Strony

niedziela, 30 maja 2021

WARDRUM - Mavericks (2021)

Minęło już 10 lat od debiutu greckiego Wardrum. "Spadework" z 2011r to wciąż ważny album nie tylko dla samego Wardrum, ale też dla power metalowej sceny.  Kapela w międzyczasie dorobiła się 5 albumów i ten najnowszy "Mavericks" to idealne podsumowanie ich dotychczasowej twórczości. Jednak nowe dzieło jest ważne dla Wardrum i to z kilku powodów.

Po pierwsze jest to debiut nowego wokalisty George;a Margaritopoulos, po drugie band mierzy się po raz pierwszy z koncept albumem i wszystko opiera się na noweli "Mavericks-  the story of messenger", którą napisał perkusista Stergios Kourou. Sama muzyka Wardrum tak jakby jeszcze bardziej ewoluowała, ale to dobrze widzieć, że band się rozwija i poszerza horyzonty. Wardrum to band, który gra power metal, ale to zbyt banalne określenie na ich muzykę. Usłyszymy u nich echa takich kapel jak Vicious Rumors, Queensryche, Symphony X czy Fates Warning. I to jest kolejny ważny składnik muzyki Wardrum czyli aspekt progresywnego metalu. Słychać to w konstrukcji kompozycji i samych zagrywkach gitarzystów Vreto i Demiana. Panowie stawiają na świeżość i pomysłowość i nie idą tutaj na łatwiznę. Teraz trzeba sobie zadać pytanie na ile jest się fanem takich progresywnych elementów? Mnie jakoś tak nie do końca po drodze z progresywnym graniem, ale płyta robi ogromne wrażenie, nawet na kimś takim który nie gustuje na co dzień w progresywnym elementem. Pełno tego tutaj jest i jeszcze wszystko polane epickim klimatem, który unosi się nad tą płytą.

Płytę otwiera "Hunt for Survival" i na dzień dobry można śmiało stwierdzić że głos George;a niszczy obiekty i to prawdziwy niszczyciel. Jest moc, jest pazur i niezwykła technika. Szczęka opada i brawa dla Wardrum. "Best of Times" to z kolei kawałek bardzo dynamiczny, z nutką nowoczesności. To prawdziwy killer i przykład jak stworzyć hit. Była mowa o epickości i ją dostajemy w marszowym "Sands of Time". Zadziorny "broken Pieces" i "Promised land" to przykłady tego, że band na serio bierze sobie elementy progresywne i słychać w tym pasję.

Grecka scena rośnie w siłę i taki Wardrum tylko umacnia swoją pozycję. Najnowsze dzieło tej greckiej ekipy sprawia że stają się jednym z najważniejszych zespołów greckiej formacji. Kto kocha progresywny metal i epicki power metal ten powinien zapoznać się z nowym dziełem Wardrum. Panowie nie zawodzą i wciąż serwują nam wysokiej klasy muzykę.

Ocena: 9/10
 

VANDOR -On Moonlit Night (2021)


 Szwedzki Vandor to znakomity przykład tego, że klasyczny europejski power metal wciąż ma się dobrze i wciąż powstają nowe zespoły, które mają pomysł i wizję na takie granie. Akurat Vandor to band, który stawia na klimat na emocje. Nie boją się czerpać z twórczości Blind Guardian, Dionysus, Helloween czy Rhapsody. Już debiut pokazał, że kapela potrafi grać i robi to bardzo dobrze. "On a Moonlit night" to udana kontynuacja debiutu "In the land of vandor".

Formacja działa od 2015r  i kluczową rolę odgrywa w zespole Vide Bjerde, który sprawdza się jako wokalista i gitarzysta. Jego głos jest uroczy i oddaje piękno klasycznego power metalu. To taki typ głosu pokroju Kiske, gdzie wszystko napędzają wysokie rejestry.  Sprawdza się on idealnie na nowym krążku. Nowy album to uczta dla fanów takie granie i znajdziemy tutaj sporo chwytliwych melodii i wciągających partii gitarowych. Może nieco za dużo tutaj nastrojowego grania i może za mało agresywności i pazura. Jednym się to spodoba, a innym nie. Nie zmienia to faktu, że jest to to album poukładany i dojrzały w swojej formule i na pewno zasługuję na uwagę.

Petard nie brakuje na płycie i jednym z nich jest "Mountains of Avagale" który idealnie wprowadza w świat Vandor. To taki rasowy power metal w europejskim wydaniu i słychać tutaj echa wielkich zespołów. Band zabiera nas w epickie rejony w "River of life" i znów mamy chwytliwy motyw i dużą dawkę przebojowości. Coś z Helloween i Blind Guardian dostajemy w nieco bardziej rozbudowanym "Endless Sea". Nie do końca przekonuje mnie takie komercyjne, nieco popowe granie jak te w "Future to Behold". Kolejny killer na płycie to "Fate of Eltoria" i zespół znów imponuje świeżością i pomysłowością. Klasyczny power metal  w najlepszym wydaniu. "The sword to end all wars" to ukłon w stronę bardziej rycerskiego power metalu i band znowu błyszczy. Całość wieńczy nastrojowy "On a moonlit night" nieco przypomina dokonania Blind Guardian,

Kto lubi klasyczny europejski power metal osadzony w latach 90 ten z pewnością musi obczaić nowe dzieło szwedzkiego Vandor. Kapela umacnia swoją pozycję na rynku i znów pokazuję że dobrze czuje się w tym gatunku i potrafi sporo dać od siebie. Dużo tutaj nastrojowego grania i momentami troszkę tego za dużo i może nieco przynudzać. Mimo pewnych wad jest to wartościowy album i jedna z ważniejszych premier roku 2021.

Ocena: 8/10

wtorek, 25 maja 2021

BURNING WITCHES - The witch of the north (2021)

Burning Witches nie trzeba nikomu przedstawiać. To już rozpoznawalna kapela heavy metalową, którą tworzy 5 utalentowanych kobiet. Mają na swoim koncie 4 albumy i ten najnowszy "The witch of the north" ma premierę już 28 maja. Niby nic odkrywczego nie znajdziemy na nowym dziele, ale to wciąż bardzo przemyślany i dojrzały heavy metal.

Nie ma mowy o zmianie stylistycznej i dalej mamy soczysty i zadziorny heavy metal z nutką power metalu. W składzie pojawia się gitarzystka Larissa Ernst, dla której jest to pierwszy album z Burning Witches. Niby jest wszystko ok i nie brakuje ciekawych utworów, to jednak jako całość to wciąż album dobry, w porywach do bardzo dobrego. Brakuje mi elementu zaskoczenia i większej dawki przebojowości. Panie grają swoje i robią to bardzo dobrze i kto lubił poprzednie wydawnictwa ten od razu przekona się do nowego dzieła.

Tytułowy "the witch of the north" już na wstępie czaruje mocnym riffem i marszowym tempem. Brzmi to obiecująco i jest to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Band czerpie garściami z Judas Priest, Dio czy Crystal Viper i taki "Tainded Ritual" to potwierdza. Ciekawie wypada rozpędzony i agresywny "The circle of Five", gdzie wokalistka Laura pokazuje, że potrafi śpiewać agresywnie i z wykopem. Kolejny mocny punkt tej płyty to dynamiczny i mroczny "Thrall". Dobrze się tego słucha, ale do ideału też trochę brakuje. W to wszystko dobrze wpisuje się dobrze rozegrany cover Savatage czyli "Hall of the mountain king". Panie poradziły sobie z tym klasykiem.

Jest kilka mocnych kawałków i panie grać potrafią, ale bolączką tej płyty jest zbyt długi czas trwania i nierówny materiał. Pojawiają się ciekawe i wciągające kompozycje z mocnymi riffami, ale są też średnie i nudne utwory, które zaniżają jakość płyty. Burning Witches nagrał solidny album, ale nic ponadto.

Ocena: 6/10
 

sobota, 22 maja 2021

NERGARD - Eternal White (2021)

Andreas Nergard to utalentowany norweski muzyk, który radzi sobie niemal z każdym instrumentem i dał się poznać za sprawą takich kapel jak Rudhira czy gaia Epicus. Od 2010 roku spełnia się w swoim projekcie muzycznym sygnowanym nazwą Nergard. To taki ciekawy miks heavy/power metalu z nutką symfonicznego metalu i hard rocka.  W tym roku pojawia się 3 wydawnictwo Nergard zatytułowane "Eternal White".

Okładka jest przepiękna i zwiastuje wyjątkowy album. Epickość i ten bojowy klimat można gdzieś tam wyczuć, bo jest podniośle i zagrane wszystko z rozmachem. Jednak liczyłem na rasowy power metal i tego tu w sumie nie dostałem. Otwierający "God forgive my haunted mind" potrafi oczarować rozmachem i podniosłym klimatem. Epickość spotyka symfoniczny metal i brzmi to dość ciekawie. Troszkę więcej power metalu spod znaku Nightwish czy Stratovarius dostajemy w przebojowym "Pride of the north". Płyta miewa przebłyski i ciekawe aranżacje, ale brakuje power metalowego kopa i jakiegoś elementu zaskoczenia. Taki "From cradle to grave" to granie zbyt komercyjne i zbyt łagodne. Przeraża nijaki i nieco popowy "Carry me". Więcej energii i zadziorności dostajemy w melodyjnym "where no one would shed a tear". Powinno być więcej tego typu kompozycji. W nastrojowym "Now Barely three" gościnnie pojawia się Tim Ripper Owens. Udany kawałek, choć i tutaj brakuje ostatecznego szlifu.


Piękna okładka, epickość i podniosły klimat to jednak nie wszystko. Czego brakuje na "Eternal White"? Bez wątpienia killerów, power metalowego pazura i dynamiki. Niby jest rozmach i kilka ciekawych melodii. Troszkę zmarnowano potencjał, który drzemał w tym wydawnictwie. Może następnym razem będzie lepiej?

Ocena: 6/10

 

czwartek, 20 maja 2021

SUNBOMB - Evil and divine (2021)


 Wytwórnia frontiers Records słynie z różnych ciekawych projektów, w których biorą udział znani muzycy. Band o nazwie Sunbomb powstał w 2019 r i tworzą go dwie wielkie gwiazdy sceny amerykańskiej. Jest wokalista Micheal Sweet z Stryper i gitarzysta Tracii Guns z La Guns. Mocny skład i najlepsze jest to że panowie stawiają znacznie cięższe granie niż to w macierzystych kapelach. Jest pazur, nacisk na klasyczne rozwiązania i ciekawe nawiązania do twórczości Black Sabbath, Dio czy Judas Priest. To już zachęca by sięgnąć po te wydawnictwo.

Słowo debiut, nie pasuje do "Evil and Divine" i choć jest to pierwszy album tej formacji, to jednak sama muzyka i jej jakość przedstawia zupełnie inny obraz. Słychać doświadczenie i pasję. Michael jak zwykle niszczy swoim głosem, choć w Sunbomb brzmi bardziej agresywnie i pokazuje się z nieco innej strony. Błyszczy również gitarzysta Tracii, który stawia na proste i sprawdzone patenty i wszystko brzmi bardzo atrakcyjnie. Na płycie mamy soczyste riffy i melodyjne solówki, które mocno napędzają tą płytę. Wszystko jest przemyślane i bardzo poukładane.

Taki otwierający "Life" brzmi jak taki miks Black Sabbath i Dio, gdzie wszystko kręci się w okół przebojowego refrenu i zadziornego riffu. Mroczny i stonowany "Take me away" to też ukłon w stronę black sabbath z lat 80 czy 90. Ten sam klimat i struktura. Panowie odrobili zadanie domowe i brzmi to obłędnie. Troszkę więcej Judas priest znajdziemy w zadziornym "Better End" i to jest kolejny killer na płycie. Imponuje również bardziej energiczny "Born to win", który przemyca również troszkę elementów hard rockowych. Nieco odstaje rockowa ballada "Been said and done", ale ogólnie płyta brzmi bardzo klasycznie i dostarcza sporo radości. Idealnym podsumowanie całości jest bez wątpienia zamykający "They fought", który oddaje w pełni styl i jakość Sunbomb.

Takie płyty jak "Evil and Divine" są potrzebne i bardzo wypatrywane przez fanów klasycznego heavy metalu. Nie często się dostaje album gdzie bardzo mądrze wykorzystuje się patenty Dio, czy Black Sabbath. Jest hołd dla klasycznych zespołów, a przy tym panowie grają swoje i z dużą dbałością o detale. Płyta, która na pewno trzeba znać, a ja liczę że Sunbomb nie skończy się tylko na "Evil and divine"

Ocena: 8.5/10

niedziela, 16 maja 2021

EDU FALASCHI - Vera Cruz (2021)

Tego nazwiska fanom power metalu nie trzeba przedstawiać. To jeden z najważniejszych brazylijskich muzyków i jeden z najbardziej utalentowanych wokalistów.  Ostatnio było jakoś cicho jeśli chodzi o nową muzykę Edu Falschiego, ale teraz to się zmieni. Była znakomita trasa Rebirth of shadows gdzie Edu grał kawałki z "Rebirth" czy 'Temple of Shadows", czyli z kultowych płyt Angry.  Okres Angry to był najlepszy okres Edu, gdzie błyszczał i stworzył najlepsze kawałki, które po dzień dzisiejszy czarują swoim klimatem i aranżacjami. W almah też tworzył ciekawą i intrygującą muzykę. W roku 2016 zawieszono działalność Almah to też Edu oddał się karierze solowej. No i troszkę czasu minęło, ale w końcu jest "Veraz Cruz". Edu zrobił to na co czekali fani, czyli zabiera nas w świat muzyki, który przypomina czasy "temple of shadows" czy "Rebirth".

Mimo upływu czasu to wciąż sieje zniszczenie swoim głosem i na nowej płycie znajdziemy spokojne, romantyczne partie, jak i te iście power metalowe. Płyta jest urozmaicona i zawiera wszystko to co najlepsze w klasycznym stylu Angra. Na pochwałę zasługuje Diogo Mafra i Roberto Barros, którzy stworzyli znakomity podkład gitarowy pod głos Edu. Panowie grali już razem podczas trasy "Rebirth of shadows" i ten klimat został też uchwycony na nowej płycie. "Vera cruz" jest naszpikowana power metalem, ale też i progresywnością, przebojowością, podniosłością i świeżością. Znajdziemy tu pomysłowe melodie, złożone i pokręcone partie gitarowe, ale też klimat. Jest efekt "Wow", bo dawno Edu nie był w takiej formie i dawno nie mieliśmy tak świetnie podanej muzyki oddające klimat klasycznych płyt Angra.

Zaczyna się od klimatycznego intra "Burden", ale cios dostajemy od razy w energicznym "The Ancestry". No i to moi drodzy jest klasyczny power metal i najlepsze ujęcie stylu Angra. Kawałek opiera się na rozpędzonym riffie i złożonych partiach gitarowych. Panowie dają czadu, a ja jestem w szoku, bowiem utwór brzmi jakby powstał podczas tworzenia "Temple of shadows". Więcej progresywności znajdziemy w pomysłowym "Sea of uncertainties", który zaskakuje stylistyką i ciekawymi aranżacjami. Tak to kolejny killer, a to dopiero początek. Edu potrafi też zabrać nas w rejony romantycznego, rockowego grania i tak jest w balladowym ""Skies in your Eyes", który momentami kojarzy się z hitami Avantasia. Dużo power metalowego kopa znajdziemy w przebojowym "Crosses" i znajdziemy tutaj nie tylko odesłania do klasycznego Angra, ale też Helloween, a nawet czasami Iron Mask. Te neoklasyczne zagrywki gitarzystów dodają uroku. Progresywny "Land Ahoy" to kolejny ukłon w stronę Angra, choć tutaj dużo jest ozdobników i troszkę band za mocno przekombinował moim zdaniem. Jednak to wciąż granie na wysokim poziomie. Imponuje też dynamika i podniosłość w rozpędzonym "Mirror of Delusions". No Edu postarał się i serwuje to na co fani czekali od lat i to jest naprawdę miła niespodzianka.  Dalej mamy jeszcze zadziorny i progresywny "Face of the storm". Znów dostajemy ciekawą mieszankę epickości, podniosłości i progresywności. Oczywiście to znakomity kawałek dla fanów Helloween czy Angra.

"Vera Cruz" to album, który identyfikuje Edu i jego styl. Nic więc dziwnego, że mamy tutaj sporo odesłań do Almah czy Angra. Dostajemy tutaj album, który klimatem i wykonaniem mocno przypomina "Temple of Shadows" Angra, co jest tylko atutem. Dobrze widzieć, że Edu nie marnuje swojego głosu i talentu i dalej tworzy nową muzykę. Pozycja godna uwagi!

Ocena: 8.5/10
 

PROJECT RESURRECT - False Reality (2021)


 "False reality" to debiut amerykańskiego zespołu Project Resurrect. Kapela mało znana, ale potrafi zaskoczyć całkiem atrakcyjną mieszanką klasycznego heavy metalu spod znaku Iron maiden czy judas priest z nutką power metalu w stylu Helloween, czy Iron Savior. Niby nic nowego nie tworzą, ale i tak jest to spora frajda dla fanów takiego grania.

Kawał porządnego heavy/power metalu tutaj znajdziemy i otwierający "We are one" to potwierdza. Niby nic nowego, nic odkrywczego ale jest energicznie i bardzo melodyjnie. Project Resurrect pokazuje się w tym kawałku z dobrej strony i chce się więcej muzyki na takim poziomie. Słychać, że kluczową rolę w zespole odgrywa utalentowany gitarzysta Peter Rigopoulos. Stawia on na klasyczne rozwiązania, na zadziorne riffy i złożone solówki. Za jego sprawą album jest gitarowy i atrakcyjne. Kolejny mocny kawałek na płycie to stonowany i agresywny "Kill or be killed". W tym wszystkim znakomicie odnajduje się wokalista Leandro, który nadaje odpowiedniego charakteru płycie. Charyzma i odpowiednia technika sprawiają że idealnie się sprawdza w takim graniu. Więcej power metalowej konwencji znajdziemy w "Ride or die". Dużo tutaj stonowanego i rzemieślniczego heavy metalu co potwierdza "No cure" czy "in the dream".

Project resurrect nagrał stonowany album, w którym znajdziemy ciekawe melodie czy riffy, ale wszystko jest rozegrane tak bez większej mocy. Niby jest ok, ale brakuje kopa, pazura i przebojowości. To po prostu kawał rzemieślniczego heavy metalu, ale nic ponadto. Troszkę zmarnowano tutaj potencjał, ale kto wie co przyniesie przyszłość.

Ocena: 6.5/10

sobota, 15 maja 2021

PROJECT ROENWOLFE - Edge of saturn (2021)


Fani amerykańskiego power metalu z nutką thrash metalu powinni na pewno znać drugi krążek formacji Project : Roenwolfe. Za tym projektem stoją dawni muzycy Judicator, czy Theocracy, więc można być spokojnym o jakość zawartej muzyki. Działają od 2011 r jednak dopiero teraz po 8 latach udało się wydać drugi krążek. "Edge of saturn" to dobrze skrojony album w klimatach power/thrash metalu. Dla fanów takich kapel jak judicator, Cage, Death dealer czy Theocracy jest to pozycja obowiązkowa.

Ten band tak naprawdę opiera się na partiach gitarowych Cordisco, który swoimi riffami i solówkami nadaje odpowiedniego charakteru i wyznacza też kierunek muzyczny tej formacji. Drugim ważnym czynnikiem w muzyce Roenwolfe jest również charyzmatyczny i drapieżny wokalista Patrick Parris. Między tymi dwoma muzykami jest chemia i to słychać od pierwszych dźwięków. "Edge of Saturn" to bardziej dojrzalsza wersja debiutu i to słychać. Wszystko brzmi lepiej. Melodie są pomysłowe i potrafią zapaść w pamięci. Band dobrze wyważył balans między agresją i a przebojowością, a tym samym mamy idealne proporcje thrash metalu i power metalu. To wszystko sprawia że warto znać nowe dzieło project : roenwolfe.

"Song of Kali" to udany otwieracz i kusi agresywnym riffem i wciągającymi solówkami gitarowymi. Więcej heavy/power metalowego pazura znajdziemy w przebojowym "Something more". Troszkę gorzej wypada progresywny "Promethium", ale to wciąż kawał solidnego grania. Więcej thrash metalu dostajemy w agresywnym 'Mastermind manipulators" i nie da się ukryć, że kapela tutaj błyszczy. Ten utwór to rasowy killer. Rozbudowany i epicki "Edge of saturn" też pokazuje nieco inne oblicze kapeli. Całość wieńczy kolos "Aeturmum Vale", który podsumowuje w pełni styl i jakość tej płyty.

Mamy pewne niedociągnięcia, pewne rzeczy można było inaczej rozwiązań, ale efekt ostateczny jest zadowalający. Bardzo udana mieszanka heavy/power i thrash metalu. Mocne riffy i zadziorny głos Patricka robią robotę. Fani Cage, Death dealer czy judicator będą się dobrze czuć przy muzyce Project : Roenwolfe.

Ocena: 8.5/10

piątek, 14 maja 2021

AGAINST EVIL - End of the line (2021)

W 2014r w Indiach narodziła się kapela Against Evil. Mają za sobą udany debiut "All hail the king", a teraz po 3 latach czas pokazać światu czy to był jednorazowe pozytywne zaskoczenie czy band faktycznie jest utalentowany i faktycznie stać ich na kolejny udany album. "End of the line" to świetna mieszanka stylów wypracowanych przez Judas Priest, Dio czy Manowar. 

Okładka albumu jak i brzmienie mocno nasuwają skojarzenie bardziej z thrash metalem, czy power metalem, jednak muzyka to soczysty heavy metal. Jest z jednej strony nowocześnie, a z drugiej bardzo klasycznie. Niby panowie nie odkrywają ameryki, ale grają na wysokim poziomie i ta muzyka może się podobać. Stonowany i niezwykle zadziorny otwieracz 'The sound of violence" pokazuje potencjał tej kapeli.  Dobrze wypada wokalista  Siri Sri, choć brakuje mu nieco agresji i tak zwanego powera. Motorykę heavy/power metalową dostajemy w rozpędzonym"Speed Demon" i tutaj nie ma żartów. Rasowy killer w klimatach Primal Fear czy gamma ray. No jest moc! Dużo klasycznego judas priest dostajemy w stonowanym "Out for blood". Imponuje marszowe tempo i epickość w "Call to war", który jest hołdem dla Manowar. Tytułowy "End of the line" to nowocześnie brzmiący heavy metal w agresywnym wydaniu i brzmi to obłędnie. Epicki heavy metal wybrzmiewa też znakomicie w przebojowym "Sword of power". Kocham takie proste i chwytliwe riffy jak ten w rozpędzonym "Fearless" i niezły luz tutaj czuć. No jest moc i band pokazuje tutaj klasę. To jest prawdziwy heavy metal! Na sam koniec soczysty i oldschoolowy "War Hero" i znów mam ciary. To jest to! Band pokazuje, że są nie do zatrzymania.

100 % heavy metalu i satysfakcja gwarantowana. Brzmi to oldschoolowo, a zarazem świeżo i nowoczesność. Agresja spotyka melodyjność i przebojowość.  Gitarzyści są tutaj nie do zatrzymania i dostaliśmy świetnie wyważony krążek, który może śmiało namieszać w tym roku.

Ocena: 9/10
 

DAN BAUNE'S LOST SANCTUARY - Lost Sanctuary (2021)


 Dan Baune to lider brytyjskiego Momentum, w którym spełnia się jako gitarzysta. Teraz ma do zaoferowania swoim fanom porcję melodyjnego thrash metalu z nutką heavy metalu oraz power metalu.  Stworzył swój własny projekt muzyczny sygnowany nazwą Lost Sanctuary i odpowiada tutaj za wokal, gitary czy bas. Pomaga mu perkusista Sebastian Weib. Efektem ich współpracy jest debiutancki album zatytułowany "Lost Sanctuary".

Plusem jest to, że Dan pokazuje się z nieco innej strony. Mamy granie, które momentami przypomina Iced Earth, Mystic Prophecy czy Buller For my vallentine. Ciekawa mieszanka, ale nie wszystko mi tutaj pasuje. Kuśtyka atrakcyjność riffów i samych melodii. Nie do końca przemawiają do mnie same aranżacje i niektóre rozwiązania. Jest w tym potencjał, jest pomysł, tylko sama realizacja nie jest w pełni udana. Już otwierający "arise" to utwór nowocześnie zagrany i nie brakuje tutaj też nutki progresywności. Rozpędzony "Open your Eyes" zachwyca przebojowością i dynamiką godną Bullet For my Vallentine. Mamy tutaj podobny ładunek energiczny i agresywności. Nijaki troszkę wydaje się "God of War", który jest za bardzo przekombinowany  w swojej konwencji. Tytułowy "Lost sanctuary" jest za spokojny i troszkę nudzi swoją formułą. Nie ma tutaj nic co by poruszyło słuchacza. Dan daje popis swoim umiejętności w nieco thrash metalowym "the arconite" i to jest jeden z mocniejszych utworów na płycie. Za mało tutaj właśnie takich metalowych uderzeń, takiego pazura i to jest niestety problem tej płyty. Nie pomaga w tym wszystkim bogata lista gości, którzy brali udział w tym wydawnictwie. Doogie White, Herbie Langhans czy Bob Katsionis to wielkie nazwiska, tylko nie przedłożyło się to na jakość tej płyty.

Plus za samą konwencję, za samą stylistykę, ale niestety wykonanie jest dalekie od ideału. Dan Baune to utalentowany muzyk, ale Lost Sanctuary rozczarowuje i w ogóle niczym nie zachwyca. Szkoda, bo zmarnowano potencjał i mógł to być o wiele ciekawsze wydawnictwo.

Ocena: 4.5/10

czwartek, 13 maja 2021

NEONFLY - The future, tonight (2021)


 Już okładka najnowszego albumu brytyjskiego Neonfly daje nam wyraźny znak, że jest coś nie tak. Raz logo jakieś takie inne, okładka bardziej jakaś taka progresywna i nijaka. Niestety, ale najnowszy album "The future, tonight", który ma mieć premierę 18 czerwca rozczarowuje.

Coś poszło nie tak, bo przecież skład jest ten sam i band dalej stara się grać melodyjny metal. W czym tkwi problem? Jak dla mnie za dużo komercyjnych dźwięków, za mało przebojów i wszystkie jest jakieś takie nijakie. Jest pop, rock, progresywny metal i nutka melodyjnego metalu. Power metalu w zasadzie tu nie uświadczymy. Will Norton to utalentowany wokalista, który nie wykorzystuje swojego daru i troszkę marnuje się na nowym krążku. Jest to jakieś chaotyczne i bez wyrazu. Tak też zaczyna się, bowiem otwieracz "This world is burning", który brzmi jakoś tak bardziej rockowo i progresywnie, a mało w tym melodyjnego metalu. Taki rockowy "Flesh and blood" nadawałby się do radia i to troszkę odstrasza. "beating hearts" jakoś zalatuje Def Leppard i to też nie jest kierunek w jaki powinien iść Neonfly. Jest tu jeden udany kawałek i jest to bez wątpienia melodyjny "Another Eden" który kusi zadziornością i melodyjnością. To jest taki ukłon w stronę starych płyt neonfly. Też pozytywnie wypada nieco bardziej progresywny "Final warning", jednak to wciąż za mało.

Nie ma power metalu, nie ma melodyjnego metalu, nie ma hitów i w zasadzie ciężko napisać coś dobrego o nowym Neonfly. Wieje nudą i komercją, a nie tego spodziewałem się po tej kapeli. Szkoda, bo to już nie jest ten sam band.

Ocena: 3/10

FLOTSAM AND JETSAM - Blood in the water (2021)


Każdy kto gustuje w power/thrash metal jak i w amerykańskiej scenie metalowej ten każdy już dobrze zna markę Flotsam and jetsam. Kapela cały czas nagrywa nową muzykę i wydaje kolejne albumy, Najnowszy "Blood in the water" to już 15 album i kapela nie ma się czego wstydzić, bo to jeden z mocniejszych wydawnictw w ich bogatej dyskografii.

W 2020 r do kapeli dołączył basista Bill Bodily i w tak składzie band nagrał nowy krążek. Muzyka nie zmieniła się i dalej mamy mieszankę power metalu i thrash metalu na wysokim poziomie. Flotsam and jetsam mimo upływu lat wciąż brzmi agresywnie i bardzo świeżo. Nowa płyta zachwyca przebojowością, dynamiką i ciekawymi melodiami. Nie ma miejsca na nudę. Oczywiście band w dalszym ciągu opiera się na charyzmatycznym głosie Erica i imponujących popisach gitarowych duetu Michaela i Steve'a. Eric ma odpowiedni głos do takiej stylistyki i mimo swoich lat wciąż potrafi powalić na kolana techniką i manierą. Gitarzyści z jednej strony trzymają się klasycznych rozwiązań, ale nie boją się postawić na nowoczesny wydźwięk i brutalność. Jest znakomity balans tutaj między agresją i thrash metalową motoryką, a power metalową melodyjnością.

Płyta zawiera 12 kompozycji i tak naprawdę każdy z nich potrafi wgnieść w fotel. Na pierwszy ogień idzie tytułowy "Blood in the water". Jest agresja, mocny riff i duża dawka przebojowości. No i mamy pierwszy killer. Rozpędzony "Burn the sky" to taka kwintesencja power/thrash metalu i ten rasowy riff po prostu powala na kolana. Jest klasycznie, a zarazem brzmi to świeżo i bardzo współcześnie.  Więcej technicznego heavy metalu dostajemy w stonowanym i zadziornym "Brace for impact". Jest też klasycznie brzmiący "Walls" z podniosłym i chwytliwym refrenem. Oj zapada w pamięci ten przebój. Ciekawie wypada nastrojowy i bardziej balladowy "cry for the dead". Dalej mamy mroczny i brutalny "Wicked Hour", który pokazuje tylko w jak świetnej formie są amerykanie. W podobnym klimacie mamy energiczny i ostry "Too many lives". Znakomita mieszanka power i thrash metalu, a gitarzyści znów dają niezły popis umiejętności. Tak są oni główną atrakcją nowego wydawnictwa i to słychać od pierwszych dźwięków. Wyróżnić należy również melodyjny i bardziej power metalowy "Undone" czy rozpędzony "Dragon", który utrzymany jest w stylistyce thrash metalowej. Całość idealnie podsumowuje melodyjny i zadziorny "7 seconds".

Szanuję tą kapelę, ale nigdy nie byłem wielkim fanem tej kapeli. To może dlatego nie miałem większych oczekiwań względem nowej płyty i dlatego mnie tak porwała? Może też fakt, że ostatnio mało thrash metalowych płyt mnie zachwyciła? Może tak być, a może po prosty nowy Flotsam and jetsam jest tak świetnie wyważona? Tak ta płyta jest niezwykle energiczna i przebojowa. Nie ma słabych punktów i od początku do końca dostajemy killery. Jestem mega zaskoczony i stwierdzam że to jeden z moich ulubionych albumów tej grupy i będę często do niego wracał. Warto było czekać te 2 lata na nowe dzieło! Gorąco polecam!

Ocena: 9/10

wtorek, 11 maja 2021

IMMORTAL SYNN - Force of habbit (2021)


 "Force of habbit" to już drugi album amerykańskiej formacji Immortal Synn. Choć nie jest to płyta idealna, to jest to średniej jakości album heavy metalowy, w którym jest coś z power metalu, coś z thrash metalu, czy nwobhm. Solidna mieszanka jest nie najgorsza i zasługuje na uwagę fanów takiego grania.

Immortal Synn jest na scenie metalowej od 2012r i choć nie zdobyli większego rozgłosu, to wciąż grają i mają się dobrze. W roku 2020 kapelę zasilił wokalista Duel Shape oraz gitarzysta Brad Wagner. Kapela może nas niczym specjalnym nie zaskakuje i w sumie to kapela jedna z wielu. Jednak miewają ciekawe momenty, zwłaszcza kiedy stawiają na chwytliwe melodie i zadziorne riffy. Wokal Duela jest udany, choć czasami irytuje. Tony i Brad to zgrany duet gitarowy, choć nie wzbudza większych emocji. Panowie grać potrafią i co jakiś czas pojawiają ciekawe zagrywki czy melodie. Niestety dominuje chaos i brak zgrania. Nie ma oryginalności, ani świeżości, ale potrafią nie raz dostarczyć radości podczas odsłuchu. Taki "Anamnesis"  to solidny heavy metal z nutką judas priest, ale brakuje tutaj przebojowości. "Fight the prince" brzmi troszkę wtórnie i jakoś tak oklepanie. Dużo niemieckiego heavy metalu spod znaku Accept znajdziemy w "Nuclear Terror" i to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Na płycie znajdziemy też energiczny "Denver nights".

Chaos, nieco irytujący wokal Duela, czy oklepane motywy psują ostateczny wydźwięk nowego krążka Immortal Synn. Jednak jest kilka ciekawych momentów, które bronią ten album przed totalną klęską. Band grać potrafi i mogli by dać z siebie znacznie więcej. Zobaczymy czy w przyszłości podszkolą się w sferze grania heavy metalu. Kto wie może jeszcze nagrają coś ciekawszego niż "Force of habbit"? Nadzieja umiera ostatnia.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 10 maja 2021

STEEL FOX - Red snow (2021)

Czy heavy/power metal może być agresywny, brutalny? Brazylijski band o nazwie Steel Fox pokazuje na swoim najnowszym albumie "Red snow", że można jeszcze bardziej dokręcić śrubę w tym gatunku muzycznym. Muzycznie to taki ukłon w stronę Death Dealer, Wizard, Attacker czy Sacred Steel. Kapela mało znana, ale warta uwagi, bowiem ich najnowszy album to uczta dla fanów takiej muzyki.

Steel Fox to band, który działa od 1997r i wyrobił swój własny styl i mają ogromny potencjał. Ich muzyka opiera się na agresywnych riffach, na szybkiej sekcji rytmicznej i zadziornym głosie Robsona Alvesa. Wokalista przyprawia o dreszcze swoją manierą i techniką. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Na brawa zasługują też gitarzyści którzy znakomicie się uzupełniają i dają czadu na każdym kroku. Panowie znakomicie mieszają klasyczne patenty, jak i nowoczesne, co przedkłada się na taki agresywny wydźwięk całości.  Steel Fox pokazuje, że heavy/power metal może być agresywny, pozbawiony słodkości i chybionych pomysłów. Imponuje ich styl i jakość prezentowanych kawałków.

Pojawia się niespodziewany krzyk z głośników i wtedy od razu atakuje nas mocny i rozpędzony riff. Tak, "Dreams of the innocent" to prawdziwy killer, który utrzymany jest w stylu speed/power i thrash metalu. No jest moc! W podobnym stylu utrzymany jest  rozpędzony "Blades of Revenge", który pokazuje w pełni potencjał tej formacji. Panowie imponują świeżością i ciekawymi pomysłami. Gitary są ostre niczym brzytwa i nie ma tutaj miejsca na nudę. Band zaskakuje też w stonowanym, marszowym, bardziej true metalowym "Hellish March", który nawiązuje do takich kapel jak Manowar czy Wizard. Agresywny "Red Snow" momentami ociera się nawet o thrash metalową stylistykę i brzmi to obłędnie. Band  nie zwalnia i cały czas serwuje nam granie na wysokim poziomie. "The man without king" wgniata w fotel już od pierwszych dźwięków. Steel Fox na tej płycie błyszczy i pokazuje, że jest jednym z najlepszych zespołów na rynku power metalowym. "City of Hell" brzmi ukłon w stronę amerykańskiego power metalu spod znaku Attacker czy Jag Panzer. Fanom Gamma ray może przypaść do gustu energiczny i niezwykle melodyjny "Night peoples Curse". Świetny finał i znakomite podsumowanie całości.

Brazylijski Steel Fox to nowa gwiazda na power metalowym rynku i to nie jakieś tam przechwałki. Panowie dają czadu i stworzyli agresywny i niezwykle dynamiczny power metal, który opiera się na zadziorny wokalu i energicznych partiach gitarowych. No jest moc i płyta potrafi położyć słuchacza na łopatki. Gorąco polecam!

Ocena: 9.5/10
 

niedziela, 9 maja 2021

KRUK & WOJTEK CUGOWSKI - Be there (2021)


 Mam słabość do płyt, gdzie pojawiają się wpływy Rainbow, Deep Purple, czy Whitesnake.  Takie zespoły jak Voodoo Circle, The vintage Caravan czy Demons Eye dość szybko skradły moje serce. Każdy tego typu band szybko imponuje mi feelingiem i dbałością o detale. Nie tak łatwo grać w takim stylu, bo mierzymy się tak naprawdę z klasyką. Nie każdy jednak wie, że mamy też swój własny polski band tego typu i jest nim Kruk. Kapela zaczynała od coverów znanych kapel. Od tamtego czasu band dawno się rozwinął i urósł do rangi prawdziwej gwiazdy.  Kapela od roku 2001 często zmieniała skład i troszkę szkoda, że na stanowisku wokalisty nie ma Tomasza Wiśniewskiego, z którym band nagrał swoje najlepsze płyty. Jego miejsce zajął Wojtek Cugowski. Teraz można się zastanowić czy Wojtek swoją osobą nie zdominował tego albumu i czy band nie poszedł w komercję? Te odpowiedzi znajdziemy na najnowszym albumie Kruka, czyli "Be there".

Tytuł idealnie nawiązuje do tytułów poprzednich płyt i już wiadomo, że Kruk jest dalej sobą. Faktycznie tak jest, bowiem muzyka w dalszym ciągu nawiązuje do Deep Purple, Whitesnake, Rainbow, czy Uriah Heep. Nie ma zaskoczenia i to jest dobry znak, bowiem Kruk idealnie czuje tego typu muzykę. Liderem grupy jest gitarzysta Piotr Brzychcy, który czaruje swoją grą i pomysłowymi riffami. Zawsze stawia na feeling i emocje w swojej grze, ale też jest w tym też przebojowość i melodyjność. Piotr mimo długiej przerwy wciąż ma w sobie to coś. Na nowej płycie roi się od bardzo emocjonalnych dźwięków i złożonych motywów.  Czy jest to najlepszy album pod tym względem? Ciężko taki wytypować, bo cała dyskografia Kruka jest udana, ale śmiało można postawić "Be there" w czołówce. Wojtek Cugowski to drugi bohater tej płyty. Tak wiem, wszyscy kojarzą go z kapeli Bracia, czy ostatniej płyty nagranej wspólnie z Piotrem i ojcem Krzysztofem. Zawsze Wojtek był troszkę w ich cieniu i fajnie że może się rozwijać i pokazać troszkę swojej duszy i swoich inspiracji. Nie pierwszy raz idzie w rejony ciężkiego grania, bowiem już Tipsy Train był takim pierwszym przystankiem Wojtka. Właśnie tam dał się poznać jako utalentowany wokalista, który idealnie odnajduje się w klasycznym hard rocku. Na "Be there" głos Wojtka jest bardzo klimatyczny i nasuwa charyzmę pokroju Turnera, Davida Reedmana, czy Doggiego White'a.  No klasa jak zawsze, ale to też nic nowego w przypadku Cugowskich.Brzmienie nasuwa lata 70 czy 80 i również jest mocnym atutem nowej płyty Kruka.

Wielkie nazwiska to nie wszystko i liczy się muzyka i pomysł na nią. Mocne wejście na płycie jest ważne i energiczny "Rat Race" to strzał w dziesiątkę. Jest tutaj coś z "The wicker man" iron maiden, ale jest też sporo starego Rainbow, czy Deep Purple. Piękne rozegrane partie gitarowe i nastrojowy głos Wojtka sprawiają, że ciągnie nas do świata Kruka. Deep purple z czasów "Perfect Strangers" i nutkę Whitesnake dostajemy w klasycznym i oldschoolowym "Hungry for revenge". Utwór trwa 6 minut i dzieje się tutaj sporo dobrego. Nowy album kruka to przede wszystkim emocje i nastrojowy hard rock. Kruk to klasa świata i najlepszym tego dowodem jest "Prayer of the unbeliever", który imponuje nie tylko długim czasem trwania. To ukłon w stronę progresywnego rocka i starego Deep Purple. Nie wiem czemu, ale słyszę tutaj ducha "Child in time". Nastrojowy i emocjonalny klimat, finezyjne solówki i ta magia unosząca się nad tym kawałkiem. Cudo!  Prosty hard rock dostajemy w przebojowym "made of stone", który stawia na zadziorność. Piotr daje upust swoim emocjom i gitarowemu geniuszowi w kolejnym kolosie, a mianowicie "The Invisible Enemy". W tym kawałku, większy nacisk położono na hard rockowe szaleństwo i rozbudowane partie gitarowe. No i znów Piotr szokuje swoją pomysłowością i złożonymi solówkami. Klasa świata i bez wątpienia to jeden z najlepszych gitarzystów nie tylko na polskiej scenie metalowej. Momentami brzmi niczym Ritchie Blackmore w swoim najlepszym okresie. Mroczny feeling i duże pokłady Deep Purple czy Rainbow znajdziemy w stonowanym "Dark broken Souls" i to jest jeden z moich faworytów. No jest łezka w oku i takiego grania w ostatnim czasie jest naprawdę mało. Panowie mogą śmiało konkurować z najlepszymi. Deep purple niech biorą z nich przykład. "To those power" to kolejny emocjonalny kolos, który imponuje ciekawymi motywami i licznymi przejściami. Oj dzieje się tutaj sporo dobrego i band znów zaskakuje pomysłowością. Troszkę nie pasuje mi tutaj ballada "Be there", która jest ładnie zagrana i potrafi złapać za serce.

Można zastanawiać się nad komercyjnym aspektem nowego krążka Kruka, nad tym czy lepiej brzmiało by to z głosem Tomasza Wiśniewskiego, czy nie jest to za emocjonalna płyta. Jedno jest pewne, to jeden z najlepszych albumów hard rockowych roku 2021 i jeden z najlepszych albumów kruka. Klasa sama w sobie. Panowie postawili na emocje, na klasyczne dźwięki i znakomite motywy nawiązujące do Rainbow czy Deep Purple. Warto było czekać te kilka lat na nowe dzieło Kruk. To wciąż jeden z najlepszych polskich zespołów. Nazwisko Cugowskiego podziała jak magnes dla tych osób, które nie znają Kruka, ale dobrze kojarzą głos Wojtka. To trzeba usłyszeć !

Ocena: 9.5/10

sobota, 8 maja 2021

NIGHTSHADOW - Strike them dead (2021)

Miło jest widzieć, że każdego roku pojawiają się nowe kapele, które wnoszą choć trochę powiewu świeżości do danej gatunku heavy metalu. To dzięki takim zespołom dany gatunek dostaje świeżej krwi i nie raz te kapele potrafią zaskoczyć. Amerykański Nightshadow działa od 2012 r i choć jeszcze nie zapisał się na kartach heavy/power metalu, to jednak to się szybko zmieni. To znów przykład, że amerykański power metal może być bardziej europejski. Już kiedyś Cellador to udowodnił, a teraz Nightshadow robi ten sam zabieg.  Debiut "Strike them Dead" " to pozycja godna uwagi.

Felipe Franco stworzył znów charakterystyczną dla siebie okładkę i zawsze wiadomo że robi szatę dla kapel grających heavy/power. W pełni wyczuł styl i klimat Nightshadow. Tak od daje ona w pełni klimat muzyki zawartej na płycie. W muzyce tej grupy ważną rolę odgrywa charyzmatyczny wokalista Brian Dell, który imponuje techniką i agresywnością. To dzięki niemu płyta ma też nowoczesny wydźwięk. No i jeszcze ten zgrany duet gitarzystów, który tworzą Danny i Nick. Też znają się na swojej robocie i słychać w tym wszystkim pasję i zamiłowanie do power metalu. To taki udany miks klasyki i nowoczesności. Panowie z jednej strony stawiają na agresję i szybkość, a z drugiej na melodyjność i przebojowość.

W sumie band zadbał o każdy detal i ciężko wytknąć błędy. Zaczyna się od mocnego "Legend" i to się nazywa wejście. Głos Briana potrafi ukoić w nastrojowym "Witch Queen" i band potrafi tutaj zaskoczyć w pierwszej fazie. Dalej mamy rasowy killer, czyli rozpędzony "Ripper". Partie gitarowe tutaj potrafią wgnieść w fotel. Band potrafi też odnaleźć się w bardziej złożonych kompozycjach co potwierdza rozbudowany "False Truths". Tytułowy "Strike them Dead" znakomicie oddaje styl grupy i ich ogromny potencjał. Znów dostajemy ciekawe partie gitarowe w wykonaniu Dannego i Nicka. Finał to melodyjny i urozmaicony "Mistress of the pit".

Nightshadow to świetny przykład, że na amerykańskiej scenie metalowej jest miejsce na bardziej europejski power metal. "Strike them dead" to dobrze skrojony album z heavy/power metalem i band imponuje swoim pomysłem na ten gatunek. Warto znać ich !

Ocena: 8.5/10


 

ARTILLERY - X (2021)

Duński Artylliery przy tytule nowego albumu poszedł troszkę na łatwiznę. Tytuł to "X", czyli mamy po prostu sygnał, że to już 10 album w dyskografii tej zasłużonej formacji.  Artillery działa od 1982 r i najnowszy album tylko pokazuje w jak świetnej formie są panowie. "X" to znakomita mieszanka  heavy/speed i thrash metalu. Najwięcej mamy tego ostatniego składnika i nie brakuje w tym wszystkim przebojowości i ciekawych melodii. Lata lecą a Artillery wciąż może sporo zaoferować fanom thrash metalu.

Sam skład nie wiele się zmienił, bowiem od 2019r w roli drugiego gitarzysty sprawdza się Krean Meier. Razem z Michaelem Stutzerem tworzą zgrany duet gitarowy i naprawdę znakomicie się rozumieją. Panowie stawiają na dynamikę, na szybkość, agresywność, ale też na przebojowość. Ich partie są zagrane z polotem, pomysłem i świeżością. Dawno Artillery nie brzmiał tak świetnie, normalnie można doznać szoku, że kapela tak brzmi po tylu latach.

Może i okładka jest jakaś taka nijaka, to jednak soczyste i agresywne brzmienie, jak i zawartość w pełni to rekompensują to. Band imponuje mocnym wejściem w postaci "The devils Symphony", który po prostu szokuje swoją energią i świeżością. No i przede wszystkim czuć ten niemiecki feeling power/thrash metalowy. Po prostu "wow". Podobne emocje wywołuje rozpędzony i przesiąknięty Destruction czy Kreator "In thrash we trust". Cieszy fakt, że artillery urozmaica tutaj swój materiał i mamy nie tylko thrash metal. "Turn up the rage" to znakomity kawałek utrzymany w heavy metalowej stylistyce i tutaj panowie też błyszczą. Dalej znajdziemy stonowany i zarazem zadziorny "In your mind", w którym band stara się brzmieć bardziej nowocześnie. Elementy balladowe znajdziemy w nastrojowym "The ghost of me" i znów gitarzyści czarują swoją grą. Każdy utwór pod tym względem zaskakuje i zapada w pamięci. Artillery na nowy albumie po prostu wymiata i taki killer "The force of indifference". Co za szybkość i agresywność bije z tego kawałka. Nie jest to jakieś granie na siłę i słychać tutaj pasję i miłość do thrash metalu. Podobne emocje wywołuje przebojowy "Mors Ontologica" czy "Beggars in black suit". Całość wieńczy "Trapped under ice" idealnie podsumowuje ten świetny krążek, a także świetną formę Artillery.

Mamy rok 2021 a Artillery mimo swojego stażu i wieloletniej kariery wciąż brzmi świeżo i zaskakująco dobrze. Kapela ma do zaoferowania nie zwykle atrakcyjną mieszankę heavy/power i thrash metalu, gdzie kluczową rolę odgrywa melodia i przebojowość. Ciężko wytknąć tutaj jakieś słabe punkty. Pokuszę się o stwierdzenie, że to jedna z ich najlepszych płyt. Brawo panowie ! Jest moc!

Ocena: 9/10
 

piątek, 7 maja 2021

TODD MICHAEL HALL - Sonic Healing (2021)


 Todd Michel Hall to jeden z moich ulubionych wokalistów. Niszczył w Jack Starr Burning, czy w Riot V i nic dziwnego że  w końcu przyszedł czas na solowy album tego znakomitego wokalisty. Jego głos sprawdzał się w heavy/power metalowej muzyce, tak więc dziwi troszkę, że muzyka zawarta na "Sonic healing" to tak naprawdę hard rock w klasycznym wydaniu. Kto kocha lata 80 i twórczość Kiss, Bondifre, Foreigner, czy Boston ten powinien zapoznać się z tym albumem.

Obok tego znakomitego głosu mamy równie doświadczonego gitarzysty Kurdta Vanderhoofa z Metal Church, który wsparł Todda w zakresie komponowania utworów czy produkcji albumu. Zadbał też o zaplecze gitarowe tego albumu, tak więc już można wywnioskować że panowie zadbali o odpowiedni poziom tego wydawnictwa. Rzeczywiście mamy do czynienia z dobrze wyważonym albumem hard rockowym. Riffy są proste i zadziorne, a wokale Todda wpasowują się w takimi rodzaj muzyki. Niby wszystko jest ok i iskrzy między Toddem a Kurdtem, to jednak nie jest to płyta idealna. Brakuje może nieco większej dawki przebojowości? Może nieco świeżych pomysłów?

Płytę promował naprawdę udany "Ovedrive", który zaskakuje energicznym riffem i old schoolowy feelingiem. No jest moc i brzmi to naprawdę solidnie. Taki "Let loose tonight" brzmi momentami jak Metal Church z ostatnich płyt, ale tez klimat Ac/Dc można tutaj wyłapać. Oczywiście są słabe momenty jak choćby komercyjny "Running After You". Taki "Sonic Healing" momentami brzmi jak track z "Hanging in the balance" Metal church. Ten kawałek ma podobną konstrukcję i feeling. Mamy też zadziorny "to the bone" czy rozpędzony "Long lost rock and rollers".

"Sonic healing" to kawał solidnego, oldschoolowego hard rocka w klimacie lat 80. Płytę dobrze się słucha, ale do pełnego zadowolenia troszkę brakuje. Kuśtyka troszkę przebojowość i poziom nie których kompozycji. Dla fanów głosu Todda jest to pozycja oczywiście obowiązkowa.

Ocena: 7.5/10

SONIC HAVEN - Vegabond (2021)


 Herbie Langhans jest bardzo zapracowany w ostatnim czasie. Ostatnio mieliśmy z nim płyty Firewind, The lightbringer of sweden, czy Radiant. Każdy z tych albumów był ucztą dla fanów melodyjnego heavy/power metalu. Teraz dochodzi kolejny band z jego udziałem, a mianowicie Sonic Haven. W tym roku band wydał swój debiutancki album zatytułowany "Vagabond". Znów jest to uczta dla fanów melodyjnego heavy/power metalu, ale też i hard rocka. To było do przewidzenia, bo Herbie jest już pewnym wyznacznikiem jakości w melodyjnym metalu.

Frontiers Records i słodka, wręcz hard rockowa okładka, wskazują że płyta jest bardziej rockowa niż power metalowa. Coś w tym jest, bo ten hard rockowy feeling daje się we znaki na całej płycie. Herbie jest w swoim żywiole i znów zachwyca swoją manierą i niesamowitą techniką. Jest on po prostu nie do zatrzymania i to wciąż jeden z najlepszych wokalistów w tym rodzaju muzyki. Skład zespołu uzupełniają znani i doświadczeni muzycy. Jest basista Dominik Stotzen z Beyond the Bridge, perkusista Andre Hilgers z Bonfire i gitarzysta Carsten Stepanowicz z Radiant. Sama muzyka to ciekawa mieszanka hard rocka  w stylu Deep Purple, ale jest też troszkę Helloween, można doszukać się elementów neoklasycznych z Royal Hunt i całość skupia się na melodyjnych i wyraźnych motywach gitarowych. Jest sporo urozmaicenie, a band w tym wszystkim stara się być sobą, ale ich celem jest być zespołem bardziej hard rockowym.

Power metal i neoklasyczny feeling jest w otwierającym "Vegabond" i nie da się ukryć, że czuć w tym twórczość Yngwie Malmsteena czy Rainbow. Jest power metal, jest moc i szybkość. Do takiego grania przyzwyczaił nas Herbie. No brzmi to świeżo i pomysłowo. Klawiszowy motyw w "Back to mad" wgniata w fotel i czuć tutaj nutkę progresywności i hard rockowego feelingu. Słychać niezwykły talent i hard rockowy pazur w grze Carstena, który na tym albumie błyszczy na każdym kroku. Ta jego gra również imponuje w energicznym "Nightmares" i solówki są na wysokim poziomie. Znów neoklasyczny feeling i stylizacja daje o sobie znać w lekkim i nastrojowym "Keep the flame alive". Panowie czarują i to robi ogromne wrażenie. Więcej power metalu dostajemy w przebojowym "End of the world". Piękne popisy gitarowe pojawiają się również w melodyjnym i zadziornym " I believe". Kolejny killer na płycie to "Blind the enemy" i to pokazuje jak muzycy się świetnie rozumieją i jak wielki potencjał drzemie w Sonic heven. Mocny wokal Herbiego i pomysłowe zagrywki Carstena to trzon muzyki tej formacji. No jest moc ! Całość wieńczy lekki i przebojowy "Striking Back".

Jasne, są takie momenty że brakuje mi agresji, że dominuje hard rock, ale całościowo "Vegabond  to wysokiej klasy album z muzyką z pogranicza melodyjnego heavy / power metalu z nutką hard rocka. Tam gdzie jest Herbie zawsze jest muzyka wysokich lotów i nic się nie zmienia w tej kwestii. Sonic Haven to kolejny świetny band z Harbiem w roli głównej. Warto znać to dzieło!

Ocena: 8.5/10

wtorek, 4 maja 2021

RAVIAN - Kinsmen from afar (2021)

Po wielu perturbacjach i zawirowaniach niemiecki Ravian wydał w końcu w tym roku swój debiutancki album. "Kinsmen from afar"  to debiut,  który zasługuję uwagę fanów symfonicznego heavy/power metalu. To kapela, która przemyca coś Orden Ogan, coś z Rhapsody, Nightwish, Kamelot, ale nie oczekujcie jakiejś kalki tamtych zespołów. Są inspiracje, ale band próbuje wykreować własny styl i pomysł na symfoniczny metal. Nie jest może to najlepszy album jaki słyszałem w tym roku, ale to wciąż wysokiej klasy granie.

Co kryje się za tą klimatyczną okładką, która przykuwa uwagę? Bardzo dobrze skrojona muzyka, która opiera się na pomysłowych i złożonych aranżacjach.  Phil i Lucian zadbali o ciekawe i wciągające partie gitarowe, a klawiszowiec Gilbert dba o klimat i podniosłość całej płyty. Dużo się w sumie dzieje i nie ma miejsca na nudę. Całość spina ciekawe i charyzmatyczny wokalista Jan. Dobrze wypada nieco progresywny "The king is dead" czy podniosły "Forging the Fate", który momentami brzmi jak Falconer. Folkowe zacięcie pojawia się w energicznym "Lay of Solace". Nie do końca przemawia do mnie rozbudowany i nieco spokojniejszy "Time will tell". Mamy też nieco bardziej power metalowy "Through the fields". Podniosły "victoriously" też jest uroczy i pokazuje że w kapeli drzemie potencjał. Kolejny killer na płycie to przebojowy i niezwykle melodyjny "Call for revenge". Znakomicie prezentuje się też power metalowy "back to my land" i znów band porywa słuchacza ciekawymi zagrywkami gitarowymi i pomysłowością. Bardzo dobrze to brzmi i idealnie pokazuje potencjał tej kapeli. No jest moc!

Ravian zaprezentował album przemyślany, dojrzały i niezwykle podniosły. Jest tutaj wszystkiego co powinna mieć płyta z kręgu symfonicznego metalu. To jeszcze  może nie perfekcja, ale bez wątpienia granie na wysokim poziomie. Zobaczymy co przyniesie przyszłość i w jakim kierunku pójdzie Ravian. Póki co warto obczaić ich jakże udany debiut.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 3 maja 2021

STEELBOURNE - a tale as old as time (2021)

W ostatnim czasie można dostrzec intensywność, jeśli chodzi o pojawienie się ciekawych kapel grających miks heavy metalu i power metalu. Duński Steelbourne to kolejny świetny przykład, że nie brakuje w tym roku ciekawych debiutów i premier zespołów, które dopiero stawiają swój pierwszy poważny krok w swojej karierze. "A tale as old as time" to płyta, którą fani takiej muzyki powinni znać.

Okładka tak naprawdę nie wiele mówi i bardziej kojarzy się z jakimś death metalem czy viking metalem. Jednak trzeba przyznać, że faktycznie mroczny klimat pojawia się na tej płycie. Sama muzyka zawiera elementy gamma ray, judas priest, iron maiden czy też nightmare.  Pierwszy killer dostajemy na starcie i jest to "By way of the serpent" i słychać że w kapeli jest ogromny potencjał. Jest energia, mamy ciekawe rozegrane partie gitarowe i przebojowość. No i jest jeszcze Troels  Rasmussen, który swoim głosem nadaje płycie zadziorności i klimatu. Koleś wymiata w wysokich rejestrach i to jest jego spory atut. Steelbourne to przede wszystkim specjaliści od nastrojowego grania i panowie nie uciekają się do prostych rozwiązań. Troszkę progresywności i epickiego heavy/power metalu dostajemy w tytułowym "A tale as old as time" i znów band pokazuje że ma ciekawe pomysły i potrafi brzmieć autentycznie i nowocześnie. Agresywność i nutkę gamma ray dostajemy w "Deflier". Spokojny "King of kings" potrafi podziałać zmysły i złapać za serce. Coś pięknego. w "Dear god" dostajemy więcej klasycznego metalu spod znaku iron maiden i znów band potrafi oczarować techniką i pomysłowością. Na sam koniec dostajemy przebojowy "Inferno", który idealnie podsumowuje całość i idealnie definiuje styl Steelbourne.

Ta młoda kapela nagrała wartościowy i dojrzały album. "A tale as old as time" to naprawdę dobrze wyważony album z muzyką heavy/power metalu. Kto kocha klimatyczne granie z dużą dawką przebojowości i klasyczne rozwiązania ten pokocha to dzieło.

Ocena: 8.5/10
 

IRONBOUND - The lightbringer (2021)


 Może nasza polska scena metalowa nie dostarcz tak wiele płyt z kręgu klasycznego heavy metalu. Jednak cieszy fakt, że przybywa nam cały czas nowych kapel, które podejmują właśnie taki styl grania. Każdy polski band, który mierzy się z klasycznym heavy metalem zawsze wzbudza wielkie emocje i dostarcza sporo frajdy fanom takiej muzyki. Obecnie oczy fanów polskiego heavy metalu są skierowane na debiutujący Ironbound, który pochodzi z Rybnika. To już 7 lat działalności tej formacji i ciężko mówić o debiucie, kiedy tworzą go doświadczeni muzycy. "The lightbringer" to jedna z ciekawszych płyt na polskie scenie metalowej ostatnich lat, a to już powinno was zachęcić by sięgnąć po ten krążek.

Z jednej strony ironbound to band jakich wiele, czyli mamy kolejnego przedstawiciela NWOTHM, ale ta szczerość i ta pomysłowość sprawia, że zapominamy o wtórności Ironbound. Co ich wyróżnia na tle innych? Łukasz Krauze to niesamowity wokalista, który barwą i techniką przypomina nieco Blaze'a Bayleya. Właśnie band opiera swój styl na jego specyficznym głosie i zabiera nas do twórczości Iron maiden z czasów "XI Virtual" czy "The x factor". Trzeba też pochwalić to co wyprawiają gitarzyści, bowiem Michał i Krzysztof znakomicie oddają hołd dla NWOBHM, dla lat 80 i robią to z poszanowaniem tych wielkich kapel. Panowie jedynym słowem odrobili zadanie domowe i nie ma tutaj miejsca na fuszerkę. Dobrze dobrane brzmienie i okładka frontowa czynią ten album jednym z ważniejszych wydawnictw roku 2021.

Na płycie mamy 9 kompozycji, które oddają w pełni klimat Iron Maiden. Taki "Far away" to świetne instrumentalne intro, które przypomina ponadczasowy "The ides march. Jest magia i niezwykła przebojowość, a to dopiero początek. Zapnijcie pasy moi drodzy, bowiem band od razu zabiera nas do tego co najlepsze w żelaznej dziewicy. "The witch hunt" to dynamiczny kawałek, który porywa przebojowością i tym wyjątkowym głosem Łukasza. Oklaski na stojąco dla całej ekipy, bo brzmi to obłędnie. Dobrze pamiętam singlowy "When Eagles Fly" i tutaj jest więcej Blaze'a i jego okresu działania w Iron Maiden niż na jego ostatniej płycie. Jest marszowe, stonowane tempo i nieco epicki wydźwięk. Mroczny klimat i ta tajemniczość z "The x factor" jest obecna w nastrojowym "Smoke and mirrors". Taki riff w "Children left by god" imponuje świeżością i pomysłowością. Tak nic się nie zmienia i dalej trzymamy się twórczości Iron Maiden. Znakomicie wciąga balladowy "The turn of the tide". Na sam koniec dostajemy dwa killery, czyli "Light up the skies" i instrumentalny "beyond the horizon".

Polska scena metalowa została zasilona kolejną świetną kapelą i Ironbound może śmiało podbić rynek zagraniczny. Tak grają jak iron maiden, ale robią to bardzo dobrze i do tego mają świetnego wokalistę, który mocno przypomina Blaze;a Bayleya. Płyta pokazuje, że Ironbound to utalentowany band, który potrafi grać heavy metal na wysokim poziomie. Można być tylko dumnym, że taka świetna płyta powstałą w Polsce.

Ocena: 9/10

niedziela, 2 maja 2021

WITCHBOUND - End of paradise (2021)


 Dobrze wspominam debiut niemieckiego Witchbound sprzed 6 lat. To był kawał solidnego heavy metalu. Chciałem zobaczyć, czy podobne emocje wywoła u mnie najnowszy krążek zatytułowany "End of paradise". Były obawy, bowiem ze starego składy zostało dwóch były członków stormwitch czyli Stefan Kaufmann i Petera Langera. Niestety, ale mój strach nie był bezpodstawny.

Coś poszło nie tak, tylko kogo obarczyć niepowodzeniem? Zawiodły same kompozycje, które momentami są nijakie i okrojone z mocy. No też nie przekonuje mnie duet wokalistów tworzonych przez Natalie Pereira Dos Santos i Tobiasa Schwanka. Choć wokaliści potrafią śpiewać i talentu im nie odmówię, to jednak niczym nie zaskakują i nie wzbudzają żadnych emocji. Jest poprawnie, a ja oczekiwałem czegoś więcej od Witchbound. Solidne rzemiosło, które nie porywa słuchacza i nie wciąga go w świat tej formacji. Oj bywało lepiej w tej grupie.

Taki "Carved in Stone" pokazuje z czym band się boryka. Nudny i nijaki heavy metal, który nie zapada w pamięci. Płyta miewa przebłyski. Na przykład taki "Battle of Kadesh" zaskakuje nowoczesnym wydźwiękiem i progresywnym charakterem. Tutaj brzmi to dość ciekawie. Pozytywne emocje wzbudza melodyjny "Interstellar odyssey",  który przypomina nieco Gamma ray. Jest energia i dobry ładunek przebojowości i szkoda, że cały album taki nie jest. "Flags of Freedom" w sferze gitar przemyca coś z UDO. Ciekawie wypada też radosny i bardziej hard rockowy "Foreign Shores". Do grona ciekawych utworów zaliczyć jeszcze melodyjny "As long as we can rock", który również opiera się na chwytliwej melodii i pomysłowych zagrywkach gitarowych. W takim klasycznym graniu band wypada znacznie ciekawiej.

O ile debiut wypadał naprawdę bardzo dobrze jako album heavy metalowy, tak "End of paradise" miewa ciekawe przebłyski, ale jako całość wypada niestety blado. To średniej klasy album, który niczym nie zaskakuje, a czasami nawet przynudza swoją nijaką formą. Może następnym razem będzie lepiej?

Ocena: 4.5/10

sobota, 1 maja 2021

EVERMORE - Court of the tyrant King (2021)


 Piękno logo, klimatyczna okładka. Co może pójść nie tak? Frontowa okładka Evermore przypomina najnowszy album warrior path, czy kultową okładkę Hammerfall. To już powoduje, że każdy fan heavy/power metalu będzie chciał sięgnąć po ten album. Bardzo udany chwyt ze strony  szwedzkiego Evermore, który w tym roku ma zamiar podbić power metalowa scenę metalową. Idą na wojnę z największymi zespołami i nie widzę przeciwwskazań aby mógł się mierzyć z najlepszymi płytami power metalowymi roku 2021. Uwaga Evermore nie bierze jeńców i ich debiut "Court of the tyrant king" to dzieło, które jest hołdem dla Nocturnel Rites, Dreamtale, edguy, heavenly, Helloween, czy stratovarius. Tak fani power metalu poczują się jak w domu.

Ciężko, naprawdę ciężko doszukać się jakiś wad. Brzmienie jest dobrze wyważone i oddaje klimat fantasy. Słychać, że band zabiera nas w rejony płyt power metalowych z lat 90. Klasa.  Okładka też zapada mocno w pamięci i przykuwa uwagę.  No i jest zgrany zespół, gdzie gitarzyści dają czadu i nie bawią się w kombinowanie. To jest hołd dla klasycznego europejskiego power metalu. W centrum zainteresowania jest tu wokalista Johan Haraldsson. Mega niesamowite predyspozycję i zarówna technika, jak i maniera przyprawiają o dreszcze. Ma coś Kiske, ale stara się być przede wszystkim sobą.

Materiał trwa nie całe 40 minut i to jest jedyny minus tej płyty. Zawartość jest dynamiczna i bardzo przebojowa. Zaczyna się klasycznie bo od podniosłego intra. No i szybko dostajemy pierwszy killer, czyli "Call of the wild". Stary dobry power metal w stylu klasycznego Helloween czy Edguy. Oj ciężko dzisiaj o taką muzykę i to jeszcze na takim poziomie. To jest to! Melodyjny riff i przebojowość to atuty "Rising Tide", który nawiązuje do najlepszych płyt Celesty, Dreamtale, czy Gamma Ray. No jest moc, a band jest nie do zatrzymania, a ja czuję się jakby wróciły lata 90 i złoty okres power metalu. Lekki i nastrojowy "Court of the tyrant" to ukłon w stronę twórczości Heavenly. Klasycznie brzmi też "Northern Cross". Band dalej serwuje nam sporo patentów wypracowanych przez Edguy czy Helloween. Band imponuje dynamika i pomysłami na hity. Mamy też 7 minutowy, rozpędzony "see no evil", który przemyca patenty gamma ray, czy Helloween. Prosty riff i podniosły refren sieją zniszczenie tutaj. To już kolejny killer na płycie. Na sam koniec dostajemy agresywny "By death reborn", który miesza style Heavenly, Nocturnal Rites czy Gamma ray. Tym kawałkiem band troszkę nas zaskakuje nieco mroczniejszym klimatem.

Evermore błyszczy na swoim debiucie i nagrywa dojrzały i przemyślany album. To porcja smakowitego power metalu, który ma na celu nas zabrać do pięknych wspomnień kiedy słuchaliśmy pierwszych płyt Gamma ray, edguy czy Helloween. Postawili na klasykę i dobrze, bo co raz mniej tego typu płyt. Szwedzki Evermore sieje zniszczenie i już nie mogę się doczekać kolejnej płyty!

Ocena: 9.5/10

REINFORCER - Prince of the tribes (2021)

Kolejny debiut, który każdy fan heavy/power metalu powinien wypatrywać to bez wątpienia niemiecki Reinforcer. Jak przystało na niemiecki band to jest pełno tutaj odesłań do rodzimych kapel typu Running Wild, Grave Digger, czy Rebellion. Band jednak nie boi się też sięgać po patenty Dio, judas Priest czy Iron Maiden.  Kapela działa od 2015 r i dopiero teraz 16 czerwca nakładem wytwórni Scarlet records ukażę się debiut zatytułowany "Prince of the Tribes".

Sukces tej płyty tkwi przede wszystkim w muzykach. Panowie są utalentowany i mają sporo świetnych pomysłów. Słychać, że dbają o detale i warstwę techniczną. Nie ma tutaj miejsca na fuszerkę. Wszystko brzmi tak jak być powinno. Cieszy też fakt, że Reinforcer próbuje iść własną ścieżką i tworzyć własną muzykę.Niclas i Tobias idą w klasyczne rozwiązania i to mnie bardzo cieszy. Jest dużo chwytliwych melodii, prostych i zadziornych riffów. Nie ma kombinowania, tylko dużo sprawdzonych motywów, co przedkłada się na przystępność materiału. No i jest jeszcze utalentowany wokalista Logan Lexi, który momentami przypomina mi manierę Rolfa Kasperka, a to miły dodatek.

Zaczyna się od epickiego i klimatycznego "Prince of the Tribes'. Oj brzmi to znajomo, ale to jest właśnie urok tego stylu Reinforcer. Troszkę running wild i iron maiden dostajemy w energicznym "Allegiance and steel". Band atakuje nas szturmem pięknymi, klasycznymi dźwiękami. Tak jak tytuł wskazuje, "Black Sails" to ukłon w stronę Running wild, choć jest też coś z gamma ray. No wyszedł niesamowity hit. Praca gitarzystów jest na wysokim poziomie i dobrze to odzwierciedla klasyczny i energiczny "Coup de grace". Czuć, że to niemiecka kapela i w dodatku pełna pomysłów i pasji. Mocny riff i niezwykłą melodyjność dostajemy w zadziornym "Thou shall burn". Co za popis umiejętności i ta kompozycja wgniata w fotel. "Hand on heart" zaczyna się spokojnie, potem jednak nabiera przebojowości rodem z płyt running wild czy iron maiden. I to przed wami kolejny killer, który potwierdza tylko jaki potencjał ma Reinforcer. Całość wieńczy stonowany i epicki "Z32" i tutaj band próbuje działać na nasze emocje i robią to naprawdę dobrze.
 
Niemiecka scena metalowa rośnie w siłę i miło widzieć, że pojawiają się nowi gracze, którzy potrafią też zaskoczyć. Reinforcer to band przed którym kariera stoi otworem i na pewno jeszcze nie jeden świetny album nagrają. Wypatrujcie ich debiutancki album, bo to kawał świetnego grania z pogranicza heavy i power metalu.

Ocena: 9.5/10

LYCANTHRO - Mark of the wolf (2021)

 

Kiedy widać wilka na okładce metalowego wydawnictwa, to zazwyczaj to jest dobry znak i zwiastuje ciekawe wydawnictwo. "Mark of the wolf" jest to kolejny przykład tego zjawiska. Nie powiem, czekałem na ten debiut kanadyjskiej formacji. To cała machina marketingowa i udostępnione materiały zwiastowały ucztę dla fanów heavy/power/speed metalu. Kapela nagrała też nie dawno cover Running wild w ramach składanki Wild Privateers. Teraz mogą śmiało iść w świat i konkurować z najlepszymi kapelami.

To nie kolejny klon, który nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Jasne band nie boi się sięgać po patenty Judas Priest, Iron Maiden, Dio i można by jeszcze kilka innych inspiracji wymienić, ale najlepsze jest to że mają swój charakter. Z tej kapeli bije taka energia i zarazem świeżość. Kapela działa od 2016r i kluczową rolę odgrywa bez wątpienia gitarzysta i wokalista James Delbridge. To on nadaje odpowiedniego tonu Lycanthro i stylu. Jego głos sprawia że płyta brzmi oldschoolowo i drapieżnie.  W sferze gitarowej pomaga mu Forrest Dussault. Panowie stawiają na ciekawe, złożone partie gitarowe i mroczny klimat. Idealnie to współgra z tematyką grozy. Wszystkie elementy składają się w spójną całość.

Płytę otwiera "Crucible" i tutaj jest zadziorny metal w klimatach judas priest i attacker. Brzmi to znakomicie i na taki heavy metal zawsze warto czekać. Partie gitarowe wciągają i zaskakują świeżością.  Nutkę progresywności i podniosłości dostajemy w "Fallen Angels Prayer", który imponuje ciekawymi chórkami i elementami w stylu Kamelot.Dużo NWOBHM dostajemy w rozpędzonym "Mark of the wolf", które przypomina dokonania Iron Maiden. jest energia, jest przebojowość i czego chcieć więcej? Kolejny hicior na płycie to bez wątpienia "In metal we trust", który przenosi nas w czasie do lat 80. Dużo patentów żelaznej dziewicy dostajemy w energicznym "Ride the dragon" i tutaj dużo dobrego dzieje się. Kapela po raz kolejny udowadnia, że ma pomysł na siebie i brzmi bardzo świeżo.  Kto kocha Dio ten bez wątpienia zostanie powalany przez klimatyczny i złożony "Evangelion", który przypomina nieco "Last in Line" i trochę "Stargazer". No jest tutaj to coś, co czyni ten utwór prawdziwym majstersztykiem.

Lycanthro to młody band, ale pełen pasji i doświadczenia. Mają pomysł na siebie i go znakomicie realizują. "Mark of the wolf" to przykład jak powinien brzmieć album heavy metalowy. Jest klasycznie, a zarazem bardzo pomysłowo i świeżo. Oczekiwania w pełni spełnione. Śmiało można ich debiut zaliczyć do jednych z najważniejszych wydarzeń roku 2021.

Ocena: 9/10