Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Symphonic Power Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Symphonic Power Metal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2026

KAMELOT - Dark Asylum (2026)


 

Dla wielu fanów power metalu Kamelot to przede wszystkim okres Roy Khana. Nie trudno się z tym nie zgodzić, bowiem w tym okresie band nagrał swoje najlepsze płyty. W roku 2012 do zespołu dołączył równie charyzmatyczny i uzdolniony Tommy Karevik. Od tego momentu Kamelot stawia bardziej na ładunek emocjonalny i bardziej stonowane dźwięki. Jednym to się będzie podobać, a innym nie. Ostatni albumów postaci " the awekening" skradł moje serce i z wypiekami na twarzy wypatrywałem dnia 28 sierpnia, czyli dnia premiery "dark asylum". Udało się stworzyć kolejny wielki album, który działa na zmysły i jest portalem do świata magii, fantasy i pięknych dźwięków. To kolejny wielki album wielkiego Kamelot.

Już sam tytuł płyty doskonale oddaje jej charakter. Kamelot zabiera nas do mrocznego, niemal gotyckiego świata RavenHill Asylum, gdzie granica pomiędzy szaleństwem, rzeczywistością, pamięcią i poszukiwaniem własnej tożsamości zaczyna się zacierać. Nie jest to jednak tylko kolejny koncept ubrany w efektowną grafikę. Cała muzyka została podporządkowana temu klimatowi i dzięki temu „Dark Asylum” brzmi jak spójna, przemyślana opowieść. Miłym dodatkiem jest klimatyczna i przykuwająca uwagę szata graficzna. Band zadbał też o soczyste i pełne mocy brzmienie, które nadaje charakteru  całości. 

Największą siłą albumu jest atmosfera. Kamelot zawsze potrafił połączyć power metalową melodykę z symfonicznym rozmachem i teatralnością, ale tutaj ten element został jeszcze mocniej wyeksponowany. Orkiestracje, chóry, klawisze i gitarowe partie tworzą ogromną, filmową przestrzeń, ale co najważniejsze – nie przykrywają kompozycji. Trzeba pochwalić sam zespół, który rośnie na nowo w siłę. Wokalista Tommy Karevik wciąż potrafi czarować i nadawać kompozycjom emocjonalnego ładunku. Oj potrafi czarować głosem. Świetnie uzupełniają się klawiszowiec Palotai i gitarzysta Youngblood. Stawiają na podniosłość, emocje i piękne melodie i motywy. Szybkość i agresję schodzą tutaj na dalszy plan. Po raz kolejny tych dwóch muzyków tworzy świat pełen magii i niesamowitego klimatu. Brawo!

 Zawartość to 15 utworów i 51 minut muzyki. To prawdziwa przygoda. których wiadomo już, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Monumentalny numer, kapitalna melodia, świetna praca gitar i znakomity Tommy Karevik, który potrafi zarówno subtelnie budować napięcie, jak i chwilę później wznieść się wysoko nad całą orkiestrację. Gościnny udział Ignacii Fernández dodatkowo wzbogaca ten utwór o eteryczny, niemal baśniowy klimat.. Co za piękne otwarcie płyty i chce się jeszcze więcej i więcej. Tytułowy „Dark Asylum” jest jeszcze bardziej niepokojący. To utwór, który zamiast od razu atakować słuchacza, stopniowo wciąga go w swoją mroczną historię. Jest teatralnie, majestatycznie i momentami wręcz filmowo. Kamelot pokazuje tutaj, że symfoniczny metal nie musi oznaczać nieustannego bombardowania orkiestrą – równie ważne są przestrzeń, napięcie i odpowiednie dawkowanie emocji. Orkiestrowe elementy wciągają i potrafi zauroczyć swoim stylem i jakością. Jest tutaj dużo power metalowego ładunku. To oczywiście kolejny killer na płycie i nawet nutka klimatów Avantasia jest w tym wszystkim.Świetnie wypada również „Sanctuary”, w którym głosy Clémentine Delauney i Ignacii Fernández idealnie uzupełniają Karevika. To jeden z tych utworów, które pokazują, jak ogromne możliwości daje Kamelot, kiedy klasyczne metalowe fundamenty spotykają się z teatralnym, niemal operowym podejściem do muzyki. Oj dużo dobrego się tutaj dzieje i to kolejny mocny punkt nowej płyty Kamelot. Nie mogło oczywiście zabraknąć niespodzianek. „One Last Masquerade” z udziałem Tobiasa Sammeta brzmi jak spotkanie dwóch światów, które od dawna powinny się ze sobą spotkać. Sammet nie pojawia się tutaj wyłącznie jako ozdobnik – jego charakterystyczny głos idealnie pasuje do teatralnego klimatu kompozycji. Tommy wystąpił w Avantasia, to teraz czas na rewanż i występ Tobiasa w Kamelot. Co ciekawe sam utwór mógłby śmiało trafić na album Avantasia. Utwór petarda i od razu kradnie serce. 

Bardzo podoba mi się również „Ivy, My Dear”, który pokazuje bardziej melancholijną stronę zespołu. To właśnie takie momenty sprawiają, że „Dark Asylum” nie jest wyłącznie płytą złożoną z efektownych, stadionowych hymnów. Są tutaj emocje, zaduma, niepokój i chwile wyciszenia. Band pokazuje pazur w zadziornym " Godlike alchemy" który pokazuje na co stać band

Druga połowa albumu również nie rozczarowuje. „The Sleeping Mind (Orphic Paradigm)”, „Kaleidoscope” czy „Enigma (Think of Me)” utrzymują bardzo wysoki poziom, a „Cassandra’s Disease” pokazuje, że Kamelot potrafi również przyspieszyć i nadać całości nieco bardziej zdecydowanego, metalowego charakteru.Z kolei „Beneath the Moon (Tunglið)” wprowadza kolejną porcję niezwykłego klimatu dzięki wielogłosowym partiom wokalnym. Na zakończenie otrzymujemy „The Puppet King” oraz „Sanctum Requiem”. I jest to finał idealnie pasujący do całej historii – zamiast zwyczajnie zakończyć płytę, Kamelot zostawia słuchacza jeszcze na chwilę w murach RavenHill.

Czy „Dark Asylum” jest płytą idealną? Moim zdaniem – w tym przypadku można sobie pozwolić na takie stwierdzenie. To album, który ma klimat, świetne melodie, znakomity wokal, potężne brzmienie i przede wszystkim własną tożsamość. Kamelot nie próbuje tutaj na siłę odmładzać swojego stylu ani ścigać się z młodszymi zespołami. Zamiast tego wykorzystuje wszystkie swoje najmocniejsze strony i tworzy muzykę niezwykle dojrzałą, ale jednocześnie pełną energii.

„Dark Asylum” to Kamelot w najlepszym wydaniu – mroczny, melodyjny, symfoniczny, teatralny i pełen emocji. To jedna z tych płyt, które najlepiej słuchać od początku do końca, najlepiej wieczorem, przy odpowiednim klimacie, bo wtedy jej magia działa najmocniej. Kamelot jest naprawdę w świetnej formie. Jedna z najlepszych płyt roku 2026.


Ocena : 10/10

wtorek, 11 sierpnia 2026

PRELUDIO ANCESTRAL - Guardians od Twilight (2026)


 

Argentyński Preludio Ancestral działa już od ponad dwóch dekad, ale mimo tak długiego stażu pozostaje nazwą znaną głównie bardziej zagorzałym fanom power metalu. „Guardians of Twilight” to już szósty pełnowymiarowy album zespołu i jednocześnie kolejny dowód na to, że Ameryka Południowa wciąż ma sporo do zaoferowania miłośnikom epickiego, melodyjnego grania. Tym razem Leonardo Gatti i jego ekipa zabierają nas w świat fantasy, smoków, bohaterów oraz odwiecznej walki dobra ze złem. Brzmi znajomo? Oczywiście. W power metalu nie zawsze jednak chodzi o odkrywanie nowych lądów. Płyta ukazała się 14 kwietnia i jest to pozycja skierowana przede wszystkim do maniaków klasycznego power metalu.

Nie dajcie się przestraszyć okładce rodem z generatora AI ani nieco przesłodzonemu brzmieniu. Na szczęście zawartość płyty potrafi oddać piękno power metalu. Znajdziemy tutaj podniosły klimat, epickość, rozmach i całkiem sporo urozmaicenia. Problem pojawia się jednak gdzie indziej. „Guardians of Twilight” jest albumem bardzo równym, ale momentami aż nazbyt zachowawczym. Przy dwunastu utworach i ponad pięćdziesięciu minutach muzyki można odnieść wrażenie, że niektóre kompozycje pełnią jedynie funkcję wypełniaczy. Zespół zna wszystkie zasady rządzące power metalem i wykorzystuje je niemal wzorcowo, ale właśnie dlatego czasami brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Nie ma zbyt wielu momentów, przy których człowiek zatrzymuje płytę i myśli: „wow, tego się nie spodziewałem”.

Co więcej, chwilami można odnieść wrażenie, że obcujemy z czymś wygenerowanym przez AI. Czuć pewną sztuczność, brak naturalnego pierwiastka i emocjonalnego pazura. Kolejnym mankamentem jest niedostatek drapieżności oraz wyrazistych, zapadających w pamięć hitów. Owszem, można tego słuchać i całkiem dobrze się bawić, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że materiał szybko ulatuje z pamięci. To album przyjemny w odbiorze, lecz pozbawiony tego charakterystycznego impulsu, który sprawia, że chce się do niego wracać.

Nie zmienia to jednak faktu, że muzycy wykonali swoją pracę bardzo solidnie. Partie wokalne tworzone przez Harwooda i Mavericka Turnera są pomysłowe i dobrze współgrają z epickim charakterem materiału. To zdecydowanie jeden z mocniejszych atutów tego wydawnictwa. Partie gitarowe w wykonaniu Hattiego i Kilbergary mają odpowiednią dawkę melodii oraz szybkości, a orkiestracje nie próbują całkowicie przykryć metalowego fundamentu. Produkcja jest nowoczesna, przejrzysta i pozwala wychwycić poszczególne elementy aranżacji. Wszystko to zdałoby egzamin, gdyby również warstwa kompozytorska była dopracowana w najmniejszych szczegółach. Tutaj pozostaje jednak spory niedosyt.

Od pierwszych sekund „Blades of the Burning Sky” wiadomo, z czym mamy do czynienia. Szybkie riffy, galopująca sekcja rytmiczna, podniosłe melodie i mocny, męski wokal od razu przywołują skojarzenia z Helloween, Primal Fear czy Stratovarius. Nieco później robi się jeszcze bardziej epicko, a „Riders of the Crimson Storm” pokazuje, że Argentyńczycy doskonale czują klasyczny power metalowy schemat. Jest energia, chwytliwy refren i gitarowe popisy, których w takim graniu przecież zabraknąć nie może.

Jednym z mocniejszych punktów albumu jest „Flame of the Eternal Dragon”. Już sam tytuł właściwie zdradza, czego można się spodziewać – smok, fantasy i power metal w jednym. Duży plus należy się również za wyraźne nawiązania do Helloween. Bardzo dobrze wypada „The Storm of a Thousand Wings”, gdzie klawisze i orkiestracje tworzą bardziej monumentalne tło dla gitarowych riffów. Z kolei „The Sorceress of My Heart” pokazuje nieco spokojniejsze, bardziej hardrockowe oblicze zespołu i stanowi przyjemne urozmaicenie całości.

Druga połowa albumu również ma swoje mocniejsze momenty. „Rise of the Golden Flame” to kolejny udany numer, w którym nie brakuje charakterystycznego power metalowego rozpędu oraz efektownych solówek. „Vengeance of the Dragonheart” i „Crown of the Rising Sun” podążają podobnym tropem – szybkie tempo, podniosłe refreny i sporo gitarowej pracy. Na uwagę zasługuje również „Forged in the Skyfire”, należący do najbardziej heavy metalowych fragmentów całego wydawnictwa.

Nie jest to może tegoroczny power metalowy album, który bezdyskusyjnie wygrywa wszystko, ale z pewnością można dać mu szansę. Szczególnie jeśli wciąż bliskie są wam klimaty Helloween, Stratovarius, Rhapsody of Fire czy bardziej melodyjnego Primal Fear. Problem w tym, że przy całej poprawności zabrakło tutaj kilku elementów, które mogłyby wynieść ten materiał na wyższy poziom. Brakuje przede wszystkim naprawdę zapamiętywalnych kompozycji, większej dawki agresji, naturalności i emocji. Jest za to momentami zbyt dużo cukierkowości oraz pewnej syntetyczności.

Niby mamy do czynienia z dziełem prawdziwych muzyków, którzy posiadają doświadczenie, warsztat i pomysł na własny styl, a mimo wszystko chwilami trudno oprzeć się wrażeniu, że słuchamy tworu pozbawionego ludzkiego pierwiastka. Fundament jest solidny, wykonanie stoi na przyzwoitym poziomie, ale zabrakło odpowiedniego wykończenia i kompozytorskiego błysku. „Guardians of Twilight” to album, który można włączyć bez obaw, ale znacznie trudniej znaleźć powód, by po jego zakończeniu natychmiast nacisnąć przycisk „play” po raz kolejny.

Ocena: 5/10

czwartek, 9 lipca 2026

MARCO GARAU'S MAGIC OPERA - The finał flight (2026)


 24 lipca dobiegnie końca historia opowiadana przez włoskiego muzyka  w ramach projektu . Tego dnia ukaże się finałowy album zatytułowany The Final Flight. Były klawiszowiec  poszedł o krok dalej niż kiedykolwiek wcześniej, przygotowując dla swoich fanów i miłośników power metalu prawdziwą ucztę oraz hołd dla klasyki gatunku. Marco Garau po raz kolejny udowadnia, że Włosi należą do ścisłej czołówki twórców symfonicznego power metalu.

Każdy, kto ceni klasyczne albumy , , ,  czy , bez trudu odnajdzie się w świecie Magic Opera. Słuchając The Final Flight, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z prawdziwie wielkim finałem całej sagi. W efekcie otrzymujemy najdojrzalszy i najpełniejszy album w dorobku projektu. Na takie wydawnictwa warto czekać, ponieważ oferują one znacznie więcej niż tylko kolejną porcję power metalowych kompozycji.

Marco Garau po raz kolejny imponuje kreatywnością, wyczuciem melodii i kompozytorskim rozmachem. Klasyczny symfoniczny power metal nie ma przed nim tajemnic. Potrafi wykreować podniosłą, baśniową atmosferę, wprowadzić nutę tajemniczości, a jednocześnie zachwycić bogactwem aranżacji i dbałością o szczegóły. Na tej płycie nie ma miejsca na rutynę czy przewidywalność.

W 2025 roku do zespołu dołączył Matteo Baschiera, który wraz z Lucą Sellitto tworzy znakomity duet gitarowy. Efektowne zagrywki, płynne przejścia i pełne finezji solówki stanowią jeden z największych atutów albumu. To właśnie partie gitarowe są jego siłą napędową. Całość momentami brzmi niczym zaginiony klasyk power metalu z lat 90. Skład złożony z doświadczonych i ambitnych muzyków przekłada się na najwyższą jakość wykonania oraz niezapomniane muzyczne doznania.

Album zawiera dwanaście utworów, które składają się na ponad godzinę muzycznej podróży przez świat fantasy i klasycznego power metalu. Już otwierający płytę „The Danger's Growing Dark” buduje filmowy klimat za sprawą rozbudowanych orkiestracji i monumentalnych chórów. Chwilę później „The Black Gem” uderza szybkim, energetycznym power metalem wzbogaconym efektownymi partiami klawiszy. Garau pozostaje wierny swoim inspiracjom – słychać tu echa neoklasycznego metalu, bogate aranżacje i chwytliwe refreny, jednak całość ani przez moment nie sprawia wrażenia wtórnej.

Piękne aranżacje, zapadający w pamięć motyw przewodni i symfoniczny power metal w pełnej krasie odnajdziemy w „Unholy Alliance”, utworze wyraźnie czerpiącym z najlepszych wzorców lat 90. Nietrudno usłyszeć tu inspiracje twórczością Helloween, Rhapsody czy Dark Moor.

Jednym z największych atutów albumu pozostaje jego różnorodność. Obok galopujących kompozycji, takich jak „Fury of the Storm”, pojawiają się bardziej podniosłe i emocjonalne momenty, reprezentowane przez „Mother of Winter Ice” oraz „Lady of the Wind”. Instrumentalny „Chaos Rising” stanowi efektowny przerywnik przed rozpędzonym i pełnym rozmachu „When Reason Dies”. To kolejny dowód na kompozytorski talent Garau. Włoski muzyk doskonale rozumie oczekiwania fanów gatunku i potrafi spełniać ich najskrytsze muzyczne marzenia.

Druga część albumu utrzymuje wysoki poziom, nie ustępując pierwszej ani pod względem jakości, ani pomysłowości. Neoklasyczne wpływy oraz duch dawnych albumów Dark Moor wyraźnie pobrzmiewają w „Immortal Glory”. Podobne emocje wywołuje nastrojowy i pełen magii „The Clash of Fates”. Nie ma tutaj miejsca na przypadkowe melodie czy zbędne rozwiązania. Wszystko jest spójne, przemyślane i podporządkowane budowaniu odpowiedniego klimatu.

Więcej pozytywnej energii wnosi dynamiczny „Steel and Magic”, który prowadzi słuchacza ku punktowi kulminacyjnemu całego wydawnictwa – monumentalnemu utworowi tytułowemu „The Final Flight”. To epickie zwieńczenie sagi, pełne emocji, majestatu i podniosłości, które pozostawia niezatarte wrażenie i dosłownie przyprawia o ciarki.

Smutne jest to, że kolejny wartościowy projekt muzyczny kończy swoją działalność. Jestem jednak przekonany, że o Marco Garau jeszcze nieraz usłyszymy. Mam również nadzieję, że Magic Opera pewnego dnia powróci i ponownie oczaruje fanów swoim wyjątkowym podejściem do power metalu.

The Final Flight to kwintesencja symfonicznego power metalu, idealne podsumowanie twórczości Marco Garau i zarazem zwieńczenie jego wieloletniej wizji artystycznej. To album pełen pasji, wyobraźni i kompozytorskiego kunsztu. Jedna z największych perełek 2026 roku i płyta, która przypomina, dlaczego tak wielu fanów pokochało ten gatunek. Na takie muzyczne cuda zawsze warto czekać.

Chwała Magic Opera!

Ocena: 10/10

czwartek, 18 czerwca 2026

TIMELESS RAGE - My Kingdom come (2026)


 

Niemiecki Timeless Rage wyraźnie inspiruje się twórczością Kamelot, Epiki czy Myrath. Formacja od początku działalności postawiła na rozwijanie własnej wizji symfonicznego heavy/power metalu wzbogaconego o elementy progresywnego metalu. Po udanym debiucie muzycy wracają po czterech latach z drugim albumem studyjnym zatytułowanym My Kingdom Come. Grupa pochodząca z Villingen-Schwenningen od początku stawiała na połączenie melodyjnego power metalu z symfonicznym rozmachem oraz nieco mroczniejszą atmosferą. Na nowym wydawnictwie rozwija tę formułę, prezentując materiał bardziej dojrzały, ambitniejszy i zdecydowanie bardziej różnorodny niż na debiucie. Album ukazał się 27 marca 2026 roku nakładem Metalapolis Records.

Warto wspomnieć, że od czasu wydania pierwszej płyty skład zespołu uległ zmianom. W 2023 roku do Timeless Rage dołączył wokalista Nicolaj Ruhnow, natomiast dwa lata później szeregi grupy zasilił basista Daniel Wengle. Nicolaj stara się nadać kompozycjom odpowiedni rozmach, emocjonalność i power metalowy pazur. Ze swojej roli wywiązuje się poprawnie, choć trudno uznać go za wokalistę wybitnego. Jego występ stoi na solidnym poziomie, jednak nie wyróżnia się szczególnie na tle wielu innych frontmanów działających w gatunku.

Bardzo dobrze prezentuje się natomiast duet gitarzystów Michaela Benka i Christiana Pircha. Muzycy dbają o urozmaicenie materiału, często sięgając po wyszukane melodie, rozbudowane harmonie oraz ciekawe rozwiązania aranżacyjne. Nie wszystkie ich pomysły okazują się jednak równie trafione. Słychać wyraźnie, że zespół chce zaskoczyć słuchacza bardziej ambitnym podejściem do kompozycji, choć nie zawsze przekłada się to na równie przekonujący efekt końcowy.

Płyta zawiera dziesięć premierowych utworów. Każdy fan melodyjnego metalu znajdzie tutaj coś dla siebie, choć warto pamiętać, że mamy do czynienia raczej z solidnym rzemiosłem niż dziełem z najwyższej półki. To przyjemny materiał z licznymi przebłyskami talentu, któremu momentami brakuje większej pewności siebie, wyrazistszych refrenów i kompozycji mogących aspirować do miana gatunkowych hitów.

Bardzo dobrze wypada otwierający album „My Kingdom Come”, oparty na klasycznych power metalowych fundamentach. W jego stylistyce można doszukać się pewnych podobieństw do twórczości Insanii. Elementy progresywne dochodzą do głosu w singlowym „The Seed of Fear”, który skutecznie eksponuje potencjał zespołu. Utwór przyciąga uwagę klimatem, pomysłowością i ciekawie rozwijaną narracją.

Sporo podniosłości, chwytliwości i bogatych aranżacji przynosi „The Devil's Masquerade”. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów programu. Nie mniej interesująco prezentuje się epicki „Moonbite Serenade”, w którym nie brakuje pięknych melodii i starannie dopracowanych detali aranżacyjnych.

Na uwagę zasługuje również energiczny i przebojowy „The Enemy of You”, będący znakomitym przykładem talentu zespołu do tworzenia atrakcyjnych i angażujących kompozycji. Wątki progresywne odnajdziemy także w bardziej złożonym „We All Shall Fall”, podczas gdy „The Pale Death” imponuje podniosłym klimatem i dużą dawką melodyjności. W takich momentach Timeless Rage pokazują swój potencjał i udowadniają, że potrafią skutecznie zainteresować słuchacza.

My Kingdom Come to album, który potwierdza, że Timeless Rage nie zamierzają być jedynie kolejnym zespołem na zatłoczonej scenie power metalu. Niemcy umiejętnie łączą melodyjność, symfoniczny rozmach i mroczniejszą atmosferę, tworząc materiał dojrzały, ambitny i pełen emocji. Grupa ma własny pomysł na siebie i stara się budować własną tożsamość zamiast bezrefleksyjnie kopiować dokonania największych gwiazd gatunku. Nie jest to może kandydat do tytułu płyty roku, ale bez wątpienia jest to wartościowe i godne uwagi wydawnictwo, które powinno zainteresować fanów symfonicznego i progresywnego power metalu.

Ocena: 8/10

wtorek, 19 maja 2026

STORIA : Revenant: a Righteous revenge (2026


 

Basista Pablo Guillarducci i perkusista Thiago Caiero, znani z debiutanckiego albumu Enorion, który tak wyraźnie nawiązywał do twórczości Dark Moor, pojawili się również na innym, równie interesującym debiucie. Mowa o pierwszym albumie brazylijskiej formacji Storia. „Revenant: A Righteous Revenge” ukazał się 3 kwietnia i stanowi kolejną godną uwagi propozycję z południowoamerykańskiej sceny metalowej.

Storia działa od 2023 roku i koncentruje się na monumentalnym, epickim symfonicznym power metalu wzbogaconym o elementy progresywnego heavy metalu. W ich muzyce można odnaleźć liczne inspiracje twórczością Blind Guardian, Rhapsody of Fire, Vision Divine czy wspomnianego Dark Moor. Zespół udowadnia, że współczesny power metal nadal potrafi opowiadać wielkie historie bez popadania w gatunkowe schematy. Album rozwija mroczną, fantastyczną narrację zapowiadaną wcześniej przez singiel „The Kaer Slaughter”, tworząc spójną opowieść o zemście, upadku i odkupieniu.

Kluczową rolę odgrywa tutaj wokalista Pedro Cavazana, który nadaje kompozycjom odpowiedni rozmach, epickość i symfoniczny charakter. Dysponuje charyzmą, ekspresją oraz drapieżnością idealnie wpisującymi się w estetykę power metalu. Na szczególne uznanie zasługuje również gitarzysta Gabriel Veloso. To dzięki jego pracy album jest niezwykle gitarowy, zróżnicowany, melodyjny i pełen chwytliwych motywów. W jego grze słychać zarówno pasję, jak i dużą kreatywność oraz wyczucie kompozycyjne.

Muzycznie Storia czerpie pełnymi garściami z europejskiej szkoły melodyjnego power metalu. Szybkie, galopujące riffy, podniosłe chóry oraz neoklasyczne partie gitarowe przywołują skojarzenia z dokonaniami takich formacji jak Rhapsody of Fire czy Blind Guardian. Jednocześnie zespół wnosi do tej stylistyki własną energię i nowoczesne podejście do produkcji. Nawet okładka albumu została doskonale dopasowana do charakteru muzyki oraz fantastycznego klimatu, w którym porusza się grupa.

Podróż przez świat wykreowany przez Storię rozpoczyna intro „Memories Of”, przywodzące na myśl wstępy znane z albumów Blind Guardian. Następnie pojawia się „The Grey Twilight” – pełen energii symfoniczny power metal z wyraźnymi odniesieniami do Rhapsody of Fire i Dark Moor. Utwór rozwija się w imponującym tempie i pokazuje, że klasyczny power metal nadal ma się znakomicie.

Elementy progresywne oraz wpływy Vision Divine wyraźnie słychać w złożonym i pędzącym „Rise of the Silver Knights”. To kolejny przykład umiejętnego wykorzystania sprawdzonych rozwiązań charakterystycznych dla klasyki gatunku spod znaku Helloween czy Rhapsody. Szczególnie udanie wypadają krótkie interludia budujące fabułę i atmosferę albumu. Doskonałym przykładem jest „Insidious Pondering”, którego klimat przywołuje wspomnienia związane z „Nightfall in Middle-Earth” Blind Guardian.

Pozytywnym zaskoczeniem okazuje się podniosły „It's Treason Then”, idealnie balansujący pomiędzy symfonicznym power metalem a progresywnym metalem. Kompozycję wyróżniają interesujące przejścia aranżacyjne, operowe chóry oraz bardzo dojrzałe podejście do budowania napięcia. Podobne rozwiązania pojawiają się również w rozbudowanym i monumentalnym „Revenant”.

Mocniejszy riff oraz bardziej progresywny charakter stanowią największe atuty pomysłowego „The Kaer Slaughter”. Z kolei klimatyczna ballada „Meaning of a Non-Life” jest wyraźnym ukłonem w stronę twórczości Blind Guardian. Najdłuższym utworem na płycie pozostaje siedmiominutowy „A Righteous Revenge”, który jeszcze mocniej akcentuje progresywne wpływy. Brzmi świeżo, nowocześnie i stanowi znakomite zwieńczenie całego wydawnictwa, potwierdzając ogromny potencjał zespołu.

„Revenant: A Righteous Revenge” to bardzo udany debiut pokazujący, że brazylijska scena power metalowa wciąż potrafi dostarczać zespoły zdolne rywalizować z europejską czołówką gatunku. To album obowiązkowy dla miłośników epickich historii, melodyjnych refrenów oraz klasycznego heavy i power metalu podanego we współczesnej, atrakcyjnej formie.

Ocena: 8/10

wtorek, 12 maja 2026

ENORION - Tales and dreams (2026)


Ile ja bym dał, żeby wrócił stary, dobry Dark Moor — ten klimat i styl z płyt The Gates of Oblivion czy Dark Moor. Hiszpański band z biegiem lat zatracił swój charakter i tożsamość. Z tej wielkiej powermetalowej kapeli została już właściwie tylko nazwa. Ciężko dziś znaleźć godnego następcę, bo ten specyficzny styl Dark Moor — balansujący między neoklasycznym power metalem a symfonicznym rozmachem — nie jest łatwy do podrobienia.

W końcu jednak znalazł się ktoś na tyle odważny, by spróbować wypełnić pustkę po dawnym Dark Moor. Brazylijski Enorion działa od 2015 roku, ale dopiero teraz doczekaliśmy się debiutanckiego albumu. Tales and Dreams ukazał się 11 maja i aż trudno uwierzyć, że premiera przeszła praktycznie bez większego echa. Mało kto gra dziś z taką pasją i tak wyraźnym zapatrzeniem w klasyczne dokonania Dark Moor. Mi do szczęścia naprawdę niewiele więcej potrzeba.

Debiutancki album „Tales and Dreams” to jedna z najciekawszych niespodzianek na scenie power metalowej w 2026 roku. Już od pierwszych sekund słychać fascynację twórczością Dark Moor, co akurat jest ogromną zaletą, bo takiego grania zwyczajnie dziś brakuje. Największą siłą albumu pozostaje klimat. „Tales and Dreams” brzmi jak muzyczna podróż przez świat snów, dawnych legend i mrocznych opowieści fantasy. Idealnie współgra to ze stylistyką zespołu.

Na płycie nie brakuje orkiestracji, przestrzennych klawiszy i monumentalnych refrenów, ale całość ani przez moment nie zamienia się w przesadnie pompatyczny chaos. Wręcz przeciwnie — album ma zaskakująco elegancki, niemal filmowy charakter. To prawdziwe bogactwo dźwięków, a same melodie są wyszukane, pełne pasji i świeżości. Enorion odrobił lekcję i przygotował niezwykle dojrzały debiut.

Partie wokalne Felippe Castello są emocjonalne i znakomicie współgrają z symfonicznymi aranżacjami. W spokojniejszych momentach album przywołuje skojarzenia z najlepszymi płytami Dark Moor. Wokalista wyraźnie inspiruje się stylem śpiewania Alfred Romero, ale robi to z wyczuciem i smakiem. To przemyślany i udany zabieg.

Album najlepiej działa jako spójna całość — słuchany od początku do końca tworzy historię pełną emocji, nostalgii i fantasy. Pełno tutaj pięknych ozdobników: klawiszowych ornamentów, finezyjnych partii gitarowych oraz orkiestrowych chórków budujących odpowiedni nastrój. W zespole działa dwóch bardzo utalentowanych gitarzystów — Oliveira i Dragon — i obu należą się ogromne pochwały. Ten duet stawia na świeżość, pomysłowość oraz różnorodność aranżacyjną. Cieszy fakt, że muzycy mocno inspirują się klasycznym okresem Dark Moor.

Oczywiście nie obyło się bez wad. Momentami wkrada się pewna powtarzalność i można odnieść wrażenie, że zespół miejscami krąży wokół podobnych patentów. Mimo wszystko całościowo album robi bardzo duże wrażenie. Band potrafi porwać słuchacza od pierwszych sekund, a na dzień dobry wita nas pomysłowy „All I Have to Say”. Utwór zachwyca bogatymi aranżacjami i świeżym podejściem do symfonicznego power metalu. Nawiązania do Dark Moor są tutaj wyjątkowo wyraźne. Jeszcze więcej ducha starego Dark Moor znajdziemy w przebojowym „Diggi Daggi” — to znakomita mieszanka neoklasycznego power metalu i symfonicznego rozmachu. Kompozycja imponuje chwytliwością oraz bogactwem aranżacji.

W „Enorion” zespół wyraźnie przyspiesza i prezentuje pogodny, pełen energii power metal. Można tu usłyszeć echa wczesnych dokonań Insania czy Helloween. To klasyczny power metal w najlepszym wydaniu. Nie obyło się jednak bez słabszych momentów. Spokojniejszy „From Far and Nowhere” przypomina, że mamy wciąż do czynienia z debiutantami. Utworowi brakuje wyrazistości i większej siły przebicia. Znacznie lepiej wypada nastrojowy „United in Shadows” — zagrany z polotem, dbałością o detale i odpowiednią dawką emocji. Enorion świetnie odnajduje się również w szybszym repertuarze, czego najlepszym przykładem jest „Crying for Salvation”. Brzmi to klasycznie, ale jednocześnie świeżo i niezwykle energetycznie. Właśnie tak powinien dziś brzmieć power metal.

Orientalne motywy i lekko progresywny charakter stanowią największe atuty „Anhanga”. Utwór rozwija się z pomysłem i mocnym naciskiem na klimat. Z kolei „Revenge” wypada niestety dość nijako — tutaj szczególnie słychać brak doświadczenia. Kompozycji brakuje zarówno wyraźnego kierunku, jak i odpowiednio mocnego refrenu. Pozytywnie nastraja natomiast „Sons of Tomorrow”, przemycający odrobinę stylistyki Avantasia czy Helloween. To kolejny dowód na to, że zespołowi wyjątkowo łatwo przychodzi tworzenie klasycznych powermetalowych hymnów. Ponad sześciominutowy „The Force” to z kolei wyraźny ukłon w stronę twórczości Dark Moor. Zespół postawił tutaj na podniosły klimat i rozbudowane aranżacje. W takim wydaniu Enorion prezentuje się zdecydowanie najlepiej.

„Tales and Dreams” najlepiej działa wtedy, gdy słucha się go od początku do końca. Album nie opiera się wyłącznie na pojedynczych hitach, lecz przede wszystkim na budowaniu świata i atmosfery. Enorion stworzył debiut nierówny, ale pełen wyobraźni, emocji i autentycznej pasji — taki, który daje nadzieję na jeszcze ciekawsze wydawnictwa w przyszłości. Najważniejsze jednak jest to, że w końcu pojawił się zespół próbujący godnie wypełnić pustkę po dawnym Dark Moor. I za to Enorion należą się ogromne brawa. To jedno z najprzyjemniejszych zaskoczeń tego roku.

Ocena: 8.5/10

środa, 6 maja 2026

GODSPEAR - Turn to The light (2026)


 Wokalista Konstantin Naumenko jest dobrze znany fanom power metalu. To jego głos można usłyszeć w zespołach Titanium czy Sunrise. Od 2023 roku udziela się w międzynarodowym Godspear – kolejnym młodym i ambitnym projekcie, który próbuje swoich sił w symfonicznym power metalu. Muzycy mierzą wysoko, chcąc dorównać takim formacjom jak Rhapsody, Majesty of Revival czy Blind Guardian. Zespół tworzą doświadczeni artyści, co wyraźnie przekłada się na poziom debiutanckiego albumu.

 „Turn to the Light”, który ukazał się 10 kwietnia, to bez wątpienia pozycja warta uwagi.
Grupa stawia na klasyczne podejście do gatunku, oparte na sprawdzonych rozwiązaniach i chwytliwych, melodyjnych motywach. Muzyka jest podniosła, pełna energii, przebojowości i pasji. Konstantin doskonale odnajduje się w tej stylistyce – słychać u niego inspiracje Fabio Lione czy Michaelem Kiske, a jego warunki wokalne świetnie pasują do takiego grania. Mocnym filarem zespołu jest również gitarzysta Dimitryi Pavlovskyi, który sięga po klasyczne patenty, przywołujące klimat lat 90. Choć całość prezentuje się bardzo solidnie, do absolutnego ideału jeszcze nieco brakuje.

Materiał jest spójny i dopracowany – na płycie znajdziemy osiem utworów, które łącznie dają około 46 minut muzyki. Album otwiera dynamiczny i chwytliwy „Till the End of Time”, przywodzący na myśl Insanię, Sunrise czy Rhapsody. Brzmi oldschoolowo, jakby powstał w latach 90., co stanowi jego duży atut. Dalej mamy rozpędzony i melodyjny „So They Say” – pozytywny, choć nieco brakuje mu mocy i świeżości. Na pochwałę zasługuje „Eye of the Storm”, napędzany pomysłowym motywem gitarowym – to klasyczny power metal w najlepszym wydaniu. 

Echa Edguy można odnaleźć w nastrojowym, nieco lżejszym utworze tytułowym „Turn to the Light”, gdzie klawiszowiec Xavier daje popis swojej wyobraźni. Z kolei spokojniejszy „Where Sorrows Die” wyraźnie nawiązuje do twórczości Blind Guardian. Elementy Rhapsody i Dark Moor pobrzmiewają w „The Reaper’s Scythe” – to kolejny ciekawy i dobrze skonstruowany kawałek. Album zamyka siedmiominutowy „Distant Shore”, utwór rozbudowany i klimatyczny, stanowiący bardzo udane podsumowanie całości.


Fani Rhapsody, Majesty of Revival czy Sunrise, gustujący w radosnym, symfonicznym power metalu, z pewnością powinni zainteresować się debiutem Godspear. Zespół gra z pasją i zaangażowaniem, choć momentami brakuje jeszcze pewności siebie oraz bardziej wyrazistych, zapadających w pamięć hitów.

Ocena: 8/10

środa, 29 kwietnia 2026

EMBRACE OF SOULS - The battle of the dead (2026)


 

Giacomo Voli nie jest już członkiem włoskiego Embrace of Souls, co jednak nie zmienia faktu, że zespół wciąż pozostaje atrakcyjny dla fanów symfonicznego power metalu. Twórczość grupy skierowana jest do miłośników takich formacji jak Rhapsody of Fire, Vision Divine czy Secret Sphere. Każdy, kto ceni epicki rozmach, symfoniczne aranżacje i podniosłe refreny, z pewnością znajdzie tu coś dla siebie.

Po świetnie przyjętym debiucie oraz solidnym albumie „Forever Part of Me”, zespół powraca po dwóch latach z trzecim krążkiem studyjnym zatytułowanym „The Battle of the Dead”, który ukaże się 22 maja nakładem Rockshot Records. Muzycy wyraźnie dążą do odzyskania poziomu i jakości znanych z debiutu — i trzeba przyznać, że w dużej mierze im się to udaje.

Giacomo Rossi to niezwykle utalentowany wokalista, który na nowym albumie udowadnia, że potrafi operować głosem w stylistyce zbliżonej do Giacomo Voliego. Umiejętnie buduje napięcie i nadaje całości charakterystyczny klimat symfonicznego power metalu. Na szczególne uznanie zasługuje również gitarzysta Giovanni Galeotti, który wraz z klawiszowcem Davide Scuteri tworzy interesującą i dopracowaną warstwę instrumentalną. Kompozycje cechują się lekkością, pomysłowością oraz dużą dbałością o chwytliwe melodie. Choć do absolutnego ideału nieco brakuje, materiał prezentuje się naprawdę imponująco.

Zespół zadbał o mocne, selektywne brzmienie oraz klimatyczną oprawę graficzną, która skutecznie zachęca do sięgnięcia po album. Sama zawartość również nie rozczarowuje — dostarcza wielu emocji i pozytywnych wrażeń.

Już otwierający utwór tytułowy „The Battle of the Dead” oferuje podniosły, pełen energii power metal, będący wyraźnym ukłonem w stronę Vision Divine czy Rhapsody of Fire. „Eversun” to natomiast przystępny, wpadający w ucho hit z wyraźnymi wpływami Helloween i Insanii, przywołujący ducha lat 90. Z kolei „The Gathering” zachwyca energią i charakterem — można w nim odnaleźć inspiracje Stratovariusem czy Sonatą Arcticą. To klasyczny power metal w najlepszym wydaniu.

Na płycie nie brakuje potencjalnych hitów — melodyjny „Spine” jest tego kolejnym dowodem. W „Betrayal” pojawiają się operowe chórki i progresywne elementy, a imponujące solówki robią duże wrażenie. Zespół wyraźnie posiada talent do tworzenia chwytliwych kompozycji na miarę Gamma Ray czy Helloween, co potwierdza utwór „The Dark Lord”. Równie dobrze wypada „The War”, oddający esencję power metalu. W „Sacrifice” usłyszymy operowe chórki i klimaty zbliżone do Nightwish, a zamykający album „Desolate Lands” utrzymany jest w podobnej, podniosłej i momentami nostalgicznej stylistyce.

Trudno nie być zaskoczonym formą, jaką zaprezentowało Embrace of Souls. „The Battle of the Dead” to album dopracowany, dojrzały, pełen chwytliwych utworów i interesujących pomysłów. To kwintesencja symfonicznego power metalu i wyraźny powrót do najwyższej formy zespołu. Zdecydowanie jedno z większych pozytywnych zaskoczeń.

Ocena: 9/10

piątek, 31 października 2025

ARCANE TALES - Ancestral War (2025)


 

Kto nie ma wygórowanych wymagań i ceni sobie symfoniczny power metal w klimatach Rhapsody czy Fairyland, ten może śmiało sięgnąć po włoski projekt Arcane Tales. To jednoosobowe przedsięwzięcie muzyczne tworzone przez Luigiego Seramiesorannogo, działające nieprzerwanie od 2008 roku. Czasem Arcane Tales potrafi dostarczyć naprawdę interesującego materiału — jak jest tym razem? Czy wydany 20 października album “Ancestral War” można postawić obok najlepszych płyt projektu?


Niestety, nie do końca. To po prostu kolejny album Arcane Tales, który nie wnosi nic nowego do dotychczasowej twórczości Soranno. Luigi gra swoje, pozostając wierny wypracowanemu stylowi, ale tym razem poziom nieco spadł. Otrzymujemy sprawdzone patenty i znajome brzmienia, jednak wszystko jest jakieś takie pozbawione wyrazu i polotu. Jest słodko, patetycznie i power-metalowo, ale trudno przebrnąć przez cały materiał bez znużenia. Zarówno okładka, jak i brzmienie są typowe dla tej formacji — poprawne, lecz przewidywalne.


Album trwa 43 minuty, lecz niewiele pozostaje w pamięci po jego przesłuchaniu. Trafiają się jednak przebłyski — jednym z nich jest rozpędzony i chwytliwy utwór tytułowy “Ancestral War”. Podniosły klimat i bogate aranżacje stanowią tu mocną stronę kompozycji. Następny, melodyjny i klasyczny “The Endless Wearing Fight”, przywodzi na myśl dawne dokonania Dark Moor. Z kolei “Frozen Rhapsody” zawiera echa klasycznego Rhapsody, i choć nie jest to nic szczególnego, słucha się tego całkiem przyjemnie. Niestety, im dalej w album, tym bardziej wszystko zlewa się w jedną, mało zróżnicowaną całość. Nie pomagają ani szybki “Call of Glory”, ani nastrojowy “Blood and Honor”.


Na otarcie łez otrzymujemy jednak kolosa w postaci “Between Myth and Legend”. Tu wreszcie czuć epickość, klimat fantasy i wiele ciekawych motywów gitarowych — to zdecydowanie jedna z najlepszych kompozycji na płycie.


W ogólnym rozrachunku nowy album Arcane Tales nie zachwyca i pozostawia sporo do życzenia. Brakuje w nim świeżych pomysłów oraz wyrazistej tożsamości. Całość bywa przewidywalna i niestety do bólu wtórna. Szkoda, bo potencjał wciąż jest — zabrakło jednak energii i drapieżności, które mogłyby wynieść tę muzykę ponad przeciętność. To płyta dobra do przesłuchania w tle, ale niestety niewiele z niej pozostaje w pamięci.


Ocena: 5/10


niedziela, 26 października 2025

MEMORIES OF OLD - Never stop beliving (2025)

 

 

Debiutancki album Memories of Old był prawdziwą ucztą dla fanów symfonicznego power metalu w stylu Fellowship, Majestica czy Twilight Force. Świetną robotę wykonał wtedy Tommy Johansson, który nadał zespołowi wyjątkowego charakteru. Niestety, skład z tamtego okresu nie przetrwał próby czasu. W 2025 roku grupa powraca z nowym line-upem i nowym albumem — Never Stop Believing, wydanym 24 października nakładem Limb Music.


Z jednej strony zespół wciąż trzyma się jasno określonych ram gatunkowych i pozostaje wierny słodkiemu, symfonicznemu power metalowi, z drugiej jednak wyraźnie słychać spadek jakości. Muzyka zawarta na nowej płycie to bezpiecznie zagrany, przewidywalny power metal, który nie wyróżnia się niczym szczególnym. Całość brzmi zachowawczo, momentami wręcz sztampowo. Zespół sięga po sprawdzone patenty, ale niewiele z tego wynika – to solidna, lecz pozbawiona emocji zawartość.


Nowy wokalista, Noah Simmons, niestety nie do końca mnie przekonuje. Z jednej strony jego głos pasuje do tej słodkiej, bajkowej stylistyki, z drugiej jednak brakuje mu pazura i heavy metalowego zacięcia, które miał Tommy. W jego wokalu nie ma tej iskry, która potrafiła ożywić nawet prostsze kompozycje. Do składu dołączył również nowy gitarzysta, Wayne Dorman, który wraz z Billym Jeffsem serwuje nam poprawny, lecz oklepany i przewidywalny symfoniczny power metal. Partie gitarowe i solówki brzmią jak zlepek dobrze znanych zagrywek w stylu Rhapsody, Power Quest czy Twilight Force – brakuje w nich świeżości i własnych pomysłów. Szkoda.


Album trwa pełną godzinę, co zdecydowanie nie działa na jego korzyść. Otwiera go obowiązkowe intro, po którym pojawia się energiczny i przebojowy tytułowy utwór Never Stop Believing. To dobry start, dający sporo frajdy, choć wokal Simonsa raczej przeszkadza niż pomaga. Zbyt komercyjnie i nijako wypada Guardians of the Kingdom, który nie przekonuje ani aranżacją, ani melodią. Nieco mocniejszy riff przynosi Memories of Old, ale i tu brakuje tego, czego oczekuję od tej formacji.


Więcej energii i radości daje Fly Away Together, choć również daleko mu do ideału – schematyczna konstrukcja i brak polotu sprawiają, że utwór nie porywa. Dopiero Fire in the Night pokazuje, że zespół wciąż potrafi pisać chwytliwe, pełne życia piosenki – to radosny, klasyczny power metal, jakiego można było się po nich spodziewać. Niestety, ballada Life Begins Again i rozbudowany Journey to the Stars ponownie obniżają poziom, oferując mdłą i przewidywalną zawartość.


Coś tutaj zdecydowanie nie zagrało. Niby jest to wciąż power metal, ale pozbawiony wyrazu, momentami wręcz kiczowaty. Zespół trzyma się swojego stylu, jednak riffy i melodie są bez polotu, wtórne i mało angażujące. Brakuje świeżości, emocji i tego uroku, który towarzyszył debiutowi. W efekcie Never Stop Believing to album poprawny, ale nijaki — po prostu rozczarowujący.


Ocena: 5/10

czwartek, 9 października 2025

ELETTRA STORM - Evertale (2025)


 Włoski Elettra Storm jest na scenie zaledwie od dwóch lat, a już zdążył stać się jednym z najciekawszych młodych zespołów, w których kluczową rolę odgrywa wokalistka. Kiedyś zachwycaliśmy się formacjami takimi jak Nightwish czy Within Temptation, a dziś mamy czasy Elettra Storm – grupy, która doskonale wie, jak połączyć melodyjność, podniosłość i przebojowość w ramach symfonicznego power metalu.


Ich drugi album, zatytułowany „Evertale”, ukaże się 24 października nakładem Scarlet Records. Fani Temperance, Kaledon czy Secret Sphere poczują się tu jak w domu.


Elettra Storm to zespół wyjątkowo utalentowany, a głos Crystal Emillani stanowi jego największy atut. Wokalistka nadaje muzyce zespołu emocjonalnej głębi, tworząc klimat pełen napięcia, patosu i symfonicznego rozmachu. Duet gitarowy D. Mary / Antoni niezmiennie zachwyca pomysłowością – ich riffy i solówki są nie tylko technicznie dopracowane, ale też pełne energii i melodii. Każdy z członków zespołu daje z siebie maksimum, co przekłada się na spójną, dopracowaną całość. Cieszy fakt, że Elettra Storm zachowuje ten sam skład i styl – to dowód, że mają jasno określoną tożsamość artystyczną.


Nowy album pokazuje, że zespół rośnie w siłę i konsekwentnie potwierdza swój talent oraz jakość. Elettra Storm staje się jednym z najciekawszych przedstawicieli symfonicznego power metalu z kobiecym wokalem na czele.


Płyta zachwyca zarówno kolorową, pełną detali okładką, jak i soczystym, wyważonym brzmieniem. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Już otwierający album „Endgame” doskonale oddaje styl grupy – melodyjny, podniosły i pełen symfonicznego rozmachu w duchu Nightwish czy Temperance.


Zespół potrafi też nagrać prawdziwego power metalowego killera – „The Secrets of the Universe” to utwór, który przywołuje wspomnienia dawnych czasów Helloween czy Insanii. Wokal Crystal jest pełen pasji, potęgi i emocji, dodając całości imponującego rozmachu.


Album wypełniony jest przebojami – „Hero Among Heroes” to kawałek, który świetnie buja i zostaje w pamięci, natomiast „Blues Phoenix” napędzany jest potężnym riffem i przywołuje skojarzenia z Visions of Atlantis czy Frozen Crown. Równie dynamiczny „Master of Fairytales” stanowi hołd dla power metalu lat 90., zachowując jednocześnie świeżość brzmienia.


Nie zabrakło też miejsca na emocje – nastrojowa ballada „One Last Ray of Light” prezentuje wysoki poziom wykonawczy i kompozycyjny. Całość wieńczy trwający ponad osiem minut „If the Stars Could Cry”, który pokazuje, że zespół potrafi tworzyć bardziej rozbudowane, epickie kompozycje.


Włoski Elettra Storm to młody i utalentowany zespół, który coraz mocniej zaznacza swoją obecność na scenie power metalowej. „Evertale” potwierdza ich muzyczną dojrzałość, pasję i ambicję. Dawno nie pojawiła się tak świeża i inspirująca formacja grająca symfoniczny power metal, w której kobiecy głos odgrywa tak centralną rolę.


Jeśli kochasz Visions of Atlantis, Temperance czy Nightwish – ten album jest pozycją obowiązkową.


Ocena: 8,5/10


piątek, 11 lipca 2025

ETERNAL IDOL - Behind a Vision (2025)


 Włoski Eternal Idol i wytwórnia Frontiers Records po raz trzeci łączą siły, by powrócić z nowym materiałem. Album Behind a Vision ukazał się 11 lipca i skierowany jest przede wszystkim do fanów takich formacji jak Fallen Sanctuary, Avantasia, Induction czy Secret Sphere. Zespół konsekwentnie podąża ścieżką symfonicznego metalu, wzbogaconego o progresywne elementy, melodyjny heavy metal i power metal.


To pierwsza płyta nagrana bez udziału Fabio Lione oraz Claudii Layline. Ich miejsce zajęli nowi wokaliści: utalentowana Letizia Merlin oraz dobrze znany fanom gatunku Gabriele Gozzi, obecny frontman zespołu Induction. Choć zmiany personalne nie wpłynęły negatywnie na jakość wykonawczą, problem Eternal Idol wciąż leży w sferze stylizacji i kompozycji. Grupa stawia na rozbudowane aranżacje, bogactwo brzmień i estetyczne ozdobniki. Niestety, to właśnie ten przesyt często przysłania inne aspekty twórczości – przede wszystkim brak tu metalowej iskry, charakterystycznego „pazura”.


Mimo że album cechuje się podniosłym klimatem, dbałością o detale i interesującymi melodiami, to brakuje mu pierwiastka, który naprawdę porusza. Często można odnieść wrażenie, że forma dominuje nad treścią. Choć Behind a Vision nie jest dziełem wybitnym, to jednak należy go uznać za solidną i wartą uwagi propozycję.


Na pochwałę zasługuje również szata graficzna – kolorowa, estetyczna i przyjemna dla oka. Produkcja również stoi na wysokim poziomie – brzmienie jest mocne, klarowne i soczyste, co potęguje muzyczne doznania. Całość trwa 49 minut, choć niestety momentami utwory zlewają się ze sobą, tracąc indywidualny charakter. Na szczęście zdarzają się też fragmenty, w których zespół rzeczywiście błyszczy.


Już otwierający „Amnesia” wprowadza nas w charakterystyczny, włoski styl symfonicznego power metalu. To pomysłowy utwór, w którym inspiracje Avantasią wypadają całkiem przekonująco. Lżejszy i bardziej przebojowy „The Enemy is Me” oraz nieco cięższy, progresywny „Empire of One” to kolejne kompozycje, które przyciągają uwagę – choć znów dominuje w nich nacisk na bogactwo aranżacyjne, kosztem kompozycyjnej głębi.


Na tle całości wyróżnia się zdecydowanie rozbudowany i intrygujący „Beyond Sun” – utwór z chwytliwym motywem przewodnim i imponującymi popisami instrumentalnymi. To prawdziwa uczta dla fanów gatunku. Drugim mocnym punktem albumu jest energetyczny i melodyjny „The Great Illusion”, który w końcu przynosi to, czego oczekuje się od power metalu – dynamikę, siłę i przebojowość.

Behind a Vision to płyta, która zachwyca formą, ale nie do końca przekonuje treścią. Bogate aranżacje i estetyka nie są w stanie w pełni zrekompensować niedostatku świeżych pomysłów kompozycyjnych. Choć momentami Eternal Idol pokazuje swój potencjał, to kilka przebłysków to zdecydowanie za mało. Po tak doświadczonych muzykach można i należy spodziewać się więcej.


Ocena: 5/10


piątek, 13 czerwca 2025

FAIRYLAND - The story remains (2025)


 Francuski Fairyland to znana marka wśród fanów symfonicznego power metalu. Kapela działa od 2003r i dorobiła się 5 albumów studyjnych. Tworzą podniosły, melodyjny i pełen smaczków symfoniczny power metal. To muzyka skierowana do fanów takich kapel jak Ancient Bards, Twilight force czy rhapsody of fire.  W odmienionym składzie Fairyland nagrał najnowsze dzieło zatytułowane "the story remains", który ukazał się 13 czerwca za sprawą Frontiers Records.


Co jak co, ale okładki fairyland zawsze są miłe dla oka i odzwierciedlają klimat fantasy. Brzmienie czyste i podkreśla ile pięknych dźwięków tutaj mamy. Od 2023r wokalistą jest Archie Caine, który do tego zadania pasuje idealnie. Potrafi budować napięcie, klimat i nadać całości epickiego rozmachu. Mocny filar Fairyland. Jest też nowy gitarzysta Brieuc De groof, który dołączył w 2024. Razem z Sylvainem Cohenem tworzy zgrany duet i stawiają na klasyczne i sprawdzone patenty.  W tym samym roku band zasilił klawiszowiec Gideon ricardo. To za jego sprawą jest tak podniosłe i epicko. Każdy z muzyków odgrywa ważną rolę w muzyce fairyland. 


Pełno tutaj muzyki, bo całość trwa trochę ponad godzinę. Sporo czasu i wg mnie można by to trochę skrócić. Band na szczęście potrafi zainteresować słuchacza przez ten czas. Zaczynamy od klimatycznego intra w postaci "downfall". Klasyczne patenty, epicki rozmach to atuty "to the stars and beyond". Motyw przewodni jest nastrojowy i potrafi porwać. Więcej energii i drapieżności na pewno ma w sobie "Karma". Takie wydanie fairyland to ja uwielbiam. Dalej warty uwagi jest "hopeless still", gdzie band stawia na bardziej progresywny feeling.  Tytułowy  " the story remains" trochę za spokojny i niczym nie zaskakuje. Jest podniosły "Samara", który też ma działać na zmysły za sprawą melodii i klimatu. Brakuje trochę power metalowego kopa."Unity" ma nastroju wstęp, potem znów dominuje stonowane tempo i bardziej wyszukane motywy.  Na wyróżnienie zasługuje epicki i pełen rozmachu "the chosen ones". Motyw przewodni robi tu robotę. Znalazło się miejsce na kolos trwający 10 minut i w tej roli "unbrakable". Czuć że to power metal i że band chce nas porwać ciekawymi melodiami i zagrywkami gitarowymi.  Mógłby być koniec płyty, ale jest jeszcze trochę zbyt długi "PostScript" , gdzie trochę jest przerost formy nad treścią.  Dopiero mocniejszy riff można uświadczyć w melodyjnym " suffering Ages". Jest Elica C Martin i przypomina się stare dobre dark Moor. Powinno być więcej killerów tego typu. 


Fairyland nie zawiodł i nagrał bardzo klimatyczny album. To właśnie klimat fantasy odgrywa kluczową rolę. Tak samo bogate aranżacje, podniosłość i epickości. Dużo pięknych dźwięków i motywów, tylko trochę tej dynamiki i koła mi tu brakuje. Na pewno jest to jedna z najciekawszych płyt roku 2025 z taką muzyką.


Ocena:8.5/10


piątek, 25 kwietnia 2025

ANCIENT BARDS - Artifex (2025)


 Symfoniczny power metal to nie tylko Rhapsody, twilight Force czy Derdian, to również Ancient Bards, który jest na scenie metalowej od 2006r. Mają na koncie 5 albumów i ten najnowszy zatytułowany "Artifex", który premiera przypadła na 25 kwietnia. Album utrzymany jest w stylu do jakiego band nas przyzwyczaił, choć tym razem troszkę przerost formy nad treścią i za mało konkretów. Album na pewno pokazują, że band wie jak grać symfoniczny power metal.

Jest kilka minusów, jak choćby kiczowata okładka, przerost formy nad treścią i troszkę może zbyt długi czas trwania. Natomiast same kompozycje trzymają poziom, do jakiego przyzwyczaił nas Ancient bards na przestrzeni lat. Główną atrakcją pozostaje charyzmatyczny wokal Sary, podniosły klimat, przebojowy charakter kompozycji i duet gitarowy Betrozzi/Pietronik. Partie gitarowe to kolejny mocny filar muzyki włochów. Tutaj panowie stawiają na urozmaicenie, na epickość i melodyjny charakter. Dobrze się tego słucha, choć czasami jest za dużo wszystko i trochę jakby za dużo elementów chcą upchać. Brakuje czasami prostszego przekazu i bardziej trafionych melodii. To są drobne potknięcia, które nie obniżają aż tak jakości.

Na co warto zwrócić uwagę słuchając płyty? Na pewno na energiczny "My prima Nox" i to jest Ancient Bards taki jaki kochamy.  Energiczny i przebojowy "The Empire of Black Death", gdzie w pełni czuć power metalowy charakter. Lekki i nastrojowy "Proximity" jest troszkę bardziej komercyjny, ale zapada w pamięci.  Znakomicie wypada podniosły i zadziorny "My blood and blade". Reszta albo solidna, albo za bardzo przegadana i przesadzona w ozdobnikach.

Miło jest widzieć, że Ancient Bards powraca z nowym materiałem, trochę szkoda że mamy lekki spadek formy. Za mało konkretnego power metalu, a za dużo zdobników i czuje lekki przerost formy nad treścią. Czuje lekkie rozczarowanie.

Ocena: 6.5/10

sobota, 29 marca 2025

MOONLIGHT HAZE - Beyond (2025)


 Avantasia promuje swój nowy album "Here Be Dragons" i trasa koncertowa robi wrażenia. Ciekawa setlista i ciekawi goście. "Farewell" śpiewa utalentowana, rudowłosa wokalistka, która często ostatnio pojawia się na koncertach Avantasia. Pewnie mało kto wie, że Chiara Tricarico ma swój własny zespół Moonlight Haze, który jest na scenie  od 2018r. Kto lubi nightwish z czasów Anetty czy Frozen crown ten pokocha to co wyprawia ten band. Właśnie 23 marca wydali swój 4 album studyjny  zatytułowany "Beyond"po 3 letniej przerwie. Płytę wydała wytwórnia Scarlet Records, ale to nie jest ważne. Ważne, że to ich najlepszy album jak dla mnie.

Wszystko zostało dopracowane i dopięte na ostatni guzik.  Mamy klimatyczną okładkę, mamy pierwszorzędne brzmienie i sami muzycy, którzy przeżywają skok rozwojowy.  Klawiszowiec Gulio Capone tworzy podniosły klimat i dba o symfoniczne ozdobniki.  Falanga i Melinato  starają się by całość była przebojowa i zadziorna. Ma być podniośle i melodyjnie. Wszystko oczywiście utrzymane w kategorii symfonicznego power metalu. Przypominają się stare dobre klasyki i wiele znanych marek, ale Moonlight Haze daje tutaj czadu i pisze własną historię. Płyta kipi energią, a każdy utwór to potencjalny hicior.

Pomijam intro "Beyond", który nie wiele prezentuje, ale "Tame the Storm" to już inna bajka. Brzmi jak odrodzenie symfonicznego power metalu i ukłon w stronę lat 90, kiedy rodziły się wielkie gwiazdy, Jest energia, pomysł i do tego liderka - Chiara to kobieta ogień. Jej głos buduje podniosły klimat, nawet momentami operowy, ale potrafi też śpiewać z pazurem. Mając taką wokalistkę to można tworzyć rzeczy niemożliwe. "Crystallized" i to prawdziwy ładunek melodyjnego grania i sam motyw przewodni potrafi skraść serce. Utwór może nieco bardziej komercyjny, taki można rzec radiowy, ale wpada w ucho i na długo zostaje w pamięci. Hit goni hit i "Chase The Light" to strzał w dziesiątkę. Tutaj wszystko błyszczy. Od znakomitego riffu, przez refren i wciągające solówki. To taki hit w stylu Nightwish czy vision of Atlantis. Mocna rzecz! Jeszcze agresywniej, bardziej drapieżnie jest w "Would You dare" i na pewno dominuje power metalowa stylistyka. Jest energicznie, z pomysłem i w przebojowym charakterze. Moonlight Haze to maszynka do robienia hitów. Chiara daje popis wokalny w rozpędzonym "D.N.A" i to znowu świetny hit. Chwytliwy riff i mega przebojowy refren tworzą wybuchowy miks. Murowany hit na koncertach. Coś w klimatach Epica mamy w "Awekening" i to kolejna mocna rzecz na płycie. Moonlight haze sieje zniszczenie. Bonusowy " A brand new sky" to też kwintesencja symfonicznego power metalu. Cudo!

Szok, normalnie szok. Co tu się zadziało? Band, który był bardzo dobry wbij się na wyżyny swoich możliwości i zmajstrował świetny album w klimatach symfonicznego power metalu. "Beyond" przywraca wiarę w ten gatunek. Ostatnie takie wrażenie wywarł na mnie "Pirates" Vision of Atlatnis. Dobrze, że powstają takie płyty jak ta i przypominają stare dobre czasy Within Temptation czy nightwish. Gorąco polecam!

Ocena: 9/10

poniedziałek, 10 lutego 2025

ARION - The light That Burns The Sky (2025)


 O ile dwie pierwszy płyty fińskiego Arion nie przemówiły do mnie w pełni, o tyle już ostatni krążek w postaci "Vultures Die Alone" przypadł bardzo mi do gustu. Teraz po 4 latach ciszy, przyszedł czas na nowe dzieło i "The Light That Burn the Sky" znów idealnie trafia w mój gust. Jest dużo symfonicznego power metalu, jest gdzieś nutka progresywności i dużo przebojowości.  Słychać tu wpływy Sonata Arctica, Masterplan, Temperence, Dreamtale czy Leverage. Premiera przewidziana na 28 lutego nakładem Reigning Phoenix Music. Jedno jest pewne. To płyta, której nie można przegapić.

Okładka miła dla oka i oddaje w pełni klimat power metalu. Od razu wiadomo co i jak.  Głównym filarem grupy jest gitarzysta Ivo Kaipainen. Stawia na pomysłowe i łatwo wpadające w ucho partie gitarowe. Jest w tym wszystkim nacisk na klasyczne patenty, jest polot, przebojowość. Refreny podniosłe, pełne gracji i epickiego rozmachu. Naprawdę jest co słuchać i czym się zachwycać.  Klawiszowiec Arttu dodaje uroku całości i przebojowego charakteru. Bywają momenty, gdzie nadają nieco progresywnego stylu. Ta współpraca Artuu z Ivo układa się naprawdę pomyślnie i jestem motorem napędowym. Wokalista Lassi też jest ważnym fundamentem muzyki Arion. Jego głos, jego talent i umiejętności sprawiają, że ta kapela nabiera klasy i odpowiedniego power metalowego charakteru. Właściwym człowiek na właściwym miejscu, który jest świadomy swoich możliwości. Wykorzystuje  w pełni swój potencjał.

Płyta zawiera 11 utworów z czego najkrótszy to intro w postaci "The darkest day" i już od razu można poczuć przedsmak tego co nas czeka. Jakże udany jest riff w ostrzejszym "The light that burns the sky. Każda sekunda tego kawałka jest godna uwagi. Utwór kipi energią i do tego dostajemy tutaj łatwo wpadający w ucho refren. Jeszcze większych emocji dostarcza przebojowy "Like the Phoenix i will rise" i słychać, że band chciał zagrać to ostrzej i z pazurem. Ta sztuka się na pewno udała. Troszkę komercji, troszkę łagodniejszego grania dostajemy w "Wings of Twilight" i to trochę słabszy moment tej płyty. Potem atakuje nas "Burning in the sky", który zachwyca prostą i pomysłową melodią, a także drapieżnością. Power metalowa uczta. Mroczny klimat, agresywny riff i trochę nowoczesnej stylistyki dostajemy w "From an empire to a fall" i to kolejny killer. Dużo podniosłości i symfonicznych ozdobników mamy w "Black Swan", czy "in the heart of the sea". Najdłuższy na płycie jest "Into the hands of fate", który jest nastrojowy i taki nieco lżejszy. Ivo daje niezły popis swoich umiejętności i sam utwór zaskakuje podniosłością i formułą.

Arion znów nagrał bardzo udany album, który jest zróżnicowany, przebojowy i pełen hitów. Bardzo dobrze się tego słucha od początku do końca.  Ten fiński band działa od 2011r i już jest rozpoznawalną marką. Wypatrujcie "The light that burns the sky" bo bardzo udany power metalowy krążek.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 2 lutego 2025

MAJESTICA - Power Train (2025)


 Nie ma nowego Twilight Force, ostatni album Rhapsody of Fire też nie jest idealny, podobnie jak ostatnie dzieło Fellowship, a nowy Gloryhammer nie wiadomo kiedy ukaże się. Nadchodzi za to nowy krążek szwedzkiego Majestica. Tommy Johansson skupił się całkowicie na Majestica, tym samym porzucając bycie w Sabaton. Może nie taka głupia decyzja, bo można całą swoją uwagę skupić na zespole, które jest jego dzieckiem. Talent i pomysły Tommy'ego są dobrze znane i to jeden z najbardziej uzdolnionych muzyków, który nie tylko zachwyca pięknym głosem, świetnymi zagrywkami gitarowymi, ale też świetnymi pomysłami na kompozycje. 5 lat czekania i o to jest "Power train", czyli 3 studyjny album Majestica. Premiera 7 lutego nakładem Nuclear Blast.

W składzie drobne zmiany, bowiem w 2021r dołączył gitarzysta Peter Hjerpe z Mad Hatter. To z nim zmajstrowano nowy materiał. Jego współpraca z Tommym układa się znakomicie i to słychać od pierwszych dźwięków. Pełno tu chwytliwych melodii, troszkę w tym nutki neoklasycznego grania, ale przede wszystkim dominuje podniosłość i epickość. Wszystko w celu utrzymania się przy stylistyce symfonicznego power metalu. W dalszym ciągu czuć taki klimat fantasy, taki świat magii i to taki znak rozpoznawczy Majestica. Tommy to wiadomo geniusz i potrafi dostarczyć power metal najwyższych lotów. Tak tez jest i tym razem. Każdy aspekt płyty robi ogromne wrażenie. Począwszy od znakomitej okładki, który na długo zapada w pamięci. Pełno detali i smaczków, a do tego jeszcze mocne, czyste brzmienie, które uwypukla każdy dźwięk. Majstersztyk.

Płyta jest zróżnicowana, naładowana hitami, wyrazistymi riffami, chwytliwymi melodiami i nie sposób oderwać się od tej muzyki. Całość przemyślana i dojrzała. Kto kocha takie klimaty, to od razu poczuje zachwyt. Płyta trwa 47 minut i zawiera 10 kawałków. Pierwszy to rozpędzony "Power Train" i to rasowy killer w stylizacji symfonicznego power metalu. Co za energia, przebojowość i tutaj brzmi to obłędnie. Klasa sama w sobie. Znajomo brzmi motyw przewodni w "No pain, No gain", który przypomina najlepsze hity Gamma ray, Stratovarius czy Helloween. Prawdziwe cudo i sieje zniszczenie. Podobne emocje wzbudza drapieżny "Battle cry" i sam refren troszkę zalatuje Hammerfall. Cudo i można słuchać na okrągło. Niby brzmi to wszystko znajomo, ale jest zagrane z polotem i pomysłem. Początek niszczycielski i zobaczymy co jest dalej. "Megatrue" stonowany, bardziej marszowy i epicko. Słychać wpływy Sabaton, ale też coś z Manowar, czy też Black Sabbath ery Tony Martina. Klimat fantasy i pełen słodkości symfoniczny power metal wraca w "My epic Dragon", który mocno inspirowany jest twórczością Rhapsody of Fire czy Twilight Force. Kolejny szybki power metalowy killer to "Thunder Power" , a "Story in the night" potrafi podziałać na zmysły i emocje. Słychać w tych kawałkach wpływy Stratovarius. Nieco słodszy jest "Victiorious" przemyca elementy Sonata Arctica, Stratovarious czy właśnie Victiorious. Taki pozytywnie zakręcony power metal. Na koniec mamy "Alliance Anthem"  i znów prawdziwa dawka power metalu z najwyższej półki i tutaj jest wszystko. Energia, ostry riff, niszczący refren i przepiękne solówki. Uczta dla fanów gatunku.

Majestica już zagrzała swoje miejsce w power metalowym światku i Tommy znów pokazał swoją klasę. To prawdziwy czarodziej, który potrafi stworzyć coś niezwykłego, a do tego jest utalentowanym gitarzystą i charyzmatycznym wokalistą. Prawdziwy lider, który wie co chce i jak to zrealizować. "Power Train" to faktycznie rozpędzony pociąg, który nie zatrzymuje się i niszczy wszystko na swoje drodze. Prawdziwa perełka!

Ocena: 10/10

czwartek, 19 grudnia 2024

THE 7TH GUILD - Triumviro (2025)


The Three Tremors to amerykańska supergrupa, gdzie mamy w składzie 3 wokalistów, czyli Tim Ripper,  Harry Conklin i Sean Peck. O jakości można gdzieś tam dyskutować, ale sam pomysł i posiadanie w składzie 3 wokalistów daje na pewno wiele możliwości. Twórca Skeletoon - Tomi Fooler postanowił powołać do życia włoski odpowiednik.  Tak doszło do powstania supergrupy, gdzie mamy również 3 wokalistów. Jest dobrze znany nam Tomi Fooler, jest  Giacomo Voli, który obecnie rozwala system w Rhapsody of Fire i jest jeszcze  utalentowany ivan Giannini z Derdian czy Vision Divine. Do tego perkusista Micheal Ehre z Gamma ray, basista Francesco Ferraro z Bloodorn. W składzie jest jeszcze utalentowany gitarzysta Simone Mularoni i klawiszowiec Alessio Lucatti z Vision Divine. Wielkie nazwiska i można tylko spodziewać się wielkiej muzyki po takim składzie. Za sprawą wytwórni Scarlet Records 21 lutego ukaże się debiutancki album "Triumviro" i jest na co czekać.

Jeśli jest się fanem symfonicznego, podniosłego power metalu w włoskim wydaniu ten szybko pokocha muzykę The 7th guild.  Co znajdziemy na płycie to dużo orkiestry, pomysłowych i złożonych aranżacji, dużo symfonicznych smaczków. Słychać inspiracje Rhapsody, Angra, Sonata Arctica czy Avantasia. Panowie lubią przepych, epickość i bogactwo dźwięków to słychać. Tych muzyków nie trzeba opisywać, ani przedstawiać. To prawdziwi specjaliści w swoim fachu i mając ich w składzie można być spokojnym o jakość i styl.

Tak faktycznie jest. Te 9 kompozycji daje nam prawdziwą ucztę i wycieczkę do klasycznych i kultowych płyt w dziedzinie power metalu. Czy można lepiej otworzyć album niż takim podniosłym i rozpędzonym "Holy Land"? Echa starych płyt helloween czy Rhapsody działają na zmysły. Troszkę z nutką teatralności atakuje energiczny "The 7th Guild" i ten utwór w pełni oddaje piękno power metalu. O dziwo ballada "glorious"  sieje zniszczenie i rozrywa na strzępy. Co za dawka emocji, pięknych dźwięków. Ballada pełna smaczków i rozegrana z rozmachem. Cudo! Nutka progresywności wdziera się w podniosły "La Promessa Cremisi". Coś z Apostalica można wyłapać w nastrojowym "In nomine Patris" i kolejny killer na płycie. Włoski język dodaje uroku. "Time" to kolejna spokojna kompozycja, ale też rozegrana z klasą. Moje serce skradł nieco stonowany i pomysłowy "Guardians of Eternity". Sam przewodni motyw gitarowy imponuje. Sonata Arctica, czy Helloween dobitnie słychać w energicznym "The Metal Charade". Power metalowa bestia, który sieje spustoszenie. Klimaty Avantasia dają o sobie znać w zamykającym "fairy Tale", ale i tutaj sporo dobrego się dzieje. Band nie idzie na łatwiznę i stara się porwać klimatem i pomysłowymi aranżacjami.

"Triumviro" to płyta skierowana do miłośników włoskiej sceny power metalowej, do każdego kto uwielbia symfoniczny power metal spod znaku Rhapsody Of Fire, Majestica, czy Twilight Force. Jest też coś z Vision Divine, czy Avantasia. Płyta ukazuje różne oblicza, ale przede wszystkim stawia na klimat, na emocje, na baśniowy nastrój. Ma być epicko, podniośle i z rozmachem. Kompozycje właśnie takie są. Co ciekawe płyta ma podobny klimat i poziom co inny debiut przewidziany na rok 2025, czyli Dragonknight. Dwie świetne pozycje, dwa świetne debiuty, który dostarczą nam niezapomnianych wrażeń. Świetna robota The 7th guild!

Ocena: 9/10

wtorek, 17 grudnia 2024

DRAGONKNIGHT - Legions (2025)


 Warkings czy apostalica pokazały, że można ukryć swoją tożsamość i błyszczeć pod względem muzyki i jakości. Teraz w tym samym kierunku idzie fiński band Dragonknight, który obrał sobie za cel granie symfonicznego power metalu. Premiera debiutanckiego albumu "Legions" za pośrednictwem wytwórni Scarlet Records przewidziana na 17 stycznia roku 2025. Każdy kto lubi radosny power metal w klimatach Twilight Force, helloween, Gloryhammer, czy sonata arctica ten śmiało może wypatrywać tego wydawnictwa.

Nie do końca przekonuje kiczowata okładka, może brzmienie takie nieco zbyt sterylne i takie trochę bez mocy i pazura. Sam styl grupy niczym może nie zaskakuje, ale dostarcza sporo frajdy, zwłaszcza jak się wychowało na power metalu lat 90, czy ostatnich płytach Gloryhammer, Twilight Force. Dragonknight stawia na łatwe, chwytliwe melodie, na klimat fantasy, na podniosłość, co nadaje całości charakteru. Nie ma w tym za grosz oryginalności, ale band daje sobie radę w tej oklepanej formule. Przede wszystkim dobrze układa się praca gitarzystów Lorda Gryphona i Lorda Kharatosa. Stawiają na energię, na zróżnicowanie, na pasje i sprawdzone patenty. Całość świetnie spina wokal Mikaela Salo, który potrafi śpiewać w wysokich rejestrach i oddać piękno power metalu. Potrafi czarować swoim głosem, a to już coś.

Płytę otwiera klimatyczne intro, a potem atakuje nas "The Legions of Immortal Dragonlords", który mocno wzorowany jest na Twilight Force czy wczesnym Rhapsody. Niby nic oryginalnego, ale dostarcza sporo radości. Taki klasyczny symfoniczny power metal bez zbędnych udziwnień. Dalej mamy pozytywnie zakręcony i przebojowy "The imperator" i tutaj świetnie prezentuje się stonowany i podniosły refren. Jest epicki i to zdaje egzamin. Gloryhammer zmieszany z Visions of Atlantis daje o sobie znać w "Pirates, Bloody Pirates" i w sumie sam riff przesiąknięty Running Wild i jak dla mnie to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Prawdziwa eksplozja energii. Łagodny, bardziej komercyjny "Defender of Dragons" jest uroczy i działa na zmysły. Kolejna perełka na płycie.  Band sieje zniszczenie jeszcze w rozpędzonym "Stormbringer", czy zadziornym "Dead kings in the grave". Pomysłowy motyw gitarowy pojawia się w nieco filmowym "The Revelation". Najdłuższy na płycie jest "Return to atlantis" i znów jest epicko i z rozmachem. Band robi niezłe show.

Często można odnieść wrażenie, że to jakaś ścieżka dźwiękowa do filmu przygodowego typu Piraci z Karaibów. Jest rozmach, jest klimat, jest epickość i duża dawka chwytliwych melodii. Dużo dobrego się tutaj dzieje. Dragonknight nie tworzy niczego nowego i robi kolejną wariację Rhapsody, Twilight Force czy GLoryhammer. Mi to nie przeszkadza i czerpie radość z "Legions". Płyta godna uwagi.

Ocena: 9/10

czwartek, 24 października 2024

ARIES DESCENDANT - From the Ashes of Deceit (2024)


 Jonah Weingarten to utalentowany klawiszowiec, którego znamy z Pyramaze. Nicklas Sonne to z kolei wysokiej klasy wokalista, jak również basista i gitarzysta. Znamy jego osobę z Evil Masquverade. To kolejny muzyczny projekt zrodzony przez wytwórnie Frontiers Records. Znani są właśnie z takich projektów, z osadzania ciekawych i utalentowanych muzyków  w jendym projekcie. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Aries Descendant, bo tak się nazywa projekt w którym jednoczą się Jonah i Nicklas powstał w 2024 i właśnie wydał swój debiutancki album zatytułowany "From the Ashes of Deceit".

Płyta w pierwszej kolejności skierowana do fanów symfonicznego heavy metalu. Potem w dalszej części skierowana do fanów progresywnego heavy metalu, jak również power metalu czy melodyjnego metalu.  Każdy kto lubi podniosłe motywy, złożone partie gitarowe, epickość i rozmach, ten z pewnością odnajdzie się w muzyce Aries Descendant. Panowie doświadczeni i słychać tą ich dojrzałość i dbałość o detale. To nie płyta zmajstrowana przypadkiem i słychać w tym jakiś pomysł na całość. Duży plus za okładkę, za mocne i wyraziste brzmienie i kilka godnych uwag perełek.

Weźmy taki "Aflame The Cold", który jest taką wizytówką i przykładem tego co gra band. Ten utwór idealnie to odzwierciedla i pokazuje że jest tu potencjał i pomysł. Dalej mamy podniosły i nastrojowy "Oblivion", który ma taki nawet nieco filmowy charakter. Stonowany i bardziej epicki "Symphony of Demise" pokazuje, że potrafi też tu przyspieszyć kiedy trzeba i wejść w rejony power metalu. Nastrojowy i piękny w swojej stylizacji jest "moira" i brzmi to bardzo ciekawie. Więcej energii niesie ze sobą "Downfall"  i znów nacisk położono na klimat. To on gra pierwsze skrzypce na tej płycie. Bardziej progresywny jest w swojej oprawie "Renewal of Hope" , z kolei podniosły, pełen smaczków "Echoes of Betrayal"  to najdłuższy utwór na płycie i również pokazuje że panowie znają się na rzeczy.

Nie do wszystkich może trafi debiut od Aries Descendant, bo to płyta złożona, bardziej nastawiona na klimat, na emocje aniżeli heavy metalową rozwałkę. Jest rozmach, podniosłość epickość, pełno symfonicznych ozdobników i całość prezentuje się okazale. Warto posłuchać i wyrobić swoje zdanie.


Ocena: 8/10