27 marca ukaże się drugi studyjny album niemieckiej formacji Kerrigan. Zespół działa na scenie od sześciu lat i zaskakuje już na starcie – w ogóle nie brzmi jak typowa niemiecka kapela heavy metalowa. Stylistyka oraz estetyka, w jakiej porusza się grupa, przywodzą raczej na myśl zespoły brytyjskie lub szwedzkie. To oldschoolowy heavy metal, wyraźnie inspirowany twórczością takich formacji jak Satan czy Haunt.
„Wayfarer” to album oparty na prostych, mało wymagających kompozycjach, które stawiają na klimat lat 80. i łatwo wpadające w ucho melodie. Nowy materiał jest solidny, jednak wyraźnie brakuje mu mocy i drapieżności. Płyta brzmi zbyt łagodnie jak na ten gatunek muzyki, przez co traci sporo ze swojego potencjału.
Okładka jest klimatyczna i przyciąga uwagę, mimo minimalistycznej formy. Niestety, samo brzmienie albumu pozbawione jest pazura i energii. Całość sprawia wrażenie stłumionej i ugrzecznionej. Kompozycje utrzymane są w jednym tonie i podobnym klimacie, przez co brakuje wyraźnych „killerów” oraz elementu zaskoczenia.
Wokalista Jonas Weber dysponuje dość łagodnym głosem, który lepiej pasowałby do psychodelicznego rocka niż do heavy metalu. Brakuje mu agresji i siły wyrazu. Duet gitarowy Weber/Schotten również gra poprawnie, ale bez większych emocji. Jest rzetelnie i technicznie w porządku, jednak bez efektu „wow”. To solidne granie, które jednak nie powala na kolana. Szkoda, bo potencjał na znacznie ciekawszy album był wyraźnie obecny. Riffy są melodyjne, lecz niestety pozbawione mocy i drapieżności.
Album otwiera „Torchbearer” – utwór kipiący energią i melodyjnością, choć nieco niedopracowany i zbyt mało agresywny. Jednym z jaśniejszych punktów płyty jest rozpędzony, bardziej speedmetalowy „Asylum”, w którego riffach słychać echa Running Wild, co zdecydowanie cieszy. Jest tu pomysł, dobre zgranie zespołu i w końcu utwór, który rzeczywiście wpada w ucho.
Bardziej stonowany „The Ice Witch” wypada bardzo dobrze pod względem melodyjnym, jednak ponownie wszystko brzmi jakby było przytłumione. Kolejnym pozytywnym momentem jest „Surrender” – numer z ciekawie poprowadzonym riffem i sporą dawką przebojowości. To prosty heavy metal w duchu lat 80., w którym wokalista wreszcie pokazuje swoje możliwości. Dobrze prezentuje się również marszowy „Blood and Steel”, stawiający na bardziej epicki charakter. Proste motywy i łatwo zapadające w pamięć melodie są tu niewątpliwym atutem.
Najdłuższym i bardziej złożonym utworem na płycie jest „Red Light Tower”, jednak i tu słychać pewne niedociągnięcia. Całość pozostaje solidna, lecz ponownie daje o sobie znać brak mocy i drapieżności.
Teoretycznie wszystko tu jest: chwytliwe melodie, wciągające refreny oraz klimat lat 80. Niestety, zbyt łagodne brzmienie i pozbawienie gitar odpowiedniej siły sprawiają, że album traci na wyrazistości. A szkoda, bo potencjał był naprawdę spory. To płyta do jednorazowego lub okazjonalnego odsłuchu, ale zdecydowanie nie materiał na album roku. Być może następnym razem będzie lepiej.
Ocena: 5,5/10







