Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rocka Rollas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rocka Rollas. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

ROCKA ROLLAS - Celtic Kings (2018)

Rocka Rollas to jeden z najlepszych szwedzkich zespołów heavy metalowych ostatnich lat i szkoda tylko, że działał przez 9 lat. Początkowo był to projekt Ceda Forsberga, który jest multi instrumentalistą i prawdziwym muzycznym geniuszem. To on odpowiadał za komponowanie i za nagrywanie poszczególnych partii. Z czasem Rocka Rollas urósł do roli prawdziwego zespołu i z każdym albumem byli co raz to lepsi. Dyskografię w 2015 r zakończył album "Pagan Ritual", który był majstersztykiem w gatunku heavy/speed/power metalu. Ceda rozwinął się jako wokalista i gitarzysta. Pomimo wielu projektów jak Mortyr, Lector, czy Blazo stone udało mu się rozwinąć pod każdym względem Rocka Rollas. Przez długi czas to właśnie Rocka Rollas był głównym projektem Ceda, ale z czasem jednak zaczął się skupiać na innych projektach.  W 2016 r dołączył z Emilem do The Storyteller, czyli do wysokiej klasy kapeli. To był czas w którym Ced ogłosił, że to koniec Rocka Rollas. To był szok dla wszystkich fanów, zwłaszcza że była przygotowywana płyta o podniosłym tytule "Celtic Kings". Był znany utwór "Riding Wild", który przypominał najlepsze lata Running Wild. W tamtym czasie również była znana okładka nadchodzącego dzieła Rocka Rollas, jednak koniec zespołu wszystko pokrzyżował. Dopiero w roku 2017 wrócił temat płyty "Celtic Kings" i choć Rocka Rollas to zamknięty rozdział, to udało się zebrać siły i zespół by wybrać się w tą pożegnalną podróż i wydać album, który jest w stanie namieszać na rynku muzycznym.

"Road of Destruction" i "Pagan Ritual" to płyty dopracowane i w zasadzie perfekcyjne. Mają w sobie sporo energii, mocnych riffów i chwytliwych przebojów. To encyklopedyczny przykład jak grać na wysokim poziomie heavy/speed/power metal. Ced pokazał nie raz, że jest geniuszem i perfekcjonistą pod każdym względem. Pracę nad "Celtic Kings" trwały sporo, zwłaszcza jeśli chodzi o aspekt brzmienia. Długo Ced pracował, by dojść do zadowalającego efektu.  Ciężka praca opłaciła się, bo w efekcie dostajemy prawdziwe dzieło, które śmiało można wpisać do historii heavy/speed/power metalu. To jest płyta, która można wstawić obok wielkich dzieł, to płyta która potrafi szokować i zapaść w pamięci. Przede wszystkim to album pełen ciekawych motywów gitarowych, epickich refrenów, dużej liczby przebojów, a także album które ukazuje piękno tego gatunku. Jeśli "Celtic Kings" ma być zwieńczeniem Rocka Rollas i zarazem albumem pożegnalnym, to lepiej nie można było tego zrobić.

Niby jest wszystko co na  ostatnim albumie, ale słychać że album jest o kilka klas wyżej. Więcej dynamiki, więcej tutaj pazura, a zarazem epickiego charakteru. Killer goni killer i nie znajdziemy tutaj słabych punktów. Na sam start mamy energiczny "The price o Vengeance" i tutaj można poczuć moc speed/power metalu. Mocny riff, niezwykła przebojowość od razu dają się we znaki. Ced imponuje na pewno od samego początku znakomitą formą wokalną. Te wysokie rejestry są po prostu wyborne. Krótki i treściwy "From Blackened Skies" można śmiało wpakować do świata Blazon Stone. Słychać gdzieś te echa Running Wild. Utwór bardzo szybki, dynamiczny i zarazem agresywny. Dawno nie słyszałem takiej petardy."To the Gallows" to kawałek, który wyróżnia się rytmicznym i pomysłowym riffem. Niezwykle ciekawe wypada też sfera zwrotek, gdzie Ceda ma spore pole do popisu, jeśli chodzi o wokal. Podniosłe chórki idealnie się tutaj sprawdzają. Kolejnym hitem na płycie jest urozmaicony "The last day of light", gdzie słychać echa starego Helloween, Running wild, a nawet Gamma ray.Mimo skojarzeń Ced trzyma się swojego stylu i nie kopiuje bezczelnie innych. "Fallen Gods" to jeden z najmocniejszych kawałków na płycie i utwór ma w sobie echa starego Gamma Ray. Agresywny riff idealnie współgra z epickim refrenem. Ced upiększył utwór licznymi melodiami, przez co kawałek w żaden sposób nie nudzi, wręcz cały czas dostarcza sporo emocji.Jeśli chodzi o agresję i szybkość to w czołówce mieści się na pewno zadziorny "To the mountains of dead", który znów zaskakuje niezwykle ostry riffem i agresywnym wydźwiękiem. Nie ma czasu na odpoczynek, bo cały czas Ced dostarcza nam energiczne killery, które zwalają z nóg. Płytę promowały w zasadzie dwa kawałki, a mianowicie rozpędzony i niezwykle przebojowy "Knights of Valor" oraz przesiąknięty Running Wild petarda "Riding Wild". Ten ostatni kawałek nabrał nowego charakteru, więc nieco się różni od pierwotnej wersji. Na koniec mamy to na co wszyscy czekali, czyli kolos autorstwa Ceda. Tytułowy "Celtic Kings" to 13 minutowy kawałek, który śmiało można postawić obok najlepszych kolosów w dziejach heavy metalu. Słychać inspirację "Halloween"Helloween, "Rime of Ancient Mariner" Iron Maiden czy "Treasure Island" Running Wild. Kompozycja jest epicka, urozmaicona i bardzo dojrzała. Tutaj jest sporo ciekawych przejść, chwytliwych melodii i godnych uwagi popisów gitarowych. Ced dla lepszego efektu zaprosił kilku wokalistów, którzy upiększają ten kawałek. Jest Erik z Blazon Stone, Lg Person z The Storyteller,Marcus z Starblind,Kimmo z Spellwitch,Joe liszt z Hellhound,Philip Forsell z Antham, czy Mikey Steel z Stormburner. Jednym słowem cała rodzina Stormspell w jednym kawałku. Ced wygrywa tutaj naprawdę imponujące solówki i jak dla mnie jest to najlepszy utwór jaki Ced stworzył. Czysta magia i kwintesencja jego stylu. Świetne podsumowanie świetnej płyty i idealne zakończenie dla kapeli, która już nie istnieje.

"Celtic Kings" to płyta, która jest najlepszym dziełem Ceda pod szyldem Rocka Rollas i bez wątpienia jeden z najlepszych dzieł jakie stworzył. To płyta epicka, dynamiczna i bardzo przebojowa. Takiej płyty nie powstydziłby się Running Wild czy Iron Maiden. Klasa sama w sobie i przykład, że można w dzisiejszych czasach nagrać płytę genialną pod każdym względem. Szkoda tylko, że wraz z "Celtic Kings" kończy się historia Rocka Rollas. Dobre jest to, że Ced nie kończy z muzyką, bowiem jest Blazon Stone, The Storyteller czy Runelord, który w tym roku wydał świetny debiut. Śmiało można postawić ten album obok tegorocznego Judas Priest czy Axel Rudi Pella. Jednym słowem poważny kandydat do płyty roku.

Ocena: 10/10

środa, 25 listopada 2015

ROCKA ROLLAS - Pagan Ritual (2015)

Najbardziej zapracowany muzyk w metalowym światku? Bez wątpienia Ced z szwedzkiego Rocka Rollas. Dał się nam poznać jako geniusz muzyczny, który ma głowę pełną świetnych pomysłów, które stara się urzeczywistnić. Do tego też wykorzystuje różne zespoły, czy też projekty muzyczne. Dał nam się poznać w doom metalowym Lector, w thrash metalowym Mortyr, dał światu BlazonStone czyli godnego następcę Running Wild, odnajduje się w klasycznym metalu co potwierdził w Cloven Altar, w dodatku jest specjalistą tworzenia power metalu w stylu Blind Guardian czy Gamma Ray co udowodnił na dwóch albumach solowego projektu Breitenhold. Jednak od samego początku jego głównym projektem, obecnie zespołem z krwi i kości jest Rocka Rollas. To już 4 albumu zarejestrował z tym zespołem, to od niego wszystko się zaczęło. Obecnie nie jest to już działanie na każdym polu. Ced zajmuje się tylko gitarą, komponowaniem i wokalem. Obowiązki zostały rozdzielone i Rocka Rollas podniósł poprzeczkę jeśli chodzi o jakość swojej muzyki. Już „The Road to Destruction” był produkcją wysokich lotów, to jednak „Pegan Ritual” przebija tamte wydawnictwo pod względem klimatu, przebojowości i jakości muzyki.

Mroczna, oddająca klimat płyty okładka to jeden z atutów tej płyty, ale Ced przyzwyczaił już nas do tego, że jego płyty wyróżniają się ciekawą szatą graficzną. Brzmienie jakie skonstruował Ced jest też wyborne i w pełni współgra z tym co przygotował dla nas Ced. Jest to wycieczka po klasyce heavy/speed metalu jak i power metalu. Jest to podróż w rejony znane, które gdzieś nam już się obiły o uszy, przy okazji takich zespołów jak Crystal Viper, Enforcer, Gamma Ray, Running Wild, Blind Guardian czy Helloween. Ced stawia na klasykę i im składa hołd. Co ciekawe nie jest to kolejny bezmózgi klon, a szczere granie wzorowane na tradycyjnych rozwiązaniach z lat 80. Na płytę trafiło 8 utworów utrzymanych w podobnym stylu i konwencji. Na pierwszy strzał idzie tytułowy „The punic Wars”, który rozpoczyna się ciekawą partią basową, a potem dołączają charakterystyczne gitary i zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Speed/power metalowe łojenie na wysokim poziomie. Mroczniejszy klimat pojawia się w energicznym „Gaulic Boare”, w którym są pewne echa Running Wild, ale to nic dziwnego, bo Ced jest pod wielkim wpływem tego zespołu. Stary Blind Guardian czy Gamma Ray wybrzmiewa z szybkiego i agresywnego „Demigod”. Prawdziwą perełką na płycie jest rozbudowany „Lost in the Enchanted Forest” w którym Ced miesza style Blind Guardian i Running Wild. Dzieje się tutaj sporo, ale to jest to z czego słynie Ced, a mianowicie z świetnych pomysłów. Tutaj są przede wszystkim świetne solówki i przejście. Ciekawe jakby Cedowi by wyszedł kolos przekraczający 10 minut? Kto wie może kiedyś się doczekamy takiego progresywnego kawałka w jego twórczości. Większa dawka klimatycznego grania w stylu Blind Guardian jest w tytułowym „Pegan Ritual”, który jest jednym z najlepszych kawałków Rocka Rollas w ich całym dorobku. Rocka Rollas potrafi odnaleźć się też w rycerskim graniu co pokazuje w przebojowym „Viking Lord”, który miesza echa Crystal Viper, Grim Reaper, Manowar, Hammerfall, czy Running Wild. To jest klasyka na najwyższym poziomie. Tak się gra heavy/speed/power metal moi drodzy i reszta może się tylko uczyć od Ceda jak to się robi. Jeszcze bardziej pomysłowy wydaje się być energiczny „the Swordsman Rise”, który przypomina taki stary klasyczny heavy/speed metal z lat 80. Mam tu na myśli taki Crossfire czy Grim reaper. Na plus działa też epicki, taki wręcz rycerski refren, który sprawdzi się podczas koncertów Rocka Rollas. Całość zamyka kompozycja „Call of The Wild”, który mogłaby trafić na nowy album Blazon Stone, bo sporo w niej z Running Wild.

Rocka Rollas rośnie w siłę, a Ced staję się osobą kultową, która zapisała się w historii heavy metalu. Nie tylko chodzi tutaj o pracowitość Ceda, jego talent komponowania świetnych kawałków i nagrywania w miarę szybko swoich albumów. Chodzi tutaj o tworzenie wartościowej muzyki z kręgu speed/heavy/power metalu i to na wysokim poziomie. W dodatku jeszcze w takiej ilości, że starcza na 4 zespoły. To się nazywa moi drodzy geniusz. Rocka Rollas znów nagrał album energiczny, niezwykle dynamiczny i pełen przebojów. W odróżnieniu od poprzednich krążków wyróżnia go dojrzałość, urozmaicenie i niezwykły klimat. Czekamy na więcej muzyki tworzonej przez Ceda. Jego rytuał dopiero się zaczął.

Ocena: 9.5/10

sobota, 29 listopada 2014

ROCKA ROLLAS - The Road To destruction (2014)

Pewien etap dla szwedzkiego Rocka Rollas zakończył się. Zespół przestał być jakby jednoosobowym projektem genialnego muzyka o imieniu Ced. Rocka Rollas przestał już też być niedoświadczonym zespołem szukającym swojego miejsca w metalowej scenie. Rocka Rollas zaczął nowy rozdział.

Teraz jest to kapela z prawdziwego zdarzenia. Ced dalej jest mózgiem całej operacji, dalej odgrywa najważniejszą rolę. Komponuje, układa linie melodyjne, śpiewa, gra na gitarze, ale nie robi wszystkiego sam. Dobrał sobie przyjaciół i razem stworzyli zespół, a to zawsze zmniejsza brzemię jakie ciąży na Cedzie. W końcu nasz bohater jest jednym z najbardziej zapracowanych muzyków jakich znam. Poza Rocka Rollas były prace nad Breitenhold i Blazon Stone. Tak więc przerodzenie się z jakby z muzycznego projektu w zespół, który jest złożony z 4 muzyków, w zespół który gra koncerty jest wielką zmianą. Jeszcze większa zmianą jest poziom prezentowanej muzyki. Pierwszy album Rocka Rollas był dobry, ale można było odczuć że to rozgrzewka i że Ceda stać na znacznie więcej. „Metal strikes Back” już był o kilka klas wyżej i tylko potwierdził, że trzeba z Rocka Rollas liczyć się. Może jest to zespół, który szuka inspiracji w latach 80, pośród płyt takich zespołów jak Running Wild, Iron Maiden czy Judas Priest. Może jest to kolejna kapela pokroju Skull Fist, Striker czy Enforcer, która nie wnosi nic nowego, ale na próżno szukać takiej kapeli jak Rocka Rollas, która gra tak prosto z serca, która idealnie przypomina lata 80 i która cały czas się rozwija i to na lepsze. Trzeci album” The Road To Destruction” jest jeszcze ciekawszym albumem w porównaniu do dwóch poprzednich wydawnictw, które już były bardzo dobre. Jest więcej energii, jeszcze większa dawka przebojowości, jeszcze bardziej dopieszczony materiał. Bardzo dobrze wpasował się wokal Ceda w całość i nie trzeba tutaj już nikogo zatrudniać, by pełnił tą rolę. Teraz ta muzyka jeszcze bardziej brzmi charyzmatycznie, teraz nie da się tego pomylić z innym zespołem. Brzmienie zostało takie jak było na poprzednim albumie, co oczywiście trzeba uznać za plus. Również i frontowa okładka jest czystym majstersztykiem i hołdem dla true metalowych okładek o rycerskim charakterze. Ced nie zawiódł i stworzył 44 minuty naprawdę wysokich lotów heavy/speed metal.

Zaczyna się klimatycznie bo od krótkiego intra w postaci „The gathering” i tutaj można nawet porównać ten instrumentalny kawałek do kultowego „The Hellion” Judas Priest. Szybko przechodzimy do „Curse of Blood” i tutaj mamy do czynienia z klasycznym metal najwyższej próby. Riff jest energiczny, zagrany z pomysłem i klimat Agent Steel czy Running Wild od razu się rzuca. Aczkolwiek melodyjność zabiera nas w rejony Iron Maiden czy Judas Priest. Brzmi to tak naturalnie, klasycznie, że wręcz ciężko w to uwierzyć. Solówki są tutaj atrakcyjne i takie zagrane z polotem. Jeszcze ciekawszy jest w tym wszystkim wokal Ceda. Brzmi trochę jak Kai Hansen z czasów Helloween, co bardzo mi się podoba. Lata 80 wybrzmiewają w glorii i chwale w takim rozpędzonym „The Road To Destruction”. Niby oklepany riff rodem z Running Wild czy Crystal Viper, ale ma to swój urok. W tym kawałku dzieje się sporo choć to tylko 5 min. Najciekawsze są tutaj popisy gitarowe i Ced to geniusz. To co on wygrywa przyprawia o dreszcze. Każdy fan solówek i ostrych riffów, będzie piał z radości. Ciężko dzisiaj właśnie o taki szczery przekaz, o taką radość w muzyce i taką właśnie lekkość. Robi to ogromne wrażenie. „Firefall” to utwór bardziej stonowany, bardziej true metalowy i nieco bardziej epicki. Kto lubi Hammerfall czy Manowar, ten zakocha się w tym bojowym refrenie. Dobrze wpasowany został w to wszystko riff rodem z starych płyt Accept. „Darkheart” to również rycerski heavy/speed metal i tutaj można wyłapać mieszankę niemieckiej sceny i amerykańskiej. Już widzę ten utwór na stale w setliście koncertowej. Rocka rollas podkręca tempo w melodyjnym „A Wave of Firestorms” i do takiego grania już Ced na przyzwyczaił. To jest znak rozpoznawczy tej grupy. Podoba mi się środkowa część i pojedynki na solówki. Nowy album promował kawałek „The War of Steel Has Begun” i uważam, że to był strzał w dziesiątkę. Ten utwór oddaje w pełni klimat nowego dzieła, to 100 % Rocka Rollas i jeden z najlepszych kawałków tej grupy. Nie mogło zabraknąć kawałka przesiąkniętego Running Wild i „Guardians of The Oath” to krótki i bardzo treściwy utwór, który zabiera nas do czasów „Death or Glory”. Na koniec mamy cover Magnum czyli „Kingdome of Madness”.

Nie ma czasu na ballady, na nie potrzebne eksperymenty. Jest tylko heavy/speed metal i tylko to się liczy. Za to kocham Rocka Rollas. Kawał dobrej roboty znów odwalił Ced, ale jego albumy zawsze są na wysokim poziomie. Jest spory krok na przód w muzyce Rocka Rollas i czekam na kolejne wydawnictwa, które jak wiemy już są w fazie przygotowywania. Jeden z najbardziej metalowych albumów roku 2014 i to jest fakt.

Ocena: 9/10

P.s Podziękowania dla Ceda za możliwość posłuchania i napisania tej recenzji

niedziela, 15 września 2013

ROCKA ROLLAS - Metal Strikes Back (2013)

Pamięta ktoś debiut szwedzkiego Rocka Rollas z roku 2011? Ci którzy nie pamiętają, to wspomnę że „The War Of Steel Has Begun” to była bardzo dobra mieszanka heavy/power/speed metalu z wyraźnymi wpływami Running Wild, Accept, Iron Maiden czy Judas Priest. Od tamtego krążka minęły dwa lata i lider zespołu Ced powraca z nowym albumem zatytułowanym „Metal Strikes Back”.


Jeśli ktoś myśli, że Ced zmienił styl, poszedł w kierunku innych rejonów muzycznych niż tych wyznaczonych na debiucie ten może czuć rozczarowanie. „Metal strikes Back” to nic innego jak kontynuacja stylu i schematów wyznaczonych na debiucie. Nacisk na chwytliwe, niezbyt wyszukane melodie zakorzenione w metalu lat 80. Oczywiście konstrukcja nie odbiega od tego co było na debiucie, tak więc szybka sekcja rytmiczna, spora ilość ciekawych zagrywek gitarowych, melodyjnych solówek, czy zadziornych riffów. Wszystko co niezbędne by stworzyć bardzo dobry album metalowy jest tutaj zawarte, a nawet więcej. Nie zawsze udaję się zawrzeć na płycie emocje, pasję do muzyki, miłość do metalu i radość z samego grania, a Rocka Rollas to zawarł. Ced i Rocka Rollas czuje się dobrze w heavy/ speed/ power metalu zakorzenionego w latach 80 i to słychać na płycie niemal od samego początku aż do ostatniej minuty. Choć stylistycznie „Metal strikes Back” nie odbiega od debiutu, to jednak jest to wydawnictwo bardziej dojrzałe i nie chodzi tutaj tylko o kompozycje. Przede wszystkim brzmienie jest bardziej soczyste i dopieszczone, Ced jakby tez bardziej rozwinął swoje umiejętności, a wokalista Joe Liszt brzmi tez lepiej niż Josef z debiutu. Poza tym wszystkiego jest tutaj jakby więcej. Więcej energii, więcej ciekawych pomysłów, melodii, wszystko bardziej zgrane i przemyślane. Czego można chcieć więcej? Hitów, które zapadają w pamięć. Takowych tutaj nie brakuje i najlepszym tego przykładem jest melodyjny „Warmachine From Hell” czy zadziorny „Weaponizer” który nasuwa twórczość Judas Priest. Nie brakuje też kawałków, które są przesiąknięte Running Wild i przykładem tego jest taki „Sword Raised in Victory” który brzmi jak drugi „The battle Of waterloo”.Echa Running Wild słychać też w szybkim „Blazing Wings”. Materiał jest urozmaicony co potwierdza bardziej stonowany, wręcz hard rockowy „Metalive”. Wrażenia wywarte przez kawałki wspiera również niezwykle klimatyczna szata graficzna, która znakomicie oddaje zawartość.

Jesteście gotowi na ponowny atak metalu w wykonaniu Rocka Rollas? Czy jesteście gotowi na kolejną porcję mocnego, solidnego heavy metlau w stylu Judas Pirest czy Running Wild? Czy brakuje wam grania z pasją i z radością? Czujecie nie dosyt pod względem płyt zakorzenionych w metalu lat 80? A może po prostu nie potraficie znaleźć płyty na dobrym poziomie, gdzie pełno jest dobrych melodii i hitów? Jakikolwiek problem byś nie miał, rozwiązaniem jest nowy album Rocka Rollas.

Ocena: 8/10

czwartek, 18 sierpnia 2011

ROCKA ROLLAS- The war of steel has begun (2011)

Kocham granie w stylu lat 80, granie heavy/ speed metalu. Na takim graniu się wychowałem. Zawsze przyjmuje z otwartymi rękami zespoły, które grają pod Iron Maiden, Running Wild, Accpet, Grim Reaper czy Crossfire. Tak ostatnio szperałem w necie i natrafiłem na zespół Rocka Rollas. I jedyną informację jaką znalazłem to że są ze Szwecji i że właśnie wypuścili za pośrednictwem wytwórni Stormspell records debiutancki album - „The war of Steel has Begun”. To jest po raz kolejny dowód na to, że co raz więcej grania pod lata 80, nie trzeba daleko szukać, Striker , Enforcer, Crystal Viper, teraz jeszcze dochodzi Rocka Rollas. Jasne, wtórne granie, jasne że oparte o sprawdzone patenty, ale satysfakcja z odsłuchu tym razem gwarantowana. Jest miks surowości, miks melodii, porywającej sekcji rytmicznej i sporo bojowych i zachwalających heavy metal refrenów. Okładka która przedstawia opancerzony czołg strzelający we wszystkie strony sugeruje raczej thrash metal niż heavy speed metal, ale cóż znów można zauważyć adnotację do lat 80.

Już od pierwszych dźwięków słychać że mamy granie wzorowane na latach 80. Otwieracz „Dark Future” i słychać tutaj pierwsze albumy Running Wild, ale nie tylko bo można też usłyszeć Warlock, Iron Maiden i także wiele innych znanych zespołów. Nie ma może w tym utworze jak i w całym albumie jakieś oryginalności, ale nie tego się od nich oczekuje. Zespół stawia na sprawdzone patenty i robi to w sposób bardzo dobry. Enforcer i te inne zespoły, muszą ustąpić miejsca szwedom. Riff pełen agresji, drapieżności i dynamiki. Ale tutaj melodia gra pierwsze skrzypce. Muzycy odwalają kawał porządnej roboty, szkoda że nie mogłem znaleźć nigdzie nazwiska wokalisty, bo jest tutaj znakomity. Brzmi nieco jak młody Matos, choć też nasuwają się też inni śpiewacy. Solówki podobnie jak w latach 80 były podłożem i gruntem większości albumów, to one nie raz wyciągały albumy na lepszy poziom. Tak jest i tutaj. Są one melodyjne i odegrane z polotem wygrywając za każdym razem jakieś atrakcyjne melodie. Pierwszy killer zaliczony. Running Wild daje o sobie znać w „Metal The Possers to death”. Oczywiście słychać to w sekcji rytmicznej, w riffie, w całym brzmienie. Zaś niektóre melodie wygrywane przez gitarę prowadzącą można podczepić pod żelazną dziewicą. Ostatnio sporo spotykam zespołów które zapożyczyły swoje granie z Running Wild. Nie raz wychodzi to dobrze, nie raz źle. Najczęściej brakuje tego ducha, brakuje tej pasji do grania i pomysłowości. Tutaj tym razem jakby nieco ciężej, nieco surowiej, ale koncepcja ta sama, melodyjne granie w latach 80 i to bez jakiś kombinacji. Refreny proste i do tego chwytliwy, słuchając tego kawałka miałem wrażenie, że ta płyta wyszła naprawdę w latach 80. „Barbaric Attack' to też niemiecka szkoła grania heavy metalu. Mammy Accept w początkowej fazie, a także piracką banderę Kasperka w sekcji rytmicznej. Refren brzmi bardziej w stylu kapel thrashmetalowych, a może kolejna inspiracja? Bardzo fajna solówka, taką jaką lubię, melodyjną i energiczną. Wokalista już od pierwszych sekund wkradł się w moje łaski. Brzmi znajomo, świetnie sobie radzi w górkach, gdzie potrafi wyciągnąć głos, a także w niskich, gdzie potrafi nieco mocniej zaśpiewać. 100 % Running Wild i niczym cover owego zespołu brzmi „Fight For lord” tym razem nie tylko sekcja rytmiczna brzmi jak niemiecki zespół, ale sam riff wyjęty z działalności zespołu. Znów prostota przez cały utwór, choć tym razem kompozycja bardziej buja, jest bardziej radosna, bardziej melodyjna i taka utrzymana w skocznym tempie. Mój numer 1. Accept i Running Wild spotykają się w „More metal than the steel” i tym razem kawałek utrzymany w średnim tempie, bardziej bojowo, bardziej rycersko i coś z Manowar zostaje przeplecione. Brakowało mi ostatnio takich kompozycji. Prostota jest tutaj źródłem energii i jest tym co przekonuje słuchacza. Wszystko ostatnio stara się grać rozmachem, grać nowocześnie i grać co raz to dziwniej. Rocka rollas ma inne poglądy, gramy swoje, proste heavy/speed metalowe granie nie patrząc się na nikogo. Dla jednych takie granie które mogłoby się idealnie prezentować w latach 80 będzie świetną podróżą w przeszłości, a dla drugich będzie to kicz i prehistoryczne granie. Prawdziwą taką petardą w stylu Warlock, Accept i X-wild jest „heavy metal Machine” i tym razem wokalista śpiewa nieco ostrzej, ale dalej piszczy i dalej fajnie wyciąga górki, i to jest prawdziwy lider zespołu. Szybki i drapieżny riff, jednak melodii nie brakuje jak i nieco surowości. Solówki na tym utworze brzmią jak Pretty Maids na albumie Red, Hot and heavy. Urocze są po prostu. Znów Running Wild czy Warlock daje o sobie stać „Metal of Steel” i tym razem nieco słabsza kompozycja, pomimo świetnie bujającego riffu, ale refren nieco kładzie kompozycję. Już o wiele lepiej prezentuje się kolejna taka petarda - „Road warrior” i tutaj znów rycersko, bojowo, znów szybko i dynamicznie. Sporo popisów gitarowych jak na 3 minutowy kawałek. Kolejna mocna pozycja na albumie. „Warriors of steel and metal” i nie jest to nic innego niż te poprzednie kompozycje. Znów dynamika, agresja, bojowość, chwalenie metalu i melodyjność. Agent steel i Running Wild jak najbardziej na miejscu w tym wypadku. W ostatniej kompozycji tj „Heavy Metal Kings” spodziewałem się więcej Manowar, a jest więcej Running Wild, nawet Stormwarrior. Prosty i może kiczowaty refren jak i riff, ale czyż inne było granie w latach 80? Ja tam kupuje to brzmi to fantastycznie. Końcowa melodia to czyste Running Wild.

Wytwórnia stormspeel gromadzi pod swoimi skrzydłami mało znane zespoły i nie inaczej jest z debiutującym Rocka Rollas. Zespół nie dba ani o karierę czy też sławę, bo w innym przypadku mieliby własną stronę, jakieś informację czy coś. A tak mamy szwedzki zespół grający wtórny speed/heavy metal i trzeba dodać, że bardzo dobry. Nie ma silenia się na coś co im nie leży, nie udają nikogo, grają tylko pod te zespoły, które miały wielki wpływ na nich. Słychać dużo niemieckiej sceny heavy metalowej, najwięcej Running Wild co mnie bardzo ucieszyło bo kocham ten zespół, a skoro już zakończyli działalność to ja wciąż szukam zespoły grające podobnie. A Rocka Rollas od dziś będą do nich zaliczał. Nie znajdziecie tutaj świeżości, czy nowoczesności, ale szczerość i miłość do heavy/speed metalu lat 80. Szukasz dynami i melodii, surowości i zapadającego wokalisty? To właśnie to znalazłeś. Enforcer i inne zespoły, możecie usiąść na ławkę rezerwową, teraz gra Rocka Rollas. Nota 8.5/10