Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Storyteller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Storyteller. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 kwietnia 2025
THE STORYTELLER - The Final Stand (2025)
Kiedy pierwszy raz ujrzałem okładkę "Final Stand" najnowszego dzieła The Storyteller to pomyślałem, że to jakiś fake news i ktoś nas nabiera. Cicho było o szwedzkich The storyteller przez ostatnie 10 lat. W 2015r wydali znakomity "Sacred Fire" i potem był zmiany personalne, przez pewien moment w składzie był Ced i Emil z Blazon stone czy Rocka Rollas. Potem znów zmiany personalne i finalnie został wokalista L.G Persson, który odpowiada za wokal. Postanowił wydać nowy album zatytułowany "The Final Stand". Gościnnie zaprosił Hernika Ohlssona w roli perkusisty i co ciekawe właśnie Cedericka Forsberga, który odpowiada za partie basu i gitarowe. Oczywiście słychać jego wpływy i nie brakuje skojarzeń z jego zespołami. Premiera nowego krążka The Storyteller odbyła się za sprawą wytwórni The Circle Music 25 kwietnia.
Okładka może i miła dla oka, może i pasująca do marki The Storyteller, ale troszkę trąci sztuczną inteligencją. Sama muzyka też może i dobra, ale brakuje gdzieś ducha zespołu, brakuje gdzieś w tym błysku geniuszu z poprzedniej płyty. Nie jest źle i jest nawet jakaś przyjemność z odsłuchu, ale to już nie ten sam styl co "sacred Fire". Chęci są, ale to nie zawsze wystarczy. Nowy album na pewno przemyca ciekawe partie gitarowe, ciekawe i wciągające melodie, momentami intrygujące motywy gitarowe. Dominuje wtórność, bazowanie na oklepanych patentach, troszkę gdzieś to momentami troszkę jakoś tak sztucznie brzmi. Płytę tak naprawdę ratuję Ced, który ma smykałkę do ciekawych i pomysłowych zagrywek czy melodii. To on jest ostatnią deską ratunku dla The Storyteller. Sam wokal L.G Perssona nie jest zły i momentami przypomina mi Herbie Langhansa. Dysponują podobną barwą i drapieżnością. Na pewno nie jest słabym ogniwem.
Co do materiału, to najpierw dostajemy solidne intro, a potem oldcholowy "Its storytime", który brzmi jak ukłon w stronę wczesnego Helloween czy Insania. Rasowy power metal w klimacie fantasy. Echa Blazon Stone pojawiają się w "That Eyes Cannot See". Same melodie, riff, czy motoryka to taki typowy utwór dla Ceda. Od razu słychać, kto maczał palce w tym utworze. Tego nie da się ukryć. Dobrze wypada też "Tower Of Fear" i to znów taka stara szkoła twórczości Ceda. Nie ma w tym za grosz oryginalności, ale dostarcza sporo frajdy. Kolejny szybki killer to "This Time Tommorow", który kipi energią i przebojowością. Momentami nawet coś z Blind guardian przemyca, a to jest dobry znak. Nie pierwszy raz nawiązują do ekipy Hansiego Kurscha. Dalej mamy zadziorny i rozbudowany "Fields of blood and steel" i przypominają się stare dobre czasy Rocka Rollas. Sam utwór dobry, ale nie powala na kolana. Zabrakło dopracowania i ciekawego pomysłu na motyw przewodni. Warto jeszcze pochwalić za agresywniejszy "In the Shadows", czy rozpędzony "Final Stand", które oddają piękno power metalu i pokazują że The Storyteller stać jeszcze na zryw i stworzenie godnego uwagi hiciora. Mocne zwieńczenie płyty.
The Storyteller to jest dobra wiadomość. Dobra wiadomość również, że na płycie jest Ced Forsberg i że płyta jest godna uwagi. Minus, że to jedno osobowy projekt, że zdarzają się nudne momenty, gdzie wkracza nijaka melodia czy refren. Momentami zlewa się to w jedną całość. Płyta nie jest zła, ale trochę odnoszę wrażenie jakby robiona na szybko, że cokolwiek wydać. Można było to dopieścić. Liczę na to, że ten band się odrodzi i powróci w pełnym składzie. Póki co, zostaje nam cieszyć się z "The final stand" bo to nie jest zła płyta, ale do najlepszych płyt zespołu brakuje.
Ocena: 8/10
niedziela, 1 marca 2015
THE STORYTELLER - Sacred Fire (2015)
Stało się! Szwedzki The
Storyteller porzucił klimaty Falconer i Blind Guardian. Już ich nie
bawią bardowe motywy i niezwykłą atmosferę fantastyki. Teraz
zespół postanowił udać się w rejony bardziej heavy
metalowe z pewnymi elementami power metalu. Nowy album „Sacred
Fire” to już 6 wydawnictwo w karierze szwedów i jest to
album inny od znakomitego „Dark Legacy”, który był
biletem powrotnym dla The Storyteller. Jak prezentuje się nowe
dzieło?
Przede wszystkim zespół
postanowił nieco odświeżyć konwencję, troszkę zmienić klimaty.
Teraz każdy fan Hammerfall, Sinbreed, Seventh Avenue, Gamma Ray,
Crystal Viper czy Stormwarrior powinien czuć się w siódmym
niebie. The Storyteller pozostał w heavy/power metalu tylko
porzucił to co gdzieś tam było dla nich charakterystyczne. Nie ma
już klonu Blind Guardian, ale nie przedłożyło się to na jakość
muzyki, bowiem zespół dalej gra na wysokim poziomie. Co
ciekawe zmiana stylistyki nie odbiła się na przebojowości i
właściwie zespół w dalszym ciągu zaskakuje intrygującymi
pomysłami na melodie. The Storyteller zmienił się i to widać już
po okładce, gdzie można poczuć klimat heavy/power metalu rodem z
Hammerfall. Wokalista L.g Person też robi wiele, by zbliżyć się
do maniery pana Cansa z wyżej wspomnianego zespołu. Choć niektórzy
powinni tutaj usłyszeć również wpływy Paragon czy
Stormwarrior. Brzmi to znakomicie i jakoś nie wyobrażam sobie tutaj
innego wokalisty niż Persona. Właśnie takie wpływy można wyłapać
w energicznym otwieraczu „As i Die”. Podniosłe
chórki, rycerski refren sprawiają że na myśl przychodzi
Hammerfall czy Paragon. Jeszcze ostrzej zespół przygrywa w
„One last Stand”, który ma w sobie ducha
Nightmare czy Gamma Ray. Gitarzyści Jacob i Marcus dają niezły
popis umiejętności i każdy fan heavy/power metalu będzie
zadowolony. Nie brakuje ostrych riffów, nie brakuje nawiązań
do klasyki gatunku. Jest energia, pomysłowość i technika, a to się
przedkłada na wyjątkową aranżację. Nieco Iron Maiden czy Crystal
Viper uświadczyć można w tytułowym „Sacred Fire” i
to jest kolejny killer. Powiew epickości, czy ducha starego
Bloodbound słychać w „Ferryman”.
Na tym nie koniec emocji. Zespół piąty bieg wbija w szybkim
„Serpent Eyes”,
który ma elementy Judas Priest z okresu „Painkillera” czy
starą dobrą Gamma Ray. The Storyteller znakomicie balansuje między
różnymi zespołami z kręgu heavy/power metalu i słychać,
że są elastyczni. Wszystko jest spójne i nie ma mowy o
chaosie czy nie zgraniu. „Sons of The North”
swoim klimatem nasuwa Running Wild, zaś refren to jeden z
ciekawszych refrenów w heavy/ power metalu jeśli chodzi póki
co o rok 2015. Najsłabiej w sumie wypada ballada „Coming
Home”,
ale to też miłe zaskoczenie, że udało się zerwać z balladami w
klimatach Blind Guardian. Jako wielki fan Running Wild z wypiekami na
twarzy słuchałem „The Army of Souther Fell”
i jest to jeden z najlepszych kawałków tej szwedzkiej
machiny. Na uwagę również zasługuję power metalowa petarda
w postaci „Let Your Spirit Fly”.
Przypominają mi się lata 90 i najlepsze lata Gamma Ray.
To
już nieco inny The Storyteller. Uważam, że dobrze im zrobiła ta
zmiana, bowiem odświeżono styl, nie popadając w eksperymentowanie
i zatracenie swojej tożsamości. To wciąż ten sam przebojowy,
energiczny The Storyteller, który gra heavy/power metal, tylko
obrał sobie inne zespoły, z których można czerpać. Nagrali
nieco inny album, ale jest to z pewnością jeden z ich najlepszych
dzieł. Nic tylko słuchać.
Ocena:
9.5/10
niedziela, 7 kwietnia 2013
THE STORYTELLER - Dark Legacy (2013)
Pamięta ktoś jeszcze
szwedzki zespół THE STORYTELLER, który działał
w latach 2000- 2005 i nagrywał solidne heavy/power metalowe albumy i
który przeszedł do historii metalu jako odpowiednik BLIND
GUARDIAN? Przez ostatnie lata było cicho o samym zespole, później
w roku 2006 kapela się rozwiązała i nic nie wskazywało na powrót
w przyszłości. W 2011 kapela zebrała się na nowo, ze starego
składu został wokalista L.G Person, gitarzysta Jacob Wennerqvist,
perkusista Matjin Herpe, a nowym nabytkiem został basista Marcus
Backlund i tak po cichu zespół pracował nad nowym albumem i
wreszcie bez większego szumu, bez większych zapowiedzi po 8 latach
od „Underworld” pojawia się nowe wydawnictwo zespołu
zatytułowane „Dark Legacy”. Czy udało się utrzymać
dotychczasowy poziom granie muzyki? Czy w dalszym ciągu zespół
czerpie z BLIND GUARDIAN? Czy 8 lat przerwy wpłynęło na styl
zespół?
Mało kto się
spodziewał, że ten znany i lubiany szwedzki zespół powróci,
również i ja nie rozmyślałem nad ich powrotem, bo w sumie
było co słuchać, patrząc na 4 poprzednie albumy, jednak wraz
pojawieniem się nowego albumu zrodziło się wiele wątpliwości i
pytań, czy warto było ryzykować dotychczasowe osiągnięcia,
status na rzecz nowego albumu, który nie wiadomo jaki będzie.
Czy udźwignie poziom poprzednich albumów, czy będzie w
podobnym stylu, czyli z ostrymi, melodyjnymi partiami gitarowymi,
drapieżnym, wyraźnym wokalem L. G Persona i wpływami BLIND
GUARDIAN czy STEEL ATTACK? Na wstępie trzeba zaznaczyć, że mimo
trzymania się w dalszym ciągu stylizacji heavy/power metal, mimo
trzymania się melodyjnego charakteru, zespół za sprawą
„Dark Legacy” otwiera nowy rozdział w ich karierze. Tym razem
zespół obiera nieco inny kierunek muzyczny, bardziej rejony
STORMWARRIOR, WIZARD czy IRON FIRE się kłaniają. Są tutaj
epickie, bojowe chórki, są te riffy, motywy, które w
dużej mierze kojarzą się właśnie z takim rycerskim heavy/power
metalem i jest to dość ciekawa zmiana, na pewno stawia ich w nieco
innym świetle. Zmiana wniosło nieco świeżości do muzyki zespołu,
sprawiła że ich styl nie skostniał, a brzmi dość świeżo.
Dynamiczna perkusja jest tutaj mocarna i godna uwagi, jednak pierwsze
skrzypce gra tutaj wokalista L.G Person, który ma odpowiedni
charakter i manierę do takiego grania. Ma chrypę, ma zadzior i
słychać w pływy Biffa z SAXON czy Larsa z STORMWARRIOR. Drugą
ważnym elementem układanki i nowego wcielenia zespołu jest bez
wątpienia gitarzysta Jacob, który stawia na technikę, na
solidność, ale przede wszystkim na energię, melodyjność i
wpadające w ucho motywy, solówki i pod tym względem jest to
album bardzo dopieszczony. W tym roku płyt z tak dopracowanymi i
żywiołowymi partiami gitarowymi nie było aż tak pełno.
Zostało logo,
tajemniczy, mroczny klimat okładek frontowych, zostali ci sami
muzycy, z wyjątkiem basisty, zostało solidność, dopracowanie,
dopieszczenie albumu pod każdym względem, zostało mocne, mięsiste
brzmienie, została przebojowość i melodyjność, zmieniła się
nieco koncepcja, styl oraz inspiracje, które słychać niemal
przez cały album. Otwierający album „Release Me” pod
względem melodii głównej gdzieś tam może przypominać
BLIND GUARDIAN, jednak szybko te skojarzenia zostają wyparte.
Pojawia się dynamiczna perkusja, ostry riff i duża rytmiczność,
pojawiają się dość epickie chóry, a sam refren i styl
śpiewania L.g Persona szybko podsuwa właśnie takie kapele jak
STORMWARRIOR. Heavy metalowy wydźwięk riffu z kolei podsuwa IRON
FIRE, jednak mimo owych skojarzeń jest to heavy/power z najwyższej
półki. Energiczny, dynamiczny, chwytliwy, mocarny i bardzo
melodyjny. Pierwsze wrażenie jak najbardziej pozytywne i apetyt na
całość jeszcze bardziej wzrósł. Skoro jest epicki
charakter, skoro jest rycerski heavy/power metal to dziwne gdyby nie
było utworu o Vallhalli. Tutaj mamy szybki, energiczny, power
metalowy „Strength of Valhalla”, który nasuwa
oczywiście WIZARD i STORMWARRIOR. Kolejny rasowy przebój i w
dodatku bardzo energiczny i jednocześnie ukazujące to co najlepsze
w twórczości wyżej wymienionych kapel. Bardziej urozmaicony,
z pewnym różnymi smaczkami i epickim wydźwiękiem jest tutaj
„Dark Legacy” i sam bojowy, podniosły refren jest tutaj
prawdziwym majstersztykiem. Nieco słabszym kawałkiem na płycie
jest ponury, mroczny i taki nieco przekombinowany pod względem
ciężaru „The Univited Guest”, który przypomina mi
poniekąd twórczość Blaze Bayleya. Wracamy jednak szybko do
epickiego, mocnego heavy/power metal i „Forever They Shall
Kneel”, który melodyjnie nasuwa jakieś folkowe kapele,
czy też nawet AMON AMARATH, zaś samo tempo, zadziorność
przypomina wielki MANOWAR, ciekawa mieszanka i kolejny przykład
znakomitej formy szwedzkiej kapeli. Folkiem zalatuje również
w stonowanym i spokojniejszym „God of Gods” i jest to
tylko solidna kompozycja, która pozostaje nieco w tyle. Znów
podniosłość, szybkość, zadziorność oraz wpływy WIZARD, czy
STORMWARRIOR pojawiają się w „Upon Your Icy Throne” i w
końcu jakiś zespół nagrał coś co może konkurować z
GLORYHAMMER, który nagrał również fantastyczny i
pełen epickości album. Pojawienie się klawiszy oraz włoskiego
języka w „Sancto Spirito” sprawiają że nasuwa się od
razu twórczość RHAPSODY. Melodyjny, lekki, power metalowy
„Break the Bounds” to kolejna petarda w której
można doszukiwać się wpływów największych marek w gatunku
power metal. Dopracowane partie gitarowe i dynamiczna sekcja
rytmiczna są tutaj sporym atutem. Oczywiście znalazło się miejsce
dla klimatycznej ballady „Sands of Time” która jest
nieco w stylu FALCONER czy BLIND GUARDIAN oraz miejsce dla 8
minutowego kolosa w postaci „ Battle of Yggdrasil” która
jest pełna smaczków, zawirowań i wpływów IRON
MAIDEN.
Wiele bardziej
zapowiadanych i oczekiwanych albumów zawiodło, albo nie
zniszczyło tak jakby się tego oczekiwało, tak tutaj THE
STORYTELLER bez jakiś szumnych zapowiedzi powracają z nowym albumem
i sieją prawdziwe zniszczenie, którym niektórym
bardziej zapowiadanym albumom brakowało. „Dark Legacy” to
znakomity album utrzymanym w stylu epickiego heavy/power metalu,
odzwierciedlającym najlepsze lata STORMWARRIOR czy WIZARD. Płyta
dopracowana pod względem brzmieniowym jak i kompozytorskim. Jest to
prawdziwa uczta dla fanów tego zespołu jak i takiego grania.
„Dark Legacy” to wielki powrót szwedów, którzy
chcą zerwać z etykietą „klon BLIND GUARDIAN” i z tym albumem
jest to możliwe. Gorąco polecam!
Ocena: 9.5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)


