Myrath zdążył już wypracować sobie silną markę i jest doskonale znany fanom progresywnego heavy/power metalu z nutą bliskowschodniego folku. Świeżość oraz pomysłowość zawsze były znakiem rozpoznawczym tej słynnej kapeli z Tunezji. Po dwóch latach przerwy zespół powraca z siódmym albumem studyjnym zatytułowanym „Wilderness of Mirrors”, który ukazał się 27 marca nakładem earMusic. Niestety tym razem da się odczuć lekki spadek formy w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami.
Z jednej strony wciąż słychać charakterystyczny styl, do jakiego Myrath zdążył nas przyzwyczaić. Nie brakuje intrygujących melodii i progresywnego sznytu, jednak gdzieś po drodze ulotniła się dawna przebojowość i odrobina tajemniczości. Zespół dostarcza solidny materiał, ale całość brzmi bardziej komercyjnie i zdecydowanie mniej zadziornie. Momentami można odnieść wrażenie, że muzycy celowo próbują dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Niestety niekiedy ociera się to o kicz i brak wyrazistego charakteru.
Na gitarze wciąż czaruje Malek Ben Arbia, który potrafi wyczarować interesujące riffy i pomysłowe melodie. Wszystko brzmi bardzo estetycznie, jednak dominują tu raczej stonowane i spokojniejsze brzmienia. Owszem, budują one nastrój i mają swój klimat, ale brakuje w nich prawdziwego metalowego pazura. Za mikrofonem niezmiennie stoi Zaher Zorgati, którego wokal idealnie pasuje do takiej klimatycznej, bardziej wyważonej muzyki. Mimo to spodziewałem się materiału utrzymanego w nieco innym tonie.
Już otwierający album „The Funeral” wprowadza baśniowy nastrój, choć zastosowane chórki i liczne ozdobniki z czasem mogą nieco irytować. Sam riff i warstwa instrumentalna prezentują się jednak interesująco. W utworze „Until the End” pojawia się gościnnie Elize Ryd z Amaranthe — to rasowy hicior, który błyskawicznie wpada w ucho. Do grona ciekawszych kompozycji należy także podniosły i przebojowy „Breathing Near the Road”, w którym pojawiają się emocje, dobry klimat i pomysłowość. Na płycie znajdziemy również rytmiczny i niezwykle melodyjny „Les Enfants du Soleil”, choć i tutaj wciąż brakuje heavy metalowego ognia. Z kolei klaskanie w „Still the Dawn” może odstraszać, bo momentami przywodzi na myśl popowe schematy. To raczej zbędny utwór, który niewiele wnosi do całości. Znacznie ciekawiej wypada „The Clown” — melodyjny i pomysłowy numer pełen pozytywnej energii i drapieżności. Wreszcie zaczyna się coś dziać. Dalej mamy równie udany „The Edge of Night”, gdzie pojawia się więcej heavy metalowego pazura. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych momentów na płycie. Końcówka albumu przynosi już klimat starego, dobrego Myrath, którego tak bardzo cenię. Podniosły i egzotyczny „Echoes of the Fallen” imponuje rozmachem, ciekawym motywem przewodnim i chwytliwym refrenem — prawdziwa klasa. Płytę zamyka równie majestatyczny i pełen smaczków „Through the Seasons”.
Nowy album Myrath ma swoje znakomite momenty i szkoda, że cały materiał nie utrzymuje poziomu zbliżonego do finałowej części płyty. Niestety pojawiają się także słabsze fragmenty, niepotrzebny kicz i zbyt wyraźne ukłony w stronę komercji. Mimo wszystko warto dać tej płycie szansę, choć nie jest to już ten sam wysoki poziom, do którego zespół zdążył nas przyzwyczaić. Na minus zaliczyłbym również okładkę, która wygląda jak wygenerowana przez sztuczną inteligencję.
Ocena: 7/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz