wtorek, 10 lutego 2026

KERRIGAN - Wayfarer (2026)



27 marca ukaże się drugi studyjny album niemieckiej formacji Kerrigan. Zespół działa na scenie od sześciu lat i zaskakuje już na starcie – w ogóle nie brzmi jak typowa niemiecka kapela heavy metalowa. Stylistyka oraz estetyka, w jakiej porusza się grupa, przywodzą raczej na myśl zespoły brytyjskie lub szwedzkie. To oldschoolowy heavy metal, wyraźnie inspirowany twórczością takich formacji jak Satan czy Haunt.

„Wayfarer” to album oparty na prostych, mało wymagających kompozycjach, które stawiają na klimat lat 80. i łatwo wpadające w ucho melodie. Nowy materiał jest solidny, jednak wyraźnie brakuje mu mocy i drapieżności. Płyta brzmi zbyt łagodnie jak na ten gatunek muzyki, przez co traci sporo ze swojego potencjału.

Okładka jest klimatyczna i przyciąga uwagę, mimo minimalistycznej formy. Niestety, samo brzmienie albumu pozbawione jest pazura i energii. Całość sprawia wrażenie stłumionej i ugrzecznionej. Kompozycje utrzymane są w jednym tonie i podobnym klimacie, przez co brakuje wyraźnych „killerów” oraz elementu zaskoczenia.

Wokalista Jonas Weber dysponuje dość łagodnym głosem, który lepiej pasowałby do psychodelicznego rocka niż do heavy metalu. Brakuje mu agresji i siły wyrazu. Duet gitarowy Weber/Schotten również gra poprawnie, ale bez większych emocji. Jest rzetelnie i technicznie w porządku, jednak bez efektu „wow”. To solidne granie, które jednak nie powala na kolana. Szkoda, bo potencjał na znacznie ciekawszy album był wyraźnie obecny. Riffy są melodyjne, lecz niestety pozbawione mocy i drapieżności.

Album otwiera „Torchbearer” – utwór kipiący energią i melodyjnością, choć nieco niedopracowany i zbyt mało agresywny. Jednym z jaśniejszych punktów płyty jest rozpędzony, bardziej speedmetalowy „Asylum”, w którego riffach słychać echa Running Wild, co zdecydowanie cieszy. Jest tu pomysł, dobre zgranie zespołu i w końcu utwór, który rzeczywiście wpada w ucho.

Bardziej stonowany „The Ice Witch” wypada bardzo dobrze pod względem melodyjnym, jednak ponownie wszystko brzmi jakby było przytłumione. Kolejnym pozytywnym momentem jest „Surrender” – numer z ciekawie poprowadzonym riffem i sporą dawką przebojowości. To prosty heavy metal w duchu lat 80., w którym wokalista wreszcie pokazuje swoje możliwości. Dobrze prezentuje się również marszowy „Blood and Steel”, stawiający na bardziej epicki charakter. Proste motywy i łatwo zapadające w pamięć melodie są tu niewątpliwym atutem.

Najdłuższym i bardziej złożonym utworem na płycie jest „Red Light Tower”, jednak i tu słychać pewne niedociągnięcia. Całość pozostaje solidna, lecz ponownie daje o sobie znać brak mocy i drapieżności.

Teoretycznie wszystko tu jest: chwytliwe melodie, wciągające refreny oraz klimat lat 80. Niestety, zbyt łagodne brzmienie i pozbawienie gitar odpowiedniej siły sprawiają, że album traci na wyrazistości. A szkoda, bo potencjał był naprawdę spory. To płyta do jednorazowego lub okazjonalnego odsłuchu, ale zdecydowanie nie materiał na album roku. Być może następnym razem będzie lepiej.

Ocena: 5,5/10

poniedziałek, 9 lutego 2026

WICKED SMILE - When night falls (2026)


 Pamięta ktoś australijski zespół Pegasus i wokalistę Danny’ego Cecatiego? To właśnie on występował na najlepszych płytach Pegasusa. Obecnie można go usłyszeć w formacji Wicked Smile. Ten australijski band działa od 2020 roku i ma już na koncie solidny debiut. Teraz, po pięciu latach, grupa powraca z drugim albumem studyjnym zatytułowanym „When Night Falls”, który ukazał się 6 lutego nakładem wytwórni No Dust Records.

Jeśli ktoś kocha mieszankę heavy metalu i hard rocka, w której pobrzmiewają wpływy Skid Row, Judas Priest, Dio, Iron Maiden, a miejscami nawet Savatage, to tej płyty po prostu nie wolno przegapić.

Miło znów usłyszeć Danny’ego Cecatiego w tak znakomitej formie. To wokalista najwyższej klasy, który potrafi z pozornie prostych środków stworzyć coś wyjątkowego. Ma charyzmę, doskonałą technikę i potężną siłę rażenia. Mimo upływu lat wciąż ma w głosie to nieuchwytne „coś”, co wyróżnia go na tle innych. Oczywiście głos Cecatiego nie jest jedynym atutem Wicked Smile. Na gitarach usłyszymy równie utalentowanych i doświadczonych muzyków — Stevie’ego Janevskiego (Black Majesty) oraz Dave’a Grahama, którzy imponują pomysłowymi zagrywkami i wyrazistymi riffami. Panowie dają z siebie wszystko i przez cały album dostarczają solidną dawkę energii.

Mało znany zespół bardzo pozytywnie zaskakuje albumem „When Night Falls”. Grupa zadbała o mocne, soczyste brzmienie, które nadaje całości odpowiedniego ciężaru. Nawet klimatyczna okładka robi duże wrażenie i przywodzi na myśl estetykę rodem z „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Zawartość albumu to 11 świetnie wyważonych kompozycji, które imponują różnorodnością i pomysłowością.

Na otwarcie dostajemy mroczny, a jednocześnie niezwykle przebojowy utwór tytułowy „When Night Falls”. Od pierwszych dźwięków słychać potencjał i talent muzyków — kawałek błyskawicznie wpada w ucho. Co za start, a to dopiero początek. Marszowy „Back to Back We Stand” zachwyca już samym wejściem basu. Słychać tu echa Black Sabbath z ery Tony’ego Martina, choć utwór idzie znacznie dalej. To klasa sama w sobie — zespół dosłownie rozkłada słuchacza na łopatki. Ogromne brawa za aranżacje i kreatywność.

Wpływy Black Sabbath powracają również w ponurym „Face of the Wicked”, który imponuje rozmachem i dbałością o detale. Motyw przewodni zachwyca epickim klimatem i dopracowaną konstrukcją. Proszę o więcej takich kompozycji — brzmi to absolutnie obłędnie. Z kolei „Rebel Souls” pokazuje hardrockowe oblicze zespołu i udowadnia, jak elastycznym bandem jest Wicked Smile.

Inspiracje Judas Priest i Dio można bez trudu wychwycić w energicznym „Never Surrender” — utworze pełnym świeżości, mocy i wyraźnych cech przeboju. Ta płyta to prawdziwa kopalnia hitów. Świetnie buja również lekko hardrockowy „Before the Rain”, oparty na zadziornym riffie. Wicked Smile nie zwalnia tempa — kolejnym mocnym punktem albumu jest „Walking the Wire”, z wyraźną nutą power metalu.

Na płycie znalazło się także miejsce na piękną, klimatyczną balladę „Heaven’s Falling Down”, która imponuje rockowym feelingiem i emocjonalnym ładunkiem. Końcówka albumu to przebojowy „The Phoenix Will Rise” oraz rozpędzony „Scream ’n’ Shout”, który pełnymi garściami czerpie z lat 80. — energia, drapieżność i czysta radość grania. Zespół rozwala system i oby takich perełek było w przyszłości jak najwięcej.

Wicked Smile to wciąż mało znany band — najwyższy czas to zmienić. To nie tylko znane nazwiska i doświadczeni muzycy, ale przede wszystkim zgrany zespół, który zna swoją wartość. Wicked Smile jest pewny siebie i doskonale wie, jak porwać słuchacza. Mocne riffy, chwytliwe melodie i refreny wpadające w ucho — to esencja tego albumu. Jedna z najmilszych niespodzianek 2026 roku.

Ocena: 9/10

MONSTRUM - W drugą stronę świata ... (2026)


 

Gdy ktoś zapyta o najlepsze polskie zespoły heavy metalowe, jednym tchem wymienia się Turbo, Kat, Wolf Spider czy Dragon. Dla mnie jednak jednym z najważniejszych rodzimych zespołów jest bez wątpienia rzeszowskie Monstrum, działające nieprzerwanie od 1994 roku. W ich dyskografii znajdziemy cztery znakomite płyty, które w pełni oddają styl, konsekwencję i klasę zespołu. Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje debiut „Za horyzontem ciszy” oraz „VIII dzień tygodnia”. Ostatni jak dotąd album, „Cisza” z 2013 roku, również był prawdziwą ucztą dla fanów klasycznego heavy metalu.

Potem zespół na długie lata zamilkł, by po 13 latach powrócić z podwójną siłą. Piąty album studyjny, zatytułowany „W drugą stronę świata…”, ukaże się 14 lutego. To prawdziwa podróż w czasie – powrót do klimatu debiutu. Dominują tu klasyczne heavy metalowe patenty z wyraźnymi wpływami Iron Maiden, Judas Priest czy wczesnego Turbo. Lepszej zachęty po prostu nie trzeba.

Monstrum to przede wszystkim charyzmatyczny głos Mariusza Waltosia, będący znakiem rozpoznawczym tej kapeli. Potrafi śpiewać zarówno agresywnie, jak i niezwykle melodyjnie. Silnie inspiruje się wokalistami z lat 80., doskonale wiedząc, jak oddziaływać na zmysły słuchacza. Lata mijają, a on wciąż sieje spustoszenie. Sekcja rytmiczna błyszczy i wyraźnie czerpie z brytyjskiej szkoły heavy metalu. Świetnie spisuje się także duet gitarowy Dudek/Guzek, który stawia na przebojowość, zadziorność i klasyczny heavy metalowy sznyt. To miks estetyki lat 80. z wyczuwalnymi wpływami Iron Maiden z lat 90. Całość dopełnia surowe, drapieżne brzmienie oraz przyjemna dla oka okładka. Panowie dopracowali każdy detal, czego efektem jest jeden z najlepszych albumów w dorobku zespołu. Płyta jest energetyczna, agresywna i niezwykle chwytliwa. Monstrum znów sieje zniszczenie.

Na albumie znajdziemy 10 utworów, które składają się na około 45 minut rasowego heavy metalu. Zespół doskonale wie, jak działać na emocje słuchacza. Na pierwszy ogień idzie killer w postaci „63 dni”, który wyraźnie czerpie z twórczości Iron Maiden. Struktura, przebojowość i aranżacje sprawiają, że utwór bez problemu mógłby znaleźć się na debiucie Monstrum. Jest moc. Dalej pojawia się lekko hardrockowy „Ostatnie przedstawienie” – już od pierwszych sekund czuć ducha lat 80., a prosty, nośny riff robi tu kapitalną robotę. Utwór balansuje między stylistyką Judas Priest, Saxon i Accept i momentalnie wpada w ucho.

Rozpędzony „Grandabanda” to żywiołowy, przebojowy numer mocno inspirowany Iron Maiden. Stylistycznie przywodzi na myśl „VIII dzień tygodnia”. Może nie ma tu nic odkrywczego, ale to sprawdzona formuła zagrana z polotem i autentyczną miłością do heavy metalu. Monstrum w najlepszym wydaniu. Kolejnym killerem jest „Wirtualny troll” – utwór znakomicie buja, a motyw przewodni dosłownie rozwala system. Czuć bojowy klimat i umiejętne urozmaicenie materiału. Nie ma mowy o graniu na jedno kopyto.

Znalazło się także miejsce na rockową balladę „Płomień przeznaczania”, przemycającą patenty znane z twórczości Scorpions. Zespół nie zwalnia tempa i serwuje przebojowy „Obudź się”, który idealnie sprawdzi się na koncertach. Prosty motyw, szybsze tempo i chwytliwy refren czynią z niego jeden z najlepszych utworów na płycie. Mroczniejszy klimat pojawia się w „Agonalny sen”, choć na tle całości wypada on najsłabiej. Kolejny mocny cios to dynamiczny „Pod wiatr” – ponownie doskonały hołd dla brytyjskiego heavy metalu lat 80.

Rój” brzmi jak bezpośredni ukłon w stronę „Powerslave” Iron Maiden: galopujące riffy, chwytliwa melodia i wciągające solówki – wszystko się tu zgadza. Album zamyka jeszcze jeden killer w stylistyce Iron Maiden – „Cios za cios”, który wyraźnie nawiązuje do „Za horyzontem ciszy”. Klasyczne Monstrum i właśnie za to ich kocham.

Monstrum to kluczowy zespół na polskiej scenie heavy metalowej, który nigdy nie zawiódł. Doskonale wie, jak pisać killery i przeboje zapadające w pamięć na długie lata. Nowy album to kwintesencja stylu Monstrum i esencja klasycznego heavy metalu. Fani wczesnego Turbo, Iron Maiden czy Judas Priest będą zachwyceni. Warto było czekać te 13 lat na nowy materiał. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

sobota, 7 lutego 2026

TAILGUNNER - Midnight Blitz (2026)


 

Tailgunner to nowa nadzieja brytyjskiego heavy metalu. Ten młody zespół, obecny na scenie od 2018 roku, zdążył już wypracować rozpoznawalny styl i zyskać sympatię fanów. Grupa porusza się w obszarach klasycznego heavy metalu, speed metalu oraz power metalu, tworząc spójną i niezwykle energetyczną mieszankę. Mają talent, sceniczną pewność siebie oraz doskonałe wyczucie tego, jak porwać słuchacza.

Na koncie mają bardzo udany debiut, a teraz – po trzech latach przerwy – powracają z drugim albumem studyjnym zatytułowanym „Midnight Blitz”. Płyta ukazała się dziś, 6 lutego, nakładem wytwórni Napalm Records, a nad całością w roli producenta czuwał sam K.K. Downing. To już wystarczający powód, by sięgnąć po najnowsze dzieło Tailgunner. Album jednoznacznie potwierdza, że na brytyjskiej scenie heavy metalowej wyrasta nowa gwiazda.

Tailgunner to młodzieńcza energia, ogromne zaangażowanie, szczera miłość do heavy metalu lat 80. oraz rozrywka na bardzo wysokim poziomie. Zespół jest głodny sukcesu i po raz kolejny dostarcza materiał pełen energii, drapieżności i przebojowości, który błyskawicznie potrafi zarazić słuchacza. Ogromna siła grupy tkwi w gitarowych partiach duetu Thompson / Salvini – jest klasycznie, z pazurem i pomysłem. Słychać tu wyraźne inspiracje zespołami takimi jak Enforcer, Judas Priest, Iron Maiden czy Skull Fist.

Bardzo solidnie prezentuje się również sekcja rytmiczna, odpowiedzialna za dynamikę i potężny ładunek energii. Każdy z muzyków doskonale odnajduje się w swojej roli. Trudno wyobrazić sobie Tailgunner bez charyzmatycznego wokalisty Craiga Carnsa, który wcześniej udzielał się także w zespole Induction. Co ciekawe, w tym roku zarówno Induction, jak i Tailgunner wydali nowe albumy. Craig wyraźnie pokazuje dawnym kolegom, że w tym bezpośrednim starciu to Tailgunner wychodzi zwycięsko, mimo że oba zespoły poruszają się w nieco innych stylistykach.

Na uwagę zasługuje również świetna okładka, która zapada w pamięć na długo, a soczyste, selektywne brzmienie doskonale dopełnia całość. Materiał jest bardzo dobrze wyważony — każdy znajdzie tu coś dla siebie. Album składa się z 10 utworów i zespół zadbał o to, by przez cały czas coś się działo.

Otwierający płytę „Midnight Blitz” to strzał w dziesiątkę — od pierwszych sekund zespół zaraża pozytywną energią, klimatem lat 80. i dużą przebojowością. Świetnie wybrzmiewają partie gitarowe oraz solówki, co zapewnia mocne i efektowne otwarcie. Lekko przesiąknięty hard rockiem „Tears in Rain” to rasowy hit z melodyjnym motywem i porywającym refrenem — prawdziwa wizytówka zespołu.

Rozpędzony „Follow Me in Death” kipi energią i momentami ociera się o power metal. Utwór szybko wpada w ucho i oferuje wiele interesujących partii gitarowych. Moim osobistym numerem jeden bardzo szybko stał się „Dead Until Dark” — chwytliwy refren dosłownie rozwala system, a całość momentami przywodzi na myśl twórczość Induction. Agresywny riff i bardziej złożona struktura to z kolei główne atuty dynamicznego „Barren Lands and Seas of Red”.

Nieco słabiej wypada stonowany „War in Heaven”, który nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle reszty materiału. Zdecydowanie najlepiej Tailgunner wypada w szybkich, bezkompromisowych petardach, co doskonale potwierdza speedmetalowy „Blood Sacrifice” — mocny, bezpośredni cios. Dalej otrzymujemy jeszcze niezwykle melodyjny i energiczny „Night Raids”, czyli dokładnie taki typ kompozycji, w jakich zespół czuje się najlepiej.

Całość zamyka singlowy „Eulogy”, który stanowi idealne podsumowanie albumu i pokazuje pełnię możliwości Tailgunner. Oby więcej takich utworów w ich wykonaniu.

Warto było czekać trzy lata na nowy materiał brytyjskiego Tailgunner. Słychać wyraźnie, że zespół rozwinął skrzydła i jeszcze bardziej dopracował swój styl oraz sposób komponowania. „Midnight Blitz” kipi energią i dostarcza mnóstwo potencjalnych hitów oraz metalowych killerów. To album, który zdecydowanie warto mieć na swojej półce.

Ocena: 9/10

piątek, 6 lutego 2026

INDUCTION - Love Kills! (2026)


 

Miło jest obserwować, jak Tim Hansen, syn Kaia Hansena, na dobre rozkręcił swój autorski projekt Induction. Zespół funkcjonuje na scenie już od 2014 roku i dorobił się trzech albumów studyjnych. Najnowszy z nich, zatytułowany „Love Kills!”, ma swoją premierę 6 lutego nakładem wytwórni Reigning Phoenix Music.

Niepokoi jednak fakt, że skład zespołu ulega bardzo częstym zmianom — w praktyce każdy album nagrywany był w innym zestawieniu personalnym. Brakuje tu wyraźnej stabilizacji, co niestety odbija się na spójności materiału. Stylistycznie Induction pozostaje wierny obranej drodze: to nadal melodyjny power metal z symfonicznym zabarwieniem. Nowa płyta powinna przypaść do gustu fanom takich zespołów jak Beast in Black, Battle Beast, Freedom Call czy Dynazty. Jest jeszcze bardziej słodko, młodzieżowo i momentami wręcz kiczowato.

Niestety, w moim odczuciu jest to najsłabszy album w dorobku Induction. Nie pomaga nawet obecność utalentowanego Gabriele Gozziego, który w Fallen Sanctuary sieje prawdziwe wokalne spustoszenie. To artysta obdarzony charyzmą, świetną techniką i naturalnym wyczuciem power metalowej estetyki. Tym razem jednak ani jego umiejętności, ani przebojowość utworów, ani nawet proste, wpadające w ucho melodie nie są w stanie uratować całości. Nawet wyraźne wpływy Gamma Ray czy cover „Empress” sprawdzają się raczej jako ciekawostka niż realna wartość dodana.

Album jest mało wymagający i wyraźnie ukierunkowany na młodsze pokolenie słuchaczy. Szkoda, bo Induction prezentował się dotąd znacznie ambitniej. W 2024 roku do składu dołączyli Justys Sahlman (druga gitara) oraz perkusista Markus Felber. Nowi muzycy wyraźnie się starają — słychać zaangażowanie i solidne umiejętności instrumentalne. Problemem pozostają jednak same kompozycje i aranżacje, które miejscami wydają się niedopracowane i zbyt oczywiste.

To płyta, której słucha się przyjemnie, ale która nie wywołuje większych emocji. Zespół zadbał o soczyste, nowoczesne brzmienie oraz atrakcyjną graficznie okładkę — pod tym względem wszystko się zgadza. Materiał jest krótki i treściwy, pozbawiony rozbudowanych form czy epickich kolosów. Otrzymujemy serię krótkich, bezpośrednich strzałów.

Album otwiera cukierkowy i kiczowaty „Virtual Insanity”, kipiący energią i przebojowością, choć wyraźne skojarzenia z Battle Beast nie do końca do mnie trafiają. Wokalnie Gozzi — wiadomo — pełna klasa. „War of Hearts” to już typowy numer Induction: prosty, z nieco większym naciskiem na gitary i delikatną hardrockową nutą. W podobnych klimatach utrzymany jest słodki i łatwy w odbiorze „Dark Temptation” — poprawny, lecz pozbawiony głębszego pazura.

Serce zaczyna bić szybciej przy singlowym „Steel and Thunder”. Mocny riff, szybkie tempo, mniej kiczu i więcej patentów rodem z Gamma Ray sprawiają, że to prawdziwy killer. Refren jest prosty i wręcz stworzony do koncertowego śpiewania. Lżejszy, rockowy „Strangers to Love” balansuje już na granicy komercji, choć uwagę przykuwa gościnny udział Clementine z Visions of Atlantis.

Kolejnym mocnym punktem płyty jest bez wątpienia „Beyond Horizons”. Tutaj Induction garściami czerpie z dorobku Powerwolf, Bloodbound czy Sabaton. Sporo się tu dzieje, a podniosły refren robi bardzo dobre wrażenie. Melodyjny „Love Kills” to niestety powielanie sprawdzonych schematów i odgrzewanie znanych motywów. Więcej drapieżności pojawia się w „I Am Evil”, który zachwyca przebojowością i łatwo wpadającym w ucho motywem przewodnim. Na koniec otrzymujemy klimatyczny i nieco bardziej złożony „The Veil of Affection” — kolejny jasny punkt albumu.

Do tej pory Induction dostarczał mi rozrywki na bardzo wysokim poziomie, a twórczość Tima Hansena sprawiała mi autentyczną frajdę. Najnowszy album to jednak wyraźny spadek formy i pójście na skróty. Brakuje bardziej wyrazistych popisów gitarowych oraz ambitniejszych, wielowątkowych kompozycji. Całość jest zbyt słodka, jednowymiarowa i momentami przewidywalna.

To solidny album, ale obarczony wyraźnymi wadami. Liczyłem na coś więcej.

Ocena: 7/10

wtorek, 3 lutego 2026

AXE VICTIMS - Hypnotized (2026)


 

Pewnie niewiele osób zwróciłoby uwagę na to wydawnictwo ze względu na oszczędną, wręcz nijaką okładkę, która może skutecznie odstraszać. Jednak fani heavy metalu z lat 80. bez trudu powinni rozpoznać logo zespołu. Tak, mowa o niemieckim Axe Victims, który działał w latach 1982–1986 i zdążył wydać solidny debiut. Album Another Victim udowodnił, że mamy do czynienia z wartościową formacją skupioną na klasycznym heavy metalu, osadzonym w klimatach Judas Priest, Faithful Breath czy Gravestone.

Na długie lata kapela zniknęła z radarów, by niespodziewanie powrócić dopiero w 2024 roku. Ze starego składu pozostali basista Holly George, perkusista Martin Rocco oraz gitarzysta Roland Hag. Zespół uzupełnili gitarzysta Cosi Martigiani oraz wokalista A.H. Son. Jak się okazuje, już w latach 80. grupa pracowała nad drugim albumem, który był w zasadzie gotowy. Niestety, w wyniku problemów kontraktowych oraz bankructwa wytwórni Mausoleum Records materiał przepadł.

Dopiero teraz, po 42 latach od debiutu, wytwórnia High Roller Records odnalazła i wydała – 30 stycznia – zaginiony drugi album zatytułowany Hypnotized. Warto podkreślić, że na płycie słyszymy śp. wokalistę Franka Fanfara oraz gitarzystę Toma Bohna. To znakomity hołd dla tych utalentowanych muzyków, których nie ma już z nami, a jednocześnie solidny bilet powrotny dla Axe Victims.

Na duże brawa zasługuje fakt, że udało się zachować ducha lat 80. oraz w pełni klasyczne brzmienie. Płyta rzeczywiście brzmi tak, jakby została wykopana z metalowego podziemia. Kiczowata okładka, lekko przybrudzone brzmienie, charakterystyczny styl wokalny i same kompozycje doskonale oddają klimat heavy metalu tamtej dekady. Czuć to już od pierwszych sekund. Frank Fanfar nie był może wokalistą z najwyższej półki, ale potrafił budować atmosferę i nadawać muzyce drapieżności. Dużą frajdę sprawia również ponowne obcowanie z duetem gitarowym Bohn/Hag, który stawia na klasyczne riffy i solówki.

Niby wszystko jest tu proste i miejscami wtórne, ale radość z odsłuchu pozostaje niepodważalna. Słychać zaangażowanie i pasję muzyków, którzy grali z czystej miłości do metalu. Ten szczery przekaz naprawdę zaraża.

Na albumie znajdziemy 10 utworów, co przekłada się na 38 minut muzyki. Na pierwszy ogień idzie zadziorny i rozpędzony numer tytułowy „Hypnotized”. Nie ma tu nic odkrywczego, ale frajda z odsłuchu jest ogromna. Hardrockowe klimaty w stylu Scorpions, z wyczuwalną nutą Accept, pojawiają się w klimatycznym „Rock Tonight” – formuła sprawdza się znakomicie, tworząc bardzo urokliwy kawałek. Axe Victims przyspieszają w „Blood in My Veins” i tutaj sieją prawdziwe zniszczenie. Dużo w tym starego Judas Priest i Accept, a refren robi znakomitą robotę.

Echa hard rocka spod znaku Scorpions czy Def Leppard można wyłapać w przebojowym „Shout”. Zespół sypie hitami, co tylko cieszy. Stylistyka AC/DC spotyka się z Accept w zadziornym „Devil Inside”. Szybkie tempo i kąśliwy riff to główne atuty pozytywnie zakręconego „Shinin’”. Bardzo dobrze buja stonowany i klimatyczny „Humans Talking” – to znakomity hołd dla lat 80., a wokal Franka pozytywnie zaskakuje. Kolejny bezdyskusyjny hicior to „When the Heat Is On”. Całość zamyka nieco bardziej komercyjny, wręcz stadionowy „We’re Not Gonna Break It”.

W takim składzie Axe Victims już nic nowego nie nagrają, dlatego Hypnotized należy traktować jako wyjątkowy hołd dla zmarłych muzyków – gitarzysty Toma Bohna i wokalisty Franka Fanfara. Wspaniale jest móc usłyszeć ich jeszcze raz. Dobrze, że ten materiał udało się odkopać i udostępnić światu. Teraz pozostaje czekać na kolejne rozdziały historii Axe Victims.

Ocena: 8/10

niedziela, 1 lutego 2026

EVERMORE - Mournbraid (2026)


 

Debiut szwedzkiego Evermore bardzo przypadł mi do gustu, dlatego od tamtej pory uważnie śledzę poczynania tej formacji, wyraźnie inspirującej się dokonaniami takich zespołów jak Edguy, Helloween, Gamma Ray czy Nocturnal Rites. Drugi album, „In Memoriam”, był materiałem solidnym, jednak nie wywołał już takiego zachwytu jak debiut. Po trzech latach przerwy zespół powraca z nowym wydawnictwem zatytułowanym „Mournbraid”. Płyta ukaże się 20 marca nakładem Scarlet Records. Fani power metalu z pewnością nie przejdą obok tej premiery obojętnie — zapewne znajdą się tacy, którzy będą wychwalać album pod niebiosa. Jeśli jednak chodzi o mnie, towarzyszy mi raczej poczucie rozczarowania niż autentycznego entuzjazmu. Evermore wciąż gra swoje, lecz materiał nie powala na kolana tak jak debiut.

Evermore to dziś już marka rozpoznawalna na scenie. Tym razem zespół postawił na dość skromną okładkę, a samo brzmienie jest typowe dla tego rodzaju produkcji — mocne, klarowne i krystalicznie czyste, gdzie każdy dźwięk brzmi soczyście i selektywnie. Muzycy bez wątpienia są utalentowani i wiedzą, co robią. Dużym atutem zespołu pozostaje wokal Johana Haraldssona, który potrafi nadać kompozycjom przebojowości, energii i odpowiedniej dynamiki. Za partie gitarowe odpowiada Johan Karlsson, który wykonuje dla zespołu ogrom pracy. Stawia na klasyczne rozwiązania, jednak tym razem nie wszystkie pomysły okazują się trafione — zdarzają się momenty wyraźnie słabsze. Szkoda, że formacja, która nagrała tak znakomity debiut, zmaga się obecnie z podobnymi problemami.

Album rozpoczyna się w klasyczny sposób — od nastrojowego intra. Na duże brawa zasługuje jednak „Underdark”, który wchodzi z potężną siłą. To power metal pełną gębą, brzmiący jak mieszanka stylistyki Bloodbound, Gamma Ray oraz Primal Fear. Szkoda tylko, że cała płyta nie utrzymuje takiego poziomu energii. Klimatyczny i momentami progresywny „Nightstar Odyssey” przywodzi na myśl dokonania Edguy. To dobry utwór, choć brakuje mu czegoś, co wywołałoby pełną ekscytację. Klasyczny power metal rodem z lat 90. odnajdziemy w rozpędzonym „Titans”, który ponownie mocno nawiązuje do Bloodbound. Tego rodzaju szybki, dynamiczny power metal zdecydowanie najlepiej wychodzi Evermore. Siedmiominutowy „Oath of Apathy” próbuje być monumentalny i nastrojowy, lecz sprawia wrażenie nieco wymuszonego i niepotrzebnie rozciągniętego. Kolejnym mocnym punktem albumu jest energiczny „The Illusionist” — wyraźny hołd dla klasyki power metalu spod znaku Edguy czy Helloween. Partie klawiszy dobrze wypadają w melodyjnym „Armored Will”, gdzie zadziorny wokal i mocniejszy riff skutecznie napędzają utwór, przywodząc na myśl zarówno Bloodbound, jak i Sabaton. Mroczny i ciężki „Ravens at the Gates” momentami kojarzy się z solowymi dokonaniami Halforda i bez wątpienia należy do najmocniejszych kompozycji na płycie — właśnie w takim kierunku powinien zmierzać cały album. Równie dobrze prezentuje się dynamiczny „Mournbraid”, który serwuje mroczny i agresywny power metal.

Nowy album Evermore mógł być wielkim wydarzeniem dla fanów power metalu. Niestety, z dużej chmury spadł raczej niewielki deszcz. Krążek zawiera kilka naprawdę udanych momentów, lecz jako całość jest nierówny i nie dorównuje znakomitemu debiutowi. To solidna porcja klasycznego power metalu, ale nic ponad to. Pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

Ocena: 7/10

TEUTONIC SLAUGHTER - Cheap food (2026)


 Czas na kolejną ciekawą thrashmetalową propozycję w 2026 roku. „Cheap Food” to trzeci pełnometrażowy album niemieckiej kapeli Teutonic Slaughter, który ukazał się 30 stycznia nakładem Iron Shields Records. Zespół obecny jest na scenie od 2011 roku i konsekwentnie podąża śladami swoich starszych kolegów po fachu. Inspiracje takimi formacjami jak Sodom, Kreator czy Violent Force są tu aż nadto wyraźne. Muzycy stawiają na klasyczne rozwiązania i stawiają na thrash metal, doprawiony solidną dawką heavy/speed metalu.To album, którego zdecydowanie nie można przegapić.

Okładka płyty jest na swój sposób klimatyczna i skutecznie przyciąga uwagę, choć nie brakuje w niej odrobiny kiczu. Brzmieniowo całość wypada bardzo solidnie — dźwięk jest mocny, selektywny i dobrze wyważony, co dodaje materiałowi agresji oraz siły rażenia. Mózgiem całej operacji pozostaje wokalista i gitarzysta Philip Krisch. Jako frontman doskonale odnajduje się w tej stylistyce, w pełni oddając ducha lat 90. Dysponuje charyzmą oraz charakterystyczną manierą wokalną, dzięki czemu albumu słucha się z dużą przyjemnością. Równie dobrze prezentuje się warstwa gitarowa. Philip Krisch oraz Ivan Almeida dwoją się i troją, by materiał był zróżnicowany, dynamiczny, przebojowy i łatwo zapadający w pamięć. Może nie mamy tu do czynienia z płytą idealną, ale bez wątpienia jest to znakomita, bezpretensjonalna rozrywka. Teutonic Slaughter w pełni oddaje piękno klasycznego thrash metalu.

Album jest krótki i treściwy. Po krótkim intro dostajemy rozpędzony „Hostage” — mocny riff, szybkie tempo i świetna współpraca gitarzystów robią doskonałe pierwsze wrażenie. Zespół imponuje dynamiką, melodyjnością i świeżością. Pełen energii i drapieżności tytułowy „Cheap Food” to kolejna thrashmetalowa petarda — nie brakuje tu chwytliwych melodii oraz atrakcyjnych solówek. W speedmetalowym „Redistribution” zespół wypada wręcz jeszcze korzystniej; utwór kipi energią i pomysłowością.
Band nie zwalnia tempa i atakuje zadziornym „Witches Rock’n’Roll”, czerpiąc pełnymi garściami z klasyki niemieckiego thrash metalu — i trzeba przyznać, że wychodzi im to znakomicie. Niezwykle chwytliwy „Fight the Reaper” to kolejny killer, który błyskawicznie wpada w ucho. Jest moc, jest agresja i wyczuwalna świeżość. Najdłuższym utworem na płycie jest „Give ’Em Hell” — nadal szybki, bezkompromisowy i agresywny numer, którego prosty, nośny refren robi znakomitą robotę. To bardzo dobre podsumowanie całego albumu.

Teutonic Slaughter nagrali bardzo udany krążek, oferujący esencję klasycznego thrash metalu: energię, pazur oraz solidny, wyrównany materiał. Całości słucha się z dużą przyjemnością, a potencjał drzemiący w tym zespole jest wyraźnie odczuwalny. To płyta zdecydowanie godna uwagi dla maniaków thrash metalu.

Ocena: 7.5/10