czwartek, 23 maja 2019

DIAMOND HEAD - The coffin train (2019)

Koniec czekania. Już jest nowy album brytyjskiego Diamond Head. "The Coffin Train" to następca świetnego "Diamond Head" z 2016r. Band wysoko zawiesił sobie poprzeczkę i pokazał, że stary band może zaskoczyć i powrócić w wielkim stylu. Na okładce widać pędzący pociąg i taki właśnie jest Diamond Head na nowym albumie. Pokazuje, że nie są do zatrzymania, a nowy materiał jest dojrzały i niezwykle przemyślany. To jest płyta, która przemyca patenty stricte heavy metalowe, NWOBHM czy hard rockowe. Nie ma grania na jedno kopyto i przez to na płycie dzieje się sporo. Dużym plusem jest to, że band stara się trzymać poziom i styl z poprzedniego wydawnictwa. Z oryginalnego składu pozostał Brian Tatler i perkusista Karl Wilcox. To oni napędzają band i odpowiadają za klimat lat 80.  Duży wkład na płycie ma też drugi gitarzysta Andy i wokalista Rasmus Bon Andersen. Gitarzyści niezwykle urozmaicają swoją grę i często zaskakują swoją pomysłowością i lekkością. Na największą pochwałę zasługuje wokalista Rasmus, który idealnie sprawdza się w roli lidera Diamond Head. Jego zaletami jest technika i znakomite opanowanie w wysokich rejestrach. Człowiek petarda i nie można przestać go słuchać. Kolejnym plusem "The coffin train" jest mocne i nowoczesne brzmienie, które podkreśla jakość płyty.  Na płycie jest 10 kawałków i już otwieracz "Belly of the beast" to killer  z prawdziwego zdarzenia. Rozpędzona sekcja rytmiczna i chwytliwy riff czynią ten utwór wyjątkowy. Jeden z najlepszych kawałków na płycie. Inaczej prezentuje się "The Messenger", w którym słychać elementy NWOBHM i  hard rocka. Tym razem mamy marszowe tempo i to jest urocze. Troszkę odstaje rozbudowany i mroczny "The coffin Train". Stonowany i zadziorny "The Sleeper" znowu imponuje mrocznym klimatem i rozbudowaną formą. Słychać w tym echa Black Sabbath. Kolejną szybką petardą na płycie jest melodyjny "Death by design" i to jeden z najciekawszych momentów na płycie. Nutka progresywności pojawia się w "The pheonix" i na koniec jest jeszcze bardziej rockowy "Until we burn". Werdykt? Bardzo dobra płyta i podtrzymuje wysoki poziom z poprzedniego albumu, aczkolwiek jest mniej przebojowo i bardziej klimatycznie. Całościowo brakuje mi więcej killerów i lepsze wrażenie robił "Diamond Head" z 2016r. Mimo wszystko jest to pozycja godna uwagi.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 21 maja 2019

STORMLORD - Far (2019)

Moja pierwsza przygoda z włoskim Stormlord to był " Mare Nostrum" z 2008r. Ta płyta szybko trafiła w moje serce i na długo została w pamięci. Co mi zaimponowała to niezwykła mieszanka agresji, podniosłości, przebojowości i mroku. Band działa od 1991r i szczyci się tym że jak mało kto potrafi wymieszać symfoniczny  black metal i power metal.  Z tej kapeli bije świeżość i niezwykły patent jak ożywić wyczerpaną formułę tych dwóch gatunków. Na "Mare Nostrum" błyszczeli i wysoką formę podtrzymywał "Hesperia" i w zasadzie najnowsze dzieło "Far" to kolejna perełka w dyskografii tej wyjątkowej kapeli.

 Na początku muszę pochwalić Stormlord za kolejną świetną okładkę, która zdobi nowy krążek. Jest mrok, jest ciekawa barwa i główny motyw. Przyciąga uwagę słuchacza na samym wstępie. Drugi plus "Far zgarnia za mocne, soczyste i wysokiej klasy brzmienie. Każdy dźwięk przyprawia o dreszcz. Imponuje również forma muzyków, zwłaszcza wokalisty Cristiano Borchiego. Specjalista od harsh wokalu i agresywnego śpiewu. To właśnie on odpowiada za klimat black metalowy.  Kawał dobrej roboty zrobili również gitarzyści. Gianpoalo i Andrea wypełniają album mocnymi riffami i złożonymi solówkami, tak więc nie można narzekać na nudne zagrywki. Album jest dojrzały i przemyślany, a to przedkłada się na jakość prezentowanej muzyki. Filmowo zaczyna się "Leviathan" i te orkiestrowe elementy są tutaj urocze. Jest budowanie napięcia i zabawa z słuchaczem. Progresywność też daje się we znaki i w efekcie powstał dość ciekawy otwieracz. Marszowy i zadziorny "Far" to kolejny uroczy kawałek na płycie.  Duży pokład podniosłości i symfonicznego metalu mamy w epickim "Sherden". Więcej power metalu uświadczymy w dynamicznym "Crimson" czy "Levente". Dużo dzieje się w urozmaiconym "Invictus" czy mrocznym "Romulus".

Każdy utwór ma w sobie tutaj coś wyjątkowego. Od początku band znakomicie buduje napięcie i zaskakuje świeżością i pomysłowością. Stormlord znowu błyszczy i pokazuje, że są jedynym w swoim rodzaju bandem. Płyta godna uwagi!

Ocena: 9/10

poniedziałek, 20 maja 2019

IRONGUARD - Towards Victory (2019)

A o to i kolejny debiut w tym roku, na który warto zwrócić uwagę. Duński Ironguard działa od 2008 r i stawia na mieszankę heavy/power metalu. Wyróżnia ich to, że stawiają na rycerski klimat i na proste granie. Nie kryją zamiłowań Majesty, Stormwarrior, czy Crystal Viper. W ich muzyce słychać klimat lat 90 i to jest ich mocna strona. Prosty i dynamiczny heavy/power metal w klasycznym wydaniu to jest to co możemy usłyszeć na debiutanckim "Towards Victory". Ironguard ma potencjał, tylko szkoda że wokalista Andreas Bigom jest bardzo specyficzny i nie do końca pasuje do zawartości. Niby śpiewa w wysokich rejestrach, niby stara się budować rycerski klimat, ale brakuje tutaj techniki i opanowania. Przybrudzone brzmienie jest bardzo urocze i znakomicie oddaje klimat lat 90. Muzyka jest dobrze wyważona i nie sposób się tutaj nudzić. Start w postaci "Desertion", który idealnie wpasowuje się w styl Jack Starr Burning Starr, czy właśnie Crystal Viper. Duża dawka melodyjności i rycerskiego heavy metalu. Szybko atakuje nas "A second sun", czyli dynamiczny kawałek, w którym można doszukać się elementów power metalu. Więcej agresji, zadziorności mamy w przebojowym "Strangers in Hell".  Gitarzyści Mads i Jeppe dają czadu w sferze partii gitarowych i mają ręce pełne roboty. Jest ogień, jest pazur i prawdziwe pojedynki na solówki. Dobrze to odzwierciedlają rozpędzony "Free again" czy szybki "Wild fire Pride". Prawdziwe killery w rycerskiej oprawie.  Bardzo dobrze wypada agresywny "Hereoic return", który przypomina dokonania Hammerfall, czy Stormwarrior. Mamy jeszcze melodyjny "Storm the walls" i epicki "Towards victory", który zamyka ten krążek. Pomijając specyficzny wokal to można rzec że mamy do czynienia z bardzo solidnym albumem w kategorii heavy.power metal. Duńska formacja dobrze prezentuje się na swoim debiucie i za pewne jeszcze o nich usłyszymy. Płyta godna uwagi dla fanów rycerskiego heavy/power metalu.

Ocena: 8/10

niedziela, 19 maja 2019

MYSTIK - Mystik (2019)

Julia von Krusenstjerna na basie i wokalu, Beatrice Karlsson i Lo Wickman na gitarze i mamy 3 utalentowane kobiety w jednym zespole. Mowa tutaj o szwedzkim Mystik. Skład zespołu uzupełnia perkusista Sven Nillson, który jest jednym facetem w zespole. Ta kapela działa od 2016r i w tym roku prezentują światu swój debiutancki krążek zatytułowany po prostu "Mystik".

Co gra Mystik? Czego można się spodziewać? Przede wszystkim mamy tutaj heavy/speed metalu osadzonego w latach 80.  Pierwsze skojarzenia to Original Sin, choć band nie kryje zamiłowań do Enforcer, Elvenstorm, czy też Crystal Viper. Już samym stylem i pomysłowością band kupuje swoich słuchaczy.  Szwedzka formacja stawia na mroczny klimat i oldschoolowy feeling swoich kompozycji.

Okładka mroczna i taka bardziej w klimatach death metalu, ale co tam. Liczy się zawartość i to na jakim poziomie band gra. Płytę otwiera rozpędzony "Into the Oblivion", który imponuje dynamiką i agresywnością. Beatrice i Lo dają czadu w sferze partii gitarowych. Duża dawka energii i zadziorności, a wszystko podlane sosem Running Wild z pierwszej płyty. Niezwykle porywający jest "Nightmares", który przypomina krążek Original Sin. Prawdziwa peterda. W podobnej konwencji utrzymany jest energiczny "Ancient Majesty",a urozmaicenie materiału nastaje wraz z wkroczeniem "Lake of nacrosis", który zaskakuje mrocznym klimatem i melodyjnością. Więcej w tym utworze heavy metalu, a mniej speed metalu. Mamy też przesiąknięty Judas Priest "Bleed for the night" czy przebojowy i pokręcony "Mystik". Ten ostatni utwór jest znakomitym odzwierciedleniem całości i bardzo dobrze oddaje styl zespołu.

"Mystik" to udany debiut w kategorii sped metalu. Jest to szczere i dopracowane granie i nie ma tutaj żadnej ideologii. Band gra stary dobry heavy/speed metal i grają prosto z serca. Babki są utalentowane i słychać że znają się na swojej robocie. Pozycja obowiązkowa dla fanów takiego grania.

Ocena: 9/10

piątek, 17 maja 2019

HORNADO - Supersonic punch (2019)

Nie dajcie się zwieść tej okropnej okładce. Po frontowej okładce można stwierdzić, że ta kapela nie ma nic do zaoferowania. Kicz bije z daleka i ciężko coś dobrego powiedzieć na temat okładki "Supersonic Punch". Jednak ten drugi album w dyskografii niemieckiego Hornado zasługuje na uwagę. To płyta, która koncentruje się na klasycznym heavy metalu. Band pod tą nazwą działa od 2011r i stara się tworzyć prosty i chwytliwy metal. W ich stylu można doszukać się wpływów Accept, Judas Priest, Grave Digger czy Warlock. To porcja takiego heavy metalu z lat 80 i nie ma się tutaj co doszukiwać wyjątkowych pomysłów czy oryginalności. Ta muzyka ma być miła w odsłuchu i dawać sporo radości z odsłuchu. Tak też jest. Band na nowy krążku zasypuje nas naprawdę udanymi przebojami. Troszkę leży płaskie i takie mało wyraźne brzmienie, ale band nadrabia w innych kwestiach. Kolejnym nieco słabym ogniwem tutaj jest nijaki wokalista Dave Laserchild. Za mało od siebie daje, a szkoda bo drzemie w nim potencjał. Warto na pewno wsłuchać w wyczyny gitarzysty Iana Lownstone;a. Gra z wyczuciem i poszanowaniem do lat 80.

Jak to jest z tym materiałem? Co nas czeka po odpaleniu płyty? Rozpędzony "Masters of Metal" w speed metalowej formule sprawdza się idealnie w roli otwieracza. To taka mieszanka starego Helloween czy Scanner. Hard rockowy "Out in the night" to taka wycieczka do twórczości Scorpions i ta radiowa przebojowość daje o sobie znać. Niezwykle dobrze wypada dynamiczny i przebojowy "Raise the future", który przypomina stary dobry Gravestone. Stonowany "Right from the start" przepełniony jest elementami Judas Priest, choć nie brakuje też elementów hard rocka. Marsowy "Marching of the Blind" to ukłon w stronę klasycznego Accept i to kolejny wartościowy kawałek. Rycerski i bardzo epicki "Call of the Beast" nie kryje inspiracji Manowar i to dobre nawiązanie do tamtego bandu. Jednym z najszybszych kawałków na płycie jest rozpędzony "Undead Revenge".

Wiadomo już że materiał jest wart grzechy Tylko nie ma się co łudzić, że to płyta z górnej półki. Kawał solidnego niemieckiego heavy metalu i nic ponadto. Warto posłuchać !

Ocena: 7.5/10

GRIMGOTTS - dragons of the Ages (2019)

Taka kolorystyczna okładka z smokiem na tle oceanu przykuwa uwagę i znakomicie pasuje do power metalowego światku. Już wiadomo, że szykuje się przednia zabawa w klimatach Gloryhammer, Rhapsody czy Insania. Widać logo zespołu czyli Grimgotts i może nie jest to jeszcze tak rozpoznawalna marka wśród fanów power metalu, ale myślę że powoli zacznie się to zmieniać. Grimgotts to brytyjska formacja, która działa od 2015 roku i specjalizuje się w graniu słodkiego i podniosłego power metalu w symfonicznej odmianie. Band stawia na klimat fantasy i słodki charakter kompozycji. Dużo w tym odesłań do twórczości Gloryhammer, Alestorm, czy Power Quest. Bardzo ciekawa forma podania symfonicznego power metalu i "Dragons of the Ages" to niezwykła przygoda i dowód na to, że można ciekawie zagrać słodki power metal.

Okładka, soczyste brzmienie i można poczuć, że band zadbał o każdy szczegół.  Specyficzny wokal Andy Bartona nadaje całości symfonicznego charakteru. Potrafi brzmieć operowo, ale też i bardzo piracko. Wyjątkowy i ciekawy głos, który zostaje w głowie na długo. Materiał jest ciekawe rozegrany i nie sposób narzekać tutaj na nudę. Wciągający, rozbudowany "War's come to our shores" potrafi ująć swoim pirackim charakterem i podniosłością. Nie jest to Rhapsody, a nieco ugrzeczniony Alestorm. Echa Helloween można uświadczyć w rozpędzonym "The last dragon Warriors". Mocny riff i duża dawka energii dają o sobie znać i mamy pierwszy rasowy killer.  Symfoniczne ozdobniki dominują w melodyjnym "Ancient waters" i tutaj gitarzysta David Hills nie kryje zainteresowań twórczością Dark Moor. Czasy słodkiego Timelles Miracle przypominają si,ę podczas słuchania przebojowego "The king under the sea". No jest coś w tym niezwykłego, choć nie brakuje kiczowatego stylu. Melodyjny "Turning The Tide" to takie miłe nawiązanie do "Land of the light" Freedom Call. Power metal pełną gębą. Dużo energii mamy w "The Great Shadow" i punktem kulminacyjnym na płycie jest zamykający "Here be dragonlords". Znakomite otwarcie kolosa i efekty orkiestrowe przyprawiają o dreszcze. Brzmi to epicko i dość ciekawie. No jest to dość oryginalny pomysł i przypadł mi do gustu.

Nie każdy pokocha ten album. Jest to specyficzna muzyka, może dla wielu być kiczowata i parodią power metalu. Band jednak podchodzi do tematu poważnie. Mamy klimat fantasy, dużą słodkich motywów i ciekawą mieszaninę melodyjnego power metalu i symfonicznego metalu. Słychać echa Alestorm czy Gloryhammer i to do nich skierowana jest ta płyta.  Każdy kto otwarty umysł i kocha power metal ten powinien odpalić nowe dzieło Brytyjczyków.

Ocena: 9/10

RAMPAGE - Eagles Flight (2019)

Rampage to pospolita nazwa w heavy metalowym światku i można natknąć się na kilka kapel o takiej nazwie. Ostatnio na rynku pojawiła się nowa płyta bardziej doświadczonego Rampge, który gra mieszankę hard rocka i heavy metalu. Mowa o niemieckim Rampage, który działa od 1985r.i właśnie ta mało znana formacja powraca z nowym krążkiem. Co znajdziemy tutaj? Mieszankę melodyjnego rocka, hard rocka czy też AOR. Ogólnie najnowsze dzieło zatytułowane "Eaglies Flight" to lekkie i przyjemne granie.  Mamy tutaj podział partii wokalnych na dwie osoby i tak o to pojawia się nam Volker i Tanja, którzy urozmaicają nam zawartość na tej płycie. Muzycznie słychać w pływy Dokken, Whitesnake, Deep purple, czy magnum. Mocnym atutem jest soczyste, lekkie i stonowane brzmienie. Partie klawiszowe są nastrojowe i pełen progresywnego zacięcia. Dobrze to słychać w marszowym "Reverend Brown". Nie brakuje radiowych przebojów co potwierdza lekki "Chained".  Znakomita melodia imponuje w chwytliwym "Misty Morn". Gitarzyści Deppe i Genenger dobrze się dogadują i stawiają na finezje i lekkość. Dobrze to prezentuje "Hard Rock Cafe" z wyraźnymi wpływami Deep Purple. Całość zamyka komercyjny "Transforms". Płyta jest lekka i może bardziej popowa niż rockowa, ale ma kilka ciekawych momentów.  Można spędzić miło czas z muzyką Rampage, lecz nie jest to płyta która zwołuje świat i wyznaczy nowe trendy. Jeśli oczekujecie wysokiej klasy rocka to możecie sobie odpuścić. Jednak jeśli lubicie komercyjny i nieco popowy rock to z pewnością znajdziecie ukojenie w "Eagle's Flight".

Ocena: 5/10

wtorek, 14 maja 2019

STTEL PROPHET - The God Machine (2019)

Amerykański Steel Prophet potrzebował impulsu, by powrócić do grania na wysokim poziomie. Najnowsze dzieło zatytułowane "The God Machine" to najlepsze dzieło od dłuższego czasu i wszystko wskazuje na to, że zmiany które zaszły w Steel Prophet były konieczne.

Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Do składu wrócił gitarzysta Jon Paget i perkusista John Tarascio. W dodatku udało się ściągnąć R.D Liapakisa  Mystic Prophecy aby pełnił rolę nowego wokalisty. Silny skład, powiew świeżości i pomysł jak odświeżyć swoją formułę sprawiły że zrodził się bardzo udany i poukładany album. Steel Prophet na "The God Machine" wypada lepiej niż na "Omniscient". Jest więcej agresji, więcej melodyjności i przebojowości. Amerykanie dołożyli starań aby kawałki były mocne i pełne werwy. Dzięki temu przypominają się najlepsze dzieła Steel Prophet, chociaż tym razem band stylistycznie nawiązuje do twórczości Mystic Prophecy.

Klimatyczna okładka i soczyste, mocne brzmienie wzorowane na ostatnich płytach Mystic Prophecy  to kolejne atuty tej płyty. Krążek jest dopracowany, a zawartość sama się broni. Na starcie atakuje nas mocny i agresywny "The God Machine". Świetna praca gitar i do tego mamy znakomitego Liapakisa, co daje nam znakomity kawałek. To dopiero początek. Rozpędzony "Crucify"  kusi swoją przebojowością i wyrafinowaniem. Słychać wpływy Metal Church czy też Accept i to mi się podoba.  Toporność i niemiecką szkołę heavy metalu mamy w rytmicznym "Thrashed Relentlessly" i band cały czas trzyma wysoki poziom. Band zwalnia w ponurym i stonowanym "Damnation Calling" który przemyca trochę elementów hard rocka. Murowany hit na koncertach? Bez wątpienia. Nie brakuje też elementów Judas Priest co słychać w chwytliwym "Soulhunter". Nicym nie zaskakuje słuchacza zadziorny "Lucifer/ The devil inside". To kolejna dawka solidnego heavy/power metalu w wykonaniu Steel Prophet. Całość zamyka rock;n rollowy "life=love= god machine", który idealnie podsumowuje całość, gdzie band stara się trzymać wysoki poziom.

Warto było czekać 5 lat na nowy Steel Prophet, bo jest to płyta dojrzała, przemyślana. Co z tego, że dużo tutaj z Mystic Prophecy, co z tego że mało w tym rasowego US power metalu. Ważne, że jest to muzyka na wysokim poziomie i marka Steel Prophet może znów kojarzyć się z porzadną muzyką.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 12 maja 2019

MIDNIGHT PRIEST - Aggressive Hauntings (2019)

Czas na porcję klasycznego heavy metalu. Zapomnijcie o udziwnieniach, o nowoczesnych aspektach, czy formach mieszania metalu z innymi gatunkami. Portugalski Midnight Priest po 5 latach przerwy wraca z nowym albumem zatytułowanym "Aggressive hauntings". To jest porządna dawka klasycznego heavy metalu w klimatach Judas Priest, Iron Maiden czy Mercyful Fate, która zaspokoi głód najbardziej wygłodniałego fana takiego grania.

Klasyczny heavy metal z lat 80 daje tutaj o sobie znać na każdym kroku.Wystarczy spojrzeć na frontową okładkę, która na długo zostaje w pamięci.Jest groza rodem z płyt Kinga Diamonda, choć pierwsze moje skojarzenie to "Twilight zone" Iron maiden. Kolejny aspekt, który nawiązuje do lat 80 to oczywiście mocne, ostre i przybrudzone brzmienie. Świetnie to współgra przede wszystkim ze stylem tej młodej i utalentowanej formacji. Midnight Priest kontynuuje to co zaprezentował na poprzednich płytach, tak więc nie ma tutaj zaskoczenia. W składzie pojawił się nowy basista Speedfaias Axecrazy, który wpisał się idealnie do stylu grupy. Trzeba pamiętać, że portugalski band napędza przede wszystkim duet gitarowy Iron Fist i Tiago. Panowie imponuje zwinnością i pomysłowością w sferze partii gitarowych.. Nie  ma powodów do narzekania, bo dużo dzieje się w tej sferze. Midnight Priest nie był sobą gdyby nie charyzmatyczny wokalista Lex Thunder, który sprawdza w wysokich rejestrach. To jest spec od klasycznego heavy metalu.

Na wstępie mamy klimatyczne intro w postaci "The law", który przywołuje na myśl intra Kinga Diamonda. Szybko wkracza zadziorny "Funeral" i tutaj mamy dużo patentów wyjętych z twórczości Mercyful Fate czy Judas Priest. Mroczny klimat i ostry riff to atuty "Aggressive hauntings" .  Band pokazuje tutaj, że potrafi też nieco szybciej grać. Popisy wokalne Lec Thundera mamy w "Eye in the dark", który ma coś z pierwszych płyt Dio. Na płycie roi się od przebojów i jednym z nich jest "Holy Flesh" Mamy też hard rockowy "Sins of Satan", w którym nie brakuje elementów NWOBHM. Jednym z najszybszych kawałków na płycie jest energiczny "Iron  Heart". Całość zamyka stonowany "Black leather", który idealnie podsumowuje całość.

Midnight Priest nagrał album na miarę swojego talentu i doświadczenia. Efektem jest wysokiej klasy album heavy metalowy. Śmiem twierdzić, że to najlepszy album tej grupy i prawdziwa uczta dla fanów klasycznego heavy metalu. Polecam.

Ocena: 9/10

czwartek, 9 maja 2019

MYRATH - Shehli (2019)


Moja przygoda z tunezyjskim Myrath rozpoczęła się przy okazji premiery "Tales of the Sand" w roku 2011. Od tamtego czasu wciąż jestem pełen podziw dla tej formacji. Jeden z nie wielu przykładów, gdzie ich regionalna muzyka folkowa znakomicie współgra z progresywnym metalem. Myrath to przykład, że można grać melodyjnie, a przy tym nowocześnie. Po 3 latach przerwy band powraca z 5 studyjnym albumem zatytułowanym "Shehili". Jest to jeden z ich najlepszych albumów, który pokazuje jak wyjątkowym zespołem jest Myrath.

Nie raz już zaskakiwał nas Myrath swoimi niezwykłymi pomysłami i ciekawymi rozwiązaniami. Na nowym dziele band pokazuje jak jest dojrzałym zespołem i jak świetnie bawią się szerokim wachlarzem motywów. Nie idą na łatwiznę i tworzą muzyką, którą nie da się podrobić. "Shehili"  zaskakuje świeżością i niezwykłym klimatem. Ta tajemniczość i mrok jest pochłaniająca. Brzmienie jest czyste, mocne i takie pełne chłodu. Zaher Zorgati po raz kolejny imponuje swoim wyjątkowym głosem i wyjątkową barwą. Czysta magia. Kawał dobrej roboty zrobił też gitarzysta Malek Ben Arbia. Mamy sporo intrygujących motywów gitarowych i finezyjnych solówek. Trzeba czasu, że odkryć te wszystkie smaczki. To kolejna zaleta tego wydawnictwa.

Płytę otwiera "Asl" i to otwarcie bardzo klimatyczne. Świat Myrath i Tunezji został zobrazowany za sprawą muzyki i ten świat stoi przed nami otworem. Coś pięknego.  Szybko wkracza melodyjny i stonowany "Born To survive" i to jest klimat, który kojarzy się z takimi zespołami jak Adagio, Orphaned Land czy Kamelot. Więcej agresji i nowoczesnego melodyjnego metalu mamy w intrygującym "You've lost Yourself". Bardzo przypadł mi do gustu przebojowy i pełen regionalnego folku mamy "Dance". Bardzo fajnie współgrają tutaj partie gitarowe i klawiszowe. Mamy też klimatyczny heavy metal w "Monster in my cloeset", który porywa swoim romantycznym klimatem i  chwytliwym refrenem. W "Lili Twil"  band pokazuje bardziej rockowe oblicze zespołu. Kolejnym przebojem na płycie jest "No holding back" czy bardziej agresywny "Darkness Rise". Całość zamyka lekki i przyjemny "Shehili", który idealnie podsumowuje cały krążek.

Znów to zrobili! To było do przewidzenia, że Myrath znów wykroczył poza wyobraźnie słuchacza i skonstruował album niezwykle tajemniczy, pełen ciekawych rozwiązań i wyjątkowych melodii. To coś więcej niż muzyka, to wizytówka ich kraju i ich kultury. Świetna robota!

Ocena: 9.5/10

wtorek, 7 maja 2019

ASOMVEL - World Shaker (2019)

"World Shaker" to już 3 album brytyjskiej formacji Asomvel. To specjaliści od mieszanki heavy metalu i speed metalu.Nie kryją swoich zamiłowań do Motorhead czy Speedwolf. Band działa od 1993r i pokazał nie raz że grać potrafią i to na całkiem dobrym poziomie.  Trzonem tej grupy jest Ralph, który odpowiada za partie basu i partie wokalne.  Jego głos jest bliźniaczo podobny do świętej pamięci Lemmiego i to jest główna atrakcja tej kapeli. To dzięki Ralphowi "World Shaker" jest pełen energii, zadziorności i brudu. Dużo tutaj starego Motorhead co od razu przedkłada się na jakość muzyki i jej atrakcyjność. Brzmienie jest mocne, przybrudzone i takie mocno wzorowane na płytach Motorhead. Na sam start mamy dwa szybkie kawałki czyli przebojowy "World shaker" i rytmiczny "True Believer".  Mamy też rock'n rollowy "Running the gauntlet" czy stonowany i bardziej hard rockowy "The law is the law". Band najlepiej wypada w nieco szybszym graniu jakie prezentuje w dynamicznym "Steamroller" czy "Railroded". Całość zamyka chwytliwy "The nightmare aint over", który idealnie podsumowuje ten poukładany album. Podsumowanie może być jedno. Bardzo poukładana płyta w klimatach Motorhead i w zasadzie wszystko tutaj zadziałało prawidłowo. Odpowiedni wokal, odpowiednie riffy i dynamika. To jest właśnie to. Płyta godna uwaga nie tylko dla fanów Motorhead.

Ocena: 7.5/10

AXEL RUDI PELL - XXX anniversary live (2019)

Nie tak dawno, bo w 2015r Axel Rudi Pell obchodził 25 lecie swojej działalności i zarejestrował specjalny koncertowy album. Teraz po 4 latach wydaje kolejny album na żywo. Axel Rudi Pell nie szczędzi swoim fanom różnorakich wydawnictw. Jak nie album, to koncertówka albo jakiś zbiór ballad, czyli cały czas się coś dzieje. "XXX anniversary live" to znakomita okazja, by posłuchać jak Axel promował swój najnowszy album czyli "Knights Call". Axel i Johnny Gioeli dają czadu i robią niezłe show. Jest zabawa i dobry kontakt z publicznością, co daje w efekcie miły w odsłuchu album. Przede wszystkim może podobać to jak Axel bawi się różnymi motywami i jak przy ozdabia swoje utwory ciekawymi riffami, czy zagrywkami gitarowymi. Na samym starcie mamy rozpędzony "The wild and the young", który dobrze rozgrzewa przed dalszym koncertem. Miło jest usłyszeć przebojowy "Fool, Fool", który zawsze sprawdza się na żywo. Szkoda tylko, że publika jest troszkę zagłuszona. Dalej mamy stonowany i klimatyczny "Oceans of time", który znakomicie buduje napięcie. Axel często na koncertach sięga po heavy metalowy hymn w postaci "Only the strong will survive". Po raz kolejny Axel przyozdabia utwór ciekawymi motywami i finezyjnymi solówkami. Z nowej płyty pojawia się też przebojowy "Long Live Rock", czy też pełen patentów Rainbow "Tower of Babylon", który jest wpleciony do "Game of sins". Band sięgnął też po takie klasyki jak "Warrior", finezyjny "Carousel", czy rozbudowany " The Masquerade ball".  Bardzo ciekawa setlista, świetny klimat koncertu i zaskakująca forma muzyków sprawiają, że to kolejny udany koncertówy album Axela Rudi Pella.

Ocena: 8.5/10

sobota, 4 maja 2019

SINS OF THE DAMNED - Striking the bell of death (2019)

Rok 2019 obdarowuje nas ciekawymi debiutami i muszę przyznać, że to miłe widzieć że rodzą się nowe kapele, które mają potencjał by zaistnieć na dłużej na rynku muzycznym. Pochodzący z Chile młody band o nazwie Sins of the damned właśnie wydał swój pierwszy album zatytułowany "Striking the bell of death" i jest to pozycja skierowana do fanów speed metalu rodem z lat 80. Band jasno daje do zrozumienia, że ich styl opiera się o patenty wypracowane przez Exciter, Razor czy też wczesny Kreator.

Sins of the damned działa od 2013 r i uwagę przyciąga fakt, że lider grupy jest Renzo Baeza, który udzielał się w speed metalowym Enforcer ( nie mylić z tym szwedzkim). Spełnia się w nowym bandzie i pokazuje, że idealnie radzi sobie w roli wokalisty i gitarzysty. To wszystko przedkłada się na jakość materiału i thrash metalowy feeling.  Okładka jest mroczna i kojarzy się bardziej z doom metalem czy może heavy metalem, a tutaj mamy niespodziankę. Band zadbał też o mroczne, ostre, zadziorne brzmienie, które idealnie podkreśla styl w jakim Sins of the damned się obraca. Płyta zawiera 7 kawałków dających 38 minut muzyki.

Na starcie mamy krótkie i klimatyczny "Striking the Bell of Death", który imponuje klimatem grozy i swoją konstrukcją. Dojrzałe i dopracowane intro, które zachęca by przejść do głównego dania. Heavy metalowe otwarcie "They fall and never rise again" szybko przeradza się w speed metalowej łojenie w thrash metalowej oprawie. Ostry riff, rozpędzona sekcja rytmiczna i mroczny wokal Razora sprawiają że kawałek robi spore wrażenie. Jeszcze więcej agresji band przemyca w dynamicznym "Take the weapons" czy też w bardziej urozmaiconym "The lion and the prey". Trzeba przyznać, że band bardzo dobrze radzi sobie z bardziej rozbudowaną formą, co pokazuje w energicznym "The outcast (sign of cain), który swoją motoryką przypomina mieszankę Kalmah i Running Wild. Czasy "Walls of Jericho" Helloween gdzieś słyszę w przebojowym "Victims of Hate". Prawdziwa perełka i znakomity przykład potencjału tej kapeli. Drugim długim kawałkiem na płycie jest "Death's all around You".

Sukces tej płyty tkwi po prostu w prostocie i formie podania tego speed metalu. Słychać starą szkołę grania speed metalu i band daje wyraźne sygnały na czym się wychowali. Czerpią garściami z zespołów, które kocham i szanuję i może dlatego nie jestem w pełni obiektywny. A może jednak to ich umiejętności i muzyka zawarta na płycie robią swoje i nie można się oprzeć jakości tej muzyki. Jak dla mnie jedna z ciekawszych tegorocznych propozycji. Przychodzi taki czas, że ma się ochotę na jakieś konkretne granie. Sins of the damned trafił do mnie w odpowiednim czasie i miejscu. Gorąco polecam!

Ocena: 9.5/10


piątek, 3 maja 2019

FACING FEAR - Anna Jansen (2019)

Czyżby mamy do czynienia z bandem który idzie w ślady Kinga Diamonda? Tak sugeruje okładka debiutanckiego krążka brazylijskiego zespołu Facing Fear. Okładka "Anna Jansen" to znakomite nawiązanie do "Abigail" Kinga Diamonda. Kolorystyka jak i klimat jest świetny, ale na tym skojarzenia z Kingiem się kończą. Na wokalu jest Terry Painkiller z Steel Wolf i to jest już informacja, która zbliża nas do zamiłowania tej grupy. Tak band idzie bardziej w ślady Judas Priest, czy też właśnie Accept, a nawet Iron Maiden. Dużo tutaj klasycznego heavy metalu w najlepszym wydaniu i band nie kryje swojej miłości do klasycznych płyt z lat 80. Jedno jest pewne. "Anna Jansen"to płyta, której nie można pominąć w tym roku.

"Hell's Killer" to prawdziwy killer i co z tego, że początkowy riff nasuwa na myśl "2 minutes to midnight". Rasowy heavy metalowy kawałek, w którym dużo klasycznych patentów. Również Iron Maiden wybrzmiewa w "Tragedy/the lonely Soldier".  Z kolei dynamiczna formuła i riff w dalszej części to taki hołd dla Running Wild. Rzecz jasna bardzo udany. "Untill the End" wyróżnia się pomysłowym motywem i duchem starego Iron Maiden. Jest też rozpędzony "Run for my life", czy rozbudowany "War of lies", które urozmaicają ten album. Więcej agresji i zadziorności mamy w przebojowym "We are facing Fear" czy w złożonym "Anna Jansen".

Płyta jest przemyślana i na wyrównanym poziomie. Dużo klasycznego heavy metalu i dużo frajdy z odsłuchu. Dobrze, że jeszcze powstają takie kapele jak Facing Fear, które wiedzą jak grać heavy metal.  "Anna jensan" to pozycja obowiązkowa dla fanów klasycznego heavy metalu,

Ocena: 8.5/10



TANAGRA - Meridiem (2019)

Po 4 latach przerwy powrócił Tanagra ze swoim nowym albumem zatytułowanym "Meridiem".  Band pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i działa sukcesywnie od 2010 r. Debiutancki krążek był mało wymagającym krążkiem, który uderzał w melodyjny power metal. Band rozwinął się i poszedł w stronę progresywnego power metalu i efektem jest właśnie "Meridem". Słychać jak band bawi się różnymi elementami i nie brakuje tutaj patentów wyjętych  z progresywnego rocka, symfonicznego metalu czy folk metalu. Klimat fantasy daje się we znaki od samego początku i band znakomicie urozmaica swoją muzykę i  buduje przy tym napięcie. Mamy 7 utworów, ale jest to nie lada przygoda, która wciąga i zaskakuje. Nie ma mowy o jednostajnym graniu, w którym nic się nie dzieje. Band stara się nas szokować i dostarczać nowych bodźców.  Szacunek dla wokalisty Toma Socia, który swoją manierą i łagodnym feelingiem potrafi nas zauroczyć.  Band się rozwinął i jakby dojrzał, co słychać w otwierającym "Meridem".  Spokojne, klimatyczne wejście, by potem zaskoczyć mocniejszym riffem i prawdziwym ładunkiem mocy. Przez te 11 minut dzieje się sporo o niektórzy mogą doszukać się pewnych wpływów Falconer, czy Blind Guardian. Gdzieś tam są pewne elementy, ale to już nieco inne granie. Jednym z najkrótszych utworów na płycie jest melodyjny i stricte power metalowy "Sydria". Spokojny klimat daje o sobie znać w progresywnym "Etheric Alchemy" i nie każdy będzie wstanie przebrnąć przez wachlarz różnych motywów, które band prezentuje w jednym utworze. Mnie osobiście podoba się energiczny "The Hidden Hand", w którym klawisze dodają niezłego tajemniczego klimatu.Całość zamyka epicki i majestatyczny "Witness", co jest prawdziwą huśtawką emocji i to przez 14 minut. Płyta nie zwykła i trzeba ją poznawać przez kolejne odsłuchu, bo nie wszystko idzie poznać przy pierwszych odsłuchach. Płyta nie banalna i ma kilka wymagających motywów i to jest spory plus. Dojrzała muzyka dla dojrzałego słuchacza.

Ocena: 8.5/10

RIOT CITY - Burn the Night (2019)

Jesteś fanem Judas Priest z okresu "Screaming For Vengeance" czy "Defenders of the Faith"? Wychowałeś się na heavy metalu z lat 80 i lubisz zapuścić czasem wczesny Iron Maiden, Helloween czy Riot? No to mam niespodziankę dla Ciebie drogi czytelniku. Na kanadyjskim rynku pojawił się młody gracz w tradycyjnym heavy metalu. Riot City to zawodnik, który wie czego chce i nie ma zamiaru zadowolić się ochłapami. Panowie mierzą wysoką i chcą być najlepszym bandem w swojej kategorii. Materiał zawarty na debiutanckim krążku "Burn the night" potwierdzają, że panowie mają potencjał by namieszać na heavy metalowym rynku.

Okładka tej płyty jest po prostu świetna. Klimat starego Judas Priest czy Primal Fear jest utrzymany  i w dodatku widać klimat lat 80.  Taka okładka może zwiastować prawdziwą petardą i tak jest.  Roldan i Cale to znakomity duet, który wie co ma robić i jak porwać słuchaczy. Jest energia, pazur i melodyjność, jest tutaj wszystko czego dusza zapragnie.  Uwagę skupia przede wszystkim wokal Cale'a, który brzmi jak mieszanka Rippera, Kinga Diamonda, no i Kaia Hansena. Brzmi to fenomenalnie i za każdym razem mam ciary na plecach. Jego atuty słychać w otwierającym "Warrior of Time". Znakomite otwarcie, a rozpędzony "Burn the night" tylko potwierdza talent tej młodej kapeli. Speed metalowa jazda bez trzymanki. Znakomicie band wprowadza elementy Iron Maiden i starego Accept w "In the Dark" i kolejny hit murowany. Dużo Judas Priest i Agent steel można uświadczyć w energicznym "Livin Fast". Band potrafi budować klimat i emocje, co pokazują w rozbudowanym "The hunter".  Dalej mamy takie petardy jak "329" czy "Steel Rider", a całość zamyka "Halloween at midnight", który brzmi jak hołd dla Running Wild. Zakończenie godne całej płyty.

To nie brzmi jak płyta świeżego bandu, który stawia pierwsze kroki na rynku muzycznym. Ta płyta jest perfekcyjna i to pod każdym względem. Każdy utwór to perełka i prawdziwa uczta dla maniaka heavy metalu lat 80. Gorąco polecam!

Ocena: 10/10

BLAZON STONE - A live in the dark (2019)

Dzień w którym Ced Forsberg zabrał swój projekt muzyczny o nazwie Blazon Stone w trasę koncertową po paru festiwalach w Europie było dla wielu fanów jego talentu spełnieniem marzeń. Znakomity wirtuoz gitary, pomysłowy kompozytor i fan starego Running Wild jakim jest Ced to gratka dla fanów zobaczyć go w akcji na żywo. Nie każdy miał szansę zobaczyć Blazon Stone na żywo, ale Ced zadbał i o tych fanów. Zarejestrował koncert podczas festiwalu Headbangers open air i to jest nie lada gratka dla fanów Blazon Stone. " Live in the dark" to koncertówka z prawdziwego zdarzenia i taki hołd dla koncertowych albumów  z lat 80.

By ruszyć na wielkie wody Ced musiał zaprosić muzyków z doświadczeniem, którzy nie będą się bać dzielić  z nim sceny. Na wokalu pojawił się Philp Forsell z Anthem, na perkusji Daniel Sjorgen z Bloodbound, a także Jimmy Mattson z Planet Rain. Świetny skład to połowa sukcesu, tutaj mamy też znakomitą atmosferą i żywą publikę. Emocje gwarantowane i do tego ten klimat z koncertówek lat 80. Dużym plusem jest tutaj bez wątpienia znakomita setlista, która zawiera kawałki z "Down in the dark", ale też największe hity Blazon Stone. Na start mamy intro i tytułowy utwór  z "Down in the dark", czyli album który był promowany przede wszystkim na żywo.  Jest energia i piracki klimat, tak więc jest zabawa przednia. Słychać też że Philip ma świetny kontakt z publiką. Nie mogło zabraknąć przebojowego i melodyjnego "Soldier Blue", który jest prawdziwym killerem. Kocham "A traitor among us" bo to czysty running wild w starym wydaniu. Świetnie ten utwór brzmi na żywo, po prostu petarda. Spokojniejszy i bardziej stonowany "Hang drawn and quarted" pozwala złapać oddech przed kolejnym atakiem killerów.  Piracki hymn w postaci "Black dawn of the Crossbones" to jeden z moich ulubionych kawałków z "War of the roses" i cieszy jego obecność w setliście. Speed metalowa jazda to urok "Eagle Warriors", który na żywo ma w sobie jeszcze więcej energii.  Z "Return to port royal" zagrano tylko "Stand  Your line" i to chyba jedyny minus tego wydawnictwa. Pojawiają się jeszcze takie hity jak rozpędzony "Born to be wild" czy epicki i rozbudowany "War of the roses". Na koniec mamy jeden z moich ulubionych kawałków Blazon Stone czyli "Rock out".

Koncertówka marzeń i płyta która przypomina klimatem "Ready for boarding" Running Wild. Klimat lat 80 daje tutaj o sobie znać, a Ced z kumplami stworzył nie samowitą atmosferę. Najlepsze hity Blazon Stone na żywo to prawdziwa uczta i oby Blazon Stone  w końcu stał się prawdziwym bandem w najbliższej przyszłości. Marzy o tym nie tylko Ced, ale i jego fani.

Ocena: 10/10

wtorek, 30 kwietnia 2019

BLAZON STONE - Hymns of triumph and death (2019)

Mogłoby się wydawać, że tylko Rock'n Rolf i jego Running Wild ma swój własny styl, który nie da się podrobić. Na przestrzeni lat Rock'n Rolf pokazał jak znakomicie łączyć heavy/speed metal z tematyką piracką. Było kilka prób nawiązania do twórczości Running wild, ale ta sztuka w pełni udała się szwedzkiemu multi instrumentaliście Cedowi Forsbergowi. Jego projekt muzyczny pod szyldem Blazon Stone przyciągnął wiele fanów Running Wild i pokazał że ta formuła nie została w pełni wyczerpana i kryje jeszcze sporo wartościowej muzyki w sobie. Były już próby nawiązania do kultowych płyt Running Wild jak "Port Royal", "Blazon Stone" czy "Death or glory". Teraz Ced postanowił nawiązać za sprawą swoich pomysłów do "Black Hand Inn". Taki kierunek wskazuje przede wszystkim bliźniaczo podobna okładka najnowszego dzieła zatytułowanego "Hymns of Triumph and Death".

Ced jakimś czasem ogłosił, że zawiesza działalność Blazon Stone, bo męczące jest ciągnięcie projektu, który nie jest pełnoprawnym zespołem. Poszukiwania odpowiednich muzyków jest męczące, ale na szczęście Ced postanowił wydać nowy album. Za partie wokalne znów odpowiada Erik Forsberg, który nie raz pokazał, że pasuje do takiego grania idealnie. Na nowej płycie pokazuje jak świetnym wokalista jest. Jeśli chodzi o styl to Ced serwuje nam to co od pierwszych płyt, czyli stary dobry Running Wild. Na nowej płycie Ced mocno nawiązuje do "Black Hand Inn" i wszystko byłoby pięknie gdyby nie to że siła utworów na płycie nie jest tak mocna jak na poprzednich płytach. Mamy po prostu hity o nieco niższej klasie jakości, ale to wciąż świetna piracka przygoda, która odświeża znane i ukochane patenty Running wild.

Podoba mi się otwarcie w postaci "Triumph and death" który jest najciekawszym otwarciem w historii Blazon Stone. Duża dawka melodyjności i świetne nawiązanie do intra z "Black hand inn". Mocnym uderzeniem jest rozpędzony i przebojowy "Heart of Stone", który jest świetną wariacją na temat "Black Hand inn". To jest killer jaki się oczekuje od Blazon Stone. Dalej mamy równie szybki i żywiołowy "Dance of the dead", w którym Ced daje popis swoich imponujących umiejętności. Wciąż zachwyca swoją pomysłowością i techniką. Troszkę inaczej brzmi "Iron Fist of Rock", bowiem jest bardziej heavy metalowo, bardziej zadziornie. Ced pokazuje, że  potrafi stworzyć hit na miarę "The soulless".  Znakomicie wypada przebojowy i bardziej urozmaicony "Hellbound for the ocean", który znów odzwierciedla stare dobre czasy Running wild. Lekki, melodyjny "Blood of the fallen" to rasowy hit i nawiązuje do ostatnich płyt Rock;n rolfa. Mocny riff i duża dawka energii to atuty "Cheating the reaper". Ced nieco zaskakuje ostrzejszym riffem w "Slaves & masters",który również mocno nawiązuje do "Black Hand inn". Dalej mamy równie ciekawy i rozpędzony "Wavebreakers". Na sam koniec Ced prezentuje speed metalowy "Howells Victory", który znów nawiązuje do "Black Hand inn" i jeszcze "Wild Horde", który uderza w rejony "Blazon stone".

5 album pod szyldem Blazon Stone, a Ced wciąż trzyma wysoki poziomie. Nie ma może efektu zaskoczenia i takich emocji jak przy poprzednich płytach. Jednak Ced i jego geniusz sprawia, że płyta mimo słabszej siły przebojowości i tak zachwyca. Po prostu starego Running wild nigdy za wiele. Jestem niezmiernie wdzięczny, że są jeszcze takie młode i uzdolnione osoby jak Ced, który potrafią kontynuować spuściznę Running Wild. Moze jest to nieco słabszy album Blazon Stone, ale i tak jest to perełka godna uwagi.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

AXENSTAR - End of all hope (2019)

Wdarli się do świata melodyjnego metalu i power metalu świetnym coverem Helloween w postaci "Twilight of the gods", a później było z górki. Pierwsze ich albumy do dziś są znaczące w power metalowym światku. O kim mowa? Oczywiście, że o szwedzkim Axenstar, który od kilku lat stara się wrócić do swojej szczytowej formy. Od dłuższego czasu nie potrafią nagrać niczego atrakcyjnego, co jest godne tej marki. Czy najnowszy krążek "End of all hope" coś zmieni w tej kwestii?

Jest to na pewno pierwszy tak poważny krok tej kapeli w stronę tego co grali kiedyś. Jest to też pierwszy album od kilku lat, który trzyma dość wysoki poziom. Mroczny klimat z okładki udziela się podczas słuchania materiału. Cieszy na pewno fakt, że wokalista Magnus wciąż jest w dobrej formie. To właśnie on jest motorem napędowym Axenstar i ciężko sobie wyobrazić kogoś innego na jego miejscu. Technika i znakomite warunki Magnusa imponują i to jest miłe po tylu latach.  Poprawie na pewno uległa gra gitarzystów czyli Jensa i Joakima. Słychać, że starają się wrócić do korzeni. Mamy dużo ciekawych i pomysłowych melodii. Wszystko zagrane z luzem i polotem. Band stara się być sobą i nie udawać kogoś kim nie są. To daje efekty. Wiadomo to jeszcze nie ta liga, co pierwsze płyty axenstar, ale jest to już zmiana na plus.

Płytę otwiera "Legions", czyli kawałek z mocnym riffem i elementami symfonicznymi. Brzmi to bardzo dobrze i chce się poznać resztę utworów. Imponuje lekkość i pomysłowość w przebojowym "King of Fools", który zaliczyć należy do najciekawszych utworów na płycie. Axenstar odrodził się i to jest wielkie zaskoczenie dla mnie. Nutka progresywności wdziera się w ponury "The unholy" i to dobrze, że band stara się urozmaicić swój materiał. Dużo power metalu mamy w podniosłym i przebojowym "Honor and victory" i na taki Axenstar warto było czekać. Troszkę blado wypada rozbudowany "A Moment in time". Dalej mamy słodszy "My kingdom come", który czerpie garściami z Stratovariusa czy Sonata arctica. W podobnych klimatach utrzymany jest zadziorny "The Dark Age" i to kolejna perełka na płycie. Podoba mi się, że band tak świetnie nawiązuje do swojej przeszłości i odświeża sprawdzone patenty. Troszkę nijaki okazuje się progresywny "Of Pain and misery". Świetny refren i znakomite partie klawiszowe to troszkę za mało.

Axenstar powraca w wielkim stylu i na taki album warto było czekać.  Przede wszystkim jest dużo power metalu i wiele ciekawych melodii, które wpadają w ucho. Słychać, że band stara się wrócić do swoich najlepszych lat. Pierwszy krok został wykonany. Czekam na kolejny krok.

Ocena: 8/10

ENFORCER - Zenith (2019)

Czasami wystarczyć zmienić jeden element w muzyce danej kapeli i można albo odmienić swój los i zyskać nowych fanów i tym samym rozwinąć swój wachlarz możliwości. Co się dzieje kiedy zmiana danego czynniku nie podoba się fanom? Można stracić wiele. Swoją tożsamość, swoich fanów, a także popaść w zapomnienie. Niestety szwedzki Enforcer, który był znany zgrania szybkiego i melodyjnego heavy/speed metalu osadzonego w latach 80 postanowił troszkę pozmieniać w swoim stylu. Postanowili nieco odejść o speed metalu w stylu Exciter by zbliżyć się do twórczości Motley Crue, Steel Panther czy Dokken. Band trzyma się lat 80 i przebojowego grania, lecz teraz to komercyjność i słuchacze odbiorników radiowych są ważniejszy. "Zenith" to żywy dowód tych zmian i kto by pomyślał, że 4 lata sprawią że band sie tak zmieni.

Już okładka jest nieco inna niż zawsze. Zbyt tajemnicza i za dużo tutaj mroku. Brzmienie nie uległo zmianie, choć jest jakby bardziej ugrzecznione. Na płycie mamy 10 kawałków i już otwierający "Die for the devil" jest łagodny i nie robi większego wrażenie. Zastanawiam się słucham płyty Enforccer czy Striker. "Zenith of the black sun" to utwór, który kusi rozbudowaną formą i mrocznym klimatem. Czegoś mi tutaj brakuje. Przede wszystkim energii, jakiegoś zrywu. Echa dawnego stylu mamy w rozpędzonym "Searching For You" i to jest speed metalowa petarda. Spokojny, rockowy, bardziej balladowy "Regrets" jako utwór sam w sobie jest miły dla ucha. Ciekawe nawiązanie do Def Leppard, ale patrząc w kategorii Enforcer to traci sporo. Tragedia następuje w "Sail on", bo tego nawet nie da się słuchać. Bardzo chaotyczny, rockowy kawałek, który jest ciężki w odbiorze. Band próbuje naprawić swoje błędy złowieszczym i speed metalowym "Thunder and Hell". To jest Enforcer na jaki czekałem i szkoda że tak mało klasycznego Enforcer na tej płycie. Całość zamyka mroczny i bardziej heavy metalowy "Oe to death", który pokazuje jak nijaki jest to album.

Nie tak miało być. Chciałem dostać od Enforcer to co zawsze, czyli speed metalowe miazgę. Dostałem rockową papkę, którą może i momentami da się słuchać, ale nie tego oczekuje od kapeli tego formatu i to z takim stażem. Szkoda, może jeszcze wrócą do tego w czym się sprawdzają. Póki co można posłuchać i zapomnieć.

Ocena: 5/10

NIGHT SCREAMER - Dead Of Night (2019)

Jeśli ktoś lubi mieszankę W.A.S.P, Judas Priest czy Dokken, ten z pewnością powinien obczaić debiutancki krążek brytyjskiej formacji Night Screamer. Można o nich powiedzieć, że to młoda kapela działająca od 2013 r. Nie grają niczego odkrywczego i można mówić tutaj o wtórności. Jednak band gra całkiem udaną mieszankę heavy metalu, NWOBHM, czy hard rocka. Band stawia przede wszystkim na proste motywy i klimat lat 80. "Dead of night" kupił mnie przede wszystkim klimatyczną i oldchoolową okładką. Uwielbiam takie okładki, które są przepełnione grozą. Night Screamer napędza wyrazisty wokalista Gadd Mcfly. To właśnie on nadaje całości zadziorności i takiego pazura całości. Sam materiał jest poukładany i przemyślany. Na start mamy mocny i toporniejszy "Sacrafice". Dalej mamy przebojowy "Night Screamer", który przemyca elementy hard rocka. Więcej NWOBHM można uświadczyć w "Hit'n Run", z kolei marszowy "March of the dead" przemyca patenty Judas Priest. Solidny też jest melodyjny "Rise Above". Całość zamyka zadziorny "Out of My mind", który pokazuje jak dobrze odnajduje się w heavy metalu lat 80. Nie ma tutaj nic nowego, a materiał może nie rzuca na kolana, jednak płyta jest warta uwagi. To przede wszystkim solidny album z równym materiałem i mamy tutaj pełno mocnych riffów. Nie ma się co nudzić przy muzyce Night Screamer, a kto wie może jeszcze się rozkręcą?

Ocena:6.5/10

niedziela, 28 kwietnia 2019

ASTRAL DOORS - Worship or die (2019)

Nikt tak nie odwzoruje twórczości Roniego James Dio tak jak szwedzki Astral Doors. Ten band to solidna machina, która o 2002 r zachwyca swoją formą i stylem. Mając na pokładzie głos zbliżony do Dio można zdziałać cuda. Nils Patrik Johansson mimo swoich lat nadal zachwyca swoją techniką i drapieżnością.  Od kiedy opuścił szeregi Civil War to może skupić się na swoich macierzystych kapelach i jest tego efekt. Poprzedni album "Black Eyed Children" był troszkę nijaki i taki bez ikry. Brakowało kopa i hitów, to nie był ich najlepszy album.  Teraz po dwóch latach Astral Doors wraca silniejszy i w odświeżonej formie co udowadnia na nowym krążku zatytułowanym "Worship or Die". Band wraca do swojego poziomu i stylu z "Requiem of time" co bardzo cieszy. Mamy mroczny klimat, mamy dużo mocny, zadziornych riffów i ciekawych pojedynków na solówki. Gitarzyści Mats Geser i Joachim Nordlund postawili na mocniejsze, agresywniejsze riffy i bardziej złożone solówki. Jest klasycznie, jest dużo nawiązań do Dio, a co za tym idzie do pierwszych płyt Astral Doors.  Ta płyta to też popis umiejętności klawiszowca Jocke Roberga. Mamy tutaj dużo wciągających melodii, znakomite budowanie klimatu.  Już sama okładka zwiastuje mroczny i ponury klimat. Tak też jest, a soczyste, mocne i ciężkie brzmienie jest świetnym uzupełnieniem. "The night of  the hunter" to takie miłe nawiązanie o "Requiem of Time". Mocny riff, mroczny klimat i ta przebojowość. Echa Civil War można uświadczyć w melodyjnym i zadziornym "This must be peradise". Z kolei więcej Dio czy właśnie Astral Doors mamy w ponurym, marszowym "Worship or Die". Przebój goni przebój, a kolejny mocny punkt tej płyty to bez wątpienia "Concrete heart". Przede wszystkim kawałek wyróżnia się chwytliwym motywem klawiszowym i pomysłowością. Nie brakuje tutaj też skojarzeń z Civil war. Mamy też bardziej rozbudowany "Marathon", który bardziej uderza w rejony DIO. Niezwykle dojrzały utwór o złożonej konstrukcji. Płyta trzyma wysoki poziom przez dłuższy czas i kolejny mocny kawałek na płycie to "Ride the clouds". Na wyróżnienie zasługuje "St petersburg", który imponuje marszowym klimatem i pomysłowym motywem.  Jest też epicki i true metalowy "let the fire burn" i klimatyczny "Forgive me father", który również zabiera nas do starych płyt Astral Doors.  Po tylu latach w końcu płyta na miarę tej kapeli i ich marki. Dużo wartościowej muzyki utrzymanej w klimatach Dio. Pozycja obowiązkowa!

Ocena: 9/10

TANK - Re- ignition (2019)

Jeśli wydawać jakąś składankę typu "best of" to najlepiej w jakimś zmienionym składzie, albo z jakimś nowym pomysłem na zagranie znanych i lubianych utworów danej formacji. Tak też zrobił brytyjski Tank. Mick Tucker i Cliff Evans czyli serce starego ducha Tanka powraca z nowym składem i nowym albumem. Ciężko tu mówić o nowym materiale, bowiem  band postanowił odświeżyć swoje klasyczne hity z pierwszych 4 płyt.  Randy van Elsen to nowy basista kapeli i trzeba przyznać, że spisuje się idealnie. Jednak to nie on tutaj jest gwiazdą, ale właśnie David Reedman, który został nowym wokalistą Tank. Zarówno Doggie White, jak i ZP Theart wnieśli powiew świeżości i pasowali do konwencji Tank.David to wokalista uzdolniony i pasuje zarówno do szybszego grania w stylu "Just like something from hell". Były wokalista Voodoo circle sprawdza się idealnie w hard rockowym graniu. To właśnie pokazuje otwierający "waalking barefoot over glass". Bardzo dobrze brzmi odświeżony "This means war" czy energiczny "Shellshock". Tank wybrał zacne kawałki i wszystko brzmi bardzo dobrze. Jest świeżość, jest pazur i czuć zarówno hołd dla oryginalnych wersji i jednocześnie próba nadania nowej jakości.  Kolejną perełką jest bez wątpienie "Blood, guts and bear" i to jest świetny przykład, że warto było zarejestrować ten materiał. Ciekawa składanka, która pokazuje że David Reedman to strzał w 10 jeśli chodzi o wybór nowego wokalisty. Czekam na nowy album, z nowym materiałem i oby David zagrzał troszkę dłużej w zespole Tank.

Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

FATAL CURSE - Breaking the trance (2019)

Patrząc na okładkę debiutanckiej płyty  amerykańskiego Fatal Curse to można dostrzec podobieństwa do Savage Master, czy też Mercyful Fate. Jednak ta młoda kapela, która działa od 2016 r. tak naprawdę uderza w rejony brytyjskiego heavy metalu, zwłaszcza NWOBHM. Band na swoim debiutanckim krążku w perfekcyjny sposób odtwarza ere NWOBHM i nie kryje swoich inspiracji Iron Maiden, Angel Witch czy też nawet Judas Priest. Dochodzi do tego przybrudzone i wyrafinowane brzmienie, które jest mocno inspirowane latami 80. Niezwykle mocnym atutem tej formacji jest głos Mike'a Bowena, który imponuje charyzmą, czy techniką. 3 osobowy skład zgotował materiał, który nie brzmi jak dzieło debiutantów. "Breaking the trance" to 7 utworów, którą tworzą zgraną i pomysłową całość. Płytę otwiera tytułowy "Breaking the trance" czyli szybki i treściwy utwór, który imponuje old schoolowy feelingiem i zadziornością. Dużo starej szkoły NWOBHM mamy w "Blade in the dark". Nieco punkowy "Gang Life" też znakomicie wpisuje się w konwencję jaką sobie wypracował Fatal Curse. Znów kawałek napędza prosty i chwytliwy motyw gitarowy. Nie zabrakło też szybszego kawałka i tutaj znakomicie sprawdza się "Can't stop the thunder". Dalej mamy niezwykle energiczny i przebojowy "Chains of Eternity". Bardzo ciekawy kawałek, w którym nie brakuje patentów Iron Maiden. Całość zamyka równie udany i rytmiczny "Eyes of the demon". Niby nic nowego tutaj nie mamy, a jednak ten materiał cieszy. Brakuje płyt, które oddają złoty okres NWOBHM i Fatal Curse nadciąga by to zmienić. Bardzo dobry start i czekam na więcej.

Ocena: 8/10

niedziela, 21 kwietnia 2019

KAT - Without looking Back (2019)

W tym roku doszło do starcia dwóch obozów Kata. Roman Kostrzewski zaskoczył swoim albumem i "Popiór" to płyta w starym stylu Kata i to taka wycieczka do przeszłości. Z kolei gitarzysta Piotr Luczyk przygotował "Without Looking back"po 14 latach od "Mind Cannibals". Tytuł sugeruje że zespół nie patrzy wstecz i patrzy w przyszłość i faktycznie tak jest. Band porzuca stary styl i grania pod Sodom czy Kreator i idzie w zupełnie nowym kierunku. Kat stara się grać heavy metal z domieszką power metalu. Teraz starają się brzmieć jak Rage czy Accept i ta sztuka nie najgorzej wychodzi. Jeśli nie będziemy patrzeć wstecz to jest szansa, że docenimy nowy materiał Kata.

Jest tylko jeden problem, a mianowicie wokal Qbeka Weigela. Niby przypomina Romana, ale brzmi nieco inaczej. Jest mroczny, jest intrygujący, tylko czasami potrafi tez irytować, to swoją specyfiką. Okładka jest tym razem old schoolowa i taka w starym stylu. Muzyka jest już zupełnie inna. Płytę otwiera "Black Night in my chair" i słychać takie nawiązanie nie tylko do Rage, ale też choćby Metal Church. Soczysty heavy metal z domieszką power metalu i to na dobrym poziomie. Nie ma efektu "wow", ale nie ma też powodów do narzekania. Nieco szybszy "Poker" to jeden z ciekawszych kawałków na płycie i ten amerykański styl w wykonaniu Kata brzmi ciekawie. Stonowany i mroczny "Medival Fire" to ukłon w stronę twórczości Accept i ta toporność jest tu urocza. Piotr Luczyk wygrywa tutaj mocny, ponury riff, który potrafi zauroczyć słuchacza. Nie zabrakło elementów hard rocka, które pojawiają się w przebojowym "The race for life". Płytę promował "Flying Fire", czyli  soczysty heavy metalowy kawałek w klimatach Accept. Troszkę rozczarowuje "Wild" czyli ponad 8 minutowy kolos, który na dłuższą metę przynudza. Kilka ciekawych motywów to troszkę za mało. Też średnio zadowala wolniejszy i nieco rockowy "Let there be fire". Całość zamyka "Promised Land", który ma troszkę mroku i patentów Metaliki. Jest dobrze, ale też za bardzo przekombinowano tutaj.

Miło, że ktoś w naszym kraju próbuje sił w klimatach Accept czy Metal Church, tylko czemu akurat kultowy Kat musi podejmować się takich eksperymentów? Mamy tutaj przebłyski,ale jako całość wypada to średnio. Jest kilka ciekawych kawałków, ale jest też sporo nietrafionych kawałków. Nie ma agresji, nie ma tego co było na poprzednich albumach. To już inny band.Trzeba posłuchać i wyrobić swoje zdanie. "Popiór" to jest dla mnie to jak powinien brzmieć Kat.

Ocena: 5.5/10

INVICTUS - Burst the Curse EP (2019)

Invictus to dość pospolita nazwa w metalowym światku. W roku 2017 na ziemi niemieckiej zrodził się band o nazwie Invictus. Młody band tworzy muzykę zgodnie z historią niemieckiego speed/power metalu, tak więc nie brakuje wpływów wczesnego Helloween czy Blin Guardian. Wiadomo kapela stawia pierwsze kroki i jeszcze nie wszystko zostało dopracowano. Póki co mamy próbę ich sił i mała prezentacja stylu w postaci mini lp zatytułowanego "Burst the curse", który ukazał się w tym roku. Okładka pomysłowa, może troszkę kiczowata, ale przyciąga uwagę. Brzmienie jest przybrudzone i może nieco trochę garażowe, ale znakomicie współgra z tym co band prezentuje. Jest to stara szkoła speed/ power metalu i to bardzo cieszy. Na płycie znajdziemy 3 kawałki i to kompozycje, która pokazują potencjał tej formacji. Nicolas Peter to taki nie oszlifowany diament i ma on coś z maniery Kaia Hansena i to cieszy.  Invictus to przede wszystkim znakomity duet gitarowy w postaci Fabio i Andreasa. Ci dwaj panowie idą na całość i grają z polotem. Nie patrzą na to, że to jest wtórne i oklepane, grają to co im w duszy gra i to jest urocze. Tytułowy "Burst the curse" to znakomity przykład tej poukładanej współpracy. Jest energia, pazur, jest power metal w starym stylu. Prawdziwa petarda. W podobnej konwencji utrzymany jest "Someone out there". Inaczej z kolei brzmi "Gaia", który jest spokojniejszy, bardziej nastawiony klimat i tutaj słychać wpływy Blind Guardian. Trzy dobre kawałki dają nadzieje na ciekawą przyszłość tej kapeli. Czekam na ich pierwszy prawomocny album i pierwsze mocne uderzenie. Póki co jest dobrze i oby tego stylu się trzymali!

Ocena: 7.5/10

wtorek, 16 kwietnia 2019

PULVER - Kings under the sand (2019)

Na niemieckiej scenie metalowej pojawił się nowy, młodziutki band, który chce również zdobyć swoje grono fanów i zostać na scenie troszkę dłużej.  Mowa o działającym od 2016r zespole o nazwie Pulver, który w tym roku wystartował ze swoim debiutanckim albumem zatytułowanym "Kings under the sand". Tytuł jak i okładka zwiastują ciekawe wydawnictwo z klimatem rodem z "Poverslave". Nie do końca tak jest, bowiem band troszkę ociera się NWOBHM, troszkę o Doom metal, a troszkę o stroner rock. Przede wszystkim słychać, że wzorowali się na latach 70 czy 80. Można doszukać się wpływów Motorhead, Black sabbath czy Judas Priest. Uroku tej płycie dodaje przybrudzone brzmienie i proste, łatwo wpadające w ucho motywy.  Atutem tej młodej formacji jest charyzmatyczny wokalista Dave Froklich, który mocno przypomina świętej pamięci Lemmy'ego z Motorhead. Płytę wypełnia 8 utworów, które potrafią poruszyć swoim mrocznym klimatem i aranżacją rodem z lat 70.  Na wstępie mamy znakomite intro "Rising". Znakomita mieszanka stylów wypracowanych przez Judas Priest i Black Sabbath. "Phanthom Hawk" to klasyka sama w sobie. Mocny, zadziorny i niezwykle banalny riff potrafi zauroczyć.  Gitarzyści Lukas i Alex czują klimat heavy metalu lat 70 i to słychać. To jest to. Skojarzenia z wczesnym Judas Priest jak najbardziej są na miejscu.  Stonowane tempo i mroczny klimat to cechy "Blacksmith Lament" i tutaj kłaniają się klimaty Black Sabbath. Dalej pojawia się kwintesencja stylu Pulver, czyli tytułowy "Kings under the sand". Znakomicie też brzmi marszowy, pełen mroku "Warrior Caste" i znów znakomicie wybrzmiewają lata 70. Fani Iron Maiden z pierwszego krążka mogą polubić niezwykle melodyjny i pomysłowy "Alpha omega", który pełni rolę instrumentalnego kawałka. Całość zamyka rozbudowany i epicki "Curse of the pharaoh". Trzeba przyznać, że Pulver wyróżnia się tym swoim specyficznym stylem. Zaskakują i imponują talentem. Płyta debiutancka jest dobra, nawet bardzo dobra. Nie za wiele jest płyt w klimat 70, zwłaszcza jeśli myślimy o graniu w stylu Black Sabbath, czy Judas Priest i za to panowie mają dużego plusa. Płytę oczywiście gorąco polecam.

Ocena: 8.5/10

AGE OF ARTEMIS - Monomyth (2019)

Było kwestią czasu kiedy brazylijski Age of Artemis powróci z nowym albumem. "The waking hour" z 2014 r był średniej klasy albumem, który niczym szczególnym nie porwał. Czas na drugie podejście i tym razem na warsztat wziąłem najnowsze dzieło tej grupy. "Monopyth" to swoista kontynuacja tego co mogliśmy usłyszeć na poprzedniku. Dalej jest to melodyjny power metal z dużą dawką progresywnego metalu. Brazylijska formacja nie kryje inspiracji Almah czy Angra. Bardzo dobrze wpisał  się w styl kapeli nowy wokalista, a mianowicie Pedro Campos. Przede wszystkim jest to wokalista uzdolniony i z charyzmą, Nadaje całości odpowiedniego charakteru i potrafi budować napięcie. Dzięki niemu materiał jest o wiele ciekawszy. Płyta podobnie jak i poprzednia jest naszpikowana progresywnymi patentami i to one dominują na płycie. Brzmienie jest tu mocne, soczyste i z takim prawdziwym power metalowym uderzeniem. Jeśli chodzi o materiał to z pewnością uwagę zwraca melodyjny "Tha Calling", który imponuje energią i melodyjnością. Progresywność daje o sobie znać w szybszym "helping Hand" i to jest dobry początek tego wydawnictwa. Nutka rocka, nutka finezji pojawia się w stonowanym "Unknown strength". Więcej power metalu uświadczymy w energicznym "Reborn". W takich kompozycja band wypada znakomicie. Jest szybkość, jest kop i prawdziwa miłość do melodyjnego grania. Cieszy też bardziej rozbudowany i bardziej progresywny "Where love grows". Pojawiają się tez słabsze momenty jak właśnie "A great day to live".  Płyta ma potencjał i to słychać, ale to jeszcze nie jest to na co czekam, Jest lepiej niż na poprzednim krążku i dzieje się sporo, ale niektóre rozwiązania w pełni mnie nie satysfakcjonują. Czekam na kolejne wydawnictwo i może wtedy będę zachwycony.

Ocena: 6/10

piątek, 12 kwietnia 2019

MAGISTARIUM - War for all and all for won (2019)

Są tu jacyś fani Therion, Rhapsody of Fire, czy Powerwolf? Jeśli tak to nowy album niemieckiej formacji Magisterium może okazać się prawdziwą ucztą. Ta kapela działa od 2005r i dorobiła się 3 płyt, z czego "War for all and all for won" to najnowsze wydawnictwo.  Piękna klimatyczna okładka, który jest miła dla oka to nie jedyny atut tej płyty.  Wokalista Oleg Rudych to kolejna mocna strona tej płyty. Jego głos przypomina poniekąd manierę Fabio Lione czy Atille z Powerwolf. Potrafi budować napięcie i kreować znakomity klimat fantasy. Band gra symfoniczny heavy metal z domieszką power metalu. Najlepsze jest to, że aspekt symfoniczny na tej płycie jest bardzo podniosły i ma filmowy wydźwięk. Na płycie jest 11 utworów, które łącznie tworzą znakomitą całość. Płytę otwiera mocny, agresywny "Rising from the Ashes". Podniosły refren i epickie motywy pokazują bogaty wachlarz możliwości zespołu. Brzmi to wszystko fantastycznie. Stonowany i bardziej marszowy "One against the world" również imponuje patosem i bogatą aranżacją. Mroczniejszy i nieco operowy "The game of life" , mocno nawiązuje do twórczości Therion.Melodyjny i przebojowy "Beyond the frontier" z kolei mocno nawiązuje do Rhapsody of fire. Tytułowy "War for all and all for won" to wizytówka tej płyty i kwintesencja stylu tej kapeli. 100 % symfonicznego metalu. Przebojowy "Another world" przemyca patenty Powerwolf i to kolejna perełka na płycie. Band znakomicie sprawdza się w spokojniejszych klimatach i potwierdza to "1000 years of rain". Na deser mamy rozpędzony i power metalowy "Follow your dream". Płyta jest wyjątkowa i ma w sobie to coś. Znakomita mieszanka symfonicznego metalu i filmowego charakteru. Dużo tutaj wysokiej klasy utworów. To jest to i czekam na więcej!

Ocena: 9.5/10

LEVERAGE - Determinus (2019)

10 lat czekania i w końcu pojawił się nowy krążek fińskiej formacji Leverage. Jest nowy skład, nowa jakość i zmieniony styl, jednak jest to już nieco inna muzyka. "Circus Colossus" to był płyta w której dominował melodyjny metal z domieszką power metalu w prawdziwym fińskim wydaniu. Było pełno nawiązań do Stratovarius, Sonata Arctica, excalion czy Celesty.  Ta płyta miła w odsłuchu i była jednym z ich największych osiągnięć. "Determinus" to płyta, która pokazuje band w nieco innym świetle. Jest to płyta, w której zespół próbuje nieco eksperymentować ze swoim stylem.  Mamy mieszankę progresywnego metalu, melodyjnego metalu czy heavy metalu. Brakuje elementów power metalu i brakuje kopa. Ta płyta jest nijaka. Band nie potrafi zdecydować się w którym kierunku chce pójść. Co z tego, że nowy wokalista Kimmo Blom sprawdza się w takim graniu i ma do tego talent, skoro zawodzi materiał. W zespole jest też nowy gitarzysta Mikko, który za wiele nie wnosi do zespołu. Okładka zwiastuje mroczny, wręcz doom metalowy album. Może i mrocznie jest na tym albumie, ale brakuje tutaj ciekawych melodii czy przebojowości. Echa starego stylu Leverage pojawiają się w otwierającym "Burn love burn", który jest niezwykłe melodyjny i pełen rożnych smaczków. Szokuje folkowy "Wind of Morrigan", choć tutaj jakby więcej rocka i nie byłoby to złe gdyby nie fakt, że oczekuje czegoś innego od tej formacji. Mocny riff w "Tiger" to jeden z ciekawszych momentów na płycie. Progresywne elementy w "Mephisticrate" są nawet pomysłowe, ale całościowo wypada to średnio. Rockowy "Heavens no place for us" pokazuje jak band wykorzystuje całkiem udanie patenty Deep purple. W podobnym klimacie mamy mroczniejszy "Rollerball". Do udanych kompozycji można dodać rozpędzony "Troy". Troszkę za dużo chaosu i za mało tutaj konkretów. Brakuje przebojowości i tej mocy z poprzednich płyt. 10 lat czekania i dostałem w efekcie średniej klasy album, który nie ma szans zagościć na dłużej w moim sercu.

Ocena: 5/10

wtorek, 9 kwietnia 2019

TOMBSTONE - Shadows of Fear (2019)

Kojarzy ktoś zespół Tombstone?  Jest to fińska formacja, która działa o 2001 r i dała się  poznać jako solidna kapela, która gra heavy/power metal. Debiut "Madde in Metal" to był kawał porządnego grania, choć czegoś brakowało. Teraz po 9 latach formacja wraca o wiele silniejsza i jest już gotowa siać prawdziwe zniszczenie. Czego można się spodziewać po ich najnowszym krążku zatytułowanym "Shadows of Fear"?

Przede wszystkim ciekawych partii gitarowych i zgranych solówek Johana, Kennetha i Mettiasa. Ci  gitarzyści dają niezłe show i przypomina się stare kultowe duety gitarzystów, gdzie pojedynki były pełne emocji i finezji. Dzieje się sporo w tym aspekcie i nie można narzekać. Jak ktoś lubi wokal pokroju Roba Halforda, Erica Adamsa, czy Henninga Basse;a ten po kocha głos Kenntha Nylunda. To co wyprawia na tym krążku przyprawia o dreszcze. Znakomicie odnajduje się w wysokich rejestrach, gdzie zbliża się o poziomu Ralfa Sheepersa czy Roba Halforda. W niższych rejestrach brzmi niczym Eric Adams, tak więc jest co podziwiać. Może okładka nie wzbudza żadnych emocji, ale płyta nadrabia mocnym, ostrym brzmienie, który podkreśla zadziorność tego wydawnictwa.

Materiał to taka wycieczka po klasycznych płytach z kręgu heavy/power metalu. Band wykorzystuje znane nam motywy i dokłada sporo od siebie i dostajemy kawałki, który imponuje przebojowością i energią. Na start mamy "Can't kill metal" czyli prawdziwe uderzenie młota. Manowar się tutaj objawia nam od samego początku. Epicki refren  i chwała metalu. Marszowe tempo i sama aranżacja w pełni trafiona. Mieszanka Judas Priest i Manowar w "Toxic Avenger" jest po prostu świetna. Riff prosty, ale niezwykle melodyjny i nadaje kawałkowi przebojowego charakteru. Refren mocno chwytliwy i przypomina troszkę twórczość Stormwarrior. No prawdziwy hit! Nie zabrakło też miejsca na epicką balladę i tutaj "Blood Diamond" się sprawdza idealnie. Pierwszym prawdziwym przejawem power metalu spod znaku Majesty czy Wizard mamy w "The battle of kalasha". Kenneth daje niezły popis swoich umiejętności w bojowym "Win or Die". Znakomite wykorzystanie patentów Manowar. Pełen emocji jest spokojniejszy i bardziej rozbudowany "Shadows of fear". Więcej Judas Priest mamy w "Eye of The Storm". Słychać inspiracje "Painkiller" co bardzo cieszy. Mieszanka Manowar i Judas Priest wychodzi zespołowi najlepiej i znakomicie potwierdza to kolejny hit, czyli "Heavy metal poisoned". Co za świetny refren! Płytę promował "The Master", który znów świetnie oddaje klimat "Painkiller" Judas Priest. Całość zamyka "Written in Stone", który jest hołdem dla Manowar.

Każdy utwór przyprawia o szybsze bicie serca. Band odrobił swoje zadanie domowe i przygotował materiał, który zwala z nóg. Dopracowali partie wokalne, gitarowe, brzmienie i samą konwencję. Wszystko tutaj imponuje i jest to album, który pokazuje jak ma brzmieć klasyczny heavy/power metal. Fani Judas Priest i Manowar nie mogą przegapić tego wydawnictwa. Perełka!

Ocena: 9.5/10

piątek, 5 kwietnia 2019

SEAX - Fallout Rituals (2019)

Czasami łapię się na tym, że kieruję się ciekawą okładką przy wyborze płyty. "Fallout Rituals" zdobi świetna, klimatyczna, pełna mroku okładka frontowa. Przyciąga uwagę i zachęca do zapoznania się z zawartością. Jest to 4 płyta amerykańskiej formacji o nazwie Seax i jak dla mnie to jest ich największe osiągnięcie.  Band działa od 2009r i specjalizuje się w graniu odl schoolowego speed metalu. Co ciekawe jest to muzyka mocno inspirowana exciter, Agent Steel, czy Evil Invaders.Niby dużo tutaj wtórności, oklepanych motywów, ale to jest takie urocze.

Ta formacja ma dwa mocne ogniwa i są nimi wokalista Carmine Blades i gitarzysta Hel. Trzeba przyznać, że maniera i styl śpiewania Carmine'a jest charakterystyczny i wyjątkowy. To dzięki niemu ta płyta ma tyle energii i zadziorności. Jeśli chodzi o partie gitarowe to jest tutaj też sporo godnych uwagi riffów i solówek. Hel stawia na szybkość, na klasyczny wydźwięk, na melodyjność i zadziorność. Materiał jest tutaj samą wizytówką płyty i mamy prawdziwą jazdę bez trzymanki.

Płytę otwiera klimatyczny "Fallout" i po tym krótkim intrze wkracza rozpędzony "Rituals". To jest to! Speed metal o jakim można pomarzyć. Riff jest tutaj ostry jak brzytwa i rzuca na kolana. Piękne otwarcie, a to dopiero początek. Nutka thrash metalu  w speed metalowej otoczce mamy w złowieszczym "Killed by speed". Więcej heavy metalowego feelingu uświadczymy w przebojowym "Bring down the Beast", który pokazuje prawdziwy potencjał tej formacji oraz ich niezwykły talent. Mają w sobie to coś. W podobnym stylu utrzymany jest energiczny i niezwykle melodyjny "Interceptor", który imponuje złożonymi partiami gitarowymi. Pomysłowy riff przyozdabia agresywny "Legions Arise", który oddaje to co najlepsze w tym gatunku. Na sam koniec mamy rozpędzony, z nutką thrash metalu "Born to live fast".

Cała płyta kipi energią i tutaj jest prawdziwa jazda bez trzymanki. Non stop szybki, bez kompromisowy speed metal w starym stylu. Brakuje nieco urozmaicenia i jakiegoś spokojniejszego kawałka. Jednak pomijając te drobne osobiste widzi mi się to i tak jest płyta z górnej półki. Jedna z ciekawszych płyt tegorocznych jeśli chodzi o speed metal. Kto wie może w top 10 sie znajdzie?

Ocena: 9.5/10

czwartek, 4 kwietnia 2019

SILVER BULLET -Mooncult (2019)

Cofnijmy się trochę w czasie. Jest rok 2008 i na fińskiej scenie metalowej zrodził się power metalowy band o nazwie Silver Bullet.  Band młody i głodny sukcesu zdobył szturmem scenę po całkiem udanym debiucie. Młoda kapela pokazała swój potencjał i pomysł na power metal. Słychać że czerpią garściami z twórczości Olympos mons, Morgan Lafey, Rhapsody of Fire, Bloodbound, Powerwolf, czy nawet Blind Guardian. Minęły 3 lata od debiutanckiego "Screamworks" a band powraca z nowym krążkiem. "Mooncult" to coś więcej niż kolejny album w ich dyskografii, to coś więcej niż kolejny power metalowy album jaki pojawia się w tym roku. To płyta pełna magii, świeżych rozwiązań. To płyta z tajemniczym klimatem, z podniosłym charakterem i dużą dawką emocji, przebojowości i wyjątkowych doznań. Masz już dość klonów Helloween? Chcesz doznać szoku i przeżyć niesamowitą przygodę? Daj się porwać muzyce zawartej na "Mooncult".

Już okładka jest niezwykle miła dla oka. Pierwsze skojarzenia to Blazon Stone, Blind Guardian czy Dark Moor. Cieszy widok takich klimatów. Ta płyta ma też soczyste, mocne brzmienie, które podkreśla jakość zawortości. Silver Bullet to przede wszystkim wokalista Nils Nordling, który operuje wręcz operowym głosem. Znakomicie prowadzi utwory i nadaje im głębi. To on ma wpływ na symfoniczny wydźwięk całości. Sporym plusem jest tutaj to, że band bawi się różnymi motywami, patentami. Raz mamy szybkie tempo, raz nieco wolniejsze, raz jest podniośle, a raz mrocznie. Znakomity rollercoster. Wiele ciężkiej pracy włożyli gitarzyści Henri i Hannes, którzy dostarczają słuchaczowi sporo niezapomnianych doznań.

"1590 Edinburgh" to wejście iście filmowe. Jest klimat, jest podniośle, a chórki przyprawiają o dreszcze. Co za emocje, co za kunszt. Magia, a to dopiero początek. "She holdes the greatest Promise" to prawdziwa petarda. Tak właśnie ma brzmieć power metal. Jest szybko, jest melodyjnie i przebojowo. Nie ma banalnych aranżacji, a wszystko jest zagrane z polotem. Marszowy "Forever lost"to kolejny killer na płycie. Rycerski klimat i bardziej epicki wydźwięk to atut tego utworu. Iście teatralny, pełen wrażeń "Maiden,mother and crone" to kompozycja pełna ciekawych urozmaiceń i bogatych aranżacji. Echa Blind Guardian czy Orden Ogan dają o sobie znać. Nieco operowy, nieco rockowy "Light the latterns" to utwór, który imponuje rozbudowaną formą i ciekawymi przejściami. Perła, którą można cały czas na nowo odkrywać. Bardziej agresywny "The Witches Hammer" to power metal taki jaki kochamy i taki jaki zapoczątkował Gamma Ray. Jeden z mocniejszych kawałków na płycie. Podniosły, nieco mroczniejszy "The chalice and the blade" to znów przykład rozbudowanego kawałka. Dzieje się tutaj sporo i nie można narzekać na nudę.  stonowany i zadziorny "Eternity in Hell" to przykład jak band bawi się stylistykami i różnymi formami. Całość zamyka melodyjny "Lady of lies".

Szok. Band, który dopiero co zaczął swoją karierę nagrał album perfekcyjny, który na długie lata może być wzorem dla wielu kapel. "Mooncult" to płyta niezwykle dojrzała, pełna pomysłowych rozwiązań i wysmakowanych dźwięków. Dzieje się tutaj sporo i band czerpie garściami z wielu kultowych bandów, stawiając na swój własny styl. Silver bullet to marka mało znana i raczej nie wszyscy kojarzą tą nazwę. Czas to zmienić i "Mooncult" to znakomity powód ku temu.

Ocena: 10/10

ROCKIN ENGINE - Midnight road rage (2019)

"Midnight road Rage" to debiutancki krążek młodej formacji prosto z Kanady.  To znakomita mieszanka heavy metalu i hard rocka. Wszystko zostało stworzone na wzór płyt z lat 80. Dobrym tego przykładem już jest choćby klimatyczna okładka. Rockin Engine to  młoda kapela, która stać na ciekawy materiał. Słychać, że posiadają nieprzeciętnie umiejętności. Grają to co gra im w duszy i jest to muzyka prosto z ich serca.  Stylizacja tej formacji  opiera się o patenty wypracowane przez takie zespoły jak Motley Crue, Saxon, Dokken, czy Judas Priest. Mocnym atutem tej płyty jest bez wątpienia wokal Stev'a O Leff, który swoją manierą i zadziornością nadaje całości uroku lat 80.  Co do zawartości to mamy na krążku 8 kawałków utrzymanych w podobnym klimacie. Zadziorny "Shake that ass" imponuje mocnym wyrazistym riffem w klimatach JudasPriest. Nutka hard rocka dodaje tutaj przestrzeni. Duet gitarowy Steve o Leff i Stevy Leff dobrze się dogadują i w efekcie powstają całkiem udane i godne uwagi riffy. Dobrze to obrazuje dynamiczny "Lets roll the Dice". Więcej energii i mocy mamy w zadziornym "When Egnines collide". Kolejnym mocnym punktem płyty jest rozbudowany "The state of nature", w którym band pokazuje bardziej progresywne oblicze.
Całość zamyka rock'n rollowy "Road rage boogie". Bije z tego kawałka niezły klimat i taka luźna atmosfera.  Póki co to dobry początek młodej kapeli, która może jeszcze kiedyś nas zaskoczy pozytywnie. Debiutancki album jest solidny i zawiera solidny materiał, dlatego warto poświęcić chwilkę by zapoznać się co mają do zaoferowania. Pozycja skierowana do maniaków heavy metalu i hard rocka lat 80.

Ocena. 6,5/10

środa, 3 kwietnia 2019

FORKILL - The sound of the devils bell (2019)

Brazylijski Forkill powraca po 6 latach z nowym albumem zatytułowanym "The sound of the devil's bell". To znakomita kontynuacja tego co zaprezentował na debiucie. Muzykę jaką band prezentuje to soczysty heavy metal z domieszką thrash metalu.  W muzyce tej kapeli słychać sporo nawiązań do Artillery, Testament, czy Exodus.  Muzyka jest prosta, oparta o znane patenty i dużo wtórności, ale jest spora frajda z odsłuchu. Muzycy wiedzą co chcą grać i jak to robić na dobrym poziomie. Ostre brzmienie i wyrazisty wokal Joe Neto to atuty, który przesądzają o jakości tej płyty. Jest agresja, jest szybkość i kilka przebojów. Nie można narzekać na brak emocji i w zasadzie od samego początku band dostarcza sporo frajdy słuchaczowi. "Emperor of Pain" to taka stara szkoła thrash metalu i znakomicie tutaj oddano klimat lat 90. W podobnych klimatach utrzymany jest energiczny "Let there be thrash" , który imponuje mocnym riffem i ciekawą pracą gitar. Na płycie znajdziemy też rozbudowany "When Hell rises", który pokazuje band z nieco innego strony. "R.E.D" to już bardziej techniczny heavy/thrash metal i to na dobrym poziomie. Jeden z ciekawszych kawałków na płycie. Bardzo dobrze prezentuje się przebojowy "Killed at last" czy zadziorny "In your face". Co by tu nie pisać to "the sound of the devils bell" to kawał solidnego heavy/thrash metalu. Szkoda tylko, że nie ma tutaj elementu zaskoczenia, nie ma kopa i chwytliwych przebojów. To jest płyta średniej klasy, która nie ma szans namieszać w tym roku.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

SKANNERS - Temptation (2019)

Zbyt długo milczał włoski band o nazwie Skanners.8 lat czekania na nowy materiał to kawał czasu i wiele się mogło zadziać. "Temptation" to nowe dzieło i nie ma tutaj mowy o kopii "Factory of Steel". Tym razem band postanowił zaskoczyć swoich słuchaczy i zmienił swój styl. Radosny heavy/power metal z wyraźnymi wpływami Primal Fear zastąpiono nowoczesnym, mrocznym heavy/power metalem. Ta przemiana kojarzy mi się z Iron Fire i obecne wcielania tych dwóch kapel jest bardzo podobne. Wszystko pięknie, szkoda tylko że muzyka utraciła na jakości. Nie ma już takiej przebojowości i muzyka nie jest tak łatwa w odbiorze. Wciąż mocnym atutem zespołu jest wokalista Claudio Pisoni, który ma ciekawą barwę. Szkoda tylko, że nie ma już takiego pola do popisu. Brzmienie przybrudzone, takie bardziej nowoczesne i takie tłumiące wszystko. To wszystko jeszcze idzie jakoś przetrawić, ale zawartość mocno zawodzi.

Co z tego, że otwieracz "In flammen 666" jest ostry, agresywny i w klimatach Bloodbound, czy Nocturnal Rites, jak brzmi to troszkę słabo. Przesadzono z nowoczesnością i nie przekonuje mnie to. Nieco hard rockowy "Rays in darkness" nasuwa poprzednie płyty tej kapeli i to jest dobry kawałek. W podobnych klimatach mamy "Rolling in the fire". Spokojniejszy "Cut my heart" to kolejny przykład, że nowe wcielenie kapeli nie sprawdza się tak jakbyśmy tego chcieli. Z takich szybszych kawałków mamy rozpędzony "Demons of Tommorow" i jest tu moc. Jeden z ciekawszych kawałków na albumie. Na plus trzeba zaliczyć przebojowy "Lost in paradise" czy agresywny i mroczniejszy "Back to the past". Na deser mamy balladę "Always remember", który też nie robi większego wrażenia.

Bardzo czekałem na nowy krążek Skanners.Szkoda tylko, że moja oczekiwania nie zostały spełnione. Płyta ma kilka przebłysków, kilka dobrych momentów, ale całościowo wypada to średnio. Wolałbym usłyszeć powtórkę z "Factory of steel" niż ten pseudo nowoczesny heavy/power metal.

Ocena: 5.5/10

piątek, 29 marca 2019

RAVENOUS - Eat the fallen (2019)

Nie sądziłem, że coś w tym roku jeszcze mnie tak pozytywnie zaskoczy jak kanadyjski band o nazwie Ravenous, który właśnie wydał swój debiutancki album "Eat the Fallen". Już sama frontowa okładka jest kontrowersyjna i taka nieco doom metalowa. Jednak nie tyla okładka mnie zszokowała co zawartość i styl tej kapeli. Band łamie bariery muzyczne, zwłaszcza te znane mi w power metalowym światku. Dochodzi tutaj do krzyżowania patentów wypracowanych przez Falconer, Blind Guardian, Van Canto, Orden Ogan, Running Wild czy Powerwolf. Wydaja się to niemożliwe, ale band właśnie to robi. Wokalista brzmi jak Atilla i ma bardzo specyficzną manierą. Buduje klimat i nadaje całości taki nieco teatralny charakter. Folkowe zacięcie w jego głosie jest wyczuwalne. Znakomicie sprawdza się w podniosłych refrenach, które są główną atrakcją w muzyce tej młodej kapeli. Stać ich na wiele i drzemie ogromny potencjał. Skoro już na pierwszym krążku tworzą takie perełki, to co będzie za kilka lat? To jest pytanie!

Wycie wilków i wkracza "The hunger never dies". Co za szybkość, co za energia, co za świeżość. Valax jako gitarzysta daje czadu i już go uwielbiam. Riff brzmi jak mieszanka Blind Guardian, Running Wild i Powerwolf. Czad!  "Space and Time" jest przyozdobiony symfonicznymi patentami i jest to kolejny killer. Znów echa Running Wild i Orden Ogan są tutaj wyczuwalne. Miłym zaskoczeniem jest marszowy i bardziej epicki "Doom holds the Key", w którym słychać bardzo fajne nawiązanie do "Warriors of the World" Manowar. Wystarczy wsłuchać się w tekst i styl w jakim śpiewa wokalista.  Folkowe klimaty i nawiązanie do Falconer w "Adrift" to kolejne świetne urozmaicenie stylu kapeli.Band imponuje swoją energią i zapałem i takie petardy jak "Mercenary" są tutaj imponujące. Młoda kapela, a tak dojrzała i tak pomysłowa. Fanom starego Blind Guardian może się spodobać "Beyond the Ice". Ile w tym szczerości i miłości do power metalu. Nie brzmi to jak amerykański power metal, lecz właśnie jak typowy niemiecki power metal. "Strength of Warrior" to już bardziej rycerski heavy/power metal, ale znów słychać echa Powerwolf. Początek "A tale of good omens" taki w stylu Van Canto, choć sam kawałek taki bardziej marszowy i znów echa Running Wild czy Manowar są wyczuwalne. Wyszło to znakomicie. I na finał mamy cover Blind Guardian. "The bards Songs" w pełnym przyspieszaniu to coś nowego. Wyszło ciekawie i przede wszystkim słychać autentyczność Ravenous.

Uwaga na rynek power metalowy wypłynął nowy band głodny sukcesu i mają predyspozycje by zostać nową gwiazdą gatunku. Jesteś fanem Blind Guardian, Powerwolf, Running Wild czy Falconer? To jest to bez wątpienia album dla ciebie! "Eat The Fallen" to płyta którą ciężką rozpatrywać w kategorii debiutu. Jest tutaj wszystko i nie ma słabych punktów. Prawdziwa perełka o której będzie się pisać latami! Czekam na więcej ! Póki co pozostaje włączyć "repeat"!

Ocena: 10/10