Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blaze Bayley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blaze Bayley. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 lutego 2024

BLAZE BAYLEY - Circle of Stone (2024)


 Od kiedy Blaze Bayley po wrócił do muzyki wraz "The man who would not die" to cały czas nagrywa udane i godne uwagi płyty. Trzyma bardzo wysoki poziom, no może poza na płycie "King of Metal". Ostatni album sporo zyskał u mnie po nieustannym katowaniu i można śmiało rzec to jedna z mocniejszych płyt w dorobku. Teraz po 3 latach od wydania "War within me" przyszedł czas na nowy krążek zatytułowany "Circle Of Stone". Jeśli kochacie poprzedni album i dotychczasowe wydawnictwa tego Pana to się nie zawiedziecie. Nawet fani "Virtual XI" czy "The X factor" coś znajdą dla siebie.

Dobrym posunięciem Blaze było dobranie sobie do składu muzyków z Absolva. Panowie mają dobre wyczucie i talent, którego nie da się kupić. Znają się na rzeczy, zresztą sam zespół Absolva również jest godny uwagi jak ktoś nie zna. Chris i Luke Appleton wiedzą jak tworzyć chwytliwe riffy, jak zagrać ciekawą solówkę i panowie robią kawał dobrej roboty. Sam Blaze też w bardzo dobrej formie wokalnej i ci co go znają to nie będą narzekać. Z kolei przeciwnicy jego głosu raczej zdania nie zmienią.

Duży plus za klimatyczną okładkę, dobrze wyważone brzmienie i same kompozycje, które są dopracowane, dynamiczne, melodyjne i w stylu do jakiego nas Blaze przyzwyczaił. Nie ma efektu znudzenia, czy narzekania, że coś poszło nie tak. Tej płyty naprawdę dobrze się słucha od początku do końca.

Prosty i taki nieco maidenowy jest "Mind Reader" i moje pierwsze skojarzenie było z "Virtual XI". Jest banalnie, przebojowo i z pazurem, a nawet z lekkim hard rockowym zacięciem. Też dobrze się słucha zadziornego i przebojowego "Tears in Rain". W tym kawałku godne pochwały są solówki i bardzo dobra praca gitarzystów. Wszystko spójne i nie ma się do czego przyczepić. Mroczny klimat "Rage" przypomina czasy "The X factor". Spokojne, stonowane wejście, a potem ciężka praca gitar, a wszystko podane w melodyjnym tonie. No proszę, lata lecą a Blaze wciąż ma to coś. Wciąż potrafi tworzyć intrygujące kawałki. "The year beyond this Year" to kompozycja w zasadzie perfekcyjna. Klimatyczne wejście, przebojowy refren i wybornie rozegrane partie gitarowe. Blaze z jak najlepszych lat. To samo można by napisać o przebojowym "Ghost in Bottle". Panowie z Absolva wnoszą sporo świeżości i zadziorności. Znają się na rzeczy to i jakość jest wysokich lotów. Nawet ballada "The Broken Man" się sprawdza i potrafi złapać za serce. Już od samego początku podobał mi się singlowy "Circle of Stone" i to taki prosty przebój utrzymany w stylistyce na pograniczu heavy metalu i hard rocka. Obecność wokalisty Wolf jakoś nie wiele wnosi do utworu. Mocniejszy riff dostajemy w "Absence" i to kolejny mocny punkt płyty. Solówki momentami przypominają Iron Maiden, co jest miłym dodatkiem. Ciekawie wypada marszowy i bardzo nastrojowy "A day of Reckoning". Echa Blaze i też "Man On the Edge" można wyłapać w energicznym i agresywniejszym "The path of the righteous man. W sumie to na tym kawałku powinna skończyć się płyta, bo akustyczna kompozycja "Until We meet again" psuje troszkę efekt i jakoś gryzie się z resztą płyty.

"Circle of Stone" to przemyślane i dojrzałe wydawnictwo. Blaze znakomicie radzi sobie po odejściu z Iron Maiden i wystarczy zobaczyć jak bogatą ma dyskografię i w sumie każdy album to uczta dla maniaków heavy metal. Blaze od lat dostarcza płyty wysokiej jakości i jego płyty można brać w ciemno. Nowy krążek na pewno wyląduje na liście najbardziej uwielbianych przeze mnie płyt w których brał udział Blaze Bayley. Można brać w ciemno!

Ocena: 9/10

sobota, 10 kwietnia 2021

BLAZE BAYLEY - War within me (2021)

Blaze Bayley to wokalista, który chyba już zawsze będzie oceniany przez pryzmat dokonań z iron maiden. Fakt to był jego złoty okres i z tamtego okresu pochodzą jego największe kompozycje, ale warto pamiętać że późniejsza kariera solowa pod szyldem przyniosła nam sporo równie udanych albumów. Moje ulubione dwa to przede wszystkim "The man who would not die" i "Promise and terror". Cała seria "Inifnite Entanglement" też łączyła to co najlepsze w muzyce Blaze Bayley z klimatem s-f. Minęła 3 lata od ostatniego dzieła i czas przyszedł na "War within me".

Nie powiem odstrasza mnie ta okładka. Kiczowata i jakaś taka bez pomysłu. Plus tylko za klimat s-f, który wydobywa się z niej. Obok Blaze mamy właściwie muzyków, którzy tworzą skład brytyjskiego Absolva. Mcnee i Schramm tworzą sekcję rytmiczną, a Christopher Appleton odpowiada za partie gitarowe. Ogólnie mam mieszane uczucia. Z jednej strony album na dłuższą metą jest nużący i szybko przemija, to jednak z drugiej strony jest gitarowo i można uświadczyć ciekawe riffy. Duży plus za oldschoolowy feeling i takie odczucie jakbyśmy sięgali po klasyczne rozwiązania NWOBHM. Nie brakuje momentów że na myśl przychodzi twórczość Iron Maiden czy Saxon. Blaze już nie ma takiej mocy w swoim głosie i też czuje tutaj spory niedosyt.

Oczywiście, że riff tytułowego "war within me" imponuje dynamiką, agresją i melodyjnością. Jest klasycznie, a zarazem nowocześnie.  Tak to jest killer i zachęca do dalszej podróży w głąb płyty. Wokal Blaze'a niestety nie wzbudza u mnie większych emocji. Szkoda. "303"  to znów świetna gra Christophera i chłop zasługuje na oklaski, bo jego gra jest naprawdę dobra i zapewnia sporo emocji. To kolejny killer na płycie i znów mamy odesłanie do najlepszych lat Blaze'a. Czy tylko ja tutaj słyszę hołd dla Iron Maiden? "Warrior"  zaczyna się klimatycznie i nastrojowo, ale dopiero potem mamy oldschoolowy feeling. Brzmi to jak stary, dobry NWOBHM i na takie granie zawsze jest popyt. Stonowany i spokojniejszy "Pull yourself up" jest taki bardziej hard rockowy i bardziej w klimatach Absolva. To pierwszy zgrzyt na tej płycie, bo jest jakoś tak nieco nudnawo. Wracamy do melodyjnego heavy metalu w "Witches Night" i znów mocny riff i świetna gra Christophera, ale wokale Blaze'a nie wzbudzają emocji i sam refren też jakoś nie wpada w ucho. Prosty i uroczy riff w "18 flights" też potrafi zauroczyć, ale też brakuje mi nieco ciekawszego refrenu. Jest to jakoś uproszczone i bez ikry. Dużo iron maiden również dostajemy w pomysłowy "The power of Nikola Tesla" i znów świetne zaplecze gitarowe i sekcji rytmicznej, ale brakuje nieco mocniejszego głosu ze strony blaze'a. Jednak to jest jeden z mocniejszych utworów na płycie. Całość wieńczy nastrojowa ballada "Every storm ends", która nie wiele wnosi do płyty.

Oj mam mieszane odczucia co do nowego albumu byłego wokalisty Iron Maiden. Na pochwałę zasługują instrumentaliści, zwłaszcza gitarzysta Christopher. Dobrze czuje klimaty Blaze;a, NWOBHM i taki klasyczny heavy metal. Nie brakuje pazura, chwytliwych melodii, ale jakoś nie wiele zapada w pamięci. Refreny czasami są jakby bez polotu i tej przebojowości, która była na wcześniejszych płytach. Nie jest to ta sama liga co "The man who would not die", ale to wciąż granie, które zasługuje na uwagę. Płyta solidna, utrzymana w stylu Blaze'a, ale ja osobiście czuje spory niedosyt. Oceńcie sami.

Ocena: 7.5/10
 

czwartek, 8 lutego 2018

BLAZE BAYLEY - The redemption of william black (Infinite Entanglement part III)

2 marca roku 2018 swoją premierę będzie mieć trzecia część trylogii Blaze Bayley'a. Co ciekawe "Infinite Entanglement" okazał się ciekawą wciągającą historią sience fiction, a w dodatku stał się jednym z najlepszych przedsięwzięć tego wokalisty. Blaze dał się poznać za sprawą Wolfsbane, a sławę przyniósł mu okres w Iron Maiden. W solowym bandzie rozwija patenty z tych zespołów. Gra heavy metal w brytyjskim wydaniu. Myślałem, że po wydaniu udanego "Promise and Terror" Blaze nie wyda już nic równie wartego uwagi. Moje obawy potwierdził nudny "The king of metal" i dopiero ta trylogia pokazała, że Blaze potrafi jeszcze stworzyć materiał, który może namieszać w metalowym światku. "The Redemption of william Black" to finał tej jakże udanej trylogii, która jest imponująca pod względem poziomu muzycznego. Nie ma słabych utworów na tych albumach i w zasadzie od początku do końca trzymają w napięciu. Blaze zadbał nie tylko o warstwę instrumentalną, ale też o przebojowość na tych płytach. Można odnieść wrażenie, że to dowód na to, że Blaze na swoim 9 albumie pokazuje to co najlepsze i podsumowuje swoją karierę. Znajdziemy na nowym albumie wszystkie te patenty, które Blaze pokazał przez lata. Pierwsze dwie części były niezwykle udany i oddawały to co najlepsze w heavy metalu. Były dynamiczne, energiczne i bardzo melodyjne, a więc duch Iron Maiden był wszech obecny. Trzecia część w niczym nie ustępuje poprzednim częścią, a jeszcze bardziej uwydatnia zalety znane z poprzednich płyt. Blaze stworzył ten album w współpracy z Chrisem Appletonem, który jest znany z kapeli o nazwie Absolva. Płytę promował "Prayers of Light", w którym gościnnie pojawia się Fozzy. Prosty utwór, z bardzo chwytliwymi melodiami, zapadającym refrenem i do tego ta przebojowość rodem z wczesnych płyt Iron Maiden. Nie brakuje też różnorodności gości, bowiem mamy też Liz Owen w mrocznym "18 days", który ukazuje bardziej progresywne oblicze płyty. Dużo tutaj dynamicznych, pełnych energii petard heavy metalowych. Już na samym starcie mamy hit w postaci "Redeemer", który przypomina mi czasy "Virtual XI". Jeszcze lepiej brzmi rozpędzony "Are You Here", który pokazuje jak dobrze współgra sekcja rytmiczna tworzona przez Martina Mcnee (perkusja) i Karla Schramma (bas). Popisy solowe Chrisa są tutaj imponujące. W "Immortal One" jest podniosłość, jest nutka progresji i mroczny klimat, tak więc kolejna ciekawa kompozycja na tej płycie. Sporo przejść i urozmaiceń jest w tym kawałku jak najbardziej na plus."The first true sign" ma bardzo atrakcyjne partie gitarowe, choć same tempo jest bardziej stonowane.  Nie mogło zabraknąć również na tej płycie ujmującej ballady, a taką z pewnością jest "Human Eyes". Nawet dobrze wypada Blaze w bardziej hard rockowym "Arleady Won". Końcówka płyta znów przyspiesza bicie serca, bo znów jest heavy metalowa jazda bez trzymanki. Pojawia się energiczny "The dark side of black", który nawiązuje do twórczości Irron Maiden. Tempo i popisy gitarowe są tutaj naprawdę imponujące. Całość zamyka 9 minutowy kolos " Eagle spirit", który ukazuje że Blaze wciąż potrafi tworzyć dłuższe kawałki. Bardzo fajnie jest budowane napięcie i przeplatają się różne motywy. Dzieje się sporo i na pewno nie można narzekać na nudę. Szkoda, że to ostatnia część trylogii, bo te trzy płyty są naprawdę świetne i razem tworzą skończone dzieło. Mamy tutaj wszystko z czego znany jest Blaze, ale jest też coś nowego. Jest trochę progresji, trochę mroku, no i science fiction. Blaze jest w szczytowej formie. "The redeption of william black" to bardzo dobry album heavy metalowy, który na pewno zadowoli fanów Blaze'a, Ironów jak i samego gatunku. Ta płyta może namieszać w tym roku.

Ocena: 8.5/10

piątek, 3 marca 2017

BLAZE BAYLEY - Endure and Survive (Infinite Entanglement part II)

Infinite entanglement” to był naprawdę udany powrót byłego wokalisty Iron Maiden. Blaze Bayley pokazał, że wciąż potrafi tworzyć mocne i dynamiczne kompozycje, które z jednej strony zabierają nas do świata Iron Maiden, a z drugiej pokazują miłość Blaze do heavy metalu. Ciekawy koncept w klimatach s-f okazał się strzałem w dziesiątkę i nic dziwnego, że Blaze postanowił kontynuować tą historię z 2016. Tak o to powstał drugi rozdział w postaci „Endure and Survive”.

Nie pierwszy raz Blaze bawi się tworzeniem koncepcyjnej historii na której budowany jest cały album. „Silicon Messiah” czy „Tenth Dimension” to przykład, że już wcześniej Blaze tworzył takie albumy i wychodziło mu to bardzo dobrze. „Endure and Survive” to swoista kontynuacja poprzedniego krążka i nie ma tutaj zaskoczenia. Jedynym zaskoczeniem, jest na pewno to że Blaze Bayley utrzymał wysoki standard. Druga część „Infinite Entanglement” jest również dynamiczna, zadziorna, melodyjna i zagrana z pazurem. Nie brakuje nowoczesnego brzmienia, chwytliwych riffów, wciągających refrenów i przebojowości godnej Iron Maiden. Okładka jest klimatyczna i utrzymana w klimatach poprzedniej, więc od razu można dostrzec że mamy do czynienia z kontynuacją. Minusem płyty jest w sumie krótki materiał, bo na płycie mamy tylko 10 kompozycji. Czy jest to lepszy czy gorszy album od poprzednika w sumie ciężko ocenić. Na pewno jest równie ciekawy i dobrze zagrany. Blaze dawno nie był w takiej formie i to cieszy że na albumie pokazuje klasę.

Tytułowy „Endure and Survive” zaczyna się tajemniczo, ale od razu wiemy jaką płytę słuchamy i jakiego muzyka. Nie ma mowy o pomyłce. Charakterystyczny riff, nieco mroczniejszy klimat i duża dawka przebojowości. Taki rasowy Blaze w klasycznej odsłonie. Wokal jak zwykle charakterystyczny i momentami drażniący, ale taki już jest Blaze. Jeszcze bardziej dynamiczny i przebojowy jest „Escape velocity”, który może spodobać się za sprawą nawiązań do Iron Maiden. Bardziej nowoczesny jest rozpędzony „Blood”. Wszystko za sprawą nieco przekombinowanego i złożonego riffu. Spokojniejszy i bardziej klimatyczny jest „Eating Lies”. Akustyczna gitara tutaj odgrywa kluczową rolę i to dzięki niej mamy taki intrygujący balladowy klimat. Dalej mamy dynamiczny i energiczny „Destroyer”, który potrafi oczarować nieco koncertowym charakterem. Kolejny hit na płycie i w sumie nie ma jakiś słabych utworów, które by nudziły słuchacza. Mocnym atutem „Endure and Survive” są złożone i melodyjne solówki, która nadają przebojowości utworom. Nie trudno o skojarzenia z Iron maiden. Kolejnym tego typu kawałkiem jest przebojowy „Dawn of the dead son” czy melodyjny „Fight Back”. Na tle całości wyróżnia się nieco marszowy i mroczniejszy „The world is turning the wrong way”. Troszkę nieco rozczarowuje spokojniejszy „Together we can move the sun”.

W szybkim tempie Blaze wydał „Endure and Survive” i nie odbiło się to na jakości, bowiem ta płyta dorównuje poprzedniczce. Jest to album równy, dynamiczny i przebojowy. Śmiało można mówić o jednym z najlepszych albumów Blaze'a Bayley'a.

Ocena: 8/10

czwartek, 17 marca 2016

BLAZE BAYLEY - Infinite Entanglement (2016)

By album koncepcyjny wypalił trzeba mieć ciekawą historię do opowiedzenia, trzeba mieć pomysł by różne kompozycje razem tworzyły zgraną całość. Do takiego przedsięwzięcia trzeba nie tylko doświadczenia, ale czegoś więcej. Wielu próbowało i wiele zespołów poległo. Swoich sił postanowił spróbować również w tej dziedzinie Blaze Bayley. W sumie muzyk dawno nie błyszczał i nie miał zbytnio czym zwrócić swojej uwagi. Muzycznie były wokalista Iron Maiden zawodził ostatnio i raczej wiele osób przekreśliło go. „The King of Metal” to porażka i cień świetnego „The Man who would not die” i poukładanego „Promise and terror”. Skład się posypał i teraz to bardziej wygląda jak Blaze i przyjaciele, no ale cóż nie liczy się kto z kim tylko jakość tego co dostajemy. „Infinite Entanglement” to 8 studyjny album Blaze i właściwie koncepcyjny album w klimatach science fiction. Blaze ma doświadczenie w tworzeniu albumów koncepcyjnych i wystarczy wspomnieć tutaj o „Silicon Messiah” czy „Tenth Dimension”. Czy Blaze zaskakuje nas czymś? Czy w końcu jest materiał na miarę jego nazwiska?

Na pewno warto widać poprawę. Na pewno nie ma mowy tutaj o totalnej porażce i klapie jak w przypadku „The King of Metal”. Nie wiem może to moja miłość do s-f, może to forma podania materiału, ale przemawia do mnie to co stworzył Blaze. „Infinite Entanglement” to przede wszystkim ciekawa historia, w której główny bohater który próbuje ustalić kim tak naprawdę jest. Czy jest człowiekiem czy czymś innym? Pomysły na niektóre kompozycje i samą historię zrodziły się w okresie tworzenia wcześniej wspomnianych albumach Blaze'a. Swoje piętno odbiły wydarzenie w fizyce kwantowej i zainteresowania Blaze'a w tej dziedzinie. Od tej strony album jest poukładany i robi wrażenie. Klimat s-f rzeczywiście jest obecny nie tylko na okładce. Można poczuć tą nie pewność i lęk bohatera. Jest coś intrygującego w tym co słyszymy. Jednak bardziej co może zastanawiać, to jak sprawuje się Blaze i czy materiał jest ciekawszy niż ostatnie dokonania. Bałem się i to aż do momentu odpalenia tej płyty. Lubię Blaze i szanuje za jego dokonania, ale wiem też, że dysponuje on specyficznym głosem, który momentami potrafi irytować. Różnie z tym jest na nowym albumie i pojawiają się takie momenty, że brzmi to troszkę komicznie. Jednak w tym wszystkim jest zaleta. Wiemy, że to Blaze, wiemy że robi swoje i wiemy że to heavy metal. W końcu jest to heavy metal na jaki fani czekali. Jest mrocznie, jest agresywnie, a co ciekawe momentami nawet nowocześnie. Dobrze to współgra z klimatem płyty i historią. Nie zabrakło wpływów Iron maiden i nawiązań do pierwszych płyt Blaze'a. Mówić o najlepszym albumie na pewno ciężko, bo takim jest dla mnie „The man who would not die”, ale nowy album zaskoczył mnie pozytywnie. Wszystko jest chwytliwe, pomysłowe, zapada w pamięci i nie ma wałkowania jednego motywu. Jest energia i słucha się tego bardzo fajnie. Nie ma motywu silenia się i tworzenia czegoś na siłę. W każdej kompozycji jest potencjał i to co składa się na styl Blaze'a.

Czeka nas 47 minut muzyki Blaze'a i jest to nieco krótki czas, zwłaszcza że materiał jest o dziwo na wysokim poziomie. Zacznijmy tą przygodę. Pierwszy dźwięk otwierającego „Infinite Entanglement” brzmi nieco dziwnie. Jest nowocześnie, progresywnie i nie pewnie. Nie wiemy czego mamy się właściwie spodziewać. Ktoś powie, że jest to przekombinowane i nie pasuje do Blaze;a. Ostry riff, potęgowanie napięcia i chwytliwy refren sprawia, że utwór nie jest taki zły jak mogłoby się wydawać na początku. Plus za to, że Blaze postanowił czegoś innego i że postanowił nieco unowocześnić swoją formułą. Jestem za takim rozwiązaniem. Dalej już mamy coś na co każdy czeka, czyli heavy metalowa petarda. „A thousand Years” to już poziom, który panował na „The man who would not die”. Mocny riff i melodyjne solówki napędzają ten hit. Album promował ostrzejszy, nowoczesny „Human”. Kiedy słucha się go już na albumie jako część całego konceptu, to tylko zyskuje. Jego zaletą jest znakomity, wręcz koncertowy refren, a także ostrzejsza formuła. Blaze pokazał, że też odnajduje się w nowoczesnym heavy metalu. Jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Ciekawym zabiegiem jest akustyczny „What will come”. Ma w sobie sporo emocji i romantyczności. Słucha się tego lekko i przyjemnie. Piękna ballada, który znakomicie zaskakuje i urozmaica nam album. Dalej mamy marszowy i ponury „Stars are Burning”, który też niczym nie ustępuje poprzednim utworom. Kto lubi szybkie kawałki z ostrym riffem w roli głównej ten powinien posłuchać petardy w postaci „Solar Wind”, rytmicznego „Calling You Home” czy przebojowego „Dark Energy 256” będący ukłonem w stronę Iron maiden. Brakowało mi właśnie takich utworów na ostatniej płycie. Mówiąc o żelaznej dziewicy to trzeba przyznać, że Blaze potrafi stworzyć kawałki nawiązujące do tego etapu jego kariery. Najlepszym dowodem jest perfekcyjny „Independence”. Prawdziwa perełka z ciekawym głównym motywem i jeden z najlepszych utworów Blaze'a. Na koniec równie udany „A work of anger”, który wieńczy album.


Blaze miał ciężki okres w swojej karierze, ale najwidoczniej kryzys zażegnany. Nowy materiał jest może nieco inny niż dotychczasowe dokonania, może jest nowocześniejszy, agresywniejszy, ale z pewnością jest to klasyczny Blaze. „Infinite Entanglement” to przede wszystkim ciekawa historia, zróżnicowany materiał i wycieczka w rejony pierwszych płyt Blaze, ale też próba zaprezentowania czegoś nowego. Odświeżona znana nam formuła i w końcu dało to efekt w postaci jednej z najciekawszych płyt Blaze'a. Płyta z pewnością wymaga więcej niż paru odsłuchów, ale warto. I kto by pomyślał, że nowy krążek będzie tak udany?

Ocena: 8.5/10

sobota, 5 października 2013

BLAZE BAYLEY - The Night That Would Not Die (2009)

Czy można wybrać lepszy moment na zarejestrowania koncertu niż podczas wyśmienitej trasy koncertowej, który promuje dobrze przyjęty przez fanów album? Bez wątpienia nie i Blaze Bayley o tym wiedział i chciał ten znakomity moment upamiętnić na koncertowym albumie „The Night That Will Not Die”, który się ukazał w 2009 roku. W historii Blaze'a jest to najlepsze wydawnictwo koncertowe, a co za tym przemawia?

Od czego by tu zacząć? Może od tego, że w 2008 roku ukazał się „The Man Who Would Not Die”, który uważam za najlepszy album Blaze'a Bayleya i to ten album promował muzyk podczas koncertu zarejestrowanego w Zeln. Zgrany zespół, w którym jest chemia, który się rozumie i który gra z miłości do heavy metalu to kolejny czynnik, który czyni to wydawnictwo znakomitym. Co jest tutaj równie ważne to że klimat jest iście koncertowy, a całość brzmi naturalnie i ingerencja w brzmienie i studyjne poprawienie jest tu ograniczona. Dzięki temu album ten zyskuje na jakości. Wiele tutaj zostało przerysowane z innych wydawnictw koncertowych Blaze'a. Jest energia, dobra zabawa, kontakt Blaze'a z publiką i inne znane smaczki, aczkolwiek tutaj zabrzmiały one tak jak powinny. Blaze mniej gada, więcej śpiewa, no i dobór kompozycji równie ciekawy. 8 kompozycji wzięto z „The Man who Would Not Die” co cieszy bo to znakomity album. Usłyszeć w wersji koncertowej „Samurai”, Robot” czy urzekający „While you Were Gone” to nie zapomniane przeżycie. Oczywiście nie zabrakło utworów z działalności Blaze'a w Iron Maiden. Mamy tutaj „Man On The edge” „Futureal” i „Edge Of Darkness”. Kawałki z płyt sygnowanych szyldem Blaze też są i najbardziej cieszy pojawienie się „Leap Of Faith”, który jest jednym z moich ulubionych kawałków Blaze;a Bayleya.

Dzięki tym czynnikom udało się stworzyć album koncertowy, który urzeka swoją naturalnością, energią, klimatem i zestawem utworów. Znakomita forma muzyków zapewniła odpowiedni wysoki poziom. Udało się zapisać ten wyjątkowy koncert, udało się upamiętnić ten wyjątkowy wieczór, który nigdy nie umrze i zostanie na długo w pamięci. Najlepsze wydawnictwo koncertowe Blaze;a Bayley, które jest idealne na start, jeśli ktoś nie zna twórczość byłego wokalisty Iron Maiden.

Ocena: 9.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

czwartek, 3 października 2013

BLAZE BAYLEY - Alive In Poland (2013)

Gdyby nie wydanie DVD„Alive In Poland” za sprawą Metal Mind Productions, gdyby nie wyciągnięcie ręki ze stron polskiej wytwórni płytowej to nie wiem czy Blaze Bayley znów by powrócił do świata żywych? Czy mielibyśmy kolejne albumy, koncerty? Jego sytuacja była ciężka, a to wydawnictwo odmieniło jego los. DVD ukazało się w 2007 roku i zawierał koncert z „Metalmanii” w spodku w Katowicach. Nie było osobnego wydania audio i teraz po 6 latach mamy wersję audio. Jest to kolejny dobry dowód na to, że Blaze Bayley to urodzony frontman i potrafi robić niezłe show. Dlaczego?

Przede wszystkim to uczucie że uczestniczy się w koncercie, że całość brzmi jakbyśmy tam byli razem z Blazem. Dobrze reagująca publika to stały punkt programu w płytach koncertowych Blaze'a. Nie obeszło się również bez rozmów Blaze'a z publiką, choć niektóre gadki są tutaj jakby za długie, a opowiadanie o genezie zrodzenia się zespołu Blaze Bayley i powodach dłuższego milczenia Blaze'a na scenie metalowej potrafią znudzić i zniesmaczyć. Minusem tego wydawnictwa jest też fakt, że zespół który dał koncert na Metalmanii był świeżo skompletowany i nie do końca się dotarli co słychać po aranżacjach. Niektóre riffy zmienione, perkusista traci momentami rytm. Jednak mimo tych pewnych wad, płyta nadrabia znakomitą setlistą, w której znajdziemy kawałki z całej twórczości Blaze'a. Dobra dynamika, duża dawka energii i dobra publika robią swoje. Miło usłyszeć na żywo taki „Virus”, „Born As Stranger” czy „Man On The Edge”. Właściwie każda kompozycja brzmi dobrze i ciężko wytknąć słabszy utwór. Cieszy też fakt, że mamy tutaj rasowe przeboje kawałki jak „Born As Stranger”, Speed Of Light” czy „The brave”.

Ten koncert ma dla Blaze'a szczególne znaczenie, bo dzięki niemu znów powrócił do gry, znów miał swój zespół i zapał do pracy. Sam koncert ma swoje plusy, które w ostatecznym rozrachunku biorą górą. Jest energia, dobrze dopasowana setlista i niezłe show. Słucha się tego na tyle przyjemnie, że chciałoby się wziąć udział w tym koncercie. A czyż nie o to chodzi w koncertowym albumie?

Ocena: 7.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

środa, 11 września 2013

BLAZE BAYLEY - Promise and Terror (2010)



Wielka tragedia potrafi być dla artysty furtką do innego wymiaru, może być źródłem nowych pomysłów. Dla jednych tragedia może być tak dobijająca, że artysta pogrąża się w smutku, albo może być narzędziem, które pchnie artystę do wyrażenia tego wszystkiego w swojej sztuce. Jeden z najbardziej znanych wokalistów metalowych Blaze Bayley po śmierci swojej żony postanowił dać upust swoim emocjom na płycie. Pamiętne czasy „The X Factor” ponownie powróciły na „Promise and terror”, który się ukazał w 2010 roku.

Płyta ta ma wiele wspólnego z wspomnianym albumem Iron Maiden. Podobny ładunek emocjonalny lidera grupy, duża dawka melancholii, mroku, smutku i takiej niepewności.  Potwierdzeniem tego stanu rzeczy jest również mroczna okładka, soczyste, ale tez nieco przybrudzone brzmienie czy też w końcu sam wydźwięk materiału. Mimo nieco innej formuły jest to dalej heavy metal do jakiego nas przyzwyczaił Blaze’a Bayley. Duża dawka ciekawych melodii, chwytliwych refrenów czy ostrych popisów gitarowych. Ten album jest udaną kontynuacją „The Man who would not Die” i wynika z tego że udało się zachować stabilny skład zespołu, wspólne granie i pracowanie nad kompozycjami. Płyta została skonstruowana z podobnych elementów, a mianowicie charakterystycznego mrocznego wokalu Blaze’a, dynamicznej sekcji rytmicznej oraz popisów gitarowych Wlsha i Bermundeza. Ten duet naprawdę się sprawdza i płyta jest pełna różnych urozmaiceń i atrakcyjnych solówek. Można zapomnieć o nudnych i oklepanych melodiach, tutaj stawia się na pomysłowość, melodyjność i przebojowość, choć ta w nieco mniejszej ilości niż na poprzednim albumie. W zamian mamy bardziej rozbudowane, przekombinowane kawałki, w których pojawia się jakby więcej smaczków. Gdzie to można uchwycić? W mrocznym „Comfortable in Darkness” , stonowanego „Letting Go Of The World” czy “City Of Bones”. Nie brakuje szybkich I charakterystycznych kawałków dla tego wokalisty,w  którym jest duch Iron Maiden. Najlepiej ten styl oddaje energiczny „Watching The Night Sky” , dziki „Madness And Sorrow” czy marszowy „1633” z wejściem basu godnym Iron Maiden. Płyta urozmaicona co dodaje tylko jeszcze większego uroku.

O tej płycie można napisać wiele, ale na pewno nie będzie to jakieś złe słowo. Pomimo smętnego, ponurego klimatu, nieco przekombinowanego stylu płyta się broni. Broni się za sprawą ciekawych pomysłów, klimatu, aranżacji i samych muzyków. Ten skałd który pracował przy tej płycie jak i poprzedniej to najlepszy zespół z jakim pracował Blaze i szkoda że ten etap został zamknięty. Nowi ludzie z Blaze na czele nie potrafią oddać tego charakteru z tej płyty. Szkoda, bo Blaze pokazał za sprawą tych albumów jak znaczący jest jego zespół. „Promise And Terror” to pozycja obowiązkowa dla maniaków heavy metalu i talentu Blaze’a Bayley bo to w końcu jeden z jego najlepszych albumów.

Ocena: 7.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

sobota, 17 marca 2012

BLAZE BAYLEY - The King Of Metal (2012)


Ostatnie kilka miesięcy z życia BLAZE'A BAYLEY to nieustanny ciąg zawirowań i szokujących wydarzeń. Najpierw było niesłychane przyjęcie drugiego albumu pod pseudonimem BLAZE BAYLEY czyli „Promise and Terror”. Później zaczęło się coś sypać. Kapele opuścił w 2010 Larry Peterson i jego miejsce w roli perkusisty zajął Claudio Tirincanti, a w marcu roku 2011 sam BLAZE BAYLEY ogłosił rozwiązanie swojego zespołu z powodu zdrowotnych i finansowych. Później został wskrzeszony stary zespół Blaze'a czyli WOLFSBANE i wydanie nowej płyty na początku roku 2012. Powrót był fatalnym posunięciem, bo ów nowe wydawnictwo w złym świetle stawiało samego muzyka, który sporo osiągnął zarówno będąc w IRON MAIDEN i działając na własny rachunek. Jedyną na dzieją na zrehabilitowanie się za sprawą reaktywowanego swojego własnego zespołu BLAZE BAYLEY tylko że z innymi muzykami. 8 marca tego roku premierę światową miał nowy album Bleza czyli „The King Of metal”. Pod względem muzycznym mamy cięższą muzykę aniżeli na „Promise and Terror” i tutaj śmiało można skierować swoje myśli ku pierwszym albumom z serii BLAZE. Oczywiście pozostał z poprzedniego albumu mroczny klimat co nie tylko słychać, ale też widać po mrocznej frontowej okładce. Jednak nie mogę tutaj podzielić entuzjazmu innych słuchaczy. Przede wszystkim co mnie drażni to nieco słabsza forma wokalna Bleze'a , czasami zbyt banalne motywy, nieco gorsze umiejętności muzyków od poprzednich i słychać że nie są tacy precyzyjni pod względem technicznym. Album jednak ma też sporo atutów i chyba najmocniejszym jest melodyjność utworów i w miarę wyrównany poziom całego materiału.

Zaczyna się wręcz tradycyjnie bo od mocnego uderzenia w postaci „The King of metal” i jest to jeden z ostrzejszych kawałków jakie ostatnie stworzył Blaze'a. Jest nieco patentów thrash metalowych, nieco z JUDAS PRIEST z ery Rippera. Ciekawe brzmi ten nowoczesny, agresywny metal. Jest prostota, niezwykła przebojowość i jest to bez wątpienia mocne otwarcie albumu, zapowiadające niszczycielski album, co do końca nie jest prawdą. Wysoki poziom albumu podtrzymuje w dalszym ciągu nieco bardziej złożony „Dimebag” wzorowany bardziej na ostatnich dokonaniach IRON MAIDEN. Zwłaszcza melodyjność solówek jak i konstrukcja utworu, czyli spokojne wejście,szybsze rozwinięcie i spokojne zakończenie. Są momenty może nieco banalne, może nieco zbyt oklepane, ale całościowo utwór pretenduje do miana najlepszego. Przede wszystkim atrakcyjnie zostaje zaplanowana linia melodyjna. Sporo jest różnorodnych motywów i do gustu przypadły mi zarówno te spokojne, klimatyczne jak i te szybsze, bardziej dynamiczne. Do tego trzeba zaliczyć jedną z najlepszych solówek na albumie, której nie powstydziła by się żelazna dziewica. Nieco poziom zaniża mroczny „The Black Country” z melodyjnym intrem. Z jednej strony ciężki riff, mroczny klimat, a z drugiej mało atrakcyjna linia melodyjna i sama aranżacja. Trzeba przyznać że podstawowym filarem i największą ostoją albumu są bez wątpienia nieco bardziej zwarte i szybsze kompozycje na miarę otwieracza, czyli melodyjny „The rainbow Fades to Black” z porywającą solówką czy tez rozpędzony „Fate” z ostrym riffem i energiczną partią perkusyjną. Nie trzeba dodawać że i fani IRON MAIDEN pokochają ten kawałek. Oczywiście żelazną dziewicę można usłyszeć w drugim długim kolosie który śmiało stawiam na pierwszym miejscu z „Dimebag” czyli „Fighter”. Jest nieco marszowe tempo, jest znów kilka motywów charakterystycznych dla ekipy Harrisa. Utwór rozegrany w takim typowym dla Bleza stylu i jest to kwintesencja jego muzyki. Można też pochwalić nieco ostry, nieco agresywny „Difficult”. To byłoby na tyle jeśli chodzi o te najlepsze kompozycje. Nie wiem czemu ale ballada „One More step” jest brzydka. Wokal Blaze'a tutaj psuje nastrój i brzmi tragicznie. Sama kompozycja jest banalna i mało ciekawa. I tak samo jest z „Beginning”. „Judge Me” poza ciekawym wejściem, tez nic więcej już nie oferuje.

Wciąż nie opuszcza mnie wrażenie że ta płyta była tworzona szybko i bez większego pomysłu. Są tutaj stare sprawdzone chwyty i właściwie jest kilka mocnych kawałków, ale jest też sporo które strasznie męczą i porażają nieporadnością i brakiem pomysłu. Mam zastrzeżenie tez do formy wokalnej Blaze'a i w stosunku do dwóch poprzednich albumów wypada tutaj słabo. Muzycy pod względem technicznym też nie budzą większych zachwytów i wszystko jest odegrane na przyzwoitym poziomie. Jeśli szukasz dobrego heavy metalu i jeśli lubisz to co robi Blaze'a to jest to album dla ciebie, jeśli szukasz czegoś więcej to niestety ale ta płyta raczej ciebie zawiedzie.

Ocena: 6.5/10

sobota, 20 sierpnia 2011

BLAZE BAYLEY - The man who would not die (2008)

Blaze Bayeley znany jest z dwóch albumów Iron Maiden, z Wolfsbane , czy też z Blaze. Jednak marka Blaze w roku 2007 przestała istnieć, bo w zespole został tylko Blaze. Blaze nie miał zespołu, kontraktu płytowego, czy też menadżera i tak o to pojawiło się światełko w tunelu. Tym światłem był email od naszego rodzimego Metal Mind, który zaproponował Blazowi aby nagrał DVD na metalmania 2007. I to wydarzenie był punktem zwrotnym w karierze Bleza. Zebrał zespół i to DVD było początkiem nowego zespołu Bleza, który był sygnowany Bleze Bayley. Już podczas trasy koncertowej zespół zebrał kilka pomysłów i później je zarejestrowano i ciekawym pomysłem było że nie ważne kto wnosił pomysł na dany utwór, musiał on być uzgodniony przez wszystkich muzyków, gdyż każdy utwór miał być najlepszym co można było stworzyć jako zespół. Pierwszy album nowo powstałej grupy był „The Man who would not die” i premierę miał w 2008 roku. Ciekawą okładkę do albumu zrobił wszędobylski Franco, produkcją zaś zajął się Blaze i bracia Bermudez. Co ciekawe Blaze założył własną wytwórnię płytową, żeby nikt nie okradał ich z pieniędzy. Patrząc w przeszłość no poza IM, to ten krążek jest w moim odczuciu najlepszym dziełem jaki stworzył Blaze. Wszystko zostało tutaj dobrze wyważone. Mamy agresywne i w miarę ciężkie partie gitarowe, które są pierwszorzędne na tym albumie, mamy też melodie które nie raz przypomną IM, również nie brakuje chwytliwych refrenów. Pod względem kompozytorskim jest świetnie, pod względem muzycznym też, co więcej album brzmi równie i do tego mamy urozmaicony materiał, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

Zaczyna się mocno, bo od tytułowego „The man who would not die” i taki heavy metal zawsze jest mile widziany. Agresywny i melodyjny zarazem. Od samego początku zachwyca słuchacza nie zwykła praca gitarzystów i brzmi to w miarę nowocześnie. Jednak melodie i refren to już taka szkoła Iron Maiden. Również solówki są takie jak być powinny na albumach dziewicy, a więc porywające i melodyjne. Blaze też w bardzo dobrej formie, nawet wcześniej nie był w tak znakomitej formie. Kawałek idealnie się sprawdza na koncertach. Nieco innym kawałkiem jest „Blackmailer” nie jest taki dynamiczny, taki szybki. Tutaj jest bardziej stonowane tempo, ale utwór jest jakby bardziej urozmaicony bo i fajnie wypada tutaj moment przyspieszenia i taki maidenowy refren. Kawałek ma klimat bardziej mroczny i wszystko brzmi nawet ciężej. Kolejny killer na albumie. Solówki tutaj są po prostu wyborne, nie są jakieś wymuszone, czy sztuczne, tak się gra heavy metal, tj z sercem i z miłością. Kawałek mógłby znaleźć się spokojnie na takim „Brave new World. Album jest zróżnicowany i to słychać, bo jeszcze inaczej brzmi taki „Smile Back at death”. Jest to jeden z dłuższych kawałków na płycie i zarazem jeden z takich utrzymanych w wolniejszym tempie. Wciąż słychać dobre melodie, ciężar i jest chwytliwy refren. Utwór jest rozbudowany i mamy tutaj mroczne i takie przygnębiające momenty, jest tutaj sporo wolnych motywów. Pod względem tekstu taki „While you re gone” mógłby być balladą, ale nią jest. To się nazywa tekst o miłości i przemijaniu. Kawałek napisany z myślą o żonie Bleza, która zmarła. Pod względem tekstowym jak i pod względem muzycznym jest to jeden z moich ulubionych kawałków na albumie. Utwór ma znakomity główny motyw, energiczne solówki, które są najszybszym momentem utworu, no i zapadający na długo w głowie refren. Sporo odniesień do Maiden, ale takim najbardziej wyrazistym ukłonem w stronę dziewicy jest „Samurai”. Ta pulsująca partia basowa, ten refren, ten riff i wszystko wyjęte jakby z albumu Iron Maiden. Choć sekcja rytmiczna to ukłon w stronę ekipy Harrisa, to jednak gitarzyści starą się grać bardziej drapieżnie, nieco ciężej. Jednak jak usłyszałem solówki i wyśpiewane „łoo łoo” przez Bleza to namyśl mi przyszedł „brave New World”. Jest to kolejna z moich ulubionych kompozycji na albumie. Było melodyjnie, było szybko, to teraz znów mroczniejszy i utrzymany w wolnym tempie „Crack in The system”. Klimat może i niezły, a ostry riff może przyciągnąć uwagę. Jednakże 6 minut i nieco słabszy refren psują ostatecznie pomysł na utwór i brzmi to nieco słabiej niż reszta utworów na albumie. Było sporo dynamicznych utworów do tej pory, ale żaden nie przebije dynamiki i szybkiego tempa „Robot”. Tutaj zespół jakby wbił 5 bieg, tutaj nie ma czasu na smęty, jest za to energia i pazur. Czy taką kompozycję bym usłyszał w IM? Raczej nie, ba nawet na pewno Nie. To co jest mocne w tym album to że pierwsza połowa albumu, która była bardzo dobra w sumie nie wiele się różni od drugiej gdzie jest podobny poziom i podobne koncepcje. Bardzo podoba mi się taki „At the end Of the day” który przypomina „While you re gone”. Utwór coś ma z ballady, nieco wolniejsze tempo, łagodny klimat i podniosły refren. Jednak tekst i całość pozostaje w pamięci. Końcówka albumu bardzo energiczna i melodyjna. Tak o to mamy kolejny killer „Waiting for my Life To Begin” i pod względem instrumentalnym jest zniszczenie. Jest dynamika, są chwytliwe melodie wygrywane pod IM, no ale tekst i sam refren pozostawiają wiele do życzenia. Kolejnym takim moim ulubieńcem jest meidenowy „Voices From The past” Mamy tutaj ciekawy i taki zapadający w głowie główny motyw, mamy koncertowy refren. A nie brakuje tez bawienie się tempami i melodiami i prezentuje się okazale. Przy wymienianiu najlepszych kompozycji nie mogę pominąć „The Truth is One” bo jest to dynamiczna i bardzo drapieżna kompozycja. Melodie, riff, refren to czyste Iron Maiden i świetnie by się w pasował w taki „Brave new world”. I w podobnej stylizacji jest utrzymany ostatni kawałek „Serpent Herted Man”, który idealnie podsumowuje całość.

12 kompozycji i godzina słuchania, to dość dużo jak na heavy metalowy album. Ale co ważne Blaze Bayley stworzył materiał ciekawy, wyrównany i w miarę urozmaicony. Mamy długie, rozbudowane kompozycje, nie zabrakło też kawałków utrzymanych w średnim tempie, czy też szybkich petard. Brzmienie jest tutaj ostre jak brzytwa, ale przy takiej muzyce, przy taki stylu gry jest to wręcz koniecznie. Blaze tutaj osiągnął znakomitą formę wokalną, do tego same kompozycje są tutaj genialne i przemyślane. Nie ma silenia się na jakieś inne granie, nie ma udawania, jest za to czysty heavy metal. Jak dla mnie najlepsza płyta Bleza. Nota: 9.5/10