Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 czerwca 2014

SOLSTICE - Solstice (1992)

Rok 1992 był bardzo ważnym rokiem dla gatunku death/thrash metal. Wtedy to właśnie ukazał się debiutancki album amerykańskiej formacji Solstice, która powstała w 1990 r. Mało znana wówczas kapela nagrała wyjątkowy album, który pokazał, że można połączyć death i thrash metal, że można grać brutalny i bez kompromisowy metal, w który liczy się złowieszczy wydźwięk i brutalność. Debiutancki album „Solstice” stał się klasykiem i albumem dający podwaliny pod ten styl. Każdy kto lubi Exhorder, Demolition Hammer czy Incubus powinien powinien to mieć na swojej półce.

Amerykanie nie bawią się z nami w ciuciubabkę i właściwie ruszają z kopyta. Nie ma tutaj prób złagodzenia materiału, nie ma jakiś nie potrzebnych dłużyzn i zbędnych wtrąceń. Zespół stawia tutaj przede wszystkim na prostotę, na technikę i brutalność. Rob Barrett dzięki swojemu wokalowi, dzięki swojej agresywnej manierze uczynił ten album taki jaki powinien być. Bowiem jest tutaj ten charakterystyczny death metalowych charakter. „Eternal Waking” to znakomity przykład jak znakomicie Rob odnajduje się w swojej roli. Słychać ten brutalny wydźwięk i duże ilości death metalu. Gdy się wsłuchamy w partie gitarowe to rozpoznamy thrash metalową konwencję i tutaj też zadbano o technikę i dynamikę. Dzieje się sporo i każdy kto lubi takie dźwięki doceni wyczyn amerykanów. „Survival Reaction” czy „Netherworld” ukazują thrash metalowe granie i to w znakomitym wydaniu. Płyta jest agresywna i pełno tutaj szybkich utworów, a jednym z moich ulubionych utworów jest tutaj „Aberration”. Jest na tej płycie nie tylko agresja, ale też i ciekawe melodie i tutaj za przykład niech posłuży „Catalysmic Outburst”. Do tego wszystkiego dochodzi mroczny, wręcz ponury, taki gęsty klimat. Znakomicie go też uchwycono na okładce i tutaj Ed Repka odwalił kawał dobrej roboty.

Dla fanów brutalnego death/thrash metalu w stylu Exhorder czy Incubus debiutancki album Solstice jest pozycją obowiązkową. Zero komercji i słodkich melodii, tylko 100% brutalności i agresji. Najlepszy album Solstice i tyle w temacie.

Ocena: 8/10

sobota, 28 grudnia 2013

KILLERS - Murder One (1992)

W historii heavy metalu nie raz się zdarzyło tak, że jakiś muzyk, najczęściej wokalista po zdobyciu sławy, po przekonaniu słuchaczy do swojego talentu nie potrafił się odnaleźć w dalszej swojej karierze. Przypadki kiedy to znakomity wokalista po odejściu od macierzystej kapeli, która przyniosła mu sławę nie umiał zagrzać nigdzie stałego miejsca pojawiały się i jednym z nich jest były wokalista Iron Maiden – Paul Di Anno. Ten charyzmatyczny wokalisty o mocnym, nieco punkowym wokalu przyczynił się do tego że dwie pierwszy płyty żelaznej dziewicy to klasyki i perełki NWOBHM. Jednak Paul ze względu na swój punkowy tryb życia musiał się pożegnać z rolą wokalisty w tym zespole i tak mu pozostała kariera solowa. Tutaj pojawiło się wiele projektów i zespół, ale na szczególną uwagę zasługują właściwie dwa. Pierwszy Battlezone wg mnie jest najlepszym tym co robił Paul po Ironach, zaś drugi zespół Killers to kolejny ciekawy zespół, w którym Paul pokazał mocniejsze grania, później nawet bardziej nowoczesne. Mamy rok 2013 i warto sobie przypomnieć o Killers bo Paul reaktywuje ten zespół i sygnałem że tak jest może być wieść, że w przyszłym roku ma się ukazać nowy album. Zaś w tym roku ukazały się nowe wydanie dwóch albumów i wydania koncertowego.A teraz skupmy się na pierwszym albumie Killers zatytułowanym „Murder One”.

Stylistycznie Paul Di Anno z zespołem Killers nie grał az tak odmiennej od muzyki od Battlezone, bo dalej to była muzyka w której było coś z heavy metalu, hard rocka. Nawiązań do Iron Maiden aż tak sporych nie ma i tutaj słychać, że Paul Di Anno chciał stworzyć swój własny styl, aniżeli podążać drogą już wydeptaną przez Iron Maiden. Pojawiają się za to wpływy amerykańskiej sceny, wpływy Judas Priest czy Saxon. Materiał na płycie jest urozmaicony i nawet znalazło się miejsce na cover T-rex i Iron maiden. „Children Of Revolution” niestety jest drętwy i brzmi jakby został oddarty z tego co było w nim piękne. Zaś „Rember Tommorow” brzmi dość świeżo i brzmi całkiem dobrze. Płyta przede wszystkim dobrze się zaczyna bo od agresywnego i dynamicznego „Impaler” w którym słychać niezłą formę Paula, który śpiewa dość agresywnie i momentami przypomina frontmana Grave Digger. Nawiązania do Judas Priest w poszczególnych partiach gitarowych czy solówkach słychać dość wyraźnie i dobrym przykładem jest tutaj „The Beast arises”. Płytę od monotonni i nudy ratuje nie tylko Paul Di anno, ale Cliff Evans i Nick Burr, którzy są odpowiedzialni za warstwę gitarową. Dobre wyczucie rytmiczność, pomysłowość i dbałość o jakość to jest coś co ich wyróżniało i czyni ten album dość dobrym w swojej kategorii. „Takin No Prisoners” to jeden z tych wolniejszych, hard rockowych momentów na płycie, ale nie oznacza to że sama kompozycja jest słaba i nie godna uwagi. Jednym z najlepszych utwór na płycie jest szybki, energiczny „Marschall Lockjaw” . Swój urok też ma stonowany, nieco mroczniejszy „Awakening” .



Debiutancki album Killers pojawił się w ciężkim czasie dla heavy metalu i ledwie został zauważony. Płyta jest solidna, ale też nie pozbawiona wad i niedociągnięć. Udało się znaleźć Paulowi miejsce w metalu, niestety nie na długo. Bardzo udany debiut na którym nie brakuje agresji, dobrych melodii czy ciekawych aranżacji. Mimo upływu lat płyta wciąż się broni i robi dobre wrażenie i to nie tylko na fanach talentu Paul Di Anna. Polecam!


Ocena: 7.5/10

niedziela, 15 września 2013

ORACLE - Selah (1992)

Gdy zobaczyłem pierwszy raz okładkę jedynego albumu zespołu Oracle pomyślałem sobie wygląda intrygująco. Ciekawy dobór kolorów, ciekawy motyw na okładce i do tego nazwa zespołu, która potrafi wzbudzić zainteresowanie. O tej kapeli nie dowiecie się za dużo, ale czy to jest istotne? Czy naprawdę interesuje was to, że kapela została założona w 1990 roku, że nagrała jeden album i się rozpadła? Bardziej was powinno zainteresować co gra ta młoda amerykańska kapela? Z kogo czerpie najbardziej w swojej muzyce? Jak brzmi ich debiutancki album „Selah”, który się ukazał w 1992 roku? To są ważniejsze pytania, na które odpowiedź warto znać.

Styl Oracle można zdefiniować jako heavy/power metal z domieszką thrash metal. Ten amerykański charakter bardzo dobrze tutaj został uchwycony. Każdy kto lubi twórczość Metal Church, Heretic, Raven czy Watchtower polubi też to co gra Oracle. Choć w ich muzyce nie brakuje też wpływów sceny thrash metalowej czy też heavy metalowej prosto z Europy. Słychać gdzieś w tym wszystkim echo Judas Priest, Black Sabbath czy Iron Maiden. Kapela na swoim debiutanckim albumie kładzie nacisk na melodie, na urozmaicenie, ale też i na mroczny, tajemniczy klimat, który jest poparty nieco przybrudzonym, amerykańskim brzmieniem. Znakomicie te cechy oddaje rozbudowany i emocjonalny „Legion”. Pomysłów na ciekawe kompozycje nie brakuje, podobnie jak i na urozmaicenie i słychać to w „Witches And warlocks”. Siła zespołu tkwi nie tylko w kompozycjach, ale i samych muzykach, którzy czynią ten album bardziej zapadający w pamięci. Wystarczy wsłuchać się w soczystą i pełną melancholii sekcję rytmiczną, rozbudowane, pokręcone i bardziej wyszukane partie gitarowe Roberta Kensa, czy w zadziorny wokal Shawna Paleta. Bez wątpienia Shawn jest tutaj największą gwiazdą, bo to jest rasowy amerykański wokal z charyzmą, który potrafi oddać emocje w danej kompozycji. Ci co cenią sobie dobre melodie pokochają Passage Denied” , stonowany „Harlots Destiny” czy marszowy „The Purging Fire”.

W skrócie można napisać, że Oracle nagrał bardzo amerykański album w tonacji heavy/power metalowej z wpływami thrash metalu. Każdy kto szuka troszkę mroku, drapieżności i melodyjności znajdzie to tutaj. Pozycja obowiązkowa dla fanów Warlord czy Heretic. Szkoda że kapeli nie udało się utrzymać na powierzchni, bo drzemał w nich potencjał.

Ocena: 8/10

czwartek, 6 grudnia 2012

MYSTIK - The Plot Sickens (1992)

W latach 90 pewna kapela amerykańska wydała dwa albumy z kręgu power/thrash metal i potem się rozpadła i choć nie działa zbyt długo, choć trzymała wysoki poziom, to nie należało do grona znanych i w sumie dalej mało kto słyszał o tej kapeli. O jakim zespole mowa? Dlaczego warto nadrobić zaległości, jeśli się ich nie zna?

Mowa o amerykańskim MYSTIK, który został założony w 1988 r i zespół dorobił się dwóch albumów, z czego pierwszym zniszczeniem muzycznym był debiutancki album z 1992 r czyli „The Plot Slickens”. To właśnie na tym albumie zespół ukształtował swój styl,który można określić jako miks power i thrash metalu, a który opiera się na wokalu Patricka Hughesa, który stylem śpiewania, techniką, czy manierą przypomina wokal Belladony z ANTHRAX, a także na szybkich, ostrych, energicznych i bez kompromisowych partiach gitarowych Roya Gorstenberga, który na debiutanckim albumie nie żałuje dynamicznych, zadziornych motywów, riffów i atrakcyjnych melodii, które sprawiają że krążka słucha się z wielkim zafascynowaniem, a przy tym nieźle się bawiąc. No jak tu nie kiwać głowa, nie ruszać nogą, kiedy każdy utwór kipi energią, kiedy każdy utwór to prawdziwa petarda?

Niby debiutancki album, a jednak nie daje po sobie tego poznać, co widać po znakomitej okładce, która potrafi zauroczyć potencjalnego nabywcę, co słychać po dobrym, takim thrash metalowym brzmieniu. Również kompozycje są zagrane wysokim poziomie, z przemyślaną aranżacja i właściwie każdy utwór dostarcza sporo emocji. Czy to rozpędzony „Reflection Of Dying”, czy rytmiczny „Psychosis” wypadają znakomicie, choć może brakować nieco przebojowości. Melodyjność i lekkie urozmaicenie, zwolnienie dają o sobie znać w „Commandment”. Poza rasowymi petardami mamy tez nieco dłuższe kompozycje jak „The Plot Sickens” czy „Method To Madness” które pokazują, że zespół nie ma większych problemów z stworzeniem rozbudowanej kompozycji, gdzie można posłuchać też w większej ilości popisów muzyków, co należy uznać za plus. Nie ma tutaj wypełniaczy i każdy utwór potrafi zauroczyć swoją dynamiką, agresją, melodyjnością.

Na próżno szukać jakiś większych wad, bo takowych nie ma. Można by wytknąć nieco oklepaną formułę, czy barak przebojowości w znacznie większej ilości, jednak te problemy są niczym w porównaniu z umiejętnościami muzyków, z materiałem, który sprawia, że album jest bardzo energiczny i godny uwagi. Mimo, upłynęło kilkanaście lat od premiery wydawnictwa, choć zespół nie zdobył sławy i się rozpadł, to jednak zasługuje na uwagę, bo takie płyty z taką muzyką, na takim poziomie to prawdziwy skarb.

Ocena: 8.5/10

sobota, 15 września 2012

FLYING SKULL - Darkness (1992)

Szukanie starych albumów z kręgu heavy/power metalu z lat 80/90 jakieś kilka minut, co zależy od tego, czy szukamy czegoś konkretnego, czy na wyczucie. Pobranie danego albumu kolejne kilkanaście minut. Nagranie na płytę kolejne kilkanaście minut i plus kilka godzin na zapoznanie się z danym wydawnictwem. Euforia z tego że wynalazło się rzadki zespół, który nagrał znakomity album o którym mało kto wie- bezcenne. Kto lubi STORMWITCH, GRAVESTONE,ACCEPT, TRANCE, HELLOWEEN, kto ma bzika na punkcie niemieckiej sceny heavy metalowej lat 80/90 ten śmiało może rozpocząć poszukiwania FLYING SKULL. Jest to kapela która została założona w roku 1985 i na swoim koncie ma tylko dwa albumy. W 1992 r ukazał się debiutancki album „Darkness” i co by nie napisać jest to kawał porządnego niemieckiego metalu z elementami power metalu. Może pojawiają się patenty i znajome dla słuchacza, może i gdzieś były takie rozegrania, to jednak muszę przyznać, że FLYING SKULL ma swój własny styl, który przejawia się w znakomitym wokalu Achim Nohl, który nie jest rasowym topornym śpiewakiem, który przytłacza materiał, oj nie. Tutaj kłania się specyficzna charyzma pokroju Kaia Hansena i nie jest może technicznie nie wiadomo jakim wokalistą, ale styl śpiewania, emocje, czystość, klimat i włożone w to serce sprawiają, że jest to mocny punkt stylu FLYING SKULL, na który składają się: surowe, ale i ostre brzmienie, dudniąca i pędząca do przodu sekcja rytmiczna, która nasuwa takie kapele jak ACCEPT, czy też HELLOWEEN, energiczne partie gitarowe znakomitego duetu Uschwa/Seager z których litrami wylewa się melodyjność, rytmiczny wydźwięk, a wszystko rozegrane z lekkością, radością do muzyki i nie ma nic na siłę. W skrócie FLYING SKULL to mieszanka melodyjności, epickości z finezyjnymi gitarami.

Co kryje się za pod ta mroczną, klimatyczną okładką, od której nie można oderwać wzroku? Dynamiczny, urozmaicony, napchany przebojami materiał, który trwa 40 minut. Nawiązanie do Stephena Kinga i „Tommyknockers” w kawałku o podobnym tytule to znakomite otwarcie płyty. Utwór dysponuje ciekawym klimatem a stylistycznie mamy udaną mieszankę heavy metalu, hard rocka i NWOBHM. Średnio tempo z chwytliwą melodią i zapadającym refrenem czyni ten utwór pierwszym rasowym przebojem. „Nightwalk” to już inna para kaloszy. Tutaj pojawia się szybsza sekcja rytmiczna, ostrzejszy riff, mocniejsze granie nawiązujące stylistycznie do speed/power metalu i to z jakim skutkiem. Co ciekawe mimo owej szybkości, ostrzejszego wydźwięku dalej można mówić o przebojowym charakterze. Klimat i motyw przypominający muzykę z horroru „Coś” słychać w klimatycznym, rozbudowanym „Lonesome Child” z wyraźnymi wpływami brytyjskiego rocka i z dobrze wpasowanymi elementami balladowymi i power metalowym rozpędzeniem kiedy jest to potrzebne. Trzeba przyznać, że zespół znakomicie sobie radzi z dłuższymi kompozycjami, gdzie trzeba wykazać się pomysłowością, żeby nie zanudzić słuchacza, gdzie trzeba pokazać talent aranżacyjny, gdzie trzeba urozmaicać motywy, nie tracąc przy tym na epickim klimacie. Takie kompozycje, jak rytmiczny, z hard rockowym zacięciem i epickim klimatem „Annie” , czy też mroczny i urozmaicony „The Unknown Day” zasługują na osobny tekst i sławę po wszech czasy. W podobnej stylistyce utrzymany jest epicki „Darkness” z średnim tempem i motywem wzorowanym na dokonaniach MANOWAR. Rasowym szybkim, dynamicznym utworem o wyraźnych wpływach speed/power metalu jest przebojowy „Hawkeye”, zaś „Child Of Ice” to heavy metalowy niszczyciel nawiązujący do największych tuz metalu nie tylko z Niemiec, aczkolwiek pierwsze skojarzenie to ACCEPT.

Szokujące jest to że ta kapela nagrała tylko dwa albumy, szokujące jest że debiutancki nie odniósł większego sukcesu, bo jest to czysta perfekcja. No ale cóż tak jest czasami, że kapele z dużym potencjałem przepadło w gąszczu bardziej komercyjnych rzeczy. „Darkness” to album, który owszem ma elementy charakterystyczne dla niemieckiej sceny, ale nie jest to też rasowy niemiecki krążek. Nie ma toporności i kwadratowych melodii, w zamian jest sporo brytyjskiego wydźwięku. Można się zachwycać tym co wyprawiają muzycy, brzmieniem, przebojami, melodiami i energicznymi pojedynkami na solówki. Dynamit! Gorąco polecam i mam nadzieję, że wzrośnie zainteresowaniem tym albumem jak i zespołem.

Ocena: 10/10

czwartek, 12 lipca 2012

UNREST - Taste It (1992)


Jednym z znaczących zespołów heavy metalowych, który stanowił trzon sceny niemieckiej był bez wątpienia zespół o nazwie UNREST. Jest to kapela, która idealnie wpisuje się w styl typowy dla niemieckich potęg metalowej sceny, a więc w to co grali w latach 80 ACCEPT, WARLOCK, GRAVE DIGGER, czy późniejszy X- WILD. Typowe, oklepane i nieco przewidywalne niemieckie i sprawdzone solidne granie heavy metalu tak można by w skrócie opisać styl UNREST. Może i styl taki typowy dla niemieckiej sceny heavy metalowej, to jednak jest to zespół który swoją solidnością dorobił się nawet nie małej dyskografii, a wszystko się zaczęło w roku 1988 kiedy to został założony UNREST. W przeciągu pierwszych trzech lat zespół zajmował się produkcją swoich dwóch pierwszych dem oraz koncertowaniem. W roku 1992 przyszedł czas na pierwszy album czyli „Taste It”. To w jaki zespół zaprezentował swój styl, sprawił że szybko byli porównywani do ACCEPT czy też GRAVE DIGGER. Nic dziwnego, kiedy wokalista Sonke Lau przypomina manierę Udo Dirkschneidera. Jest podobny zadzior, drapieżność i technika. To co wygrywa duet gitarzystów, czyli Kuhn / Wieckert nie odbiega od standardu i od tego co było na rynku, a także tego co prezentowało większość kapel niemieckich. Nacisk na solidność, drapieżność, odrobina toporności wymieszana z melodyjnością podkreśla ten charakterystyczny dla Niemiec stylu. Natomiast sekcja rytmiczna tworzy odpowiednie tło pod te elementy, a więc mamy i dynamikę, szybkość, a także urozmaicenie, kiedy tylko jest to potrzebne. Ten element również nie zawodzi.

Mimo sprawdzonych patentów debiut nie powalił, nie zachwycił i przeszedł bez większego zainteresowania. Co zawiodło? Może wszystko po trochu? Umiejętności muzyków były takie na poziomie powszechnym i niczym nie zaskakują, wszystkie jest standardowe, zwłaszcza sama zawartość. Oczywiście otwarcie w postaci „Keeper Of The Law” zwiastuje całkiem co innego. Przebojowy motyw, dynamika, przeplatane atrakcyjne, chwytliwe melodie, a z tym na albumie jest różnie. „Hunter” niestety jest zbyt długi i nieco monotonny, a szkoda bo zaczynało się całkiem ciekawie, tak w stylu ACCEPT. Zespół bez wątpienia lepiej radzi sobie z szybszymi kompozycjami i słychać to w ostrym „Fight Till We Fall” , zadziornym „Stand Up” odegrany z zachowaniem pewnego schematu ACCEPT, smaku dodają bardzo ciekawe pojedynki na solówki. W podobnej dynamicznej konwencji utrzymany jest przebojowy „Unrest Rock”, bojowy „Hell On Wheels” z chwytliwym i pobudzającym refrenem. UNREST znakomicie sobie radził przede wszystkim z naśladowaniem stylu ACCEPT i tego najlepszym dowodem szybki „War On Tv” czy tez stonowany „No way Out”.

UNREST zrodził się jako słabsza wersja ACCEPT, jednak na debiucie zaprezentowali solidny materiał, który mimo dobrej roboty jawił się jako dość przeciętny album. Powody tego należy upatrywać w sztywnym stylu, który jest tylko cieniem wielkiego ACCEPT, pomysły, melodie takie standardowe, powszechne i do bólu obstukane. Materiał w dużej mierze nie zaskakuje, ale jedno trzeba przyznać miło się tego słucha i za to należy pochwalić UNREST za solidność do końca.

Ocena: 6/10

wtorek, 10 kwietnia 2012

AXEL RUDI PELL - Eternal Prisoner (1992)


Wraz z trzecim albumem AXELA RUDIEGO PELLA pojawiły się kolejne zmiany zarówno personalne jak i odnoszące się do muzyki granej przez mistrza melodyjnego heavy metalu. Miejsce zapracowanego Roba Rocka zajął inny wielki wokalista, a mianowicie Amerykanin Jeff Scott Soto, który dysponował odpowiednim doświadczeniem jaki i talentem. Jeff jest specjalistą w śpiewaniu z niezwykłą rockową zadziornością, a także z wysokich rejestrów nasuwające gatunek heavy metal, jak również nastrojowe, romantyczne, ciepłe śpiewanie przy bardziej klimatycznych utworach. Nic dziwnego, że akurat Axel jego wybrał, bo jest on bardzo znanym i cenionym śpiewakiem, a lata spędzone u boku Yngwiego Malmsteena można uznać za jeden z najlepszych argumentów przemawiających za wyborem akurat jego osoby. Axel utrzymał mimo wszystko resztę składu swojego zespołu, a więc można było być spokojnym pod względem instrumentalnym, jednakże jedynie czego chciałem to odejścia od tych amerykańskich zapędów, od tego nieszczęśliwego hard rocka, oczekiwałem odrobiny zaskoczenia, nieco zmienionej formuły. „Eternal Prisoners” który został wydany w 1992 r to bez wątpienia to pierwszy przejaw tego charakterystycznego stylu Axela, to pierwsza próba odejścia od takiego miksu heavy metalu z hard rockiem na rzecz melodyjnego heavy metalu. Styl który miał się przede wszystkim opierać na jego geniuszu gitarowym z różnorodnymi solówkami i riffami, które oddają emocje i finezję, miał to być filozofia melodyjnego metalu wg Axela opierająca się na dopracowanych pod względem melodyjnym, pod względem aranżacyjnym kompozycjach, gdzie miały często się pojawiać średnie tempa, ciepły, nieco tajemniczy klimat. A im dłuższe kompozycje tym więcej tego wszystkiego, tym więcej specyficznego klimatu, tym więcej przebojowości i melodyjnego heavy metalu. Ten styl miał eksponować nie tylko Axel, ale wyborny wokalisty który udźwignie różnorodność, wysoki poziom gry Axela oraz jego nie skończonych pomysłów na przebojowe kompozycje.

No jest to album dość przełomowy, bo tutaj podjęto próbę zerwania z hard rockiem z różnych rejonów, z niemieckim rasowym heavy metalem, tutaj Axel zaczął tworzyć swój własny styl, który pozwoli być mu oryginalnym i nie powtarzalnym, wynosząc go na sam szczyt melodyjnego metalu. Album jednak nie oddaje ten styl Axela tak dobitnie jak to robi „Between The Walls” i może zabrakło Axelowi odwagi żeby diametralne zmienić styl, może chciał stopniowo zerwać z przeszłością. „Eternal Prisoners” jest wyśmienitym albumem ale i tak o klasę niższą aniżeli jego następnik, tak więc mimo nowej konwencji, nowej formuły nie udało się nagrać idealnej płyty.
Otwarcie albumu w postaci „Streets of Fire” to jest coś co do czego nas przyzwyczai Axel w następnych odsłonach, czyli szybkie rozpędzony kawałek gdzie mamy ciekawą mieszankę speed metalu z niezwykłymi finezyjnymi, melodyjnymi partiami Axela i do tego prosty i zapadający w pamięci refren. To jest jeden z tych pierwszych jakże istotnych przejawów tego jego charakterystycznego stylu, taką muzyką będzie się z nami dzielił aż po dzień dzisiejszy. Również znakomitą kompozycją jest chwytliwy „Long Time” utrzymany nieco w hard rockowej konwencji w stylu BONFIRE. Jednak jest tutaj sporo Axela z późniejszych płyt i to słychać przede wszystkich w prostym i jakże przebojowym refrenie i melodyjnych, elektryzujących solówkach Axela. Jedna z najlepszych kompozycji na krążku. Wizytówką Axela na zawsze pozostaną jednak długie kolosy, które oddają epicki charakter, które ukazują piękno jego muzyki, gdzie liczy się nie dynamit, ostrość i ciężar, lecz finezja, emocje, delikatność i czyste piękno, które przemawia przez jego instrument, który upiększa wokalista. Taką definicją stylu Axela Rudiego Pella jest bez wątpienia pierwszy kolos na płycie czyli „Eternal prisoners” i nie da się ukryć że pomimo że to już któryś z rzędu długi kawałek Axela, to jednak jest to pierwszy w pełni udany kawałek, oddający charakter, filozofię Pella. Ponury, specyficzny klimat, średnie tempo, spokój i niezwykły popis umiejętności Axela i Jeffa, jak dla mnie to był świetny duet, który wiele zdziałał, który zrewolucjonizował melodic metal. AXEL RUDI PELL to nie tylko szybkie kawałki, to nie tylko epickie kolosy, jak wiemy to również klimatyczne, romantyczne ballady które ukoją każdy ból, cierpienie i tak jest w przypadku z pięknym spokojnym "Your Life" gdzie jest akustyczna gitara, ciepły wokal Sotto i niebiańska solówka Axela, która przenosi w inny świat, inny wymiar. Axel to również instrumentalne popisy, które ukazują to co najlepsze w stylu Axela, a więc intrygująca różnorodność, finezja, specyficzny klimat i płynność w zmienianiu motywu. To wszystko odzwierciedla no po prostu piękny „Dreams of Passion” gdzie gitara Axela jakby miała własny język. Nie do końca udało się zerwać z hard rockową przeszłością i właściwie jedne kompozycje w tej strukturze są bardzo dobre jak choćby zadziorny "Shoot Her to the Moon" z ciekawymi chórkami, cięty, z nieco połamanym riffem i specyficznym refrenem "Wheels Rolling On" który można w sumie na upartego podłączyć do późniejszego Axela Rudiego Pella. A niektóre hard rockowe kompozycje jak cięższy „Ride The Bullet” czy też przekombinowany i nijaki 7 minutowy "Sweet Lil' Suzie" które po prostu są jakby zagubionymi kawałkami z poprzednich sesji nagraniowych i które nie bardzo pasują do reszty utworów i właściwie one szpecą ten album, który jest naprawdę świetny.

Eternal Prisoners” to pierwsza próba zerwania z przeszłością, tutaj już słychać te patenty które pozostaną w muzyce Pella po dzień dzisiejszy. Jest ten charakterystyczny styl, jest klimat, niezwykła przebojowość, różnorodność i niesamowite partie Axela, które uwypuklają ciepły, specyficzny klimat, a także jego finezyjność. Tutaj mamy te szybkie rozpędzone utwory, piękne ballady, długie epickie kolosy, czy też nieco hard rockowe kompozycje, tutaj już jest początek melodyjnego metalu Axela. Tutaj tez po raz pierwszy mamy z tym charakterystycznym brzmieniem, gdzie jest głośna perkusja, odpowiednie wyeksponowanie gitary Axela i wokalu Sotto. Produkcja owego wydawnictwa jest wręcz wzorowa. Szkoda tylko że na album trafiły dwa słabsze, bardziej hard rockowe kompozycje jak „Ride The Bullet” czy też „Sweet Liil Suzie”. Mimo tego że płyta nie jest perfekcyjna, to i tak jest to jedna z moich ulubionych płyt Axela, ale on ich miał pełno. Jest oderwanie od hard rocka, jest w końcu metal, ale to jeszcze nie jest ta mistrzowska perfekcja, ten jeszcze w pełni wykształtowany styl AXELA RUDIEGO PELLA.

Ocena: 9/10

wtorek, 13 marca 2012

GOTTHARD - Gotthard (1992)


Jeszcze trzeba trochę poczekać na debiutancki album UNISONIC, który jest przez wielu nie cierpliwie wyczekiwany a to przede wszystkim z dwóch nazwisk a mianowicie Kai Hansen i Micheal Kiske. Nic dziwnego ci panowie kiedyś tworzyli legendę i nagrali dwa kultowe albumy. Ale nie rozumiem dlaczego pomija się przy tym pozostałych muzyków jak choćby Dennis Ward znany choćby z PINK CREAM 69 czy też Mandy Meyer który właściwie nie jest w żadnym wypadku gwiazdą mniejszego formatu. Ów gitarzysta znany jest choćby z występu w ASIA, KROKUS i największą popularność przysporzył mu zespół GOTTHARD. Do okresu jego udziału w zespole dojdziemy za sprawą kolejnych recenzji, póki co warto zacząć chronologicznie, a więc od początku. GOTTHARD to szwedzka kapela grająca hard rocka z wpływami heavy metalu która została założona przez wokalistę Steviego Lee i gitarzystę Leo Leoniego w 1992 roku. To co może zainteresować tych osób którym ta marka nic nie mówi to zapewne lista zespołów, którymi się inspirowali przy tworzeniu własnej muzyki. Ta lista obejmuje takie zespoły jak WHITESNAKE, LED ZEPPELIN, AC/DC, DEEP PURPLE, BON JOVI, VAN HALEN, PINK CRAM 69, czy też AEROSMITH. Muzycznie brzmi to fantastycznie i słychać po troszku z każdego bandu, najbardziej dają się we znaki wpływy WHITESNAKE, bo nawet wokal świętej pamięci Steviego Lee który zmarł tragicznie w wypadku motocyklowym nasuwają manierę i zadziorność Davida Coverdale'a. Zespół zadebiutował albumem zatytułowanym po prostu „Gotthard” w roku 1992r. I tam usłyszymy wpływy każdego z tych bandów wymieszane i podane bardzo atrakcyjnie. Właściwie zastanawiam dlaczego tak długo ten album czekał u mnie na odsłuchanie? Nie wiem dlaczego tak późno zabrałem się za ten zespół. Choć czerpią garściami z dinozaurów, to jednak styl w jakim grają, forma, konstruowanie przebojów, linie melodyjne, wokal i w ogóle wszystko jest perfekcyjne. Steeve Lee był wybornym, prawdziwym rockowym wokalistą, z dużym sercem do muzyki, z dużą skalą i szeroką zasobem umiejętności, który czyniły go bardzo elastycznym gardłowym pasującym zarówno do szybkich, ostrych kompozycji, jak i bardziej stonowanych, rockowych kawałków, jak również do romantycznych ballad. Do reszty muzyków dojdziemy za chwilę, bo jeszcze chciałbym zwrócić uwagę na dopieszczoną produkcję albumu, która ma nieco brudu i pazura, a to wszystko dzięki Chrisovi Von Rohr z KROKUS.

Większość kompozycji skomponował duet Leoni/Lee i mamy tutaj pełny wachlarz jeśli chodzi o wydźwięk i styl kompozycji. Jest różnorodność jak i gwarancja pewnej konsekwencji i solidności, co z kolei przedkłada się na to że album od początku do końca jest utrzymany na wysokim poziomie. „Standing The Light” to otwieracz z dużą dawką energii i można tutaj wyłapać sporo elementów z wcześniej wspomnianych kapel. Jednak gdzieś w tym wszystkim jest nutka finezji, szaleństwa, a także powiew świeżości. Mogło by się wydawać że tak dużo inspiracji może przyczynić się do chaotycznego materiału, a jest wręcz odwrotnie. Przede wszystkim album jak i zespół zaskakuje pomysłowością, które nie którym z tych wielkich zespołów już dawno temu wygasła. „Downtown” to świetny przykład, że mając prosty, melodyjny riff i chwytliwy refren można wskórać bardzo wiele. Warty wzmianki jest tutaj ciekawa i dość oryginalnie brzmiąca partia basowa Marca Lynna. Wybitna jest też praca Leo Leoniego, który ma to coś, ma muzykalną duszę, ma niezłe wyczucie, poczucie rytmu, a także każdy jego riff, solówka jest zagrana z dużą precyzją, magią i finezją. Świetnie to słychać w nastrojowym „Firedance”, który ucieszy fanów twórczości Ritchiego Blackmore'a. Można też coś wyłapać z twórczości DIO i mam tu na myśli nieco ponure, w leczące tempo. Skojarzenie to na pewno też ułatwia występ gościnny Viviena Campbella, który również zostawia pozytywne wrażenie, tak jak zawsze zresztą. Jednym z najbardziej popularnych kawałków z tego krążka jest bez wątpienia „Hush” utwór bardzo przebojowy, melodyjny i świetny na koncerty żeby rozbujać publikę i tym razem można usłyszeć również wpływy DEF LEPPARD Fani Ritchiego Blackmore'a i jego kapel z dużym uśmiechem będą słychać rozpędzony „Mean Street Rocker” i pierwsze moje skojarzenia to „Death Alley Driver”. Steve Lee świetnie pasuje do takiej formuły, jest zadzior, pazur, a w tym wszystkim wtóruje mu świetny Leo, który jest specjalistą od wygrywania atrakcyjnych melodii i dawno nie identyfikowałem się z solówkami i partiami gitarowymi. Prostota, blues i przebojowość, tak można w skrócie opisać „Get Down” nawiązujący do WHITESNAKE. Śmiało można podciągnąć pod podobny styl taki zadziorny „Take Me” z ciekawą linią klawiszy, nieco cięższy „Lonely Heartache”. Dopełnieniem płyty są dwie piękne, romantyczne z dużym ładunkiem emocjonalnym, a mianowicie „Angel” i „All I Care For” z skromniejszą oprawą. Dla zachowania balansu mamy też dwa szybsze, rock'n rollowe kawałki, czyli „Hunter” oraz bonusowy „That's it” robiący za kawałek instrumentalny.

Ileż emocji, ileż radości dostarcza muzyka zawarta na tym debiutanckim albumie. Ileż atrakcyjnych melodii, motywów, ileż przebojów zawarto na tym krążku, to normalnie wykracza poza wszelkie ludzkie wyobrażenia. Lista za co można pochwalić jest bardzo długa, począwszy od hard rockowego brzmienia, kończąc na samych kompozycjach. Ja wymienię tutaj przede wszystkim dwa, bez których ten album nie byłby tym czym jest, a mianowicie wokal Steviego Lee, który należy zaliczyć do najlepszych wokali hard rockowych w historii muzyki ciężkiej, no i niczym mu nie ustępujący gitarzysta Leo Leoni, który też dla mnie na tym albumie przedstawił się jako gitarowy geniusz. Jedna z najlepszych hard rockowych przy najmniej dla mnie i niech to posłuży za rekomendację tego wydawnictwa.


Ocena: 10/10

poniedziałek, 23 stycznia 2012

KREATOR - Renewal (1992)

Na kolejny album przyszło czekać 2 lata. I w sumie choć jest to okres spory to jednak na albumie Renewal ma wrażenie jakby zespół zrobił krok w tył zamiast do przodu. I to praktycznie pod każdym względem Pierwsza rzecz to okładka,no nie podoba mi się, jakby sprzeczna z stylem zespołu. Kolejną rzeczą jest produkcja albumu- też pozostawia sporo do życzenia, niby powrót do surowości ,ale jednak mi to nie  pasuje z tym co słyszę. Po trzecie ,choć ten sam skład zespołu to jednak nie chce się wierzyć bo jest totalny spadek formy .Głównym podejrzanym w tym aspekcie jest oczywiście Petrozza ,która niesamowicie męczy się z kompozycjami , już na samym wstępie mam wrażenie jakby to śpiewał inny wokalista, no nie powalił też Ventor,który tutaj wali w gary jakoś bez życia, brzmi to jakoś sztucznie. Idąc dalej album jest nie równy i słabszy jeśli chodzi o poziom wykonania.

Album otwiera jeden z lepszych utworów na płycie Winter Martyrium,ale i tak to nie jest utwór na miarę poprzednich kompozycji otwierających,ot co dobry utwór.
Kolejnym dobrym utworem jest Brainseed, taki ostry i zarazem najmocniejszy kawałek na albumie .I należy tez wymienić w ramach udanych kompozycji Zero to None i to byłoby na tyle jeśli chodzi o dobre utwory, reszta mnie nudzi ,niczym nie przykuły mojej uwagi, za dużo eksperymentowania z takimi gatunkami jak Industrial czy tez hardcore. Nie podoba mi się takie oblicze zespołu, zatracili tutaj to wszytko za co ich tak ceniłem. Tożsamość na rzecz rozwoju muzycznego to wg mnie kiepski interes, który mógł kosztować zespołu sporo.

Renewal to dla mnie jeden z ich słabszych albumów, dużo eksperymentowania , mało samego kreatora, słaba forma muzyków, nie równość i duża liczba nudnych utworów które porażają brakiem pomysłu ,brakiem dopracowania ,szkoda bo zespół potrafi nagrać świetny album o czym mieliśmy okazję się przekonać za sprawą Coma of Souls. Ocena 5/10

niedziela, 15 stycznia 2012

ILLEGAL - In The Name Of Law (1992)

Ci którzy lubią prosty heavy metal z domieszką hard rocka, czy glam metalu, gdzie można coś znaleźć z DOKKEN, czy też MOTORHEAD to śmiało może się brać za amerykański ILLEGAL, który zalicza się do grona „szczęśliwców”, którzy po wydaniu debiutu przepadli bez słuchu w gąszczu lepszych kapel, który potrafiły odnaleźć swoje miejsce na scenie metalowej. Jakieś bogatej historii zespołu wam tu nie opiszę, bo nic na temat samego zespołu nie wiadomo, nawet data powstania jest okryta tajemnicą. Co natomiast wiadomo to, że 1992 światło dzienne ujrzał debiut zespołu zatytułowany „In The Name of Law” i jak się okazało jest to ich jedyny album. To, że nie jest to jakiś wielkie dzieło już mówi sama okładka, które jest wręcz śmieszna. Co znajdziemy na tym albumie to całkiem dobrze wypracowane brzmienie przez Roba Tyloka, znajdziemy też proste, czasami monotonne granie gitarzysty Jeffa Borisa, który ucieka od jakiś wirtuozerii czy też jakiś innych smaczków.  Stawia na prostotę i czasami mało porywające granie. Rick Baig może nie jest jakimś krzykaczem, ale ma łagodny, ciepły wokal i to zdaje egzamin przy spokojniejszych momentach, tak jak to ma miejsce w przypadku „Kels Song”, gdzie górę bierze nastrój i akustyczna gitara i świetnie się taki wokal sprawdza w bardziej ponurym, bardziej glam rockowym „Now You Leave”. Ale ilekroć zespół przykręci śruby, ilekroć da mocniejszy riff tak jak to ma miejsce przy „Illegal Possesion” tym zaraz lepiej się tego słucha. Tak mało to oryginalne, mało porywające, ale miłe w odsłuchu. Muszę przyznać, że nie spodziewałbym się że najlepszym utworem będzie 7 minutowy kolos o tytule „Traci”. Zespół nie radził sobie z krótkimi utworami, a co dopiero z kolosami sobie początkowo pomyślałem. Ale kiedy usłyszałem posępny riff, mroczny wokal, zwolnienie w środkowej fazie i odegranie bodajże najbardziej finezyjnej solówki to pomyślałem sobie no proszę, jak zespół chce to potrafi. Nie zabrakło też mocniejszych akcentów jak choćby „Can't  Get Enough”o hard rockowym zabarwieniu, czy też rozpędzony „Gun” z bodajże najbardziej atrakcyjnym motywem pod względem melodyjności. Nawet solówka tutaj brzmi bardziej ciekawiej aniżeli te które można było usłyszeć na początku. Kolejny album, który właściwie jest średni, wtórny i przewidywalny. Nie ma tutaj ani wysokiego poziomu artystycznego, nie ma jakiś utalentowanych muzyków, nie ma też hiciorów i to przedkłada się na to że album jest średniej klasy. Krzywda się nikomu niestanie jak posłucha we własnym zakresie. Jak dla mnie zespół nie miał szans na przebicie, na pewno nie w takim stylu. Ocena: 5/10

niedziela, 16 października 2011

ICED EARTH - Night Of Stormrider (1992)

Czasami jest tak, że dana kapela podaje na drugim albumie praktycznie to samo co na debiucie, ale czasami wystarczy tylko drobna zmiana, lekkie dotknięcia palca i już można uzyskać arcydzieło. Tak tez się stało w przypadku amerykańskiego ICED EARTH. Na debiucie był kiepski, nieco odstający technicznie wokalista? No to zmieniamy go na frontmana, który ma charyzmę i technicznie lepiej radzi sobie z różnymi partiami wokalnymi. Postawiony w tym przypadku na Johna Grely. Na poprzednim albumie perkusista grał zbyt monotonnie i mało porywająco? To zmieniamy go na Richiego Secchiaria, który pod tym względem jest mistrzem. Nie podobało się brzmienie? Za bardzo niedopracowane? No to zatrudniamy innego producenta, w tym przypadku Tom Morris. Klimat nie był wyczuwalny na „Iced Earth”? To stawiamy ten element jako jeden z motywów przewodnich, który odgrywa znaczącą rolę na krążku. Brakowało przerażającej, pełnej mroku liryki? No to bierzemy pod tematykę historię człowieka opuszczonego przez Boga, który błądzi i odwraca się od wiary. Człowiek taki osłabiony jest łatwym kąskiem dla złych sił, które starają się go przeciągnąć swoją stronę i wykorzystać jako narzędzie do czynienia zła i niszczenia wszelkiego dobra na ziemi. Niestety na koniec bohater przyjrzy na oczy, ale już będzie za późno gdyż zostaje potępiony na męki w piekle. Mając taką historię można zrobić wszystko, nawet stworzyć koncept album, który przejdzie do historii zespołu, a także do kanonu muzyki heavy/power metalowej. W porównaniu do poprzedniego wydawnictwa można doszukać się sporo różnić i to nie tylko tych technicznych. Przede wszystkim, zespół wykształtował ten charakterystyczny styl dla siebie, w którym kładzie się duży nacisk na przesłanie i wartość liryczną, a także na klimat. Dopiero potem mamy pędzącą sekcję rytmiczną, brzmienie gitar wyjęte z thrash metalowych płyt, czy też przebojowość charakterystyczną dla heavy metalowych kapel. Materiał jest tak równy że ciężko jakąś kompozycję wyróżnić, czy też opisać. Pod względem monumentalności, podniosłości i klimatu wyróżnia się choćby otwierający „Angels Holocaust” w którym mamy te charakterystyczne wstawki balladowe, liczne zmiany tempa, czy też podniosłe chórki. Właściwie każdy utwór jest w podobny sposób rozegrany. Ale w takim „Stormrider” należy wyróżnić wokal prowadzony przez samego Johna Schaffera, który moim zdaniem rozgrywa na tym albumie jedne z najlepszych partii gitarowych, które są pełne polotu, finezji i drapieżności, nie wspominając o chwytliwości. Są one dynamiczne, pełne energii, a momentami bardzo klimatyczne i przytłaczające tym całym ponurym, wręcz mrocznym klimatem. Na wyróżnienie zasługuje najdłuższa kompozycja, a mianowicie „Travel in Stygian”, który przepełniony jest kontrastem pomiędzy dynamicznym i agresywnym graniem a tym łagodniejszym , bardziej klimatycznym, ale oba światy w sposób harmonijny skorelują ze sobą. Zespół słynie po dzień dzisiejszy z tych rozbudowanych kompozycji, które są bogate w różne motywy i pokręcone melodie. Jednak co jest zaskakujące w nich, że nigdy nie nudzą, ba intrygują swoim magicznym klimatem. Można zarzucić, że album jest w jednej tonacji, że tylko tutaj szybko, dynamicznie i do przodu i że jest granie na jedno kopyto. Tak, przydałby się jeden wolniejszy kawałek, może ballada, ale najwidoczniej takie killerskie albumy jak ten nie przewidują w swoim zestawie takich kompozycji? Jeden z najlepszych dzieł ICED EARTH, który jest wyznacznikiem ich stylu, który interpretuje go w zupełności. „Night of Stormrider” to definicja stylu grania ICED EARTH i jedna z tych płyt, który każdy fan takiej muzyki powinien znać i szanować. Ocena: 10/10

środa, 7 września 2011

PRETTY MAIDS - Sin decade (1992)

Choć „Jump the Gun” wg mnie jest jednym z najsłabszych albumów duńskiego Pretty Maids to jednak album wręcz przeciwnie podobał się słuchaczom i jego hard rockowe podejście do sprawy. Ciepło też zespół był przyjmowany podczas koncertów, jednak podczas koncertowania Phil More nie wyrabiał z grą z powodu kontuzji to tez pojawił się nowy pałkarz - Michael Fast. Z nim przyszedł też nowy basista Kenn Jackson i tak o to ukształtował się zespół który grał prawie przez dekadę. I tak o to zespół rozpoczął pracę nad następcą „Jump The Gun”. I zespół miał widocznie też dość tej komercyjnej papki i hard rockowe grania. Bo „Sin Decade” który się ukazał w 1992 roku jest mniej komercyjny i zawiera bardziej agresywniejszą muzykę. Jednak ten duch hard rocka gdzieś też się przewija, ale został ograniczony co jest zmianą na plus. Co też nieco mnie zaskoczyło na tym albumie, to brak tak wyeksponowanych partii klawiszowych. Jasne, że są ale to gitary odgrywają tutaj największa rolę. Materiał o niebo lepszy, dalej jest poniżej oczekiwań, dalej jest przeciętniactwo. Są ciekawe kompozycje, ale są też wpadki ale do tego trzeba przyzwyczaić, bo zespół tak właściwie gra po dzień dzisiejszy. Nie doczekałem się właściwie albumy który byłby bez skazy.

Otwieracz w postaci „Running Out” jest wyborny i ten pościg sekcji rytmicznej musi się podobać. Jest też porywający riff, który przypomina nieco Accept, czy też coś z Judas Priest. Słychać, że zmiany personalne wniosły powiew świeżości i brzmi to naprawdę dobrze. Jest agresywnie i dynamicznie. Jeden z najlepszych kawałków w historii zespołu. No i mamy też ( w końcu) jakieś solówki, które są na miarę talentu Kena. Co mnie zaskoczyło w tym utworze to nie tylko agresja, ale brak...klawiszy. Pierwszy killer i jest to jedna z moich ulubionych kompozycji z tego albumu. Bardziej stonowany i bardziej...hard rockowy jest „Who Said Money” i choć nie jest to jakieś wysokiej klasy przebój, to jednak nie jest taki zły. Ma prosty i łatwo wpadający w ucho refren i ciepły klimat. Kolejny mocny punkt albumu. Nieco gorzej wypada taki rockowy „Nightmare In The Neighbourhood”, który ma nieatrakcyjny riff, taki jakiś bez polotu, bez przekonania. Nie ma także jakiś ciekawych melodii i wszystko skupia się praktycznie na łatwo w padającym w ucho refrenie. Jak dla mnie jeden z gorszych utworów na płycie. To już bardziej wolę zespół w takich klimatach jak w tytułowym „Sin Decade” gdzie jest jakiś tajemniczy klimat, gdzie jest styl do jakiego nas przyzwyczaili. A więc szybkość, melodyjność, pędzący i szalony riff, który jest wsparty melodyjnymi partiami Owena. Jeden z najlepszych kompozycji na albumie, a także w historii zespołu. No oprócz ciekawej warstwy instrumentalnej mamy też porywający i taki przyjemny dla ucha refren. Natomiast w „Come on touch, come on nasty” słychać próba grania cięższego metalu i niestety utwór jest kiczowaty. Refren jest taki bez pomysłu i taki nieco irytujący. Kawałek ma przebłyski, ale jak dla mnie kolejny taki wypełniacz, którego można było uniknąć. Ciąg dalszy próbowania sił w cięższych rejonach. To słychać w „Raise your Flag” ale w przypadku tego utworu, mamy do czynienia jednym z ciekawszym utworów na płycie. Jest dynamicznie, melodyjnie i przebojowo i takich kompozycji w wykonaniu Pretty Maids chce się słuchać Utwór oprócz pędzącego i energicznego riffu ma też sporo chwytliwych melodii i nie ma tutaj takiego udziwniania i kombinowania. Kolejny mocny punkt na albumie. Nieco bardziej rockowy jest „Credit card Lover” i znów słychać przede wszystkim przeciętniactwo i mało atrakcyjne dla ucha melodie. Jedynie co mnie przekonuje w tym utworze to skoczne tempo. Najsłabszą kompozycją na albumie jest komercyjny „Kwow it ain't easy” gdzie zespół ociera się o pop – rock i może patrząc na kompozycję w tych klimatach to może nie jest to złe, ale mnie to w ogóle nie kręci, znów wypełniacz i próba zachwycania fanów dwóch poprzednich albumów. Lepiej i to wiele lepiej prezentuje się nieco agresywniejszy „Healing Touch” choć i tutaj zespół nie ustrzegł się kiczu i nie słuchalnych partii. Pozostaje tylko posłuchać riffu, a resztę zapomnieć. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest bez wątpienia „In the flesh” gdzie mamy ciekawą solówkę i pędzący riff, a chwytliwych melodii tutaj nie brakuje. Jednak największą popularność zdobył cover Thin lizzy „Please don't leave me” i jest to po rock, ciepły i rozlazły. Pretty Maids dzięki komercyjnemu sukcesowi zyskała popularność w stacjach radiowych, ba nawet dostała nagrodę Grammy za ten album i to w sumie dzięki temu utworowi. Nawet fajny rockowy kawałek, ale jakoś nie do końca przemawia mnie taki styl zespołu.

Jest lepiej niż na 'Jump the Gun' jest kilka killerów, ale to wciąż za mało, brakuje konsekwencji, brakuje pomysłów na cały materiał i tak o to między killerami mamy słabsze momenty. Miło, że zespół przypomniał sobie jak grać ostry heavy metal, ale to jedna z nie wielu dobrych stron tego albumu. Tak naprawdę album może tym swoim nie równym poziomem za nudzić. Średniej klasy heavy metal z hard rockowym zacięciem. Jest lepiej, nie wiele lepiej, ale lepiej. Nota : 5.5/10 i to jeszcze nie to, ale zespół zaczyna wracać na właściwy tor.

czwartek, 4 sierpnia 2011

BLIND GUARDIAN - Somewhere far beyond (1992)

Sławę się uzyskuje w muzyce heavy metalowej poprzez kontrowersję, albo poprzez geniusz. Lata 90 to dla wielu zespołów heavy metalowych ciężki okres i jedno trzeba przyznać, że to okres dzięki któremu Blind Guardian wybij się na wyżyny kompozytorstwa i zaprezentował się jako zespół genialny i oryginalny. Po dwóch pierwszych albumach, jeszcze czegoś brakowało. Było szybkie i ostre granie utrzymane w stylu speed metal, gdzie za wzór posłużył im przede wszystkim Helloween „walls Of Jerycho”. Zespół miał rozpoznawalnego krzykacza- Hansiego Kurscha, znakomitego gitarzystę Olbricha no i Thomena Staucha jako jeden z najbardziej uzdolnionych pałkarzy. Czegoś brakowało. Brakowało klimatu, brakowało zapadających w głowie tekstów, ale najbardziej brakowało magii i czegoś własnego. Wielkim przełomem był „Tales from the twilight World” który uważam za najlepszy album Niemców. Tym albumem zespół pokazał że można grać atrakcyjnie, a przy tym skupiając się na określonej tematyce. Nie ma tekstów o śmierci, smokach, są teksty o elfach i całym świecie fantasy znanym nam bliżej z książek Tolkiena jak choćby „Władca Pierścieni” czy „Hobbit”. Jednak ustanawiając tak wysoko poprzeczkę zespół miał problem, a mianowicie nagrać również coś równie dobrego. W roku 1992 kiedy większość płyt albumów zawodziła, albo nie była na tyle genialna, to jednak Blind Guardian wydał jeden ze swoich najbardziej rozpoznawalnych albumów - „Somewhere far beyond”. Koncepcja, pomysł i struktura jest w sumie kontynuacją poprzedniego albumu. Jednak jest kilka zmian, w tym dużo stawek akustycznej gitary, dużo wolniejszego tempa. Jest za to unikalny bardzo tajemniczy klimat no i znów paru gości w tym Kai Hansen, Piet Sielck który pomógł przy chórkach. Po raz kolejny okładkę narysował Marschall, która jest jedną z ciekawszych jeśli chodzi o BG. Podobnie jak dotychczas, najwięcej utworów mamy kompozytorstwa Olbricha i Kurscha. Album kultowy, choć tak jak większość bez problemu potrafiło wytknąć tak ja też mogę coś wytknąć temu albumowi. Jest on genialny, ale perfekcji nigdy nie dostrzegłem w tym albumie. Może dlatego, że bardziej mnie przekonał BG w wersji ostrej? A mniej dla mnie jest atrakcyjny ten klimatyczny bardziej uczuciowy?

Sam wstęp jest inny od tego z poprzedniego albumu. „Time what is time” jest to genialny utwór, jeden z najlepszych na płycie. Ale w moim od czuciu nie jest tak drapieżny jak „Travel in Time”, który kipił przebojowością. Tutaj nieco zrezygnowano z ostrych i szybkich partii, na rzecz nieco wolniejszego i bardzo klimatycznego grania. Jednak i te ostre partie gitarowe nam towarzyszą, bo taki jest BG w latach 90 szybki, drapieżny i bardzo melodyjny. Refren to jest potęga tego zespołu. Podniosły, taki bardzo bujający. Zmiany temp, motywów, to było coś co było nowatorskim elementem na poprzednim albumie i taki styl też zespół kontynuuje na tym albumie. Zawsze miałem słabość do solówek Olbricha, są one takie melodyjne i bardzo urozmaicone i nie raz przypomina mi on Kai'a Hansena. Jednak ta petarda jest niczym w porównaniu z jedną z najlepszych kompozycji zespołu jaka kiedykolwiek powstała - „Journey Through The Dark” i tutaj zespół ani nie ma w głowie zwalniać i bawić się w łaskanie. Jest drapieżnie, wręcz agresywnie. Szybkie partie gitarowe, bardzo rytmiczne i ten wręcz koncertowy refren. Nie wiem czemu, ale gdzieś w tym słyszę twórczość Kai'a Hansena. Kawałek za każdym razem świetnie się prezentuje na koncercie, ale gdzieś go zespół zakopał głęboko i teraz rzadko jest grany, a szkoda, bo to jeden z ich nieśmiertelnych kawałków. Na poprzednim albumie był krótki utwór instrumentalny, tutaj nie ma instrumentala, ale jest krótki przerywnik w postaci „Black Chamber” co mnie urzekło w tej balladzie, to taki nieco teatralny wydźwięk. Krótki, ale łatwo w pada w ucho, pomimo że słychać tutaj tylko pianino. Warto podkreślić, że na tym albumie jest więcej takich patentów, gdzie na poprzednim albumie było to nie do pomyślenia, gdzie cały czas towarzyszy słuchaczowi ostre granie, z wyjątkiem władcy pierścieni. Podniosłość i magia to jest wyznacznik tego albumu, a to bardzo rzuca się na słuch w bardzo epickim i nieco symfonicznym „Thetre of Pain”. To też takie nowium jeśli chodzi o zespół, bo gdzie wcześniej mieliście taki utwór? Kai Hansen na dwóch ostatnich albumach był takim 6 członkiem a to jakiś wokal, a to jakiś popis gitarowy. Tym razem wziął udział w komponowaniu i w prowadzeniu utworu jako główny gitarzysta, a utworem tym jest genialny „ The Quest For Tanelorn”. Tak brzmi klasyczny, wręcz podręcznikowy BG. Szybkie ostre granie przez większość utworu, a to w zwrotce, a to w głównym riffie, ale refren to zwolnienie i skupienie się na tym żeby był podniosły. Bardzo podobają mi się te wstawki gregoriańskie i te „Spiritus Sanctus...”. Jest to kolejny killer na tym albumie. Solówki to jest potęga tego zespołu i na tym kawałku przekonałem się o tym po raz kolejny. Magia, klimat, mrok, tajemniczość towarzyszy na tym albumie przez cały czas, a najwięcej tego słychać w takim „Ashes To ashes” jest to kolejna szybka petarda. Znów można mówić o typowym stylu BG, stylu który przeszedł do historii i stał się podstawą do grania takich zespołów jak Savage Circus czy poniekąd Persuader. Gdyby miał cały taki album , to bym się zastanawiał nad oceną. Na poprzednim albumie furorę straszną wśród słuchaczy robił „Lord Of The Rings”, więc nic dziwnego że na tym albumie otrzymaliśmy coś podobnego - „The bards Songs – In The Forrest”. To jest przykład, ze można grać klimatyczne ballady, które potrafią rozgrzać i porwać nie jednego słuchacza. Wciąż poziom się trzyma bardzo wysoko. Tylko dobry w moim odczuciu jest „The bards songs – The Hobbit”. Nieco mniej atrakcyjna warstwa instrumentalna, również refren jakoś tak nie porywa. Ot co dobry kawałek, którego nieco wybawia partia gitarowa Olbricha. Nie do pomyślenia dla tego albumu jak i dla zespołu jest taki kawałek jak „The pippers calling”, który brzmi jak kawałek Grave Digger z Tunes of War, szkoda że nie pociągnięto tego motywu. Zaskoczenie bo nie brzmi to jak Blind Guardian. Jak dla mnie płyta powinna się zakończyć przepięknym, epickim i rozbudowanym tytułowym „Somewhere Far beyond”. Jak dla mnie jedna z tych najbardziej ciekawszych kompozycji na albumie. Jasne, że są szybkie i melodyjne partie, jasne że jest podniosły refren, ale są również też mroczne i klimatyczne motywy, które przyprawiają o gęsią skórkę. Znów można mówić o klasycznym BG. Szkoda, że coś nie chcą go grać, bo jak dla mnie jest to ich jeden z najlepszych kawałków ever. Niestety album się nie kończy. A powinien. Wypełnia go jeszcze 2 covery: „Spread your Wings” będący coverem Queen, który nic nie wnosi, a jedynie psuje to co zespół wypracował do tej pory. Drugi to Trial By Fire będący coverem Satan. Jest genialny, ale bardziej mi pasuje wydźwiękiem i klimatem do poprzednich albumów.

Sprawa wygląda tak, album muzycznie u mnie dostałby 9.5 bo gdzieś jest kilka momentów, z naciskiem na „The Hobbit” gdzie nieco poziom spada. Jednak refleksje nad tym albumem skłaniają dać te pół oczka wyżej. Dlaczego? Jest to jeden z najbardziej genialnych albumów roku 1992, jeden z tych najlepszych Blind Guardian, a do tego na swój sposób będący wyznacznikiem dla innych zespołów. Był, jest i będzie kultowy. Ma klimat jedyny w swoim rodzaju, bodajże pod tym względem wypada najlepiej. Produkcja, jak i kompozytorstwo stoi na wysokim poziomie, ale to był wyznacznik albumów BG w owym czasie. Tak o to na rynku power metalowym narodziła się nowa gwiazda, która do dziś ma nie małe grono fanów. Nota: 10/10 powinna zachęcić do zapoznania się z tym albumem, tym którzy nie znają.

piątek, 24 czerwca 2011

RUNNING WILD- Pile Of Skulls (1992)

Piraci są dzisiaj rzadkim zjawiskiem i najczęściej kojarzą nam się z bajkami, filmami typu Piraci z Karaibów, czy też z mitami. Ale czy tylko z nimi? No jak jeśli o mnie chodzi na pierwsza myśl nasuwa się Running Wild. Niemiecki gigant grający heavy/speed metal. Statek kapitana Rock'n Rolfa zawinął już do portu Royal. Można teraz jedynie się cieszyć jego podbojami i odkryciami, których dokonał kapitan Kasperek. Jednym z jego największych odkryć, dzieł których dokonał Kasperek jest dla mnie „Pile of Skulls”. Rok wydania 1992, rok w którym świat metalowy ogarnęła nie chęć, a raczej nie moc. Jednak na na Rock'n rolfa nie ma mocnych, sam tworzy i sam jest głównym i zarazem jedynym motorem napędzającym Running Wild. To też nie mogę wyjść z podziwu, że tyle dokonał praktycznie sam. Jasne, zawsze ktoś odkrywał drugoplanowe role, ale nie miały one takiego znaczenia, gdyby nie Rock'n Rolf tego ten zespół by nie istniał. Omawiany album okazał się następcą „Blazon Stone” który jest dla mnie dobrym, bardzo dobrym albumem, ale bez jakiegoś większego podniecenia, zniszczenia nie było. Ostatnio były zmiany personalne, także i przy tworzeniu tego albumu skład uległ zmianie. Odszedł Jens Becker oraz Ac, a w ich miejsce sprawdzeni już w bojach muzyki heavy metalowej : Thomas Smuszyński oraz Stefan Schwarzman z również znanego zespołu, a mianowicie U.D.O. W takim składzie nagrano jeden z najlepszych albumów tego zespołu, choć było ich wiele ten u mnie stoi murem na pierwszym miejscu. Najpierw zanim przejdę do zawartości, chciałbym skupić się na nieco błahych sprawach. Szata graficzna o dziwo jest genialna. Nie zrozumcie mnie u tego zespołu różnie było z tym elementem. Under Jolly Roger spełniał wymogi co do znakomitej okładki. Tutaj Marschall nadał oprawie klimatu i normalnie dreszcze przechodzą człowieka. Dobrze przejdźmy zatem do zawartości. Zaczyna się od intra co w przypadku tego zespołu było czymś nowym. Jasne można było zawsze jakiś krótki wstęp, który był połączony w całość z pierwszym utworem. „Chamber of lies” zaczyna się dość nie typowo- chórki takie powiedziałbym gregoriańskie, które nucą „aah,ahhh” jest dreszczyk emocji to fakt, no i ta tajemniczość. Potem słychać już pierwszy riff, akustyczny i przyznać bardzo udana melodia. Potem nieco trochę folku słychać i metal. Efekt kapitalny i piractwo pełną parą nic tylko tańczyć i śpiewać. Chwila moment i uderza nas fala dźwiękowa, mocna i drapieżna. „Whirlwind” utwór który na myśl nasuwa genialny Riding The storm. Zresztą poziom tego kawałka nie odbiega od tamtego. Mocny, szybki i bardzo melodyjny riff, które zawiera 100% Running Wild. Tekst znów piracki, a Rolf Kasperek jakby wzniósł swój wokal na wyższy poziom. Solówki fakt krótkie, ale imponują swoją chwytliwością. Utwór szybko rozwiązuje nasze wszelkie obawy co do składu i co do formy muzyków. „Sinister Eyes” uderza w nieco inne rejony, jest bardziej stonowany, pozbawiony takiej drapieżności i szybkości co poprzednik, ale wcale to nie wpływa na jego poziom. Jest utrzymany w nieco wolniejszym tempie, ale cała warstwa instrumentalna, jak i refren to czyste Running Wild. Choć w tym utworze są nieco bogatsze solówki. Utwór bardzo piracki, zresztą jak poprzedni.”Black Wings Of death” ten utwór znów prezentuje nieco inne podejście. Bardziej melodyjnie i trzeba rzec że tutaj jakby melodia grała pierwsze skrzypce. Ten utwór rozpoczął tez pewien okres utworów które były oparte na podobnym motywie. Wolne i melodyczne wejście jakiejś melodyjki a potem ciągnięcie tego motywu tylko już w bardziej gitarowym stylu. Sam utwór oferuje niezwykły, nieco mroczny klimat, a ponadto potrafi rozruszać chwytliwym refrenem. W tym utworze również niezwykle udane są solówki, gdzie też skorzystano z głównego motywu. Kto jak kto ale Kasperek potrafi nagrać prawdziwą speed metalową petardę. A taki „ Fistful of Dynamite” robi wrażenie i powstawia w osłupienie. Skoczny, bujający i jakże chwytliwy jest ten utwór. Tutaj wszystko jest perfekcyjne, a takich utworów nie brakuje na tym albumie. Warto podkreślić, że obok intra jest to najkrótszy utwór. Bardziej spornym utworem jest „Roaring Thunder” cóż tutaj należy doszukiwać się choćby źródeł X wild założonego przez były muzyków Running Wild. Sam utwór jest może i wolny, jest może nieco monotonny. Dla mnie ma niesamowitą moc i ma takie cechy utworów Manowar. Najlepszym momentem są oczywiście solówki, które wprowadzają ożywienie. Jeśli miałbym coś wyróżnić tutaj to partie basowe. Wszystko było autorstwa Rock'n Rolfa do tej pory, natomiast tytułowy „Pile of Skulls” jest autorstwa drugiego gitarzysty. No i trzeba przyznać, że Axel stworzył naprawdę petardę , którą zaliczam to tych jednych z najlepszych. Wszystko tutaj imponuje, począwszy do chwytliwych zwrotek, pirackiego refrenu i piekielnie szybkiego i drapieżnego riffu. Solówki też tutaj należy zaliczyć do tych jednych z najlepszych, które zasługują na osobne sławienie. Klasykiem tego albumu jest „Lead or Gold” i nie dziwię się bo to kolejny typowy kawałek dla tego zespołu. Melodyjny riff ,wygrywany przez Kasperka, bujająca warstwa instrumentalna no i ten refren, który może poruszyć setki tysięcy ludzi bawiących się na koncertach. Przy tym utworze mam skojarzenia z bad to The Bone. Nieco inny jest „White Buffalo” ten sam patent, aczkolwiek tutaj jest nieco bardziej posępnie. Nieco bardziej gitarowo i bardziej nastawiono się na przekaz i to co niesie ze sobą warstwa tekstowa, a tym razem poruszono sprawy ekologiczne. Refren tutaj jest przedni i też cechuje się niezwykłą prostotą i chwytliwością. Równie genialny co poprzednie kompozycje jest „Jennings Revenge” który ma w sobie całe to piractwo, które cechuje ten zespół. Jest i „łoo łooo” i „hey, hey” i czegoś można chcieć więcej. Dla mnie to jest jeden z najlepszych kompozycji RW. Punktem kulminacyjnym jest „Treasure Island” uważany przeze mnie jak i przez większość fanów za najlepszy kolos tego zespołu. Jest epickość, jest melodyjność no i są zmiany temp. Utwór jest naszpikowany różnymi fajnymi motywami, a do tego można posłuchać jak muzycy świetnie operują poszczególnymi instrumentami. Tym razem zespół bazował jeśli chodzi o tekst na podstawie książki Roberta Stevensona.
Wraz z końcem albumu, trzeba trochę czasu żeby wyjść z oszołomienia i wrażenia jaki pozostawia po sobie ten album. Running Wild jest to dla mnie jeden z tych nie wielu zespołów który nagrał tyle świetnych albumów, tyle arcydzieł, tak wpłynął na heavy/speed metal i co ważne stworzył swój własny nie do podrobienia styl i za to pozostanie wielki, pomimo że ich działalność się zakończyła. Jak poznać arcydzieło? Płyta, która nie ma słabych utworów, która mimo swojego czasu wciąż powala na kolana. A konkurencję połyka na śniadanie. Dla mnie ten album był, jest i będzie Arcydziełem, który będę polecał każdemu kto nie zna tego albumu. 10/10 i gorąco polecam, we współczesnym świecie takich albumów za wiele nie wychodzi.