodnił wydając debiutancki krążek High Spirits.  Potem już bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej.  Jak tym razem wyszło?

Na pewno nie ma tragedii i dostajemy solidny,melodyjny heavy metal z nutką hard rocka. Oklepane motywy, wtórność, brak świeżości to bolączka tego krążka. Z drugiej strony jest to w miarę dobrze zagrane, a przynajmniej na tyle że dobrze się tego słucha.Przynajmniej większość utworów jest miła dla ucha.  Wystarczy odpalić przebojowy "In the Moonlight", żeby się przekonać że Chris Black tym razem wziął się za komponowanie i słychać, że wniósł pewne poprawki względem ostatniego dzieła. Lekki, hard rockowy "one day closer" imponuje niezwykle melodyjnym riffem i klimatem lat 80. Dominują stonowane, rockowe kawałki jak "Memories" czy "Good night', gdzie dostajemy proste i nieco pozbawione mocy partie gitarowe. Niby jest klimat lat 80, jest melodyjność, ale brakuje mocy, drapieżności, tego heavy metalowego pazura. Strasznie to wszystko ugrzecznione i przewidywalne.

High Spirits to muzyka średnich lotów, która jest produktem jednorazowego użytku. Słucha się tego dobrze w danym momencie, ale nie ma ochoty wracać do tego materiału i rozmyślać nad nim. Kilka udanych momentów to trochę za mało, żeby powstało coś wyjątkowego szkoda.

Ocena: 6/10

czwartek, 23 listopada 2023

EMERALD RAGE - Valkyrie (2023)


Debiut amerykańskiej formacji Emerald Rage, który ukazał się w 2021r wspominam bardzo dobrze. To była solidna porcja heavy/power metalu, który był skierowany przede wszystkim do fanów Running wild, Omen, czy Manowar. Rycerski klimat i udane pomysły na kompozycje sprawiły, że płyta mogła się podobać. Teraz band powraca z nowym dziełem i "Valkyrie" to swoista kontynuacja "High King". Płyta ukazała się nakładem Stormspell Records, który słynie z dobrych płyt z kręgu klasycznego metalu. Czy i tym razem jest podobnie?

Amerykański Emerald Rage idzie po linie najmniejszego oporu porzucając wszelkie próby eksperymentowania, szukania oryginalnego stylu, czy prób zaskoczenia słuchacza. Band obrał drogę rozwijania pomysłów z debiutu. Tak więc nie brakuje dużej dawki wpływów Running wild, które są wszechobecne. Przede wszystkim w partiach gitarowych, solówkach, riffach i motoryce poszczególnych kompozycji. Do tego głos Jake;a Wherley'a też jest mocno inspirowany manierą Rock'n rolfa. Brakuje już tylko tematyki pirackiej. Okładka może nie zachwyca, a samo brzmienie też takie tylko dobre, bez fajerwerków. Band podszedł do tego bardzo ostrożnie. Zresztą materiał i stylistyka też jest zachowawcza i bezpieczna. W końcu takie oklepane i dobrze odgrzane kotlety znajdą swoich miłośników. Na plus, że niezbyt dużo jest muzyki w klimatach Running Wild. Tutaj spory plus dla emerald Rage.

Najdłuższy na płycie jest "Paradiso". 10 minutowa podróż po dźwiękach, które od razu zabierają nas do twórczości Running Wild. Brzmi to trochę jak taka składanka różnych motywów, ale jest to dobrze zagrane i można śmiało powiedzieć, że to mocny punkt programu "Valkyrie". Kolos również pojawia się na otwarcie. "Prince of the moon" to utwór urozmaicony i przeplatający różne ciekawe zagrywki. Troszkę mniej Running wild, a więcej agresywniejszego heavy/power metalu. Wstęp "Archangels" brzmi niczym kopia "Whirlwind", ale sam utwór brzmi zupełnie inaczej, choć energia i melodyjność jest na podobnym poziomie. Kawał dobrej dawki starego running wild.Pomysłowo zaczyna się też "Desolation" i choć nie brakuje tutaj energii czy chwytliwości, to gdzieś zaczyna przeszkadzać oklepana formuła i odgrzewanie kotletów. Band mało daje od siebie, przez co ciężko przebić się do pierwszej ligi. Tytułowy "Valkyrie" niby miał być bardziej epicki, bardziej rycerski, ale też nie wyszło tutaj wszystko tak jak trzeba. Jakbym miał wskazać najlepszy kawałek na płycie to wskazałbym "Saints & heretics". W końcu band czymś zaskoczył, a sama formuła prezentuje się o wiele lepiej. Sam riff wgniata w fotel i to jest Running wild ze swoich najlepszych lat. Rasowy hicior i gdyby tutaj było więcej takich perełek, to na pewno ocena byłaby znacznie wyższa, a sam band może by się przebił do grona najlepszych zespołów młodego pokolenia. Rozpędzony i niezwykle melodyjny "A broken Silence" to rasowy killer w power metalowej oprawie. Natomiast "Stone monkey" to nie potrzebny wypełniacz.

Emerald Rage zrobił swoje i nagrał najlepszy album jaki potrafił. Nie ma może niczego oryginalnego, a band nie próbuje zaryzykować by stworzyć coś świeżego. Kto lubi prosty i łatwo wpadający heavy metal  z elementami Running wild, ten dobrze trafił i będzie czerpał prawdziwą radość z zaprezentowanego materiału. Satysfakcja gwarantowana. Każdy inny słuchacz, który szuka czego ambitnego może odpuścić sobie "Valkyrie". Taka jest prawda.

Ocena: 8/10
 

środa, 22 listopada 2023

THORIUM - Extraordinary Journeys part I (2023)


 Często wracam do ostatniego dzieła belgijskiej formacji Thorium. Tak, mam tutaj na myśli "Empires in the Sun" z 2021. Niezwykła kopalnia hitów i spora dawka energii i chwytliwych melodii. Kiedy dotarły do mnie wieści, że kapela w tym roku wydaje swój najnowszy album to poczułem ekscytacje. Piękna okładka, trafiony singiel, który miał coś jeszcze z poprzedniego krążka sprawiły, że wyczekiwałem "Extraordinary journeys part I". Tak bardzo chciałem przeżyć niezwykłą podróż, a niestety troszkę zostałem oszukany.

Band wypuścił naprawdę udane i godne zapamiętanie single. "Across The nations" to dynamiczny kawałek, z wyraźnymi wpływami Iron Maiden. Prosta melodia i przebojowy charakter sprawiają, że utwór potrafi zapaść w pamięci. Melodyjny riff, zadziorne partie gitarowe i nieco nowoczesny feeling to atuty "Nightfall". Tym razem gitarzyści Frodo i Tas nie mają za wiele do zaoferowania. Grają bardzo bezpiecznie, czasami troszkę jakby na pamięć, zachowawczo, bez jakichkolwiek emocji. Brzmi to odtwórczo i to na tyle, że nawet nie ma się ochoty zagłębiać w ten aspekt. Wokalista Marcelis to faktycznie mocny atut zespołu i często to właśnie on ratuje dany moment na płycie.  Nowy nabytek w postaci basisty Jeroena Bonne nic nie wnosi do muzyki Thorium. Muzycy nie wiele dali z siebie i leży zarówno warstwa aranżacyjna, jak i kompozytorska.

Solidny jest "Age of Adventure". Melodyjny riff, oklepana formuła i jakoś tak wszystko zagrane bez mocy, bez pazura, bez wiary. Pozytywne emocje potrafi wzbudzić "Bushido", który tez został zbudowany na oklepanych patentach. Jednak słychać tutaj pasję i pazur. Band średnio wypada w dłuższych kompozycjach, a przecież stanowią dużą część materiału. Kolos "Echoes of lost souls" jakiś taki nijaki w swojej formule i troszkę to wszystko ciągnięte jest na siłę. Z tych dłuższych utworów najlepiej prezentuje się agresywniejszy "Gladiator", choć do najlepszych zespołów sporo brakuje. Ot co kawał dobrze zagranego heavy/power metalu z mocniejszym riffem.

Miała być niezwykła podróż, miały być emocje i niezapomniane przeżycia. Nic z tych rzeczy się nie zadziały. Dalekie to jest od tego co band prezentował na poprzednim albumie. Czy ktoś podmienił muzyków? Co takiego się wydarzyło, że band tak obniżył loty? Brak pomysłów? Wypalenie? Próba sił na nieco innej płaszczyźnie? Całkiem możliwe. Niestety przekombinowali i nagrali słaby album. Jedno z największych rozczarowań dla mnie, jeśli chodzi o rok 2023.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 20 listopada 2023

SAVAGE BLOOD - Wheel of Time (2023)


 Miło wspominam debiut niemieckiego Savage Blood, dlatego z ciekawości wyczekiwałem najnowszego dzieła zatytułowanego "Wheel of Time". 16 listopada nakładem MDD Records ukazał się ów album i już można śmiało rzec, że to bardzo udana kontynuacja tego co band zaprezentował na "downfall". W dalszym ciągu jest to soczysty heavy metal z elementami power czy thrash metalu, który mocno inspirowany jest taki formacji jak Brainstorm, Steel Prophet czy Enola Gay.

Panowie nie grają niczego odkrywczego, ale robią to naprawdę bardzo dobrze. Słychać w nich pasję, doświadczenie i pomysł na siebie. Wszystko brzmi zadziornie, zarazem melodyjnie i tak współcześnie. W muzyce Savage Blood kluczową rolę odgrywa z pewnością pewny siebie i charyzmatyczny Peter Diersman, który nadaje współczesnego charakteru całości. Kawał dobrej roboty odwalają gitarzyści, tak więc warto wsłuchać się w partie Jórga i Timiosa. Panowie mają coś do powiedzenia i ta ich gra może zauroczyć i przypaść do gustu. Jest agresywnie, z pazurem i nie ma w tym nudy. Savage Blood to dobrze naoliwiona machina. Same kompozycje też trzymają bardzo dobry poziom, więc nie ma powodów do narzekania i można delektować się muzyką jaką prezentuje band.

Band zrobił krok do przodu. To widać zarówno po szacie graficznej, brzmieniu czy samych kompozycjach. Savage Blood chce się rozwijać i zaskakiwać nas, co jest dobrą cechą. Wystarczy odpalić zadziorny "Battle cry" bo o tym się przekonać. Kawał porządnego heavy/power metalu z elementami thrash metalu. Dalej mamy klimatyczny "warriors of the fortress", który zaczyna się niczym jakiś utwór Iced Earth. Ta drapieżność i agresja towarzyszy nam w dalszej części. Bez wątpienia jeden z najciekawszych momentów na płycie. "Oblivion" troszkę słabszy w swojej konstrukcji, ot co solidny heavy metalowy kawałek w nowoczesnej oprawie. Nie brakuje hitów na płycie i z pewnością w tej roli sprawdza się chwytliwy "Believer". Druga część płyty to przede wszystkim mroczny i stonowany "Lord of the Dark", czy melodyjny "Wheel of time", który zawiera to co najlepsze w muzyce Niemców.

Nie udało się może stworzyć czegoś ponadczasowego, ani też czegoś co by rzuciło na kolana i mogło konkurować z najlepszymi. Mimo pewnych niedociągnięć, jest to wartościowy album, który sprawdza się jako dobra rozrywka, gdzie nie brakuje mocnych riffów, czy chwytliwych refrenów. Warto skusić się, bo Savage Blood ma jednak coś do zaoferowania.

Ocena: 8/10


sobota, 18 listopada 2023

DRACONICON - Pestilence (2023)


 W roku 2021 ten włoski band namieszał w podsumowaniach i osobistym top 10 owego roku. Były nadzieje, że następca powtórzy ten sukces. Przyszedł czas na nowy album zatytułowany "Pestilence" po 2 latach przerwy. W składzie pojawił się nowy basista, czyli Philiip Skrim, nie ma też informacji co do perkusisty. Jednak nie tu leży problem. Band poszedł w zupełnie innym kierunku. Porzucił styl określony na debiucie. Zapomnijcie o słodkim, podniosłym symfonicznym power metalu, który mocno wzorowany był na twórczości Rhapsody. Tego już nie ma. Band poszedł w rejony mrocznego, progresywnego power metalu z elementami symfonicznymi. Teraz band czerpie garściami z ostatnich płyt Dark Moor, Adagio czy też Turilli/Lione Rhapsody. Miałoby być nowocześnie, mrocznie i zaskakująco. Cóż zabrakło tylko jakości i pomysłowości, by album był na takim samym poziomie co debiut.

Piękna okładka, pierwszoligowe brzmienie i doświadczony zespół, to jak się okazuje to za mało. Co z tego, że jest przepych różnych ozdobników i barokowego klimatu, jak całość jakość wypada chaotycznie, a nie wiele zostaje w głowie słuchacza. Piękne opakowanie produktu, ale sam jakość zawartości jest daleka od oczekiwań. Gdzie ta przebojowość, dynamika i melodyjność z debiutu? Uleciała. Mogłoby być mrocznie i progresywnie, ale musiałby to być poziom z otwierającego "Twisted Reflection", gdzie jest energia, jest przebojowość i słucha się tego z dużą przyjemnością. Niestety pomysłów zabrakło na dalszą część. W power metalowej konwencji mamy też "Heresy" i przebojowy "Thorns", które starają się utrzymać zainteresowania słuchacza. Jest pomysł i słucha się tego dobrze. Schody zaczynają się w raz z odpaleniem tytułowego "Pestilence". Owszem, są momenty, mamy ciekawe melodie, ale jakoś nie wiele z tego zostaje w pamięci. Przerost formy nad treścią. Niestety, ale druga część płyty jest już znacznie słabsza. Nijaki "Drowned" , czy chaotyczny "Slumber Paralysis" i nawet zamykający "Faust", który ma w sobie więcej energii, też nie satysfakcjonuje w 100 %. Niby gdzieś tam są ciekawe motywy gitarowe i jakaś ciekawa melodia się trafia.  Same kompozycje w sobie są męczące i ciężko strawne. Nie trafia do mnie, to bycie na siłę nowoczesnym i progresywnym.


Czym się band sugerował, żeby zmienić styl? Dlaczego poszli taką drogą, porzucając wcześniejszy styl?  Debiut był genialny w każdy calu, a tutaj mamy chaos, przerost formy nad treścią. Przepych barokowy i duża dawka różnych ozdobników nie wystarczyły, żeby zatrzeć nie dopracowanie i brak pomysłów na kompozycje. Szkoda, może następnym razem band wróci do grania z debiutu? Oby tak było.

Ocena: 5.5/10

czwartek, 16 listopada 2023

TEMPLE BALLS - Avalanche (2023)


 Kiedy szukam hard rockowego szaleństwa i kopalni hitów, które rozkręcą każdy ponury dzień, to sięgam po dzieła fińskiego Temple Balls, który jest na scenie od 2009r. Panowie właśnie wydali swój 4 album studyjny zatytułowany "Avalanche", który jest świetną mieszanką melodyjnego metalu i hard rocka. To jeden z tych zespołów, który od lat trzyma wysoki poziom i nigdy nie zawiódł swoich fanów. Nowy album jeszcze bardziej dopieszczony pod względem hitów, melodii i hard rockowego szaleństwa. Brzmi to świeżo, a zarazem słychać wpływy Europe, czy Def Leppard. Temple Balls zna się na rzeczy i pokazują, że są obecnie jednym z najciekawszych zespołów obracających się w hard rocku.

Mając takiego wokalistę Arde Teronen to można wyczyniać cuda i można poszerzać swoje horyzonty. Jego charyzma mocno przypomina złote lata Joe Elliota, co bardzo mi odpowiada bo kocham stare płyty Def Leppard. Jest pazur, technika i miłość do hard rocka. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.Niki i Jiri rozkręcają się i pokazują, że tworzą zgrany duet gitarowy i nie boją się przekraczać granice hard rocka, wkraczając w teren melodyjnego metalu. Nastawili się na chwytliwe riffy i melodie, a to sprawiło że płyta stała się bardzo przebojowa i energiczna. "Avalanche" to kopalnia hitów i kwintesencja hard rocka i melodyjnego metalu.

Skoczny i pozytywnie zakręcony "All night Long" kipi energią i na pewno sprawdzi się podczas koncertów. Riff w "Trap" mocno zakorzeniony jest w dokonaniach Judas Priest, no i band pokazuje pazur. Czuć klimat lat 80 i ta prostota potrafi porazić słuchacza. Jest moc. Heavy metal również wybrzmiewa w zadziornym "Stand up and fight", który brzmi jak mieszanka Battle Beast z debiutu i Sabaton. Co za hicior wyszedł z tego kawałka i refren sieje zniszczenie. Echa Europe są choćby w takim przebojowym "Prisoner in Time", gdzie partie klawiszowe budują podstawę tego kawałka. Po raz kolejny refren robi furorę. Panowie mają smykałkę do nagrywania hitów. Nie zatrzymujemy się i dalej jest również dobra zabawa. Radosny i melodyjny "Strike like a Cobra", czy singlowy "No Reason", który jest jednym z najlepszych utworów na płycie.  Idealny hołd dla dokonań Def Leppard. Końcówka płyty również dostarcza nam emocji. Pojawia się nastrojowy "Stone Cold Bones", który mimo swojej spokojnej i nieco balladowej struktury, potrafi oczarować i powalić na kolana swoją przebojowością. Na sam koniec tytułowy "Avalanche", który idealnie podsumowuje cały krążek. Jest melodyjnie i hard rockowo.

Temple Balls nie zawiódł. Nagrał taki album, na jaki fani czekali. Jest przebojowo, z pazurem i z pozytywną energią. Znakomity miks hard rocka i melodyjnego metalu, a wszystko przesiąknięte twórczością Def Leppard czy Europe. Jeden z najlepszych albumów Temple Balls.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 14 listopada 2023

SILVERBONES - Brethren of Coast (2023)


 Jedna z najbardziej wyczekiwanych premier przeze mnie. W końcu nie często zdarza się album z muzyką w klimatach Running Wild.  Debiut włoskiego Silverbones był udany i dawał nadzieje, że ta kapela nagra jeszcze coś wartościowego w przyszłości. Tamten skład niestety się rozpadł. Został zebrany nowy w roku bieżącym i owocem tego jest "Brethren of The Coast".

23 listopada nakładem Stormspell Records ukaże się owy album i pewnie nie jeden fan Running wild wyczekuje premiery. Liczyłem osobiście na jakiś przejaw geniuszu jak w Blazon Stone, na może i nawet album roku. Niestety, to tylko dobrze odrobienie zadania domowego, bo i owszem klimat pirackiego metalu i płyt Running Wild jest, ale brakuje mocy, pazura i chyba pomysłu na hity. Niby jest melodyjnie, jest urozmaicenie, ale nie ma tej jakości Running wild czy Blazon Stone.  Lorenco Nocerino to dobry wokalista, który ma charyzmę, technikę i to coś, ale nie pasuje mi do tego co gra band. Widziałbym go w jakiś lżejszym, melodyjnym metalu.  Jest też Astonello z Burning Black w roli gitarzysty, który wspiera Marco Salvadora. Duet dobry i słychać, że się panowie rozumieją, ale znów czynnik jakości. Nie ma niczego odkrywczego, ale czegoś co wyrwie z kapci. Jest potencjał i to ogromny, ale nie jest w pełni wykorzystany.

Zaczynamy typowo, od instrumentalnego otwieracza i taki "Winds of Reprisal" spisuje się znakomicie w swojej roli. Wkracza riff "raise the black" i już wiadomo, że nie ma tego ognia i tej magii z running wild. Oczywiście klimat jest i pewne nawiązania, ale sam riff bardziej wpisuje się w trend ostatniej płyty Rock;n Rolfa niż klasyków z lat 80. Podobne emocje wzbudza zadziorny "granite Heart", który również spisuje się w roli lekkiego i melodyjnego kawałka, niż rozpędzonego killera. Serce szybciej zabiło przy energicznym "Brethren of the cost", które już brzmi o wiele ciekawiej. Coś w końcu zaczyna się dziać i jest to kompozycja o kilka klas wyżej. Główny riff robi wrażenie, a to już sukces. Wysoki poziom trzyma też przebojowy i nieco bardziej pomysłowy "Headless Rider". Takie utwory pokazują, że ta kapela potrafią się spiąć i stworzyć coś godnego dokonań Running wild. Dobrze prezentuje się też nieco bardziej urozmaicony "The battle of Texel" czy rozbudowany i bardziej epicki "Invicible Armada".

To mogło być wielkie wydarzenie, to mogła być jedna z najlepszych płyt tego roku. Potencjał był. Został zmarnowany i trzeba będzie czekać kolejne lata na nowy materiał. Piękna okładka, która przypomina "Black Hand inn" czy znakomite brzmienie nie są wstanie wynagrodzić pewnych niedociągnięć. Szkoda i czuje jedynie rozczarowanie, bo uwielbiam płyty z taką muzyką. Tym razem jednak nie zostaje nic innego, jak odpalić sobie jakiś klasyk Running wild.

Ocena: 7.5/10

poniedziałek, 13 listopada 2023

STEELRATH - Prayers of War (2023)


 "Prayers of war"  to drugi album brazylijskiej formacji Steelrath. Panowie reprezentują klasyczną odmianę heavy metalu i raczej wpisują się w popularny trend grania w klimatach lat 80. Oczywiście nie brakuje wpływów iron maiden i choć w tym wszystkim nie ma za grosz oryginalności, czy świeżości. Kto nie ma ogromnych wymagań i lubić dawać szanse mało znanym zespołom, ten powinien posłuchać w jakiej kondycji jest Steelratth, zwłaszcza że od 2023 r mają nową sekcję rytmiczną.

Andre Renhal pełni rolę basisty, zaś Jiulio D. Cesar  w roli perkusisty i tak o to w nowym składzie został zarejestrowany nowy materiał. Solidny materiał, który opiera się na sprawdzonych patentach.  Sama muzyka nie wzbudza większych emocji, bo to też nic nowego, ani też nie zostało podaje w jakieś super intrygującej formie. Jest gdzieś tam pazur, energia, ale momentami band gra jakoś tak ostrożnie i nie chce wyrwać się z jasno wyznaczonych ram. Grać potrafią, co nie raz pokazują, ale nie wynika z tego nic więcej. Klimatyczna okładka, dopracowane brzmienie to tylko cząstka sukcesu. W tym wypadku za mało. Początek płyty jest obiecujący, zwłaszcza kiedy wkracza melodyjny i niezwykle przebojowy "Fury Road". Coś dla miłośników żelaznej dziewicy. Podobne emocje wzbudza niezwykle melodyjny "Prayers of War", który potwierdza, że nie można skreślać Steelrath. Niby nic oryginalnego, ale jest spora radość z odsłuchu. Echa judas priest, czy iron maiden można wyłapać w dynamicznym "Armored Heart". Podobać może się również prosty i taki osadzony w latach 80 "Hammer Grinder". Niestety druga część płyta jest troszkę słabsza i nie wzbudza już takich emocji. Nie pomaga nawet kolos "Secret of Steel", gdzie też band stara się za wszelką ceną grać epicko i nie zawsze to idzie też z jakością. Dobry utwór, ale troszkę za długi i jakiś taki monotonny.

Dostajemy solidny album, z kilkoma przebłyskami. Album może i wtórny i nieco oklepany. Zabrakło przede wszystkim pomysłu na zróżnicowanie, na przebojowość i jakieś elementy bardziej autorskie. Solidny heavy metal w klasycznej odmianie, ale na długo nie zostaje w pamięci. Szkoda, bo band grać potrafi.

Ocena: 5.5/10

niedziela, 12 listopada 2023

SECRET SPHERE - Blackened Heartbeat (2023)


 Pamiętacie jakie zniszczenie siał "Lifeblood" włoskiego Secret Sphere w 2021? Jak dla mnie jedno z największych osiągnięć tej grupy.  To jedna z najważniejszych dla mnie płyt, które ukazały się w 2021r i tym samym miałem ogromne wymagania względem nadchodzącego "Blackened Heartbeat". Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. Czy udało się zbliżyć do tego poziomu geniuszu jak został zaprezentowany 2 lata temu? O to jest pytanie.

Melduje się ten sam skład, który nagrał "Lifeblood". Pojawiła się nadzieja, że to jest możliwe nagrać coś równego.  Buratto i Lazzarini to sekcja rytmiczna z górnej półki i ten duet wciąż gra na wysokim poziomie. Jest dynamika, zróżnicowanie i to cieszy, że band nie popada w monotonnie i kopiowanie w kółko jednego motywu. Piękny i nastrojowy głos Roberto Massina to podstawa muzyki włoskiego secret Sphere. Obecnie jeden z najlepszych głosów na rynku power metalowym. Prawdziwy mistrz. Trzeba również pamiętać o cudach, które wygrywa Aldo Lonobile. Niezwykle utalentowany gitarzysta, który przecież pojawił się w Black eye, Edge of Forever czy Archon Angel. Specjalista od podniosłych melodii, od klimatu i finezyjnych solówek. Wszystko jest na swoim miejscu, bo nawet i soczyste brzmienie i nastrojowa okładka sprawiają, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym.

Tak, takie jest uczucie. To uczucie zostaje podwojone, kiedy wkracza "J.S Serenade" . Co za piękny utwór z podniosłym refrenem i symfonicznymi ozdobnikami. Od razu słychać, że to włoski progresywny power metal w pigułce. Jest moc i to jest perełka na miarę poprzedniej płyty. Zadziorny i bardziej progresywny "Bloody Wednesday" to też kolejny hicior na płycie. To jest Secret Sphere jaki ja kocham i mogę słuchać. Panowie dają czadu. Lekki, melodyjny i może nieco bardziej komercyjny "Captivity" to idealny przykład jak tworzyć radiowe hity. Power metal pełną gębą mamy w rozpędzonym "Dr Julis". Secret Sphere wysokich lotów i znów można odpłynąć wgłąb ich magicznego świata. Jest jeszcze podniosły i epicki "Confession", agresywny "Blackened Heartbeat" czy zadziorny 'Psycho kid", które każdy reprezentuje różne oblicze zespołu. Jest dobrze, a trochę całkowity odbiór psuje ballada "Anna".

"Blackened Heartbeat" może jest ciut słabszy od swojego poprzednika, ale jest podobny rozmach, urozmaicenie i bogactwo dźwięków. Styl jest ten sam i jakość nie wiele gorsza. Sercet Sphere jest na fali i to bardzo cieszy.

Ocena: 9/10

sobota, 11 listopada 2023

SCANNER - The Cosmic Race (2024)

 


Wielkimi krokami zbliża się nowy rok, rok 2024. Rok wielkich nadziei i oczekiwań. Przede wszystkim wyczekiwanie na płyt swoich idoli i jedną z takich wyczekiwanych premier roku 2024 jest dla mnie Scanner. W latach 80 nagrali klasyczne albumy, potem również band trzymał poziom, choć skład się zmieniał. Załamanie nastąpiło przy "Scantropolis", który uważam za najgorszy album w historii zespołu. Dopiero przyjście wokalisty Ioannidisa w roku 2003 odmieniło lost tej grupy. Znów wrócili na właściwe tory i zaczęło to brzmieć jak stary dobry Scanner. Dowodem tego okazał się naprawdę udany "The Judgment" w roku 2015. Prawię dekadę band kazał czekać na nowy materiał. Oczekiwania spore i chciałoby się otrzymać, coś wielkiego, niepowtarzalnego i coś godnego miarki Scanner. Nadzieje dawała przepiękna i klimatyczna okładka. Czy faktycznie materiał jest równie wielki?

Tym razem Scanner postawił na koncepcyjny album i sama historia jest ciekawa i oddaje to co najlepsze w świecie s-f. To połowa sukces, bo faktycznie warstwa liryczna i sama warstwa brzmieniowa jest z górnej półki. Skład w zasadzie ten co na poprzednim albumie, z wyjątkiem pojawieniem się Stefena Webera z Axxis czy rage w roli drugiego gitarzysty. Sam album jest dobry, nawet bardzo dobry, ale czy sięga geniuszu debiutu czy późniejszych płyt? Raczej nie. Zabrakło mi jakoś tego błysku geniuszu, a chyba najbardziej brakuje tej przebojowości, z której ten band przecież słynie. Oczywiście pojawiają się nieco słabsze momenty. Takim jest "Dance of the dead", gdzie postawiono na mrok, na cięższy riff, ale to wszystko jest bardzo toporne i jakoś specjalnie nie zapada w pamięci. Sami muzycy są w formie, ale jakoś nie potrafią w pełni wykorzystać swojego potencjału.  Axel Julius to przecież znakomity gitarzysta i prawdziwy lider tej grupy. Troszkę może za dużo wymagałem, ale jakoś też nie wszystkie pomysły w pełni mnie przekonały.

Płyta ma jednak sporo jasnych stron i większość materiału potrafi oczarować, a nawet przypomnieć złote lata Scanner. Taki otwierający "The earth Song" to rasowy killer i power metal pełną gębą. Przede wszystkim sam riff, energia i duża dawka melodyjności, to taki ukłon w stronę pierwszych płyt, z naciskiem na debiut. Refren jest podniosły i na miarę talentu Scanner. Gdyby tak brzmiał cały album to może bym nie kręcił nosem. Stonowany i zadziorny "Face the fight" to ukłon w stronę Judas Priest, ale też coś dla fanów Iron Savior czy też Gamma Ray. Bardzo dobry kawałek, choć już w nieco innym klimacie niż otwieracz. Scanner idzie za ciosem i atakuje nas rozpędzonym "Warriors of the light", który znów imponuje szybkim tempem i przebojowością na miarę debiutu. Kolejny bardzo ważny punkt na płycie i pokazujący, że Scanner wciąż ma to coś. Serce szybciej zabiło też przy przebojowym "Scanner's Law" i to również twórczość Scanner w pigułce.  Jeden z najlepszych utworów na płycie i prawdziwy rarytas dla fanów starego Scanner. Spokojny, wręcz balladowy "New Horizon" jakoś nie pasuje mi do całości i też za wiele nie ma do zaoferowania. Marszowy  "Farawell to the Sun" stawia na podniosłość, klimat i bardziej złożone formuły. Nie jest to złe, ale do pełni szczęścia brakuje mi tego czegoś. Błysku geniuszu i czegoś co by powaliło na kolana. Dalej mamy najdłuższy na płycie "Space Battalion", który również utrzymuje się w stylistyce power metalowej. Przemyślany i dobrze zagrany kawałek, który miło się słucha od samego początku. Całość wieńczy stonowany "The last and first in line", który stawia na marszowy charakter i epickość. Dobry kawałek, choć też bez fajerwerków i bez elementu zaskoczenia.

9 lat czekania na płytę, jednego ze swoich ulubionych zespołów, to cholernie długo. Ma się różne wyobrażenia i oczekiwania, jak powinien taki album brzmieć. Liczyłem na coś pokroju debiutu, starych płyt i może to mnie zgubiło? The Jugment to  bardzo dobry album i w sumie "The Cosmic Race" kontynuuje to co band tam zaprezentował. Oba albumy są bardzo dobre, ale nie mają tego błysku i geniuszu co właśnie choćby taki "Hypertrace".  Scanner nagrał album dojrzały, klimatyczny i w swoim stylu, bo od pierwszych sekund słychać, że to przecież Scanner. Szkoda tylko, że nie udało się nagrać album w stylu takiego otwieracza czy "Scanner's Law". Mimo jakiś tam niedociągnięć, jest to płyta godna uwagi i nie przynosi wstydu kapeli. Oby na następny album nie przyszło nam czekać kolejnych 9 lat. Tak wypatrujcie premiery Scanner!

Ocena: 8/10

czwartek, 9 listopada 2023

RASCAL - Lost Beyond Reason (2023)


 Ossuary Records to polska wytwórnia płytowa, która odgrywa kluczową rolę w rozwoju naszego heavy metalowego podwórka. To pod ich skrzydłami ukazały się płyty Roadhog,  Shadow Warrior, Night Lord czy Aquilla. W tym roku wydała debiutancki album warszawskiego Rascal zatytułowany "Lost Beyond Reason". Miło jest widzieć, że przybywa nam kapel, które mogą konkurować z najlepszymi zespołami z zagranicy. Rascal działa od 2019r i obrał sobie za cel grania heavy/speed metal z pewnymi elementami power metal. Jest potencjał, jest możliwość, technika i wszystko czego trzeba i choć jest to granie na wysokim poziomie, to wiem że band stać na więcej.

Brakuje przede wszystkim rasowych przebojów, które by się wybijały ponad ten rozpędzony materiał i owe speed metalowe łojenie. Brakuje oddechu, chwili urozmaicenia i zaskoczenia słuchacza. Dobrze się tego słucha, ale gdzieś w pewnym momencie troszkę zlewa się to w jedną całość. Okładka jest z górnej półki i jedna z najlepszych jakie widziałem w tym roku. Znakomity klimat horroru i dobrze to współgra z zawartością. Wiązowski/Trybura nasłuchali się klasycznych płyt i w efekcie dostarczają nam prostych, ale za to zadziornych i drapieżnych partii gitarowych. Jest dynamika, ale troszkę brakuje świeżości, albo jakiegoś zrywu żeby nie było monotonnie.  Troszkę przytłumiony jest wokal Kacpra Pędziszewskiego, który momentami gdzieś tam przepada i zapada w pamięci. Ogólnie to jest dobry głos, tylko w sumie taki jakich pełno na rynku. Pewne nie dociągnięcia są w zakresie kompozycji, choć całościowo materiał wypada bardzo dobrze i wciąż jestem w szoku, że w naszym kraju powstają płyty z taką muzyką i na taki dobrym poziomie.

Wszystko zaczyna się od nastrojowego "Approaching the Storm", który powoli wprowadza nas w świat Rascal, ale też nie wiele zdradza. Szybko wkracza energiczny "Trapped within the lightning", który oddaje w pełni klimat heavy/speed metalu lat 80. Naprawdę dobrze to brzmi i najlepsze, że brzmi jakby zostało nagrane przez jakiś zagraniczny band typu Enforcer, Skull Fist czy Satan;s Fall. Bardzo dobra robota panowie! "The Faster The Better" to kolejny szybki i zadziorny kawałek, choć w swojej formule trochę oklepany. Tutaj można w pewnych momentach usłyszeć pewne niedociągnięcia wokalisty. Dalej mamy niezwykle melodyjny "running out of air", który w pełni pokazuje potencjał jaki drzemie w Rascal. Mocnym atutem utwory są pomysłowe partie gitarowe, który dostarczają sporo frajdy. Echa lat 80 są, ale wszystko brzmi współcześnie. Tytułowy "Lost beyond reason", to bardzo udany kawałek, który również jest utrzymany w szybszym tempie. Niby jest melodyjnie, z pazurem, ale jakoś można odczuć wrażenie, że band włączył auto pilota i można odnieść wrażenie, że całość zaczyna się zlewać. Plus za pewne nawiązania do Running Wild w energicznym "Conquest" czy przebojowym "Soldiers of Hell". Bez wątpienia jeden z mocniejszych punktów tej płyty. W tych kawałkach słychać pasję i pomysł na siebie.

Rascal wkracza na światową scenę heavy metalu i stawia swój pierwszy poważny krok. Krok może trochę nie pewny, ale znaczący. Mamy kolejny band grający heavy/speed metal na wysokim poziomie. Powiedziałbym wręcz światowym. Soczyste brzmienie, klimatyczna okładka, uzdolniony band, a przede wszystkim dobrze rozegrany materiał. Nie brakuje mocnych riffów, czy godnych zapamiętania melodii. Troszkę to wtórne, troszkę bez elementu zaskoczenia, ale frajda z odsłuchu jest i to przecież też jest bardzo ważne w muzyce. Brawo Rascal! Dobra Robota!

Ocena: 8/10

wtorek, 7 listopada 2023

RECEIVER - Whispers of Lore (2023)


 Heavy metal z Grecji i można by rzec, że nic więcej nie trzeba na zachętę. Też tak myślałem i tym razem troszkę strzał był chybiony. "Whispers of Lore", czyli debiutancki album greckiej formacji Receiver wywołuje mieszane uczucia. Płyta łatwa w odbiorze, naszpikowana sprawdzonymi patentami, wpływami iron maiden, heavy load czy manilla road, a jednak gdzieś w tym wszystkim zabrakło jakości, pomysłowości, żeby zostać na dłużej z nami w myślach.

Okładka, logo, klimat lat 80 to wszystko jest autentyczne i przemyślane. Jednak jest kilka mankamentów, które sprawiają że płyta z każdym utworem traci w naszych oczach. Specyficzny wokal Nikoletty to pierwsza przeszkoda, która dla niektórych może być nie do przejścia. Mało dawka przebojowości, wtórność, oklepane motywy gitarowe też sporo odejmują w ostatecznym rozrachunku. "Unite" to energiczny kawałek, ale śpiew Nikoletty jakiś taki stłumiony i mało wyrazisty. Ciekawy jakby to brzmiało z lepszym wokalem? Dużo wpływów Iron maiden i to jest spory plus. Podobne wpływy można usłyszeć w dynamicznym "Starchaser" i to również solidny heavy metal, który osadzony jest w latach 80. Dobrze się słucha "Raiders of The Night", który imponuje energią, ale band daje radę również w mroczniejszych kawałkach typu tytułowy czy "Failling to dust".

Debiut nie powala i pozostawia wiele do życzenia. Jest niby potencjał w samym zespole, ale wokal troszkę utrudnia odbiór. Duet gitarzystów tworzony przez Andreas i Charalambos też gra bez przekonania i jakiegoś pomysłu.Sam band też gra bardzo ostrożnie, trzymając się kurczowo sprawdzonych motywów. Jak na grecką scenę metalową to spore rozczarowanie. Szkoda.

Ocena: 5.5/10

poniedziałek, 6 listopada 2023

NOVA SKELLIS - Life Amongs The Damned (2023)


Hołd dla lat 80, tak można by określić debiutancki album międzynarodowej grupy o nazwie Nova Skellis. Grupę tworzy trzech muzyków czyli perkusista Jorg Quaquil, gitarzysta Alex Spalvieri oraz basista i wokalista Falcon Eddie Green. Panowie postanowili stworzyć muzykę dla miłośników lat 80, dla tych co pałają miłością do Iron Maiden, Judas Priest, Dio czy Black Sabbath, ale nie tylko. Mogłoby się wydawać, że trudne zadanie stoi przez Nova Skells, bo takich kapel jest pełno. Sprostali wyzwaniu i nagrali album, który jest solidny i może się podobać.

Już sama okładka przykuwa uwagę i zachęca by sięgnąć po zawartość.  Do tego dochodzi nieco przybrudzone i surowe brzmienie, które idealnie współgra z stylistyką i klimatem lat 80.  Największą gwiazdą jest tutaj Eddie Green i jego niesamowity głos. Momentami przypomina manierę Roba Halforda, momentami też coś Marca Storace. Znakomita charyzma, feeling i technika. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Dużo dobrego się dzieje na płycie, choć to wszystko brzmi znajomo i wtórnie. Nie oryginalność jest tutaj istotna, a pozytywna energia, szczery przekaz, a przede wszystkim dobra zabawa. Już otwierający "Life amongst the damned" brzmi jak hołd dla iron maiden. Kawał porządnego heavy metalu w klasycznej odmianie. Podobne klimaty mamy w przebojowym "Gods to strike You down", który wyróżnia się zadziornym riffem i łatwo w padającym w ucho refrenie. Echa starych płyt Judas Priest można uchwycić w "Wicked Child" czy "Something Wicked this way comes". Mamy też dwa mroczne i bardziej złożone kawałki, gdzie słychać echa twórczości Black Sabbath i mowa tu o "All the comfort of the graveyard" i zamykający album "Once Upon A time". Zwłaszcza ten ostatni kawałek imponuje mrocznym feelingiem, pomysłowym głównym motywem. Dużo dobrego się dzieje, a kapela z pewnością błyszczy.

"Life amongs the damned" to nie jest płyta wybijająca się oryginalnością czy też świeżymi pomysłami, dalekie też to od ideału. Jednak dobrze się tego słucha, wokalista odwala kawał dobrej roboty, a i sama muzyka jest solidna i faktycznie oddaje w pełni klimat lat 80. Jest kilka perełek jak choćby zamykający kolos czy energiczny otwieracz. Warto posłuchać, może i Wy coś znajdziecie dla siebie. Kapela ma potencjał i liczę, że w przyszłości go w pełni wykorzystają.

Ocena: 7/10
 

niedziela, 5 listopada 2023

GRAVEN SIN - Veil of The Gods (2023)

 
Ogień i mrok, które widać na frontowej okładce to w sumie dobre streszczenie tego co nas czeka na debiutanckim albumie Graven Sin. "Veil of the gods" stworzyło 3 muzyków. Perkusista V. Markkanen i basista, a zarazem gitarzysta V. Pystynen, którzy bardziej są znani z fińskiego black metalu, a największą gwiazdą jest tutaj oczywiście wokalista Nicholas  Leptos, którego nie trzeba przedstawiać. To co znajdziemy tutaj to epicki doom metal i to z górnej półki.

Mam wrażenie, że dobrze nam znany Leptos, który błyszczy w Arrayan Path, nagrał na tym albumie jeden z najlepszych swoich partii. Jego głos buduje napięcie, nadaje klimatu i sieje zniszczenie. Słychać, że śpiewa mocniej i jakby bardziej drapieżnie. Do tego płyta jest urozmaicona, dynamiczna i pełna różnych smaczków. Słychać gdzieś w tym wszystkim coś  z Candlemass czy Black Sabbath.

Zawartość jest pełna niespodzianek. Marszowy, podniosły i taki monumentalny  "The morrigan" potrafi zauroczyć i powalić na kolana. Bije z tego pomysłowość i świeżość. Cieszy fakt, że band próbuje stworzyć coś swojego. W tym wszystkim jest też miejsce na szybsze granie, które gdzieś ociera się o dokonania Iron maiden, ale nie tylko. Dobrze to potwierdza to "From the shadows". Dalej znajdziemy mroczny "Bloodbones" z wyraźnymi wpływami Black Sabbath z ery Tony Martina. Ponury i bardziej doom metalowy "I am samael"  niby niczego nowego nie pokazuje, a potrafi oczarować prostotą i trafionym motywem przewodnim. Majstersztyk i przejaw geniuszu. Wszystko brzmi tak jak trzeba. Band potrafi pokazać też pazur i to słychać w pierwszej fazie "Cult of Nergal", czy w zadziornym "Wand of Orcus". To są oczywiście momenty, bo tak to dominuje tutaj ponury klimat, stonowane tempo i duża dawka epickiego doom metalu. Potwierdza to choćby taki "The Jackal God".

Troszkę może przytłacza ten mroczny klimat, ale ma to swój urok. Ciężko tutaj w ogóle mówić o debiucie, bo jest to muzyka z górnej półki. Jeśli szukamy jakości, pomysłowości i klimatycznych kawałków, które intrygują i na długo potrafią zapaść w pamięci, to z pewnością Graven Sin wychodzi nam na przeciw. Wyjątkowa płyta i z pewnością trzeba ja dodać do grona tych najlepszych. Bardzo ciekawy krążek, który mam nadzieje dopiero zapoczątkuje historię tej formacji. Oby tak było.

Ocena: 9/10

IMMORTAL GUARDIAN - Unite and Conquer (2023)


 Nie przewidywalny jest amerykański Immortal Guardian. To jeden z tych zespołów, który faktycznie potrafi zaskoczyć słuchacza i nagrać album, który nie jest jakaś kopią poprzedniego. "Psychosomatic" był progresywny, świeży i przemycał sporo intrygujących melodii. Czas leci i nie można wiecznie mielić stare kawałki i przyszedł czas na porcję nowego materiału. Nie nastawiałem się na nic, bo nie jest tak łatwo przewidzieć co ten band nam zgotuje. "Unite and Counquer" zaskoczył mnie bardzo pozytywnie i to na tyle, że mogę stwierdzić, że to najlepsze dzieło amerykanów.

Na to miano "najlepszego" krążka w dyskografii bandu składa się wiele kwestii. Najlepsza i najbardziej klimatyczna okładka frontowa. Jest to coś, co na długo zostaje w pamięci. Najlepsze brzmienie, które w pełni oddaje moc i drapieżność immortal Guardian. Czuć tą świeżość i pomysłowość od pierwszych dźwięków.  Wokalista Carlos Zema nagrał na ten album swoje życiowe partie i to słychać. Co za moc, co za technika i zadziorność. To właśnie jego wokal jest jedną z głównych atrakcji w muzyce Immortal Guardian.  Podobnie ma się kwestia partii gitarowych Gabriela, który wyczynia prawdziwe cuda. Nie brakuje chwytliwości, finezji, lekkości, a przede wszystkim power metalowego pazura i przebojowości. Prawdziwy czarodziej i geniusz, który potrafi stworzyć coś wyjątkowego.

Na tej płycie trafiły jedne z najlepszych utworów w dorobku grupy. Otwierający "Ozona" to rasowy killer i tutaj każdy aspekt kawałka jest znakomity. Przewodni motyw gitarowy, solówki czy porywający refren. Świetny start, a to jeszcze nie koniec. Power metal pełną gębą i to w takiej bardziej europejskiej odmianie dostajemy w "Echoes". Band znakomicie balansuje między progresywnym metal, a bardziej klasycznym power metalem. Piękna, finezyjna i pełna lekkości solówka dodaje tylko uroku całości. Killer goni killer i "Roots Run Deep" to kolejna perełka na płycie. Miłym dodatkiem jest tutaj gościnny występ Ralfa Sheepersa. Urozmaicony jest "Perfect Person", gdzie momentami jest power metalowo, szybko, a czasami nieco spokojniej, nawet rockowo, a wszystko utrzymane w progresywnym charakterze. Płyta właśnie jest bardzo przebojowo, nawet bym powiedział że nawet bardziej przystępna, co może przekonać tych którzy do tej pory muzyka amerykanów nie przekonywała. Panowie postarali się i stworzyli wyjątkowy materiał. Można zachwycać się przebojowym "Lost in the Darkness", złożonym "Unite and Conquer", czy zamykającym "Rise of the Phoenix", gdzie band gra z rozmachem, rzucając słuchacza na kolana. Chciałoby się więcej, jednak płyta się kończy.

Fanem progresywnych odmian heavy metalu czy power metalu nigdy nie byłem. Co jakiś trafiają się płyty z tego kręgu, które potrafi skraść moje serce i skruszyć mur jaki jest między mną i taką odmianą metalu. Nowy Immortal Guardian to jedna z tych płyt, która trafia do mnie i potrafi oczarować niesamowitymi dźwiękami, świeżością i pomysłowością. Płyta szokuje i to w takim pozytywnym znaczeniu. Śmiało można rzec, że to jedna z najciekawszych płyt roku 2023 i jak dla mnie to najlepsze co stworzył Immortal Guardian. Tego trzeba posłuchać.

Ocena: 9.5/10

sobota, 4 listopada 2023

SERENITY - Nemesis AD (2023)


 Georg Neuhauser i Marco Pastorino to znakomity duet i już można było się przekonać o tym za sprawą Fallen sanctuary, Na szczęście to nie koniec ich współpracy i panowie poszerzyli ją jeszcze o Serenity. Marco Pastorino dołączył do austriackiej formacji w 2023 i dzięki temu kapela zyskała świeżość, przebojowość i dynamikę. Serenity od lat nagrywa bardzo ciekawe i pomysłowe wydawnictwa i z najnowszym "Nemesis AD" jest podobnie.

Serenity od 22 lat trzyma bardzo dobry poziom i nigdy nie rozczarował. To specjalista od mieszania symfonicznego power metalu z progresywnym metalem. Potrafią czarować i zaimponować pomysłowością i dbałością o szczegóły. Na nowej płycie nie brakuje intrygujących melodii, rozmachu, podniosłości i chwytliwości. Każdy element ma swoje miejsce i tworzy spójną całość. Można się przeczepić, że za dużo romantyczności i takiego nastrojowego klimatu, może za mało agresji i mocnego, zadziornego power metalu. Fani Fallen Sansctuary będą zadowoleni, bo słychać sporo powiązań z tamtym bandem i ich ostatnim albumem. Dla mnie to akurat spory plus. Georg jest na posterunku jeśli chodzi o wokal i wiadomo że to mistrz przepięknych dźwięków. Partie gitarowe wygrywane przez Marco i Christiana mają swój urok i potrafią zaskoczyć urozmaiceniem.

Sam materiał jest klimatyczny i sporo dobrego się dzieje. Nie ma na szczęście grania na jedno kopyto. Można delektować się energicznym "The Fall of Men" z gościnnym udziałem Roya Khana, który oddaje co najlepsze w symfonicznym power metalu. Kto lubi przeboje z prawdziwego zdarzenia ten musi odpalić melodyjny "Ritter, tod und Teufel". Znakomity motyw przewodni, duża dawka energii i ta przebojowość z ostatniej płyty Fallen Sanctuary. Jestem kupiony! Rozbudowany i bardziej symfoniczny "Reflections", gdzie znów daje o sobie rozmach i pomysłowość.  Dużo dobrego się tutaj dzieje. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest "Sun of Justice", który uderza bardziej w rejony klasycznego europejskiego power metalu. Prawdziwa perełka. Niestety druga cześć płyty jest troszkę słabsza, bowiem więcej mamy progresywnego metalu, troszkę bardziej wyszukane melodie, a nie wszystkie zagrywki do mnie trafiają. Odbiło się to na jakości, ale nie ma mowy o gniocie, czy słabym albumie.

Płyta ma swój urok, ma swój klimat i sporo nastrojowych melodii. Nie wszystko jest idealnie, nie obyło się bez wpadek. Mimo pewnych nie dociągnięć, to wciąż muzyka jest na wysokim poziomie. Płyta przypadnie do gustu fanom Fallen Sanctuary, a i fani Serenity też nie będą narzekać. Marco i Georg tworzą naprawdę zgrany duet i czekać na więcej płyt z ich udziałem. Tak trzymać panowie.

Ocena: 8/10

czwartek, 2 listopada 2023

MIND OF FURY - III


 


Mało znany amerykański band o nazwie Mind of Fury właśnie wydał swój trzeci album zatytułowany po prosty "III". O samej płycie było cicho, a sam band nie należy do ligi najlepszych kapel metalowych, ale jestem w szoku jak dobrze brzmi nowe dzieło amerykanów. Nie jest to może najlepsze co słyszałem w tym roku, ale to granie na wysokim poziomie. Szukasz heavy metalowej uczty? Lubisz mocne, zadziorne riffy, wciągające refreny i lubisz urozmaicenie? To musisz poznać muzykę Mind Of Fury.

W skład kapeli wchodzą doświadczeni muzycy. Jest perkusista Henry Moreno, który grywa w Skinner, a wokalista/gitarzysta  Ghee-Yeh znamy z Witchblade. Okładka nie wiele zdradza, brzmienie typowe dla płyty z kręgu heavy/power metalu. Niby nic nowego nie prezentuje Mind Of Fury, ale muzyka zawarta na płycie jest przystępna, bardzo heavy metalowa, a zarazem zróżnicowana i naszpikowana hitami. Stylistycznie troszkę przypomina tegoroczny The lightbringer of Sweden, ale nie tylko. Każdy kto kocha heavy metal, power metal, czy nawet hard rock znajdzie coś dla siebie.

Wtórność jest, ale jest też pasja, zaangażowanie, miłość do metalu i pomysły na kompozycje. Ten szczery przekaz potrafi zauroczyć i zapaść w pamięci. Panowie odwalili kawał dobrej roboty i za to słowa uznania. Ciężki, mroczny "Screaming in silence" to prawdziwa petarda. Ten kawałek ma wszystko co trzeba, a nawet więcej. Refren robi tutaj robotę. Cóż za świetne wejście gitary basowej w "Now or Never" i panowie pokazują pazur. Riff ociera się momentami o power/thrash metal. Brzmi to świeżo i pomysłowo. Ciężko się do czegoś przyczepić. Hard rock, finezyjne solówki, a także coś z neoklasycznego grania uświadczymy w nastrojowym "Never Again". Neoklasyczne inspiracje rodem z twórczości Yngwie Malmsteena mamy też w rozpędzonym "Freedom Rain" i to tylko pokazuje jak urozmaicony materiał nam się trafił. To dobrze pokazuje, jaki potencjał drzemie w tej formacji. Cudo! Troszkę przeszkadza mi ballada "You and I"  i chyba wolę takie ostre kawałki jak "Enemy", gdzie band wkracza w rejony z pogranicza heavy/power metalu. Znów duża dawka melodyjności przebojowości. Całość wieńczy "Close Your Eyes" z godnymi uwagi solówkami. Dużo dobrego się tutaj dzieje.

Miłe zaskoczenie. Zespół, który nie wiele mi mówił nagrał album mocny, wyrazisty, który jest miły w odsłuchu. Jasne, są słabe momenty, mamy tez pewne nie dociągnięcia. Band jednak potrafi grać i gra na całkiem dobrym poziomie, z szansą na wyższy poziom. Jest potencjał, co słychać po talencie muzyków i samych kompozycjach. Daje kredyt zaufania i uważam, że warto dać im szanse!

Ocena: 7/10

środa, 1 listopada 2023

SORCERER - Reign of the reaper (2023)


 W 2020r szwedzki Sorcerer zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.  "Lamenting of the innocent" okazał się prawdziwym przejawem geniuszu muzycznego szwedzkiej formacji. To nie tylko epicki doom metal, ale również sporo soczystego heavy metalu. Minęły 3 lata i czas zmierzyć się z następcą, czyli "Reign of The Reaper". Nie udało się powtórzyć sukcesu tamtejszej płyty, ale nie oznacza to, że można rzucić nowy krążek Sorcerer w kąt i dać spokój z nowym materiałem. To wciąż wysoki poziom, czasami nawet nie dostępny dla sporej części kapel heavy metalowych.

Słuchając nowego krążka tej zasłużonej formacji to można odnieść wrażenie, że doom metal jest tutaj gdzieś na dalszym planie, w bardzo małej ilości. Więcej tutaj odesłań do melodyjnego metalu, do klimatów Black Sabbath z czasów Tony Martina. Brzmi to na pewno ciekawie i może się podobać.  Gitarzyści Hallgren i Niemann nieco ospali, nieco mało widoczni, ale starają się trzymać poziom. W tej całej machinie, to właśnie oni najsłabiej wypadają. Gwiazdą tutaj niezmiennie jest Engberg. Niesamowity wokalista, który potrafi oczarować słuchacza swoją techniką i wrażliwością. Na nowym albumie odwala kawał dobrej roboty. Czasami to właśnie on odwraca uwagę, kiedy sam utwór jest nieco słabszy. Tak dzieje się w przypadku lżejszego "Eternal Sleep". Utwór dopiero mocy nabiera w drugiej części. Jeśli na coś zwrócić uwagę to z pewnością na zadziorny i nieco mroczniejszy "morning Star" i już na wstępie czuć klimat Black Sabbath z ery tony Martina. Oj podoba mi się to co słyszę. Te elementy zostają pogłębione w mroczniejszym i bardziej dojrzałym "Reign of the Reaper". Piękny ukłon w stronę ery Tony Martina w Black Sabbath. Sorcerer odrobił zadanie domowe. Troszkę bardziej energiczny w swojej stylistyce jest "Thy Kingdom Will come". Równie żywiołowy i melodyjny jest "Curse Of Medusa" i to wciąż granie na wysokim poziomie. Jeśli ktoś szuka rasowego epickiego doom metalu, ten znajdzie to w zamykającym "Break of dawn", który oddaje to co najlepsze w Sorcerer. Prawdziwa perełka.

Nie udało się powtórzyć sukcesu "Lamenting the innocent", ale to wciąż granie na wysokim poziomie. Znakomity wokal Engberga, sporo nawiązań do Black sabbath z mojej ulubionej ery, no i wszystko zagrane na wysokim poziomie. Może troszkę mało w tym wszystkim epickiego doom metalu, no ale co zrobić? Miejmy nadzieje, że band w przyszłości jeszcze stworzy na miarę wspomnianego wcześniej poprzednika. Póki co polecam nowy krążek Szwedów. Warto posłuchać.

Ocena: 8.5/10