Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 stycznia 2021
WOLF SPIDER - V (2015)
Nikt się nie spodziewał, że nasz kultowy Wolf Spider kiedykolwiek wróci, jednak życie potrafi pisać różne ciekawe scenariusze. Po 20 letniej przerwie kapela się reaktywowała i owocem powrotu był kolejny album w ich dyskografii, czyli "V". Jak nazwa wskazuje to już 5 wydawnictwo i choć band dalej trzyma się stylistyki heavy/thrash metalowej w progresywnej oprawie, to jednak to już nieco inna muzyka. Band stara się brzmieć nowocześnie, bardziej współcześnie. Jednym się spodoba, a innym niekoniecznie.
Wolf Spider na tym albumie tworzą gitarzyści : Maciej Matuszak i Piotr Mańkowski, Beata Polak na perkusji, Mariusz Przybylski na basie i szkoda, że Jacek Piotrowski nie utrzymał swojej pozycji wokalisty. No, ale Maciej Wróblewski z Titanium też daje radę i przypomina nieco głos Johna Busha z ery w Anthrax. Bardzo specyficzny głos, który nieco złagodził charakter zespołu.
Znajdziemy na "V" połamane melodie, techniczny thrash metal i elementy progresywności, więc styl aż tak mocno się nie zmienił. Jakość już jednak nie ta i sam klimat płyty już jest inny. Band poszedł w kierunku nowoczesności i współczesnych rozwiązań. "V" nie ma też przebojowości i agresywności z poprzednich płyt.
Płytę otwiera wyjątkowy dobry "Its Your time", który przypomina dokonania Megadeth, czy Anthrax z ery Busha. Niby jest tutaj thrash metal, ale dominuje stylistyka heavy metalowa. Agresywny, a zarazem melodyjny kawałek. Za bardzo przekombinowany jest "Who am i?", który ma ciekawe rozegrane partie solówkowe gitarzystów. Komercyjny "What if?", który brzmi troszkę jak parodia Metaliki pokazuje, że to już nieco inny Wolf Spider niż ten który ja pokochałem za poprzednie płyty. Pozytywne emocje wywołuje agresywny i dynamiczny "Phoenix", który zachwyca mocnym riffem. Echa starych płyt można wyłapać w urozmaiconym i nieco bardziej progresywnym "Vacuum". Na płycie znajdziemy jeszcze przesiąknięty Megadeth "Slepless" i agresywny "New Freakality", w którym band przemyca też troszkę melodyjności i patentów Anthrax.
Niby jest agresywnie, niby nie brakuje melodii i Wolf Spider stara się trzymać swojej stylistyki, to jednak "V" nie zapada w pamięci. Album jest za długi, za bardzo przekombinowany i za nowoczesny. Zabrakło troszkę pomysłu na kompozycje i bardziej zapadające partie gitarowe. Solidny album w klimatach heavy i thrash metalu, który jest tylko cieniem wielkich płyt Wolf Spider.
Ocena: 6/10
czwartek, 23 czerwca 2016
AETHERIAN - Tales of Our Times EP (2015)
Ciężko
czasami wyrobić sobie zdanie o danym zespole, kiedy zespół
ma na swoim koncie tylko epkę i dema. W przypadku greckiego
Aetherian musiało to wystarczyć. Jest to grecki band, a raczej
projekt muzyczny, który powstał w 2013 roku. Trzech muzyków
złączyło siły by grać melodyjny death metal, który jest
osadzony w mrocznym uniwersum. „Tales of Our Times” to jedyny
mini album, który ujrzał światło dzienne w 2015 r. Ten
krążek to znakomite potwierdzenie tego co potrafi ten zespół.
Wiedzą jak grać ciekawe melodie, jak urozmaicać utwory, jak
budować klimat, napięcie, a ich specjalnością jest dobre wyczucie
i umiejętność zaskakiwania. Cały czas się coś dzieje i można
odnieść wrażenie, że popisy gitarowe czy mocarny wokal Panosa
pełnią rolę uzupełniającą. To właśnie klimat, cała ta
mistyczna otoczka jest na pierwszym planie. Już otwierający
„Whispers in the End”
zaczyna się spokojnie i tak romantycznie. Potrafi urzec swoją
lekkością i naturą. Bardzo dobry start. Więcej mocy i
przebojowości uchwycimy w „As Seaons Pass”.
Z kolei więcej podniosłości i epickiego charakteru uświadczymy w
bardziej rozbudowanym „For those about to
Fail”.
Zespół popisuje się na każdym kroku i w takim energicznym
„Tales of our Times”
na przykład pokazują swoje umiejętności gitarowe. Zadziorny i
dość agresywny kawałek, w którym całkiem sporo się
dzieje. Całość zamyka nieco dłuższy „Dreary
Voice”,
który znów jest wycieczką do mrocznego świata. Sam
kawałek jest bardziej progresywny i zespół stara się
wtrącić różne ciekawe motywy. Utwór znakomicie
podsumowuje płytę. Sam zespół potrafi grać, ma ciekawe
pomysły i odnajdują się w świecie melodyjnego death metalu. Teraz
pozostaje czekać na pierwszy pełnometrażowy album.
Ocena:
7/10
wtorek, 7 czerwca 2016
KHYMERA - The great Design (2015)
Muzyka hard rockowa i jej
obecny kształt ma swojego wizjonera i człowieka, który
tchnął w ten gatunek nowe życie. Tą osobą bez wątpienia jest
amerykański basista, kompozytor i producent Dennis Ward. Miał
ogromny wpływ na tą muzykę i dał światu takie kapele jak Place
Vendome, Sunstorm, Pink Cream 69, Unisonic czy właśnie Khymera.
Jest znany przede wszystkim z wygładzonego, soczystego i
dopieszczonego brzmienia, a także geniuszu jeśli chodzi o
kompozytorstwo. To człowiek, który ma swój styl i
potrafi tworzyć prawdziwe hity, które zabierają nas do
świata Magnum, Pretty maids, Aerosmith, czy A.S.A.P. Khymera to
projekt muzyczny, który powstał z inicjatywy włoskiego
muzyka Daniela Livareniego i wokalistę Kansas czyli Steve'a Walsha.
Projekt muzyczny stał się zespołem, kiedy dołączył właśnie
Dennis Ward. Teraz po 7 latach Khymera wydała długo oczekiwany
trzeci album w postaci „The Grand design”. Khymera stała się
właściwie dzieckiem Dennisa i przejął on kontrolę nad wieloma
kwestiami. Zajął się produkcją, komponowaniem i to on również
zajął się partiami wokalnymi. Mimo pewnych zmian i pewnego
progresu, jest to swoista kontynuacja tego co słyszeliśmy na „The
Greatest Wonder”. Dobre, chwytliwe melodie, łagodny, ciepły
klimat, do tego wyrazisty i emocjonalny wokal Dennisa i mamy udany
album w klimatach melodyjnego hard rocka i AOR. Na płycie przede
wszystkim dobrze prezentuje się klawisze, które zabierają
nas w rejony Magnum, Pretty Maids. Nutka progresywności też czai
się w prezentowanej stylistyce. Otwierający „Never Give Up
on You” to dobry zwiastun i zachęta by zapoznać się z
całością. Mocnym uderzeniem jest „A night to Remember”,
z kolei lekki „She'sgot
the Love” to rasowy hard rockowy przebój. Na
wyróżnienie również zasługuje przesiąknięty
progresywnością „The Grand Design”. Sporo utworów
urzeka swoim pięknym, romantycznym klimatem i lekkością. Dobrze to
odzwierciedla „Streetlights”, który ukazuje
komercyjne oblicze tego krążka. Szkoda, że na płycie jest tak
mało udanych hitów jak „Finally”, w którym
słychać echa Deep Purple. Solidny materiał, kwintesencja muzyki
hard rockowej i AOR to jest to co można napisać o nowym albumie
Khymera. Jest wszystko to do czego przyzwyczaił nas Dennis.
Niedosyt lekki pozostał, bo nie jest to płyta idealna i pozbawiona
wad. Jedną z nich jest mała liczba przebojów i zbyt duża
liczba utworów.
Ocena: 6.5/10
piątek, 22 kwietnia 2016
TRAITOR - Venomizer (2015)
Szukacie mocnego,
agresywnego i old schoolowego thrash metalu, który przeniesie
do lat świetności Kreator, Sodom, czy Slayer? Chcecie posmakować
młodzieńczego thrash metalu, w którym panowie grają z
miłości do muzyki i grają profesjonalnie mimo swojego wieku? A
może już macie dość ostatnich dokonań innych kapel typu
Warbringer? To czego szukacie to niemiecki band o nazwie Traitor. To
właśnie ich drugi album zatytułowany „Venomizer” jest jednym z
najlepszych thrash metalowych albumów jakie ostatnio pojawiły
się na rynku. Old schoolowe logo i okładka taka wzorowana na
okładkach z lat 80 czy 90. Czy te znaki mogą być źle odczytane?
Traitor to zespół,
który został założony w 2004 z inicjatywy Andreasa Mozera i
Gerda Hery'ego i trzy razy zmieniali nazwę zespołu, aż w końcu
stanęło na tej, którą znamy dzisiaj. Panowie obrali sobie
za cel granie klasycznego thrash metalu mocno osadzonego przede
wszystkim w rodzimej scenie metalowej. Słychać wyraźne wpływy
Sodom czy Kreator, ale zespół nie boi się sięgnąć po
motywy, które mają w sobie z amerykańskiej sceny thrash
metalowej. Najlepsze jest to, że Traitor mimo wyraźnych inspiracji
stara się tworzyć własny styl. Opiera się on na dynamicznej
sekcji rytmicznej, prostych motywach gitarowych, ale przede wszystkim
agresywnych riffach. Kluczową rolę odgrywa Andreas pełniący rolę
wokalisty. To jego wokal sprawia, że to wszystko brzmi autentycznie
i nie ma w tym nic sztucznego. Lata 80 i 90 naprawdę są obecne w
ich muzyce. Specyficzna maniera i dobry warsztat techniczny czynią
go dobrym wokalistą. W stylu grupy zachwyca speed metalowa motoryka
i tutaj kawał dobrej roboty odwalają gitarzyści. Gerd i Matthias
rozumieją się i wzajemnie się uzupełniają, dlatego nie ma tu
wpadek i żadnej fuszerki. Na płycie znajdziemy 12 old schoolowych
kawałków thrash metalowych dających 43 minuty porządnej
muzyki. „Chernobyl” to klimatyczne intro, które
wprowadza nas w klimat płyty i rzeczywiście można poczuć się jak
w latach 80. Dobre wprowadzenie w płytę. „Reactor IV”
to już typowy rasowy thrash metalowy killer. Mocny riff, złowieszczy
klimat, odpowiedni ładunek emocjonalny i pędzące tempo. To jest
właśnie to co tygryski lubią najbardziej. Zespół na pewno
imponuje swoją pomysłowością i wystarczy posłuchać ciekawego
skomponowanego „Torturize”. Kawałek został oparty
na chwytliwym i pomysłowym riffem. Agresywny „Toxic Death”
to taki ukłon w stronę klasycznego Sodom. Utworem, który
posłużył do promowania płyty jest „Venomizer” i
to kolejny bardziej techniczny kawałek. Nie brakuje na płycie
dobrych melodii, które intrygują i zapadają w pamięci.
Wystarczy wsłuchać się w „Teutonic Storm” czy
rytmiczny „Chemical Violator”. Co
ciekawe Traitor potrafi urozmaicać swój album i odchodzić od
typowej nawalanki. Przykładem tego jest bardziej stonowany i
przebojowy „Hell hammer”
czy „Executioner”.
Niemieckie
zespoły nigdy nie zawodzą i zawsze można być spokojnym, jeśli
chodzi o zawartość jak i brzmienie. Tutaj brzmienie jest ostre,
soczyste i nadaje kompozycjom mocy. Sam materiał jest jeszcze
bardziej dopracowany niż na debiucie, a sam zespół niezwykle
się rozwinął. Nie ma słabych kawałków, a każdy z nich to
prawdziwa uczta dla fanów Kreator czy Sodom. Thrash metal w
klasycznej odsłonie i to na jakim poziomie. Jeden z najlepszych
thrash metalowych albumów jaki ostatnim czasy ukazał się na
rynku. Gratka dla fanów gatunku.
Ocena:
9/10
środa, 20 kwietnia 2016
NUMENOR - Sword and Sorcery (2015)
Debiutancki
album serbskiego Numenor zauroczył fanów symfonicznego metalu
i epickiego black metalu. To tak jakby ktoś zmieszał Rhapsody Of
Fire, Dimmu Borgir, Blind Guardian w jedną spójną całość.
„Collosal Darkness” to krążek, który bardziej nastawiony
był na agresję, mroczny klimat i prawdziwy posmak black metalu. To
właśnie ten gatunek muzyczny przodował na tej płycie. W swojej
konwencji imponował pomysłowością i przebojowością, a klimat
potrafił przyprawić o dreszcze. Jednym słowem była to świetna
przygoda w świat Tolkiena. Ciekawy byłem co jest wstanie jeszcze
zaoferować ten band. „Sword and Sorcery” to drugi album tej
serbskiej formacji i jest to dzieło zupełnie inne od debiutu. Już
sama okładka jak i tytuł albumu nasuwa nam bardziej gatunek
heavy/power metalowy. To jest pewien sygnał, że Numenor szykuje
nam niespodziankę. Tak zmiany są wyczuwalne na nowym albumie
zespołu i to niemal na każdym froncie. Brzmienie soczyste,
dynamiczne i idealnie wyważone. Jest pomostem między power metalową
manierą, symfoniczną podniosłością i black metalowym klimatem.
Panowie w swoje strukturze też troszkę na zmieniali. Niby została
podniosłość, symfoniczne patenty i epickość, ale gdzieś tutaj
zmniejszono proporcje black metalu na rzecz power metalu. Taka
mieszanka i taki sposób podania muzyki bardziej mi odpowiada.
Kompozycje nabrały na szybkości i przebojowości, sama zawartość
jakby jest przystępniejsza i bardziej zapadająca w pamięci. Na
samej płycie znacznie więcej się dzieje. Bardziej urozmaicone
partie wokalne to jeden z tych atutów. Oprócz tych
stricte black metalowych wokali mamy tez czyste i bardziej metalowe,
co tylko pokazuje jak wiele się zmieniło w muzyce Serbów.
Gitarzyści też dali w końcu upust swojemu talentowi. Jest
technika, ale to nie ona odgrywa kluczową rolę. To finezja, ciekawe
przejścia i duża dawka melodyjności nadaje partiom gitarowym
uroku. Tak jakby byśmy spotkali zupełnie inny zespół, który
nieco inny rodzaj muzyki. Zaczyna się podniośle i klimatycznie, bo
„Interlude”
to intro które ma nas wprowadzić do nowej wizji Numenor.
Pierwszym zaskoczeniem jest „Dragonheart”.
Utwór jest słodki, energiczny i oparty na power metalowych
patentach. Jest energia, mocny riff, przebojowość, a i coś z black
metalu została. To się nazywa pomysł na ciekawy power metal.
Stonowany i bardziej epicki „Arcanist”
to już ukłon w stronę true metalu czy epickiego metalu. Prosty i
podniosły motyw odgrywa tutaj kluczową rolę. Nie brakuje
prawdziwych lekkich przebojów i dowodem tego jest choćby „The
prince in scarlet Robe”.
Nutka folkowego klimatu wdziera się w rytmicznym i dynamicznym
„Dragon of Erebor”.
Mimo tych urozmaiceń jest to kolejny wielki hit na płycie, które
pokazuje jak można zmieszać black metal i power metal. Dalej mamy
stonowany i nieco mroczniejszy „Bane of Durin”,
który jest taką odskocznią od tych power metalowych petard,
które zdominowały album. Całość zamyka ponad 6 minutowy
kolos w postaci „Sleeping Sorceress”, który idealnie
wieńczy nowy album Numenor. O „Sword and Sorcery” można wiele
napisać i właściwie są to same ciepłe słowo. Czysta perfekcja i
przykład, że power metal nie musi być przewidywalny. Black metal i
power metal na jednym krążku to jest dopiero nie lada niespodzianka
jeśli chodzi styl. Jedna z ciekawszych płyt power metalowych
ostatnich lat,
Ocena:
10/10
wtorek, 19 kwietnia 2016
DIVINER - Fallen Empires (2015)
Grecki Inner Wish to
jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów heavy/power
metalowych w tamtym rejonie świata. Od 2010 r jednak ta kapela
milczy i nie daje znaków życia. Nie ma powodów do
zmartwień, bowiem z odsieczą nadchodzi Diviner. Kapela założona w
2011 r przez wokalistę Yiannis Papanikolaou i gitarzystę Thimios
Krikos, którzy razem pracowali w Inner Wish. Dodatkowo udało
im się ściągnąć perkusistę Inner Wish czyli Samoilisa. Panowie
postanowili stworzyć alternatywę dla Inner Wish. Stworzyć
prawdziwą heavy/power metalową bestię, która porwie i
zaskoczy fanów heavy i power metalu. Kiedy słucha się ich
debiutanckiego albumu w postaci „Fallen Empires” to można
odnieść wrażenie, że cel został osiągnięty.
Ciekawe logo, dobra nazwa
zespołu i mroczna okładka, to drobne detale, które jednak
sprawiają, że chce się sięgnąć po „Fallen Empires”.
Muzycznie to jest ostry, agresywny i melodyjny heavy/power metal
osadzony w nowoczesnym i mięsistym brzmieniu. Można ich muzykę
porównać do Inner Wish, choć nie brakuje wpływów
Nightmare, Primal Fear czy nawet Iced earth. Diviner gra wysokiej
klasy muzykę z pogranicza heavy/power metalu i chłopaki znają się
na rzeczy. Każdy z nich jest doświadczony i wie jak zainteresować
słuchacza. Wokal Yiannisa jest mroczny, drapieżny i nasuwa na myśl
Dio czy Tima Rippera Owensa. Można odnieść wrażenie, że jako
wokalista rozwinął się jeszcze bardziej i brzmi teraz
fenomenalnie. Jednak debiut Deviner to przede wszystkim ostre riffy,
spora dawka przebojowości i chwytliwości. Właśnie brakowało
takiego soczystego heavy/power metalu, który przyprawi o
dreszcze. Brakowało takich mocnych riffów i takich ciekawych
solówek ostatnim czasy. Diviner wychodzi naprzeciw naszym
oczekiwaniom. Wszystko zostało zapięty na ostatni guzik i nie ma
tutaj niespodziewanych wpadek. Każdy utwór to prawdziwa
frajda i kwintesencja gatunku heavy/power metal. Tytułowy „Fallen
Empire” rozpoczyna tą ucztę. Jest to ostry, dynamiczny
kawałek, który spokojnie mógłby zdobyć album Primal
Fear. Nutka nowoczesności wybrzmiewa w „Kingdom Come”,
zaś „Evilizer” to przykład że twórczość
Judas Priest ma wpływ także na grecki band. Nie mogło zabraknąć
na płycie szybszych kawałków i właśnie takim utworem jest
„Riders from the east” który przypomina
dokonania Nightmare. Marszowy i nieco podniosły „The Legend
goes on” to taki hołd dla Manowar czy Hammefall. Wyszło
znakomicie i słychać, że zespół potrafi być elastyczny.
Zespół potrafi wykreować ciekawe motywy, które
zapadają w pamięci. Tak właśnie jest z ostrzejszym „Come into
My glory” czy mrocznym „The shadow and the dark”. Płytę
zamyka nieco progresywny, ale bardziej rozbudowany „Out in the
Abyss”. Jest to przykład, że można tworzyć mroczny heavy/power
metal i to na wysokim poziomie.
Inner Wish milczy, ale
Diviner to bardzo dobra alternatywa. Band brzmi świeżo, wie co to
jest heavy/power metal, wie jak grać na wysokim poziomie i jak
nagrać świetny album, który poruszy scenę metalową. Ta
płyta nie ma wad, a zalet nie da się tak szybko zliczyć. Nikt nie
czekał na ten album, nikt pewnie nie brał ich pod uwagę jeśli
chodzi o top 2015. Teraz może się to zmienić. Polecam.
Ocena: 9.5/10
sobota, 16 kwietnia 2016
PHRENETIX - Fear (2015)
Jaki ma być thrash
metal? Ma być agresywny, dynamiczny, pełen energii, urozmaicenia i
pozbawiony wszelkich półśrodków, który tylko
szkodzą całości. Taka muzyka powinna być na wysokim poziomie
technicznym, a tematycznie ma być pesymistycznie. Zazwyczaj taka
muzyka powinna mieć nieco mroczny klimat i bardziej przybrudzone
brzmienie. Im klasycznie tym lepiej. Tak więc miłe są nawiązania
do takich klasycznych bandów jak Anthrax, Megadeth czy
Overkill. W tym roku bardzo udanym debiutem jest „Fear” . Jest to
pierwszy album jaki wydała grupa Phrenetix. Młoda formacja pochodzi
z Litwy i działa od 2011r. Ich celem jest grac agresywny, energiczny
old schoolowy thrash metal w stylu lat 80 czy 90. I jest przed nimi
świetlana przyszłość i to można wywnioskować po „Fear”.
Nic tutaj nie zrodziło
się przypadkiem czy też na bazie tylko cytatów z innych
kapel. Ta formacja ma pomysł na siebie, potrafi zagrać thrash metal
w starym stylu i to na wysokim poziomie. Wszystko to czego oczekujemy
od tego typu grania z pewnością znajdziemy właśnie na „Fear”.
Mamy rok 2015, a ta płyta brzmi jakby została nagrana kilkanaście
lat temu. Panowie nie bawią się w eksperymenty, przez co płyta
brzmi autentycznie i szczerze. Od samego początku do samego jest to
prawdziwa jazda bez trzymanki w starym stylu. Zespół zdobywa
uznanie i nasze zainteresowanie na pewno dzięki samej liderce Linie.
Lina to wokalistka i zarówno gitarzystka która napędza
zespół. Nie tak łatwo się kapnąć że mamy do czynienia z
kobiecym wokalem. Maniera i styl śpiewania pokrywa się w wielu
momentach z wokalistami z wielu znanych kapel. To jest właśnie taki
mały trick Litewskiej formacji. Lina śpiewa agresywnie i nie
szczędzi swego gardła, co tylko podkreśla agresywność materiału.
Dobra i zgrana sekcja rytmiczna, do tego ciekawy popisy gitarowe i
zapadające w głowie motywy główny to kolejne atuty tego
zespoły, które punktują na „Fear”. Cały czas na płycie
się coś dzieje, przez co nie ma mowy o nudzie. Sam otwieracz już
jest bardzo klasycznym kawałkiem. Słuchając „Ruined by
Ambition” mam skojarzenia z Megadeth, Anthrax czy Overkill.
Nie ma w tym nic złego, ponieważ band ma swoje interpretacje i
pomysły. Mocny riff, odpowiednia szybkość, chwytliwy refren i to
wszystko sprawia, że zespół od samego początku robi dobre
wrażenie. Nie brakuje nieco wolniejszych momentów, w których
zespół pokazuje swoje bardziej heavy/speed metalowe oblicze.
Dobrym tego przejawem jest „Time To Act”. Zespół
płynie przechodzi między motywami i nie mają większych problemów
z stworzeniem ciekawych i chwytliwych melodii. Dzięki temu taki
„Posera” ma charakter czysto przebojowy, choć jest
to thrash metalowa petarda. Kolejny jakże udanym kawałkiem na
płycie jest rytmiczny i rozpędzony „Piece of Life”.
Sekcja rytmiczna odgrywa kluczową rolę w zespole, bo to ona nadaję
przestrzeni i jest dobrym gruntem pod każdy kawałek. Bardzo dobrze
ją słychać w nieco progresywnym „Unconscious Game”.
Phrenetix nie ma czasu na jakieś spowolnienia i właściwie do
samego końca serwuje nam petardy. „Muddy Tale” i
zamykający „Art of Jail” to bardzo dobre
zwieńczenie tego solidnego dzieła.
Litwa to nie jest stolica
thrash metalu tym bardziej zaskakuje jakość „Fear”. Mamy tutaj
przede wszystkim wpływy amerykańskich kapel i to słychać na
każdym kroku. Kapela młoda i właśćiwie wszystko przed nią, ale
tym albumem pokazali że znają się na rzeczy i jeszcze nie raz o
nich usłyszymy. „Fear” należy pochwalić za klimatyczną
okładkę, stylistykę na wzór lat 80 czy 90 no i przemyślany
i udany materiał, który zaskakuje swoją solidnością. Kawał
dobrej roboty!
Ocena: 8/10
piątek, 15 kwietnia 2016
ALSION - Pale Shadows (2015)
Kiedy w 2013 r Thomas Fischer pojawił
się w roli nowego wokalisty niemieckiej formacji Alsion wielu tak
naprawdę przestało widzieć sens istnienia zespołu. W końcu to
właśnie z Tobiasem Kochem powstały najbardziej znaczące dzieła
dla Alsion i to właśnie z nim band dokonał najwięcej. Pewien
okres się skończył, a zatrudnienie Thomasa utworzyło nowy. 9 lata
czekania na trzeci album i pewna stabilizacja zespołu sprawiły, że
głód na nowe dzieło wśród fanów był spory.
Jednak można odnieść wrażenie, że „Pale Shadows” z roku 2015
to tylko solidne dzieło w kategorii heavy/power metal, które
za wiele nie wnosi. Gdzieś znikły emocje i ta pasja, a zamiast tego
wdarła się nuda i rutyna. Jednak i w tym dziele można dostrzec
pewne plusy. Soczyste i dopracowane brzmienie, które podkreśla
zadziorność kapeli. Dobrze wypada też nowy nabytek zespołu,
dzięki któremu miejscami ma się wrażenie że w odtwarzaczu
leci album Volbeat. Bardzo dobrze wypada też sam materiał, który
ma kilka mocnych punktów. Mamy mocne riffy, kilka przyspieszeń
i kilka ciekawych melodii, które czynią album miły w
odbiorze. Krótki i zwarte kompozycje również są
sporym atutem, zwłaszcza kiedy wszystkie są utrzymane w podobnej
stylistyce. Brak urozmaicenia i jakiegoś elementu zaskoczenia
powoduje, że całość szybko zlewa się w jedną całość. Ingo i
Uli grają solidnie i starają się nam przypomnieć stare dobre
czasy Stormiwtch, czy Brainstorm. Szkoda tylko, że efekt końcowy
nie do końca jest satysfakcjonujący. Z całej płyty warto
wyróżnić mocniejszy „From The Ashes”,
który ma w sobie spore pokłady energii czy „Burn Them
All” z ciekawym głównym motywem gitarowym. Bardziej
rozbudowany „Pale Shadows” pokazuje, że zespół
grać potrafi, tylko momentami brakuje ostatecznego szlifu. Na
płycie nie brakuje typowej niemieckiej toporności co potwierdza
zamykający „Through the Fire”. Do grona najciekawszych kawałków
na płycie, które potrafią uraczyć nas swoją przebojowością
zaliczyć należy „Live or Die”. Brakuje na „Pale Shadows”
właśnie takich wyrazistych kompozycji, które na dłużej by
zostały w pamięci. 9 lat czekania, a w zamian dostajemy średniej
klasy heavy/power metal, który na dłuższą metę staje się
dziełem o którym nie będzie pamiętać za jakiś czas. Czas
coś zmienić w stylu i czas wyciągnąć jakiś as z rękawa.
Ocena: 5.5/10
środa, 13 kwietnia 2016
CREATURE - Ride the bullet (2015)
Miło jest widzieć, że
ostatnim czasy coraz więcej kapel z lat 80 powraca do interesu.
Jasne raczej światu już nie zwojują, może nie poruszą metalowego
światka, ale sprawią że wspomnienia ożyją i znów
poczujemy klimat lat 80. Choćby dlatego miło jest widzieć, że
kapele które grały w latach 80 i potem przepadły bez wieści
powracają i wciąż tworzą muzykę. Nie zawsze powrót okaże
się dobrym pomysłem, czasem kończy się to fiaskiem, ale powrót
niemieckiego Creature warto odnotować. Marco, Torsten i Carsten w
1982r powołali tą formację i wciąż ją tworzą co bardzo cieszy.
W 1989r kapela wydała swój debiutancki album „Creature”
który był solidną mieszanką heavy metalu, hard rocka i
NWOBHM. W 1991 r kapela się rozpadła i przez te wszystkie lata nikt
nie myślał o powrocie tej formacji. W powrocie zespołowi pomogła
wytwórnia Karthago. Zaczęło się od gigu, koncertu, a potem
kapela powróciła na dobre. Owocem tego jest drugi album w
postaci „Ride the bullet”. Jak się patrzy na okładkę to widać,
że kapela żyje latami 80, że chce kontynuować działalność tam
gdzie zakończyła. Takie płyty zawsze są w cenie, zwłaszcza jeśli
mają być w klimatach lat 80. W zespole nie ma już wokalisty
Alexendra Schmitta i basisty Martina Henke, ale mimo tego zespół
znalazł godnych zastępców. Ciekawym zabiegiem okazało się
zatrudnienie dwóch wokalistek. Jest Sussene i Daniela i dają
radę obie wokalistki. Nie ma wpadki w tym zakresie. Jest prostota,
jest nacisk na klasyczny wydźwięk i w efekcie wszystko brzmi tak
jak trzeba. Kiedy odpala się album i atakuje nas „Nervous
Break down” to już wiadomo, że będzie to kawał
porządnego heavy metalowego grania. Klasyczny riff osadzony w
klimatach Accept czy Judas Priest. Mocną stroną jest przebojowy
charakter płyty i dobra praca gitarzystów. Clausen i Janz
wciąż mają w sobie to coś i wiedzą jak zabrać nas do lat 80.
„Ride the bullet”
to kolejny przebój i przykład, że jednak powrót mimo
tylu lat może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mocny i
chwytliwy kawałek, który klimat po prostu potrafi zauroczyć.
„Can't you realize” troszkę bardziej hard rockowy
i wzorowany na starych płytach Accept, co ucieszy fanów
niemieckiego metalu. Warto też pochwalić zespół lekkość i
umiejętność tworzenia przebojów. Na nowej płycie nie
brakuje nam ich, o czym może świadczyć porywający „Don't
Believe in Rumors”. Kto lubi nutkę szaleństwa i Ac/Dc ten
doceni rockowy „deep down Dirty”. Sporo klasyki
słychać w prostym i zadziornym „Heroes” czy
rozpędzonym „Split”. Właściwie nie ma tutaj
słabych utworów i każdy znich daje sporo radości i jest
niezłą rozrywką. Można naprawdę dobrze się bawić w rytmach
radosnego „I cant break out”. Udało się stworzyć
równy i dopracowany materiał, który jest mocno
osadzony w latach 80. Najlepsze jest to, że ta płyta brzmi
autentycznie i ciężko uwierzyć, że została wydana w 2015.
Creature wraca w wielkim stylu po 26 latach i nie mają się czego
wstydzić, bo jest to bardzo solidny album, który pokazuje że
klasyczny metal wciąż ma się bardzo dobrze. Polecam.
Ocena: 8.5/10
sobota, 9 kwietnia 2016
DARK SADNESS / A NAKED SOULS - Twirl of Shadows (2015)
Ostatnio trafiłem na komplikację Dark Sadness / A naked Souls
zatytułowaną „twirl of shadows”.W okresie 1993 -1998 działa
właśnie formacja o nazwie Dark Sadness. Była to jedna z tych
meksykańskich formacji, która stawia na mroczny death metal z
domieszką doom metalu. Formacja ta nie zagościła na długo w
świecie muzyki, ale został po nich mały ślad w postaci „Art &
Solitude”. To właśnie ten album znajdziemy na składance. Nie ma
się co oszukiwać jest to podziemny heavy metal, a sam band już
dawno nie istnieje, a owy materiał pochodzi z połowy lat 90.
Specyficzny głos Williama sprawia, że faktycznie słychać ten doom
metal w muzyce Dark Sadness. Trzeba pamiętać, że na styl Dark
Sadness składa się wiele czynników. Stonowane tempo, mroczny
klimat, wyszukane partie gitarowe, pomysłowe melodie i dobrze
wpasowane klawisze. Pierwsze sześć utworów należy do Dark
Sadness. Na uwagę zasługuje klimatyczny „Evil Inside”
z chwytliwym riffem w roli głównej. Całkiem dobrze wypada
też mroczny i ponury „dark Sadness” który
jest przykładem, że da się dobrze połączyć death metal z doom
metalem. Najlepszym kawałkiem na płycie wydaje się tytułowy „Art
& solitude” z dobrze wtrąconymi klawiszami. Jest to
nieco progresywne i chaotyczne, ale ma swój urok. Druga część
płyty to już inny meksykański band z połowy lat 90, który
już nie istnieje, a mianowicie A naked Soul. Też dochodzi tutaj do
skrzyżowania death metalu i doom metalu. Też nie brakuje tutaj
brutalności i mrocznego klimatu, a całość bardziej naturalne
brzmienie i specyficzny wokalista Jose luis Lopez. Z tych ciekawszych
utworów to na pewno jest „Celebration of the lost”,
który przyciąga uwagę ciekawymi solówkami i
pomysłowym głównym riffem. Dobrze też się prezentuje
stonowany i ponury „In the Vastness”, który
oddaje piękno doom metalu. „Sometimes” czy „I
still remember” . Całość przypomina wczesne dokonania
Amorphis i w sumie nie jest to nic nadzwyczajnego. Ot co średniej
klasy death metal/ doom metal, który nastawiony jest przede
wszystkim mroczny klimat i brutalność. Nie wiele jednak z tego
wynika. Nic dziwnego, że kapele szybko przestały istnieć.
Ocena: 6/10
FORCER - Spirit Of metal (2015)
Wiele młodych kapel stara się odtworzyć lata 80, grać niczym Iron
maiden, Judas Priest, accept, Tyrant w latach swojej świetności.
Każda z kapel stara się oddać ducha tych kapel w swojej muzyce,
czyli ducha prawdziwego heavy metalu. Nie jest to łatwe, zwłaszcza
że konkurencja nie śpi, a same te wielkie kapele już wyczerpały
niemal materiał na klasyczny heavy metal. Na szczęście nie
powoduje to brak dobrych płyt w tej tematyce. Młode kapele potrafią
zaskoczyć zapałem i pomysłowością. Może to być wtórne i
przewidywalne, ale i tak zadowoli prawdziwych maniaków heavy
metalu. Moją uwagę ostatnio przykuł meksykański band o nazwie
Forcer. Grają heavy/ speed metal i to od 2013 roku, a na swoim
koncie mają już debiut. „Spirit of Metal” to dzieło okrojone z
oryginalności, ale ma inne ważne atuty. Przebojowość, lekkość,
pomysłowość, zgrane i energiczne popisy gitarowe. Szukacie dobrej
zabawy, hitów? A może cenicie sobie melodyjne solówki
i pojedynki gitarzystów? W takim razie „Spirit of Metal”
stanie się waszym nowym gościem w odtwarzaczu cd.
Okładka jest kiczowata, ale ma to swój urok. Przypomina płyty
z lat 80, które miały śmieszne okładki, ale ciekawą
zawartość. W przypadku Forcer jest podobnie. Ich dzieło jest
proste, przewidywalne i w oklepanym stylu. Jednak te wady mają swoją
zaletę. Wiemy czego spodziewać się, wiemy że zespół
potrafi wykorzystać znane patenty na swoją korzyść. Ta prostota i
wtórność jest tutaj urocza i potrafi zauroczyć. Mocnym
punktem tego dzieła jest wokalista Fernando, który potrafi
śpiewać agresywnie i zadziornie. Jego wysokie rejestry potrafią
przyprawić o dreszcze. Co ciekawe Fernando razem z Alexem tworzy
zgrany duet gitarowy. W sferze solówek i popisów dzieje
się sporo. Nie ma na co narzekać właściwie. Cały czas atakują
nas mocne i soczyste riffy, a solówki są zagrane z polotem i
nutką finezji. Panowie znają się narzeczy i ich muzyka jest
autentyczna. „Spirit of Metal” to 10 kompozycji utrzymanych w
klasycznym stylu, tak więc nie brakuje wpływów Iron maiden,
czy Judas Priest. Pierwszym hitem na miarę tych wielkich zespołów
jest tytułowy „Spirit of Metal”, który
pokazuje prawdziwy potencjał tej kapeli. Prosty motyw, chwytliwa
melodia i spora dawka energii i mamy hit gotowy. Dalej mamy marszowy
i bardziej epicki „Metal Over Rainbow”. Początek
nasuwa twórczość Iron Maiden, a później można nawet
doszukać się pewnych wpływów Black Sabbath czy Manowar.
Nutka hard rocka i takiej surowości mamy w „believing To be
powerful” jak i w rytmicznym „Memories are in the
past”. Więcej speed metalowej formuły mamy w przebojowym
„King of Monsters” czy żywiołowym „Hunter”,
który zaliczyć należy do najlepszych kompozycji na płycie.
Bije z nich energia i agresja, a wykonanie budzi respekt wobec
kapeli. Całość zamyka świetna petarda w postaci „pain”.
To jest dobry przykład jak zespół dba o detale i jak dobrze
radzi sobie z komponowaniem ciekawych i wciągających utworów.
Duch metalu i lat 80 słychać idealnie na „Spirit of Metal”, tak
więc tytuł idealnie odzwierciedla zawartość płyty i tego co
dostajemy od Forcer. Meksykańska formacja zna się na rzeczy i wie
jak grać heavy metal na wysokim poziomie. Słychać inspiracje
klasyki typu Iron maiden czy Judas Priest ale to nic złego. Pozycja
obowiązkowa dla każdego maniaka heavy metalu z lat 80.
Ocena: 8/10
wtorek, 5 kwietnia 2016
AMULANCE - Unleash the Beast (2015)
Amulance to mało
rozpoznawalna kapela heavy/speed/power metalowa działająca w latach
80. Wtedy właśnie dali się poznać fanom dzięki udanemu debiutowi
„Feel The Pain”. To był rok 1989, a Amulance grał ostry heavy
metal, który miał sporo elementów speed/thrash metalu.
Wyróżniali się na tle innych amerykańskich formacji poprzez
niezwykłą melodyjność i specyficzny wokal Rika Baeza. Kapela,
która powstała w Aurora na przestrzeni 1984 roku. W roku 1990
zakończył się pierwszy okres zespołu. Potem próbowali
powrócić na dobre w 2009 r ale się nie udało, dopiero w
roku 2012 udało się skutecznie reaktywować band. Na koncertach się
nie skończyło i zespół rozpoczął intensywne prace nad
nowym materiałem. Po 27 latach od wydania debiutu Amulance powraca z
drugim wydawnictwem tj „Unleash The beast”. Czy warto było
czekać tyle lat na ten album? Czy Amulance odnajduje się
współczesnych czasach? Czy nowy materiał dorównuje
debiutowi?
Wiele pytań, wiele
wątpliwości, które jeszcze bardziej wzbudzały ciekawość
czy Amulance jest wstanie nagrać wartościowy materiał. Ze starego
składu został wokalista Rik Beaz oraz gitarzysta Bob Luman. Obaj
panowie są w formie i wiedzą jak grać heavy/power metal. Jednak
Amulance jest już nieco innym zespołem. Niby Rik dalej śpiewa
specyficznie i nadaje kompozycjom odpowiedniej agresji, a Bob stara
się wygrywać energiczne i dynamiczne partie. Słuchając nowego
materiału można szybko dojść do wniosku, że upływ czasu miał
ogromny wpływ na styl zespołu. Niby jest to heavy/power metal w
amerykańskiej odsłonie, ale jest więcej toporności i mniejsza
ilość przebojów. Na pewno na plus można zaliczyć nieco
przybrudzone brzmienie, które ma wiele wspólnego z tym
z lat 80. Dzięki temu taki otwierający „Warrior Song”
wypada korzystnie i przypomina debiut pod wieloma aspektami. W samej
muzyce Amulance można doszukać się wpływów Queensryche,
Mercyful Fate, Saxon czy Iron Maiden. Klasyczny heavy metal z
przebojowym motywem w roli głównej zawsze jest w cenie.
„Damages” to przykład, że mimo zespół
mimo upływu lat potrafi grać agresywnie i z pazurem. Nutka
progresji przypomina najlepsze dokonania Queensryche czy Dream
theater. Bob i Steve Michals, który dołączył w 2015 r
tworzą zgrany duet i ich partie gitarowe są soczyste i mocarne.
Każdy z nich brzmi solidnie i nie ma co narzekać na ten aspekt.
Szkoda tylko, że mało tutaj atrakcyjnych i godnych zapamiętania
riffów. Wszystko momentami brzmi tak na jedno kopyto. Można
było wiele zrobić by urozmaicić owy materiał i wepchać tutaj
więcej charakterystycznych przebojów. „Unleash The
Beast” jest toporny i może przypominać niektóre
kawałki Accept. Zespół nie kryje swoich korzeni i
fascynacją klasyką amerykańskiego heavy/power metalu co pokazuje w
„Forsaken”, który ma coś z starego Metal
Church. Miłym zaskoczeniem na płycie jest nieco hard rockowy „Ghost
of Yestaryears”. Nowy album mimo nieco rzemieślniczego
charakteru ma prawdziwe petardy i jedną z nich jest nieco thrash
metalowy „Changes”, czy nieco Iron Maidenowy „Blood
of Innocent”. Sekcja rytmiczna choć nowa i jeszcze nie w
pełni zgrana, ale jednak daje sobie radę, co zresztą słychać w
dynamicznym „Edge of Lies”, który śmiało
mógłby znaleźć się na debiutanckim albumie. Warto zwrócić
uwagę również na „Poseidon” mający pewne
elementy Judas Priest. Na koniec klasyka w postaci „Children
of The Sea” i hołd dla Black Sabbath.
Wrócił kolejny
band z lat 80 i nie mają się czego wstydzić. Warto było czekać
27 lat na drugi album amerykańskiej formacji, która wierna
jest tradycjom i swoim korzeniom. Troszkę mało przebojów,
troszkę zbyt dużo toporności, ale cel został osiągnięty. Nowy
album naprawdę wypalił i pokazuje, że warto było powrócić
i zaskoczyć fanów nową muzyką. Bestia została uwolniona i
czekam na kolejny atak Amulance.
Ocena: 7.5/10
sobota, 2 kwietnia 2016
SILENT KNIGHT - Conquer & Command (2015)
Nie dawno Lemmy Kilmister odszedł i to daje jasno do zrozumienia, że
wszyscy wielcy kiedyś odejdą. Oni już mają zagwarantowane miejsce
wśród żyjących pośród nas i tak naprawdę ich
muzyka na zawsze będzie z nami. Pytanie tylko, kto będzie dla nas
grał i tworzył nową muzykę? Czy wśród młodych bandów
są takie, które będą wstanie podołać temu zadaniu? Jak
się dobrze poszuka to znajdzie się odpowiednich kandydatów.
Taki australijski Silent knight ma spore szanse, by przejąć
pałeczkę po Helloween czy Gamma Ray. Odpowiedni ładunek emocji,
energii, podobny styl, podobna jakość i umiejętność tworzenia
hitów. Silent Knight to prawdziwy wojownik, który dąży
do perfekcji, a ich ostatni album w postaci „Conquer and Command”
to prawdziwa uczta dla fanów gatunku.
Od takiej płyty oczekuje się prawdziwych przebojów, które
porwą słuchacza i przypomną klasykę gatunku. Taki hity mają
sprawić, że płyta będzie łatwiejsza w odbiorze i bardziej
zapadająca w pamięci. Nowe zespoły jednak mają jakby problem z
tym czynnikiem bo nie tak łatwo stworzyć dobry przebój.
Australijski Silent Knight wie jak to robić i słychać, że
wzorowali się dużo na Helloween, a to przenosi pożądany rezultat.
Mcgill i Nicholas stworzyli zgrany i dobrze rozumiejący się duet,
który wie jak porwać słuchaczy. Jest sporo przejść, spora
dawka energii, a najlepsze są te pojedynki na solówki, które
w takim graniu odgrywają ważną rolę. Jesse Onur Oz to nowy
nabytek, ale jego wokal świetnie się wpasował w styl grupy. Teraz
gdy w zespole jest wokalista o manierze Kiske to można działać
cuda.
Okładka może i kiczowata, ale ma w sobie pewien urok. Podobnie jak
to rasowe europejskie brzmienie, które ma nam przybliżyć erę
power metalowych płyt z lat 90. „A call to arms”
ma nas wprowadzić w ten świat i przypomnieć jednocześnie „The
Keeper of The seven Kyes”. Po minucie do akcji wkracza pierwsza
petarda czyli tytułowy „Conquer and Command”.
Mocny riff, dobre, szybkie tempo, dobrze rozegrane partie gitarowe i
pędząca sekcja rytmiczna sprawiają, że mamy pierwszy killer na
płycie. „Empty threat” to kolejny żywioły
kawałek, który pokazuje co to znaczy europejski power metal.
Nutka heavy metalu i nieco rycerski klimat pojawia się dynamicznym
„The Call of the crow”, który też tylko
podkreśla atuty tego zespołu jakim jest odnajdywanie się w
szybkich i melodyjnych kawałkach. Jednym z agresywniejszych utworów
na płycie jest „The Strike of the Sword”, który
przybliża nam twórczość Gamma Ray. Silent Knight potrafi
stworzyć hit o którym nie tak łatwo zapomnieć. Właśnie
taki jest „The Raven's Return”, który jest
kwintesencją power metalu. Nie ma miejsca dla ballad, czy nie
potrzebnych eksperymentów. Panowie od samego początku do
samego końca serwują nam petardy i nic dziwnego, że na koniec mamy
energiczny „One by one” w rycerskiej odsłonie, czy
dynamiczny „power metal supreme”. Nawet cover
Europe w postaci „The final countdown” ma w sobie sporo power
metalu w wykonaniu Silent Knight.
Silent knight wyrósł na bardzo dobry zespół, który
wie jak grać power metal na wysokich obrotach. Niby nic nowego a
bardzo cieszy, zwłaszcza co raz ciężej o taki właśnie europejski
power metal osadzony w latach 90. Fani Helloween czy Gamma ray nie
będą zawiedzeni.
Ocena: 8.5/10
wtorek, 29 marca 2016
SOLITUDE - Reach for the Sky (2015)
Kiedy zobaczyłem okładkę
nowego albumu Solitude w postaci „Reach the Skye” to już
wiedziałem że ta płyta jest dla mnie. Orzeł który
przypomina tego z płyt Primal Fear czy też Judas Priest, albo Rossa
The Bossa. W dodatku łańcuchy i niebo w tle. To od razu sprawiło,
że poczułem się jakbym dostał to czego właśnie teraz
potrzebuję. Mocnego heavy/power metalu, który namiesza w
tegorocznych zestawieniach i wypełni pustkę w tym roku związku z
tym że Primal Fear, Gamma Ray, choć japoński Solitude to muzyka
która przyciągnie również fanów Exciter, Riot,
czy Liege Lord. To jest po prostu czysta klasyka gatunku i to jeszcze
w perfekcyjnym wydaniu. Tak można opisać w skrócie najnowsze
dzieło w postaci „Reach for the Sky”.
Solitude założył w
1996 roku wokalista Akira Sugiuchi, który obrał sobie za cel
granie heavy/power metalu na kształt wielkich kapel europejskich jak
i amerykańskich. Styl miał opierać się na mocnych riffach,
zadziornych partiach gitarowych, na ostrym wokalu i sporej dawce
przebojowości. Kurs został obrany i 2009 roku ukazał się „Brave
The storm”. To był tylko niepewny pokaz co zespół gra i w
jaki sposób. Prezentacja może i udana, ale zespół nie
pokazał w pełni swoich sił i potencjału jaki w nim drzemie.
Zmieni to bez wątpienia nowy album „Reach for the Sky”, który
ukazał się po 6 latach przerwy. Czas nie wpłynął negatywnie na
band, wręcz przeciwnie. Pomyśleli co i jak, dokonali poprawek i
mamy w efekcie perfekcyjny album. Klimatyczna i przywołująca na
myśl klasyczne albumy z kręgu heavy /power metalu, soczyste
brzmienie to tylko pierwsze z brzegu atuty tego albumu. Na tym jednak
nie koniec. Prawdziwa frajda zaczyna się kiedy odpalimy krążek.
Przede wszystkim na uwagę i wyróżnienie zasługuje wokalista
Akira. Jego wokal jest mroczny, zadziorny, ale w pełni oddaje to co
najlepsze w tym gatunku. Dzięki niemu całość zyskuje na mocy i
agresywności. Zaimponował mi Akira swoim występem i jest to jeden
z tych najlepszych występów w roku 2015. Kawał dobrej roboty
jednym słowem. Nie wiele mu ustępuje w talencie gitarzysta Shingo
Ida, który stawia na szaleństwo, finezję i dobrą zabawę.
Zabiera nas w rejony klasycznych rozwiązań, ale też pewnych
świeżych rozwiązań. Słychać, że Shingo dba o melodyjność,
dynamikę i zadziorność, nie zapominając o samej technice. W
połączeniu z wokalem Akira jest to mur nie do zniszczenia. Materiał
to najlepsze odzwierciedlenie perfekcji i talentu muzyków z
Solitude. Zaczyna się spokojnie, wręcz w stylu Testament czy
Metallica. Jednak „Venom's Angel” to utwór idealnie
oddający kunszt gatunku heavy/power metal. Tutaj dochodzi do
skrzyżowania europejskiego power metalu z tym znanym z ameryki.
Wychodzi z tego prawdziwa petarda. Rozpędzona sekcja rytmiczna i
ostry riff rodem z płyt Judas Priest, Liege Lord czy Gamma Ray
przyprawia o dreszcze. Dawno nie słyszałem tak pomysłowego kawałka
power metalowego. Nieco rock;n rollowy „Blow” ma
coś z Motorhead i twórczości Ritchiego Blackmore'a. Nieco
inna stylistyka, ale to wciąż szybkie i dynamiczne granie. W takim
klasycznym „Reach for The Sky” można doszukać się
wpływów W.A.S.P i tutaj zespół pozwolił sobie na
hard rockowe szaleństwo. Dobrze wychodzi im urozmaicanie płyty.
Thrash metal pojawia się w „Don't Need Mercy”. Sam
utwór jest niezwykle agresywny i szybki, ale konstrukcja ma
wiele wspólnego z Helloween z czasów „Walls of
Jericho”. Riff który pojawia się w „Escape for the
crime” przywołuje na myśl stare dobre czasy DIO i to
utwór również niezwykle urozmaicony. Kolejną udaną
petardą na płycie jest bez wątpienia energiczny „You got
My Mind”. Zespół odnajduje się w klasycznych
riffach i konwencji przywołującej na myśl lata 80. Zadziorny „on
the edge of sorrow” czy rozbudowany „December”
to tylko potwierdzają.
6 lat czekania na nowy
album Solitude, ale opłaciło. Kapela nagrała album perfekcyjny i
przemyślany. Mimo pewnych nawiązań do lat 80, album tętni swoim
życiem i brzmi wyjątkowo świeżo. Mamy przeboje, mamy petardy,
mamy chwytliwe melodie, a wszystko zagrane z polotem i werwą. Ten
album po prostu definiuje co tak naprawdę znaczy heavy/power metal
najwyższych lotów. To się nazywa prawdziwa niespodzianka.
Jedna z najlepszych płyt roku 2015, jeśli nie najlepsza. Polecam !
Ocena: 10/10
sobota, 26 marca 2016
CONCERTO MOON - Between life and death (2015)
Kiedy mówi się o
neoklasycznym power metalu to ma się na myśli przede wszystkim taki
Galnerus,Yngwie Malmsteena czy też Iron mask. Do grona tych
najlepszych i czołowych przedstawicieli tego gatunku trzeba zaliczyć
też japoński Concerto Moon. Już dawno temu ugruntowali swoją
pozycję na rynku muzycznym i mają wypracowany swój status i
nie muszą tak naprawdę nic udowadniać. Działają sukcesywnie od
1996 roku i właściwie każdy album ma swoją wartość. Dorobili
się już 11 albumów i ten najnowszy „Between life and
Death” nic nowego nie wnosi do twórczości zespołu, ale z
pewnością pokazuje że wciąż trzymają wysoki poziom i wciąż
można liczyć na nich.
Od lat muzyka Concerto
Moon zachwyca tych, którzy cenią sobie ciekawe i złożone
popisy gitarowe, którzy gustują w pomysłowych i soczystych
riffach i chwytliwych solówkach. Concerto Moon to marka, która
nie zawodzi. Choć ze starego składu został tylko Norifumi to i tak
wciąż brzmią tak jak za dawnych lat. Nowo pozyskani muzycy dodają
świeżości i sprawiają że Concerto Moon potrafi też zaskoczyć.
„Between Life and death” nagrał właściwie nowy skład, bo
pojawiła się nowa sekcja rytmiczna i klawiszowiec. Wokalista
Atsushi też działa tylko od 2011, ale nabrał już pewności i jego
wokal brzmi o wiele lepiej niż na pierwszych płyt. Cały czas
zespół robi swoje przez co nie ma obaw, że zboczą ze
swojego kursu. Concerto Moon to przede wszystkim zawsze mocne
brzmienie, spora dawka przebojowości i urozmaicenie materiału,
dzięki czemu ich płyt są takie łatwo przyswajalne. Na nowym
albumie znajdziemy 10 kompozycji, które pokazują co tak
naprawdę znaczy neoklasyczny power metal i w czym tkwi urok
japońskiej formacji. „Alone in the Dark” ma
klasyczny riff osadzony w klimatach Dio czy Rainbow. Concerto moon
dawno nie brzmiał tak mocno i tak świeżo. Sam utwór tez
pokazuje, że zespół jest w bardzo dobrej formie. Norifumi
przyzwyczaił nas do tych swoich atrakcyjnych, a czasami
intrygujących zagrywek gitarowych, które stanowią podstawę
każdego utworu. „Struggle to the Death” to już
nieco bardziej progresywne granie, gdzie zespół oddala się w
stronę bardziej pokręconego motywu. Zawsze mile widziane są takie
klasyczne rozwiązania i riffy nasuwające twórczość
Yngwiego. To też taki „Between life and death” czy
przesiąknięty Rainbow „I'll Close my eyes”
stanowią największą atrakcję albumu. Concerto Moon od samego
początku dał się poznać jako zespół, który potrafi
ciekawe szybkie, rozpędzone kompozycje. To właśnie one stanowią
potęgę danego albumu, tak też jest i tym razem. „Life on
The edge” to jeden z tych najlepszych petard na płycie i
żywy dowód na to, że Concerto Moon to jeden z czołowych
bandów grających neoklasyczny power metal. Album jest bardzo
urozmaicony bowiem mamy raz szybsze tempo, raz takie bardziej
stonowane i bardziej hard rockowe wcielenie zespołu. Hard rockowy
„Keep Holding on” pozwala nam odpocząć i
zrelaksować się i odpłynąć w romantycznym klimacie. Więcej
Rainbow uświadczymy w „Againts the World”, w
szybszym „Survive”
. Ten świetny album zamyka energiczny „Down fall in Blood”,
który jest kwintesencją stylu Concerto Moon jak i samego
gatunku.
Zmiany personalne i pewne
zawirowania nie przeszkodziło Concerto Moon przed nagraniem
kolejnego udanego albumu. „Between life and death” to bardzo
przemyślany i zróżnicowany album, który zabiera nas
do świata, którzy rządzi się innymi zasadami, a gitara
elektryczna jest przewodnikiem. Nowy album brzmi świeżo i nie
zawodzi w żadnym calu. Fani neoklasycznego power metalu nie powinni
tego przegapić.
Ocena: 8.5/10
czwartek, 10 marca 2016
GAELBAH - Haxen (2015)
Kapel grających
heavy/power metal jest co raz więcej i trzeba mocno się napracować
by zaistnieć na rynku i przebić się przez silną konkurencję.
Można stosować wiele trików by pozyskać fanów i
zainteresowanie potencjalnych słuchaczy. Oczywiście kiedy marketing
nie występuje i kiedy zespół nie jest rozpoznawalny, a
debiut nie uzyskał większego zainteresowania, to dobrym zabiegiem
jest zaproszenie gości. Takie nazwiska jak Sheepers czy Bayley
potrafią podziałać na wyobraźnię. Tak manewr wykonał hiszpański
Gaelbah na najnowszym albumie „Haxan”. Kapela działa od 2003 r,
ale mają na swoim koncie dopiero dwa albumy. Mają doświadczenie,
wiedzą jak grać heavy metal, w którym przemawia twórczość
Judas Priest, Primal Fear, Helstar czy Gamma ray. Ogólnie
zespół nie porywa się z motyką na słońce i nie ma zamiaru
tworzyć coś innego. Starają się grać mocno, agresywnie i
melodyjnie. Dzięki temu nowy album mimo pewnej wtórności
może się podobać i trafić do szerokiego grona słuchaczy.
Skojarzenia z Primal Fear są jak najbardziej na miejscu bowiem
wokalista Alejandro ma podobną manierę. Potrafi odnaleźć się w
wysokich rejestrach co potwierdza w ostrym „Searching for the
light”. Gości też sprawiają, że płyta jest jeszcze
bardziej zróżnicowana. Taki „Black Widow” z
Blazem na wokalu ukazuje mroczne oblicze kapeli i to, że Gaelbah
sprawdza się w wolnych, topornych kompozycjach. Jest jeszcze
osadzony w klimatach Judas Priest „Live Your Pain z
Sheepersem na wokalu. Kolejny mocny punkt nowego dzieła hiszpańskiej
formacji. Skojarzeń z Primal Fear na płycie jest znacznie więcej.
Wystarczy odpalić zadziorny „Burn the Gods” by się
o tym przekonać. Płyta bardzo dobrze się zaczyna i od samego
początku dobrze nastraja słuchacza. Mamy na start melodyjny „Haxan”
, a potem szybszy „Salvation”, który
osadzony jest w twórczości Judas Priest. Na płycie bardzo
dobrze sprawdzają się rozpędzone petardy pokroju „World on
Fire” czy „To Hell”. Cały czas pojawiają
się ciekawe i godne zapamiętania melodie i najciekawsza z nich
zdobi „Night on bald mountain”. Na płycie
pojawiają się momenty nieco słabsze, gdzie poziom nieco opada, ale
całościowo album się broni. Soczyste brzmienie i ostre riffy Jose
i Josemi potrafią podziałać na zmysły. Fani Primal Fear od razu
pokochają to wydawnictwo. Polecam.
Ocena: 8/10
poniedziałek, 7 marca 2016
THIRD DIMENSION - Conspiracy Theory (2015)
To już 10 lat istnienia
hiszpańskiego Third Dimension, choć świat ich lepiej poznał w
roku 2014 kiedy to wydali swój pierwszy album w postaci „Where
Dragon Lies”. Dla wielu fanów power metalu było to odkrycie
i przypomnienie klasycznych albumów z tego gatunku. Nagle na
jednej płycie można było usłyszeć stare dobre albumy Helloween
za czasów Hansena i Kiske, a także pierwsze płyty Edguy czy
Gamma Ray. Third Dimension postanowił stworzyć power metal
wzorowanych na wielkich kapelach, energiczny i bardzo melodyjny, z
odrobiną słodkości, a wszystko z zachowaniem tradycji
europejskiego power metalu z lat 90. W roku 2015 do kapeli dołączył
klawiszowiec Alena Alonso, która nadała całości jeszcze
większej przestrzeni. To ona teraz buduje klimat i nadaje kawałkom
nutki tajemniczości i progresywności. Rok minął od debiutu, a już
można się cieszyć nowym materiałem. „Conspiracy theory” to
nic innego przedłużenie tego co słyszeliśmy na debiucie. Mamy
szybkie tempo, słodkie melodie, mamy przeboje, mamy podniosły i
zadziorny wokal Miguela, a także sporą dawkę ciekawych popisów
gitarowych. To wszystko jest i na nowym albumie, tylko jakby jeszcze
więcej, a do tego dochodzą klawisze. Dzięki temu album jest
podniosły i klimatyczny, a stylistycznie momentami przypomina stary
Dragonhammer czy Masterplan. Właściwie muzycy tylko potwierdzili,
że wiedzą jak grać power metal i że to nie był tylko jednorazowy
wybryk i naprawdę stać ich na nagrywanie bardzo dobrych albumów.
Po raz kolejny album zdobi miła dla oka okładka, która
przenosi nas do lat 80 czy 90, co bardzo cieszy. Brzmienie jest
wygładzone, bardzo czyste, ale dzięki temu wszystko dobrze słychać.
Najlepszym argumentem, który przekona każdego jest sam
materiał, który jest przemyślany, dobrze wyważony między
dynamiką, szybkim agresywnym graniem, a przebojowością. W dodatku
materiał jest urozmaicony i pozbawiony typowych wypełniaczy.
Zaczyna się klimatycznie bo od intra w postaci „Project
Infinity”. Potem już mamy taki rasowy power metalowy hit
osadzony w stylizacji Helloween czy Gamma Ray. „Last
Survivors” to prawdziwa petarda, a to co wyprawiają
gitarzyści Sergio i Jorge zasługuję na owację. Jest energia, jest
pazur i finezja, a wszystko brzmi tak jak powinno. Atutem jest przede
wszystkim chwytliwość które przemawia przez każdy motyw i
melodię. Więcej starego Helloween uświadczymy w „Lanres
Revenge” i dopiero „Sacrifice” wnosi
troszkę urozmaicenia. Utwór jest bardziej stonowany i
bardziej podniosły, choć nie brakuje w nim cech progresywnego
metalu. Każda melodia w danym utworze jest zapadająca w pamięci i
to imponuje zwłaszcza przy „Conspiracy Theory”.
Zespół rozwinął się i nie ma problemów z
zaskakiwaniem i tworzeniem również lekkich i nieco hard
rockowych kawałków. Dobrze to wybrzmiewa w „Nexus 6”.
Nawet ballada „Tears and Thorns” zachwyca i chwyta
za serce. Nagrać godną uwagi balladę to nie lada wyczyn. Nowy
album hiszpańskiej formacji to przede wszystkim szybki power metal i
to właśnie takie utwory jak „Gate to the stars”
czy „Where Dragon Lies”. Na miano najostrzejszego
kawałka zasługuje 7 minutowy „From ashes”. Ponad
godzina power metalu w wykonaniu Third Dimension to prawdziwa uczta
dla fanów europejskiego power metalu z lat 90 i hołd dla
takich kapel jak Helloween, edguy czy Gamma Ray. Wychodzi im to
nadzwyczaj dobrze i już wiadomo, że jeszcze nie raz o nich
usłyszymy. Dobrze, że są jeszcze kapele jak ta, bo przynajmniej
ktoś podtrzymuje ten styl tradycyjnego europejskiego power metalu.
Polecam.
Ocena: 8.5/10
sobota, 5 marca 2016
HUNTRESS - Static (2015)
Jednym z takich
najciekawszych zespołów ostatniej dekady jest w sumie
amerykański Huntress. Przyciągnęli uwagę zwłaszcza roku 2012,
kiedy to wydali na świat debiutancki album „Spell Eater”.
Pokazali, że można połączyć heavy, thrash, power, a nawet black
metal na jednym krążku. Oczywiście płyta zebrała pozytywne
opinie jak i negatywne. Mimo wszystko pokazali, że mają swój
styl, że potrafią grać i mają pomysł na siebie. Pewna siebie i
mająca specyficzny głos Jill janus zapadła mi od razu w pamięci i
tak śledzę poczynania zespołu od samego początku. Drugi album
jednak był słabszy i ukazał pewne luki w muzyce zespołu. Jednym
słowem było to wielkie rozczarowanie i poczułem niedosyt po tamtym
wydawnictwie. Na szczęście rok 2015 przyniósł zmiany.
Pojawił się w zespole nowy gitarzysta – Eli Santana i perkusista
Tyler Meahl, którzy wnieśli sporo świeżości do Huntress.
To z nimi został zarejestrowany trzeci album „Static”. W dalszym
ciągu jest to heavy metal osadzony w latach 80 i z wyraźnymi
wpływami Crystal Viper, Warlock, Christian Mistress, czy bardziej
klasycznych zespołów jak Judas Priest czy iron Maiden. Na
nowym albumie jest mniej zapożyczeń z black metalu, jest więcej
odesłań do klasyki, ale nie jest to żadna ujma. Okładka czy nieco
przybrudzone brzmienie ma nam podkreślić klimat lat 80. Ta sztuka
bez wątpienia się udaje. Mroczna otoczka wciąż jest obecna i
zespół w dalszym ciągu trzyma się tematyki związanej z
okultyzmem czy wiedźmami. Nowy album zabiera nas w rejony
przypominające dokonania również Black Sabbath i tych
zapożyczeń jest całkiem sporo. Najlepsze jest to, że „Static”
podobnie jak debiut jest przebojowy i każdy utwór zasługuje
na uwagę. W końcu udało się wyjść z dołka i nagrać bardzo
dobry album, który dorównuje „Spell Eater”. Już
otwierający „Sorrow” udowadnia, że Huntress
potrafi jeszcze grać agresywnie. Jest szybkie tempo, jest thrash
metalowy riff i jest agresja. To jest właśnie ten Huntress jaki mi
się podoba. Pomysłowy riff do „Flesh” też pozytywnie
nastraja i pokazuje, że zespół wie jak odtworzyć styl Judas
Priest. W dalszej części materiału natrafiamy na klimatyczny i
rozbudowany „Mania”, który pokazuje co to
znaczy porządny heavy metal z mrocznym klimatem rodem z płyt Black
Sabbath. Jeśli chodzi o przeboje to wypada tutaj wspomnieć o
rozpędzonym „Four blood Moons” czy tytułowy
„Static”, które napędzają ten album. Z
kolei „Noble Savage” osadzony jest w NWOBHM, choć
nie brakuje tutaj nutki Scorpions z lat 80. Na koniec mamy „Fire
in My heart”, który podobnie jak otwieracz kipi
energią i agresją. Więcej tutaj thrash metalowej motoryki, ale to
akurat zaleta tego kawałka. Na płycie znajdziemy jeszcze dwa
bonusy, a mianowicie „Black Tongue”, który
nawiązuje do twórczości Mercyful fate oraz „Vultures
Cant Wait”, który pokazuje jak grać klasyczny heavy
metal. Nie ma słabych kompozycji, a każda z nich zasługuje na
uwagę i szczególne wysłuchanie. Kawał porządnego heavy
metalu, który osadzony jest w latach 80. Fani Warlock czy
Crystal Viper nie będą zawiedzeni to na pewno. Huntress znów
zalicza bardzo dobry album i oby tą formę utrzymali.
Ocena: 8.5/10
środa, 2 marca 2016
HEAVY CHAINS - Eye Commander (2015)
Rok 2015 to ważny rok
dla Heavy Chains z Kostaryki. To właśnie w tym roku wydali swój
pierwszy album zatytułowany „Eye Commander”, który jest
skierowany do fanów heavy metalu, ale również thrash
metalu. Panowie starają się wymieszać te dwa gatunki i ta sztuka
wychodzi im nadzwyczaj dobrze. W swojej muzyce nie kryję wpływów
takich kapel jak Metal Church, Iced Earth,Paradox czy Megadeth. Heavy
Chains to przede wszystkim specyficzny wokalista Diego Acuna, który
potrafi śpiewać czysto i klimatycznie. Jednak nie radzi sobie z
agresywniejszymi momentami. Znacznie więcej dobrego robią
gitarzyści i duet Albert/ David może się podobać. Przede
wszystkim grają technicznie, agresywnie, a każda ich partia jest
dobrze wyważona i faktycznie zabiera nas w klimaty thrash metalu.
Nie brakuje też dynamiki czy przebojowości, tak więc zadbano o ten
aspekt jak najbardziej. Okładka nie jest tragiczna, ale nie
przekonuje do końca i właściwie jest to jeden z nie wielu słabych
punktów „eye commander”. Zespół nadrabia braki
mocnym, ostrym brzmieniem i dobrymi kompozycjami. Solidność i równy
poziom kompozycji czyni ten album naprawdę udanym. Mamy energiczny
„Fugitive”, który w rzeczy samej jest bardzo
thrash metalowy i taki oldscholowy w swojej strukturze. Z kolei taki
„Kamikaze” ukazuje pazur i złowieszczy
klimat. Dalej jest to heavy/thrash metal z naciskiem na techniczne
granie. Zespół najlepiej wypada w „Devastating
Winter”,w którym mamy więcej heavy metalu. Raz
Heavy chains trzyma się marszowego tempa, a raz przyspiesza i
dostarcza nam speed/thrash metalową petardę. Sporo dzieje się w
tym kawałku i najlepiej prezentuje potencjał samego zespołu. Na
płycie znajdziemy wiele chwytliwych motywów i jednym z nich
jest główny riff „I smell Fear”. Nie
zabrakło też prawdziwych hitów i wystarczy przytoczyć tutaj
„Flamming Sword”, czy utrzymany w stylizacji
Anthrax „Eye Commander”. Całość zamyka thrash
metalowy „Thundermask” i to najlepsze podsumowanie
jakie zespół mógł wypracować. Niby nic nowego nie
stworzył Heavy Chains, ale to jak zagrali, jak podali ten heavy i
thrash metal razem, to jakie utwory nagrali budzi podziw. Młoda
kapela pokazała, że wciąż można nagrać wartościowy i godny
polecenia thrash metalowy album, który nie przepadnie w
gąszczu innych płyt z roku 2015. Polecam.
Ocena : 8/10
poniedziałek, 29 lutego 2016
GALNERYUS - Under the force of Courage (2015)
Japońskie bandy już
nawet nie patrzą na to co nagrywają tylko można odnieść wrażenie
że stawiają tylko na ilość. Jak spojrzymy na taki Galneryus to
można się przerazić jak pracowity jest to zespół. W
przeciągu 14 lat udało im się wydać 12 albumów i to tylko
świadczy jak twórczy jest to band. Przez te wszystkie lata
udało im się wykreować własny styl, który jest pochodną
tych wypracowanych przez Concerto Moon, Yngwie Malmsteena czy Iron
Mask. Tak neoklasyczny power metal, to jest to w czym dobrze czuje
się japoński band. Choć najnowsze dzieło „Under The Force of
Courage” brzmi jak klon wcześniejszych dzieł i daleki jest od
odkrywczego czy oryginalnego, to jednak jest to wciąż wysokiej
klasy heavy metal. Zespół jest doświadczony, wie jak tworzyć
dobry materiał, jak zaskakiwać swoich fanów, jak tworzyć
atrakcyjne i pełne zawirowań solówki. To wszystko pojawia
się na najnowszym albumie i tutaj nie ma niespodzianki. Co ciekawe
jest to już któryś z kolei album Japończyków, a mimo
to udaje im się uciec od monotonii i wpadki w rutynę. Nie można
narzekać na nudę, bo na płycie znajdzie sporo ciekawych melodii,
prawdziwych power metalowych petard, które ukazują piękno
neoklasycznego power metalu. „The Time Before Dawn”
to jeden z pierwszych kawałków na płycie, który
dobrze wciąga słuchacza w ten świat Galneryus. Gitarzysta Syu tak
jak zawsze nie oszczędza się i wygrywa sporo finezyjnych partii
gitarowych. Dobrze to wybrzmiewa w takich petardach jak „Raise
my Sword” czy w „The Voice of Grevious Cry”.
Nie jest może to najlepsze dzieło Galneryus, ale z pewnością
album broni się. Troszkę zespół przesadza w 8 minutowym
„Rain of Tears” czy z formą „Soul of the
Field”. Kluczową rolę odgrywa klawiszowiec Yukhi, dzięki
któremu niektóre utwory brzmią jak kalka Rhapsody.
Zespół postawił na epickość, na podniosłość, na nieco
symfoniczny charakter, dlatego tak wiele tutaj skojarzenie z
Rhapsody. Szkoda tylko, że cały materiał jest tak na siłę
wydłużony. Taki tytułowy „Under the Force of Courage”
dałoby radę skrócić o kilka minut. Ponad 14 minut to trochę
za długo jak na Galneryus, choć sam utwór broni się sam. Z
pewnością jest to utwór na który trzeba zwrócić
uwagę. Całościowo jest to dobry album, który nie zawodzi.
Jednak tą japońską formację stać na więcej. Troszkę się
rozczarowałem tym co usłyszałem, a może po prostu nadaną chwilę
przejadłem się muzyką Galneryus.
Ocena: 7/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















