Timo Tolkki ostatnio dobry album wydał pod nazwą Symfonia czy Revolution Renaisance. Obecnie znany jest ze swojej metalowej opery Avalon, którą wydaje pod skrzydłami wytwórni Frontiers Records. "Return to Eden" był solidny i przywracał wiarę, że Timo wraca na właściwe tory. Teraz po 2 latach przyszedł czas na kolejny album w ramach Avalon. "The Enigma Birth" to swoista kontynuacja poprzednich płyt, to znów można zarzucić zbyt dużą komercję i mało heavy/power metalowego pazura, ale po kolei.
W składzie pojawiają się znani i doświadczeni muzycy. Jest perkusja Marco Lazzarini, klawiszowiec Antonio Agate z Secret Sphere, a także basista Andrea Arcengeli. Do współpracy zaproszono tradycyjnie ciekawych gości i sprawiają, że płyta jest urozmaicona. Mamy tutaj od rasowego power metalu po hard rocka czy melodyjny metal. Problem tkwi w tym, że jest kilka mocnych utworów, ale też sporo niedociągnięć i słabszych momentów, gdzie wdziera się nuda i komercyjność.
Na pewno zaskakuje tytułowy "The enigma birth", w którym błyszczy Pellek. Tak to jest Timo Tolkki z czego słynął Timo w okresie Stratovarius. Słychać ten charakterystyczny riff, ten klimat i power metalowy pazur. Bardzo świetny start i fanom tego zasłużonego gitarzysty na pewno się spodoba ten utwór. Niestety pierwszy wypełniacz to popowy wręcz "I just collapse". Przepraszam, ale ja tego nie kupuje. Zwyżkę formy Tolkiego mamy w killerze "Master of Hell", gdzie Raphael Mendes nadaje klimatu iron maiden, z kolei sama instrumentalna warstwa to znów stare dobre czasy Stratovarius. Więcej tego typu hitów poproszę. Nic dziwnego, że ten kawałek promował album. Pojawia się troszkę progresywnego metalu z okolic Evegrey w nowoczesnym "Beutiful Lie". Jest też lekki i melodyjny "Truth", który również ma choć trochę power metalowego zacięcia. Mamy dalej smętny i nijaki "Another Day", który nudzi swoją formułą. Jest znów Raphael Mendes w agresywniejszym "Beauty and war". Timo pokazuje w takich kawałkach, że potrafi jeszcze tworzyć hity na miarę tych z czasów Stratovarius. Bardzo dobrze się tego słucha i może następnym razem więcej kawałków tego typu i wszystkie partie wokalne powierzyć Mendesowi? To byłoby coś. Fabio Lione sieje zniszczenie w progresywnym "Dreaming", ale jest w tym wszystkim podniosłość i rozmach. Bardzo przemyślana kompozycja, która czaruje ciekawymi aranżacjami. Również dobrze Fabio wypada w rozpędzonym "Without fear" i znów dostajemy klasyczny power metal. Timo Tolkki jeszcze jednak nie zatracił swojego muzycznego geniuszu i stylu. Za to go kochamy.
Znowu mam problem z dziełem Timo Tolkkiego. Tak są mocne momenty i rasowe power metalowe killery, ale za dużo tutaj komercji i popowo-rockowych elementów, przez co płyta na atrakcyjności. Solidny album z przebłyskami, który może zadowolić tak naprawdę fanów Timo Tolkkiego.
Ocena: 5.5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Timo Tolkkis Avalon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Timo Tolkkis Avalon. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 czerwca 2021
wtorek, 11 czerwca 2019
TIMO TOLKKIS AVALON - Return to Eden (2019)
Timo Tolkki to bez wątpienia żyjąca legenda power metalu. Jego charakterystyczny styl gry na gitarze jest jedynym w swoim rodzaju. Jest znany z Avantasia, Symfonia czy przede wszystkim Stratovarius. Wszystko pięknie, tylko że ostatni udany album, który był godny uwagi to tak naprawdę Symfonia. Jeśli chodzi o metalową operę o nazwie Timo Tolkkis Avalon to ciekawy projekt, który skupia to wszystko to z czego znany jest Timo. Troszkę power metalu, trochę słodkiego heavy metalu, rocka czy też popu. Pierwszy album był solidny i godny uwagi, ale brakowało dopracowania i efektu "wow". "Angels of the apocalypse" to była prawdziwa porażka i mega rozczarowanie. Od tamtego czasu minęło 5 lat i teraz Timo Tolkki wraca z "Return to Eden" i jest to bez wątpienia najlepszy album jaki nagrał Timo od czasów Symfonia.
Jest dobrze, a może nawet bardzo dobrze, lecz nie ma co skakać z radości. Pojawiają się niedociągnięcia i elementy komercyjne. Jednak jest power metal z jakiego znany jest Timo, jest też sporo charakterystycznych dla niego zagrywek. Nie brakuje też przebojowości i dużej dawki melodyjności. Tym razem lista gości krótka i nie mamy tutaj jakiś wielkich gwiazd. Jest Zak Stevens z Circle II Circle, Eduard Hovinga z Mother of Sin, czy mariangela Demurtas z Tristania. Mnie osobiście cieszy obecność Todda Micheala Halla z Burning Starr.
Okładka znów imponuje paletą kolorów i świetnym motywem głównym. Pod względem technicznym album też wypada bardzo dobrze. Mamy soczyste i dynamiczne brzmienie, które sprawdza się w power metalowym graniu. Materiał jest urozmaicony i kryje kilka mocnych killerów. Jednym z nich jest pojawiający na początku "Promises". To rasowy power metal w stylu Stratovarius, czy Symfonia. Todd Michael Hall niszczy tutaj swoim głosem. Timo Tolkki daje niezły popis swoich umiejętności jako gitarzysta. Jest do czego powzdychać. Marszowy i przebojowy "Return to Eden" imponuje niezwykłym motywem gitarowym i ciekawą melodyjnością. No kolejna perełka na płycie. Znów mamy Todda i jeszcze wspomaga Mariangela. "Hear my call" to mieszanka symfonicznego metalu i popu. Sam utwór jest lekki i przyjemny w odsłuchu i sporo w tym z twórczości Within Temptation. Dużo z Stratovarius czy starego Helloween mamy w melodyjnym i chwytliwym "Now and Forever". Trzeba przyznać, że Todd podnosi wartość utworów Timo Tolkkiego i szkoda że tak go mało na tym krążku. "Miles Away" to kolejny bardziej rockowy kawałek, ale co go wyróżnia to duża podniosłość. Dalej mamy rozpędzony "Limits" i to znów stara szkoła power metalu z lat 90. Fanom Avantasii może przypaść do gustu kawałek "We are the ones". Symfoniczny metal, który przypomina dokonania Nightwish. Dużo wpływów Helloween, Freedom Call czy Stratovarius znajdziemy w "Give me hope". Po raz kolejny Timo atakuje nas pomysłową solówką. No dzieje się i to sporo. Na koniec mamy jeszcze dwie power metalowe petardy. Jest zadziorny "Wasted dreams" z baśniowym klimatem i podniosły "Guiding Star", który brzmi jak mieszanka Gamma Ray i helloween. Cudo.
Warto było czekać na nowe dzieło Timo Tolkkiego. Tym razem nie ma wielkich gwiazd, a materiał sam się broni. Timo wrócił do korzeni, do tego co potrafi grać najlepiej. W efekcie dostaliśmy najlepszy album tego uzdolnionego gitarzysty od czasów Symfonia.
Ocena: 8.5/10
Jest dobrze, a może nawet bardzo dobrze, lecz nie ma co skakać z radości. Pojawiają się niedociągnięcia i elementy komercyjne. Jednak jest power metal z jakiego znany jest Timo, jest też sporo charakterystycznych dla niego zagrywek. Nie brakuje też przebojowości i dużej dawki melodyjności. Tym razem lista gości krótka i nie mamy tutaj jakiś wielkich gwiazd. Jest Zak Stevens z Circle II Circle, Eduard Hovinga z Mother of Sin, czy mariangela Demurtas z Tristania. Mnie osobiście cieszy obecność Todda Micheala Halla z Burning Starr.
Okładka znów imponuje paletą kolorów i świetnym motywem głównym. Pod względem technicznym album też wypada bardzo dobrze. Mamy soczyste i dynamiczne brzmienie, które sprawdza się w power metalowym graniu. Materiał jest urozmaicony i kryje kilka mocnych killerów. Jednym z nich jest pojawiający na początku "Promises". To rasowy power metal w stylu Stratovarius, czy Symfonia. Todd Michael Hall niszczy tutaj swoim głosem. Timo Tolkki daje niezły popis swoich umiejętności jako gitarzysta. Jest do czego powzdychać. Marszowy i przebojowy "Return to Eden" imponuje niezwykłym motywem gitarowym i ciekawą melodyjnością. No kolejna perełka na płycie. Znów mamy Todda i jeszcze wspomaga Mariangela. "Hear my call" to mieszanka symfonicznego metalu i popu. Sam utwór jest lekki i przyjemny w odsłuchu i sporo w tym z twórczości Within Temptation. Dużo z Stratovarius czy starego Helloween mamy w melodyjnym i chwytliwym "Now and Forever". Trzeba przyznać, że Todd podnosi wartość utworów Timo Tolkkiego i szkoda że tak go mało na tym krążku. "Miles Away" to kolejny bardziej rockowy kawałek, ale co go wyróżnia to duża podniosłość. Dalej mamy rozpędzony "Limits" i to znów stara szkoła power metalu z lat 90. Fanom Avantasii może przypaść do gustu kawałek "We are the ones". Symfoniczny metal, który przypomina dokonania Nightwish. Dużo wpływów Helloween, Freedom Call czy Stratovarius znajdziemy w "Give me hope". Po raz kolejny Timo atakuje nas pomysłową solówką. No dzieje się i to sporo. Na koniec mamy jeszcze dwie power metalowe petardy. Jest zadziorny "Wasted dreams" z baśniowym klimatem i podniosły "Guiding Star", który brzmi jak mieszanka Gamma Ray i helloween. Cudo.
Warto było czekać na nowe dzieło Timo Tolkkiego. Tym razem nie ma wielkich gwiazd, a materiał sam się broni. Timo wrócił do korzeni, do tego co potrafi grać najlepiej. W efekcie dostaliśmy najlepszy album tego uzdolnionego gitarzysty od czasów Symfonia.
Ocena: 8.5/10
sobota, 17 maja 2014
TIMO TOLKKI's AVALON - Angels of Apocalypse (2014)
Najpierw był
Stratovarius, potem Revolution Renaissance, był też jeden album
Symfonia, teraz Timo Tolkki daje nam się poznać jako pomysłodawca
metalowej opery, gdzie dochodzi do skrzyżowania różnych
gatunków muzycznych. Głównym składnikiem miał być
oczywiście melodyjny heavy metal i power metal. Powstał Timo Tolkki
Avalon, który miał przykuć uwagę fanów jego talentu
oraz metalowych oper w stylu Avantasia. O zainteresowanie nie było
trudno, zwłaszcza że byli ciekawi goście na „The Land of New
Hope” no i poza tym Timo zawsze uchodził za dobrych muzyków,
którzy jednak coś w nieśli do gatunku. Jednak ostateczny
efekt jeśli chodzi o muzykę nie zachwycał. Był to solidny
projekt, który był przesiąknięty komercją i kiczem. Czy
„The Angels of The Apocalypse” jest wybawieniem Timo Tolkkiego
czy jest to może gwóźdź do trumny?
Tym razem można poczuć,
że Timo chciał pójść w rejony symfonicznego metalu i
potwierdza to na pierwszy rzut oka lista gości. Jest bowiem
wokalistka Epica, Nightwish, jest Fabio Lione z Rhapsody i muzyka w
sumie to odzwierciedla. Sporo podniosłych momentów, chórków,
symfonicznych ozdobników i mogło by się wydawać, że udało
się stworzyć coś wyjątkowego. Niestety tak nie jest. Goście nie
wczuwają się w swoje rolę, nie angażują się tak jakby się
chciało i te występy są wręcz karygodne. O ile na pierwszym
albumie pojawiło się całkiem sporo ciekawych melodii i kilka
godnych uwagi przebojów, o tyle nowy krążek jest ubogi w
tego typu kawałki. Można odnieść wrażenie, że Timo nie miał
pomysłu na kompozycje i na wydźwięk całości, nie wiedział jak
porwać słuchacza, jak stworzyć coś wyjątkowego i nieco świeżego.
Wtórność jest tutaj wszędobylska, ale nawet to jest do
zrozumienia, bowiem Timo zawsze grał to samo, ale chodzi o to że
poziom prezentowanej muzyki jest bardzo niski. Jak można otworzyć
album taki utworem jak „Song for Eden”? Czy to
album popowy? Czy to ma być odstraszać? Jeśli tak to spełnia
swoją rolę, bo już ma się ochotę wyłączyć ten krążek.
Wygrywa ciekawość i chęć skonfrontowania nowego działa z
debiutem. „Jerusalem is Failling” już wyznacza
pewien klimat i styl jaki będzie dominować na tej płycie.
Podniosłe chórki i symfoniczne ozdobniki to jest właśnie to
czego należy się spodziewać w dalszej części. Do grona ciekawych
momentów na płycie należy zaliczyć bez wątpienia „Desing
The Century” z dobrym występem Floor Jensen, czy
przebojowy „Rise of the 4th
Reich” z znakomitym występem Davida Defeisa. Takim
charakterystycznym utworem jest tutaj „Stargate Atlantis”,
który oddaje to co składa się na styl Timo i to jest właśnie
taki typowy power metal do jakiego nas przyzwyczaił na przestrzeni
lat i chciałoby się usłyszeć więcej takich kompozycji. Dobrą
energię ma „You'll Bleed Forever”, ale co z tego
skoro słodkie klawisze ala Sabaton psują nieco efekt, a mógł
to być prawdziwy killer. Irytuje mnie tutaj nieporadność Timo
jeśli chodzi o pomysły, kompozytorstwo i to nasila się przy „Neon
Sirens”. Mamy też kolosa, ale nie jest to dobra
informacja, bowiem „Angels of The Apocalypse” to
zlepek jakby różnych motywów i tutaj panuje chaos
zamiast porządku. Komercja wygrywa na całej płaszczyźnie.
Jestem fanem twórczości
Timo Tolkkiego. Symfonia była udanym projektem, Revolution
Renaissance był dobrą kontynuacją stylu wypracowanego w
Stratovarius i dał mi sporo radością za sprawą swojej muzyki.
Niestety debiut Avalon dał sygnał że Timo przeżywa kryzys, a
„Angels of Apocalypse” to potwierdzenie słabej formy i wypalenia
owego muzyka. Płyta jest nudna, męcząca i ma więcej wspólnego
z komercją aniżeli power metalem w stylu Stratovarius. Szkoda, może
czas przejść na emeryturę? Trzeba wiedzieć kiedy zejść ze
sceny. Timo widocznie nie wie.
Ocena: 3.5/10
środa, 22 maja 2013
TIMO TOLKKIS AVALON - Land of The New Hope (2013)
Metalowe
opery zawsze cieszą się wielkim zainteresowaniem i nic dziwnego
skoro jest możliwość posłuchania znakomitych muzyków na
jednej płycie. Tymi najbardziej znanymi są oczywiście Avantasia
czy Ayreon. Niestety Avantasia przerodził się bardzie w rock operę
co zresztą słychać na nowym albumie. Zaś Ayreon dawno nic nowego
nie wydał, to też nic dziwnego że większość słuchaczy skupiła
uwagę na nowy metalowy projekt Timo Tolkkiego znanego z Stratovarius
czy Revolution Renaissance, który został okrzyknięty
metalową operą z dużą liczbą gości z metalowego świata. Timo
Tolkkki's Avalon bo,
bo tak się nazywa nowy projekt Timo narodził się w 2012 roku i po
upływie roku przyszedł czas na debiutancki album, który jest
zatytułowany „ Land
Of The new Hope”.
Nie
trzeba właściwie większego zachęcania by sięgnąć po ten album
bez zastanowienia. Wynika to przede wszystkim z faktu, że gitarzysta
i kompozytor Timo Tolkki to ikona power metalu i osoba, który
stworzyła jeden z ważniejszych zespołów tego gatunku, a
mianowicie Stratovarius. Charakterystyczny styl tworzenia i grania
został przeniesiony potem na późniejsze jego zespoły w tym
Symfonia. Kto lubi jego twórczość polubi i ten nowy projekt,
który jest bardziej metalowy niż nowy album Avantasia. Jest
power metal, melodyjność i te cechy znane z wcześniejszych
przejawów twórczości Timo. Troszkę słodkości też
udało się przemycić w tym wszystkim. Ci zaś, którzy od
dawna nie potrafią się przekonać do twórczości Timo ten
projekt tego nie zmieni. Oczywiście Tolkki to osoba, która
jest tutaj mózgiem operacji i to on nadaję charakter całości,
to on jest odpowiedzialny za całość. Fani power metalu tak więc
nie potrzebują większej zachęty, żeby sięgnąć po debiutancki
album Timo Tolkkiego, zaś ci co mają wątpliwości, zawsze może
pomóc lista gości. Ta jest tutaj po prostu wyborna i bardziej
metalowa niż ta znana nam z ostatniego albumu Avantasia. Jest Rob
Rock, Sharon Den Adel, Micheal Kiske, Tony Kakko, Russel Allen, czy
Elize Ryd. Wśród instrumentalistów pojawiają się
także Alex Holzwarth i Jens Johannson, których nie trzeba
przedstawiać fanom melodyjnego grania. Wszystko pięknie, tylko
szkoda że Timo Tolkki dał dość spore pole manewru wokalistce z
Ameranthe, która wdziera nieco komercyjności. Mimo jednak
tego minusu album się broni solidnością, w miarę równym
materiałem i kilkoma przebojami. Największym atutem są goście i
bardziej power metalowy wydźwięk niż na nowej Avantasia. Melodyjny
otwieracz, z pewnymi orkiestralnymi ozdobnikami w postaci „Avalanche
Anthem”,
przebojowy „We wilf Find A Way”
utrzymany w stylizacji Stratovarius czy Helloween. Oba utwory z
gościnnym udziałem Roba Rocka. Takie same cechy wykazuje „The
Magic Of the Night”, który jest kolejnym mocnym punktem na
płycie. Do tego power metalowego kotła należy wrzucić też
energiczny „To The Edge Of The Earth”
który stylistycznie przypomina Avantasia z pierwszych dwóch
albumów. Do grona najlepszych utworów na płycie można
zaliczyć również epicki, monumentalny i rozbudowany „Land
Of The New Hope”
z gościnnym udziałem Michaela Kiske. Solidne też są bardziej
metalowe kawałki jak „In the Name Of Rose”
czy „A World Without Us”
i szkoda, tylko że utwory z kobiecymi głosami wieją komercją i
tandetą.
Może
i Avantasia brzmi na nowym albumie dojrzale, może grają bardziej
ambitnej, ale wolę proste, power metalowe granie, która
zapada w pamięci, które miło się słucha, niż pokręcone
melodie, które tylko efektownie się prezentują. Timo Tolkki
może nie stworzył niczego oryginalnego, może nie stworzył album
swojego życia, ale każdy fan melodyjnego grania, power metalu
powinien się zapoznać z tym wydawnictwem, na pewno nie pożałuje.
Ocena:
7/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)



