Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2001. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2001. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 stycznia 2021

LORD VADER - Goliath (2001)


 Lord Vader to już zapomniany zespół, jeśli chodzi o polską scenę metalową. Kapela mogła siać naprawdę spustoszenie, ale wyszło zupełnie inaczej.  Początki tej formacji tak naprawdę sięgają roku 1980, kiedy grupa działała pod nazwą Fatum. Nie powodzenia podczas Festiwalu w Jarocinie band zmienił nazwę na Lord Vader. Początki może nie były złe, ale brak kontaktów, brak wytwórni powodowało że kapeli brakowało sił i i wiarę w dalsze granie. Rozpadł nadszedł w 1987r i w sumie za sprawą Barta Gabriela w 2001r ukazał się jedyny album tej formacji zatytułowany "Goliath", który został wydany za sprawą wytwórni Karthago Records. To płyta skierowana do fanów Metaliki, Overkill, Kreator, czy Kat. Wszystko podlane heavy metalem rodem z pierwszych płyt Running Wild. Czego można chcieć więcej?

Przybrudzone brzmienie, surowość i klimatyczna okładka czynią ten album już na starcie bardzo wyjątkowym. No ale prawdziwą frajdę dostarcza przemyślana i pełna ikry zawartość. No tak się gra heavy metal z domieszką thrash metalu. Kluczową rolę odgrywa bez wątpienia wokalista Dariusz Hałas, który ma charyzmę i agresywność w swoim głosie. No nadaje on całości charakteru i takiego mrocznego klimatu. Momentami brzmi to jak debiut Kreator. Warto też pochwalić pomysłowe i złożone partie gitarowe duetu stworzonego przez Adama i Jarosława. No brzmi to oldschoolowo i wciąga słuchacza od pierwszych dźwięków.

Pomówmy o zawartości. Płytę otwiera "Just a Life", który w rzeczy samej czerpie to co najlepsze z twórczości Metaliki, czy Kreator. Prosty i techniczny riff pełni tutaj kluczową rolę. Mocna rzecz! Coś z wczesnego Running wild można wyłapać w speed metalowym "Goliath". Band imponuje tutaj pomysłowością i techniką. Mroczny klimat i heavy metalowy charakter dostajemy w "Desire of the Body", który brzmi jak mieszanka stylów Accept i Kinga Diamonda. Kolejny killer na płycie to zadziorny "Fraternity of the blood", który też zabiera nas w rejony Metaliki i znów band popisuje się swoimi umiejętnościami. Znakomicie wypada też rozpędzony i dynamiczny "Retrospection". Znów znakomita mieszanka speed/thrash metalu. Echa hard rockowej działalności Fatum można uświadczyć w lekkim i melodyjnym "In searching". W podobnej stylistyce utrzymany jest "Go on", który może nie wzbudza większych emocji i to jak dla mnie najsłabszy moment tej płyty.

Lord Vader miał ogromny potencjał, jednak sytuacja na rynku i wiele różnych przeciwności sprawiły, że band nie przetrwał próby czasu. Wielka szkoda. Na szczęścia został po nich ślad w postaci naprawdę udanego debiutu w postaci "Goliath". Każdy fan heavy/speed/thrash metalu powinien znać to wydawnictwo! Klasyka !

Ocena: 8.5/10

czwartek, 15 stycznia 2015

NIGHTMARE - Cosmovision (2001)

Czy muzyka heavy metalowa może być czymś więcej niż tylko sposobem na rozładowanie energii czy jedną z form odpoczynku i zabijania wolnego czasu? A gdyby tak muzyka heavy czy power metalowa była bramą do innego świata? Do świata baśni, do innego wymiaru, sięgającego poza naszą wyobraźnię? Czasami mamy dość tej naszej codziennej szarości i najchętniej przenieślibyśmy się do innej rzeczywistości. A gdyby istniał taki album, który jest wstanie was zabrać do lepszego świata, w podróż której nigdy nie zapomnicie? Tak się składa, że jak dobrze poszukamy to znajdziemy takie albumy. Jednym z nich jest „Cosmovision” francuskiej kapeli Nightmare. To trzeci album w dorobku tej formacji i co ciekawe, odtworzył on nowy rozdział tej francuskiej potęgi heavy/power metalowej, która istnieje i gra po dzień dzisiejszy.

Nightmare znakomicie radził sobie w latach 80 i już wtedy wydali dwa znakomite albumy, które w swojej kategorii były dopieszczone i zdobyły sporo fanów. To było klasyczne heavy//power metalowe granie z domieszką NWOBHM. Zespół wtedy miał dwóch znakomitych wokalistów bo Boix jak i Houpert znakomicie odnajdowali się w power metalowej formule. Zespół dzięki nim błyszczał i w sumie ciężko sobie było wyobrazić nowy rozdział Nightmare bez utalentowanego wokalisty. Co ciekawe zespół miał cały czas znakomitego frontmana pod nosem i mam tutaj na myśli dotychczasowego perkusistę Jo Amore. Tak to on przejął funkcję wokalisty i znakomicie się odnalazł w tej roli. To dzięki niemu Nightmare stał się jeszcze bardziej rozpoznawalny, stał się agresywniejszy, mroczniejszy i bardziej rozpoznawalny. To on wprowadził zespół na zupełnie inne tory, na jeszcze wyższy poziom. Muzyka Nightmare już nigdy nie będzie taka sama. W latach 80 zespół dość klasycznie i można było go zestawiać z wielkimi tuzami tamtych czasów, lecz odrodzenie Nightmare jest o tyle ciekawe, że panowie nie chcą brzmieć tak jak w latach 80. Została formuła heavy/power metalowa, lecz to już inne brzmienie. Zespół dodał klawisze, dodał podniosłe chórki, dodał mroczny klimat, wlał sporo agresji, a całość prezentowała się dość nowocześnie. Można było odczuć jakby materiał tworzył jakiś młody zespół, a nie stary doświadczony band z lat 80. I tak po 16 latach nie bytu Nightmare powrócił z „Cosmovision”. Tutaj należy doszukiwać się genezy obecnego stylu i brzmienia Nightmare. Ten album zrewolucjonizował muzykę Nightmare i pokazał że heavy/power metal może brzmieć świeżo i pomysłowo. Już okładka w pełni odzwierciedla z czym mamy do czynienia. Inna galaktyka, inny wymiar, nowe technologie, cywilizacja, coś co nie jest tak łatwo objąć rozumem. Taka właśnie jest muzyka. Niby mamy tutaj wpływy Kamelot, Armored saint, Accept, Angra czy Thunderstone, lecz Nightmare stworzył coś swojego i ponadczasowego. Nawet soczyste i czyste brzmienie jest tak wykreowane, by nadać płycie tego specyficznego brzmienia jakby z innego wymiaru. To sprawia, że intro w postaci „Road to Nazca” przyprawia o dreszcze i hipnotyzuje. Podniosły, melodyjny niczym utwór Iron Maiden, epicki niczym utwór Manilla Road i energiczny niczym utwór Liege Lord, tak można opisać tytułowy „Cosmovision”, który zdradza jak brzmi Nightmare w roku 2001. Nie brakuje elementów progresywnego power metalu rodem z Mob Rules co zespół pokazuje choćby w pomysłowym „Corridors Of knowledge”. Klawiszowiec Rabilloud stwarza ciekawy klimat i sprawia, że Nightmare dość świeżo i nowocześnie. Brzmi to zupełnie inaczej niż w latach 80. Spora ilość epickości, coś z Accept czy Hammerfall można wyłapać w melodyjnym „Spirits of Sunset” . Nightmare nawet otarł się o niemiecką toporność w ponurym „The Church” i to właśnie dzięki takim kompozycjom ten album jest bardzo urozmaicony i zaskakuje. Płyta cechuje się mrokiem i niezwykłą agresją i spory w tym udział ma Jo Amore. Jego wokal można porównać do Ronniego James Dio i jest to na dzień dzisiejszy jeden z najlepszych wokalistów w swojej kategorii. O jego talencie przekonuje nas przebojowy „Behold The nightime”. Jest też coś z Judas Priest co potwierdza nieco marszowy „The cematary Road” i jest to kolejny utwór, w którym podniosłe chórki pełnią znaczącą rolę. Najdłuższym i najbardziej rozbudowanym kawałkiem na płycie jest „The Spiral of Madness” , z kolei taki „Last Flight To Sirus” to prawdziwa power metalowa petarda. Całość zamyka „Riddle in The Ocean”, który utrzymany jest w stylizacji starego Accept.

Nightmare nie nagrał słabego albumu i jest to jedna z tych kapel, która trzyma się swojego stylu i która nie zawodzi. W latach 80 robili furorę i szkoda, że nie nagrali wtedy więcej albumów, ale udało im się wrócić po 16 latach i to w wielkim stylu. Rzadko kiedy udaje się zostać przy swoim gatunku, jednocześnie go odświeżając i nadać mu nowego znaczenia. Z tego Nightmare wyszedł obroną ręką. „Cosmovision” zabiera nas do innego heavy/power metalowego wymiaru i jest to wyjątkowy album. Dla wielu jeden z najlepszych w dorobku grupy. Trudno się z tym nie zgodzić.

Ocena: 9.5/10

czwartek, 18 września 2014

WAYNE - Metal Church (2001)



W roku 2005 odszedł David Wayne. Znakomity wokalista o mrocznym, agresywnym i zadziornym głosie, który przyprawiał o dreszcze. Taki charyzmatyczny muzyk sprawił, że Metal Church już za sprawą dwóch pierwszych albumów wbił się do grona najlepszych i szybko stali się rozpoznawalni. David jednak po albumie „The Dark” odszedł i wtedy Metal Church bardzo dobrze sobie radził z Mikiem Howem, ale w 1999 r Metal Church nagrał „Masterpeace” i był to ostatni album metalowego kościoła na którym zaśpiewał David. Kolejne rozstania i zgrzyty między muzykami sprawiły, że Metal Church zatrudnił nowego wokalistę, a David Wayne mógł w końcu wydać solowy album sygnowany własnym nazwiskiem. Rok 2001 ukazał się jego jedyny album o tytule „Metal Church”. Chęć pokazania jak miał brzmieć kolejny album Metal Church z Waynem? A może próba stworzenia czegoś na miarę debiutu Metal Church?

David otoczył się doświadczonymi muzykami, którzy grali choćby w Obsession, czy Thunderhead. Wszystko wskazywało na to, że jednak Wayne nie zdradzi swoich korzeni ani nie zapomni o swojej bogatej przeszłości i sukcesie jaki osiągnął z Metal Church. Tytuł i okładka tego albumu daje nam podpowiedź czego można się spodziewać po tym wydawnictwie. Takiej okładki nie powstydziłby się sam Metal Church i jest ona genialna. Klimat, wykonanie no i słynna gitara, która zdobiła okładkę debiutu Metal Church. To wszystko wskazywało, że David spróbuje nam dostarczyć muzykę w stylu pierwszego albumu. Zadanie dość ciężkie do wykonania, bo tamten album to klasyka metalu, ale David postanowił podejść do tematu z rezerwą i dystansem. Nie chciał stworzyć kopii, a jedynie odświeżyć kilka patentów. Debiut Metal Church miał mroczny klimat, który przejawiał się choćby w „Beyond the Black” czy „Metal Church” i tutaj udało się po części odtworzyć tamten klimat. Słychać to w stonowanym, nieco progresywnym „Hannibal”. W tym utworze słyszę mieszankę Saxon i starego Metal Church. Płyta zaczyna się od mocnego uderzenia w postaci „The Choice” , który utwierdza nas tylko w przekonaniu, że David Wayne postanowił wrócić do agresywniejszego grania, w który rządzi mrok i agresja. Jimi Bell i Craig Wells zadbali o to by riffy były mroczne, pełne głębi, agresji i wyrafinowania. W większym stopniu dbają o technikę i ciężar niż o przebojowość i melodyjność. Odbija się to nieco na całokształcie, ale płyta i tak robi bardzo pozytywne wrażenie. David Wayne nie oszczędza się i śpiewa z sercem, czego mi brakowało na „Masterpeace”. Ma też odpowiednią oprawę i słychać, że mamy do czynienia z rasowym metalowym albumem. Ciężki, nieco thrash metalowy „The Hammerfall Will Fall” to idealny przykład, że nie brakuje tutaj też hitów z prawdziwego zdarzenia. Bardzo udany refren, pomimo że temat oklepany. Nutka hard rocka, nuta Black Sabbath i mamy „Soos Croak Cementary” i choć nie jest to łatwo zapadający utwór, to jednak ma swój urok. Debiut Metal Church był dynamiczny i wypchany szybkimi kompozycjami i takich mi brakowało na „Masterpeace” i tutaj też niedosyt w tej kwestii pozostał. Na szczęście na otarcie łez jest energiczny power/thrash metalowy „Burning At The Stake”, który mógłby znaleźć się na debiucie Metal Church. Specyficzny klimat, bardziej wyszukane motywy i techniczny charakter melodii i riffów, sprawia że płyta nie należy do łatwo strawnych i chwytliwych, dobrze to obrazuje „D.S.D” . Jest tutaj więcej Black Sabbath, Dio i Heaven and Hell niż samego Metal Church, ale nie uważam to za minus. David starał się urozmaicić swój materiał i pokazać się na różnych płaszczyznach heavy metalu.  Na wiązań do debiutu „Metal Church” jest tutaj całkiem sporo i David tego nie kryje, ba nawet stara się nam to dobitnie podkreślić. Najlepiej to zrobił za sprawą drugiej części „Nightmare”. Ten utwór na debiucie niszczył i pokazał, że można stworzyć amerykański power metal w którym jest agresja i melodyjność. Druga część jaką zaprezentował David jest równie udana. Choć ma jakby nowocześniejszy wydźwięk. Zachowano dynamikę, energię i melodyjność, czyli zalety starego Metal Church. Właśnie za tym fani Davida tęsknili, za takim wokalem, za takimi kompozycjami i szkoda, że jest ich tutaj tak mało. „Vlad” to z kolei jakby ukłon w stronę stoner rocka i Black Sabbath z Ozzym. Nie jest to najlepsza kompozycja na tej płycie, ale pasuje do całości i ma kilka atutów, a jednym z nich jest tło stworzone przez gitarzystów. Co ciekawe David pokusił się o kawałek na miarę „Beyond The Black” czy „Gods of Wrath” . Przez „Ballad for Marianne” przemawia podobna konstrukcja, budowanie napięcia i przeplatanie motywów. Kolejna perełka z tego wydawnictwa.

Nie udało się podbić rynku muzycznego tą płytą pomimo że okładka i tytuł albumu jednoznacznie wskazują nawiązanie do Metal Church. Mógł to być następca dwóch pierwszych płyt Metal Churh, ale czy do końca tak jest? Niby jest agresja, momentami jest szybkość, ale uleciała gdzieś ta przebojowość i melodyjność. Słychać dominację ciężaru, mroku i agresji. Niby nic nowego, bo przecież już na pierwszych albumach Metal Church gdzie śpiewał David już to się przejawiało w sporych ilościach. Tym razem David nie wykorzystał potencjału jaki drzemał w tym krążku. Ostatnie dzieło świętej pamięci Davida, które znakomicie podsumował jego karierę, deklasując „Masterpeace” i to jest jego wizytówka. Znakomity wokalista o którym nigdy metalowy świat nigdy nie zapomni.

Ocena: 8/10

środa, 11 czerwca 2014

WYTCHFYNDE - The Awakening (2001)

Okres NWOBHM to okres, w którym zrodziło się wiele znakomitych kapel i ten gatunek to nie tylko Angel Witch czy Iron Maiden. To również Pagan Altar, Satan czy Demon, ale też Witchfynde. W przypadku Witchfynde warto wspomnieć, że w momencie przeżywania kryzysu i rozpadu kapeli narodził się Wytchfynde, który założył wokalista Luther Beltz w 1999r. Ta formacja nagrała jeden album, a mianowicie „The Awakening”, który przyczynił się do odrodzenia Witchfynde. Jak należy postrzegać ten album? Czy próba odświeżenia starej sprawdzonej formuły zakończyła się sukcesem?

Można stwierdzić, że to co udało się zarejestrować na „The Awakening” prezentuje się znacznie ciekawiej niż to co Witchfynde zaprezentował na „Lords of Sin” z 1984 roku. Przede wszystkim słychać nawiązanie do tego charakterystycznego stylu, który opiera się na mrocznym, nieco progresywnym klimacie, w którym słychać echa Savatage, Cloven Hoof, czy też Mercyful Fate. Czyli można śmiało stwierdzić, że „The Awakening” to właściwie próba nawiązania do klasycznych albumów Witchfynde z lat 80, próba odświeżenia starej formuły.. Zespół darował sobie eksperymentowanie, czy też tworzenie na siłę, co wyszło kapeli na dobre. W Wytchfynde też wszystko opiera się na wokalu Luthera. To on przyczynia się do tego, że kompozycje nabierają emocjonalnego wydźwięku, to dzięki nie mu płyta jest drapieżna i zadziorna. „Vampyres Tale” to dobry przykład tego jak znakomicie ta formacja buduje mroczny klimat. Wiele rozwiązań przerysowano z albumów Witchfynde, ale to też nikogo nie powinno dziwić. Styl formacji jest o tyle ciekawy, że nie opiera się na jednej konstrukcji, na jednym motywie, na jednym rozwiązaniu. Można tutaj uświadczyć power metal, taki może bardziej amerykański, taki mroczniejszy czego przykładem jest „To The Devil Daughter”. Jest też solidny heavy metal w postaci znakomitego otwieracza „Hell Hath No Fury” czy „Death or Innocence”. W celu uzyskania urozmaicenia pojawiają się wolniejsze motywy, które przenoszą nas do bardziej progresywnego świata i dobrze to ukazuje „Blessed Me”. W stylu Wytchfynde za dużo NWOBHM nie uświadczymy, ale to wcale nie oznacza że nie ma patentów wyjętych z tamtego okresu. Wystarczy posłuchać „Ghost Dancer” czy „Unholy Shadows”, żeby się przekonać że w muzyce Wytchfynde jest coś z NWOBHM. Choć duet gitarowy Rick i Ronnie całkiem dobrze sobie radzi, to jednak brakuje dynamicznych utworów i charakterystycznych przebojów.

Niby wszystko jest w porządku na tym albumie, zwłaszcza przybrudzone brzmienie, ale jednak jest niedosyt. Za mało hitów i energicznych utworów. Mógł to być znacznie ciekawszy album, ale najważniejsze że przyczynił się do reaktywacji Witchfynde. Czyli spełnił swoje zadanie.

Ocena: 5/10

czwartek, 29 maja 2014

UNREST - Bloody Voodoo Night (2001)

Jeśli chodzi o niemiecki Unrest to ich najlepszy okres przypada na lata 90 i mniejszym zainteresowaniem cieszyły się późniejsze dwa wydawnictwa tej formacji. Ta niemiecka kapela pokazała, że można grać wtórny, ale zarazem bardzo udany heavy metal wzorowany na Accept i Grave Digger. Pierwsze płyty charakteryzowały się przebojowym charakterem i dopracowanym materiałem. Zespół musiał się zmierzyć z kilkoma przeszkodami, ale w końcu w 2001 wydali „Bloody Voodo Night”, który został dość chłodno przyjęty.

Problem tkwił w tym, że kapela dalej grała swoje, dalej bawiła się w klonowanie Accept i Grave Digger, nie ryzykując nagrywając coś innego. Ale to nie jedyny problem. Najgorsze jest to, że kapela Unrest robi to tym razem trochę nie udolnie. Niektóre kompozycje są średnie, innym też czegoś brakuje, co sprawia że materiał jest nie równy i pozbawiony takiej dynamiki co poprzednie. Wynika to bez wątpienia z innego składu. Zostali właściwie wokalista Sonke i gitarzysta Klaus. Jednak nawet i oni nie dają z siebie wszystko. W takim „Master Of Disguise” słychać jak Sonke nie radzi sobie ze śpiewaniem. Brakuje tej pewności siebie i drapieżności. Nie brakuje grania pod Accept i znakomicie to słychać w „Party Tonight”, który jest solidny utworem i z pewnością jednym z tych najlepszych z tej płyty. Zaniedbano tutaj bez wątpienia brzmienie i nawet perkusja brzmi dość często jak automat i słychać to dość dobitnie w energicznym „Stars Would Shine at night”.

Ten album nie jest tak dobry jak poprzednie to fakt, ale warto po niego sięgnąć choćby ze względu na znakomity początek, w którym zespół daje popis swoich umiejętności. Przybliża nam twórczość Grave Digger i niemiecki heavy metal. Ostry „Runaway”, przebojowy „Redlight fantasy” czy „Straight To My heart” to bez wątpienia najważniejsze utwory z tej płyty i dobry powód, żeby mimo wszystko sięgnąć po ten album. Spadek formy jest zauważalny i powodów tego jest kilka, ale Unrest i tak się wpisał do historii niemieckiego metalu.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 28 stycznia 2013

DRAGONHAMMER - Blood Of The Dragon (2001)


Jeśli szukać specjalistów od power metalu z symfonicznymi elementami to tylko na terenie Włoch. To właśnie stamtąd wywodzą się największe i najbardziej znane kapele, takie jak RHAPSODY, czy DOMINE, a pośród tych znanych można znaleźć również mniej znane, zespoły grające na nieco niższym poziomie, ale w dalszym ciągu podtrzymując solidność tej sceny metalowej. Jednym z takich zespołów, który gra melodyjny power metal z elementami metalu symfonicznego i progresywnego jest DRAGONHAMMER. Ta formacja zaistniała na scenie metalowej w dużej mierze, za sprawą solidnego i melodyjnego debiutu „Blood Of The Dragon” i to właśnie na tym albumie chciałbym się skupić w tej recenzji. Na pewno nie jeden z was zastanawia się czy jest to wydawnictwo godne uwagi? Czy krążek jest dopracowany, melodyjny i czy wyróżnia się czymś na tle innych?

DRAGONHAMMER to formacja która została założona w 1999 roku z inicjatywy Maxa Aguzzi i zespół wpisał się w nową falę epicko rycerskiego metalu, którą prezentował choćby RHAPSODY. DRAGONHAMMER podpiął się pod ten charakter, czy też styl który charakterystyczny był dla RHAPSODY, ale nie tylko, bo przecież kapela ta czerpała garściami z formacji progresywnych jakie pojawiły się na przełomie stuleci na włoskiej scenie metalowej. W 2001 r kapela wydała swój debiutancki album „Blood Of The dragon” na którym kapela zaprezentowała ciekawy styl łączący epicki, czy też rycerski charakter znany z DOMINE z stylem RHAPSODY oraz nieco progresywnego klimatu. Styl może i ciekawy, ale nie obeszło się bez wpadek, niedociągnięć, a wszystko właściwie leży w kwestii wykonania, czy też umiejętności muzyków. Tutaj zawodzi bez wątpienia lider Max Aguzzi, który jest przeciętnym muzykiem, albo co najwyżej dobrym, który grać potrafi. To on jest odpowiedzialny za partie gitarowe i wokalne, czyli można śmiało stwierdzić że w obu tych sferach brakuje dynamiki, zaangażowania i wszystko brzmi dość średnio. Choć mamy teksty o smokach, mieczu, bojowej chwale, to jednak potrafią momentami nieco znudzić słuchacza, nieco monotonnym, rutynowym charakterem, a także tym co wyprawiają muzycy, zwłaszcza za sprawą Maxa, którego wokal jest taki momentami męczący, taki bez mocy, zaś jego partie gitarowe choć melodyjne i dość szybkie to jednak też niczym się nie wyróżniają i też potrafią nieco wymęczyć słuchacza. Klawisze może i dodają uroku stylowi DRAGONHAMMER, choć też brzmią jakby były powciskane na siłę, gdzie się tylko da bez większego zastanowienia. Sekcja rytmiczna też bez większego szału, ale jednak wszystko utrzymane na dobrym poziomie. Tak samo można opisać materiał, który może jest i zróżnicowany, to jednak też potrafi nieco zmęczyć, znużyć.

Co znajdziemy na płycie? Dynamiczny, melodyjny, podniosły „Legend”, który brzmi jak miks RHAPSODY i HAMMERFALL. Dobrze wypada również szybki, power metalowy „Dragonhammer” i jest to również jeden z wielu utworów, gdzie jest potencjał, dobry pomysł, ale nie w pełni wykorzystany, brakuje tu gdzieś więcej energii, może zadziorności. Bardzo fajną melodię wygrywaną przez klawisze posiada „Age of Glory”, z kolei ballada „Scream” ma ciekawy klimat i potrafi zauroczyć piękną formą. „You Kill” to z kolei jeden z najlepszych utworów na płycie, z dynamicznym motywem, dużą melodyjnością, gdzie spotyka się rycerskość i epickość. W „Fire” pojawia się za to więcej progresywności, co też sprawia, że kawałek ciekawie brzmi, jednak i tutaj czegoś brak. Nie brakuje dobrych melodii na tym wydawnictwie i kolejnym tego dowodem jest szybki „Blood In The Sky”. Są utwory godne uwagi, melodyjne, dość dynamiczne, ale też sporo niedociągnięć i słabszych momentów, które potrafią wystawić cierpliwość słuchacza na próbę.


„Blood Of The Dragon” to solidny, dobry album z muzyką power metalową taką nieco w stylu DOMINE, czy RHAPSODY, szkoda tylko że to wydawnictwo nie jest bez wad, które ciągną ocenę na dół. Tymi wadami jest wokal, monotonne, czasami bez energii partie gitarowe czy kilka niedopracowań w sferze kompozytorskiej. Dobry album, który warto obczaić choćby z ciekawości i choćby dla tych paru dobrych kawałków.

Ocena: 6.5/10

środa, 16 stycznia 2013

INSANIA - Sunrise In Riverland (2001)

HELLLOWEEN miał przeogromny wpływ na gatunek power metal, to oni przyczynili się do jego narodzin i rozpowszechnienia. Miał tak ogromny wpływ, że narodziło się pełno kapel, która starało się stać kopią tego zespołu. Na myśl przychodzi oczywiście TRICK OR TREAT czy też szwedzki zespół INSANIA. Obecnie zespół ten gdzieś zapadł się podziemie, ostatni album ukazał się w 2007 roku, a ich najlepszy okres przypada na początkowy okres działalności. I choć kapela została założona w 1992 r, a ich najlepsze płyty ukazały się w okresie 1999 – 2003, to jednak albumy brzmią wciąż świeżo, a kapela jest najlepszym przykładem, że można tworzyć muzykę pokroju HELLOWEEN i STRATOVARIUS nie odbiegając zbytnio od poziomu prezentowanego przez te kapele. Czy jednak kopia może być tak genialna jak oryginał?

Niestety, ale nie. HELLOWEEN czy STRATOVARIUS to pionierzy i fachowcy w swojej dziedzinie. INSANIA choć nie nagrała albumu, który by miał taki wpływ na gatunek co np. HELLLOWEEN i ich „Keeper Of The seven Keyes” to jednak udało im się stworzyć ciekawy styl, który apogeum osiągnął moim zdaniem na albumie „Sunrise In Riverland” z 2001 r, gdzie można wytknąć im podobną radość, podobną melodyjność i technikę tworzenia przebojów. A kiedy partie gitarowe duetu Juhano/Dahlin brzmią niczym te Hansena/Weikath, a wokalista David Henriksson to mieszanka Kiske i Koltipelto i nawiązań do HELLOWEEN i klucznika jest znacznie więcej. Mamy podobnie klimatyczną, utrzymaną w stylu fantasy okładkę, czy też czyste, przejrzyste brzmienie. To co charakteryzowało „Keeper Of The Seven Keys” to przede wszystkim przebojowość, niezwykła melodyjność, nieco słodki wydźwięk, taki nieco grzeczny, bez agresywności i znakomita praca muzyków. Tutaj pod tym względem album znów przypomina tamten krążek i nawet niektóre przeboje mają podobny wydźwięk jak te z „Keeper Of The seven Keys part 2” HELLOWEEN. Tak jest z otwierającym instrumentalnym „Finlandia”, który ma podobny styl, charakter i konstrukcję co „Invatation” HELLOWEEN i na tym nie kończą się skojarzenia. Refren „Eagle Fly Free” można się doszukać w „The Land Of The Wintersun” i jest to jedna z najdłuższych kompozycji. Utwór pełen ciekawych, złożonych solówek i nie można mu odmówić dynamiki, czy też zadziorności ,podobne skojarzenia mam w melodyjnym i przebojowym „Lost In Time”, który przesiąknięty jest stylem Kaia Hansena i tutaj to słychać w sferze gitarowej. Słuchając rytmicznego „Heaven Or Hell” można wyłapać patenty charakterystyczne dla STRATOVARIUS i choć kawałek jest nieco wolniejszy i mniej przebojowy, to wpisuje się w standard tego co należy rozumieć jako granie pod dwa wielkie zespoły power metalowe. Też solidną kompozycją jest tutaj „Beware The Dragons” aczkolwiek nieco przesłodzoną i jak dla mnie mało wyrazistą. Jak przystało na power metalowy album wzorowany na HELLLOWEEN czy STRATOVARIUS to musi być ballada, jednak”Angels In The Sky” jest dla mnie średni i jest to bez wątpienia najsłabszy punkt tego albumu. Przede wszystkim jest zbyt długi bo trwa około 8 minut i nie dzieje się w nim za dużo, ot co powtarzanie kilka razy tego samego. Kolejnym wielkim przebojem, takim do bólu przypominającego twórczość HELLOWEEN i „Eagle fly Free” jest „Heading For Tommorow” co zresztą słychać w niemal identycznym refrenie, jednak nie jest to jakiś duży minus, a jedynie plus, że kapela także potrafi stworzyć świetne przeboje, które zapadają w pamięci. „Sunrise In Riverland” to właściwie ta sama formuła, choć tutaj pachnie nieco AVANTASIA i „Metal Opera part I”. Kolejną rozbudowaną kompozycją na płycie jest „Seasons Of Life”, który stara się przedstawić wiele ciekawych melodii i złożonych motywów i wychodzi to zespołowi nadzwyczaj dobrze. Całość zamyka lekki, nieco hard rockowy „Time of Prophecies” , który jest kolejnym przebojem, na który trzeba zwrócić szczególną uwagę podczas słuchania.

Jeśli się lubi twórczość HELLOWEEN czy sTRATOVARIUS, jeśli ma się słabość do nieco słodszego, mniej agresywnego power metalu, z niezwykłą melodyjnością i chwytliwością, jeśli lubi się partie gitarowe w stylu Hansena i wokal wstylu Kiske to trzeba to znać. „Sunrise In Riverland” to bardzo udana kopia „Keeper Of The seven Keys part II” i wg mnie najlepszy album szwedzkiej formacji, która obecnie milczy i nie wiadomo czy pracuje nad czymś nowym, czy może szykuje się ku rozpadowi. Jednak zespół się zapisał się w power metalu dzięki temu albumowi jako klon HELLOWEEN i to całkiem dobry.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 17 października 2011

ICED EARTH -Horror Show (2001)

Niektóre zespoły tak jak ICED EARTH praktycznie cały czas trzymają się kurczowo swojego stylu. Kiedy to zespół w 2001 roku wydał swój szósty album zatytułowany „Horror Show” to już można było się domyśleć, z czym będziemy mieć do czynienia. Szybkie, dynamiczne granie, gdzie wymieszane są patenty heavy/ power metalowe z agresją, brutalnością wyjętą z płyt thrash metalowych. Choć jest to wciąż to samo granie, to jednak na tym krążku można się doszukać kilka innych rozwiązań. Zacząć należy od zmian personalnych w sekcji rytmicznej gdzie pojawili się Steve DiGiorgio i Richard Christy, znani skądinąd z DEATH. Jest mniejsza ilość solówek w porównaniu do poprzednich albumów, jest też mniejsza ilość balladowych momentów. Jednak nie ma to jakiegoś większego wpływu na prezentowany materiał. Jest to do czego zespół nas przyzwyczaił, czyli częste zmiany tempa, przejścia z wolniejszego grania do szybszego, pełnego agresji, do tego klimat i wciągająca warstwa liryczna. Dla jednych jest to „kolejny album ICED EARTH”, dla drugich jedno z najlepszych dzieł amerykańskiej formacji. Jak sam tytuł krążka wskazuje, tym razem liryka opowiada o bohaterach filmów i książek grozy. To jednak jedna strona medalu i jest tylko uzupełnieniem zawartości, która jest bardzo dynamiczna i przebojowa. Już sam otwierający „Wolf” zaliczam do najlepszych kompozycji jakie stworzył zespół. Zawarto w tym kawałku dużą ilość agresji, brutalności, a także melodyjności i duża w tym zasługa Jona Schaffera. W podobnym stylu utrzymany jest również jeden z najostrzejszych utworów na płycie, a mianowicie „Jack”, który opowiada o Kubie Rozpruwaczu Z kolei takim najbardziej power metalowym kawałkiem jest „Jeckyl & Hyde” gdzie główną atrakcją są popisy gitarowe duetu Tarnowski/ Schaffer, bo są agresywne i bardzo chwytliwe.
Na albumie nie zabrakło bardziej heavy metalowych kompozycji jak choćby przebojowy „Frankenstein”, czy też „Im-Ho-tep (Pharaoh's Curse)”, w którym partie gitarowe brzmią naprawdę ciężko i ponuro. Jedyną kompozycją, która pod względem lirycznym i stylistycznym nie pasuje do całości jest ballada „Ghost Of Freedom”. W tym utworze najlepiej można usłyszeć ekspresję oraz pasję jaką niesie ze sobą wokal Matta Barlowa. Na największą uwagę zasługują po raz kolejny najdłuższe kompozycje. Pełen gregoriańskich chórków i epickości „Damian” w którym zespół nawiązuje do filmu „Omen”. Diabelskich klimat, dużo rozmaitych melodii, zmiany temp i motywów i trzeba przyznać, że sporo się tutaj dzieje w ciągu tych dziewięciu minut. Punktem kulminacyjnym tego albumu dla mnie bez wątpienia jest „The Phanthom Opera Ghost” w którym to zespół pokusił się o pewne nowatorskie rozwiązanie, gdzie o to mamy pojedynek wokalny między Mattem, a Yunhui Percifield. A wszystko na potrzeby oddania klimatu dialogu pomiędzy kochankami Erikiem i Christine. Do tego dochodzi zadziorny i bardzo dynamiczny główny motyw poprowadzony przez chwytliwą partię Schaffera, a także przez organy, które dodają podniosłości i nieco patosu owemu kawałkowi. Dla mnie to po dzień dzisiejszy najlepsza kompozycja ICED EARTH. Warty wspomnienia jest również cover IRON MAIDEN, a mianowicie „Transylvania” i wykonanie równie interesujące co w przypadku oryginału. Jest soczyste, przejrzyste brzmienie, urozmaicony materiał, który zawiera piękną nastrojową balladę, kilka agresywnych killerów, a także bardziej rozbudowane kawałki, które wyróżniają się rozmachem, bogactwem i przepychem, jak również oryginalnym klimatem. Co można zarzucić krążkowi to że momentami jest nieco monotonnie oraz w pewnym stopniu wtórność i granie w kółko tego samego, ale po co zmieniać coś co wyniosło zespół na szczyt, co pozwoliło im zaistnieć? ICED EARTH tak grał i tak grać będzie. Jeden z najlepszych albumów amerykanów i to był ostatni album z Mattem Barlowem, który odszedł z kapeli na jakiś czas, by potem powrócić i nagrać jeszcze jeden krążek, ale to już historia na inną recenzję. Ocena: 9.5/10

sobota, 27 sierpnia 2011

GAMMA RAY- No World Order (2001)

Jak brzmiała Gamma Ray na początku lat 90 każdy wie. Nie pewnie, grając pod Helloween, eksperymentując, szukając własnego stylu. Rok 1995 obrót o 180 stopni. Odchodzi Ralf Scheepers powodów wiele, mówi się o jego odległym miejscu zamieszkaniu, czy chęci śpiewania w Judas Priest, ale mało kto wie, że Kai Hansenowi nie podobało się, że nie wkładam on w swój śpiew serca. Gamma Ray zaczynała nabierać swoje charakteru, porzucając nalepkę – zespół byłego lidera Helloween. Końcówka lat 90 to już umacnianie swojej pozycji. Mamy podróże w czasie. No i co ciekawe Kai Hansen był wstanie stworzyć wraz z Pietem Sielckiem innym zespół Iron Savior i działać w nim. Jest rok 2000 r Gamma Ray przypomina o sobie fanom i to the best of „Blast from the past” i nie jest to zwykłe the best of jakie serwuje nam choćby Iron Maiden. Kai Hansen ambitnie podszedł do tego i na grał większość utworów na nowo. Jednak fani wciąż czekali na nowy album GR, pomimo tego że Kai wystąpił w Avantasii i Iron savior. W roku wyszedł „No World Order” i miał wyjść pod skrzydłem wytwórni Noise Records, Niestety została wykupiona przez Sancturay i tak o to pod szyldem Metal is records będący jednym z koncernów tej wytwórni wypuszczony nowy krążek Co ciekawy można go nazwać albumem koncepcyjnym, bo całość oparta jest na opowieściach o spiskowej teorii dziejów, o masonach czy templariuszach, którzy mieli i nadal mają wpły na dzieje i losy świata, w którym żyjemy. Skąd taki pomysł u Gamma Ray? Cóż źródło inspiracji należy szukać w książce ich kolegi. Jak brzmi Gamma Ray w nowym tysiącleciu? Przede wszystkim agresywnie i mrocznie. Nie ma wesołych melodii, nie ma słodzenia jak ostatnio miało miejsce na 2 ostatnich płytach. Zespół nagrał dość ciężki album, a na pewno cięższy i agresywniejszy niż ostanie albumy. Gamma Ray w nowym tysiącleciu czerpie garściami z Judas priest. Zaraz zejdą się malkontenci że to kopia painkillera, rapid fire itp. Jak to Kai fajnie ujął z jednych wywiadów, że nie zrezygnuje z kompozycji dlatego że jest znajoma melodia, albo coś innego. I dobrze zrobił, kto dziś jest oryginalny w 100 %? Kto dziś nie czerpie pomysłów od starszych. Zresztą nawet Helloween za czasów Keeperów były porównywany do Im, czy JP, więc problem tkwi w naszych umysłach. Gamma Ray jest jednym z tych nie wielu zespołów, który trzyma poziom praktycznie od narodzin, nie wypuszcza słabych albumów,a większość z nich jest więcej niż bardzo dobra. Omawiany album jest dla mnie jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym albumem promienistych. Dlaczego? !11 arcydzieł, każdy praktycznie jest inny, każdy ma ws obie ogień, przebojowość, szaleństwo i dozę mroku. A przecież, wciąż jest to Gamma Ray. To jest właśnie geniusz Kai Hansena praktycznie co album to inne wydźwięk, inne pomysły inny klimat, a jednak to wciąż Gamma Ray. Co ciekawe od lat Gamma Ray dostarcza nam nie tylko power metalowej muzyki na najwyższym poziomie, ale też okładki. Ostatnio okładkę rysował człowiek legenda Darek Riggs. Tym razem ktoś inny robił cover. Styl podobny, choć Herviego Monjeauda jest bardziej przyjemny dla oka. Czy tylko mi się kojarzy ona z Brave new World? Co takiego przedstawia? No jak widać, walkę dobra ze złem. Produkcją albumu zajął się ponownie Hansen i Schlachter co wychodzi im znakomicie. Kto najwięcej utworów skomponował? Głupie pytanie. No jasne, że Hansen i doliczyć się można 7 na 11 kompozycji jego autorstwa. Pokaźna liczba, czyż nie.

Dawno Kai Hansen nie raczył nas na albumie intrami. Czyżby nie chęć do takiej formy utworów? A może brak pomysłów? Ostatnie intro było...w 1990 roku. 20 lat po i mamy „Induction” nazwa pewnie każdemu przypomina nazwy intr z Keeper Of The seven keys. Tylko muzycznie i pod względem klimatu są inne. Tamte były instrumentalne, a tutaj Kai Hansen jednak śpiewa i przypominają się krótkie kompozycje z „Land of the free”. Kolejna różnica to klimat. Tam było bajecznie, magicznie i tak w stylu fantasy. Tutaj jest mrok, jest buntowniczość, jest podniosłość. Brzmi to jak otwarcie jakiegoś pojedynku, jakieś bitwy. To tempo, ta melodia i styl aranżacyj i istny epicki klimat, do tego te gregoriańskie chórki i łacina. Najlepsze intro jakie Hansen skomponował. Chwila pózniej i mamy „Dethorone Tyranny” autorstwa Daniela Zimmermanna, który tworzy w swoim autorskim Freedom Call, więc ma doświadczenie, ale jest różnica. Tam wypuszcza ciepłe kluchy, a tu killery, czyżby Kai kontrolował wszystko. Jeden z najszybszych utworów na płycie, jeden z tych najagresywniejszych. Co od razu może rzucić się na słuch to połączenie agresji, drapieżności i dzikości z Judas priest „Painkiller”, takiego nowoczesnego brzmienia, z stylem Gamma Ray wypracowanym na „Land Of The Free”. Mamy tutaj taki bardzo oryginalny i bardzo chwytliwy motyw, a także łatwo wpadający w ucho refren,a le taka jest właśnie Gamma Ray. Ale nie grają w kółko tego samego, ileż tutaj motywów ileż melodii się przewija przez te 4 minuty. Kai poczynił postepy jeśli chodzi o wokal, co słychać w tym utworze, ale najbardziej w „Heart of the Unicron” będący wizją Hansena na temat utworu Judas Priest, a mianowicie na temat „Painkiller” Najbardziej słychać inspirację o wym utworem w głównym riffie, w solówkach, no i przede wszystkim w wokalu i w stylu śpiewaniu zwrotek przez Kai'a Hansena. I słuchaj tu ludzi, że przeciętny z niego wokalista. Pokuszę się o stwierdzenie, że to najostrzejszy kawałek pana Hansena. Hellowen zawsze gdzieś jednak mimo wszystko, gdzieś zawsze towarzyszy muzyce Gamma Ray, może nie w takim stopniu jak kiedyś, ale jednak. No jak tu się oderwać od genialnego Keeper of The seven keyes i „I want Out”? Cóż autocytat w „Heaven or Hell” słyszalny nie tylko w riffie, czy w refrenie? I co z tego? Co źle się tego słucha? Utwór nieco łagodniejszy, nie ma takiej agresji, nie ma takiej dzikości. Ale wciąż słychać wysoki poziom. Łagodny jest nie tylko riff, ale też cieplejszy jest też refren. No i pierwszy raz słyszę tak wyraźnie klawisze w muzyce Gamma Ray, mogliby by czasami więcej tego typu zagrywek stosować. Ktoś powie po co zrzynać od innych, po co nagrywać te same melodie, które ktoś kiedyś nagrał? A po to żeby brzmiało to świeżej i lepiej, a tak jest w przypadku będącego już klasykiem GR „ New world Order” gdzie motyw przewodni zaczerpnięty jest z DEEP PURPLE "Rat Bat Blue" oraz HELLOWEEN "Heavy Metal Hamsters. Kai wykorzystał, przetworzył, dał od siebie patenty z Helloween jak choćby solówka wyjęta z „ I want out” i wyszedł killer. Utwór idealnie się sprawdza na koncertach i nic dziwnego, ze jest grany na każdym. Warto zwrócić na ostrą i nie banalną solówkę Henja. Tak w ogóle pojedynki solówkowe są niczym ta walka dobra i zła z okładki. Spotkałem się z opiniami, że „Damn The Machine” to jeden z najsłabszych utworów na płycie. A nie jest to związane z tym, że kawałek jest nieco inny niż te dotychczasowe? Kawałek jest najcięższy, jest bardziej posępny, bardziej mroczny i taki dość zagrany nowocześnie. Znów sporo się dzieje przez te 5 minut. Sporo ciekawych przeplatających się melodii i motywów. Tak się urozmaica albumy. Jak dla mnie cichy zabójca, bo jest najwolniejszy i zarazem najcięższy. Spece od muzyki, już mogą wytykać kolejny plagiat w „Solid” kolejna zrzynka z judas priest? Oj, nie to jest nowa, lepsza wersja „Rapid Fire”. Z tym,że to nie jest heavy/speed metal, to jest pełną gębą power metal. Ciekawie odświeżony motyw. Znów sporo Kai dodał od siebie, przede wszystkim ciekawą linię wokalną, począwszy od tej w zwrotce, czy tez w dalszej części. Utwór bardzo, dynamiczny i bardzo melodyjny. Znów można się delektować pojedynkiem obu gitarzystów, dzisiaj nieco odpuszczają sobie zespoły w tym aspekcie, a szkoda bo to jest piękno tego gatunku. Kompozytorem jest oczywiście Hansen, tak jak w przypadku „Fire below” i znów często obrzucany błotem utwór. Też kawałek odegrany z takim nowoczesnym zacięciem. Kawałek brzmi oryginalnie. Jest mroczny i ciężki riff. Tutaj nawet to hard rockowy brzmi i ma tutaj na myśli ten feeling w riffie, w skocznym i bujającym refrenie. No i ten tekst o piekielnym ogniu, no to jest co w Gammie zbyt często nie można było spotkać. Utwór inny, ale czyż nie jest dobrze urozmaicić album, czyż nie jest dobrze być oryginalnym? No i Kai pokazał się z nieco innej strony. Końcówka krążka, nie jest słodka jak na poprzednim albumie, a Henjo Richter nie sprzedaje nam tym razem cukru, choć jego utwory i jego styl są nie do podrobienia. Słysze wejście i riff „Follow Me” i wiem, że skomponował go Richter. Utwór ma takie łagodne brzmienie, melodie coś jak „Heaven Or hell”i jest to coś również dla fanów Helloween. No i podoba mi się ten tekst o tym, podążaniu do nieba, lepsza świata. Album promował „The eagle” do którego nakręcano kiczowaty teledysk. Ale nie to jest ważne. Ważne, że mamy kolejny killer, tym razem jest to najbardziej rozbudowana kompozycja, która liczy sobie 6 minut. A dzieje się tutaj sporo, począwszy od ostrych partii gitarowych, ocierających się o geniusz pojedynków na solówki, czy też pełnego uniesień refrenu. W przypadku tej formacji, kontrowersje zawsze budzą ballady, ale tym razem Richter i jego „Lake of tears” to łamacz serc, który sprawia że chce się naprawdę płakać i wylać całe jezioro łez. Dodam, ze to jedna z najlepszych ballad zespołu.

Gamma Ray albo się kocha albo nienawidzi, można dołączyć do fanklubu, słuchać i wielbić ich za muzykę, za pojedynki, za klimat, za energię, za wokal Kai'a,który tutaj jest na najwyższym poziomie, za szaleństwo, albo można stać jak słup i być obojętnym na ich muzykę, ale fakt że to oni trząsa sceną niemiecką i power metalem i tak musisz wziąć pod uwagę. Wybieraj Niebo albo Piekło. Ja wybrałem, a ty? Nota: 10/10

niedziela, 3 lipca 2011

KREATOR- Violent Revolution (2001)

Kreator jako zespół można powiedzieć, że się zrealizował bo nie trzymał się jednego stylu, zaliczył sporo interesujących albumów, które może nie były zbyt entuzjastycznie przyjmowane, ale trzeba jednak pochylić czoło przed muzykami, że to wszystko nie robili dla kasy, jednak po to żeby spróbować czegoś nowego, starali się odświeżać swoją muzykę, a ostatnie albumy są tego dowodem, może nie wiele było w tym starego kreatora, ale jednak te krążki nie można też zaliczyć do hołoty . Zespół długo kazał czekać fanom na powrót do korzeni, ale gdyby tego nie zrobili to kto wie czyby jeszcze istnieli? Tak więc nowe tysiąclecie okazało się powrotem Kreatora na właściwy tor, ten który fanom najbardziej pasował jeśli chodzi o muzykę tej legendy. Na nowy album nie trzeba było czekać zbyt długo bo tylko 2 lata , a przez ten czas zespół zaopatrzył się w nowego gitarzystę - Samai Yli-Sirnio co wg mnie było dobrym posunięciem bo zespołowi była potrzebna świeża krew. Tym razem otrzymaliśmy okładkę, która idealnie prezentuje z tym z czym mamy do czynienia starym dobrym kreatorem. No to tyle tytułem wstępu...

Co można powiedzieć o tym co zawiera album?
Otóż album zawiera 12 kompozycji, w miarę zróżnicowanych i utrzymanych na bardzo wysokim poziomie. Jednak wypada przedstawić to nieco bliżej.
Album otwiera „Reconquering the Throne”, który zaczyna się mocnym,drapieżnym riffem, który przypomina nam stary Kreator. Już sama gra Ventora budzi zachwyt. Ale to nie koniec zachwytów. Kolejną rzeczą jest naprawdę dobra forma Mille, może nie jest tak wysoka jak na początkowych albumach, ale ma już swoje lata, więc jest to zrozumiałe. Pod względem instrumentalnym jak i tekstowym kawałek niszczy. Już dawno nie słyszałem tak ostrego utworu w wykonaniu zespołu, troszkę mi brakowało tego na poprzednich albumach. Mocne riffy, drapieżność i te pomysły,hmm moc. Zaraz po ostrym wejściu przyszła kolej na lekkie przystopowanie w postaci 1minutoweego instrumentalnego - „The Patriarch”który jest jedynym tego typu kawałkiem. Czy potrzebny czy nie, pasuje do całości i daje nieco odetchnąć tylko może w złym miejscu zastosowany? Kwestia może i sporna, ale ja bym go nieco inaczej usadowił. A jeśli o same wykonanie, to nie ma się do czego przyczepić, zostało to dobrze zagrane. Zespół zawsze miał smykałkę do robienia znakomitych tytułowych utworach czy to na starych albumach czy nawet tych nowszych. Tym razem też się postarali i dali nam fanom prawdziwy killer, na miarę ich umiejętności - „Violent Revolution” .Zaczyna się od razu z mocnego kopa, zapadającym riffem a to przez jego melodyjność. Ciężej się robi podczas zwrotek i może nie jest szybko to jednak utwór wgniata w fotel. Refren, krótki i zapadający w pamięci no bo jak nie z pamiętać prostej frazy : Violent revolution? Co przesądza jeszcze o genialności tego utworu? Na pewno nie banalne partie gitarowe i tutaj panowie się popisali. Numer 4 na albumie to „All of the Same Blood (Unity)” i tutaj mamy do czynienia z typowym utworem dla tego zespołu. Szybki, drapieżny i naprawdę ostry i do tego długi co jest dużym plusem. Bardzo dobrze się spisują w tym wałku zwolnienia no bez tego było to łojenie w kółko, a tak mamy świetnie rozbudowany utwór. Tak ,po raz kolejny gitarzyści popisują się znakomitym kunsztem, wystarczy posłuchać solówki i wszystko zdaje się być jasne.
Kolejną odskocznią od szybkich wałków jest „Servant in Heaven - King in Hell” w którym dominuje wolniejsze tempo co nie oznacza że utwór nie ma ognia. Choć początek jest spokojny, to jednak gdy wchodzą gitary to robi się bardzo melodyjnie i to jest rzecz, która cechuje ten wałek. Najlepszym przykładem są partie gitarowe. W tym utworze bardzo umiejętnie się przeplata nieco cięższy klimat z tym nieco bardziej łagodniejszym. Mocnym punktem albumu jest „Second Awakening” który jest kolejnym ostrym utworem, pełnym agresji i dzikości. I takie oblicze zespołu najbardziej mi pasuje. Oczywiście nie zabrakło też miejsca na melodyjność czy krótkie zwolnienia ,ale największą frajdę sprawia mi słuchanie refrenu. Dobrze prezentuje się „Ghetto War”- choć nie rzuca na kolana, to jednak od mówić mu niczego nie można. Dobra praca muzyków, ciekawe tempo i całkiem udany refren, jednak jeśli miałbym wskazać najsłabszy utwór to wskazałbym właśnie na ten utwór. Mocnym punktem albumu jest „Slave Machinery” w którym bardziej postawiano na techniczne granie niż jakieś szybkie napierdalanie, ale i tak utwór jest godny uwagi ze względu na partie gitarowe oraz mocny wokal Petrozzy. O szybsze bicie serca przyprawia mnie kolejny killer na tym albumie- „Bitter sweet Revenge”który jest typowym dla kreatora utworem, w którym zostało zawarte wszystko to co najlepsze w Kreatorze.
Kolejny numer na krążku to „Mind On Fire” to kolejny interesujący utwór, w którym największy podziw wywołał u mnie riff, który może nie jest ostry, ale pomysłowy i to jest najważniejsze.
A album zamyka „System decay” którym jest również świetnym utworem w którym imponująca gra Ventora idealnie pasuje do riffów wykrzesanych przez obu gitarzystów. Bardzo udane są zmiany temp gdzie raz jest szybciej a raz wolniej i tak naprawdę utwór nie ma wad.

Ponad 10 lat zespół kazał czekać na album tego pokroju, na album w stylu typowym dla zespołu, albumu który będzie zawierał to co najlepsze w kreatorze. W końcu zespół poszedł po rozum do głowy i nagrali to na co fani czekali już od długiego czasu, albumu w stylu który prezentowali na początku kariery. Może nie dorównali swym największym dziełom,ale porażki też nie ponieśli, bo nagrali naprawdę bardzo dobry materiał, którego nie powinni się wstydzić. I jest to album dzięki któremu zespół wrócił na właściwy tor i zrobili wielką przyjemność fanom bo jednak Kreator to dla nich ten grający thrash anie jakieś industrial czy też nawet death. I myślę że te gatunki niech zostawią innym. którzy się w tym specjalizują . Za ten album dam 9/10 i myślę że warto znać ten go. Polecam.

sobota, 2 lipca 2011

HELLISH WAR - Defender Of Metal (2001)

Nie wiem w ówczesnym świecie za dużo kombinowania, za dużo komercji i dążenie do sławy przez kopiowanie innych, aby dojść po trupach do celu jakim jest wieczna sława i pieniądze. No cóż przeraża mnie taki świat, więc postanowiłem sobie zafundować podróż w przeszłość w wykonaniu Hellish War na „Defender of Metal”, która jest przykładem tego, że choć zespół młody to jednak można grać jakby to były lata 80, gdzie liczyła się pomysłowość aranżacja oraz granie z miłości do muzyki, a nie tylko mechaniczne nagrywanie albumów, które tak naprawdę z każdym rokiem tracą na wartości. Zespół choć młody to jednak po swojej muzyce nie daje o tym znać, bo brzmi to wszystko jak doświadczonych muzyków co jest już dużym plusem. A zespół ma póki co 2 znakomite albumy na swoim koncie. I możecie wierzyć lub nie są to krążki na bardzo wysokim poziomie. Nigdy jakoś nie padałem z nóg przy brazylijskich zespołach, ale ten mnie zniszczył.
I powiem wam ,że to w ogóle nie brzmi jak brazylijski zespół.

Album składa się 11 kompozycji utrzymanych w stylu heavy/power metalu.
I nie ma mowy o wypełniaczach czy też potknięciach o czym sami się przekonacie.
Wszystko rozpoczyna udane intro - „Into the Battle” który idealnie oddaje klimat tego co nas będzie czekać no i zdradza że teksty będą do tyczyć kwestii wojowników ,bitw itd.
Dalej już zaczyna się ta właściwa cześć albumu- „Hellish War”- to prawdziwa uczta dla fanów takiego grania. Znakomita mieszanka heavy i power metalu. Zaczyna się bardzo chwytliwym riffem ,który przypomina czasy Helloween, kiedy na wokalu był Kai. Surowość, drapieżność oraz ta melodyjność, przypomina właśnie ten okres. Co mnie od razu zniszczyło w tym zespole to znakomity wokalista- Roger Hammer, który sprawia wrażenie jakby śpiewał od 20 lat, niesamowita charyzma. Na co jeszcze należy zwrócić uwagę w tym utworze?
Oczywiście na niszczycielskie solówki gdzie mamy naprawdę niesamowity pojedynek
Joba oraz Vulcano . A chwytliwy refren jest tylko dopełnieniem doskonałości tego killera.
We Are Living For the Metal”-może brzmi znajomo, może ma obstukany tekst czy też refren, ale czy to grzech? Ważne że utwór niszczy pod każdym względem ,a słuchanie go dostarcza większej przyjemności niż słuchanie po raz n-ty skostniałego Helloween czy tez innych tego pokroju zespołów. Utwór posiada znakomitą warstwę instrumentalną o czym świadczy nie tylko riff ale też powalające solówki. Że wokalnie jest genialnie chyba nie muszę wspominać?!
Zawsze i wszędzie, choćbym nie wiem po jaki album sięgał czy to rock, power czy heavy to ogromne znaczenie dla mnie ma tytułowy utwór, to on ma być czymś szczególnym, wyznacznikiem albumu ,coś co mnie zwali z nóg, no myślę że „Defender of metal” jest tego najlepszym przykładem. Idealnie przedstawia to w czym jest album zakorzeniony i czego można się spodziewać po reszcie. Oczywiście mamy do czynienia z kolejnym killerem, utrzymanym w miarę szybkim tempie. Drapieżne partie gitarowe przykuwają moją uwagę i myślę że nie tylko moją.
Znów wyszedł im bardzo fajny refren, nieco spokojniejszy ale łapiący za serce. Czego jest pełno na albumie,to długich utworów od 6minut nawet po 11, mniej jest tych krótkich, a w sprawach długich wałków zawsze podchodzę z dystansem, bo jednak takie utwory powinny być czymś najlepszym co może spotkać słuchacza, powinny być dowodem, że członkowie zespołu mają sporo pomysłów na swoją muzyką. Przykładem tego jest „The Sign”- choć utwór trwa ponad 6 minut to jednak pobudza swoją naprawdę mistrzowską aranżacją. Drapieżne riffy świetnie współpracują z genialnym głosem Rogera. Oczywiście mamy tutaj zmiany temp,sporo interesujących partii gitarowych i wiele innych smaczków. Wciąż mało, wciąż nie czujecie satysfakcji? No to proszę wsłuchać się w kolejny niszczący utwór- „Gladiator” toż to kolejny rozbudowany utwór, trwający ponad 6 minut, ale są to minuty przepełnione znakomitych sekcji gitarowych, w których melodyjność to podstawa, surowości też nie brakuje, a Roger Hammer jest pięknym dodatkiem do tak fantastycznej warstwy instrumentalnej. Mamy tutaj bardzo chwytliwy refren który zostaje na długo, ale największą atrakcją są solówki w wykonaniu Joba i Vulcano. Wielki Manowar przypomina mi kolejny utwór „Into the Valhalla” ale to nie tylko pod względem tekstowym, ale i też muzycznym wystarczy posłuchać choćby początku. Aha bym zapomniał dodać że to jest instrumentalny utwór, krótki bo trwa 3 minuty jednak czy jest na miarę poprzednich, no raczej nie. Jest tylko dobrze, uważam że jednak można było to zrobić lepiej.
Końcówka albumu jest pasjonująca bo mamy aż 3 długie wałki trwające po 10 minut!
Pierwszym z nich jest „Secret sword” który jest utworem może nie najwyższych lotów to jednak złego słowa nie mogę powiedzieć o tym utworze. Dobre partie gitarowe,choć nieco monotonne momentami, oraz warte uwagi popisy Rogera za sitkiem. Najmocniejszym punktem są solówki ,bo bez nich było by słabiutko. W podobnej stylizacji utrzymany jest drugi długi wałek „Memories of A Metal”,choć wg mnie ma większego kopa, no i jest bardziej energiczny. Podobają mi się liczne zmiany temp oraz niesamowite partie gitarowe, które stoją tutaj na wysokim poziomie.
Na albumie mamy jeszcze jeden instrumentalny utwór- „Feeling of Warriors”-który jest dobrze zagrany, ale na tym koniec bo nic specjalnego w tym utworku nie ma. A najlepsze co może być to zakończenie z wykopem - „The Law of the Blade” to 10 minutowy utwór który jest idealnym podsumowaniem albumu, mamy wszytko to co najlepsze z tego albumu, wszytko to co świadczy o potędze zespołu. Najbardziej niszczą zmiany temp oraz imponujące solówki, które zmieniają się od szybkich po nieco wolniejsze a wszystko jest przyprawione ostrością i drapieżnością oczywiście zachowane w harmonii z melodyjnością. Jeśli ktoś nie wie czy sięgnąć po ten album to polecam zapuścić ten utwór i już wszystko jasne.

Można teraz śmiało przejść do konkluzji "Obrońca Metalu" to idealna płyta dla tych którzy wielbią lata 80 , dla tych którzy nie mogą usiedzieć przy heavy/power metalu, ale czy tylko dla tych osób. No cóż uważam, że każdy powinien znaleźć coś dla siebie, no wiadomo że ktoś nie siedzi w takim graniu,to jednak ciężko żeby się w końcu przekonał. Ale album zasługuje na uznanie choćby z względu na utrzymanie wysokiego poziomu pod każdym względem, same kompozycje proszą się o owację na stojąco. Owa surowość jaka tutaj panuje okazała się kluczem do sukcesu no bo nie wiem jak inni ,ale nie wyobrażam sobie tego w nowoczesnym brzmieniu . Kolejnym wyznacznikiem genialności albumu to muzycy którzy stworzyli muzykę na ten album ,pozwolę sobie wyróżnić Hammera,Joba i Vulcano! Czy album ma jakieś wady? Hmm mam 2 -3utwory które nieco nie pasują mi do tej układanki, nieco ciągną album na dół. Ale tak czy siak mamy do czynienia z znakomitym albumem, to też ocena moja na dzień dzisiejszy 9.5/10

piątek, 24 czerwca 2011

PRIMAL FEAR - Nuclear Fire (2001)

Judas Priest i ich przesławny album o tytule „Painkiller” odniósł tak duży sukces, że wiele zespołów nagle zaczęło czerpać garściami ze swoich idoli. Ileż to zespołów, wybrało się w te rejony, zwłaszcza w rejony painkillerowskie. Jednym z tych zespołów, które uzyskały najlepszy wynik zbliżając się do oryginału jest nie kto inny jak niemiecka ekipa grająca pod Judas Priest – Primal Fear. Zespół wydając swój 3 album „Nuclear Fire” znów przypomniał światu jaki to ważny dla heavy metalu był i jest album judasów. W składzie zaszła drobna zmiana, gdzie w miejsce Naumana przyszedł Wolter i jak się okazało był to strzał w dziesiątkę, bo pomiędzy 2 gitarzystami jest chemia, jest zrozumienie, a obaj wyczyniają cuda, co można usłyszeć na wspomnianym albumie. Okładka typowa dla tego zespołu, choć kolorystycznie bardziej mi odpowiada niż poprzednie. No i produkcja to kolejny element, który należy pochwalić, wszystko zostało dopieszczone na maksa. Na pierwszy rzut poszedł „Angel In Black” nieco dziwnych odgłosów w tle i wkracza Ralf rozwala swoim głosem wyciągając długo i bardzo wysoko „aahhh” niczym Halford. Riffy też nasuwają nam nic innego jak Painkillera judasów. Pomimo rejonów painkillerowskich, słychać tutaj stary Primal Fear, w którym dominuje przebojowość oraz chwytliwe i proste refreny. Co mnie też zadziwia na tym albumie, to solówki, których nie powstydziłby się sam duet Downing/Tipton. Odniesień do albumu judasów nie brakuje także przy kolejnej kompozycji zwanej „Kiss of Death” gdzie zapala nam się czerwona lampka i wyświetla „Hell Patrol” zwłaszcza to słychać na początku. Oprócz ciężkiego i zadziornego riffu należy także pochwalić bujający refren. Po raz kolejny można wzdychać przy popisach gitarzystów, bo są to sola nie byle jakie, a zagrane z pasją do muzyki, a to słychać. Najszybszym i najdrapieżniejszym kawałkiem na płycie jest „Back From Hell” i nie dziwię się że tematycznie wiąże się z piekłem kiedy takie partie gitarowe tutaj występują. Tutaj z painkillera wyjęty jest wokal w zwrotkach. Refren natomiast taki w stylu Primal fear. Przy takiej petardzie również nie mogło zabraknąć szybkich i chwytliwych solówek, a takowe są w tym utworze. Trzy powyższe genialne kompozycje w sposób prosty posłużyły do dalszej weryfikacji albumu. „Now or never” zagrany z pasją do wolniejszego tempa, utrzymany w podobnym klimacie, gdzie dominuje ciężar, aczkolwiek wyzbyto się szybkości i melodyjności. Riff jakiś taki nieco mało wyrazisty, za to refren jest warty wzmianki przy każdych dyskusjach na temat heavy metalowych refrenów. Tak znów genialne solówki, które ratują całość, przed większym upadkiem. Nie na korzyść jest też czas trwania tego utworu: ponad pięć minut i szkoda, bo to trochę pod koniec staje się nieco nudnawe. Jednym z takich moich faworytów jest choćby taki „Fight the fire”. Szybki, ostry, niczym zagrany na wzór thrashowego łojenia, aczkolwiek wszystko jest utrzymane we wzorze judasów. Jest to gitarowe i chwytliwe, do tego ten refren też prosty, aczkolwiek ma swój urok. Nieco mniej przekonuje mnie taki „Eye on a Eagle” utrzymany w stylistyce judasów. Nieźle wypada zwolnienie tempa, choć to wszystko przemija po jakimś czasie i czar pryska. Refren tez jakiś taki bez pomysłu, niczym się to nie wyróżnia, jedynie znów można się delektować nie zwykłem kunsztem gitarzystów. Ballady to ciężki kawał chleba, bo można zawsze łatwo spaprać. „Bleed For me” jest dobrze, jest jakiś pomysł, ale dlaczego to nie ma jakiejś pięknej melodii przewodniej. Dlaczego ten refren jest taki mało porywający? Na te pytania pewnie odpowiedzi nigdy nie poznam. Klasykiem z tej płyty i prawdziwym nr.1 dla mnie jest tytułowy „Nuclear Fire”. Rasowy kawałek utrzymany w stylistyce judasów, choć tutaj jakby więcej power metalu się kłania. Poza szybkością i drapieżnością można tutaj także usłyszeć bardzo chwytliwy refren i nic dziwnego, że kawałek jest grany na każdym koncercie. Ten utwór powinien być wzorem dla innych zespołów jak należy grać power/heavy metal z atrakcyjnymi melodiami.”Red Rain” kolejny wyśmienity kawałek utrzymany w średnim tempie, gdzie znakomicie prezentują się melodie oraz popisy wokalne Ralfa. Podoba mi się to w jakiś utwór został przyrządzony, skomponowany. I tutaj znów można posłuchać, jak Primal Fear w swoim złotym okresie tworzył znakomite i bardzo porywające refreny. Jednakże ja oraz cała brać metalowa kieruje swoje oczy w przypadku tego albumu swoje oczy i uszy w szczególności na kawałek, który jest bonusem a zwie się on „Iron fist in Velvet glow” tytuł nadawałby się do Manowar. Co mnie urzekło w tym kawałku to refren oraz połączenie piękna z muzyką heavy metalową. Nie zawsze piękno znaczy pedalstwo, i nie zawsze wolniejsze tempo czy akustyczna gitara świadczy o słabym utworze. Przed ostatni utwór to „Fire on the Horizon”, który znów jest drapieżny i przedstawia jak należy grać chwytliwy heavy/power metal. Takich utworów w wykonaniu tego zespołu bardzo fajnie się tego słucha, za każdym razem. Na koniec również bardzo udany kawałek „Living For Metal” gdzie znów mamy nieco wolniejsze tempo,aczkolwiek zespół nie popuszcza z poziomu. Jedynie nieco refren może nieco irytować, ale jest to wybaczalne.
Efekt końcowy albumu znakomity, są killery, są nawiązania do judasów i painkillera. Jest energia, jest ciężar i melodyjność. Jest heavy jest i Power Metal, więc każdy coś znajdzie dla siebie. Jest to jeden z ważniejszych krążków w roku 2001 i jest to również znaczący album dla Primal fear, gdzie przez wielu fanów uważany jest za ich najlepsze dzieło. Nota: 9,5/10