Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolfchant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolfchant. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2026

WOLFCHANT - Echoes of a Time once past (2026)


 

Dziewiąty album niemieckiej formacji Wolfchant zatytułowany Echoes of a Time Once Past ukazał się 13 lutego. Dla fanów pagan i folk metalu z domieszką melodyjnego death metalu to – jak zwykle – prawdziwa uczta. Zespół działa od 2003 roku, zdążył wypracować rozpoznawalną markę i przez lata konsekwentnie dostarczał solidny materiał. Najnowsze wydawnictwo nie należy do ścisłej czołówki ich dorobku, ale z pewnością nie przynosi im wstydu.

W składzie ani w stylistyce nie zaszły żadne zmiany. Grupa konsekwentnie podąża ścieżką obraną kilkanaście lat temu. Nie ma tu większych niespodzianek ani utworów, które rzucałyby na kolana – to po prostu kolejny, charakterystyczny album Wolfchant. Shaakl i Seehb tworzą zgrany duet gitarowy i robią swoje: sprawnie balansują między folkową melodyką, agresywnymi riffami a chwytliwymi partiami prowadzącymi. Powstaje z tego całkiem udana mieszanka. Momentami jednak wkrada się chaos i brakuje wyraźnych, bezdyskusyjnych killerów. Materiał dobrze się przyswaja, lecz nie powala siłą rażenia. Z kolei Lokhi i Nortwin czuwają nad zróżnicowanymi liniami wokalnymi, dbając o odpowiednią dynamikę i klimat. Zespół ewidentnie się stara i oferuje rzetelny materiał – choć bez efektu „wow”.

Kapela zadbała o klimatyczną okładkę oraz soczyste, selektywne brzmienie – jak przystało na formację z tak bogatym stażem. Sam materiał jest zróżnicowany i przyjemny w odbiorze. Album zawiera dziewięć kompozycji i każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie.

Na szczególną uwagę zasługuje otwierający „Arcades of Time” – dynamiczny, agresywny numer z wyraźnymi wpływami melodyjnego death metalu. To mocny początek. Echa twórczości Running Wild można wychwycić w energicznym i zadziornym „Under a Twilight Star”. Następnie pojawia się melodyjny i przebojowy „Goddess of Fire” – jeden z najmocniejszych punktów wydawnictwa. „Dem Sturm Voraus” skręca wyraźniej w stronę folk metalu; to solidny, choć momentami nieco chaotyczny utwór. Ciekawe aranżacje i podniosły nastrój odnajdziemy w epickim „Wild Hunt”, który dobrze ukazuje potencjał zespołu. Najdłuższy na płycie „Shadows of Doom” to rozbudowana kompozycja, w której niestety chwilami wkrada się monotonia. Całość zamyka „Echoes from the Past” – utwór trafnie podsumowujący charakter całego albumu.

Wolfchant to uznana marka i zespół, który ma na koncie naprawdę znakomite wydawnictwa. Tym razem otrzymaliśmy po prostu solidny album z kilkoma bardzo dobrymi momentami. To krążek, którego słucha się z przyjemnością – pełen chwytliwych melodii i charakterystycznego klimatu – jednak zabrakło mu nieco dopracowania, świeżości oraz większej dawki bezkompromisowej agresji. Szkoda, bo potencjał na znacznie ciekawsze wydawnictwo był wyraźnie odczuwalny.

Ocena: 7/10

piątek, 14 lipca 2017

WOLFCHANT - Bloodwinter (2017)

Jeśli kocha się twórczość i folkowe melodie Suidakra, chłód Enisferum i pomysłowość Manegarm to nie można być obojętnym wobec niemieckiego Wolfachant. Nie trzeba być miłośnikiem niemieckiego języka, fanem pegan metalu, a ni też fanem niemieckiej mitologi by wpaść w sidła Wolfchant. Ich ostatnie dzieła są na naprawdę wysokim poziomie i nie można im odmówić perfekcjonizmu i pomysłowości. Najnowsze dzieło „Bloodwinter” potwierdza ich formę i styl w jakim ostatnio się obracają. Doczekaliśmy się udanej kontynuacji „Embraced by Fire”.

Z poprzedniej płyty na pewno zostało soczyste i dopieszczone brzmienie jak i klimatyczna okładka. Skład zespołu uległ zmianie, bo pojawiła się nowa sekcja rytmiczna i gitarzysta w postaci gorthrima. Sertorius zajął się basem, a Lug perkusją, ale nie zmienił się styl zespołu. Dalej jest mieszanka pegan metalu, melodyjnego death metalu i folk metalu. Nortwin i Lokhi na przemian wyśpiewują swoje partie wokalne, przez co muzyka też jest bardziej złożona i urozmaicona. „Nornesang” to klimatyczne i podniosłe intro. Bardzo dobry pomysł na otwarcie albumu. Dalej mamy bardziej stonowany i mroczniejszy „schicksalsmacht”. Pomysłowy riff, duża przebojowość i sporo atrakcyjnych melodii to cechy chwytliwego „Wolfchant ( a wolf to man)”. Z kolei w „Das Bollwerk” zespół zabiera nas w rejony folk metalu i jest bardzo klimatyczne w tym utworze. Kolejny hit odnotowano. Marszowy „Bloodwinter” to świetna wizytówka tego albumu. Jako fan power metalu pozwolę sobie wyróżnić dynamiczny „Heritage of Fire” z naprawdę atrakcyjnym riffem. Przypomniał mi się stary dobry Winterstorm. „Sechnsucht” to klimaty nieco bardziej w stylu Powerwolf i zespołowi wyszło to naprawdę bardzo dobrze.Mamy jeszcze klimatyczny „anthems of revenge” i epicki „New born killer”, który zamyka ten dopracowany album.

Wolfchant znowu nagrał bardzo dobry album, który potrafi oczarować klimatem i ciekawymi melodiami. Płyta wciąga na długo i za każdym razem odkrywa się nowe smaczki. Nic tylko słuchać i czerpać radość z odsłuchu.

Ocena: 9/10

środa, 6 marca 2013

WOLFCHANT - Embraced By Fire (2013)

Pora trochę wyjść poza świat heavy czy power metalu i przyjrzeć się albumowi, który bardziej można zaszufladkować do gatunku pegan/folk metal, w którym oczywiście słychać wpływy melodyjnego death metalu, heavy czy power metalu. Ten album to nowe wydawnictwo niemieckiego zespołu o nazwie WOLFCHANT, czyli „Embraced By Fire”. Za specjalistę tych wyżej wspomnianych gatunków się nie uważam i są w tej dziedzinie więksi znawcy, podobnie jak w dziedzinie samego zespołu, bo znam tylko ich wcześniejszy album, który zapadł w pamięci za sprawą pomysłowości i wykonania, że nie wspomnę o samym stylu muzycznym. Mimo tych czynników uznałem, że chcę was też zarazić tym zespołem i przede wszystkim uczulić na nowy album, który ma predyspozycję do bycia płytą roku 2013.

Pewnie się zastanawiacie o czym ten autor pisze, że znów przeżywa jakiś tylko dobry album, no cóż wystarczy sięgnąć po płytę i argumenty same będą do nas przemawiać. Już na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z znakomitą okładką, który utrzymana jest w takim klimacie fantasy i sam styl jej zrobienia daje nam podstawę, żeby myśleć, że mamy do czynienia z znakomitym, dopracowanym i przemyślanym albumem i tak też jest w dalszej fazie zapoznawania się z albumem. Nie trzeba być znawcą tych gatunków, ani samego zespołu, żeby dać się mu oczarować, żeby dostrzec jego perfekcję, wykonanie i styl jaki obrał sam zespół. Perfekcja i potęga te albumu tkwi w szczegółach, które są dopracowane, przemyślane i takie pełne świeżości, żeby nie użyć słowa oryginalne, bo jednak gdzieś podobne dźwięki już w swoim życiu słyszałem. Innym jakże ważnym atutem płyty jest brzmienie, które jest z górnej półki. Soczyste, krystaliczne czyste, ale z drugiej strony drapieżne i mocne. Takie brzmienie to prawdziwa uczta dla słuchacza, a kiedy uwypukla piękno wykonania, te bogate i zrobione z wielką pompą aranżacje, ten epicki klimat, pomysłowość w zakresie kompozytorstwa, kiedy uwypukla umiejętności muzyków, a także znakomitą zawartość, to tylko zacierać ręce.

„Embraced By Fire” to już piaty album tej formacji, która została założona w 2003 roku i nie będę was męczył listą wyczynów muzyków, ale trzeba podkreślić, że wyczyniają tutaj niezłe popisy. Gitary są mocne, drapieżne, energiczne, pełne melodii i wraz z klawiszami tworzą niezwykłą atmosferę taką bojową, wręcz epicką, a pojedynki wokalne między Lohki i Nortiwnem są pełne pomysłowości i również sprawiają, że album jest świeży, bardzo epicki. To jest prawdziwe widowisko, show, które od początku do końca powala na kolana swoim rozmachem, wykonaniem, pomysłowością, melodiami i klimatem. Dawno nie słyszałem tak epickiego albumu zrobionego z takim rozmachem. Najlepiej oddają te wszystkie odczucia i te słowa tutaj przytoczone same kompozycje, które są największym argumentem przemawiającym za tym, że jest to jeden z najlepszych albumów tego roku.

Zaczyna się od epickiego, utrzymanego w nieco symfonicznym klimacie „Intro”, które brzmi jak ścieżka dźwiękowa do jakiegoś filmu. Niesamowity klimat, emocje, aranżacje, rozmach, które już od początku robią niezwykłe wrażenie, a słuchacz czeka na pierwsze uderzenie. Takowym jest „Embraced By Fire”, w którym słychać zarówno folk/pegan metal, a także coś z power metalu i to jest mieszanka wybuchowa, zwłaszcza kiedy całość przesiąknięta klawiszami i epickim charakterem. Bardziej true metalowy wydźwięk ma tutaj „Element”, który ukazuje nieco bardziej rytmiczne i bojowe nastawienie zespołu. Folk metal i epicki klimat mocno jest piętnowany w melodyjnym „Turning Into The Red”, zaś o power metal ociera się energiczny „Einsame wacht” i nie przeszkadza nawet w tym wszystkim ojczysty język kapeli, pomimo że nie lubię niemieckiego słuchać. Również coś z power metalu słychać w przebojowym „Autumns breath”. Końcówka to dwa bardziej rozbudowane, urozmaicone kawałki, które również ukazują epicki charakter i podniosłość i zarówno „Freier geist” i melodyjny „Winters Triumph” zasługują na szczególną uwagę.

Wiedziałem, że zespół WOLFCHANT gra znakomicie, wiedziałem, że mają potencjał i są zdolni do wszystkiego, ale nie sądziłem że będą wstanie nagrać prawdziwe arcydzieło, z epickim wydźwiękiem, dopracowaniem i świeżością, gdzie kompozycje to prawdziwe killery, gdzie każdy szczegół został dopieszczony i jedyne co można zarzucić, to że album jest krótki, bo trwa tylko 43 minuty, ale przynajmniej nie jest wydłużany na siłę, Znakomity album, pełen emocji, niesamowitych aranżacji, to trzeba po prostu usłyszeć. Prawdziwa uczta dla fanów melodyjnego grania i póki co jeden z najlepszych albumów roku 2013!

Ocena: 10/10