Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2021

WOLF SPIDER - V (2015)


 Nikt się nie spodziewał, że nasz kultowy Wolf Spider kiedykolwiek wróci, jednak życie potrafi pisać różne ciekawe scenariusze. Po 20 letniej przerwie kapela się reaktywowała i owocem powrotu był kolejny album w ich dyskografii, czyli "V". Jak nazwa wskazuje to już 5 wydawnictwo i choć band dalej trzyma się stylistyki heavy/thrash metalowej w progresywnej oprawie, to jednak to już nieco inna muzyka. Band stara się brzmieć nowocześnie, bardziej współcześnie. Jednym się spodoba, a innym niekoniecznie.

Wolf Spider na tym albumie tworzą gitarzyści : Maciej Matuszak i Piotr Mańkowski, Beata Polak na perkusji, Mariusz Przybylski na basie i szkoda, że Jacek Piotrowski nie utrzymał swojej pozycji wokalisty. No, ale Maciej Wróblewski z Titanium też daje radę i przypomina nieco głos Johna Busha z ery w Anthrax. Bardzo specyficzny głos, który nieco złagodził charakter zespołu.

Znajdziemy na "V" połamane melodie, techniczny thrash metal i elementy progresywności, więc styl aż tak mocno się nie zmienił. Jakość już jednak nie ta i sam klimat płyty już jest inny. Band poszedł w kierunku nowoczesności i współczesnych rozwiązań. "V" nie ma też przebojowości i agresywności z poprzednich płyt.

Płytę otwiera wyjątkowy dobry "Its Your time", który przypomina dokonania Megadeth, czy Anthrax z ery Busha. Niby jest tutaj thrash metal, ale dominuje stylistyka heavy metalowa. Agresywny, a zarazem melodyjny kawałek. Za bardzo przekombinowany jest "Who am i?", który ma ciekawe rozegrane partie solówkowe gitarzystów. Komercyjny "What if?", który brzmi troszkę jak parodia Metaliki pokazuje, że to już nieco inny Wolf Spider niż ten który ja pokochałem za poprzednie płyty. Pozytywne emocje wywołuje agresywny i dynamiczny "Phoenix", który zachwyca mocnym riffem. Echa starych płyt można wyłapać w urozmaiconym i nieco bardziej progresywnym "Vacuum". Na płycie znajdziemy jeszcze przesiąknięty Megadeth "Slepless" i agresywny "New Freakality", w którym band przemyca też troszkę melodyjności i patentów Anthrax.

Niby jest agresywnie, niby nie brakuje melodii i Wolf Spider stara się trzymać swojej stylistyki, to jednak "V" nie zapada w pamięci. Album jest za długi, za bardzo przekombinowany i za nowoczesny. Zabrakło troszkę pomysłu na kompozycje i bardziej zapadające partie gitarowe. Solidny album w klimatach heavy i thrash metalu, który jest tylko cieniem wielkich płyt Wolf Spider.

Ocena: 6/10

czwartek, 23 czerwca 2016

AETHERIAN - Tales of Our Times EP (2015)

Ciężko czasami wyrobić sobie zdanie o danym zespole, kiedy zespół ma na swoim koncie tylko epkę i dema. W przypadku greckiego Aetherian musiało to wystarczyć. Jest to grecki band, a raczej projekt muzyczny, który powstał w 2013 roku. Trzech muzyków złączyło siły by grać melodyjny death metal, który jest osadzony w mrocznym uniwersum. „Tales of Our Times” to jedyny mini album, który ujrzał światło dzienne w 2015 r. Ten krążek to znakomite potwierdzenie tego co potrafi ten zespół. Wiedzą jak grać ciekawe melodie, jak urozmaicać utwory, jak budować klimat, napięcie, a ich specjalnością jest dobre wyczucie i umiejętność zaskakiwania. Cały czas się coś dzieje i można odnieść wrażenie, że popisy gitarowe czy mocarny wokal Panosa pełnią rolę uzupełniającą. To właśnie klimat, cała ta mistyczna otoczka jest na pierwszym planie. Już otwierający „Whispers in the End” zaczyna się spokojnie i tak romantycznie. Potrafi urzec swoją lekkością i naturą. Bardzo dobry start. Więcej mocy i przebojowości uchwycimy w „As Seaons Pass”. Z kolei więcej podniosłości i epickiego charakteru uświadczymy w bardziej rozbudowanym „For those about to Fail”. Zespół popisuje się na każdym kroku i w takim energicznym „Tales of our Times” na przykład pokazują swoje umiejętności gitarowe. Zadziorny i dość agresywny kawałek, w którym całkiem sporo się dzieje. Całość zamyka nieco dłuższy „Dreary Voice”, który znów jest wycieczką do mrocznego świata. Sam kawałek jest bardziej progresywny i zespół stara się wtrącić różne ciekawe motywy. Utwór znakomicie podsumowuje płytę. Sam zespół potrafi grać, ma ciekawe pomysły i odnajdują się w świecie melodyjnego death metalu. Teraz pozostaje czekać na pierwszy pełnometrażowy album.

Ocena: 7/10

wtorek, 7 czerwca 2016

KHYMERA - The great Design (2015)

Muzyka hard rockowa i jej obecny kształt ma swojego wizjonera i człowieka, który tchnął w ten gatunek nowe życie. Tą osobą bez wątpienia jest amerykański basista, kompozytor i producent Dennis Ward. Miał ogromny wpływ na tą muzykę i dał światu takie kapele jak Place Vendome, Sunstorm, Pink Cream 69, Unisonic czy właśnie Khymera. Jest znany przede wszystkim z wygładzonego, soczystego i dopieszczonego brzmienia, a także geniuszu jeśli chodzi o kompozytorstwo. To człowiek, który ma swój styl i potrafi tworzyć prawdziwe hity, które zabierają nas do świata Magnum, Pretty maids, Aerosmith, czy A.S.A.P. Khymera to projekt muzyczny, który powstał z inicjatywy włoskiego muzyka Daniela Livareniego i wokalistę Kansas czyli Steve'a Walsha. Projekt muzyczny stał się zespołem, kiedy dołączył właśnie Dennis Ward. Teraz po 7 latach Khymera wydała długo oczekiwany trzeci album w postaci „The Grand design”. Khymera stała się właściwie dzieckiem Dennisa i przejął on kontrolę nad wieloma kwestiami. Zajął się produkcją, komponowaniem i to on również zajął się partiami wokalnymi. Mimo pewnych zmian i pewnego progresu, jest to swoista kontynuacja tego co słyszeliśmy na „The Greatest Wonder”. Dobre, chwytliwe melodie, łagodny, ciepły klimat, do tego wyrazisty i emocjonalny wokal Dennisa i mamy udany album w klimatach melodyjnego hard rocka i AOR. Na płycie przede wszystkim dobrze prezentuje się klawisze, które zabierają nas w rejony Magnum, Pretty Maids. Nutka progresywności też czai się w prezentowanej stylistyce. Otwierający „Never Give Up on You” to dobry zwiastun i zachęta by zapoznać się z całością. Mocnym uderzeniem jest „A night to Remember”, z kolei lekki „She'sgot the Love” to rasowy hard rockowy przebój. Na wyróżnienie również zasługuje przesiąknięty progresywnością „The Grand Design”. Sporo utworów urzeka swoim pięknym, romantycznym klimatem i lekkością. Dobrze to odzwierciedla „Streetlights”, który ukazuje komercyjne oblicze tego krążka. Szkoda, że na płycie jest tak mało udanych hitów jak „Finally”, w którym słychać echa Deep Purple. Solidny materiał, kwintesencja muzyki hard rockowej i AOR to jest to co można napisać o nowym albumie Khymera. Jest wszystko to do czego przyzwyczaił nas Dennis. Niedosyt lekki pozostał, bo nie jest to płyta idealna i pozbawiona wad. Jedną z nich jest mała liczba przebojów i zbyt duża liczba utworów.

Ocena: 6.5/10

piątek, 22 kwietnia 2016

TRAITOR - Venomizer (2015)

Szukacie mocnego, agresywnego i old schoolowego thrash metalu, który przeniesie do lat świetności Kreator, Sodom, czy Slayer? Chcecie posmakować młodzieńczego thrash metalu, w którym panowie grają z miłości do muzyki i grają profesjonalnie mimo swojego wieku? A może już macie dość ostatnich dokonań innych kapel typu Warbringer? To czego szukacie to niemiecki band o nazwie Traitor. To właśnie ich drugi album zatytułowany „Venomizer” jest jednym z najlepszych thrash metalowych albumów jakie ostatnio pojawiły się na rynku. Old schoolowe logo i okładka taka wzorowana na okładkach z lat 80 czy 90. Czy te znaki mogą być źle odczytane?

Traitor to zespół, który został założony w 2004 z inicjatywy Andreasa Mozera i Gerda Hery'ego i trzy razy zmieniali nazwę zespołu, aż w końcu stanęło na tej, którą znamy dzisiaj. Panowie obrali sobie za cel granie klasycznego thrash metalu mocno osadzonego przede wszystkim w rodzimej scenie metalowej. Słychać wyraźne wpływy Sodom czy Kreator, ale zespół nie boi się sięgnąć po motywy, które mają w sobie z amerykańskiej sceny thrash metalowej. Najlepsze jest to, że Traitor mimo wyraźnych inspiracji stara się tworzyć własny styl. Opiera się on na dynamicznej sekcji rytmicznej, prostych motywach gitarowych, ale przede wszystkim agresywnych riffach. Kluczową rolę odgrywa Andreas pełniący rolę wokalisty. To jego wokal sprawia, że to wszystko brzmi autentycznie i nie ma w tym nic sztucznego. Lata 80 i 90 naprawdę są obecne w ich muzyce. Specyficzna maniera i dobry warsztat techniczny czynią go dobrym wokalistą. W stylu grupy zachwyca speed metalowa motoryka i tutaj kawał dobrej roboty odwalają gitarzyści. Gerd i Matthias rozumieją się i wzajemnie się uzupełniają, dlatego nie ma tu wpadek i żadnej fuszerki. Na płycie znajdziemy 12 old schoolowych kawałków thrash metalowych dających 43 minuty porządnej muzyki. „Chernobyl” to klimatyczne intro, które wprowadza nas w klimat płyty i rzeczywiście można poczuć się jak w latach 80. Dobre wprowadzenie w płytę. „Reactor IV” to już typowy rasowy thrash metalowy killer. Mocny riff, złowieszczy klimat, odpowiedni ładunek emocjonalny i pędzące tempo. To jest właśnie to co tygryski lubią najbardziej. Zespół na pewno imponuje swoją pomysłowością i wystarczy posłuchać ciekawego skomponowanego „Torturize”. Kawałek został oparty na chwytliwym i pomysłowym riffem. Agresywny „Toxic Death” to taki ukłon w stronę klasycznego Sodom. Utworem, który posłużył do promowania płyty jest „Venomizer” i to kolejny bardziej techniczny kawałek. Nie brakuje na płycie dobrych melodii, które intrygują i zapadają w pamięci. Wystarczy wsłuchać się w „Teutonic Storm” czy rytmiczny „Chemical Violator”. Co ciekawe Traitor potrafi urozmaicać swój album i odchodzić od typowej nawalanki. Przykładem tego jest bardziej stonowany i przebojowy „Hell hammer” czy „Executioner”.

Niemieckie zespoły nigdy nie zawodzą i zawsze można być spokojnym, jeśli chodzi o zawartość jak i brzmienie. Tutaj brzmienie jest ostre, soczyste i nadaje kompozycjom mocy. Sam materiał jest jeszcze bardziej dopracowany niż na debiucie, a sam zespół niezwykle się rozwinął. Nie ma słabych kawałków, a każdy z nich to prawdziwa uczta dla fanów Kreator czy Sodom. Thrash metal w klasycznej odsłonie i to na jakim poziomie. Jeden z najlepszych thrash metalowych albumów jaki ostatnim czasy ukazał się na rynku. Gratka dla fanów gatunku.

Ocena: 9/10

środa, 20 kwietnia 2016

NUMENOR - Sword and Sorcery (2015)

Debiutancki album serbskiego Numenor zauroczył fanów symfonicznego metalu i epickiego black metalu. To tak jakby ktoś zmieszał Rhapsody Of Fire, Dimmu Borgir, Blind Guardian w jedną spójną całość. „Collosal Darkness” to krążek, który bardziej nastawiony był na agresję, mroczny klimat i prawdziwy posmak black metalu. To właśnie ten gatunek muzyczny przodował na tej płycie. W swojej konwencji imponował pomysłowością i przebojowością, a klimat potrafił przyprawić o dreszcze. Jednym słowem była to świetna przygoda w świat Tolkiena. Ciekawy byłem co jest wstanie jeszcze zaoferować ten band. „Sword and Sorcery” to drugi album tej serbskiej formacji i jest to dzieło zupełnie inne od debiutu. Już sama okładka jak i tytuł albumu nasuwa nam bardziej gatunek heavy/power metalowy. To jest pewien sygnał, że Numenor szykuje nam niespodziankę. Tak zmiany są wyczuwalne na nowym albumie zespołu i to niemal na każdym froncie. Brzmienie soczyste, dynamiczne i idealnie wyważone. Jest pomostem między power metalową manierą, symfoniczną podniosłością i black metalowym klimatem. Panowie w swoje strukturze też troszkę na zmieniali. Niby została podniosłość, symfoniczne patenty i epickość, ale gdzieś tutaj zmniejszono proporcje black metalu na rzecz power metalu. Taka mieszanka i taki sposób podania muzyki bardziej mi odpowiada. Kompozycje nabrały na szybkości i przebojowości, sama zawartość jakby jest przystępniejsza i bardziej zapadająca w pamięci. Na samej płycie znacznie więcej się dzieje. Bardziej urozmaicone partie wokalne to jeden z tych atutów. Oprócz tych stricte black metalowych wokali mamy tez czyste i bardziej metalowe, co tylko pokazuje jak wiele się zmieniło w muzyce Serbów. Gitarzyści też dali w końcu upust swojemu talentowi. Jest technika, ale to nie ona odgrywa kluczową rolę. To finezja, ciekawe przejścia i duża dawka melodyjności nadaje partiom gitarowym uroku. Tak jakby byśmy spotkali zupełnie inny zespół, który nieco inny rodzaj muzyki. Zaczyna się podniośle i klimatycznie, bo „Interlude” to intro które ma nas wprowadzić do nowej wizji Numenor. Pierwszym zaskoczeniem jest „Dragonheart”. Utwór jest słodki, energiczny i oparty na power metalowych patentach. Jest energia, mocny riff, przebojowość, a i coś z black metalu została. To się nazywa pomysł na ciekawy power metal. Stonowany i bardziej epicki „Arcanist” to już ukłon w stronę true metalu czy epickiego metalu. Prosty i podniosły motyw odgrywa tutaj kluczową rolę. Nie brakuje prawdziwych lekkich przebojów i dowodem tego jest choćby „The prince in scarlet Robe”. Nutka folkowego klimatu wdziera się w rytmicznym i dynamicznym „Dragon of Erebor”. Mimo tych urozmaiceń jest to kolejny wielki hit na płycie, które pokazuje jak można zmieszać black metal i power metal. Dalej mamy stonowany i nieco mroczniejszy „Bane of Durin”, który jest taką odskocznią od tych power metalowych petard, które zdominowały album. Całość zamyka ponad 6 minutowy kolos w postaci „Sleeping Sorceress”, który idealnie wieńczy nowy album Numenor. O „Sword and Sorcery” można wiele napisać i właściwie są to same ciepłe słowo. Czysta perfekcja i przykład, że power metal nie musi być przewidywalny. Black metal i power metal na jednym krążku to jest dopiero nie lada niespodzianka jeśli chodzi styl. Jedna z ciekawszych płyt power metalowych ostatnich lat,

Ocena: 10/10

wtorek, 19 kwietnia 2016

DIVINER - Fallen Empires (2015)

Grecki Inner Wish to jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów heavy/power metalowych w tamtym rejonie świata. Od 2010 r jednak ta kapela milczy i nie daje znaków życia. Nie ma powodów do zmartwień, bowiem z odsieczą nadchodzi Diviner. Kapela założona w 2011 r przez wokalistę Yiannis Papanikolaou i gitarzystę Thimios Krikos, którzy razem pracowali w Inner Wish. Dodatkowo udało im się ściągnąć perkusistę Inner Wish czyli Samoilisa. Panowie postanowili stworzyć alternatywę dla Inner Wish. Stworzyć prawdziwą heavy/power metalową bestię, która porwie i zaskoczy fanów heavy i power metalu. Kiedy słucha się ich debiutanckiego albumu w postaci „Fallen Empires” to można odnieść wrażenie, że cel został osiągnięty.

Ciekawe logo, dobra nazwa zespołu i mroczna okładka, to drobne detale, które jednak sprawiają, że chce się sięgnąć po „Fallen Empires”. Muzycznie to jest ostry, agresywny i melodyjny heavy/power metal osadzony w nowoczesnym i mięsistym brzmieniu. Można ich muzykę porównać do Inner Wish, choć nie brakuje wpływów Nightmare, Primal Fear czy nawet Iced earth. Diviner gra wysokiej klasy muzykę z pogranicza heavy/power metalu i chłopaki znają się na rzeczy. Każdy z nich jest doświadczony i wie jak zainteresować słuchacza. Wokal Yiannisa jest mroczny, drapieżny i nasuwa na myśl Dio czy Tima Rippera Owensa. Można odnieść wrażenie, że jako wokalista rozwinął się jeszcze bardziej i brzmi teraz fenomenalnie. Jednak debiut Deviner to przede wszystkim ostre riffy, spora dawka przebojowości i chwytliwości. Właśnie brakowało takiego soczystego heavy/power metalu, który przyprawi o dreszcze. Brakowało takich mocnych riffów i takich ciekawych solówek ostatnim czasy. Diviner wychodzi naprzeciw naszym oczekiwaniom. Wszystko zostało zapięty na ostatni guzik i nie ma tutaj niespodziewanych wpadek. Każdy utwór to prawdziwa frajda i kwintesencja gatunku heavy/power metal. Tytułowy „Fallen Empire” rozpoczyna tą ucztę. Jest to ostry, dynamiczny kawałek, który spokojnie mógłby zdobyć album Primal Fear. Nutka nowoczesności wybrzmiewa w „Kingdom Come”, zaś „Evilizer” to przykład że twórczość Judas Priest ma wpływ także na grecki band. Nie mogło zabraknąć na płycie szybszych kawałków i właśnie takim utworem jest „Riders from the east” który przypomina dokonania Nightmare. Marszowy i nieco podniosły „The Legend goes on” to taki hołd dla Manowar czy Hammefall. Wyszło znakomicie i słychać, że zespół potrafi być elastyczny. Zespół potrafi wykreować ciekawe motywy, które zapadają w pamięci. Tak właśnie jest z ostrzejszym „Come into My glory” czy mrocznym „The shadow and the dark”. Płytę zamyka nieco progresywny, ale bardziej rozbudowany „Out in the Abyss”. Jest to przykład, że można tworzyć mroczny heavy/power metal i to na wysokim poziomie.


Inner Wish milczy, ale Diviner to bardzo dobra alternatywa. Band brzmi świeżo, wie co to jest heavy/power metal, wie jak grać na wysokim poziomie i jak nagrać świetny album, który poruszy scenę metalową. Ta płyta nie ma wad, a zalet nie da się tak szybko zliczyć. Nikt nie czekał na ten album, nikt pewnie nie brał ich pod uwagę jeśli chodzi o top 2015. Teraz może się to zmienić. Polecam.

Ocena: 9.5/10

sobota, 16 kwietnia 2016

PHRENETIX - Fear (2015)

Jaki ma być thrash metal? Ma być agresywny, dynamiczny, pełen energii, urozmaicenia i pozbawiony wszelkich półśrodków, który tylko szkodzą całości. Taka muzyka powinna być na wysokim poziomie technicznym, a tematycznie ma być pesymistycznie. Zazwyczaj taka muzyka powinna mieć nieco mroczny klimat i bardziej przybrudzone brzmienie. Im klasycznie tym lepiej. Tak więc miłe są nawiązania do takich klasycznych bandów jak Anthrax, Megadeth czy Overkill. W tym roku bardzo udanym debiutem jest „Fear” . Jest to pierwszy album jaki wydała grupa Phrenetix. Młoda formacja pochodzi z Litwy i działa od 2011r. Ich celem jest grac agresywny, energiczny old schoolowy thrash metal w stylu lat 80 czy 90. I jest przed nimi świetlana przyszłość i to można wywnioskować po „Fear”.

Nic tutaj nie zrodziło się przypadkiem czy też na bazie tylko cytatów z innych kapel. Ta formacja ma pomysł na siebie, potrafi zagrać thrash metal w starym stylu i to na wysokim poziomie. Wszystko to czego oczekujemy od tego typu grania z pewnością znajdziemy właśnie na „Fear”. Mamy rok 2015, a ta płyta brzmi jakby została nagrana kilkanaście lat temu. Panowie nie bawią się w eksperymenty, przez co płyta brzmi autentycznie i szczerze. Od samego początku do samego jest to prawdziwa jazda bez trzymanki w starym stylu. Zespół zdobywa uznanie i nasze zainteresowanie na pewno dzięki samej liderce Linie. Lina to wokalistka i zarówno gitarzystka która napędza zespół. Nie tak łatwo się kapnąć że mamy do czynienia z kobiecym wokalem. Maniera i styl śpiewania pokrywa się w wielu momentach z wokalistami z wielu znanych kapel. To jest właśnie taki mały trick Litewskiej formacji. Lina śpiewa agresywnie i nie szczędzi swego gardła, co tylko podkreśla agresywność materiału. Dobra i zgrana sekcja rytmiczna, do tego ciekawy popisy gitarowe i zapadające w głowie motywy główny to kolejne atuty tego zespoły, które punktują na „Fear”. Cały czas na płycie się coś dzieje, przez co nie ma mowy o nudzie. Sam otwieracz już jest bardzo klasycznym kawałkiem. Słuchając „Ruined by Ambition” mam skojarzenia z Megadeth, Anthrax czy Overkill. Nie ma w tym nic złego, ponieważ band ma swoje interpretacje i pomysły. Mocny riff, odpowiednia szybkość, chwytliwy refren i to wszystko sprawia, że zespół od samego początku robi dobre wrażenie. Nie brakuje nieco wolniejszych momentów, w których zespół pokazuje swoje bardziej heavy/speed metalowe oblicze. Dobrym tego przejawem jest „Time To Act”. Zespół płynie przechodzi między motywami i nie mają większych problemów z stworzeniem ciekawych i chwytliwych melodii. Dzięki temu taki „Posera” ma charakter czysto przebojowy, choć jest to thrash metalowa petarda. Kolejny jakże udanym kawałkiem na płycie jest rytmiczny i rozpędzony „Piece of Life”. Sekcja rytmiczna odgrywa kluczową rolę w zespole, bo to ona nadaję przestrzeni i jest dobrym gruntem pod każdy kawałek. Bardzo dobrze ją słychać w nieco progresywnym „Unconscious Game”. Phrenetix nie ma czasu na jakieś spowolnienia i właściwie do samego końca serwuje nam petardy. „Muddy Tale” i zamykający „Art of Jail” to bardzo dobre zwieńczenie tego solidnego dzieła.


Litwa to nie jest stolica thrash metalu tym bardziej zaskakuje jakość „Fear”. Mamy tutaj przede wszystkim wpływy amerykańskich kapel i to słychać na każdym kroku. Kapela młoda i właśćiwie wszystko przed nią, ale tym albumem pokazali że znają się na rzeczy i jeszcze nie raz o nich usłyszymy. „Fear” należy pochwalić za klimatyczną okładkę, stylistykę na wzór lat 80 czy 90 no i przemyślany i udany materiał, który zaskakuje swoją solidnością. Kawał dobrej roboty!

Ocena: 8/10

piątek, 15 kwietnia 2016

ALSION - Pale Shadows (2015)

Kiedy w 2013 r Thomas Fischer pojawił się w roli nowego wokalisty niemieckiej formacji Alsion wielu tak naprawdę przestało widzieć sens istnienia zespołu. W końcu to właśnie z Tobiasem Kochem powstały najbardziej znaczące dzieła dla Alsion i to właśnie z nim band dokonał najwięcej. Pewien okres się skończył, a zatrudnienie Thomasa utworzyło nowy. 9 lata czekania na trzeci album i pewna stabilizacja zespołu sprawiły, że głód na nowe dzieło wśród fanów był spory. Jednak można odnieść wrażenie, że „Pale Shadows” z roku 2015 to tylko solidne dzieło w kategorii heavy/power metal, które za wiele nie wnosi. Gdzieś znikły emocje i ta pasja, a zamiast tego wdarła się nuda i rutyna. Jednak i w tym dziele można dostrzec pewne plusy. Soczyste i dopracowane brzmienie, które podkreśla zadziorność kapeli. Dobrze wypada też nowy nabytek zespołu, dzięki któremu miejscami ma się wrażenie że w odtwarzaczu leci album Volbeat. Bardzo dobrze wypada też sam materiał, który ma kilka mocnych punktów. Mamy mocne riffy, kilka przyspieszeń i kilka ciekawych melodii, które czynią album miły w odbiorze. Krótki i zwarte kompozycje również są sporym atutem, zwłaszcza kiedy wszystkie są utrzymane w podobnej stylistyce. Brak urozmaicenia i jakiegoś elementu zaskoczenia powoduje, że całość szybko zlewa się w jedną całość. Ingo i Uli grają solidnie i starają się nam przypomnieć stare dobre czasy Stormiwtch, czy Brainstorm. Szkoda tylko, że efekt końcowy nie do końca jest satysfakcjonujący. Z całej płyty warto wyróżnić mocniejszy „From The Ashes”, który ma w sobie spore pokłady energii czy „Burn Them All” z ciekawym głównym motywem gitarowym. Bardziej rozbudowany „Pale Shadows” pokazuje, że zespół grać potrafi, tylko momentami brakuje ostatecznego szlifu. Na płycie nie brakuje typowej niemieckiej toporności co potwierdza zamykający „Through the Fire”. Do grona najciekawszych kawałków na płycie, które potrafią uraczyć nas swoją przebojowością zaliczyć należy „Live or Die”. Brakuje na „Pale Shadows” właśnie takich wyrazistych kompozycji, które na dłużej by zostały w pamięci. 9 lat czekania, a w zamian dostajemy średniej klasy heavy/power metal, który na dłuższą metę staje się dziełem o którym nie będzie pamiętać za jakiś czas. Czas coś zmienić w stylu i czas wyciągnąć jakiś as z rękawa.

Ocena: 5.5/10

środa, 13 kwietnia 2016

CREATURE - Ride the bullet (2015)

Miło jest widzieć, że ostatnim czasy coraz więcej kapel z lat 80 powraca do interesu. Jasne raczej światu już nie zwojują, może nie poruszą metalowego światka, ale sprawią że wspomnienia ożyją i znów poczujemy klimat lat 80. Choćby dlatego miło jest widzieć, że kapele które grały w latach 80 i potem przepadły bez wieści powracają i wciąż tworzą muzykę. Nie zawsze powrót okaże się dobrym pomysłem, czasem kończy się to fiaskiem, ale powrót niemieckiego Creature warto odnotować. Marco, Torsten i Carsten w 1982r powołali tą formację i wciąż ją tworzą co bardzo cieszy. W 1989r kapela wydała swój debiutancki album „Creature” który był solidną mieszanką heavy metalu, hard rocka i NWOBHM. W 1991 r kapela się rozpadła i przez te wszystkie lata nikt nie myślał o powrocie tej formacji. W powrocie zespołowi pomogła wytwórnia Karthago. Zaczęło się od gigu, koncertu, a potem kapela powróciła na dobre. Owocem tego jest drugi album w postaci „Ride the bullet”. Jak się patrzy na okładkę to widać, że kapela żyje latami 80, że chce kontynuować działalność tam gdzie zakończyła. Takie płyty zawsze są w cenie, zwłaszcza jeśli mają być w klimatach lat 80. W zespole nie ma już wokalisty Alexendra Schmitta i basisty Martina Henke, ale mimo tego zespół znalazł godnych zastępców. Ciekawym zabiegiem okazało się zatrudnienie dwóch wokalistek. Jest Sussene i Daniela i dają radę obie wokalistki. Nie ma wpadki w tym zakresie. Jest prostota, jest nacisk na klasyczny wydźwięk i w efekcie wszystko brzmi tak jak trzeba. Kiedy odpala się album i atakuje nas „Nervous Break down” to już wiadomo, że będzie to kawał porządnego heavy metalowego grania. Klasyczny riff osadzony w klimatach Accept czy Judas Priest. Mocną stroną jest przebojowy charakter płyty i dobra praca gitarzystów. Clausen i Janz wciąż mają w sobie to coś i wiedzą jak zabrać nas do lat 80. „Ride the bullet” to kolejny przebój i przykład, że jednak powrót mimo tylu lat może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mocny i chwytliwy kawałek, który klimat po prostu potrafi zauroczyć. „Can't you realize” troszkę bardziej hard rockowy i wzorowany na starych płytach Accept, co ucieszy fanów niemieckiego metalu. Warto też pochwalić zespół lekkość i umiejętność tworzenia przebojów. Na nowej płycie nie brakuje nam ich, o czym może świadczyć porywający „Don't Believe in Rumors”. Kto lubi nutkę szaleństwa i Ac/Dc ten doceni rockowy „deep down Dirty”. Sporo klasyki słychać w prostym i zadziornym „Heroes” czy rozpędzonym „Split”. Właściwie nie ma tutaj słabych utworów i każdy znich daje sporo radości i jest niezłą rozrywką. Można naprawdę dobrze się bawić w rytmach radosnego „I cant break out”. Udało się stworzyć równy i dopracowany materiał, który jest mocno osadzony w latach 80. Najlepsze jest to, że ta płyta brzmi autentycznie i ciężko uwierzyć, że została wydana w 2015. Creature wraca w wielkim stylu po 26 latach i nie mają się czego wstydzić, bo jest to bardzo solidny album, który pokazuje że klasyczny metal wciąż ma się bardzo dobrze. Polecam.


Ocena: 8.5/10

sobota, 9 kwietnia 2016

DARK SADNESS / A NAKED SOULS - Twirl of Shadows (2015)

Ostatnio trafiłem na komplikację Dark Sadness / A naked Souls zatytułowaną „twirl of shadows”.W okresie 1993 -1998 działa właśnie formacja o nazwie Dark Sadness. Była to jedna z tych meksykańskich formacji, która stawia na mroczny death metal z domieszką doom metalu. Formacja ta nie zagościła na długo w świecie muzyki, ale został po nich mały ślad w postaci „Art & Solitude”. To właśnie ten album znajdziemy na składance. Nie ma się co oszukiwać jest to podziemny heavy metal, a sam band już dawno nie istnieje, a owy materiał pochodzi z połowy lat 90. Specyficzny głos Williama sprawia, że faktycznie słychać ten doom metal w muzyce Dark Sadness. Trzeba pamiętać, że na styl Dark Sadness składa się wiele czynników. Stonowane tempo, mroczny klimat, wyszukane partie gitarowe, pomysłowe melodie i dobrze wpasowane klawisze. Pierwsze sześć utworów należy do Dark Sadness. Na uwagę zasługuje klimatyczny „Evil Inside” z chwytliwym riffem w roli głównej. Całkiem dobrze wypada też mroczny i ponury „dark Sadness” który jest przykładem, że da się dobrze połączyć death metal z doom metalem. Najlepszym kawałkiem na płycie wydaje się tytułowy „Art & solitude” z dobrze wtrąconymi klawiszami. Jest to nieco progresywne i chaotyczne, ale ma swój urok. Druga część płyty to już inny meksykański band z połowy lat 90, który już nie istnieje, a mianowicie A naked Soul. Też dochodzi tutaj do skrzyżowania death metalu i doom metalu. Też nie brakuje tutaj brutalności i mrocznego klimatu, a całość bardziej naturalne brzmienie i specyficzny wokalista Jose luis Lopez. Z tych ciekawszych utworów to na pewno jest „Celebration of the lost”, który przyciąga uwagę ciekawymi solówkami i pomysłowym głównym riffem. Dobrze też się prezentuje stonowany i ponury „In the Vastness”, który oddaje piękno doom metalu. „Sometimes” czy „I still remember” . Całość przypomina wczesne dokonania Amorphis i w sumie nie jest to nic nadzwyczajnego. Ot co średniej klasy death metal/ doom metal, który nastawiony jest przede wszystkim mroczny klimat i brutalność. Nie wiele jednak z tego wynika. Nic dziwnego, że kapele szybko przestały istnieć.

Ocena: 6/10

FORCER - Spirit Of metal (2015)

Wiele młodych kapel stara się odtworzyć lata 80, grać niczym Iron maiden, Judas Priest, accept, Tyrant w latach swojej świetności. Każda z kapel stara się oddać ducha tych kapel w swojej muzyce, czyli ducha prawdziwego heavy metalu. Nie jest to łatwe, zwłaszcza że konkurencja nie śpi, a same te wielkie kapele już wyczerpały niemal materiał na klasyczny heavy metal. Na szczęście nie powoduje to brak dobrych płyt w tej tematyce. Młode kapele potrafią zaskoczyć zapałem i pomysłowością. Może to być wtórne i przewidywalne, ale i tak zadowoli prawdziwych maniaków heavy metalu. Moją uwagę ostatnio przykuł meksykański band o nazwie Forcer. Grają heavy/ speed metal i to od 2013 roku, a na swoim koncie mają już debiut. „Spirit of Metal” to dzieło okrojone z oryginalności, ale ma inne ważne atuty. Przebojowość, lekkość, pomysłowość, zgrane i energiczne popisy gitarowe. Szukacie dobrej zabawy, hitów? A może cenicie sobie melodyjne solówki i pojedynki gitarzystów? W takim razie „Spirit of Metal” stanie się waszym nowym gościem w odtwarzaczu cd.

Okładka jest kiczowata, ale ma to swój urok. Przypomina płyty z lat 80, które miały śmieszne okładki, ale ciekawą zawartość. W przypadku Forcer jest podobnie. Ich dzieło jest proste, przewidywalne i w oklepanym stylu. Jednak te wady mają swoją zaletę. Wiemy czego spodziewać się, wiemy że zespół potrafi wykorzystać znane patenty na swoją korzyść. Ta prostota i wtórność jest tutaj urocza i potrafi zauroczyć. Mocnym punktem tego dzieła jest wokalista Fernando, który potrafi śpiewać agresywnie i zadziornie. Jego wysokie rejestry potrafią przyprawić o dreszcze. Co ciekawe Fernando razem z Alexem tworzy zgrany duet gitarowy. W sferze solówek i popisów dzieje się sporo. Nie ma na co narzekać właściwie. Cały czas atakują nas mocne i soczyste riffy, a solówki są zagrane z polotem i nutką finezji. Panowie znają się narzeczy i ich muzyka jest autentyczna. „Spirit of Metal” to 10 kompozycji utrzymanych w klasycznym stylu, tak więc nie brakuje wpływów Iron maiden, czy Judas Priest. Pierwszym hitem na miarę tych wielkich zespołów jest tytułowy „Spirit of Metal”, który pokazuje prawdziwy potencjał tej kapeli. Prosty motyw, chwytliwa melodia i spora dawka energii i mamy hit gotowy. Dalej mamy marszowy i bardziej epicki „Metal Over Rainbow”. Początek nasuwa twórczość Iron Maiden, a później można nawet doszukać się pewnych wpływów Black Sabbath czy Manowar. Nutka hard rocka i takiej surowości mamy w „believing To be powerful” jak i w rytmicznym „Memories are in the past”. Więcej speed metalowej formuły mamy w przebojowym „King of Monsters” czy żywiołowym „Hunter”, który zaliczyć należy do najlepszych kompozycji na płycie. Bije z nich energia i agresja, a wykonanie budzi respekt wobec kapeli. Całość zamyka świetna petarda w postaci „pain”. To jest dobry przykład jak zespół dba o detale i jak dobrze radzi sobie z komponowaniem ciekawych i wciągających utworów.

Duch metalu i lat 80 słychać idealnie na „Spirit of Metal”, tak więc tytuł idealnie odzwierciedla zawartość płyty i tego co dostajemy od Forcer. Meksykańska formacja zna się na rzeczy i wie jak grać heavy metal na wysokim poziomie. Słychać inspiracje klasyki typu Iron maiden czy Judas Priest ale to nic złego. Pozycja obowiązkowa dla każdego maniaka heavy metalu z lat 80.

Ocena: 8/10

wtorek, 5 kwietnia 2016

AMULANCE - Unleash the Beast (2015)

Amulance to mało rozpoznawalna kapela heavy/speed/power metalowa działająca w latach 80. Wtedy właśnie dali się poznać fanom dzięki udanemu debiutowi „Feel The Pain”. To był rok 1989, a Amulance grał ostry heavy metal, który miał sporo elementów speed/thrash metalu. Wyróżniali się na tle innych amerykańskich formacji poprzez niezwykłą melodyjność i specyficzny wokal Rika Baeza. Kapela, która powstała w Aurora na przestrzeni 1984 roku. W roku 1990 zakończył się pierwszy okres zespołu. Potem próbowali powrócić na dobre w 2009 r ale się nie udało, dopiero w roku 2012 udało się skutecznie reaktywować band. Na koncertach się nie skończyło i zespół rozpoczął intensywne prace nad nowym materiałem. Po 27 latach od wydania debiutu Amulance powraca z drugim wydawnictwem tj „Unleash The beast”. Czy warto było czekać tyle lat na ten album? Czy Amulance odnajduje się współczesnych czasach? Czy nowy materiał dorównuje debiutowi?

Wiele pytań, wiele wątpliwości, które jeszcze bardziej wzbudzały ciekawość czy Amulance jest wstanie nagrać wartościowy materiał. Ze starego składu został wokalista Rik Beaz oraz gitarzysta Bob Luman. Obaj panowie są w formie i wiedzą jak grać heavy/power metal. Jednak Amulance jest już nieco innym zespołem. Niby Rik dalej śpiewa specyficznie i nadaje kompozycjom odpowiedniej agresji, a Bob stara się wygrywać energiczne i dynamiczne partie. Słuchając nowego materiału można szybko dojść do wniosku, że upływ czasu miał ogromny wpływ na styl zespołu. Niby jest to heavy/power metal w amerykańskiej odsłonie, ale jest więcej toporności i mniejsza ilość przebojów. Na pewno na plus można zaliczyć nieco przybrudzone brzmienie, które ma wiele wspólnego z tym z lat 80. Dzięki temu taki otwierający „Warrior Song” wypada korzystnie i przypomina debiut pod wieloma aspektami. W samej muzyce Amulance można doszukać się wpływów Queensryche, Mercyful Fate, Saxon czy Iron Maiden. Klasyczny heavy metal z przebojowym motywem w roli głównej zawsze jest w cenie. „Damages” to przykład, że mimo zespół mimo upływu lat potrafi grać agresywnie i z pazurem. Nutka progresji przypomina najlepsze dokonania Queensryche czy Dream theater. Bob i Steve Michals, który dołączył w 2015 r tworzą zgrany duet i ich partie gitarowe są soczyste i mocarne. Każdy z nich brzmi solidnie i nie ma co narzekać na ten aspekt. Szkoda tylko, że mało tutaj atrakcyjnych i godnych zapamiętania riffów. Wszystko momentami brzmi tak na jedno kopyto. Można było wiele zrobić by urozmaicić owy materiał i wepchać tutaj więcej charakterystycznych przebojów. „Unleash The Beast” jest toporny i może przypominać niektóre kawałki Accept. Zespół nie kryje swoich korzeni i fascynacją klasyką amerykańskiego heavy/power metalu co pokazuje w „Forsaken”, który ma coś z starego Metal Church. Miłym zaskoczeniem na płycie jest nieco hard rockowy „Ghost of Yestaryears”. Nowy album mimo nieco rzemieślniczego charakteru ma prawdziwe petardy i jedną z nich jest nieco thrash metalowy „Changes”, czy nieco Iron Maidenowy „Blood of Innocent”. Sekcja rytmiczna choć nowa i jeszcze nie w pełni zgrana, ale jednak daje sobie radę, co zresztą słychać w dynamicznym „Edge of Lies”, który śmiało mógłby znaleźć się na debiutanckim albumie. Warto zwrócić uwagę również na „Poseidon” mający pewne elementy Judas Priest. Na koniec klasyka w postaci „Children of The Sea” i hołd dla Black Sabbath.

Wrócił kolejny band z lat 80 i nie mają się czego wstydzić. Warto było czekać 27 lat na drugi album amerykańskiej formacji, która wierna jest tradycjom i swoim korzeniom. Troszkę mało przebojów, troszkę zbyt dużo toporności, ale cel został osiągnięty. Nowy album naprawdę wypalił i pokazuje, że warto było powrócić i zaskoczyć fanów nową muzyką. Bestia została uwolniona i czekam na kolejny atak Amulance.

Ocena: 7.5/10

sobota, 2 kwietnia 2016

SILENT KNIGHT - Conquer & Command (2015)

Nie dawno Lemmy Kilmister odszedł i to daje jasno do zrozumienia, że wszyscy wielcy kiedyś odejdą. Oni już mają zagwarantowane miejsce wśród żyjących pośród nas i tak naprawdę ich muzyka na zawsze będzie z nami. Pytanie tylko, kto będzie dla nas grał i tworzył nową muzykę? Czy wśród młodych bandów są takie, które będą wstanie podołać temu zadaniu? Jak się dobrze poszuka to znajdzie się odpowiednich kandydatów. Taki australijski Silent knight ma spore szanse, by przejąć pałeczkę po Helloween czy Gamma Ray. Odpowiedni ładunek emocji, energii, podobny styl, podobna jakość i umiejętność tworzenia hitów. Silent Knight to prawdziwy wojownik, który dąży do perfekcji, a ich ostatni album w postaci „Conquer and Command” to prawdziwa uczta dla fanów gatunku.

Od takiej płyty oczekuje się prawdziwych przebojów, które porwą słuchacza i przypomną klasykę gatunku. Taki hity mają sprawić, że płyta będzie łatwiejsza w odbiorze i bardziej zapadająca w pamięci. Nowe zespoły jednak mają jakby problem z tym czynnikiem bo nie tak łatwo stworzyć dobry przebój. Australijski Silent Knight wie jak to robić i słychać, że wzorowali się dużo na Helloween, a to przenosi pożądany rezultat. Mcgill i Nicholas stworzyli zgrany i dobrze rozumiejący się duet, który wie jak porwać słuchaczy. Jest sporo przejść, spora dawka energii, a najlepsze są te pojedynki na solówki, które w takim graniu odgrywają ważną rolę. Jesse Onur Oz to nowy nabytek, ale jego wokal świetnie się wpasował w styl grupy. Teraz gdy w zespole jest wokalista o manierze Kiske to można działać cuda.

Okładka może i kiczowata, ale ma w sobie pewien urok. Podobnie jak to rasowe europejskie brzmienie, które ma nam przybliżyć erę power metalowych płyt z lat 90. „A call to arms” ma nas wprowadzić w ten świat i przypomnieć jednocześnie „The Keeper of The seven Kyes”. Po minucie do akcji wkracza pierwsza petarda czyli tytułowy „Conquer and Command”. Mocny riff, dobre, szybkie tempo, dobrze rozegrane partie gitarowe i pędząca sekcja rytmiczna sprawiają, że mamy pierwszy killer na płycie. „Empty threat” to kolejny żywioły kawałek, który pokazuje co to znaczy europejski power metal. Nutka heavy metalu i nieco rycerski klimat pojawia się dynamicznym „The Call of the crow”, który też tylko podkreśla atuty tego zespołu jakim jest odnajdywanie się w szybkich i melodyjnych kawałkach. Jednym z agresywniejszych utworów na płycie jest „The Strike of the Sword”, który przybliża nam twórczość Gamma Ray. Silent Knight potrafi stworzyć hit o którym nie tak łatwo zapomnieć. Właśnie taki jest „The Raven's Return”, który jest kwintesencją power metalu. Nie ma miejsca dla ballad, czy nie potrzebnych eksperymentów. Panowie od samego początku do samego końca serwują nam petardy i nic dziwnego, że na koniec mamy energiczny „One by one” w rycerskiej odsłonie, czy dynamiczny „power metal supreme”. Nawet cover Europe w postaci „The final countdown” ma w sobie sporo power metalu w wykonaniu Silent Knight.

Silent knight wyrósł na bardzo dobry zespół, który wie jak grać power metal na wysokich obrotach. Niby nic nowego a bardzo cieszy, zwłaszcza co raz ciężej o taki właśnie europejski power metal osadzony w latach 90. Fani Helloween czy Gamma ray nie będą zawiedzeni.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 29 marca 2016

SOLITUDE - Reach for the Sky (2015)

Kiedy zobaczyłem okładkę nowego albumu Solitude w postaci „Reach the Skye” to już wiedziałem że ta płyta jest dla mnie. Orzeł który przypomina tego z płyt Primal Fear czy też Judas Priest, albo Rossa The Bossa. W dodatku łańcuchy i niebo w tle. To od razu sprawiło, że poczułem się jakbym dostał to czego właśnie teraz potrzebuję. Mocnego heavy/power metalu, który namiesza w tegorocznych zestawieniach i wypełni pustkę w tym roku związku z tym że Primal Fear, Gamma Ray, choć japoński Solitude to muzyka która przyciągnie również fanów Exciter, Riot, czy Liege Lord. To jest po prostu czysta klasyka gatunku i to jeszcze w perfekcyjnym wydaniu. Tak można opisać w skrócie najnowsze dzieło w postaci „Reach for the Sky”.


Solitude założył w 1996 roku wokalista Akira Sugiuchi, który obrał sobie za cel granie heavy/power metalu na kształt wielkich kapel europejskich jak i amerykańskich. Styl miał opierać się na mocnych riffach, zadziornych partiach gitarowych, na ostrym wokalu i sporej dawce przebojowości. Kurs został obrany i 2009 roku ukazał się „Brave The storm”. To był tylko niepewny pokaz co zespół gra i w jaki sposób. Prezentacja może i udana, ale zespół nie pokazał w pełni swoich sił i potencjału jaki w nim drzemie. Zmieni to bez wątpienia nowy album „Reach for the Sky”, który ukazał się po 6 latach przerwy. Czas nie wpłynął negatywnie na band, wręcz przeciwnie. Pomyśleli co i jak, dokonali poprawek i mamy w efekcie perfekcyjny album. Klimatyczna i przywołująca na myśl klasyczne albumy z kręgu heavy /power metalu, soczyste brzmienie to tylko pierwsze z brzegu atuty tego albumu. Na tym jednak nie koniec. Prawdziwa frajda zaczyna się kiedy odpalimy krążek. Przede wszystkim na uwagę i wyróżnienie zasługuje wokalista Akira. Jego wokal jest mroczny, zadziorny, ale w pełni oddaje to co najlepsze w tym gatunku. Dzięki niemu całość zyskuje na mocy i agresywności. Zaimponował mi Akira swoim występem i jest to jeden z tych najlepszych występów w roku 2015. Kawał dobrej roboty jednym słowem. Nie wiele mu ustępuje w talencie gitarzysta Shingo Ida, który stawia na szaleństwo, finezję i dobrą zabawę. Zabiera nas w rejony klasycznych rozwiązań, ale też pewnych świeżych rozwiązań. Słychać, że Shingo dba o melodyjność, dynamikę i zadziorność, nie zapominając o samej technice. W połączeniu z wokalem Akira jest to mur nie do zniszczenia. Materiał to najlepsze odzwierciedlenie perfekcji i talentu muzyków z Solitude. Zaczyna się spokojnie, wręcz w stylu Testament czy Metallica. Jednak „Venom's Angel” to utwór idealnie oddający kunszt gatunku heavy/power metal. Tutaj dochodzi do skrzyżowania europejskiego power metalu z tym znanym z ameryki. Wychodzi z tego prawdziwa petarda. Rozpędzona sekcja rytmiczna i ostry riff rodem z płyt Judas Priest, Liege Lord czy Gamma Ray przyprawia o dreszcze. Dawno nie słyszałem tak pomysłowego kawałka power metalowego. Nieco rock;n rollowy „Blow” ma coś z Motorhead i twórczości Ritchiego Blackmore'a. Nieco inna stylistyka, ale to wciąż szybkie i dynamiczne granie. W takim klasycznym „Reach for The Sky” można doszukać się wpływów W.A.S.P i tutaj zespół pozwolił sobie na hard rockowe szaleństwo. Dobrze wychodzi im urozmaicanie płyty. Thrash metal pojawia się w „Don't Need Mercy”. Sam utwór jest niezwykle agresywny i szybki, ale konstrukcja ma wiele wspólnego z Helloween z czasów „Walls of Jericho”. Riff który pojawia się w „Escape for the crime” przywołuje na myśl stare dobre czasy DIO i to utwór również niezwykle urozmaicony. Kolejną udaną petardą na płycie jest bez wątpienia energiczny „You got My Mind”. Zespół odnajduje się w klasycznych riffach i konwencji przywołującej na myśl lata 80. Zadziorny „on the edge of sorrow” czy rozbudowany „December” to tylko potwierdzają.

6 lat czekania na nowy album Solitude, ale opłaciło. Kapela nagrała album perfekcyjny i przemyślany. Mimo pewnych nawiązań do lat 80, album tętni swoim życiem i brzmi wyjątkowo świeżo. Mamy przeboje, mamy petardy, mamy chwytliwe melodie, a wszystko zagrane z polotem i werwą. Ten album po prostu definiuje co tak naprawdę znaczy heavy/power metal najwyższych lotów. To się nazywa prawdziwa niespodzianka. Jedna z najlepszych płyt roku 2015, jeśli nie najlepsza. Polecam !

Ocena: 10/10

sobota, 26 marca 2016

CONCERTO MOON - Between life and death (2015)

Kiedy mówi się o neoklasycznym power metalu to ma się na myśli przede wszystkim taki Galnerus,Yngwie Malmsteena czy też Iron mask. Do grona tych najlepszych i czołowych przedstawicieli tego gatunku trzeba zaliczyć też japoński Concerto Moon. Już dawno temu ugruntowali swoją pozycję na rynku muzycznym i mają wypracowany swój status i nie muszą tak naprawdę nic udowadniać. Działają sukcesywnie od 1996 roku i właściwie każdy album ma swoją wartość. Dorobili się już 11 albumów i ten najnowszy „Between life and Death” nic nowego nie wnosi do twórczości zespołu, ale z pewnością pokazuje że wciąż trzymają wysoki poziom i wciąż można liczyć na nich.

Od lat muzyka Concerto Moon zachwyca tych, którzy cenią sobie ciekawe i złożone popisy gitarowe, którzy gustują w pomysłowych i soczystych riffach i chwytliwych solówkach. Concerto Moon to marka, która nie zawodzi. Choć ze starego składu został tylko Norifumi to i tak wciąż brzmią tak jak za dawnych lat. Nowo pozyskani muzycy dodają świeżości i sprawiają że Concerto Moon potrafi też zaskoczyć. „Between Life and death” nagrał właściwie nowy skład, bo pojawiła się nowa sekcja rytmiczna i klawiszowiec. Wokalista Atsushi też działa tylko od 2011, ale nabrał już pewności i jego wokal brzmi o wiele lepiej niż na pierwszych płyt. Cały czas zespół robi swoje przez co nie ma obaw, że zboczą ze swojego kursu. Concerto Moon to przede wszystkim zawsze mocne brzmienie, spora dawka przebojowości i urozmaicenie materiału, dzięki czemu ich płyt są takie łatwo przyswajalne. Na nowym albumie znajdziemy 10 kompozycji, które pokazują co tak naprawdę znaczy neoklasyczny power metal i w czym tkwi urok japońskiej formacji. „Alone in the Dark” ma klasyczny riff osadzony w klimatach Dio czy Rainbow. Concerto moon dawno nie brzmiał tak mocno i tak świeżo. Sam utwór tez pokazuje, że zespół jest w bardzo dobrej formie. Norifumi przyzwyczaił nas do tych swoich atrakcyjnych, a czasami intrygujących zagrywek gitarowych, które stanowią podstawę każdego utworu. „Struggle to the Death” to już nieco bardziej progresywne granie, gdzie zespół oddala się w stronę bardziej pokręconego motywu. Zawsze mile widziane są takie klasyczne rozwiązania i riffy nasuwające twórczość Yngwiego. To też taki „Between life and death” czy przesiąknięty Rainbow „I'll Close my eyes” stanowią największą atrakcję albumu. Concerto Moon od samego początku dał się poznać jako zespół, który potrafi ciekawe szybkie, rozpędzone kompozycje. To właśnie one stanowią potęgę danego albumu, tak też jest i tym razem. „Life on The edge” to jeden z tych najlepszych petard na płycie i żywy dowód na to, że Concerto Moon to jeden z czołowych bandów grających neoklasyczny power metal. Album jest bardzo urozmaicony bowiem mamy raz szybsze tempo, raz takie bardziej stonowane i bardziej hard rockowe wcielenie zespołu. Hard rockowy „Keep Holding on” pozwala nam odpocząć i zrelaksować się i odpłynąć w romantycznym klimacie. Więcej Rainbow uświadczymy w „Againts the World”, w szybszym „Survive” . Ten świetny album zamyka energiczny „Down fall in Blood”, który jest kwintesencją stylu Concerto Moon jak i samego gatunku.

Zmiany personalne i pewne zawirowania nie przeszkodziło Concerto Moon przed nagraniem kolejnego udanego albumu. „Between life and death” to bardzo przemyślany i zróżnicowany album, który zabiera nas do świata, którzy rządzi się innymi zasadami, a gitara elektryczna jest przewodnikiem. Nowy album brzmi świeżo i nie zawodzi w żadnym calu. Fani neoklasycznego power metalu nie powinni tego przegapić.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 10 marca 2016

GAELBAH - Haxen (2015)

Kapel grających heavy/power metal jest co raz więcej i trzeba mocno się napracować by zaistnieć na rynku i przebić się przez silną konkurencję. Można stosować wiele trików by pozyskać fanów i zainteresowanie potencjalnych słuchaczy. Oczywiście kiedy marketing nie występuje i kiedy zespół nie jest rozpoznawalny, a debiut nie uzyskał większego zainteresowania, to dobrym zabiegiem jest zaproszenie gości. Takie nazwiska jak Sheepers czy Bayley potrafią podziałać na wyobraźnię. Tak manewr wykonał hiszpański Gaelbah na najnowszym albumie „Haxan”. Kapela działa od 2003 r, ale mają na swoim koncie dopiero dwa albumy. Mają doświadczenie, wiedzą jak grać heavy metal, w którym przemawia twórczość Judas Priest, Primal Fear, Helstar czy Gamma ray. Ogólnie zespół nie porywa się z motyką na słońce i nie ma zamiaru tworzyć coś innego. Starają się grać mocno, agresywnie i melodyjnie. Dzięki temu nowy album mimo pewnej wtórności może się podobać i trafić do szerokiego grona słuchaczy. Skojarzenia z Primal Fear są jak najbardziej na miejscu bowiem wokalista Alejandro ma podobną manierę. Potrafi odnaleźć się w wysokich rejestrach co potwierdza w ostrym „Searching for the light”. Gości też sprawiają, że płyta jest jeszcze bardziej zróżnicowana. Taki „Black Widow” z Blazem na wokalu ukazuje mroczne oblicze kapeli i to, że Gaelbah sprawdza się w wolnych, topornych kompozycjach. Jest jeszcze osadzony w klimatach Judas Priest „Live Your Pain z Sheepersem na wokalu. Kolejny mocny punkt nowego dzieła hiszpańskiej formacji. Skojarzeń z Primal Fear na płycie jest znacznie więcej. Wystarczy odpalić zadziorny „Burn the Gods” by się o tym przekonać. Płyta bardzo dobrze się zaczyna i od samego początku dobrze nastraja słuchacza. Mamy na start melodyjny „Haxan” , a potem szybszy „Salvation”, który osadzony jest w twórczości Judas Priest. Na płycie bardzo dobrze sprawdzają się rozpędzone petardy pokroju „World on Fire” czy „To Hell”. Cały czas pojawiają się ciekawe i godne zapamiętania melodie i najciekawsza z nich zdobi „Night on bald mountain”. Na płycie pojawiają się momenty nieco słabsze, gdzie poziom nieco opada, ale całościowo album się broni. Soczyste brzmienie i ostre riffy Jose i Josemi potrafią podziałać na zmysły. Fani Primal Fear od razu pokochają to wydawnictwo. Polecam.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 7 marca 2016

THIRD DIMENSION - Conspiracy Theory (2015)

To już 10 lat istnienia hiszpańskiego Third Dimension, choć świat ich lepiej poznał w roku 2014 kiedy to wydali swój pierwszy album w postaci „Where Dragon Lies”. Dla wielu fanów power metalu było to odkrycie i przypomnienie klasycznych albumów z tego gatunku. Nagle na jednej płycie można było usłyszeć stare dobre albumy Helloween za czasów Hansena i Kiske, a także pierwsze płyty Edguy czy Gamma Ray. Third Dimension postanowił stworzyć power metal wzorowanych na wielkich kapelach, energiczny i bardzo melodyjny, z odrobiną słodkości, a wszystko z zachowaniem tradycji europejskiego power metalu z lat 90. W roku 2015 do kapeli dołączył klawiszowiec Alena Alonso, która nadała całości jeszcze większej przestrzeni. To ona teraz buduje klimat i nadaje kawałkom nutki tajemniczości i progresywności. Rok minął od debiutu, a już można się cieszyć nowym materiałem. „Conspiracy theory” to nic innego przedłużenie tego co słyszeliśmy na debiucie. Mamy szybkie tempo, słodkie melodie, mamy przeboje, mamy podniosły i zadziorny wokal Miguela, a także sporą dawkę ciekawych popisów gitarowych. To wszystko jest i na nowym albumie, tylko jakby jeszcze więcej, a do tego dochodzą klawisze. Dzięki temu album jest podniosły i klimatyczny, a stylistycznie momentami przypomina stary Dragonhammer czy Masterplan. Właściwie muzycy tylko potwierdzili, że wiedzą jak grać power metal i że to nie był tylko jednorazowy wybryk i naprawdę stać ich na nagrywanie bardzo dobrych albumów. Po raz kolejny album zdobi miła dla oka okładka, która przenosi nas do lat 80 czy 90, co bardzo cieszy. Brzmienie jest wygładzone, bardzo czyste, ale dzięki temu wszystko dobrze słychać. Najlepszym argumentem, który przekona każdego jest sam materiał, który jest przemyślany, dobrze wyważony między dynamiką, szybkim agresywnym graniem, a przebojowością. W dodatku materiał jest urozmaicony i pozbawiony typowych wypełniaczy. Zaczyna się klimatycznie bo od intra w postaci „Project Infinity”. Potem już mamy taki rasowy power metalowy hit osadzony w stylizacji Helloween czy Gamma Ray. „Last Survivors” to prawdziwa petarda, a to co wyprawiają gitarzyści Sergio i Jorge zasługuję na owację. Jest energia, jest pazur i finezja, a wszystko brzmi tak jak powinno. Atutem jest przede wszystkim chwytliwość które przemawia przez każdy motyw i melodię. Więcej starego Helloween uświadczymy w „Lanres Revenge” i dopiero „Sacrifice” wnosi troszkę urozmaicenia. Utwór jest bardziej stonowany i bardziej podniosły, choć nie brakuje w nim cech progresywnego metalu. Każda melodia w danym utworze jest zapadająca w pamięci i to imponuje zwłaszcza przy „Conspiracy Theory”. Zespół rozwinął się i nie ma problemów z zaskakiwaniem i tworzeniem również lekkich i nieco hard rockowych kawałków. Dobrze to wybrzmiewa w „Nexus 6”. Nawet ballada „Tears and Thorns” zachwyca i chwyta za serce. Nagrać godną uwagi balladę to nie lada wyczyn. Nowy album hiszpańskiej formacji to przede wszystkim szybki power metal i to właśnie takie utwory jak „Gate to the stars” czy „Where Dragon Lies”. Na miano najostrzejszego kawałka zasługuje 7 minutowy „From ashes”. Ponad godzina power metalu w wykonaniu Third Dimension to prawdziwa uczta dla fanów europejskiego power metalu z lat 90 i hołd dla takich kapel jak Helloween, edguy czy Gamma Ray. Wychodzi im to nadzwyczaj dobrze i już wiadomo, że jeszcze nie raz o nich usłyszymy. Dobrze, że są jeszcze kapele jak ta, bo przynajmniej ktoś podtrzymuje ten styl tradycyjnego europejskiego power metalu. Polecam.

Ocena: 8.5/10

sobota, 5 marca 2016

HUNTRESS - Static (2015)

Jednym z takich najciekawszych zespołów ostatniej dekady jest w sumie amerykański Huntress. Przyciągnęli uwagę zwłaszcza roku 2012, kiedy to wydali na świat debiutancki album „Spell Eater”. Pokazali, że można połączyć heavy, thrash, power, a nawet black metal na jednym krążku. Oczywiście płyta zebrała pozytywne opinie jak i negatywne. Mimo wszystko pokazali, że mają swój styl, że potrafią grać i mają pomysł na siebie. Pewna siebie i mająca specyficzny głos Jill janus zapadła mi od razu w pamięci i tak śledzę poczynania zespołu od samego początku. Drugi album jednak był słabszy i ukazał pewne luki w muzyce zespołu. Jednym słowem było to wielkie rozczarowanie i poczułem niedosyt po tamtym wydawnictwie. Na szczęście rok 2015 przyniósł zmiany. Pojawił się w zespole nowy gitarzysta – Eli Santana i perkusista Tyler Meahl, którzy wnieśli sporo świeżości do Huntress. To z nimi został zarejestrowany trzeci album „Static”. W dalszym ciągu jest to heavy metal osadzony w latach 80 i z wyraźnymi wpływami Crystal Viper, Warlock, Christian Mistress, czy bardziej klasycznych zespołów jak Judas Priest czy iron Maiden. Na nowym albumie jest mniej zapożyczeń z black metalu, jest więcej odesłań do klasyki, ale nie jest to żadna ujma. Okładka czy nieco przybrudzone brzmienie ma nam podkreślić klimat lat 80. Ta sztuka bez wątpienia się udaje. Mroczna otoczka wciąż jest obecna i zespół w dalszym ciągu trzyma się tematyki związanej z okultyzmem czy wiedźmami. Nowy album zabiera nas w rejony przypominające dokonania również Black Sabbath i tych zapożyczeń jest całkiem sporo. Najlepsze jest to, że „Static” podobnie jak debiut jest przebojowy i każdy utwór zasługuje na uwagę. W końcu udało się wyjść z dołka i nagrać bardzo dobry album, który dorównuje „Spell Eater”. Już otwierający „Sorrow” udowadnia, że Huntress potrafi jeszcze grać agresywnie. Jest szybkie tempo, jest thrash metalowy riff i jest agresja. To jest właśnie ten Huntress jaki mi się podoba. Pomysłowy riff do „Flesh” też pozytywnie nastraja i pokazuje, że zespół wie jak odtworzyć styl Judas Priest. W dalszej części materiału natrafiamy na klimatyczny i rozbudowany „Mania”, który pokazuje co to znaczy porządny heavy metal z mrocznym klimatem rodem z płyt Black Sabbath. Jeśli chodzi o przeboje to wypada tutaj wspomnieć o rozpędzonym „Four blood Moons” czy tytułowy „Static”, które napędzają ten album. Z kolei „Noble Savage” osadzony jest w NWOBHM, choć nie brakuje tutaj nutki Scorpions z lat 80. Na koniec mamy „Fire in My heart”, który podobnie jak otwieracz kipi energią i agresją. Więcej tutaj thrash metalowej motoryki, ale to akurat zaleta tego kawałka. Na płycie znajdziemy jeszcze dwa bonusy, a mianowicie „Black Tongue”, który nawiązuje do twórczości Mercyful fate oraz „Vultures Cant Wait”, który pokazuje jak grać klasyczny heavy metal. Nie ma słabych kompozycji, a każda z nich zasługuje na uwagę i szczególne wysłuchanie. Kawał porządnego heavy metalu, który osadzony jest w latach 80. Fani Warlock czy Crystal Viper nie będą zawiedzeni to na pewno. Huntress znów zalicza bardzo dobry album i oby tą formę utrzymali.

Ocena: 8.5/10

środa, 2 marca 2016

HEAVY CHAINS - Eye Commander (2015)

Rok 2015 to ważny rok dla Heavy Chains z Kostaryki. To właśnie w tym roku wydali swój pierwszy album zatytułowany „Eye Commander”, który jest skierowany do fanów heavy metalu, ale również thrash metalu. Panowie starają się wymieszać te dwa gatunki i ta sztuka wychodzi im nadzwyczaj dobrze. W swojej muzyce nie kryję wpływów takich kapel jak Metal Church, Iced Earth,Paradox czy Megadeth. Heavy Chains to przede wszystkim specyficzny wokalista Diego Acuna, który potrafi śpiewać czysto i klimatycznie. Jednak nie radzi sobie z agresywniejszymi momentami. Znacznie więcej dobrego robią gitarzyści i duet Albert/ David może się podobać. Przede wszystkim grają technicznie, agresywnie, a każda ich partia jest dobrze wyważona i faktycznie zabiera nas w klimaty thrash metalu. Nie brakuje też dynamiki czy przebojowości, tak więc zadbano o ten aspekt jak najbardziej. Okładka nie jest tragiczna, ale nie przekonuje do końca i właściwie jest to jeden z nie wielu słabych punktów „eye commander”. Zespół nadrabia braki mocnym, ostrym brzmieniem i dobrymi kompozycjami. Solidność i równy poziom kompozycji czyni ten album naprawdę udanym. Mamy energiczny „Fugitive”, który w rzeczy samej jest bardzo thrash metalowy i taki oldscholowy w swojej strukturze. Z kolei taki „Kamikaze” ukazuje pazur i złowieszczy klimat. Dalej jest to heavy/thrash metal z naciskiem na techniczne granie. Zespół najlepiej wypada w „Devastating Winter”,w którym mamy więcej heavy metalu. Raz Heavy chains trzyma się marszowego tempa, a raz przyspiesza i dostarcza nam speed/thrash metalową petardę. Sporo dzieje się w tym kawałku i najlepiej prezentuje potencjał samego zespołu. Na płycie znajdziemy wiele chwytliwych motywów i jednym z nich jest główny riff „I smell Fear”. Nie zabrakło też prawdziwych hitów i wystarczy przytoczyć tutaj „Flamming Sword”, czy utrzymany w stylizacji Anthrax „Eye Commander”. Całość zamyka thrash metalowy „Thundermask” i to najlepsze podsumowanie jakie zespół mógł wypracować. Niby nic nowego nie stworzył Heavy Chains, ale to jak zagrali, jak podali ten heavy i thrash metal razem, to jakie utwory nagrali budzi podziw. Młoda kapela pokazała, że wciąż można nagrać wartościowy i godny polecenia thrash metalowy album, który nie przepadnie w gąszczu innych płyt z roku 2015. Polecam.

Ocena : 8/10

poniedziałek, 29 lutego 2016

GALNERYUS - Under the force of Courage (2015)

Japońskie bandy już nawet nie patrzą na to co nagrywają tylko można odnieść wrażenie że stawiają tylko na ilość. Jak spojrzymy na taki Galneryus to można się przerazić jak pracowity jest to zespół. W przeciągu 14 lat udało im się wydać 12 albumów i to tylko świadczy jak twórczy jest to band. Przez te wszystkie lata udało im się wykreować własny styl, który jest pochodną tych wypracowanych przez Concerto Moon, Yngwie Malmsteena czy Iron Mask. Tak neoklasyczny power metal, to jest to w czym dobrze czuje się japoński band. Choć najnowsze dzieło „Under The Force of Courage” brzmi jak klon wcześniejszych dzieł i daleki jest od odkrywczego czy oryginalnego, to jednak jest to wciąż wysokiej klasy heavy metal. Zespół jest doświadczony, wie jak tworzyć dobry materiał, jak zaskakiwać swoich fanów, jak tworzyć atrakcyjne i pełne zawirowań solówki. To wszystko pojawia się na najnowszym albumie i tutaj nie ma niespodzianki. Co ciekawe jest to już któryś z kolei album Japończyków, a mimo to udaje im się uciec od monotonii i wpadki w rutynę. Nie można narzekać na nudę, bo na płycie znajdzie sporo ciekawych melodii, prawdziwych power metalowych petard, które ukazują piękno neoklasycznego power metalu. „The Time Before Dawn” to jeden z pierwszych kawałków na płycie, który dobrze wciąga słuchacza w ten świat Galneryus. Gitarzysta Syu tak jak zawsze nie oszczędza się i wygrywa sporo finezyjnych partii gitarowych. Dobrze to wybrzmiewa w takich petardach jak „Raise my Sword” czy w „The Voice of Grevious Cry”. Nie jest może to najlepsze dzieło Galneryus, ale z pewnością album broni się. Troszkę zespół przesadza w 8 minutowym „Rain of Tears” czy z formą „Soul of the Field”. Kluczową rolę odgrywa klawiszowiec Yukhi, dzięki któremu niektóre utwory brzmią jak kalka Rhapsody. Zespół postawił na epickość, na podniosłość, na nieco symfoniczny charakter, dlatego tak wiele tutaj skojarzenie z Rhapsody. Szkoda tylko, że cały materiał jest tak na siłę wydłużony. Taki tytułowy „Under the Force of Courage” dałoby radę skrócić o kilka minut. Ponad 14 minut to trochę za długo jak na Galneryus, choć sam utwór broni się sam. Z pewnością jest to utwór na który trzeba zwrócić uwagę. Całościowo jest to dobry album, który nie zawodzi. Jednak tą japońską formację stać na więcej. Troszkę się rozczarowałem tym co usłyszałem, a może po prostu nadaną chwilę przejadłem się muzyką Galneryus.

Ocena: 7/10