piątek, 4 września 2026

MAD MAX - Stories Of destiny (2026)

45 lat na scenie zobowiązuje. Mad Max to przecież zespół, który swoją historię rozpoczął jeszcze w 1981 roku i przez kolejne dekady zdążył wypracować własne miejsce na mapie europejskiego hard rocka i melodyjnego heavy metalu. „Stories Of Destiny” miało być więc nie tylko kolejnym albumem, ale również swoistym podsumowaniem dotychczasowej drogi i spojrzeniem w przyszłość. Płyta miała swoją premierę 4 września i niestety, w moim odczuciu, ta historia tym razem nie brzmi szczególnie przekonująco.
Okładka od razu przyciąga uwagę i sugeruje, że szykuje się nam soczysty heavy metal utrzymany w klimacie lat 80. Niestety, zawartość albumu nie do końca koresponduje z tym, co obiecuje szata graficzna. Doświadczony niemiecki zespół tym razem wyraźnie rozczarowuje.

W latach 80. Mad Max potrafił nagrywać ciekawe i godne uwagi albumy, dlatego tym bardziej szkoda, że „Stories Of Destiny” nie dorównuje najlepszym momentom w dorobku formacji. Największym problemem jest tutaj przewidywalność. Mad Max porusza się po dobrze znanych ścieżkach hard rocka i AOR-u, ale zamiast wykorzystać wieloletnie doświadczenie do stworzenia materiału z charakterem, często otrzymujemy kompozycje brzmiące jak powrót do sprawdzonych patentów.

Melodie są bezpieczne, riffy niespecjalnie zaskakują, a kolejne utwory nie zawsze mają wystarczającą siłę, aby utrzymać uwagę słuchacza. Szkoda, że zespół tak mocno oddalił się od klasycznego heavy metalu i coraz wyraźniej podąża w stronę hard rocka oraz AOR-u. Owszem, zdarzają się przebłyski dawnej formy, jednak cały album został w dużej mierze obdarty z emocji i metalowej mocy. Dominuje lekkość, melodyjność i komercyjny sznyt, podczas gdy brakuje ciężaru oraz charakterystycznego pazura.

Dużym znakiem zapytania pozostaje również nowy wokalista. Alan Clark to nowy nabytek w szeregach Mad Max. Bez wątpienia posiada rockową barwę i warsztat odpowiedni do tego typu muzyki, ale jego głos nie do końca przekonuje mnie w repertuarze zespołu. Trudno również uniknąć porównań z poprzednimi wokalistami. Brakuje mu jeszcze tego charakterystycznego pierwiastka, który nadałby nowej odsłonie Mad Max własną tożsamość.

Na plus zdecydowanie należy zapisać produkcję. Brzmienie jest przejrzyste, odpowiednio osadzone w stylistyce albumu, a gitary mają właściwą moc. Wszystko zostało wykonane profesjonalnie. Problem tkwi jednak nie w realizacji, lecz przede wszystkim w samych kompozycjach. Jest melodyjnie, gitarowo i momentami bardzo klasycznie, ale kiedy próbujemy znaleźć utwory, które naprawdę zostają w głowie, zaczynają się schody.
I właśnie tutaj pojawia się najważniejsze pytanie: gdzie są emocje? Gdzie jest heavy metalowa moc? Gdzie są przeboje?

Silver”, „Weapons Of Love” czy „Keep You Alive” pokazują, że zespół nadal potrafi stworzyć klasyczny hardrockowy numer. Nie są to jednak kompozycje, które potrafią porwać od pierwszych sekund. Jest poprawnie, momentami nawet całkiem przyjemnie, ale zdecydowanie brakuje większego ognia. Całość jest zbyt spokojna i zbyt mocno zakorzeniona w rockowej formule.

Nieco ostrzej zespół prezentuje się w „Piece Of Candy”, ale ten numer brzmi momentami trochę komicznie i jakby został nagrany na siłę. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie pierwotna wersja utworu, która pojawiła się na pierwszej EP-ce zespołu.
Znacznie lepiej wypada „Till The End Of Time”. Tutaj balansowanie pomiędzy heavy metalem a hard rockiem wychodzi zespołowi zdecydowanie na dobre. Słychać pewne echa Dio czy Dokken, co działa na korzyść kompozycji i nadaje jej bardziej klasyczny charakter. To jeden z tych momentów, w których Mad Max pokazuje, że nadal potrafi stworzyć coś interesującego.

Lekki i przyjemny dla ucha jest hardrockowy „Bullet”. To niezły, melodyjny numer, ale ponownie — daleko mu do ideału. Dobrze buja również nieco mroczniejszy „She Was Mine”, choć tutaj również pozostajemy w ramach hardrockowej stylistyki. W tym przypadku klimat lat 80. i pewna szczerość w podejściu do kompozycji zdecydowanie działają na plus.

Niestety, takich momentów jest tutaj zdecydowanie za mało. „Stories Of Destiny” nie jest albumem tragicznym ani całkowicie nieudanym. To po prostu przeciętna płyta doświadczonego zespołu, który tym razem nie wykorzystał drzemiącego w nim potencjału. Fani klasycznego hard rocka z pewnością znajdą tutaj kilka ciekawych fragmentów, ale jeśli ktoś oczekuje od Mad Max kolejnego mocnego punktu w dyskografii, może poczuć spory niedosyt. Tym bardziej szkoda, bo okładka jest naprawdę piękna i buduje oczekiwania wobec zawartości. Niestety, muzyka nie dorównuje jej poziomem i nie oddaje w pełni klimatu, który sugeruje szata graficzna. Po 45 latach działalności można oczekiwać czegoś więcej.

Ocena : 4/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz