Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thrash Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thrash Metal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2026

FLOTSAM AND JETSAM - Rats in the temple (2026)


 Nadszedł w końcu dzień premiery nowego albumu dobrze znanego Flotsam and jetsam. To jedna z tych formacji, które nigdy nie doczekały się takiego uznania, na jakie bez wątpienia zasługują. Amerykanie od blisko czterech dekad konsekwentnie robią swoje, a ich debiutancki „Doomsday for the Deceiver” z 1986 roku oraz „No Place for Disgrace” z 1988 roku należą do najważniejszych płyt amerykańskiego thrash metalu. Co ciekawe, zespół po latach przeżywa coś w rodzaju drugiej młodości. „The End of Chaos”, „Blood in the Water” czy „I Am the Weapon” pokazały, że Flotsam and Jetsam wciąż potrafi nagrywać muzykę na bardzo wysokim poziomie. To znakomity dowód na to, że stać ich na znakomite płyty, które nie są gorsze od klasyki ten formacji. Teraz, zaledwie dwa lata po ostatnim albumie, Amerykanie powracają z szesnastym krążkiem zatytułowanym „Rats in the Temple”. Czuć lekki spadek formy, ale to wciąż granie na wysokim poziomie. 

"Rats in the Temple” jest albumem zdecydowanie thrashowym, ale Amerykanie nigdy nie byli zespołem, który zamykał się w jednej szufladzie. Obok szybkich, bezkompromisowych riffów znajdziemy tutaj bardziej melodyjne fragmenty, mocne refreny i charakterystyczne dla zespołu gitarowe harmonie. Dzięki temu płyta nie jest monotonna, mimo że jej fundament pozostaje bardzo mocny i agresywny. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie zapominają o przebojowości i melodyjności. To sprawia, że płyta jest łatwa w odbiorze i potrafi zapaść w pamięci. Band znów zadbał o mocne i soczyste brzmienie, które dodaje drapieżności całości. Szata graficzna też robi wrażenie, chociaż ma cechy kiczu. 

Od pierwszych sekund wiadomo, że nie będzie tutaj żadnego odcinania kuponów od przeszłości. „Harvesting the Hate” rozpoczyna album z ogromną energią, a charakterystyczny wokal Erica „A.K.” Knutsona od razu przypomina, dlaczego przez tyle lat był jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów amerykańskiego thrashu. Gitary Michaela Gilberta i Steve'a Conleya brzmią ciężko i agresywnie, ale nie brakuje tutaj również melodii, która od dawna jest jednym z najważniejszych elementów stylu Flotsam and Jetsam. To bardzo udany utwór, który wpada w ucho i nic dziwnego, że zespół wybrał go do promowania albumu. Nieco inaczej prezentuje się „Damnation”, który pokazuje bardziej klasyczne oblicze zespołu. „Absolution” ponownie przyspiesza i jest jednym z tych kawałków, przy których trudno spokojnie usiedzieć. Bardzo dobrze wypada również „Blame the Knife”, gdzie agresja przeplata się z melodyjnymi partiami gitar. Bardzo udany start płyty, aczkolwiek band nie rzucił mnie na kolana tak jak choćby w przypadku "blood in water". Band potrafi zagrać bardziej technicznie i nowocześnie i tytułowy utwór świetnie to odzwierciedla.Jednym z ciekawszych momentów jest „the edge od nowhere". Numer rozpoczyna się orientalnym motywem budując napięcie, po czym nagle eksploduje szybkim thrashowym atakiem. To bardzo dobry przykład tego, jak Flotsam and Jetsam potrafi wykorzystać klasyczne elementy gatunku, a jednocześnie zrobić z nich coś własnego. Nie jest to bezmyślne kopiowanie tego, co zespół robił w latach 80."Last Rites” również należy do mocniejszych punktów albumu. Jest szybko, ciężko i bardzo konkretnie, a przy tym nie brakuje melodii. Właśnie ta umiejętność połączenia agresywnego thrashu z melodyką od zawsze wyróżniała Flotsam and Jetsam na tle wielu innych zespołów. Podobnie jest w „A Taste for War” czy „Anthem for the Broken”, gdzie zespół pokazuje nieco bardziej rozbudowane i emocjonalne oblicze. Mamy jeszcze melodyjny i bardziej przebojowy "her blood your pain" w którym nie brakuje power metalowego charakteru. Całość wieńczy "not going down that way". Który przemyca trochę heavy metalowej stylistyki.

Flotsam and Jetsam po raz kolejny udowadnia, że wiek nie musi oznaczać muzycznej stagnacji. „Rats in the Temple” to kawał solidnego, agresywnego i melodyjnego thrash metalu. Jeżeli ktoś obawiał się, że po „I Am the Weapon” Amerykanie obniżą loty, może być spokojny. Jest moc, są świetne gitary, jest charakterystyczny wokal A.K. i przede wszystkim jest sporo naprawdę dobrych numerów. Troszkę do perfekcji zabrakło, może niektóre utwory wymagały by lekkiej poprawy, ale całościowo album robi wrażenie. Można brać w ciemno, bo flatsam amd jetsam od ładny paru lat jest naprawdę w świetnej formie.


Ocena :  9/10

piątek, 28 sierpnia 2026

EXUMER - Death mask messiah (2026)


 Exumer to jedna z tych formacji, które choć nigdy nie osiągnęły statusu największych gwiazd niemieckiego thrash metalu, od lat cieszą się ogromnym szacunkiem wśród fanów gatunku. Debiutancki „Possessed by Fire” z 1986 roku i wydany rok później „Rising from the Sea” na stałe zapisały się w historii europejskiego thrashu. Po reaktywacji w 2008 roku zespół nie próżnował i dostarczył kilka naprawdę solidnych płyt, które pokazują że band jest w formie i przeżywa drugą młodość. Po siedmiu latach od „Hostile Defiance” Exumer powraca z nowym albumem zatytułowanym „Death Mask Messiah”. Płyta ukazała się 28 sierpnia nakładem metal Blade records.  Dla fanów gatunku i zespołu jest to bez wątpienia pozycja obowiązkowa.

„Death Mask Messiah” to przede wszystkim bardzo dobrze napisany, agresywny thrash metal. Gitary Ray'a Mensha i Marca Bräutigama dostarczają mnóstwo charakterystycznych, szybkich riffów, a sekcja rytmiczna z nowymi muzykami – perkusistą Jerome'em Reilem i basistą Alexem Vossem – sprawia, że całość brzmi wyjątkowo dynamicznie. To pierwszy album Exumer z tym duetem i zdecydowanie można powiedzieć, że młodsza krew dobrze wpłynęła na energię zespołu.

Już pierwsze dźwięki utworu tytułowego nie pozostawiają większych wątpliwości, w którą stronę tym razem poszła niemiecka formacja. Jest szybko, agresywnie i bez zbędnego kombinowania. Exumer postawił na bardziej bezpośrednie i surowe oblicze, wyraźnie nawiązujące do klasycznego thrashu z lat 80., ale jednocześnie brzmienie jest zdecydowanie współczesne. I chyba właśnie to połączenie jest największą zaletą tego albumu. Nie mamy tutaj próby udawania, że czas zatrzymał się czterdzieści lat temu, ale też nie ma mowy o przesadnym unowocześnianiu muzyki. Trzeba pochwalić band za miłą dla oka okładkę i mroczne brzmienie. 

Najmocniejsze momenty? Tytułowy „Death Mask Messiah” od razu rzuca słuchacza na głęboką wodę, ale później wcale nie jest gorzej. „Blinding Skies” ma świetny, klasycznie thrashowy charakter,. Mocny początek płyty i od razu zabiera nas do prawdziwego niemieckiego thrash metalu w klimatach kreator czy sodom.„Sin Bleeder” pędzi do przodu bez chwili wytchnienia, a „Eradication” pokazuje, że Exumer nadal potrafi stworzyć naprawdę kąśliwy i zapadający w pamięć riff. Bardzo dobrze wypada również „Allocated Savagery”, jeden z najbardziej agresywnych numerów na płycie. Prawdziwa perełka i kwintesencja thrash metalu. 

Nieco więcej przestrzeni dostajemy w „Serpent”, który pokazuje drapieżność i szybkie tempo. Z kolei „Fratricide” oraz „Scorcher” ponownie przyspieszają tempo i przypominają, że Exumer najlepiej czuje się wtedy, kiedy riffy tną jak brzytwa, a perkusja nie daje słuchaczowi zbyt wiele czasu na odpoczynek. Thrash metalowe petardy w najlepszym wydaniu. Całość zamyka cover Nasty Savage i efekt końcowy jest zadowalający.

Największą zaletą albumu jest jego konsekwencja. Nie ma tutaj niepotrzebnych eksperymentów ani prób przypodobania się komuś, kto od Exumer oczekuje czegoś innego niż porządnego thrash metalu.„Death Mask Messiah” jest zdecydowanie krokiem w stronę większej agresji i bezpośredniości. Exumer powrócił po długiej przerwie i zrobił dokładnie to, co powinien – nagrał mocny thrashowy album bez oglądania się na trendy.


Ocena : 8/10

czwartek, 30 lipca 2026

WITCHES HAMMER - Final Storm (2026)


Choć początki kanadyjskiego Witches Hammer sięgają lat 80., to jednak zespół na dobre zaczął funkcjonować dopiero od 2018 roku. Formacja pozostaje przedstawicielem podziemnej sceny speed/thrash metalowej – nie jest to nazwa powszechnie rozpoznawalna ani otoczona kultem, jak wiele legend gatunku. 13 lipca, po pięcioletniej przerwie, ukazał się trzeci album studyjny zespołu zatytułowany „Final Storm”.
Nie jest to być może najlepszy materiał, jaki dane mi było usłyszeć w tym gatunku, ale Witches Hammer serwuje solidną dawkę surowego, oldschoolowego thrash metalu mocno zakorzenionego w dokonaniach takich zespołów jak Kreator, Sodom czy Slayer. Nie znajdziemy tutaj wielkich innowacji ani prób wyznaczania nowych kierunków, jednak muzyka posiada swój charakter i potrafi sprawić przyjemność fanom klasycznego grania.

Już sama okładka jasno sugeruje, że mamy do czynienia z zespołem wiernym podziemnym korzeniom thrash metalu. Podobnie jest z produkcją – daleko jej do sterylnego, nowoczesnego brzmienia. Zamiast tego postawiono na surowość, mroczny klimat i pewną niedoskonałość, która idealnie współgra z charakterem albumu. „Final Storm” brzmi tak, jakby został wyciągnięty z taśmy nagraniowej z połowy lat 80.
Płyta oferuje bezkompromisowy speed/thrash metal z wyraźnymi wpływami wczesnego thrashu oraz black metalu. Gitary tną ostro i agresywnie, sekcja rytmiczna nie zwalnia tempa, a charakterystyczny, szorstki wokal Raty Crude doskonale pasuje do mrocznej atmosfery całości. Produkcja jest ciężka, ale jednocześnie zachowuje odpowiednią selektywność i ducha starej szkoły, którego oczekują miłośnicy klasycznego metalu.
Największą siłą zespołu pozostaje duet Jardine/Banco. Muzycy stawiają na sprawdzone rozwiązania – proste, ale skuteczne riffy, mocne rytmy i kompozycje osadzone głęboko w latach 80. Problem w tym, że momentami brakuje większej dawki świeżości, odważniejszych pomysłów i elementów zaskoczenia, które pozwoliłyby wyróżnić album na tle wielu podobnych wydawnictw.

Warto zaznaczyć, że „Final Storm” łączy nowe kompozycje z materiałem opartym na pomysłach powstałych jeszcze w latach 80., co nadaje płycie wyjątkowo autentyczny charakter i pozwala poczuć ducha pierwszej fali ekstremalnego metalu.
Trwający około 38 minut album od pierwszych sekund otwierającego „Into the Gates of Hell” pokazuje, że Witches Hammer nie zamierzają iść na kompromisy. To szybki, agresywny i bezpośredni metal, w którym najważniejsze są energia oraz klimat. Echa wczesnego Kreatora wyraźnie słychać w rozpędzonym i pełnym furii „We Are Legion”. Oczywiście trudno mówić tutaj o oryginalności, ale utwór skutecznie spełnia swoją rolę i dostarcza solidnej dawki adrenaliny.

Nieco więcej melodii i pomysłowości pojawia się w „Nocturnal Oblivion”, który pokazuje, że zespół potrafi wyjść poza schemat i urozmaicić swoją muzykę. Z kolei ponury, cięższy „Mantle of Death” buduje bardziej złowieszczą atmosferę. Na albumie dominują jednak szybkie i agresywne kompozycje, takie jak „Death of No Reprieve”, które choć skuteczne, po pewnym czasie mogą powodować poczucie pewnej monotonii. Całość zamyka najdłuższy, ponad ośmiominutowy „Twisting in Torment”, będący rozbudowanym finałem płyty.

Witches Hammer pozostaje zespołem reprezentującym undergroundowy thrash metal i „Final Storm” tego statusu nie zmienia. To album pełen energii, agresji i szacunku do klasycznych wzorców. Szkoda jedynie, że całość momentami jest zbyt jednowymiarowa i niewiele fragmentów na dłużej pozostaje w pamięci. Potencjał jednak jest widoczny – być może kolejne wydawnictwa pozwolą zespołowi rozwinąć skrzydła i pozytywnie zaskoczyć większą liczbę słuchaczy.

Ocena: 6,5/10

poniedziałek, 27 lipca 2026

ORIAX - Torture mechanism (2026)



Czas na kolejną nowość w kategorii thrash metalu. Tym razem na tapecie mamy debiutancki album ukraińskiej formacji Oriax. „Torture Mechanism”, który ukazał się 25 lipca, to propozycja skierowana przede wszystkim do maniaków klasycznego thrashu. To swoisty hołd dla legend gatunku – usłyszymy tu wyraźne wpływy Kreatora, Sodom czy Testament. Choć na papierze jest to debiut, w rzeczywistości otrzymujemy bardzo dobrze skrojony materiał, który w pełni oddaje ducha i piękno tego gatunku.

Już sama okładka robi bardzo dobre wrażenie i imponuje mrocznym klimatem. Uwielbiam, gdy oprawa graficzna emanuje atmosferą grozy i tajemniczości. Duży plus za to, że została wykonana ręcznie, a nie wygenerowana przez AI. Zespół zadbał również o drapieżne, oldschoolowe brzmienie. Produkcja zachowała odpowiednią równowagę – brzmi nowocześnie, ale nie zatraciła garażowej surowości, która dodaje albumowi autentyczności. Wszystko to idealnie współgra z zawartością płyty.

Największą siłą albumu są gitary. Riffy autorstwa duetu Bielak/Balazhynets są ostre niczym brzytwa, a solówki świetnie wkomponowano w strukturę utworów. Sekcja rytmiczna utrzymuje wysokie tempo i nie pozwala muzyce stracić impetu, natomiast wokal Vovy Balazhynetsa idealnie wpisuje się w surowy charakter całości. Muzycy nie próbują na siłę odkrywać gatunku na nowo – bazują na sprawdzonych rozwiązaniach, ale robią to z wyczuciem i smakiem. To właśnie przekłada się na wysoką jakość materiału. 31 minut spędzonych z Oriax mija zaskakująco szybko i niezwykle przyjemnie.

Już od otwierającego instrumentalnego „Raising the Reaper's Blade” wiadomo, że nie będzie tu miejsca na zbędne ozdobniki. Oriax stawia na ostre, agresywne riffy, dynamiczne tempo i wyraźne zamiłowanie do oldschoolowego grania. Słychać wpływy klasyków pokroju Slayera, Kreatora czy wczesnej Sepultury, ale zespół nie ogranicza się do kopiowania swoich idoli. Potrafi dorzucić własne pomysły, dzięki czemu materiał brzmi świeżo i przekonująco.

Na szczególną uwagę zasługują klasycznie brzmiący „Victim”, rozpędzony „Obsession” oraz „State of Ignorance”. To właśnie w tych kompozycjach Oriax najlepiej pokazuje umiejętność łączenia chwytliwych riffów z intensywną energią i dobrze przemyślanymi zmianami tempa. Materiał jest zwarty, pozbawiony wypełniaczy i ani przez chwilę nie sprawia wrażenia rozwleczonego.

Sporo inspiracji starym, dobrym Kreatorem można usłyszeć w „Terrible Awareness”. W tym utworze zespół udowadnia, że doskonale zna się na swojej robocie – całość brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 80. Z kolei „Absolute Despair” urzeka tajemniczym klimatem i nieco bardziej mroczną atmosferą. Jest też miejsce na odrobinę topornego heavy metalu w bardziej stonowanym „Mental Patient”. To bardzo ciekawe urozmaicenie albumu, pokazujące zespół z nieco innej strony. Na sam koniec dostajemy prawdziwą petardę w postaci „Criminal Hunt”, który nie bierze jeńców i stanowi znakomite zwieńczenie tej muzycznej podróży.

„Torture Mechanism” to bardzo udany debiut długogrający. Oriax udowadnia, że mimo trudnych warunków, w jakich funkcjonują ukraińskie zespoły, potrafi tworzyć muzykę pełną pasji i autentycznej agresji. To album, który powinien zainteresować każdego fana klasycznego thrash metalu i daje nadzieję, że o tej formacji będzie jeszcze głośno.

Ocena: 8,5/10

sobota, 25 lipca 2026

HERETIC - Shape of things to come (2026)


 Powroty legend zawsze budzą ogromne emocje, zwłaszcza gdy mowa o zespole takim jak Heretic – jednej z kultowych formacji amerykańskiej sceny US Power Metalu, której debiutancki Breaking Point do dziś pozostaje albumem wyjątkowym. Shape of Things to Come to kolejny rozdział w historii grupy i jednocześnie płyta pokazująca, że Heretic wciąż potrafi tworzyć solidny, klasyczny heavy metal. Problem polega jednak na tym, że trudno znaleźć na niej coś, co naprawdę zapada w pamięć. To już tylko cień znakomitego zespołu, który kiedyś miał do zaoferowania znacznie więcej. Premiera albumu odbyła się 24 lipca i z pewnością wielu fanów heavy i thrash metalu sięgnie po ten krążek, bo w końcu to Heretic.

Największym problemem Shape of Things to Come jest to, że przez cały czas nie sposób uciec od porównań z legendarnym Breaking Point. Debiut kipiał młodzieńczą energią, nieokiełznaną pasją i oferował utwory, które na stałe zapisały się w historii amerykańskiego metalu. Nowa płyta jest zdecydowanie bardziej zachowawcza. To muzyka kompetentnie napisana i wykonana, lecz pozbawiona błysku, który wyróżnia najlepsze albumy gatunku. Owszem, pojawiają się ciekawe momenty, jednak całość pozostaje jedynie solidna i nic ponadto. Dodatkowo albumowi doskwiera nierówny poziom – obok lepszych kompozycji znalazło się kilka nijakich i mało angażujących utworów.

Nie pomaga również nieobecność Mike'a Howe'a. Choć obecny wokalista Julian Mendez wykonuje swoją pracę poprawnie, trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie głos Howe'a nadawał Heretic wyjątkowy charakter. Jego ekspresja, charyzma i niepowtarzalna barwa były jednym z fundamentów brzmienia zespołu. Tego elementu zwyczajnie tutaj brakuje, a wieloletni fani z pewnością to odczują. Mendez próbuje tchnąć w Heretic nowe życie i przywrócić zespołowi dawny blask, jednak jego występ trudno uznać za mocny punkt albumu.

Znacznie lepiej wypada duet gitarzystów Stuart Fujinami i Brian Korban. Obaj potrafią stworzyć pomysłowe riffy i efektowne solówki, udowadniając, że warsztatu wciąż im nie brakuje. Niestety zabrakło odpowiednio mocnych kompozycji, które wykorzystałyby ten potencjał. Całość sprawia wrażenie mało wyrazistej i pozbawionej emocji. Zespół niewątpliwie potrafi grać i mógłby zabrzmieć znacznie ciekawiej, jednak brak naprawdę zapadających w pamięć utworów powoduje, że z czasem album zaczyna nużyć swoją przewidywalnością.

Na pochwałę zasługuje natomiast okładka, która przyciąga wzrok i intryguje. Również brzmienie jest surowe, mroczne i dobrze dopasowane do stylistyki zespołu. Pod tym względem wszystko się zgadza. Szkoda tylko, że sama zawartość muzyczna nie dorównuje oprawie.

Album otwiera tytułowy "Shape of Things to Come",utrzymany w klasycznym stylu Heretic. Mocne riffy, chwytliwy refren i dobrze budowane napięcie sprawiają, że początek jest naprawdę obiecujący. Gdyby cały materiał utrzymał taki poziom energii i przebojowości, mielibyśmy do czynienia z dużo ciekawszym wydawnictwem. Niestety emocje szybko studzi "Up in Flames" – utwór stonowany, ciężki i momentami toporny. Taka formuła nie do końca się tutaj sprawdza.

Znacznie lepiej Heretic wypada wtedy, gdy porusza się na pograniczu heavy i thrash metalu, wyraźnie czerpiąc inspiracje z twórczości Metal Church. Takim utworem jest "Sins of the World "– mocny, zadziorny i oparty na świetnym riffie, dzięki czemu na długo pozostaje w pamięci. Dobrze prezentuje się również rozpędzony" Dying Breed", choć i jemu nie można odmówić pewnych niedociągnięć. Kolejnym udanym punktem programu jest" Swinging Blindly" – toporny, ale niezwykle chwytliwy numer, kipiący energią i drapieżnością.

Niestety później tempo wyraźnie spada. Wolniejszy i bardziej mroczny Reckoning okazuje się ciężkostrawny i niewiele wnosi do całości. To jedna z tych kompozycji, których brak nie wpłynąłby negatywnie na odbiór albumu. Na szczęście Divided We Fall ponownie podnosi poziom dzięki mocnemu riffowi i bardziej przebojowemu charakterowi, przypominając, że Heretic nadal potrafi pisać dobre utwory.

Ostatecznie Shape of Things to Come pozostawia spory niedosyt. Kilka naprawdę dobrych kompozycji i wyraźne nawiązania do klasycznego brzmienia Metal Church nie są w stanie zamaskować faktu, że całość jest po prostu przeciętna. Brakuje wielkich utworów, emocji i charyzmy, które wyróżniały Breaking Point. To solidna płyta, ale jednocześnie jedno z większych rozczarowań ostatnich miesięcy. Fani klasycznego Heretic z pewnością oczekiwali czegoś znacznie lepszego.

Ocena: 5/10

wtorek, 21 lipca 2026

GAME OVER - When darkness falls (2026)


 

To już 18 lat działalności włoskiego Game Over. Zespół bardzo szybko zdobył rozpoznawalność i dla mnie pozostaje jedną z najciekawszych formacji młodego pokolenia thrash metalu. Pierwsze albumy były znakomite i wyraźnie czerpały inspiracje z klasyki gatunku. Muzycy udowodnili, że można garściami korzystać z dorobku Metalliki, Exodus, Anthrax czy Testament, a jednocześnie zachować własny charakter i muzyczną tożsamość.

W 2025 roku do zespołu dołączył Danny Schiavina, z którym nagrano album „Face the End” – moim zdaniem najsłabsze wydawnictwo w dorobku Game Over. Teraz formacja powraca z siódmym albumem studyjnym zatytułowanym „When Darkness Falls”. Płyta ukaże się 18 września nakładem Scarlet Records i będzie drugim krążkiem nagranym w odświeżonym składzie. Jest dobrze, ale niestety zabrakło tego geniuszu i kreatywności, które wyróżniały pierwsze wydawnictwa grupy.

Oczywiście zespół nadal porusza się w rejonach oldschoolowego thrash metalu. Nie boi się jednak balansować pomiędzy thrashem a klasycznym heavy metalem. Melodyjne, zadziorne fragmenty oraz nacisk na chwytliwość od zawsze były mocnymi stronami Game Over. Muzycy wciąż potrafią umiejętnie łączyć te elementy, lecz tym razem kompozycjom brakuje perfekcji. Można momentami odnieść wrażenie pewnej monotonii lub nadmiernego opierania się na dobrze znanych schematach. Albumu słucha się bardzo przyjemnie, ale nie towarzyszy temu poczucie obcowania z czymś naprawdę wyjątkowym. Mimo wszystko jest to pozycja godna uwagi dla każdego fana thrash metalu.

Zespół zadbał o soczyste, selektywne brzmienie oraz atrakcyjną oprawę graficzną. To zresztą jeden z elementów, z których Game Over słynie od lat. Danny jako wokalista sprawdza się bardzo dobrze, choć jego styl zdecydowanie bliższy jest heavy metalowi niż klasycznemu thrashowi. Gitarzysta Luca Zironi dwoi się i troi, by zaskoczyć słuchacza ciekawą zagrywką lub pomysłowym riffem. Niewątpliwie jest bardzo utalentowanym muzykiem, jednak tym razem nie usłyszałem partii, które można by określić mianem wybitnych.

Album jest zwarty i konkretny – całość trwa zaledwie 31 minut. Na uwagę zasługuje ocierający się o heavy metal i punk rock „Break Away”, który przemyca wyraźne nawiązania do Anthrax. Z kolei w rozpędzonym „Two Souls One Flesh” słychać echa Testament. To właśnie tutaj zespół prezentuje thrash metal najwyższej próby: mocny riff, szybkie tempo i niezwykle przebojowy charakter utworu przypominają, za co tak bardzo cenię tę formację. Zabawa jest przednia, a przecież to dopiero początek albumu. Bardzo dobrze wypada również Danny, który wnosi do muzyki wyraźnie heavy metalowy sznyt.

Na płycie dominują krótkie, treściwe strzały. Nuda nie ma tu prawa się pojawić, a takie kawałki jak „Fight for Your Mind” spełniają swoje zadanie w stu procentach. Szczególnie udane są nawiązania do klasycznego Anthrax. Dalej otrzymujemy rozpędzony i agresywny „Scream It Out”. Niby wszystko się zgadza, jednak wciąż brakuje elementu zaskoczenia i odrobiny świeżości.

Nie zabrakło także miejsca dla bardziej heavy metalowych kompozycji. W tej roli dobrze odnajduje się stonowany i cięższy „Curse of Strahd”. To solidny numer, któremu jednak brakuje większej chwytliwości i iskry, która mogłaby wynieść go na wyższy poziom. Na finał otrzymujemy „Command to Die”, utrzymany również w bardziej heavy metalowej stylistyce. Ponownie słychać tu inspiracje Anthrax, choć tym razem bliżej im do ery Johna Busha. Utwór stanowi bardzo dobre podsumowanie całego albumu i pokazuje, że Game Over potrafi sprawnie łączyć heavy metal z thrashem, nie zapominając przy tym o przebojowości.

Game Over ma na koncie kilka znakomitych albumów, które zachwycały agresją, szybkością, świeżością i pomysłowością. To właśnie dbałość o detale oraz umiejętność tworzenia własnego stylu sprawiły, że zespół tak mocno błyszczał na początku swojej kariery. „When Darkness Falls” to świetna rozrywka i prawdziwa uczta dla fanów gatunku, jednak nie udało się powtórzyć poziomu najlepszych dokonań grupy. To bardzo dobry album, który dostarcza mnóstwo frajdy, ale pozostawia również pewien niedosyt.

Ocena: 8/10

środa, 8 lipca 2026

HELLIONIGHT -Witche's sabbat (2026)


 

Po dekadzie od wydania debiutanckiej EP-ki pochodzący z Bahrajnu Hellionight powraca ze swoim pierwszym pełnometrażowym albumem Witches' Sabbat, który ukazał się 3 lipca 2026 roku. Płyta pozostaje wierna korzeniom speed i thrash metalu, a jednocześnie brzmi dojrzalej i bardziej świadomie niż wcześniejsze dokonania zespołu. To kolejna formacja stawiająca na klasyczny speed/thrash metal, wyraźnie czerpiąca inspiracje z twórczości Exciter, Sodom czy Venom. Choć podobnych albumów ukazało się w tym roku niemało, Hellionight udowadnia, że potrafi pisać solidne utwory i nagrał materiał godny uwagi.

Największą zaletą albumu jest jego konsekwencja. Hellionight nie próbuje na siłę unowocześniać swojego brzmienia ani podążać za aktualnymi trendami. Zamiast tego stawia na sprawdzone metalowe wartości: wyraziste riffy, dynamiczne tempo oraz mroczną atmosferę inspirowaną estetyką lat 80. Głównym motorem napędowym zespołu jest Omar Zainal, odpowiadający za wokale, partie gitarowe oraz bas. Muzyk stawia na klasyczne zagrywki, szybkość i agresję, a jego charakterystyczna barwa głosu dodaje całości rasowego thrashmetalowego pazura.

Na pochwałę zasługuje również produkcja. Jest przejrzysta, a zarazem odpowiednio surowa, dzięki czemu każdy instrument wybrzmiewa wyraźnie, nie tracąc przy tym koncertowej dzikości i energii. Nawet okładka doskonale oddaje klimat albumu i stanowi wizualne dopełnienie muzycznej zawartości.

Już otwierający album „Extermination Now!” narzuca zawrotne tempo i nie pozostawia wątpliwości, że priorytetem jest tutaj energia. Gitary atakują ostrymi riffami, sekcja rytmiczna pędzi bez chwili wytchnienia, a wokale balansują pomiędzy klasycznym speed metalem a thrashową agresją. Kolejne utwory, takie jak „The Electric Chair” czy „Temple of Madness”, utrzymują wysoki poziom intensywności, oferując jednocześnie chwytliwe refreny i dobrze skonstruowane solówki. Warto dodać, że kompozycje te były już znane z EP-ki wydanej w 2016 roku.

Dalej otrzymujemy rozpędzony i niezwykle melodyjny „Luciferian Pride”, który skutecznie podtrzymuje dynamikę albumu. Zespół nie prezentuje tutaj niczego przełomowego, jednak nadrabia to zaangażowaniem i dbałością o szczegóły. Utwory takie jak „Souls of Evil” czy bardziej przebojowy i rytmiczny „Evilust” pokazują, że Hellionight potrafi urozmaicić materiał i nie ogranicza się wyłącznie do bezrefleksyjnej jazdy na pełnym gazie.

Problem pojawia się jednak w kwestii oryginalności. Na albumie trudno znaleźć elementy, które mogłyby zaskoczyć słuchacza lub wyróżnić zespół spośród wielu podobnych przedstawicieli współczesnej sceny speed/thrash metalowej. Chociaż muzycy sprawnie operują gatunkowymi schematami, momentami daje się odczuć pewną przewidywalność. Tytułowy „Witches' Sabbat” dobrze podsumowuje charakter całej płyty – jest ciężki, pełen diabolicznego klimatu i oparty na zapadającym w pamięć gitarowym motywie.

Witches' Sabbat to udany pełnometrażowy debiut Hellionight – album wypełniony szybkimi riffami, chwytliwymi melodiami i oldschoolowym duchem metalu. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale skutecznie przypomina, dlaczego speed i thrash metal wciąż potrafią dostarczać ogromnej dawki adrenaliny. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów klasycznego grania, którzy cenią szczerość, energię i bezkompromisowe podejście do muzyki. Mimo pewnej monotonii oraz braku świeżości pozostaje to solidne wydawnictwo, które powinno zainteresować miłośników tradycyjnego speed/thrash metalu.

Ocena: 6,5/10

czwartek, 25 czerwca 2026

SPACE PARASITES - Make me Evil (2026)


 Niemiecki Space Parasites od kilku lat konsekwentnie umacnia swoją pozycję na undergroundowej scenie thrashmetalowej. Po ciepło przyjętym albumie „The Spellbound Witch” zespół powraca z nowym wydawnictwem zatytułowanym „Make Me Evil”, które ukazało się 6 czerwca 2026 roku nakładem Fetzner Death Records. Na słuchaczy czeka jedenaście utworów i ponad 41 minut rasowego thrashu doprawionego speedmetalową energią oraz sporą dawką klasycznego heavy metalu. To pozycja obowiązkowa dla fanów Holy Moses, Burning Witches czy Destruction. Co najważniejsze – płyta potrafi pozytywnie zaskoczyć.

„Make Me Evil” to album głęboko zakorzeniony w tradycji niemieckiego thrash metalu. Nie brakuje tu wpływów takich zespołów jak Kreator, Tankard, Destruction czy Assassin, jednak Space Parasites nie ogranicza się wyłącznie do bezkompromisowej agresji. W ich muzyce słychać również inspiracje klasycznym heavy metalem spod znaku Judas Priest, Accept czy Burning Witches. Dzięki temu materiał jest zróżnicowany i angażujący, a jego stosunkowo długi czas trwania nie powoduje znużenia.

Największym wyróżnikiem zespołu pozostaje bez wątpienia charyzmatyczna wokalistka Danger Dine. Artystka stawia przede wszystkim na ekspresję, agresję i sceniczny charakter. Jej głos może nie należy do najbardziej wszechstronnych, ale doskonale współgra z prezentowaną stylistyką. W bardziej dynamicznych fragmentach przywodzi na myśl klasycznych frontmanów niemieckiej sceny thrashowej, dodając kompozycjom odpowiedniej zadziorności. To właśnie jej wokal stanowi jeden z najmocniejszych punktów całego wydawnictwa.

Sekcja rytmiczna również zasługuje na uznanie. Perkusja napędza większość utworów solidną porcją energii, natomiast bas nie ginie całkowicie w miksie, co w przypadku współczesnych produkcji thrashowych wcale nie jest regułą. Całość brzmi naturalnie i zachowuje przyjemną, oldschoolową surowość.
Największym atutem albumu pozostają jednak gitary. Riffy są agresywne, dynamiczne i wyjątkowo chwytliwe. Muzycy sprawnie przechodzą od błyskawicznych thrashowych galopad do bardziej melodyjnych partii, nie tracąc przy tym spójności. Solówki stoją na wysokim poziomie – nie są przesadnie rozbudowane, ale skutecznie podkreślają charakter poszczególnych kompozycji. Duet gitarzystów Massaker/Daschke prezentuje imponujące umiejętności, dostarczając mnóstwo rasowych riffów i efektownych zagrywek. Jest klasycznie, ale jednocześnie świeżo, przebojowo i niezwykle energetycznie.

Na płycie znajdziemy ponad 41 minut świetnej muzyki, która pokazuje, że w gatunku wciąż można stworzyć coś wartościowego. Całość otwiera mroczne intro, po którym następuje tytułowy „Make Me Evil” – utwór przypominający Crystal Viper na sterydach. Szybkie tempo, speedmetalowy charakter i znakomita energia sprawiają, że jest to jeden z najmocniejszych punktów albumu. Tak mocne otwarcie to doskonały znak.
Zespół nie zwalnia tempa i chwilę później serwuje energiczny oraz melodyjny „Bedeviled Witch”, będący prawdziwym pokazem siły i kompozytorskiej kreatywności. Heavy metalowy pazur odnajdziemy w zadziornym, nieco bardziej stonowanym „Neckwrecker”, który udowadnia, że grupa potrafi umiejętnie balansować między agresją a przebojowością. Thrashmetalową furię przynosi z kolei „Hellbound”, napędzany ostrymi riffami i wysoką intensywnością.

Miłośnicy bardziej melodyjnego heavy metalu z pewnością docenią „How Often”. To jeden z najbardziej chwytliwych momentów na płycie, a jego refren na długo pozostaje w pamięci. Następnie otrzymujemy utrzymany w klimacie heavy/speed metalowym „Monster”, który po raz kolejny potwierdza talent zespołu do pisania atrakcyjnych kompozycji. Mocny riff , dopracowane solówki i klasyczne rozwiązania sprawiają, że utwór błyskawicznie wpada w ucho.

Nie sposób pominąć również „Tarot”, który zachwyca prostotą, przebojowością i kolejnym świetnie skonstruowanym refrenem. Z kolei fani Destruction czy Tankard z pewnością zwrócą uwagę na rasowo thrashowy „Hostiles”. Album zamyka zadziorny „She”, doskonale podsumowujący charakter całego wydawnictwa i pozostawiający słuchacza z poczuciem dobrze spędzonego czasu.

„Make Me Evil” nie jest płytą, która zrewolucjonizuje thrash metal, ale zdecydowanie stanowi przykład solidnego, uczciwego i pełnego pasji grania. Space Parasites udowadnia, że klasyczny thrash wciąż potrafi dostarczać mnóstwo emocji, jeśli stoi za nim odpowiednie zaangażowanie i pomysłowość. Fani Burning Witches, Destruction, Tankard czy Assassin powinni koniecznie dać temu albumowi szansę. To bez wątpienia jedno z ciekawszych wydawnictw tego roku.

Ocena: 9/10

wtorek, 23 czerwca 2026

DESTRUCTOR - Tales of Glory (2026)


 

Po ponad 40 latach działalności amerykański Destructor udowadnia, że tradycyjny metal wcale nie musi brzmieć jak muzealny eksponat. Zespół dorobił się siedmiu albumów studyjnych, a najnowszy z nich, zatytułowany „Tales of Glory”, ukazał się 19 czerwca. To niespełna 39 minut czystego heavy/thrashowego grania – bez nowoczesnych trików, za to z masą soczystych riffów, heroicznych refrenów i atmosferą rodem z lat 80. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów Exciter, Metal Church, Agent Steel czy Running Wild.

Album brzmi niczym list miłosny do amerykańskiego metalu lat 80. Nie ma tu ani grama metalcore'owych naleciałości, cyfrowych sztuczek czy przesadnie wypolerowanej produkcji. Zamiast tego otrzymujemy żywe gitary, naturalnie brzmiącą perkusję oraz wokal, który momentami jest surowy, ale właśnie dzięki temu zachowuje autentyczność.

Największą siłą Destructor pozostaje umiejętność łączenia klasycznego heavy metalu z thrashową agresją. Riffy są szybkie, zadziorne i pełne energii, ale jednocześnie nie brakuje im melodyjności. To w dużej mierze zasługa zgranego duetu gitarowego – Pata Rabida „Hellhounda” i Dave'a „Overkilla” Hoovera. Muzycy doskonale wiedzą, jak budować napięcie za pomocą agresywnych riffów, dynamicznych przejść i klasycznych heavy metalowych zagrywek. Problem w tym, że nie proponują niczego szczególnie odkrywczego. Materiał jest bardzo sprawnie zagrany, ale momentami sprawia wrażenie wtórnego i opartego na doskonale znanych schematach.

Kolejnym mocnym punktem jest wokal Dave'a „Overkilla” Hoovera. Nie próbuje on rywalizować z młodszymi wokalistami pod względem skali czy agresji. Zamiast tego stawia na doświadczenie, charakter i odpowiednią interpretację. Jego głos idealnie współgra z tekstami opowiadającymi o wojownikach, bitwach i heroicznych czynach.

Produkcja prezentuje bardzo wysoki poziom, choć świadomie zachowano jej oldschoolowy charakter. Gitary mają odpowiednią moc, bas nie ginie w miksie, a perkusja brzmi naturalnie i dynamicznie. Nie jest to może poziom sterylnej selektywności współczesnych nagrań, ale właśnie dzięki temu album posiada własny charakter i energię. Na pochwałę zasługuje również okładka, która doskonale oddaje klimat klasycznych metalowych wydawnictw z lat 80.

Płyta zawiera dziesięć utworów i trwa niespełna 38 minut. Całość rozpoczyna klimatyczne intro, po którym następuje agresywny i rozpędzony „Shadow Magic”. Utwór czerpie pełnymi garściami z dokonań Liege Lord, wczesnego Helloween czy Exciter. Już tutaj słychać, że Destructor doskonale odnajduje się w tej stylistyce. Brzmienie gitar i niektóre zagrywki przywodzą na myśl również twórczość Running Wild.

Wpływy wczesnego Exciter oraz Overkill są jeszcze bardziej słyszalne w „Harbinger of Death”, gdzie zespół stawia na mocniejszy, bardziej thrashowy charakter. To bardzo udany numer, choć ponownie trudno mówić o jakimkolwiek elemencie zaskoczenia.

Na płycie znajdziemy także zadziorny i speedmetalowy „Wolves at Your Door”, który tylko potwierdza fascynację zespołu klasycznym brzmieniem Running Wild. Z kolei „Death Screams” nadrabia przebojowością i chwytliwymi melodiami, skutecznie równoważąc cięższe momenty albumu.

Elementy speed i thrash metalu odnajdziemy również w dynamicznym „Fall to Your Knees”. To utwór, którego słucha się z dużą przyjemnością, choć i tutaj trudno oprzeć się wrażeniu, że zespół porusza się wyłącznie po dobrze znanych ścieżkach.

Destructor znakomicie odnajduje się w bardziej agresywnej stylistyce, czego dowodem jest „Answers in Blood”. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – szybki, bezkompromisowy i bardzo dobrze skonstruowany utwór.

W dalszej części otrzymujemy chwytliwy i drapieżny „Rise to the Call”, który dzięki mocnemu refrenowi na długo zapada w pamięć. Zespół nie zwalnia tempa i na zakończenie serwuje „Victorious Warrior” – mocny, rasowy thrashmetalowy numer oparty na klasycznych patentach gatunku. To utwór pełen pasji i energii, stanowiący bardzo udane zwieńczenie całego wydawnictwa.

„Tales of Glory” to album niezwykle równy pod względem kompozycyjnym. Nie ma tutaj utworów, które można byłoby uznać za wypełniacze. Niektórym słuchaczom może zabraknąć większej liczby eksperymentów czy bardziej zaskakujących rozwiązań, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Destructor wcale nie miał takiego celu. Chodziło raczej o stworzenie płyty, która mogłaby stanąć obok klasycznych wydawnictw amerykańskiego power i thrash metalu z lat osiemdziesiątych – i pod tym względem zadanie zostało wykonane wzorowo.

Od początku do końca jest to materiał spójny, energetyczny i wypełniony solidnymi kompozycjami. Dla miłośników klasycznego heavy, speed i thrash metalu będzie to jedna z ciekawszych premier tego roku.

Ocena: 8/10

wtorek, 16 czerwca 2026

ATOMIC TERROR - Acts of violence (2026)

Po zeszłorocznym Live Aggression wielu mogło przypuszczać, że Atomic Terror utknęli w klasycznym, choć dość przewidywalnym thrashmetalowym schemacie. Acts of Violence szybko burzy jednak te założenia — to album bardziej dopracowany, szybszy i zdecydowanie pewniejszy siebie. Ten młody i ambitny amerykański zespół udowadnia, że thrash metal wciąż może być agresywny, dynamiczny, pełen pasji i autentycznych emocji. Nowe wydawnictwo brzmi tak, jakby mogło ukazać się w złotej erze gatunku, gdzieś na początku lat 90.

Grupa ma już na koncie dwa udane albumy, jednak tym razem postawiła na jeszcze wyższą jakość kompozycji i większą pomysłowość. Muzycy nie boją się czerpać inspiracji z dokonań Kreator czy Slayera. Na płycie nie brakuje agresji, surowości i naturalności, które stanowią fundament jej charakteru.

Thomas Brower prezentuje agresywny, chropowaty styl wokalny, ale jednocześnie potrafi zaskoczyć różnorodnością środków wyrazu. Od klasycznych thrashowych wrzasków po hardcore’owe i bardziej ekstremalne partie – wszystko to nadaje materiałowi głębi i sprawia, że nie popada on w monotonię. To bez wątpienia jeden z największych atutów Atomic Terror.

Równie mocnym filarem zespołu są gitarzyści Brower i King, którzy doskonale wiedzą, jak przyciągnąć uwagę słuchacza. Potrafią zaskakiwać ciekawymi aranżacjami, chwytliwymi riffami oraz interesującymi rozwiązaniami kompozycyjnymi. To właśnie dzięki nim album emanuje energią, agresją i przebojowością. Owszem, zespół bazuje głównie na sprawdzonych patentach gatunku, ale robi to z wyczuciem i odpowiednią dawką świeżości.

Na Acts of Violence znalazło się dziesięć utworów będących kwintesencją tego, co najlepsze w thrash metalu. Już otwierający album „The Beast Within” pokazuje, że zespół postawił na większą precyzję i intensywność. Riffy są zwarte i bezkompromisowe, a sekcja rytmiczna pracuje z niemal chirurgiczną dokładnością, nie tracąc przy tym charakterystycznego brudu i energii. Produkcja pozostaje przejrzysta, ale nieprzesadnie wygładzona — nadal wyczuwalny jest garażowy pazur doskonale współgrający z tematyką materiału.

Zadziorny „Into the Storm” brzmi wyjątkowo oldschoolowo i doskonale ukazuje potencjał grupy. Jeszcze większą dawkę agresji przynosi „Death’s Head Revisited”, wyraźnie inspirowany twórczością Death Angel i Kreator. To jeden z najmocniejszych punktów programu, pokazujący pełnię możliwości zespołu.

Nieco więcej heavy metalowego charakteru odnajdziemy w masywnym i topornym „Inquisition”. Chwilę później zespół ponownie przyspiesza, atakując słuchacza rozpędzonym utworem tytułowym „Acts of Violence”. To thrash metal w najczystszej postaci — bez kompromisów, za to z ogromną energią i skutecznością.

Do najjaśniejszych punktów albumu należy również „Reptilian Lineage”, który przywołuje wspomnienia najlepszych lat Kreator i Destruction. Podobne emocje wzbudza zadziorny „Caricature”. Charakterystyczna praca gitar i klasycznie brzmiące riffy doskonale eksponują najmocniejsze strony Atomic Terror. Nawiązania do niemieckiej szkoły thrash metalu są również wyraźnie słyszalne w mrocznym „Night Flier”. Całość wieńczy „To Rule Them All” — kolejna thrashmetalowa petarda, która stanowi godne zakończenie albumu.

Nie wszystko jest jednak idealne. Niektóre solówki sprawiają wrażenie nieco chaotycznych, a część przejść między utworami pełni bardziej funkcję praktyczną niż pozostaje w pamięci na dłużej. Są to jednak drobne mankamenty, które nie wpływają znacząco na końcowy odbiór wydawnictwa.

Acts of Violence to wyraźny krok naprzód w karierze Atomic Terror. Album jest dojrzalszy, lepiej skomponowany i zwyczajnie bardziej angażujący niż poprzednie dokonania zespołu. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale w bardzo przekonujący sposób pokazuje, że grupa rozwija się we właściwym kierunku i potrafi utrzymać wysoką intensywność przez cały czas trwania płyty.

Ocena: 9/10

BAKKEN - Consent to deception (2026)


 

Okładka najnowszej płyty brytyjskiego Bakken nie zachęca do sięgnięcia po to wydawnictwo. Wygląda dość amatorsko i trudno doszukać się w niej czegoś szczególnie interesującego. Warto jednak przełamać pierwsze wrażenie, ponieważ zespół po raz kolejny udowadnia, że doskonale potrafi łączyć świat thrash metalu z heavy i power metalem. Nietrudno usłyszeć inspiracje takimi grupami jak Iced Earth, Mystic Prophecy, Gamma Ray czy Metallica, a wpływy tych formacji wyraźnie pobrzmiewają na najnowszym albumie zatytułowanym „Consent to Deception”. Płyta ukazała się 12 czerwca i bez wątpienia jest pozycją wartą uwagi.

Trzeba przyznać, że jest to album dojrzały, pokazujący zarówno talent, jak i muzyczny rozwój zespołu. Bakken umiejętnie łączy ciężkie riffy z nowoczesną produkcją, nie tracąc przy tym surowej energii charakterystycznej dla swoich wcześniejszych dokonań. Jednym z największych atutów materiału jest jego spójność – utwory naturalnie się ze sobą łączą, tworząc zwartą i przemyślaną całość. Zespół sprawnie balansuje pomiędzy agresją a chwytliwymi melodiami, dbając jednocześnie o przebojowość i odpowiednią dawkę emocji. Kompozycje są dopracowane i świadczą o dużej muzycznej dojrzałości, dzięki czemu albumu słucha się z prawdziwą przyjemnością.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje warstwa wokalna. Frank Levi znakomicie odnajduje się zarówno w bardziej agresywnych fragmentach, jak i w melodyjnych partiach, dzięki czemu nawet najcięższe utwory zachowują swoją przystępność. Produkcja brzmi nowocześnie, ale nie jest przesadnie wygładzona – pozostawia miejsce na emocje, dynamikę i naturalne brzmienie instrumentów.

W składzie zespołu doszło w ostatnich latach do kilku zmian. Perkusista Neil McGrutty powrócił do grupy w 2025 roku, basista Thomas Alford ponownie zasilił szeregi Bakken w 2026 roku, natomiast gitarzysta Ciaran Taggart dołączył do zespołu już w 2024 roku. Od poprzedniego albumu minęło sześć lat i słychać, że muzycy nie zmarnowali tego czasu. Efektem jest materiał dopracowany, dojrzały i pełen ciekawych pomysłów.

Bardzo dobrze wypada duet gitarzystów Pickett/Taggart, który stawia na różnorodność, mocne riffy oraz atrakcyjne melodie. W ich grze słychać pasję i kreatywność, dzięki czemu album ani przez chwilę nie nuży. Dodatkowym atutem jest długość wydawnictwa – 45 minut to czas w zupełności wystarczający, a materiał nie sprawia wrażenia sztucznie wydłużonego.

Album otwiera zadziorny i nowocześnie brzmiący „Consent to Deception”. Tytułowy utwór pełni rolę wizytówki całego wydawnictwa i wywiązuje się z niej znakomicie. To niezwykle mocna i agresywna kompozycja, która od pierwszych minut pokazuje potencjał zespołu. Zupełnie inny charakter ma marszowy, bardziej stonowany i przesycony mrocznym klimatem „Demon in You”. To świetny przykład na to, że Bakken nie zamyka się w jednym schemacie i potrafi skutecznie zaskakiwać słuchacza.

Jednym z najmocniejszych punktów programu jest „Snakes”, który sprawdza się jako rasowy metalowy przebój. Motyw przewodni może przywoływać skojarzenia z utworem „Fever” niemieckiego Orden Ogan. Umiejętne połączenie elementów thrash metalu i klasycznego heavy metalu słychać z kolei w „Crazy Wolf”. Bardziej progresywny charakter prezentuje „The Pride Before the Fall”, zachwycający rozbudowanymi partiami gitar oraz podniosłą atmosferą.

Więcej power metalowej energii przynosi rozpędzony „War of Attrition”, który imponuje dynamiką i dostarcza sporo satysfakcji. Równie dobrze wypada „Follow”, urzekający ciężarem i potężnym brzmieniem. Jego bardziej stonowany, wręcz toporny charakter okazuje się dużym atutem. Kolejnym przebojowym momentem albumu jest chwytliwy „Trail of Tears”, natomiast całość wieńczy rozbudowany i pełen ciekawych pomysłów „Dark Sacrifice”.

„Consent to Deception” nie jest albumem rewolucyjnym, ale stanowi wyraźny krok naprzód w rozwoju zespołu. To propozycja dla słuchaczy ceniących połączenie ciężkiego brzmienia z dopracowanymi kompozycjami i ambitniejszym podejściem do pisania utworów.Bakken po raz kolejny potwierdza swój talent do tworzenia przemyślanego, dojrzałego materiału, wypełnionego świetnymi utworami. To wybuchowa mieszanka thrash metalu oraz heavy/power metalu, która powinna przypaść do gustu fanom obu tych stylistyk.

Ocena: 8,5/10

niedziela, 14 czerwca 2026

ARCH BLADE - Harbringer of death (2026)


Po obiecującym debiucie Kill the Witch z 2023 roku Arch Blade powracają z drugim albumem studyjnym – Harbinger of Death. Amerykańska formacja ponownie sięga po klasyczne inspiracje heavy metalem lat 80., wzbogacając je o elementy thrashu i power metalu. Efektem jest materiał dojrzalszy, cięższy i lepiej skonstruowany niż poprzednie wydawnictwo. Jest lepiej, choć do ideału wciąż sporo brakuje.

Zespół działa od 2019 roku i od samego początku nie ukrywa fascynacji klasyką gatunku. W ich muzyce wyraźnie słychać wpływy NWOBHM oraz grania spod znaku Judas Priest, Saxon czy Iron Maiden. W 2025 roku do składu dołączył wokalista Edward Ramirez. Może nie imponuje on ponadprzeciętną techniką, ale nadrabia pasją i autentyczną miłością do heavy metalu. Jego głos dobrze współgra z muzyką zespołu, co samo w sobie stanowi niemały atut. Dobrze spisuje się również gitarowy duet Rob V i Big Rob, który bez kompleksów łączy klasyczny heavy metal z elementami speed i thrash metalu. Nie ma w tym może za grosz oryginalności, ale trudno odmówić tej muzyce solidnego rzemiosła i odpowiedniej dawki energii.

Już otwierający album „Into the Fray” pokazuje, że zespół nie zamierza zwalniać tempa. Dynamiczne riffy, galopująca sekcja rytmiczna i chwytliwe refreny przywołują skojarzenia z najlepszymi przedstawicielami nurtu NWOTHM. Kolejne utwory, takie jak „Retribution” czy „Zero Hour”, rozwijają militarną i apokaliptyczną atmosferę płyty, oferując jednocześnie sporo melodyjnych momentów. Bardzo dobrze prezentuje się melodyjny „Cataclysm”, który garściami czerpie z dorobku Iron Maiden. To prosty, ale chwytliwy numer, który łatwo zapada w pamięć. Mocnym punktem albumu jest także „Danger Close” – utwór oparty na wyrazistych partiach gitarowych, jednocześnie melodyjny i surowy w swoim charakterze. Pokazuje on, że Arch Blade mają potencjał, choć wciąż brakuje im ostatecznego szlifu. Jednym z najciekawszych momentów na płycie jest agresywny utwór tytułowy „Harbinger of Death”, który momentami ociera się o thrashmetalową konwencję. Zespół nie prezentuje tu niczego odkrywczego, ale całość wypada na tyle przekonująco, że słucha się jej z dużą przyjemnością. Warto wspomnieć również o energicznym, utrzymanym w speedmetalowym duchu „Ambush”. Z kolei w nieco spokojniejszym „Time” można wychwycić echa twórczości Metalliki.

Nie wszystkie kompozycje są jednak równie udane. W środkowej części albumu pojawia się kilka bardziej schematycznych fragmentów, które wyraźnie odstają od  najmocniejszych momentów wydawnictwa. Mimo to zespół przez większość czasu skutecznie utrzymuje odpowiedni poziom energii i nie pozwala słuchaczowi się nudzić.
Harbinger of Death nie rewolucjonizuje gatunku, ale stanowi wyraźny krok naprzód w rozwoju Arch Blade. To album skierowany przede wszystkim do fanów tradycyjnego heavy metalu, którzy cenią mocne riffy, melodyjne refreny i klimat rodem z klasycznych wydawnictw lat osiemdziesiątych. Nadal jest to jednak materiał obarczony wieloma niedoskonałościami. Brakuje tu naprawdę wybitnych kompozycji i przebojów, które mogłyby wynieść zespół na wyższy poziom i sprawić, że album pozostanie w pamięci na dłużej.

Ocena: 5,5/10

sobota, 6 czerwca 2026

IGNITION - All will Die (2026)


Niemiecki Ignition od lat porusza się na pograniczu power i thrash metalu, konsekwentnie rozwijając własne brzmienie. Na swoim czwartym albumie studyjnym „All Will Die” zespół udowadnia, że nie zamierza stać w miejscu. Muzycy z Duisburga zachowali charakterystyczną dla siebie melodyjność i przebojowość, jednocześnie stawiając na większą agresję, cięższe riffy oraz bardziej współczesne rozwiązania aranżacyjne. Efektem jest album różnorodny, pełen energii i zaskakująco świeży. Płyta ukazała się 5 czerwca nakładem Daredevil Records i z pewnością przypadnie do gustu fanom takich formacji jak Persuader, Iced Earth czy Jag Panzer.

Dużą rolę na „All Will Die” odgrywa gitarowy duet Christiana Bruckschena i Sebastiana Ernsta. Muzycy doskonale się uzupełniają, tworząc zwarte, a zarazem niezwykle melodyjne brzmienie. Z jednej strony serwują ciężkie, dynamiczne riffy zakorzenione w power i thrash metalu, z drugiej nie stronią od chwytliwych harmonii oraz efektownych solówek. Ich partie stanowią jeden z fundamentów charakterystycznego stylu Ignition i nadają kompozycjom odpowiednią dawkę energii.

Na czele zespołu stoi wokalista Dennis Marschallik, który od początku działalności formacji pozostaje jej najbardziej rozpoznawalnym elementem. Jego mocny i charakterystyczny głos doskonale odnajduje się zarówno w bardziej melodyjnych fragmentach, jak i podczas cięższych, agresywniejszych partii. To właśnie jego ekspresja oraz umiejętność budowania napięcia nadają utworom odpowiedni ciężar i epicki charakter. Jednocześnie wokalista potrafi wprowadzić do muzyki thrashmetalowy pazur, który znakomicie współgra z gitarową ofensywą.

Nowy album jest zwarty, treściwy i pozbawiony zbędnych wypełniaczy. Wszystko udało się zamknąć w 44 minutach, dzięki czemu materiał nie traci impetu ani na moment. Już utwór tytułowy „All Will Die” pokazuje, że Ignition nie boi się eksperymentować. Mocarne riffy, dynamiczne tempo i hymniczny refren tworzą kompozycję, która doskonale otwiera album i wyznacza jego kierunek.

Chwilę później otrzymujemy „Amok” – numer łączący nowoczesny thrash metal z melodyjnymi gitarami i chwytliwym refrenem. Zespół umiejętnie balansuje tutaj pomiędzy agresją a przebojowością, udowadniając, że doskonale zna swój fach. To bardzo mocny początek płyty, który skutecznie zachęca do dalszego odsłuchu.

Jednym z najmocniejszych punktów wydawnictwa jest „Under The Reign Of A Psychopath”. To bezkompromisowy thrashmetalowy pocisk napędzany szybką perkusją, ciężkimi riffami i pełnym pasji wokalem Dennisa Marschallika. To rasowy killer pokazujący ogromny potencjał zespołu. W kompozycji słychać zarówno pasję, jak i kompozytorską dojrzałość, a momentami można wychwycić wpływy takich grup jak Thunderstone czy Persuader.

Równie dobrze wypada singlowy „End Of The Night”, który łączy tradycyjne metalowe rozwiązania z nowoczesnymi wpływami. Jest tutaj szybkość, agresja, odpowiednia dawka melodii i refren, który błyskawicznie zapada w pamięć. To kolejny dowód na to, że Ignition znajduje się obecnie w znakomitej formie.

Na uwagę zasługuje również „The Decline”, gdzie grupa prezentuje swoje bardziej melodyjne oblicze. Chwytliwy refren oraz wyraźne heavy metalowe inspiracje sprawiają, że utwór szybko zapada w pamięć. Z kolei „In The Name Of God” i „Into The Abyss” stanowią ukłon w stronę klasycznego power metalu, oferując galopujące rytmy, harmonijne partie gitar i podniosły klimat. Te kompozycje potwierdzają, że zespół utrzymuje wysoki poziom przez cały czas trwania albumu.

Nieco mroczniejszy charakter prezentuje „This Rotten Core”, jeden z najbardziej klimatycznych utworów na płycie. Album zamyka „The Ending Calls”, który rozpoczyna się spokojnie, by z każdą kolejną minutą nabierać mocy i drapieżności. To bardzo udane zwieńczenie całości i godne zakończenie tej muzycznej podróży.

„All Will Die” to album, który powinien zainteresować zarówno fanów klasycznego power metalu, jak i słuchaczy poszukujących cięższych, thrashowych akcentów. Ignition udało się stworzyć materiał różnorodny, pełen chwytliwych melodii, mocnych riffów i dopracowanych kompozycji. To jedna z tych płyt, które z każdym kolejnym odsłuchem odkrywają nowe atuty i potwierdzają, że niemiecka formacja znajduje się obecnie w bardzo wysokiej formie. Dla fanów nowoczesnego power metalu z thrashowym zacięciem jest to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10

czwartek, 28 maja 2026

HELLEVATE -Killicon valley (2026)


 W czasach, gdy wiele thrashmetalowych zespołów albo odcina kupony od nostalgii, albo desperacko próbuje brzmieć „nowocześnie”, amerykański Hellevate znalazł własną drogę. Grupa stawia na melodyjny thrash metal z wyraźnymi wpływami heavy i speed metalu. „Killicon Valley” to już trzecia płyta formacji z Kansas City — album agresywny, bezpośredni i momentami wręcz wściekły, a jednocześnie zaskakująco różnorodny. Nie jest to bezmyślne kopiowanie wielkich nazw gatunku, lecz świadome czerpanie z klasyki i prezentowanie własnego spojrzenia na dobrze znane patenty. Krążek ukazał się 22 maja i powinien przypaść do gustu fanom Testament, Exodus, Slayer czy Death Angel.

Hellevate działa od 2007 roku i przez ten czas przez skład przewinęło się wielu muzyków. Obecnie kluczową rolę odgrywa wokalista Robert Browne, który nadaje całości odpowiedniego thrashmetalowego pazura. Brakuje mu jeszcze nieco technicznego obycia i pewności siebie, jednak mimo drobnych niedociągnięć dobrze odnajduje się w stylistyce zespołu. Ważnym elementem pozostaje także gitarowy duet Whitmer/Cole, stawiający na chwytliwe melodie i zadziorne riffy. Muzycy korzystają ze sprawdzonych rozwiązań, dzięki czemu materiał jest dynamiczny i bardzo dobrze się go słucha, choć trudno mówić o większych zaskoczeniach.

Pod względem produkcyjnym album prezentuje się bardzo solidnie. Brzmienie jest nowoczesne, ale nieprzesadnie sterylne. Gitary mają odpowiednią ostrość, perkusja brzmi naturalnie, a całość zachowuje koncertową energię. Wyraźnie słychać inspiracje klasycznym thrashem, speed metalem i heavy metalem, jednak bez nachalnego kopiowania legend gatunku. Na plus należy zaliczyć również okładkę, która idealnie oddaje klimat albumu.

Jeśli jednak wskazać słabszy element wydawnictwa, byłaby nim długość materiału. Przy dwunastu utworach momentami pojawia się lekkie zmęczenie, szczególnie w środkowej części tracklisty. Niektóre riffy mogłyby zostać mocniej zróżnicowane, a część kompozycji kończy się dokładnie wtedy, gdy zaczyna rozwijać skrzydła.
Już otwierające album „D.T.C.” oraz „In The Long Grass” pokazują, że Hellevate nie zamierza brać jeńców. Gitary pracują tutaj niczym przemysłowa piła, sekcja rytmiczna pędzi bez chwili wytchnienia, a wokal Browne’a balansuje pomiędzy klasycznym thrashowym wrzaskiem a bardziej współczesną agresją. Co ważne, zespół unika monotonii — utwory mają własny charakter, a melodie i solówki często wykraczają poza schemat zwykłej „nawalanki”.

Invoke Apocalypse” to prosty i bardzo przystępny numer, pokazujący, jak umiejętnie grupa potrafi połączyć świat heavy metalu z thrash metalem. Zdecydowanie gorzej wypadają bardziej rozbudowane kompozycje pokroju „Demagogue”, które niepotrzebnie wydłużają album. Z kolei „The Rampart” przyciąga uwagę nastrojowym klimatem i chwytliwością. Znacznie słabiej prezentuje się nijaki „Holy Man”, który niewiele wnosi do całości materiału.

W „Jorogumo” otrzymujemy nowoczesny thrash metal z domieszką stylistyki Rage. Może nie jest to nic odkrywczego, ale utwór potrafi sprawić sporo przyjemności podczas odsłuchu. Inspiracje Kreator i Testament wyraźnie pobrzmiewają w agresywnym „Killicon Valley”, które potwierdza potencjał drzemiący w tej kapeli. Bardzo dobrze wypada również ponad siedmiominutowy „Thou Shalt Kill”, gdzie zespół stawia na bardziej złożone partie gitarowe i lekko progresywny charakter. Także tutaj można usłyszeć wpływy Kreator. Nieco chaotyczny „Curse God And Die” pokazuje jednak, że nie wszystko na tej płycie zostało dopracowane idealnie.

Mimo pewnych wad „Killicon Valley” pozostaje jedną z ciekawszych thrashmetalowych premier 2026 roku. Hellevate udowadnia, że nadal można grać szybko, brutalnie i oldschoolowo, nie brzmiąc przy tym jak kolejny tribute band dla legend lat 80. To album skierowany przede wszystkim do maniaków thrash metalu, ale również do słuchaczy poszukujących w tej muzyce świeżej energii i współczesnego podejścia. Warto dać tej kapeli szansę.

Ocena: 7/10

środa, 29 kwietnia 2026

ANUBIS - Anthromorphicide (2026)


Czas sprawdzić, jak radzi sobie amerykański Anubis, który w 2024 roku wydał znakomity album „Dark Parafie”, od razu zdobywając moje uznanie. To świetna mieszanka power metalu i thrash metalu. Zespół czerpie pełnymi garściami z takich formacji jak Iced Earth, Charred Walls of the Damned, 3 Inches of Blood czy Cage. Anubis udowodnił, że można grać jednocześnie agresywnie, melodyjnie i z wyraźnym pazurem. Pora więc zweryfikować, czy udało się utrzymać wysoki poziom debiutu na drugim albumie studyjnym zatytułowanym „Anthromorphicide”, który ukazał się 24 kwietnia nakładem M-Theory Audio.

Zaskakuje fakt, że skład zespołu uległ znaczącym zmianom. Z pierwotnego line-upu pozostał jedynie fenomenalny wokalista Devin Reiche. Jego głos sieje spustoszenie i idealnie wpisuje się w konwencję power i thrash metalu. Charyzma oraz znakomita technika sprawiają, że jest absolutnie przekonujący w tym, co robi. Partie gitarowe powierzono Justinowi Escamilli oraz Ulisisowi Hernandezowi z Judicator. Duet ten prezentuje wysoki poziom, utrzymując stylistykę znaną z debiutu – jest agresywnie, szybko i melodyjnie. Warto również wspomnieć, że wokalnie Devina wspiera Hanna Preston, która dołączyła do zespołu w 2025 roku. Mimo roszad personalnych Anubis nadal robi bardzo dobre wrażenie.

Okładka utrzymana jest bardziej w klimatach thrashu i death metalu, co znajduje odzwierciedlenie także w brzmieniu – ostrym, surowym i adekwatnym do stylu grupy. Pod tym względem trudno mówić o rozczarowaniu. Również zawartość albumu dostarcza sporo satysfakcji. Płytę otwiera energiczny i przebojowy „Nuclear Dawn”, który jasno pokazuje, że zespół konsekwentnie podąża obraną ścieżką. Szybko w pamięć zapada chwytliwy „Celestial” – jeden z najmocniejszych punktów krążka. Zespół gra z pasją i pomysłem, co zdecydowanie działa na jego korzyść. W podobnym duchu utrzymany jest dynamiczny „Arcanist”, oparty na solidnym riffie i nośnym refrenie. Nieco słabiej wypada rozbudowany „The Fire Inside” – jego siedmiominutowa forma okazuje się zbyt rozwlekła. Zdecydowanie lepiej Anubis prezentuje się w szybszych kompozycjach, czego przykładem jest tytułowy „Anthromorphicide” – prawdziwa petarda. Dalej otrzymujemy rozpędzony, power metalowy „Reptile Eyes”, który momentami przywodzi na myśl dokonania Primal Fear czy Gamma Ray. Z kolei „Fanged Angel” jest bardziej brutalny i złowieszczy, z wyraźnymi wpływami thrashu i death metalu. Choć utwór ma potencjał, brakuje mu nieco dopracowania. Energia wraca przy szybkim i przebojowym „My Favorite Cage”, który może kojarzyć się z ostatnimi dokonaniami Bloodorn. To bardzo solidny numer. „Ancient at Birth” również bazuje na wysokim tempie i power metalowej stylistyce. Na zakończenie dostajemy „Battalion” – esencję stylu Anubis. Takie utwory pokazują pełnię możliwości zespołu i pozostawiają bardzo dobre wrażenie.

Anubis nagrał bardzo dobry album, który potwierdza potencjał tej grupy. Zespół umiejętnie balansuje między agresywnym thrash metalem a melodyjnym, przebojowym power metalem, tworząc wybuchową i angażującą mieszankę. Mimo licznych zalet, jest to jednak wydawnictwo nieco słabsze od poprzednika – pojawiają się momenty mniej dopracowane. Niemniej zdecydowanie warto sięgnąć po ten album i wyrobić sobie własną opinię.

Ocena: 8/10

niedziela, 26 kwietnia 2026

GODSNAKE - Inhale the noise (2026)


 

To już 13 lat działalności niemieckiego Godsnake, który ma na koncie trzy albumy studyjne. Najnowsze wydawnictwo, Inhale the Noise, ukazało się 17 kwietnia nakładem Massacre Records. Zespół pozostaje wierny swojej stylistyce, konsekwentnie poruszając się w obrębie melodyjnego thrash metalu z wyraźnymi wpływami heavy i power metalu.

Muzycy wciąż czerpią inspiracje z takich zespołów jak Metallica, Annihilator, Trivium czy DevilDriver. Ich brzmienie łączy nowoczesną produkcję, agresję oraz melodyjność. Nowy album stanowi naturalną kontynuację poprzedniego wydawnictwa, choć można odczuć delikatny spadek formy.

W składzie zabrakło Peter Pietrzyński, jednak mimo tej zmiany zespół radzi sobie całkiem dobrze. Stefan Fuhrhop robi wiele, by materiał był zróżnicowany, dynamiczny i pełen energii — i w dużej mierze mu się to udaje. Nie sposób pominąć wokalisty Torger, który świetnie odnajduje się w tej stylistyce. Jego głos jest jednocześnie agresywny, pewny i pełen ekspresji, co znacząco podnosi jakość całości.

Okładka albumu wypada dość przeciętnie i nie zapada szczególnie w pamięć, za to produkcja stoi na wysokim poziomie — brzmienie jest mocarne, selektywne i dobrze oddaje charakter muzyki.

Jeśli chodzi o zawartość, warto wyróżnić bezpośredni i agresywny „Scream for a Bullet”, oparty na zadziornym riffie i solidnej sekcji rytmicznej. Jednym z najmocniejszych punktów jest melodyjny „Lost and Forgotten”, który ma wyraźny potencjał przebojowy. Tytułowy „Inhale the Noise” to rasowy thrash metal — intensywny, dynamiczny i bezkompromisowy.

Zespół próbuje także bardziej rozbudowanych form, czego przykładem jest sześciominutowy „Enemy of Great”. Kolejnym mocnym punktem płyty jest „Rotten to the Core” – utwór napędzany ciężkim riffem i zagrany z wyczuwalnym rozmachem. W „Place to Call Home” można wychwycić echa solowej twórczości Bruce Dickinson czy Rob Halford – utwór wyróżnia się mroczniejszym klimatem i wpadającą w ucho linią melodyczną.

Bezkompromisowy thrash powraca w „Digital Dumbass”, który momentami przywodzi na myśl dokonania Metallica czy Rage. „Fear Is the Key” prezentuje bardziej klasyczne, heavy metalowe oblicze zespołu — to solidny numer, choć bez większego efektu zaskoczenia. Całość zamyka „The Price We Have to Pay” — agresywny, energetyczny i bardzo udany finał, który pokazuje zespół w jego najmocniejszym wydaniu.

Po trzech latach przerwy Godsnake wraca z albumem wartościowym i dopracowanym. To propozycja dla fanów ciężkich riffów, szybkiego tempa i chwytliwych refrenów. Mimo lekkiego spadku formy względem poprzedniego wydawnictwa, „Inhale the Noise” pozostaje bardzo solidnym materiałem w swoim gatunku.

Ocena: 8/10


środa, 22 kwietnia 2026

WARSENAL - Endless beginnings (2026)


 


Choć kanadyjski zespół Warsenal istnieje już od 14 lat, dotąd nie miałem okazji zetknąć się z jego twórczością. 10 kwietnia wytwórnia Massacre Records wydała trzeci album studyjny zatytułowany Endless Beginnings. Już sama okładka – klimatyczna i mroczna – skutecznie zachęca, by sięgnąć po to wydawnictwo. Warsenal to kolejna formacja poruszająca się w obrębie heavy/speed i thrash metalu, czerpiąca pełnymi garściami z klasyki pokroju Razor, Destruction czy Exciter. Miłośnicy szybkiego, agresywnego, a jednocześnie melodyjnego grania szybko odnajdą się w tej stylistyce.

Siłą napędową zespołu jest bez wątpienia jego lider, Mathieu Rondeau, odpowiedzialny zarówno za partie gitarowe, jak i wokalne. Śpiewa z dużą pasją i charakterystycznym pazurem, nadając kompozycjom wyrazisty, thrashmetalowy sznyt. Jego sposób interpretacji zdecydowanie przypadł mi do gustu. Również od strony gitarowej dzieje się tu sporo dobrego – słychać dbałość o różnorodność, klimat oraz wykorzystanie sprawdzonych, klasycznych rozwiązań. Całość utrzymana jest w oldschoolowym duchu, nawiązującym do płyt z lat 80., co stanowi istotny atut „Endless Beginnings”. Choć album nie wnosi nic przełomowego do gatunku i podąża utartymi ścieżkami, ta wtórność w tym przypadku nie razi.

Już otwierający „Mass Grave Mass” wywołuje dreszcze – to rasowy killer imponujący tempem, melodyjnością i pomysłowymi solówkami. Brzmi niczym zapomniany klasyk z lat 80., stanowiąc mocne wejście. Podobne emocje budzi zadziorny i przebojowy „Flying Fortress”, momentami przywodzący na myśl Enforcer na sterydach. Wyraźnie słychać tu również wpływy New Wave of British Heavy Metal. Najdłuższym utworem na płycie jest „Phantom Hope” – udana kompozycja utrzymana w heavy metalowej konwencji, pełna ciekawych rozwiązań i pozbawiona dłużyzn.

Kolejny numer, „Feeding the Wildfire”, to rozpędzony i agresywny speedmetalowy cios – dopracowany i energetyczny. Następnie pojawia się bardziej thrashowy „The Numbing”, który momentami przywołuje skojarzenia z twórczością Megadeth. Na pochwałę zasługuje również melodyjny i chwytliwy „Dawn Movers”, oparty na energetycznym riffie i nośnych liniach melodycznych – utwór dobrze oddaje potencjał zespołu. Na zakończenie dostajemy dwa nieco dłuższe kawałki – „Onward to Our Death” oraz „Endless Beginnings” – które podtrzymują obrany kierunek stylistyczny. Niestety, pod koniec albumu pojawia się pewna monotonia i brak elementu zaskoczenia.

Mimo kilku niedociągnięć i słabszych momentów, Warsenal prezentuje się bardzo solidnie. Słychać, że muzycy doskonale czują się w tej stylistyce i świadomie ją rozwijają. Dysponują dobrym warsztatem oraz ciekawymi pomysłami, co przekłada się na jakość materiału. To bardzo dobry album w swojej kategorii.

Ocena: 7,5/10

wtorek, 21 kwietnia 2026

KILL OR CURE - The prisoner (2026)


 

Po 12 latach multiinstrumentalista Chris Brookes powraca z nowym albumem swojego zespołu Kill Or Cure. Na scenie metalowej działa od 2006 roku, a grupa ma na koncie dwa wydawnictwa. Najnowszy krążek, zatytułowany "The Prisoner", ukazał się 17 kwietnia i jest propozycją dla słuchaczy ceniących nowoczesny, drapieżny heavy metal z domieszką thrashu i groove metalu. Fundamentem całości są mocne riffy, agresywne zagrywki, przebojowość oraz chwytliwe melodie. To wszystko sprawia, że nowy album Kill Or Cure zdecydowanie zasługuje na uwagę. Dodatkowo stanowi on piękny hołd dla zmarłego gitarzysty Dana Hornera, który brał udział w tworzeniu partii gitarowych.

Jednym z największych atutów zespołu jest jego lider – Chris Brookes. Jego głos to prawdziwa ozdoba płyty. Można odnieść wrażenie, że jest to mieszanka wokalisty Persuader oraz Jo Amore z czasów Nightmare. Da się również wychwycić inspiracje Metalliką, jak i innymi zespołami z pogranicza groove metalu. Formacja porusza się w nowoczesnych brzmieniach, umiejętnie łącząc agresję gitar z wyraźną melodyjnością, co daje bardzo atrakcyjny efekt końcowy.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje także Dan Hepner, który zaprezentował na płycie wysoki poziom umiejętności. To w dużej mierze dzięki niemu album jest zróżnicowany i pełen energii. Szkoda, że nie usłyszymy go więcej w tej roli, jednak pozostawił po sobie wyraźny ślad. Obecnie przejął on dodatkowe obowiązki w zespole. Całość słucha się z dużą przyjemnością – słychać tu pasję oraz przemyślany kierunek stylistyczny. Do ideału jednak nieco brakuje, ponieważ pojawiają się słabsze momenty. Mimo to album jako całość wypada bardzo dobrze.

Już otwierający płytę utwór "Uprising" pozytywnie nastraja – to dynamiczny, pełen energii kawałek zagrany z wyczuciem i rozmachem. Następnie otrzymujemy agresywny, momentami thrashowy "The Working Dead", który imponuje tempem i mocnym riffem. W "Fragments" zespół pokazuje swoje bardziej melodyjne, a zarazem przebojowe oblicze. "The Ascendings" skręca nieco w stronę rocka i ma bardziej komercyjny charakter, jednak przyjemnie buja. Niestety "100 Days" wypada dość blado – utwór nie wnosi wiele do całości i sprawia wrażenie niedopracowanego.

Na szczęście poziom wraca przy "The Remnant", który swoją agresją może przywodzić na myśl dokonania Persuader – to mocny punkt albumu. "The Bitter End" to z kolei energiczny numer utrzymany w stylistyce heavy i thrash metalu, w którym słychać inspiracje Metalliką. Album zamyka melodyjny "My Design", stawiający na klimat i bardziej emocjonalne brzmienie.

Kill Or Cure stworzył album wartościowy, nowoczesny i melodyjny, pełen mocnych riffów oraz chwytliwych momentów. Szkoda jedynie kilku słabszych fragmentów, które nieco obniżają końcową ocenę. Mimo to "The Prisoner" to przemyślana i interesująca mieszanka gatunkowa, której zdecydowanie warto dać szansę.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

THUNDERKILL - Global cataclysm (2026)


 

Nazwa Thunderkill niewiele mi mówiła, ale już sama okładka jasno sugeruje, że czeka nas solidna dawka oldschoolowego thrash metalu. Trzeba przyznać, że grafika przyciąga uwagę i zapada w pamięci – to wyraźny ukłon w stronę estetyki lat 80. Album „Global Cataclysm”, który ukazał się 10 kwietnia, to debiut zespołu tworzonego przez muzyków z Argentyny i Stanów Zjednoczonych. To prawdziwa gratka dla fanów wczesnego Megadeth, Anthrax czy Testament – klasyczny thrash metal w najlepszym wydaniu zawsze znajdzie swoich odbiorców.

Thunderkill to przede wszystkim projekt multiinstrumentalisty Keitha D, odpowiedzialnego za partie gitarowe i basowe. Zespół nie próbuje odkrywać Ameryki na nowo – bazuje raczej na sprawdzonych schematach gatunku. Muzyka bywa więc wtórna i odtwórcza, ale jednocześnie wykonana z dużą pasją i wyraźnym oddaniem dla thrash metalu. Specyficzny wokal Miny może jednak nie każdemu przypaść do gustu – jest agresywny i surowy, choć momentami utrudnia odbiór całości. Nie można mu jednak odmówić zaangażowania – robi wszystko, by materiał kipiał energią i drapieżnością. Ostatecznie album pozostaje spójny i potrafi dostarczyć sporo satysfakcji.

Zespół wyraźnie inspiruje się brzmieniem lat 80. i 90. Surowa, lekko „przybrudzona” produkcja oraz klimatyczna okładka dobrze wpisują się w tę konwencję. Sama muzyka również potrafi wpaść w ucho. Już na otwarcie dostajemy dynamiczny i rozbudowany „Global Cataclysm” – esencję speed/thrash metalu, którą kupuję bez zastrzeżeń. Nawet do mało technicznego wokalu można się z czasem przyzwyczaić.

W „Scorched” pojawia się bardziej heavy metalowy pazur i nieco toporny, ale skuteczny riff – to solidny kawałek, choć wokal ponownie zdradza pewne niedociągnięcia. Klasyczny thrash metal powraca w „Trauma Conditioning”, gdzie Mina stawia głównie na agresję i brutalność, kosztem techniki. Z kolei „Destroyer of Reality” wypada bardziej melodyjnie i różnorodnie, choć i tutaj nie brakuje drobnych mankamentów.

Pozostałe utwory utrzymane są w podobnym klimacie – nawet mroczny, bardziej stonowany „Dismantling the Mechanism” nie zaskakuje, choć wyraźnie nawiązuje do stylistyki Megadeth. Całość wieńczy agresywny „Beyond the Boiling Point”, który skręca nieco w stronę heavy metalu. Pojawia się tu chwytliwa melodia i łatwo wpadający w ucho refren – zespół pokazuje się z bardzo dobrej strony i daje nadzieję na rozwój.

Thunderkill postawił dopiero pierwsze kroki, ale mimo braku doświadczenia i pewności siebie wyraźnie słychać ich miłość do speed i thrash metalu. Zaangażowanie muzyków jest bezdyskusyjne, a przy dalszej pracy – zwłaszcza nad wokalem – formacja ma potencjał, by w przyszłości nagrać naprawdę interesujący materiał. Warto dać im szansę.

Ocena: 6.5/10

piątek, 10 kwietnia 2026

METAL CHURCH - Dead to rights (2026)


 

W historii zespołu Metal Church działo się naprawdę sporo. Była era Davida Wayne’a, później Mike’a Howe’a, a najdłużej miejsce za mikrofonem zajmował Ronny Munroe. W pewnym momencie ogłoszono nawet koniec działalności zespołu i jego swoistą „emeryturę” w 2009 roku. Później jednak grupa ponownie się reaktywowała ze składem z Munroe, aż w końcu powrócił Howe – spełniając marzenie wielu fanów Metal Church.

Album „XI” to jeden z moich ulubionych krążków w dorobku zespołu – w pełni oddaje to, co w nim najlepsze. Szkoda jedynie, że zarówno Mike Howe, jak i wcześniej David Wayne odeszli. Śmierć niestety często dotyka muzyków związanych z Metal Church.

Mimo tych tragedii zespół nie poddał się i zebrał siły na nowo. Wokalistą został Marc Lopes, z którym nagrano równie udany album „Congregation of Annihilation” (2023), przywołujący ducha dawnych wydawnictw.

W 2025 roku pojawiła się natomiast informacja, że Kurdt Vanderhoof praktycznie zebrał nowy skład. Wśród fanów wywołało to pewną konsternację – niewiele było jasne co do powodów tych zmian, które zna zapewne tylko sam Kurdt. Tak narodził się nowy rozdział Metal Church, otwierany albumem „Dead to Rights”. Pytanie brzmi: czy to powrót do korzeni, czy raczej kontynuacja dotychczasowej drogi zespołu?

Każdy z fanów wciąż po cichu liczy na powrót do poziomu debiutu czy „The Dark”. Trudno jednak dorównać perfekcji i wyjątkowej atmosferze lat 80. Metal Church często próbuje nawiązywać do tamtej estetyki – poprzez agresję i thrashmetalowe elementy. Również ostatnie płyty z Marcem Lopesem oraz najnowszy krążek idą w tym kierunku. To dobra cecha, choć jednocześnie można je zestawić z okresem Munroe, choćby z albumami „The Weight of the World” czy „Generation Nothing”.

Obecnie Metal Church brzmi jak na swoich ostatnich wydawnictwach – to mieszanka heavy metalu, thrash metalu i odrobiny power metalu. Nie brakuje mocnych riffów i chwytliwych melodii, choć momentami brakuje tego „iskrzenia geniuszu”. Mimo wszystko jest to album, na który fani czekali od dawna.

Ogromnym atutem jest tu gwiazdorski skład. Na basie pojawił się David Ellefson, który wyraźnie wzbogaca brzmienie zespołu – bas nie brzmiał tak dobrze w Metal Church od lat. Świetną robotę wykonuje również perkusista Ken Mary (Flotsam and Jetsam), wnosząc dynamikę i energię, miejscami ocierającą się o thrashmetalową furię.

Na uwagę zasługuje także wokalista Brian Allen (Vicious Rumors), który idealnie odnajduje się w stylistyce zespołu. Jego głos przypomina Davida Wayne’a, a momentami słychać w nim echa Mike’a Howe’a czy Ronneya Munroe. Wykonuje znakomitą pracę i często maskuje drobne niedociągnięcia instrumentalne. Kurdt.dwoinsienintroi, żeby album był atrakcyjny dla słuchacza pod względem riffów i partii gitarowych.

Okładka momentami sprawia wrażenie generowanej przez AI, ale nadrabia klimatem i bogactwem detali. Brzmienie płyty jest surowe, agresywne i dobrze wpisuje się w thrashmetalową estetykę.

Najbardziej cenię zespoły, które nie bawią się w wstępy i od razu przechodzą do ataku – i tutaj właśnie tak jest. Otwierający „Brainwashed Game” stawia na szybkość, agresję i thrashmetalowy pazur. Słychać w nim echa „Generation Nothing” czy „Reset”. Taki Metal Church zawsze działa na mnie najlepiej – nie dziwi więc, że ten utwór promował album.

Drugi singiel, „F.A.F.O.”, jest najbliższy pierwszym płytom zespołu – mocny riff, thrashmetalowy klimat i bezkompromisowy wokal Briana, który brzmi jak duch Davida Wayne’a. Tytułowy „Dead to Rights” również prezentuje się klasycznie – ma w sobie coś z „Hanging in the Balance”, ale też z ery Munroe. To jeden z najlepszych utworów na płycie.

Deep Cover Shakedown” to nieco bardziej toporne połączenie heavy i thrash metalu – typowy, rozpoznawalny Metal Church. „Feet to Fire” stawia z kolei na bardziej melodyjną stronę, choć brakuje mu nieco energii znanej z wczesnych lat. Mimo to słucha się go bardzo przyjemnie.

Thrashowy charakter powraca w rozpędzonym „The Show”, który momentami przywołuje klimat „The Dark”. Z kolei „Heaven Knows” wyróżnia się świetnym wejściem Kena Mary’ego i dobrze wyważoną mieszanką energii oraz melodii.

„No Memory” to kolejny klasyczny numer w stylu Metal Church – bez większych niespodzianek, ale solidny. W „Wasted Time” pojawia się pewna powtarzalność i schematyczność znana z ostatnich lat, choć Brian Allen ponownie ratuje sytuację swoim wokalem. Finałowy „My Wrath” stawia na tempo i agresję, stanowiąc bardzo dobre domknięcie całości.

Patrząc na bogatą dyskografię Metal Church, można śmiało stwierdzić, że nowy album plasuje się wśród ich lepszych wydawnictw. Jest tu więcej thrashmetalowej energii, więcej dynamiki i ogólnej drapieżności. To wciąż Metal Church znany z ostatnich lat, ale w bardziej dopracowanej i wyrównanej formie.

Płyta jest bardzo dobra, a momentami wręcz świetna. Pozostaje jednak lekkie rozczarowanie – przy tak gwiazdorskim składzie można było oczekiwać absolutnego albumu roku. Tym razem się to nie udało.

Ocena: 9/10