Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 stycznia 2021

DRAGON - Fallen Angel (1990)

Na drugi album katowickiego Dragon nie trzeba było długo czekać, bo już w 1990r ukazał się drugi krążek zatytułowany "Fallen Angel". Warto wspomnieć, że ten album został zarejestrowany w innym składzie. Do zespołu dołączył wokalista Adrian Frelich i basista Grzegorz Mroczek.  Po wydaniu albumu band odbywał wschodnioeuropejską trasę z Death i Kreator, co idealnie podkreśla co band grywał w tamtym okresie, bo idealnie pasował do tego zestawienia. To już kolejny ważny album, choć tutaj band w pełni dał upust death metalowym pomysłom.

Nie ma już takiej melodyjności jak na debiucie, nie ma tej przebojowości i charyzmy z debiutu, nie ma już takiej dawki heavy metalowych rozwiązań, teraz jest brudny, brutalny death/thrash metal. Zostały te złożone i połamane melodie, które nie od razu wpadają w ucho. Na pewno jest to solidne granie, ale już mnie tak nie porwało jak debiut. Głos Adriana Frelicha podkreśla że mamy do czynienia z death metalem. Jego wokal wnosi sporo brutalności i mroku. Na pewno pasuje do całej stylistyki. Jakość jest na wysokim poziomie, ale szkoda że więcej tutaj death metalu, a mniej thrash metalu.

Bardzo dobrze prezentuje się otwieracz "Fallen Angel", który ma motorykę thrash metalową i w tym kawałku sporo się dzieje. Jest szybkość, agresja i dynamika. Dużo technicznego grania dostajemy w brutalnym "I split in Your face' i to jeden z mocniejszych utworów na płycie. Mamy też rozpędzony i pełen agresji "Deceived" i słychać, że to już inny band, który zupełnie innymi wartościami się kieruje. Dobrze wypada też bardziej melodyjny "Destructor" czy energiczny "Into the dark".
 
"Fallen angel"to płyta death metalowa i bardzo dopieszczona pod względem technicznym. Imponuje agresywnością i brudnym klimatem. Niby jest wszystko tak jak powinno, a jednak nie czuję już takiej magii jak na debiucie i jak dla mnie za dużo tutaj death metalu, a za mało thrash metalu.

Ocena: 6.5/10

niedziela, 17 stycznia 2021

WOLF SPIDER - Kingdom of Paranoia (1990)


 Fenomen Wilczego pająka nie zgasł po debiucie i w zasadzie długo jeszcze trwał. Band kuł żelazo póki było ciepło i w 1990r wydał kolejny klasyk. Mowa o "Kingdom of Paranoia", który jest drugim albumem w dyskografii Wilczego pająka, a w zasadzie Wolf Spider. Z perspektywy czasu to ważny album nie tylko jeśli chodzi o polską scenę metalową, ale też ze względu na sam Wolf Spider. Wraz z tym krążkiem pojawia się kilka zmian. Pojawia się angielska nazwa, którą band przyjął w 1988r i jeszcze sam skład zespołu uległ zmianie. Jednak mimo pewnych zmian, to wciąż znakomita mieszanka heavy i thrash metalu spod znaku Anthrax, Megadeth czy Toxik.

Jeśli chodzi o zmiany personalne, to band opuścił Mariusz i Leszek, a rolę basisty objął Maciek.Nowym gitarzystą został Darek Popowicz, a wokalistą Jacek Piotrowski, który mocno przypomina styl i manierę Joeyego Belladony. Kolejna zmiana to postawienie na angielski język, co pozwoli dobrzeć do szerszej publiczności. Tym samym ciężko poznać, że to polska formacja, bo pierwsze co przychodzi na myśl to amerykańska scena metalowa. Sama stylistyka zespołu też się trochę zmieniła. Band poszedł w kierunku technicznego, nieco progresywnego thrash metalu. Pojawiły się złożone solówki i bardziej wyszukane aranżacje. Band bawi się tutaj konwencją i mocno przypomina mi Toxik czy właśnie Anthrax. Gitarzyści na tej płycie po prostu błyszczą i panowie dostarczają nam sporo chwytliwych melodii i agresywnych riffów. Imponują tutaj techniką i niezłym wyczuciem rytmu. Klasa światowa!

Ciary pojawiają się przy energicznym "Manifestants", który atakuje nas po odpaleniu płyty. Co za dynamika, pomysłowość i dbałość o detale. Band po raz kolejny pokazuje, że nie mają się czego wstydzić i mogą konkurować z najlepszymi kapelami thrash metalowymi. Drugi utwór na płycie to melodyjny i nieco bardziej heavy metalowy "Pain" i znów dostajemy sporo zmian temp i liczne urozmaicenia w sferze partii gitarowych. Też sporo się dzieje w zadziornym i nieco progresywnym "Black;n whites" , w którym dostajemy połamane melodie i złożone solówki. W tej sferze gitarzyści imponują techniką, wykonaniem i pomysłowością. Na płycie znajdziemy same killery i nie ma tutaj wypełniaczy i jeden z moich faworytów to energiczny "Foxes".  Troszkę łagodniejszy jest "Desert", w którym band wprowadza nieco punkowy klimat, no i jest jeszcze więcej progresywnego zacięcia. Jest jeszcze stonowany i bardziej heavy metalowy "Sicked Nation", który nasuwa na myśl Anthrax i to miło usłyszeć polski band, który gra w takich klimatach. Mamy jeszcze instrumentalny "Nasty ment" i pełen oryginalnych dźwięków "Survive".

Tak o to Wolf Spider nabrał pewności siebie i jeszcze bardziej się rozwinął. Zaczął grać techniczny, progresywny thrash metal z elementami heavy metalu i to już była nie tylko jedna z najlepszych kapel na polskiej scenie metalowej, bowiem mogła śmiało konkurować z najlepszymi na świecie.  "Kingdom of Paranoia" to klasyka gatunku i śmiało można postawić obok klasyków Toxik, Coroner czy Anthrax.  Płyta, którą trzeba po prostu znać !

Ocena: 9.5/10

czwartek, 16 kwietnia 2015

LUV HUNTER - Luv Hunter (1990)

Patrząc na zdjęcia amerykańskiej kapeli Luv Hunter to na myśl przychodzi glam metal i zespołu pokroju Motley Crue czy Steel Panther, jednak nie dajcie się temu zwieść. W końcu ten mało band, który został założony w 1990 roku nagrał tylko debiutancki album „Luv Hunter” i było to dzieło w którym można było usłyszeć heavy metal, progresywny metal, a nawet rasowy amerykański power metal, ale z pewnością nie glam metal. Tak o to mało band nagrał wyjątkowo ciekawy album, którego muzyka była skrzyżowaniem Crimson Glory, Fates Warning, Queensryche czy Leatherwolf. Uwagę przyciąga już klimatyczna okładka, której głównym motywem jest popękane kamienne serce. Taki romantyczny, nieco tajemniczy klimat został też wykreowany w samej zawartości. Brzmienie nieco surowe, na miarę amerykańskich płyt z kręgu heavy/power metalu i to przedkłada się na to, że ten jedyny album Luv Hunter to prawdziwa uczta dla tych co gustują w starych płytach, zwłaszcza spod znaku Queensryche. Te skojarzenia z tym kultowym bandem progresywnego metalu są jak najbardziej na miejscu. Zadbali o to przede wszystkim duet gitarzystów Robbins/ Kauffman. Sporo tutaj finezji, kompozycje są lekkie i zagrane z pomysłem, a samo wykonanie jest skierowane w stronę progresywnego heavy metalu. Jednak najwięcej tutaj robi wokalista David Milligan, który do bólu przypomina najlepsze lata Geoffe'a Tate'a. 10 kompozycji i właściwie sam materiał jest niezwykle urozmaicony. Otwieracz „Times are changin” to ukłon w stronę topornego heavy metalu, choć nie brakuje tutaj thrash metalowej agresji. Dalej mamy łagodniejszy, bardziej melodyjny „Dreamwave” , który ukazuje owy romantyczny klimat tego wydawnictwa. W takim „Make it Right” można było doszukać się w pływów Accept czy Metal Church, ale tutaj najciekawsze są wokalne popisy Davida. Tak on był główną atrakcją Luv Hunter. Nie brakowało też mrocznego klimatu, który najbardziej odzwierciedla „Goin Nowhere” czy „Life on The Edge”. Dobrze wypadały kompozycje o nieco bardziej hard rockowym charakterze i mam tutaj na myśli choćby tytułowy „Luv Hunter” . Jednym z najbardziej chwytliwych utworów na płycie jest niezwykle melodyjny „She's Like Fire”, w którym były słyszalne inspiracje Dokken. Jako fan power metalu najbardziej ucieszył mnie energiczny „Victory Battle”. Mimo potencjału jaki drzemał w grupie, mimo ciekawego debiutu nie udało się podbić rynku ani przetrwać próby czasu. Mało kto pamięta Luv Hunter i czas to zmienić, bo grali naprawdę ciekawy heavy metal o progresywnym charakterze. Dla fanów Queensryche jest to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7/10

piątek, 10 kwietnia 2015

RADICAL DREAM - Radical Dream (1990)

W latach 80 powstało wiele kapel, które kochało mieszać heavy metal i hard rock. Jednym z takich zespołów był Radical Dream. Ta amerykańska formacja powstała w 1987 roku i działała do 1992 roku. Nagrali tylko jeden album w postaci „Radical Dream”. Nie udało im się zyskać popularności no i nic dziwnego, skoro jakość prezentowanej muzyki pozostawiała wiele do życzenia. Niskiej jakości brzmienie, które tylko zagłuszało dźwięki czy też brak pomysłów na ciekawe i godne zapamiętania hity, to tylko pierwsze z brzegu niedociągnięcia tej płyty. Radical Dream na pewno mógł porwać ciekawymi popisami gitarowymi i tutaj bracia Garcia dali niezły show. Jest trochę shredowego zacięcia, jest nutka finezji i szaleństwa, a wszystko z zadbaniem techniki. To jest z pewnością jeden z atutów tej kapeli. Jak nie wierzycie to radzę posłuchać „Guitar Solo”. Również wokal Krisa Cordero, która brzmi jak mieszanka Jamesa Hettfielda z Metaliki i Kaia Hansena z okresu „Walls of Jericho”. Bardzo specyficzny wokal, który na długo zostaje w pamięci. Już w klimatycznym otwieraczu „Crazy Girl” pokazuje na co go stać. W tym utworze można wyłapać toporny charakter, a także riff na miarę thrash metalowych produkcji. „Fight” jest nieco przekombinowany i tutaj dziwne brzmienie gitar dyskwalifikuje ten kawałek jako godny uwagi. „No Goodbey” to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Lekki, przyjemny i niezwykle melodyjny. Nie przeszkadza tutaj hard rockowa formuła. „Rock Me” brzmi z kolei jak mieszanka Accept i Scorpions. Ballada „Tears” też ma w sobie to coś, co zachwyca. Najlepiej zespołowi w klimatach Accept tak jak to jest zaprezentowane w „Now You See Me”. Płyta jakich wiele w tamtym czasie i nie zapada w pamięci. Brzmienie i brak wyrazistych kompozycji, sprawia że ta płyta jest tylko solidna i posłuchania na jeden raz. Warto znać ten krążek choćby dla takiego „No Goodbey”.

Ocena: 6/10

niedziela, 4 stycznia 2015

LAWDY - Outlaw Invasion (1990)

W okresie 1989-1994 działa bardzo ciekawa kapela, która się zwała Lawdy. To nieco zapomniana niemiecka kapela, którą muzycznie można porównać do Accept, Warlock, Steelover, Warriors czy Scorpions. Może i takich kapel było kilka w tamtym okresie, ale Lawdy śmiało można zaliczyć do najciekawszych zespołów grających heavy metal z domieszką hard rocka. Nie tylko specjalizowali się w łączeniu tych dwóch gatunków, ale również mieli pomysły na ciekawe kompozycje. Efektem ciężkiej pracy oraz ich pomysłowości były dwa znakomite albumy, które gdzieś przepadły w gąszczu innych wydawnictw. Jednak warto o nich pamiętać, bo są to płyty z naprawdę wartościową muzyką. Pierwszym albumem był „Outlaw Invasion”. Może i okładka nie wiele zdradza, może i płyta jest krótka bo trwa 37 minut, ale nie to się liczy przecież. Najważniejsza jest zawartość i to jak prezentują się muzycy. Lawdy to kapela, która potrafiła oczarować swoją szczerością i z pewnością charyzmatycznym wokalistą. Sven Freytag to jeden z atutów tej kapeli. Wie jak śpiewać ciepło i lekko, ale też potrafi się odnaleźć w wysokich rejestrach. Takich wokali aż chce się słuchać i na pewno nie jednemu przyjdzie na myśl płyty Kinga Diamonda czy Gravestone. W takim „Heart and Soul” śpiewa niczym Klaus Meine ze Scorpions i ta ciepła ballada potrafi złapać za serce. Tej płyty fajnie się słucha, bo jest urozmaicona i pełna niespodzianek. Zaczyna się niewinnie bo od klimatycznego otwieracza w postaci „Rock;n Roll Crazy”. Tutaj już można się przekonać, że zespół stawia na chwytliwość, na proste motywy. Andreas Laszewski zadbał o to, żeby partie gitarowe cechowały się finezją i lekkością. Zagrane są z pomysłem i z dbałością o technikę. Dla fanów brzmienia gitary będzie to prawdziwa uczta. „Rock You To The Ground” może nieco zalatuje punktowym klimatem, ale to również mocny hard rockowy przebój. „What Love Means” brzmi jak mieszanka Dokken z Def Leppard. Utwór ma bardziej stonowane tempo i bardziej komercyjny wydźwięk. Z pewnością jest to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Tak samo w sumie można napisać o energicznym „High on Love”, który pokazuje metalowe oblicze zespołu. Tutaj jest też podkreślone jak zespół potrafi w dość łatwy sposób stworzyć hit i to taki, który zostaje z nami na długo. Nie zabrakło tez pazura i nutki speed metalu, a to właśnie dostajemy w rozpędzonym „Never Surrender”. Jest też coś dla fanów starego Accept z okresu „Metal Heart” i mam tutaj na myśli „Hiroshima”, który znakomicie nawiązuje do tamtego wydawnictwa. Nie tylko klimatem, ale wykonaniem. Jak ktoś wątpi w talent gitarzysty ten może przeanalizować instrumentalny „Nocturne”, zaś najsłabszym utworem wydaje się zamykający „Shake Me”. Bardzo treściwy i przemyślany materiał, który porywa lekkością, przebojowością i prostotą. Lawdy pokazał tym albumem, że drzemie w nich potencjał. Szkoda tylko że nagrali jeszcze jeden album. Polecam.

Ocena: 8.5/10

piątek, 1 sierpnia 2014

POWER UNIT - Time Chaser (1990)

Johannes Losback to szwedzki gitarzysta, który fanom heavy metalu powinien być znany przede wszystkim z twórczości znanego bandu o nazwie Wolf. Jednak mało kto wie, że swoją karierę muzyczną zaczynał w kapeli Power Unit, który powstała w 1987 roku. Tam właśnie po raz pierwszy pokazał, że jest wyjątkowym gitarzystą, w którym drzemie potencjał. Zespół nie zdobył większego zainteresowania i szybko przepadł bez wieści, ale udało się tej formacji zostawić po sobie debiutancki album zatytułowany „Time Chaser”.

W żadnym wypadku Power Unit nie przedziera żadnych nowych szlaków, ani wyznacza nowych trendów, a jedynie powiela kilka znanych patentów już z lat 80. Na płycie można wyłapać inspirację muzyką Accept, Judas Priest czy Krokus. Choć można by tą listą poszerzyć o wiele innych kapel, bowiem Power Unit to kapela jedna z wielu. Może i nie wyróżniali się oryginalnością, ale trzeba przyznać im że „Time Chaser” to solidna pozycja jeśli chodzi o heavy metal. Jeśli ktoś szuka mocnych riffów, melodyjnych solówek, chwytliwych przebojów to z pewnością tutaj to znajdzie. Minusem tego wszystkiego jest nieco zgładzone, nieco hard rockowe brzmienie, które pozbawia ten album mocy. Również o nieco hard rockowym brzmieniu tej kapeli przesądza wokalista Yngve, który nie dysponuje ciekawą drapieżną manierą ani chrypą, tylko czystym i ciepłym głosem, który pasuje do hard rockowego grania. „Tonight The Night”, spokojna i romantyczna ballada „Broken Dreams” to jedne z tych przykładów, że hard rock się często pojawia w muzyce szwedów. Chwytliwy „Love at first Sight” też jest bardziej hard rockowym kawałkiem niż heavy metalowym, ale jest to wciąż granie na dobrym poziomie. Do mnie jednak najbardziej przemówiły te żywsze, nieco mocniejsze kompozycje. Melodyjny otwieracz „Time Chaser” to właśnie jeden z takich ciekawszych momentów na płycie. W takich utworach jak ten można delektować się naprawdę interesującymi popisami gitarowymi Johannesa i Henrika. Słychać, że zależało im na melodyjnym aspekcie. Rasowy heavy metal usłyszymy w „Lost Paradise”, który brzmi jak utwór stworzony dla fanów Accept. Z takich kompozycji ukazujących Power Unit w dobrym świetle jest też „What The Future Will Bring”.

Power Unit nie jest zespołem wyróżniających się na tle innych, ale trzeba im przyznać, że nagrali solidny album, który zawiera mieszankę heavy metalu i hard rocka. Tutaj trzeba zwrócić uwagę przede wszystkim na Johannesa, który wygrywa sporo ciekawych motywów, które staną się przepustką do jego kariery. W końcu granie w Wolf należy uznać za spory sukces.

Ocena: 6.5/10

sobota, 17 maja 2014

CENTAUR - Mob Rules The World (1990)

Zdarza się, że poziom danej muzyki nie zdobył takiego uznania na jaki zasłużył. Nie raz słyszało się zespoły, których muzyka wybijała się na tle innych, poziom ocierał się o geniusz, a mimo to kapela nie zdobyła sławy pokroju Iron Maiden, czy Queensryche. Jedną z takich formacji z pewnością jest niemiecki Centaur, który powstał w 1989r. Znakomity przykład świetnej kapeli grającej ciekawy odłam melodyjnego heavy/power metalu przesiąkniętego progresywnym stylem. Choć najlepsze czasy dawno za nimi, to jednak jest to jedna z ciekawszych kapel lat 90 i wstyd nie znać ich twórczości. Już pierwszy album w postaci „Mob Rules The World” postawił kapeli wysoko poprzeczkę.

Nie dajcie się zwieść skromnej okładce i temu, że kapela nie odniosła komercyjnego sukcesu. To nie liczba sprzedanych płyt i bogata promocja przesądza o jakości danej płyty. To muzycy sami ją ustanawiają i to od nas zależy czy sięgniemy po ten album. Centaur nie osiągnął sławy, a to za sprawą kiepskiej promocji i lekceważenia ze strony słuchaczy. To co zaprezentował niemiecki band nie dość, że nijak ma się do niemieckiej stylizacji, to jeszcze pretenduje do miana oryginalnego grania. Jasne ktoś wyłapie wpływy Dream Theater, Queensryche, Axxis, czy Royal Hunt i trudno się z tym nie zgodzić, tylko Centaur stara się tworzyć własną muzykę. Jest niesamowity klimat, które przenosi nas jakby do innego wymiaru. Spora w tym zasługa klawiszowca, który czyni ten album pełniejszym i bardziej wyrafinowanym. Już otwieracz „Just a Man” znakomicie uchwyca ten charakter. Może jest coś z Demon czy Yngwie Malmsteen, ale jest to jednak coś innego. Bardziej progresywnego, subtelniejszego i czarującego. Popisy gitarowe Christiana i Stefana są pomysłowe i oryginalne. Jest to ambitne i bardziej wyszukane granie, ale nie ma też ucieczki od grania chwytliwych melodii. Riffy i przejścia momentami nasuwają twórczość Savatage i tutaj dobrym przykładem jest tytułowy „Mob rules the World”. Płyta ma niesamowity klimat i można poczuć dreszcze zwłaszcza jeśli lubi się klimat fantasy i s-f. Dobitnie to potwierdza „Looking for someone”. Jak trzeba to pojawia się moc i wtedy nie ma żartów. Do tego zacnego grona trzeba bez wątpienia zaliczyć chwytliwy „Got To Believe in love”. Wolniejsze tempo też tutaj zdaje swój egzamin i jeśli ktoś lubi Black Sabbath z ery „Headless Cross” to z pewnością z łatwością wchłonie „No more Excuses”. Ta niemiecka formacja jest wyjątkowa i ich warstwa instrumentalna zabiera nas w zupełnie inne rejony muzyczne i świetnie to obrazuje instrumentalny „Centaur”, który po prostu jest czymś więcej niż tylko utworem. To inny świat. Oczywiście są i przeboje, bo bez tego ani rusz. „Take Me This Way” ma w sobie więcej power metalu, co potwierdza gatunki jakich trzyma się Centaur. Jeśli ktoś nie jest przekonany do maniery wokalnej Reinera, niech najpierw posłucha rozpędzonego„Never Too late”, a potem niech ocenia.

Nawet brzmienie zostało tutaj znakomicie przyrządzone. Całość brzmi soczyście i nieco futurystycznie co znakomicie oddaje klimat okładki. Sam materiał brzmi też dość oryginalnie i słychać pomysłowość jaką się wykazał Centaur. Szkoda, że mimo takiego grania zespół nie odniósł sukcesu i dla wielu to kapela nie znana. Czas to zmienić.

Ocena: 9/10

sobota, 29 czerwca 2013

BIG RAT - Big Rat (1990)

Połączenie topornego heavy metalu z nutką lekkości, progresywności, z przebojowym, zadziornym hard rockiem brzmi jak coś wykluczającego się, jednak dowody na to, że istniała niemiecka kapela, której udało się połączyć te elementy w jedną spójną całość. Tą kapelą był Big Rat, który zapisał się w historii metalu za sprawą jednego albumu, a mianowicie „Big Rat”. Kapela powstała w 1988 roku i prace nad debiutanckim krążkiem zajęły dwa lata. Mimo upływu lat ta płyta się broni i dalej wzbudza podziw.

Z jednej strony mamy zadziorność, toporność wyjętą z takich kapel jak Accept, Warlock, czy Steeler, zaś z drugiej brytyjską lekkość, rytmiczność, finezyjność przypominającą Rainbow, Deep Purple, ale też kapele pokroju Demon, w których wykorzystuje się syntezatory i inne tego pokroju ozdobniki. Ta mieszanka czyni ten zespół i ich jedyny album dość oryginalny i wyjątkowy. Słychać wiele znanych patentów, jednak całościowo Big Rat stara się brzmieć na swój sposób, nie będąc klonem żadnej kapeli. Co zachwyca w tym niemieckim zespole to nie tylko ciekawy styl, ale też sami muzycy. Rat Gepard to wokalista metalowy z krwi i kości, aż nasuwa się maniera wokalisty Scanner znanego z „Hypertrace”. Ta jego drapieżność, szorstkość i technika potrafią zauroczyć od pierwszych minut. Świetnie wypada mocna, dynamiczna i taka urozmaicona sekcja rytmiczna. Jednak wszystko jakby się kręciło wokół rytmicznych, melodyjnych, a przede wszystkim finezyjnych partii wygrywanych przez gitarzystę Pete'a De Lena Jego zagrywki świetnie współgrają z klawiszami, które wprowadzają niesamowity klimat i nutkę progresywności. Mieszanka wybuchowa i godna wzmianki w osobnym tekście. Jak przystało na hard rockowy album jest dużo dawka melodyjności i masa chwytliwych przebojów. Fanni starych płyt Axxis powinni czuć się szczęśliwy słuchając tego wydawnictwa. Zwłaszcza takich utworów jak „Dreamer” czy „Rock Me Babe”. Wyjątkowy styl już można uchwycić w otwierającym „Heavy metal Dynamite” w którym słychać wpływy Accept czy Scorpions, ale mimo znanych patentów Big Rat stara się być sobą. Każdy utwór to prawdziwy przebój, który zapada w pamięci i dostarcza sporo emocji. Można się dobrze bawić przy takich kawałkach jak „Cats go Pussy” czy „Lady Confusion”. Momentami zespół ociera się o power metal, czego dowodem są „Strongest Of Are Kind” czy „Bad Bad Boys”, w których słychać coś z wczesnego Pretty Maids czy Helloween. Nawet w wolniejszych klimatach zespół wypada perfekcyjnie czego dowodzi „Dreamer” czy ballada „Far Away from Home”.

Nie często słyszy się taki album, nie często trafia się na kapelę która miała taki potencjał. Ciekawy styl i niesamowita konstrukcja krążka sprawiają, że ciężko dojść do siebie długo jeszcze po przesłuchaniu. Pozycja obowiązkowa dla fanów rockowego grania, a także melodyjnego metalu. Jedna z najciekawszych kapel, jakie zrodziło się w latach 80 na ziemi niemieckiej. Są pogłoski że zespół zebrał się ponownie, a czas zweryfikuje czy jest ziarno prawdy w tej plotce. Gorąco polecam!

Ocena: 10/10

poniedziałek, 14 stycznia 2013

XENTRIX - For Whose Advantage? (1990)



Thrash metal nie należał do przodujących gatunków heavy metalowych w Wielkiej Brytanii, to jednak istniał i jednym z głównych przedstawicieli tego gatunku w latach 80/90, jednym z tych najbardziej znanych, czy tez kultowych zespołów jest bez wątpienia XENTRIX. Zespół, który pierwotnie nazywał się SWEET VENGEANCE, zespół, który został założony w 1986 roku. Klasyczny skład tego zespołu tworzyli Chris Astley (wokal, gitara), Kristian Havard (gitara), Paul MacKenzie (bas) oraz Dennis Gasser (perkusja), zaś klasycznym albumem i bez wątpienia największym osiągnięciem w ich karierze był album „For Whose Advantage?", który ukazał się w 1990 r. Jeśli ktoś wychował się na twórczości amerykańskich kapel thrash metalowych z Bay Areya typu METALLICA, TESTAMENT, czy też ANTHRAX to z pewnością pokocha od pierwszych dźwięków ten album.

Wszystko na tym albumie odegrało swoją rolę. Klimatyczna i taka charakterystyczna dla thrash metalu okładka, soczyste, nieco przybrudzone brzmienie, które przypomina produkcje ANTHRAX, Chris Astley lider grupy śpiewa niczym James Hetfield z okresu czarnego albumu i tutaj nie chodzi tylko o zadziorność, technikę, ale też o podobną manierę śpiewania. Jednak to nie wszystko jeśli chodzi o ten krążek, bo przecież można uświadczyć fakt, że album przebija pod każdym względem solidny debiutancki album „"Shattered Existince”. Jest to granie bardziej dojrzałe, bardziej przemyślane, bardziej urozmaicone i bez wątpienia ambitniejsze. Więcej tutaj nacisku na techniczne granie, więcej progresywnego wtrącenia i więcej połamanych i oryginalnie brzmiących melodii, co z pewnością jest atrakcją tego wydawnictwa. Te cechy są słyszalne w pokręconym otwieraczu „Questions”, w długim, trwającym 6 minut „For those Advantage” w którym jest mieszanka wolniejszych motywów z szybszymi i do tego panuje tutaj ciekawy klimat. Jest i agresja na tym albumie, co słychać po rozpędzonym, szybkim „Black Embrace”, który jest najostrzejszą kompozycją na płycie, czy też ostrym „Desperate Remindes”. Speed metal i dużo wpływu heavy metalu słychać w nieco rock'n rollowym „Running White Faced City Boy”, będący coverem GILLANA. Oprócz specyficznego brzmienie, które świetnie się prezentuje przez swoją zadziorność i lekki brud, czy też ambitnego grania wspartego melodyjnymi, połamanymi partiami gitarzystów Astley/ Havard, który dostarcza sporo emocji, wrażeń i nie zapomnianych motywów czy solówek, warto zwrócić na sekcję rytmiczną, która tworzy niezwykłą przestrzeń, zapewnia sporo mocy i klimatu kompozycją, czego świetnym przykładem jest „Keep It Dark”. Nawet instrumentalny „New Beginnings” który brzmi jak ballada, wypada tutaj znakomicie. Perfekcyjny materiał, perfekcyjny album.

Klasyka thrash metalu! Chciało by się rzec amerykańskiego, bo tyle tutaj patentów charakterystycznych dla tamtej sceny i nie lada wyczynem jest rozpoznanie że jest to zespół z Europy, a dokładniej z Wielkiej Brytanii. Na tym wydawnictwie zespół osiągnął szczyt swoich umiejętności. Zgrany duet gitarzystów, spora dawka melodii, ambitnych motywów, bogatych aranżacji, agresji i dynamiki. Jednak zespół później przeszedł kilka istotnych zmian, poszedł w stronę bardziej progresywną i potem się rozpadł. Nie pomogła nawet krótka reaktywacja w 2006 w celu zagrania koncertu. Szkoda, bo tak o to zmarnował się jeden z najlepszych zespołów thrash metalowych lat 90.

Ocena: 10/10


piątek, 14 września 2012

HELLRAISER - We'll Bury You (1990)


Jakoś zawsze stroniłem od rosyjskiej sceny metalowej, może fakt że ciężko tam o dobry zespół który nie używa rodzimego języka, a przynajmniej nigdy na takowego nie trafiłem, aż do tej pory. HELLRAISER to kapela, która obraca się w thrash metalu z elementami speed metalu, czy heavy metalu, gdzie słychać wyraźne wpływy XENTRIX, czy też METALLICA. HELLRAISER to kapela która została założona w roku 1989 i jej działalność przypada na lat 90, to właśnie wtedy wydała dwa albumy, w tym znakomity debiutancki album „We''ll Bury You” z 1990 r. Kapela w 1997 roku się rozpadła, ale po 10 latach doszło do reaktywacji i czas pokaże czy zakończy się to nowym albumem, póki co skupmy się na debiutanckim albumie. „We' ll bury You” to wydawnictwo, które jest kolejnym dowodem, że thrash metal grać potrafią nie tylko amerykanie i HELLRAISER spisuje się na medal i właściwie można by ich pomylić z jakąś ekipą amerykańską. Sporo cech, które można by powiązać z którąś z wcześniej wspomnianych kapel, jest agresja, podobna konstrukcja utworów, jest dynamika, jest podobny wokal, lecz nie można mówić o kopiowaniu, bo HELLRAISER brzmi dość wyjątkowo. Jest surowe brzmienie, który tworzy odpowiedni klimat, jest ostry, zadziorny wokal, chórki zalatujące pod ANTHRAX, sporo patentów heavy czy też speed metalowych. Alexander Lvov w roli lidera radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Wokal jest mocny, zadziorny i pełen mrocznego klimatu, a gitary brzmią dość specyficznie. Jest agresja, ale nie brakuje w tym wszystkim pomysłowości i melodyjności. Album jest dopracowany pod względem wizualnym ( bardzo miła dla oka okładka, która również ma swój klimat), technicznym ( dopracowane brzmienie, która podsyca agresję) oraz kompozycyjnym (każda kompozycja to potencjalny killer).

Zawartość debiutanckiego albumu to właściwie 8 kompozycji, dynamicznych, agresywnych i w dodatku bardzo melodyjnych i nie można także zapomnieć o fakcie, że nie ma grania na jedno kopyto. Mamy dwa dłuższe utwory czyli dynamiczny i pełen agresji „Rockets In The Air”, a także spokojny, mroczny, złowieszczy i stonowany „Dark Side Of You”z elementami balladowymi, które pokazują że zespół nie ma większych problemów z stworzeniem rozbudowanej kompozycji, gdzie jest większa ilość urozmaiconych motywów, gdzie dzieje się sporo i wszystko jest oczywiście rozegrane z pomysłem. Mamy także utwory przesiąknięte heavy metalem spod znaku takiego ACCEPT, co słychać w rytmicznym „I got the Power” . Jednak najwięcej na albumie jest szybkich, dynamicznych utworów, z których kipi agresja i niezwykła energia, wystarczy posłuchać melodyjnego „I Wanna be Free” , szybkiego z rockowym zacięciem „Danger Zone”, czy też technicznie rozegrane „Win The battle” i „Snakes in The Kitchen”.

Jeśli ktoś gustuje w dynamicznym, agresywnym ale nie pozbawionym melodyjności thrash metalu z lat 90, to bez wątpienia powinien zapoznać się z owy albumem, bo jest tutaj wszystko co powinien mieć taki album. Jest agresja, znakomite kompozycje, jest urozmaicenie, mocne, surowe brzmienie, ostry wokal, klimat i pokręcone motywy. Dobrą wiadomością jest to, że zespół się reaktywował, bo z miłą chęcią posłucham czegoś nowego w wykonaniu rosyjskiego HELLRAISER. Album, który należy znać.

Ocena: 8.5/10

piątek, 17 sierpnia 2012

ATROPHY - Violent By Nature (1990)

Co z tego że amerykański zespół ATROPHY nagrał perfekcyjny debiut? Co z tego że muzycy obdarzeni byli prawdziwym talentem? Co z tego, że drugi album „Violent by Nature” był jeszcze ostrzejszy i na tak samym wysokim poziomie, skoro konkurencja skutecznie zagłuszyła ich, ludzie woleli się podniecać przereklamowaną METALLICĄ i innymi znanymi zespołami, lekceważąc muzykę thrash metalową z prawdziwego zdarzenia. Sukces debiutu ATROPHY, który był nadzwyczaj energiczny, melodyjny i zapadający w pamięci nie był ogromne jak w przypadku wielkiej czwórki, ale i tak dostarczył zespołowi sporo powodów żeby kontynuować działalność nagrywając album, będący swoistą kontynuacją „Socialized Hate” z tym, że jeszcze bardziej agresywne, jeszcze bardziej thrash metalowy aniżeli speed metalowy. „Violent By Nature” pod wieloma jednak ma sporo podobieństw. Nic dziwnego, skoro na debiucie wszystko zdało swój test i sprawiło, że zespół nagrał perfekcyjny album to po co to zmieniać? Tak więc mamy w dalszym ten sam skład, na którego składają się ambitni i utalentowani ludzie. Każdy z nich rozwinął umiejętności i to słychać. Brian Zimmermann jakby jeszcze ostrzej śpiewa, jest więcej agresji, więcej zadziorności i to wszystko jest rozwinięte proporcjonalnie do stylu zespołu i partii gitarowych wygrywanych przez duet Lynkins/Skowron, które w dalszym ciągu łączą w sobie agresję, dynamikę, melodyjność i przebojowy charakter, co oczywiście przedkłada się na atrakcyjność albumu i pokazuje ambitne podejście zespołu do tematu thrash metal.

Po raz kolejny zespół zadbał o aspekt wizualny, bo okładka przyciąga uwagę i zapada w pamięci. Po raz kolejny ATROPHY wykreował mocne,soczyste brzmienie, które ma ostry, ciężki charakter. Również po raz kolejny zespół stworzył równy, urozmaicony materiał, który od początku do końca wypełniony jest kawałkami, które poprzez swoją formę, strukturę, aranżacje mają charakter przebojów. „Puppies and Friends” to utwór, który prezentuje dobitnie jak się gra thrash metal. Jest agresja, dynamika, nie brakuje ostrego, dzikiego charakteru, a także chwytliwych melodii. Nieco wolniejsze tempo, większe urozmaicenie, więcej rytmiki i śmiało można uznać tytułowy „Violent By nature”za rasowy przebój, który zapada w pamięci na bardzo długo. Heavy metalowa melodia, nieco bardziej stonowane tempo wyróżnia z kolei taki utwór jak „In Their Eyes”. Jeśli ktoś lubi nieco progresywne zacięcie, przeplatanie wolnych, klimatycznych motywów z szybszymi, agresywniejszymi, to taki „Too Late For Charge” od razu wam przypadnie do gustu. Album został zdominowany przez szybkie, melodyjne utwory, będące przesiąknięte agresją oraz progresywnością i tutaj mam na myśli przede wszystkim rytmiczny „Slipped Through the Cracks” przypominający dokonania TOXIC, melodyjny „Forgotten But Not Gone” czy też dynamiczny „Process of Elimination” z jakże ponurym i przenikliwym refrenem.

Violent by nature” choć nagrany przez zespół, który nie przebił się przez konkurencję, przez bardziej przereklamowane albumy, to jednak śmiało można zaliczyć to wydawnictwo do klasyki thrash metalu. Jeżeli kogoś przekonał debiut to nie będzie problemów z akceptacją tego albumu. Szkoda tylko, że zespół który miał potencjał, który nagrał dwa świetne albumy, nie przetrwał próby czasu, nacisku konkurencji. Została po nich jednak pamięć i dwa arcydzieła z gatunku thrash metal.

Ocena: 10/10

środa, 1 sierpnia 2012

PYRACANDA - Two Sides Of Coin (1990)


Niemiecki thrash metal ma swój charakterystyczny wydźwięk, gdzie jest zawsze nieco toporności, gdzie jest nacisk na agresje, na mrok i ryczący wokal. KREATOR czy SODOM to jedne z takich pierwszych lepszych przykładów tego rodzaju muzyki. Niektóre zespoły jednak mimo grania na równie genialnym poziomie, grając w oryginalny sposób, nawet łamiąc przy tym charakterystyczny dla niemieckiego thrash metalu styl stawiając na bardziej amerykański nie miały tyle szczęścia i zazwyczaj gdzieś rozpadały się w dalszym okresie działalności. Tak też było z niemieckim PYRACANDA. Kapela została założona w roku 1987 i swoją oryginalnością, granie melodyjnego, energicznego thrash metalu przesiąkniętego technicznym graniem i elementami progresywnymi nasuwa takie kapele jak GRINDER, LIVING DEATH, czy też TOXIC. Po nagraniu dema, w roku 1990 przyszedł czas na debiutancki album w postaci „Two Sides Of Coin” który charakteryzuje się niezwykłą energicznością, znacząca liczbą intrygujących, wyszukanych melodii, które z dużą łatwością w padają w ucho, a także masa elektryzujących solówek i idealnie dopasowanym technicznym wokalem, który nawiązuje właśnie do TOXIC czy też ANTHRAX, gdzie wokalista jest bardziej heavy/power metalowy aniżeli typowo thrash metalowy. Ten album to dzieło skończone, które sprawia że PYRACANDA jest zespołem który wyróżnia się na tle innych kapel thrash metalowych. Melodie, solówki gitarowe w dużej mierze nasuwają strukturę bardziej speed/power metalową, z kolei rozpędzona sekcja rytmiczna i ostry wydźwięk motywów nasuwają progresywny, techniczny thrash metal. Mieszanka zabójcza. To wydawnictwo jest idealne zarówno od strony wizualnej jak i czysto muzycznej. Mamy ciekawą i klimatyczną okładkę, soczyste i lekko surowe brzmienie, który podkreśla techniczny wydźwięk całości.

Gdyby nie potencjał, wysokie wyszkolenie techniczne muzyków jak i ich pomysłowość to zapewne byśmy słuchali kolejnego przewidywalnego krążka thrash metalowego. Jest wyśmienity Hansi Nefen, który nasuwa manierę wokalistów TOXIC, METAL CHURCH z naciskiem na Mike'a Howe'a czy też Belladony z ANTHRAX. Nefen nadaje utworom mocy, energii, prawdziwego kopa, ale także klimat i przystępność materiału, który jest bez wątpienia bardzo przebojowy. I tak samo ogromne wrażenie wywiera duet Vaupel/Fischer który serwuje świetne solówki niczym asy z rękawa. Tak się powinno grać thrash metal, heavy metal. Grać z ogniem, z kopem, zachowując dynamikę, oryginalność i melodyjność. Ciężko jest tworzyć i aranżować utwory zachowując te cechy, a im się to udało. To co znajdziemy na tym albumie to czysty majstersztyk i thrash metal z najwyższej półki. Rozpoczęcie w postaci "Top Gun" przyprawia o ciarki. Jest intrygujący motyw, który nasuwa bardziej amerykańskie kapele aniżeli niemieckie. Gitary brzmią fantastycznie, słychać surowość taką znaną z thrash metalowych albumów, ale też ta melodyjność godna speed/power metalowej konwencji. Solówki i ich lekkość, zróżnicowanie, energiczność, melodyjność przyprawia o euforię. Jest dynamit, zróżnicowanie i przebojowy charakter. Rozpędzona sekcja rytmiczna, z pulsujący basem i dynamiczną perkusją, to aspekt, który również napędza cały album i świetnie to słychać w zróżnicowanym i szybkim “Democratic Terror”. Każdy utwór jest potencjalnym przebojem i killerem, a te cechy wyraźnie dają o sobie znać w melodyjnym “Delirium Tremens” który zawiera elementy MEGADETH, ANTHRAX, TOXIC. W takiej konwencji utrzymany jest „Challenge Cup” który pokazuje jak zespół dobrze się czuje się w szybkich kompozycjach, gdzie jest thrash metal, jest też i speed metal i pewne cechy progresywnego grania. "Rigor Mortis" to utwór, który w swojej strukturze zachwyca zróżnicowaną sekcją rytmiczną i chuligańskim refrenem. Zespół nie ma problemów stworzyć kompozycje liczącą 7 minut jak “Welcome To Crab-Louse City” gdzie górę bierze klimat, masa licznych motywów, od balladowych po szybkie i dynamiczne. Jest to utwór, który podobnie jak reszta zostaje na długo w głowie. Nawet kawałek jak “Dreamworld” który w swojej konwencji nawiązuje do hard rocka i NWOBHM wypada znakomicie i idealnie uzupełnia całość. Zespół radzi sobie jak widać z każdą konwencją, stylem. Na koniec mamy znów charakterystyczne dla tego zespołu petardy czyli „Looser” i „Dont Get Infected” , oparte na rytmicznych motywach i rozpędzonej sekcji rytmicznej, z zachowaniem tendencji przebojowej.

Arcydzieło to pierwsze słowo jakie mi się nasuwa w przypadku „Two Sides of Coin”. To wydawnictwo jest idealne. Brzmienie dobrze wyważone i idealnie pasujące do zawartości, która brzmi świeżo. Znajdziemy tutaj przede wszystkim dynamiczne utwory, które zachwycają energią i melodyjnością. Nie brakuje tutaj świetnych solówek, intrygujących i oryginalnie brzmiących melodii, a umiejętności muzyków sprawiają że nie ma słabych utworów. Jeden z najlepszych albumów thrash metalowych jakie słyszałem. Może mało niemiecki, może bardziej amerykański, ale za to jaki. Szkoda tylko że zespół po nagraniu dwóch albumów zmienił nazwę na ILEX gdzie w roku 1996 się ostatecznie rozpadł. Zostawili po sobie jednak arcydzieło, które nie straciło na świeżości i wciąż zachwyca, czego najlepszym przykładem jestem ja.

Ocena: 10/10

środa, 14 marca 2012

BLIND GUARDIAN - Tales From The Twilight World (1990)


Nie raz historia muzyki heavy metalowej pokazała jak zespół się rozwijał na oczach fanów, kiedy to przeobrażał się w bardziej dojrzalszą formę i bazując o pewne standardy wyznaczone na początku swojej kariery. Można by tu wymieniać wiele kapel, począwszy od RAINBOW, HELLOWEEN, IRON MAIDEN kończąc na BLIND GUARDIAN. Ten ostatni to właściwie fenomen godny dłuższego rozważenia. Niemiecka formacja w 1985 roku właściwie zaczynała jako kapela bardziej speed metalowa i to słychać na dynamicznym „Batalions Of fear” i jego kontynuacji czyli „Follow The Blind”, jednak gdyby tak szczerze ocenić to co zespół grał w owym czasie, to można to określić jako bardzo dobre granie i zapewne wielkiej sławy by nie zdobyli gdyby dalej tak grali. Przyszedł czas na refleksje i trzeba było rozważyć kilka kwestii. Przede wszystkim trzeba było urozmaić styl, trzeba było wzbogacić i uatrakcyjnić a to poprzez odrobinę folku, a to poprzez power metalową melodyjność. Zmieniono też brzmienie na bardziej wykwitnę, mocniejsze i bardziej przejrzyste i tutaj zmiana wytwórni na VIRGIN przyniosła oczekiwany rezultat. To właśnie pod skrzydłem na grano ów przełomy album czyli „Tales from The Twilight World”. Od premiery minęło 22 lata a ta płyta wciąż brzmi świeżo, wciąż zachwyca i przywołuje najlepsze wspomnienia. Album przełomowy i to pod każdym względem. Zarówno technicznej, jak i kompozytorskiej. Wpływ na ten ostatni czynnik mieli przede wszystkim muzycy, którzy odbili też daleką drogę, żeby osiągnąć tak wysoki poziom jeśli chodzi o warsztat. Thomen Stacuh tak różnorodnie, tak dynamicznie jeszcze nie grał i tutaj można już poznać ten jego charakterystyczne styl gry na perkusji. Z tym albumem przeobrażenia doznaję Hansi Kursch, który śpiewa jeszcze bardziej zadziornie i pokazuje się zarówno jako wszechstronny wokalista jak i czarodziej które w magiczny przekazuje warstwą liryczną, która oczywiście w dalszym ciągu porusza klimaty fantasy, Tolkiena, czy też opowieści Stephena Kina. Metamorfozę przeszli też gitarzyści, zwłaszcza Andre Olbrich, który porzucił obstukane, przewidywalne partie gitarowe na bardziej finezyjne, bardziej melodyjne, bardziej power metalowe i tutaj nasuwa się sam Kai Hansen z „Walls Of jericho” .

Zresztą muzycznie można znaleźć kilka powiązań między tymi dwoma albumami, to też swój udział gościnny zaliczył sam Kai Hansen który udziela się w 3 kompozycjach, a mianowicie w ciężkim, ostrym o lekkim zacięciu thrash metalowym „Goodbey My firend” i w bardziej skomplikowanym i złożonym „Lost In The Twilight Hall”, gdzie użycza swojego głosu. Natomiast w zamykającym „The Last Candle” użyczył swojego geniuszu gitarowego, wygrywając bardzo melodyjną solówkę. Te powyżej wymienione kompozycje wpisały się do historii zespołu jako największe hity. Same kompozycje idealnie interpretują nowy, wypracowany styl. Czyli w skrócie rozpoczęcie od takich rozgrzewek, aby potem przechodzić w szybkie motywy oparte na połamanych, atrakcyjnych partiach perkusyjnych Thomena i szybkich, melodyjnych, pełnych energii solówkach. Te cechy oddają również takie hity jak klimatyczny „Traveller In Time”, jednym z najbardziej popularnych utworów ślepego strażnika, czyli w „Welcome The Dying”, który gości w każdej setliście koncertowej. Nawiązaniem do debiutu jest bez wątpienia „Weird Dreams” czyli krótki instrumentalny kawałek uwypuklający jak zespół się rozwinął pod względem technicznym z naciskiem na Andre. Jedną z najpiękniejszych kompozycji jakie stworzył BLIND GUARDIAN jest bez wątpienia nastrojowy 'Lord Of the Rings”, który przenosi nas w magiczny świat „Władcy Pierścienia” i tutaj trzeba pochwalić Hansiego, który niczym narrator przekazuje nam całą historię i tworząc odpowiedni nastrój. Największe kontrowersje wśród fanów nieustannie wzbudzają kawałki, które większość traktuje z poniżeniem i obrazą. Dlaczego tak jest? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi. Jednym z nich jest dynamiczny „Tommyknockers” i tempem nie ustępuje w żaden sposób innym utworom. Co mi się podoba w tym utworze to jego dość mroczny wydźwięk, siła ostrego grania, które znów gdzieś tam się ociera o thrash metal no i do tego ten pomysłowy refren, który może i razi prostotą, ale z drugiej strony nie sposób się go pozbyć z głowy. Linia melodyjna Andre też bardzo atrakcyjna, może nieco prostsza niż w innych utworach, ale ma to swój urok. Oczywiście kompozycja tematycznie porusza opowieść Stephena Kinga co idzie oczywiście na plus. Ciarki mnie przechodzą za każdym razem przy nieco krótszym „Altair 4” i jest to kompozycja pełna grozy. Pod względem klimatu na pewno wyróżnia się na tle innych. Kawałek ma chwytliwą linią wokalną zwłaszcza podczas zwrotek. Utwór bardzo zróżnicowany, jest zarówno spokojne, takie melodyjne oblicze, jak i to szybsze, agresywniejsze. Dlaczego te dwie kompozycje stały się czarnym koniem? Mniejsza przebojowość? Najwidoczniej na tle tych wielkich hitów z tej zawsze będą słabsze i będą żyć w ich cieniu.

Klasyka power metalu i to nie podlega dyskusji. Arcydzieło to również słowo które świetnie oddaje to z czym mamy do czynienia. Jak dla mnie zespół w końcu dojrzał zarówno pod względem technicznym jak i kompozytorskim. Muzyka stała się bardziej bogatsza, bardziej zróżnicowana, bardziej nie przewidywalna. Co zostało ze starego ślepego strażnika to dynamika i pędzenie do przodu, no i tematyka fantasy .A tak cała reszta przeszła diametralnemu remontowi czyniąc muzykę BLIND GUARDIAN bardziej przystępną, ambitniejszą, czyniąc ich jedynych w swoim rodzaju. Najlepszy album ślepego strażnika i to jest najlepszą rekomendacją tego wydawnictwa.

Ocena: 10/10

środa, 2 listopada 2011

HEADHUNTER - Parody Of Life (1990)

Fanem thrash metalowego DESTRUCTION nigdy nie byłem, a jedynie podziwiałem ich umiejętność dynamicznego, ostrego grania, a także manierę wokalną lidera Schmiera. Kiedy to Schmier został zwolniony z DESTRUCTION można było się spodziewać, że muzyk takiego pokroju nie zrezygnuje z muzyki i zacznie coś tworzyć. Tak też się stało, narodził się HEADHUNTER, który tworzyli Schmier jako basista i wokalista, Jorg Micheal jako perkusista, a także Uwe Hoffman 'Schmuddel' jako osoba odpowiedzialna za wszystkie partie gitarowe. Prace nad debiutanckim albumem nie trwały długi i praktycznie w tym samym roku czyli w 1990 ukazał się „Parody of Life „ Największą zagadką jest to z czym mamy do czynienia. Thrash Metal? Nie do końca, choć dynamika i owa surowość nasuwa ową twórczość DESTRUCTION z „Cracked Brain”, natomiast w muzyce HEADHUNTER można doszukać się wpływu heavy metalu, a także hard rocka. Tak więc najlepiej to określić po prostu Power/Thrash Metal. Tak jak obojętny byłem wobec twórczości thrash metalowej formacji Schmiera, tak oblicze zaprezentowane na tym albumie trafiło w 100 % w mój gust. Przede wszystkim dynamika, którą charakteryzuje się album i to słychać od początku do końca. Jest duży nacisk na melodie, na chwytliwość i energiczne partie gitarowe, które oferują coś więcej niż typową łupaninę i łojenie. Jak przystało na heavy metal czy też power metal, jest wyeksponowanie melodii, jest też atrakcyjna warstwa instrumentalna i w tej kwestii Uwe jest bohaterem tego krążka, czyniąc go naprawdę ucztą dla uszu. HEADHUNTER to także humor i luz, a to świetnie oddaje śmieszne wejście do dynamicznego „Parody Of Life”, który świetnie zdradza z czym mamy do czynienia. Takich szybkich petard, w których nacisk jest na rozpędzoną sekcję rytmiczną, a także na ostre, urozmaicone partie gitarowe, które cechują się melodyjnością jest sporo. Ze pozwolę sobie tutaj przytoczyć kilka tytułów: "Trapped in Reality" , "Crack Brained" czy też „Force of Habit”. Zaś „Played Guilty” to mieszanka heavy metalu i hard rocka, trzeba przyznać, że udana. Z kolei przy takich utworach jak „Kick Over Your Trace” posępnego „Caught in a Spider's Web” , czy zadziornego „Cursed” można doszukać się inspiracji amerykańskim power/thrash metalem spod znaku HELSTAR, METAL CHURCH. Nie zawodzi ani materiał, ani aranżację, tak samo nie zawodzi rasowe, ostre niczym brzytwa brzmienie, które stworzył Piet Sielck. Jedno z najlepszych osiągnięć HEADHUNTER, który znakomicie łączy elementy zarezerwowane dla thrash metalu, heavy metalu, czy też power metalu. A przy tym prezentuje atrakcyjne melodie, chwytliwe partie gitarowe, a także niezwykłą dynamikę. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanatyków Schmiera. Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 17 października 2011

KROKUS - Stampede (1990)

Czy można nagrać dobry album, tak dobry jak poprzednie, zmieniając przy tym nie mal cały skład zespołu? Czy jest możliwe utrzymanie przy tym nie mal takiego samego stylu jaki kapela prezentowała przez prawie dekadę? Słuchając jedenastego albumu szwajcarskiej kapeli KROKUS nie mam wątpliwości, że jednak można. „Stampede” który ukazał się w roku 1990 zawierał w dalszym ciągu heavy metal z dużą dawką hard rocka. Fernando Von Arb jest tym, który posłużył jako łącznik między graniem z poprzednich albumów, z tym prezentowanym na „Stampede”. Oczywiście Von Arb jest w znakomitej formie i wygrywa na krążku naprawdę melodyjne i drapieżne partie gitarowe i w tym wszystkim słychać zaloty pod AC/DC, choć tym razem KROKUS mierzy się z erą Briana Johnsonna. W sumie nie ma się czemu dziwić, nie ma Marca Storace, który miał manierę Bona Scotta, zaś jego zmiennik Peter McTanner ma manierę Briana Johnsonna. Choć mamy zupełnie inną sekcję rytmiczną, a także nieco inne brzmienie, to jednak w dalszym ciągu słychać, że to KROKUS, tylko że tym razem zmienił swoje inspiracje. Takie utwory jak „Rhytm Of Love”, „She Drives Me Crazy”, czy też „Rock'n Roll Gypsy” to typowe granie pod AC/DC z lat 80 i podobieństwa można doszukać się pod wieloma względami. A to wokal niemal identyczny jak ten u elektryków z lat 80, identyczne partie gitarowe, identyczna melodyjność, przebojowość i ta zadziorna, utrzymana w jednej tonacji sekcja rytmiczna i to wszystko tutaj mamy. Dla jednych będzie to marna kopia, a dla drugich kolejna dawka energicznego hard rocka/ heavy metalu. Do jednego worka z etykietą „AC/DC” nie można wrzucić rozpędzonego, heavy metalowego „Stampede”, „Novo Zano”, w którym mamy znów bardziej heavy metalowy wydźwięk, a także jedną z najlepszych solówek na albumie, która jest podyktowana niezwykłym wyczuciem i emocjami. Dalekie też od grania pod AC/DC jest nastrojowa ballada „In The heart Of The Night”, którą zaliczam do tych najlepszych w historii zespołu. No i pod względem stylu i całej konstrukcji należy z tego krążka przede wszystkim wyróżnić najdłuższy na albumie kawałek, a mianowicie „Wasteland”, który jest najszybszą i najbardziej rozbudowaną kompozycją na „Stempade” Utwór naszpikowany jest sporą ilością solówek, melodii i motywów i to zapewne główna atrakcja tego albumu. Natomiast ci którzy lubią łobuziarski, pełen szaleństwa hard rocka z jakiego znany jest AC/DC to zapewne pokochają dynamiczny „Shotgun Boggie”. Analizując dogłębnie to wydawnictwo to wyjdzie po raz kolejny, że za dużo wtórności, że za dużo w tym AC/DC, jednak taki właśnie jest styl KROKUS i tak grali w lat 80. Choć pierwszy raz zespół inspirował się erą z Brianem Johnsonnem i trzeba przyznać, że jest to wierna kopia stylu elektryków z lat 80. Dla jednych będzie to powód do narzekania, a dla drugich kolejne tribute to AC/DC. Warto zaznaczyć, że pomimo drastycznych zmian personalnych KROKUS był wstanie nagrać bardzo dobry album, który wstydu im nie przyniósł i śmiało można wliczać to dzieło do czołówki wydawnictw KROKUS. Ocena: 8/10

niedziela, 2 października 2011

DORO - Doro (1990)

DORO – WARLOCK nie trwał długo, bo już w roku 1990 Doro Pesch postanawia jeszcze bardziej podążyć komercyjną drogą i w tym celu nawiązuje kontakt z basistą Gene Simmonsem legendarnego KISS. Zmienia logo, porzucając nawiązanie do WARLOCK i wynajęła sporo muzyków sesyjnych i z takim pomysłem przystąpiono do pracy nad nowy albumem, który premierę miał rok później i w roku 1991 ukazał się album o dość wymownym tytule, czyli „Doro”. Album brzmi jak Doro i przyjaciele. Doszukiwanie się w tym rasowego heavy metalu z rodem WARLOCK jest zbyteczne, bo to jest melancholijne granie, w którym jest jakby więcej kobiecości, bardziej łagodny, czy też miękki. Oczywiście jest heavy metal, ale jest też hard rock i ogólnie jest to już nieco inne granie niż te do którego Doro nas przyzwyczaiła.

Na album trafiło 10 kompozycji w miarę zróżnicowanych i trzeba przyznać, że dobrym wyborem było wybranie „Unholy Love” do promocji albumu. Bo utwór ma coś z „Turbo” JUDAS PRIEST,a także coś z ACCEPT. Jednak skoczność, łagodne brzmienie i bujający refren sprowadza nas na ziemie i potwierdza komercyjny wydźwięk album i jego hard rockowe wcielenie. Może nie jest to ostre rasowe heavy metalowe granie, ale jest przyjemne dla ucha, a to już coś. Natomiast „ I had too much to Dream” to nijaka kompozycja. Raz prezentuje się jako ballada, a raz jako skoczny utwór i właściwe żadne wcielenie mnie nie przekonuje. Za bardzo to chaotyczne. Na albumie nie za brakło typowego hard rockowego hymnu jak „Rock On” i takie kompozycje są zawsze mile widziane. Utwór brzmi jak wariacja Doro na temat „I love rock'n roll”. Jest ttuaj przede wszystkim prostota, przebojowość i koncertowy wydźwięk. Skoro Hard Rock to nie mogło zabraknąć hołdu dla niemieckiego SCORPIONS co słychać w takim „Only You”, choć w dalszej części można znaleźć cechy wspólne z SURVIVOR czy hard rockiem jaki prezentował Turner z RAINBOW. Może nie jest to jakiś genialny kawałek, ale przyjemny dla ucha, zwłaszcza pod względem warstwy instrumentalnej. W przypadku takiego łagodnego wydźwięku, tylko kwestią czasu było pojawienie się ballady, a taki „I'll be holding” to jedna z piękniejszych ballad jakie stworzyła Doro. Jest przede wszystkim romantyczny klimat i zapadający w pamięć motyw i takie łamacze serc zawsze są pożądana w przypadku działalności Doro Pesch. „Something Wicked this way comes” skojarzył mi się z ICED EARTH ze względu na tytuł kawałka. Jednak utwór muzycznie nie ma nic wspólnego z ową kapelą. Utwór jest ciężki, bardziej stonowany, ale przez to sporo traci na atrakcyjności. Niezbyt atrakcyjny motyw i kilka sztywnych melodii, a to wszystko sprawia że utwór jest nudny. Typową kompozycją pod stacje radiowe jest „Rare Diamonds”. Kolejna ballada i to już nieco zaczyna przynudzać, no bo ileż można ballad słuchać? W dalszej części mamy typowe hard rockowe granie, które wsparte jest partiami klawiszowymi. Jest skoczny „Broken” w którym można doszukać się atrakcyjnej melodii i refrenu, który mógłby zdobić album RAINBOW za ery Turnera. „Alive” i „Mirrage” to przykład, że można grać łagodny hard rock, z wpływa Aor, a przy tym melodyjny i przebojowy.

DORO w wersji hard rockowej nie jest taki zły, jak mogłoby się wydawać. Jest w miarę równy materiał, jest sporo przyjemnych dla ucha melodii. Doro zaprezentowała tutaj nieco inny materiał, mniej heavy metalowy i przez to sporo fanów straciła, ale pozyskała też nowych, bo jest to granie jakie zawsze było na topie. Kto by pomyślał, że hard rock z kobiecym wokalem może być atrakcyjniejszy od rasowego heavy metalu z pierwszej płyty sygnowanym imieniem wokalistki.Krążek jest komercyjny, ale to nie znaczy, że jest dnem. Ocena: 6.5/10

wtorek, 6 września 2011

PRETTY MAIDS - Jump The Gun (1990)

Co łączy Duński zespół Pretty Maids i Rogera Glovera z Deep Purple? Łączy ich wspólny album „Jump the Gun” z 1990, gdzie Roger zajął się wtedy produkcją 3 albumu tej formacji. Podczas koncertowania i promowania „Future World” zespół pozyskał nowego gitarzystę Chrisa 'Angelem' Gerhardta Schleiferema . Prace nad tym album właściwie zaczęły się w 1988 i w marcu kolejnego roku już był gotowy. Teraz się pewnie zastanawiacie, skoro był gotowy, to dlaczego wyszedł dopiero w 1990? Już śpieszę z wyjaśnieniem tej sytuacji. Właśnie w roku 1989 perkusista Phil More który uległ wypadkowy samochodowemu i ucierpiał nie tylko on. Ucierpiał też materiał który był gotowy. Tak o to zespół rozpoczął po raz kolejny pracę nad następcą „Future World”. W czasie tworzenie pojawił się nowy gitarzysta tj Ricky Marx . Z wielkim trudem, ale jednak w 1990 roku ukazuje się nowy krążek Pretty Maids. Patrząc na ostatni album, a także na osobę producenta, można łatwo ocenić, z czym mamy do czynienia. Z czym? Hard rockiem, z elementami heavy metalu, ale to są praktycznie echa, zespół dalej podążył wyznaczoną na Future World i gra bardziej komercyjnie, pogrążając się w ciepłych i słodkich melodiach, pozostawiając heavy metal i styl z 2 pierwszych płyt daleko w tyle. Okładkę taką nawiązującą do poprzedniej narysował Joe Petagno. No oczywiście nie obyło się bez gości: Ian Paice – perkusja na 5 utworze, Roger Glover bas w 10 utworze, a także Freddy George Jensen . Album został ciepło przyjęty, choć nie tak świetnie jak poprzednik i zaczęto również zarzucać powielanie własnych pomysłów.

O ile poprzednie albumy zaczynały się od mocnego wejścia, od znakomitych utworów, tym razem zaczyna się od dobrego „Leathel Hereoes” jasne, że jest to klasyk, ale nie tak genialny jak te ze wcześniejszych płyt. Jest to taki ciepły hard rock, Aor, a heavy metal robi tutaj bardziej za tło. Brakuje mi tutaj energii i jakiś ciekawych melodii. Kawałek jest dobry, nawet bardzo dobry, ale to już jest nieco inny Pretty Maids niż ten z dwóch pierwszych albumów, tutaj dominuje hard rock. Warto wspomnieć, ze pod takim tytułem album ukazał się w USA. Najbardziej podobają mi się tutaj klawisze Owena. “Don´t Settle For Less” to taki rockowy kawałek, który przypomina bardziej dokonania Def leppard z ery komercyjnej. Utwór jest łagodny i to aż za bardzo. Riff ujdzie w tłoku, choć tez nie jest to jakaś porywająca partia gitarowa. I jedynie co zapada w pamięci to bardzo chwytliwy refren. Później się utwór nieco rozkręca, ale dalej to tylko dobry poziom, gdzie się podział ten zespół, który potrafił tworzyć killery? Gdzie te chwytliwe riffy? No jest to komercyjny Pretty Maids, jednym się ten etap zespołu podoba, a innym nie. Jeśli już miałbym wybierać, to już bardziej podoba mi się nieco szybszy hard rock taki jak ten w „Rock the House”, który był często grany na koncertach w owym czasie. Kawałek jest luzacki, radosny i bardzo skoczny i znów coś z Def Leppard można się doszukać, ba nawet Deep Purple słychać, a choćby w klawiszach. Dobre tempo i chwytliwy refren dały nam jeden z najlepszych utworów na płycie. Choć moim skromnym zdaniem to co miało być gniotem i najsłabszym kawałkiem o kazało się najlepszym. O czym mowa? O balladzie „Savage heart” i to jest wg mnie najpiękniejsza kompozycja na tym albumie i w takim klimacie też zespół dobrze się czuje. Mamy tutaj przede wszystkim pięknym główny motyw, ciepłe solówki i magiczny wokal Atkinsa. To musi się podobać. W sumie nic dziwnego, ze nakręcono do niego klip i że promował ten album. Niczym disco i pop rock zaczyna się „Young Blood” i nie podoba mi się nijakość w tym utworze. Coś z Scorpionsów słychać w „Headlines”. Znów dobry kawałek, który należy wyróżnić z tego przeciętnego materiału. Równie dobrze prezentuje się tytułowy „Jump The Gun” gdzie jest przede wszystkim skoczne tempo, nieco ciekawszy riff, który zapada w pamięci i jest jakby więcej heavy metalu. Bez wątpienia jedna z lepszych kompozycji na tym krążku. Znajomo też brzmi “Partners In Crime”, który ma coś z Europe, czy Def Leppard i kawałek jest znów bardziej hard rockowy, bardziej luzacki, ale ma fajny motyw, ciekawą rytmikę i ma przebojowy refren, a to już coś. Jeśli chodzi o refreny, to ten jest moim ulubionym. O takim „Attention” mówi się że to najsłabsza kompozycja, a na pewno jedna z nich i do tego prosta. Z tym ostatnim się zgodzę, że ten utwór jest prosty, zarówno pod względem riffu, melodii, refrenu, ale hej czy tak zespół nie grał na początku kariery? Czy właśnie tym nie kupił słuchaczy? Przecież nie grali niczego nowego. A teraz są cieniem dawnego siebie. Powiem tak najlepszy, najostrzejszy, najdynamiczniejszy, w stylu starych albumów kawałek, ale mogę się nie znać. Szkoda tylko, że to tylko jedna taka perełka, że zespół nie postarał się więcej o takich kompozycji, bo byłoby ciekawie. Do koncepcji i stylu na tym albumie idealnie się wpasował cover Icon - 'Hang Tough”, a że utwór jest słaby i niczym się nie wyróżnia to już inna sprawa. „Over and Out” ma zaloty pod balladę, a także pod Aor i w sumie też nie ma na czym zawiesić słuch. Przeciętny, nie atrakcyjny riff, do tego mało przekonujący refren i gniot gotowy. Masz dalej wątpliwości co do oceny? Posłuchaj zamykającego bluesowego „Dream On” i wtedy będziesz wiedział co wystawić.

Mówi się że ten album nie jest taki zły, że nie jest gorszy do poprzedniego, mówi się że to ostatni bardzo dobry album tego zespołu. Cóż ci co tak sądzą, nie znają się najwyraźniej. Jest to wg mnie jeden z najsłabszych albumów tej formacji, który tak naprawdę pojechał na sławie „Future World” i stylu z tamtego albumu. Jednak ani muzycy, ani poziom nie jest ten sam. Zostało logo i podobna okładka. Dobre kompozycje można policzyć na palcach jednej ręki i nie są to jakieś killery, i w sumie przebojami też nie są. Muzyka na tym albumie jest przeciętna nie równa i to jest jak dla mnie początek kiepskiego okresu zespołu, gdzie takie nagranie jakie tu zespół za prezentował będą na porządku dziennym. Nota: 4/10

sobota, 3 września 2011

KING DIAMOND - The eye (1990)

Patrząc i słuchając solowe dokonania Kinga Diamonda, ciężko właściwie dostrzec różnice w stylu. Choć trzeba przyznać, że nie tylko warstwa liryczna się zmieniała. King Diamond właściwie od Fatal Portrait grał tak samo, ale drobne zmiany zaszły wraz z 5 studyjnym albumem „The Eye”. King wplótł do swojej muzyki klawisze i wszystko stało się bardziej przebojowe, bardziej melodyjne. Pomimo, ze wciąż mamy heavy metal z elementami progresywnymi i tzw horror metal, to jednak gdzieś w muzyce Kinga przejawia się hard rock. Prace nad następcą „Conspiracy” trwały woku 1990.Producenci i muzycy ci sami,a muzyka jednak bardziej urozmaicona. Jest łagodniejsza, bardziej melodyjna, przebojowa, w której to klawisze odgrywają znaczącą rolę. Klawisze w przypadku Kinga są czymś nowym. Tak słychać styl do którego przyzwyczaił nas King, tylko bardziej wzbogacone i bardziej przebojowe. Dla jednych krok na przód i rozwinięcie skrzydeł, dla drugich zdrada heavy metalu na rzecz komercji. Nie będę się spierał, że nie jest to komercyjny album, bo w rzeczywistości jest. Materiał na tym albumie jest lżejszy, bardziej melodyjny i nie jest to komercja w stylu Bon Jovi i innych zespołów. Opowieść znów straszna i tym razem rozbita jest na trzy opowieści, które łączy motyw naszyjnika z tytułowym okiem, które widziało zło wyrządzone przez Kościół w erze inkwizycji i palenia wiedźm. Wracając do brzmienia, niektórzy zarzucają, że mamy na albumie automat perkusyjny, czy to prawda nie mnie to jest osądzać. Choć wytwórnia Roadrunner okroiła budżet na ten album, co zresztą widać po skromnej okładce, czy brakiem politowania albumu teledyskiem, to i tak King Diamond stworzył jeden z najlepszych albumów i nie będę ukrywał, że to mój ulubiony album byłego wokalisty Mercyful fate.

Album promował tylko singiel „Eye of the Witch”, który otwiera ten album. Historia opowiada o tym jak King pewnej nocy odkrył naszyjnik z okiem i przekonał się o jego mocy i o złu, które tkwi w nim. Muzycznie King przeszedł sam siebie. Jest niesamowity klimat, który jest budowany tempem, melodiami i klawiszami. Ba powiedziałbym że panuje taka nieco gotycka atmosfera. Klasyk, który trwa nie całe 4 minuty. Słychać tez od pierwszych minut, że styl Kinga został wzbogacony, bardziej dopieszczony i urozmaicony i ta drobna zmiana wyszła zespołowi i jego muzyce na dobre. Co mi się podoba w tym utworze, to prosta i łatwo wpadająca w ucho melodia wygrywana przez klawisze, która przypomina ścieżkę dźwiękową Koszmaru z ulicy wiązów. Do tego mamy chwytliwy refren, który na koncercie śpiewa publiczność. Geniusz także słychać w „The trail” gdzie mamy tajemniczy klimat, posępne tempo. Ale muzycznie kawałek ma dwa oblicze, bo jest mrocznie i posępnie, ale jest też dynamicznie i melodyjnie i w obu przypadkach jest genialnie. Tematycznie kawałek opowiada o inkwizytorze Nicholasie De La Reymie, który nie tylko osądzał, ale też torturował młodą dziewczynę,którą podejrzano o kontakty z szatanem. Co ciekawie teatralność i klimat grozy tutaj osiąga wysoki poziom. Tym razem King zagrał dwie postaci, zarówno dręczyciela jak i dziewczynkę i muszę przyznać, że wyszło mu to genialnie. Ale takie rzeczy ze swoim wokalem potrafi robić tylko King Diamond. Kolejnym klasykiem z tego albumu jest „Burn” gdzie znów słychać dużą rolę klawiszy. Sam kawałek jest bardzo dynamiczny, melodyjny i chwytliwy, co jest dość rzadko spotykane w muzyce Kinga. Jest szczypta szaleństwa, jest sporo energii i ciekawych motywów jak choćby „Higher, burning higher”. Utwór oczywiście opowiada o paleniu czarownicy na sztosie przez lud. Najbardziej mnie na tym albumie przeraził „Two little Girls”, który z metalem za wiele do czynienia nie ma. Jest tu tylko melodia wygrywana przez klawisze, jest mrok nie tylko w melodii, ale też w wokalu Kinga. Tym razem utwór opowiada o tym jak dwie małe dziewczynki odnajdują owy naszyjnik w popiołach wiedźmy. „Into the Convent” też jest mroczny i też jakby bardziej stonowany, niż szybki i pędzący do przodu. Oczywiście mamy znakomity riff, który przyprawia o dreszcze, mamy też sporo atrakcyjnych melodii. Inaczej też brzmi „Fater Picard” gdzie coś z hard rocka da się wyłapać. Sam kawałek taki dość pokręcony, ma taki dość oryginalny riff, który nieco inaczej brzmi niż pozostałe. Nie ma takiej przebojowości, nie ma takiej dynamiki, a mimo to utwór ma w sobie ciężar i ostrość. Kawałek opowiada o ojcu który w 1625r w Louviers zmusza zakonnice, aby przeprowadziły okultystyczne praktyki. Coś na miarę otwieracza jest „Behind The walls” gdzie jest bardziej na stawione na przebojowość, na melodyjność, dlatego znów mamy wyeksponowane klawisze. Kolejny killer i jedna z moich ulubionych kompozycji maestro Diamonda. Dalej mamy poruszaną tematykę, że za murami pewnego opactwa odprawiana jest czarna magia. Zaskoczenia nie ma w „The Meetings” bo i po co? Mamy dalej mrok, dalej mamy melodyjne partie gitarowe i styl do jakiego nas przyzwyczaił King Diamond. Tematycznie kawałek tyczy się zabijania dzieci. Na albumie znalazło się miejsce na balladę instrumentalną w postaci „Insanity” gdzie Andy Laroque pokazuje nie pierwszy raz jaki znakomity z niego gitarzysta. Bardzo mocnym kawałkiem na albumie jest również"1642 Imprisonment" który skomponował Andy i znów dominuje przebojowość, melodyjność i takie łatwo wpadające w ucho granie. Całość zamyka kolejna znakomita kompozycja, która zaliczam do moich ulubionych z tego albumu, mowa o „the Curse” gdzie mamy skoczne tempo i prosty i szczery motyw, który łatwo zapada w pamięci. Jest to najdłuższa kompozycja na albumie, bo liczy sobie prawie 6 minut, a przez ten czas dzieje się bardzo dużo, ale tego trzeba posłuchać.

„The Eye” to jeden z najlepszych albumów Kinga Diamonda. Bardziej komercyjny, bardziej przebojowy, gdzie mamy wyeksponowane melodie, mamy po raz pierwsze w muzyce Kinga klawisze. Dla jednych będzie to powód do narzekania dla innych do zachwalenia. Ja uważam, że ta drobna zmiana wyszła muzyce Kinga na dobre, o czym świadczy ten album. Poziom jest wysoki tak jak na „Them” i „Abigail”. Kompozycji słabej nie wykryto. Duży plus za historię i klimat. Rok 1990 to nie tylko Judas priest, to także Kind Diamond, który tym albumem zamyka swój najlepszy okres, lata 80, w których to powstały jego legendarne albumy. Arcydzieło. Nota: 10/10

piątek, 2 września 2011

U.D.O - Faceless world (1990)

Kto stworzył niemiecką legendę heavy metalową? UDO Dirkschneider. Kto jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów w muzyce heavy metalowej? Też Udo. Kto nagrał 2 najbardziej nie docenione albumy? Też Udo. Ano tak mówiąc 2 niedocenione albumy, mam na myśli „Faceless World” i „Timebomb”, jednak dzisiaj zajmę się tym pierwszym. W zespole udo doszło do zmiany, nie ma Andiego Susemihla, a w jego miejsce pojawił się...Stefan Kaufmann, a więc kolega Udo z Accept. Zajął się on...klawiszami i niektórymi partiami gitarowymi, zajął się również produkcją następcy „Mean machine” czyli „Faceless World” który ukazał się w 1990r. Album jest dla Udo Dirkschneidera pewnym przełomem. Udo który do tej pory był przeciwko klawiszom, syntezatorom, w końcu się zgodził na zastosowanie owych patentów w swojej muzyce. Album jest bardziej dojrzalszy, bardziej dopracowany, zrobiony praktycznie z rozmachem. Zespół wyzbył się średniej klasy grania, wyzbył się rzemiosła, wyzbył się nierównego materiału. Udo postawił na ciepłe brzmienie, postawił na chwytliwe refreny, postawił na hard rockowy feeling i na proste i przeboje partie gitarowe i to okazało się kluczem do sukcesu. Bo tak o to otrzymaliśmy coś jakby na miarę Metal Heart. Dźwieki i nie które melodie nasuwają owy album Accept. Jednak mamy pierwszy raz klawisze, mamy 12 kompozycji. Nie ma toporności, którą cechowy album Accept, a jest za to pełno łatwo wpadających w ucho melodii i refrenów. Tutaj praktycznie przebój goni przebój, no i na dodatek materiał jest urozmaicony. Mathias Dieth wygrywa tutaj jedne z najlepszych partii gitarowych partii gitarowych w swoim życiu, Udo w bardzo wysokiej formie i oprócz jego „skrzekania” mamy też hard rockowe czyste śpiewanie. Tutaj jest prawdziwy popis umiejętności Udo. Album pod każdym względem jest lepszy od poprzednich krążków. Brzmienie, kompozycje, wokal, aranżacje itd. Słychać nie tylko album Metal Heart, nawet coś z Turbo judasów da się wyłapać, choćby sekcja rytmiczna i brzmienie. Album jest przez większość słuchaczy nie doceniana, bo dla wielu Udo to średnich lotów granie, które łykają tylko fani Accept. Ten album jak i następny są inne. Tutaj mamy Udo takiego gdzie łączy heavy metal i hard rockowe szaleństwo opakowane ciepłym brzmieniem. Mamy tutaj 12 perełek skomponowane przez duet Dirkchneider/ Kaufmann, która każda innym blaskiem świeci.

Zaczyna się Acceptowym riffem no bo jakże inaczej. Gdy słychać sekcję rytmiczną „Heart of Gold” to przypomina się „Turbo”Judas Priest i także coś z „Metal Heart” słychać. Ale wystarczy posłuchać, że nie ma toporności, zastąpiono ją przebojowością, łatwo wpadającymi melodiami. Mamy więc skoczne tempo i sporo przebojowości, która wydobywa się nie tylko z partii gitarowych, ale także z hard rockowego refrenu. Udo nie tylko skrzeczy w swoim stylu, ale też łagodnie , tak rockowo śpiewa, momentami bardzo czysto. Solówki to jest też coś co zachwyca na tym albumie, coś czego praktycznie nie było na poprzednich albumach. Album inny niż wcześniejsze dokonania Udo, a mimo to słychać stare sprawdzone patenty, słychać jakieś echa Accept. Ale takie wejście jak w „Blitz of Lighting” to takie dość rzadko spotykane wejście w przypadku udo. Bo jest to łagodne, wręcz hard rockowe wejście. A to, że jest melodyjne, to że jest chwytliwe i łatwo w padające w ucho, to jakoś nikt nie słyszy? Tak sekcja rytmiczna, choćby podczas zwrotek nasuwa najlepsze lata Accept. Jednak brzmienie jest zupełnie inne, wokal też bardziej cieplejszy, bardziej rockowy, no i nie ma brudu, a ni toporności, co już na starcie dobrze rokuje. Refren z kolei nasuwa mi „Midnight Mover” no piękny refren, taki bardzo hard rockowy, taki z dozą Acceptu. Jedno trzeba przyznać, że takich pięknych refrenów jest tutaj o wiele więcej. Solówka też świadczy, że nie ma rasowego heavy metalu, że nie ma tutaj ostrej jazdy bez trzymanki. Jest łagodna, bardziej złożona, bardziej urozmaicona solówka. Dynamiczniejszym utworem na albumie jest „System of Life”. Z tym, że w tym przypadku dalej słychać hard rockowy feeling. Udo stawia dalej na proste, nieskomplikowane melodie i na łatwo w padające w ucho refren. Oczywiście jest Accept, no bo jak była wokalista mógłby zerwać ze ze swoim najlepszym okresem w życiu? Kolejny przebój. Wszyscy Udo znają i kochają za „Metal Heart” , „Tv War” „Princess opf the dawn” i za wiele innych wielkich hitów, ale hej dlaczego nigdy nie chwali go za taki „Faceless World”? Bo co za bardzo hard rockowy? Za bardzo komercyjny? Za mało „Acceptowy? Utwór jest w miarę oryginalny jak na styl i muzykę w jakiej się obraca Udo. Stonowane tempo, takie epickie, klawisze tutaj tworzą niesamowity klimat. Również mamy piękny refren i słowo”piękny” należy podkreślić tutaj. Główny motyw jest prosty, ale jakże trafia do słuchacza, jak zapada w pamięci, to się nazywa geniusz. Mathias Dieth to najlepszy gitarzysta Udo i udowodnił to po raz kolejny. Coś w stylistyce „System of Life” jest też „Stranger” gdzie tez mamy taki hard rockowy feeling, słychać coś z Europe, czy też coś amerykańskiego hard rocka. Sekcja rytmiczna i brzmienie wciąż nasuwają „Turbo”. Kawałek jest na stawiony na przebojowość i chwytliwość i wyszło to Udo na dobre. Heavy Metalu tutaj za wiele nie ma, ale to nie jest akurat żaden problem, no chyba, że kogoś gryzie Udo w takich klimatach. Wspominałem we wstępie, że album jest zróżnicowany i w tej kwestii nie kłamałem. Bo choć brzmienie jest hard rockowe i choć taka stylistyka w sumie dominuje, to jednak znalazło się miejsce na prawdziwą szybką petardę, którą jest „Restricted area”. Mamy popis talentu Mathiasa, który wygrywa szybki, prosty i chwytliwy riff, ale na tym nie poprzestaje. Dzieło zniszczenia dokańcza w solówkach. Oprócz warstwy instrumentalnej warto także zwrócić uwagę na bujający refren. Hard rock z jajem i z takim kiczowatym humorem można usłyszeć w „Living in Frontline”. To mam pytanie z czym wam się kojarzy riff? No tak, Ac/Dc i taki z Highway to Hell. Tutaj zespół się fajnie bawi, a to słychać. Można się przyłączyć i bujać się w rytm tempa, albo być sztywniakiem i olać to. Więcej, więcej hard rocka. To oczywiście słychać w kolejnej lekkiej przebojowej kompozycji - „Trip To Nowhere”. Mamy Ac/Dc w początkowej fazie, mamy amerykański hard rock, mamy też coś z Turbo Judas Priest. Utwór wyposażony w proste, łatwo w padające w ucho melodie, a także piękny refren, który sporo luzu i swobody i do tego jest bardzo radosny. Tym którzy brakuje ostrej szybkiej jazdy, ostrego grania, mogą odpalić kolejny utwór- „Born to Run”. Tak jest to jeden z najszybszych utworów na płycie. Dynamit w czystej postaci. Ale uprzedzam, że hard rockowe szaleństwo i feeling dalej jest wyczuwalny. Znów coś słychać z Turbo judasów. Kawałek ma chwytliwy refren, taki świetny na koncert, ma też bardzo prosty i bardzo porywający riff,czego chcieć więcej? Kolejny killer, czy jak kto woli przebój. O podobne miano może tez powalczyć „Can't Get Enough” i tutaj w sumie słychać zapowiedź, tego co nas czeka na następnym albumie. A co mianowicie? Szybka, ostra jazda bez trzymanki. Moim skromnym zdaniem to właśnie ten utwór jest najcięższym, taki najbardziej metalowym kawałkiem na płycie. Tutaj jest na mniej hard rocka, nawet go nie ma. Tutaj zachwyca nie tylko riff i Acceptowy refren, ale solówki Mathiesa Dietha, no ma swój styl nie jest marną kopią Wolfa Hoffmanna. Szkoda, tylko, że nie przejawia obecnie znaku życia. Ostatnio z balladami u Udo było kiepsko. Tym razem „Unspoken Words”to pomysłowa ballada. Jest ciekawy motyw, jest akustyczna gitara, jest ciepły wokal Udo i mamy łapiący za serce refren. Jedna z piękniejszych ballad w solowej karierze. Szkoda, że tak niedoceniana. Coś w stylu tytułowego jest „Future Land” będący podobnym zakończeniem albumu co Bound to Fail na Metal heart. Kawałek ma podobny poziom epickości, poziom podniosłości. Jasne jest hard rockowy motyw, jest futurystyczny klimat, co słychać w klawiszach. Znów sporo ciekawych i co ważne atrakcyjnych melodii dla ucha. Kolejny killer, który idealnie podsumowuje to dzieło.

Album jest perfekcyjny, oryginalny jak na poprzednie dzieła Udo Dirkschneidera. Jest to najlepszy album UDO. Dlaczego? Mamy tutaj jedno z najlepszych brzmień, takie nieco hard rockowe, takie ciepłe i dopieszczone pod względem. Mamy też 12 kompozycji utrzymanych w stylistyce hard rocka i heavy metalu. Jest ballada, są killery, szybkie petardy, a więc każdy znajdzie coś dla siebie. Jest w końcu równy materiał, nie ma wypełniaczy. Jest ciepły i nieco tajemniczy klimat, jest tez niezwykła chemia między muzykami. To Udo dostarczył Running Wild w 1992 na Pile of Skulls dwóch znakomitych muzyków, którzy tak naprawdę dużo zawdzięczają erze bycia w tym zespole. Album inny, ale czy zły? Niedoceniany przez słuchaczy. Panie wybacz im bo nie wiedza co czynią. Nota 10/10.

piątek, 5 sierpnia 2011

DEATH ANGEL - Act 3 (1990)

Jeśli chodzi o Death Angel to ich najbardziej rozpoznawalnym i najsławniejszym albumem jest oczywiście trzeci album ,zatytułowany Act 3. Zanim jednak ukazał się Act 3 , światło dzienne ujrzała pierwsza koncertówka zespołu „Fall From Grace”. Act 3 to jest dojrzały album tego zespołu, nie ma już jakiś nie dociągnięć nie ma eksperymentów typu Bored jaki były charakterystyczne na poprzednim albumie. Tutaj mamy porządny thrashowy album doskonały pod każdym względem .
Na próżno szukać uchybień i nie dociągnięć, bo album został dopracowany w każdym calu.
Trzeba wspomnieć że właśnie tym albumem zespół wywalczył sobie miejsce w historii thrashu,no bo kto nie zna tego albumu? Owy album już nie został wydany pod skrzydłami wytwórni Enigma ,lecz Geffen Records. Co uważam że tylko polepszyło ich sytuację. Skład oczywiście taki sam jak na poprzedniku, tylko bardziej doświadczony.
No tyle tytułem wstępu...


Jedna z moich ulubionych okładek zdobi ten album,mroczna ,ale też ma nie zły klimat.
Na album składa się 10 kompozycji ,gdzie każda z nich ma coś do zaoferowania.
Zaczyna się od mocnego otwieracza Seemingly Endless Time thrashowy killer, pełen agresji i imponujących partii gitarowych. Najbardziej zaskakuje oczywiście Mark, który się rozwinął od poprzedniego albumu i to słychać przy pierwszym odsłuchu.
Kiedy wkracza riff kolejnego utworu - Stop ,to mogło by się wydawać że znów będzie szybko i ostro . tutaj jednak dominuje średnie tempo i ciekawa aranżacja. Kawałek świetnie przekształca się w połowie w dziką bestię . I tutaj plus za umiejętne zmiany temp oraz nie banalne sola.
Choć 2 pierwsze kompozycje zaczynają się od mocnego kopa, to 3 utwór Veil of Deception - zaczyna się bardzo spokojnie i umiejętnie kryje przed nami czy to się przemieni w szybki i ostry utwór czy do końca będzie tak leciał. I choć jest to balladowy wałek to i tak genialnie pasuje do reszty. Miło że zespół urozmaicili album po przez utwór tego typu. Następny wałek to The Organization- który wg mnie jest najostrzejszym utworem na płycie!Cóż za wspaniała praca Roberta na gitarze. Natomiast Discontinued zaczyna się od wstępu na perce i kiedy później wkracza riff to robi się bardzo mrocznie,jednak w dalszej części słychać w tym wszystkim nieco punku i nie do końca mamy tutaj 100% thrash ,ale i tak utwór świetnie się prezentuje.
A Room With a View- bardzo piękna ballada w wykonaniu thrashowego zespołu.
Kolejny utwór zaczyna się jak większość na tym albumie spokojnie ,ale Stagnant należy do grona tych cięższych utworów. Jednym z moich ulubieńców na tej płycie jest 3 minutowy killer - EX-TC. No i mocnym punktem albumu są dwa ostatnie utwory Disturbing the Peace- thrashowy wykop, gdzie dzikość i szybkość nie zna granic. Jeden z ostrzejszych na płycie oraz zamykający album Falling Asleep który jest też najdłuższy na płycie .I choć dominuje tutaj szybkość to jednak dużym plusem jest spora zmian temp i ciekawych melodii ,znów można się delektować znakomitą pracą Roberta.

Trzeci album Kalifornijczyków to znakomity album ,w którym mamy zróżnicowany materiał od szybkich po wolne kompozycje. Album zrobił furorę w owym czasie i do dziś jest uważany przez wielu za ich najlepszy album! No i jak tu się dziwić skoro dzięki nie mu zapisali się w historii thrashu i są znaną i ( lubianą?) kapelą.
KULT? Jasne że tak Nota: 10/10