Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2021

CLAIRVOYANT - Curse of the golden skulls (2011)


 Polska scena metalowa kryje sporo ciekawych płyt to fakt, tylko widzę jest jeden dość spory problem. Wiele z tych jakże ciekawych kapel, wydaje jeden album i przepada. To tragiczne fatum dopadło też wrocławski Clairvoyant, który można śmiało zaliczyć do kategorii heavy/power metalu. Ta kapela miała wszystko, żeby podbić świat. Ciekawe pomysły, dopracowaną stylistykę, w której nie brakowało elementów Judas Priest, czy Running Wild. Brak odpowiedniej siły przebicia, brak marketingu czy właściwego kontraktu płytowego sprawiły, że kapela przepadła. Działali jeszcze pod nazwą Wolf Ride, ale i ta kapela to już przeszłość. Muzycy z Clairvoyant zasilili składy Bulletraid, Lost Soul, czy Dead Mind. Jeśli chodzi o Clairvoyant to debiut w postaci "Curse of the golden skull" z 2011r jest płytą godną uwagi.

Może i okładka jest straszna i niczym specjalnym nie zachęca słuchacza. Znacznie lepiej jest już z samym brzmieniem, które jest mocne i takie na wzór europejskich wydawnictw. Płyta utrzymana jest na równym poziomie i każdy utwór ma w sobie to coś. Band stawia na klasyczne rozwiązania, na sprawdzone riffy, na melodyjność i przebojowość. Słucha się tego jednym tchem.

"Intro" to nic innego jak hołd dla intr znanych nam z płyt Running Wild. Panowie odrobili zadanie domowe i przygotowali mega klimatyczne i oldschoolowe intro. Świetny start. Dalej dostajemy szybki i energiczny "Curse of the Golden Skull" i słychać tutaj echa "Pile of Skulls" czy "Death or Glory" running wild i Clairvoyant czerpie właściwe wzorce. Wokal Grzegorza Kolasińskiego idealnie pasuje do tego co band gra i znakomicie oddaje on piracki klimat. Za warstwę gitarową odpowiada Maciej Ostropolski i Kamil Turczynowicz i znów świetna robota. Jasne nie ma tutaj niczego nowego i band mocno inspiruje się Running Wild. Jednak ten szczery przekaz i dbałość o detale sprawia, że płyta jest bardzo atrakcyjna.  Nie często się pojawiają na polskie scenie zespoły, które inspirują się Running wild.  Dobrze wypada też dynamiczny i melodyjny "Bite the bullet". Cieszy mnie fakt pojawienia się charakterystycznych partii gitary akustycznej i typowe dla Running Wild otwarcia utworów. Jest spokojnie w "1410", ale szybko utwór nabiera mocy i pirackiego feelingu. Kolejny mocny punkt tej płyty. Jest jeszcze nieco mroczniejszy i heavy metalowy "Road to victory" i ten utwór nieco bardziej urozmaica ten album. Jeszcze więcej Running wild dostajemy w dwóch killerach, czyli podniosłym "Pirates fo the seven seas" i rozbudowany i pełen energii "Explorers".

Polski Running Wild to dobra nazwa dla Clairvoyant i cholernie żałuje, że tej kapeli już nie ma na naszej scenie metalowej. Prawdziwa perełka. Na debiucie jest wszystko. Mamy killery, szybkie kawałki, jak i bardziej klimatyczne, a całość mocno wzorowana na twórczości Running wild z przełomy lat 80 i 90. Kopalnia killerów i szkoda, że to kolejna kapela jednej płyty. Kto nie zna niech czym prędzej to zmieni.

Ocena: 9/10

środa, 6 maja 2015

FOREFATHER - Last of The Line (2011)

Wielka Brytanii to nie tylko NWOBHM, progresywny rock czy wielkie kapele heavy metalowe. Jak się ukazuje to właśnie stamtąd wywodzi się jedna z ciekawszych kapel reprezentujących viking/black/folk metal. Forefather to zespół, który działa od 1997 roku i do tej pory wydał 6 albumów, z czego ostatni „Last of The Line” ukazał się w 2011 roku. Była to nie lada gratka dla fanów takiej muzyki, ale co ciekawe fani heavy metalu też mogli tutaj coś znaleźć dla siebie. Zespół postawił na melodyjność i nie tylko wpływy Falkenbach czy Finntroll tutaj słychać, bowiem wiele kawałków swoją motoryką, klimatem i melodyjnością przypomina stary dobry Running Wild.

Okładka w sumie przejawia cechy viking metalu, ale są też odesłania do Running Wild. Mnie to bardzo cieszy, bo uwielbiam Running Wild i im więcej skojarzeń z tą kapelą tym lepiej. Stylistycznie Forefather mnie bardzo miło zaskoczył. Dlaczego? Bo nie dostałem oklepanego viking metalu wymieszanego black metalu. Black metal co najwyżej może się momentami przejawić w energicznej sekcji rytmicznej i w wokalu Wolfstana. Kawał dobrej roboty odwalają dwaj muzycy tj Alchastan i Wolfstan. Wszystko brzmi na wysokim poziomie. Wokal mimo brutalności, porywa klimatem i nieco folkową manierą. No i najpiękniejsze są tutaj popisy gitarowe. Wszystko przesiąknięte formułą Running Wild. Przede wszystkim słychać to w głównych motywach, riffach i solówkach. Znakomicie udało się to wpleść w motorykę viking/folk/black metalową. Tak można opisać pokrótce styl angielskiej formacji. Instrumentalny otwieracz „Cometh The King” pokazuje jaki ładunek melodyjności został zawarty na tej płycie. Szybko wkracza do akcji tytułowy „Last of The Line”, który ma nie tylko cechy folk/black metalu, ale też przede wszystkim power/speed metalu rodem z Running Wild. Główny motyw gitarowy od razu nam zdradza skąd zespół czerpie inspiracje. „Chorus of Steel” to kompozycja o ostrzejszym charakterze i można nawet tutaj wyłapać cechy epickiego heavy metalu. Płyta nie jest zagrana na jedno kopyto, bo już taki „By Thy Deeds” zaskakuje średnim tempem i niezwykłą rytmicznością. Płyta też może się podobać, ze względu na folkowo/ vikingowy klimat, który nasila się się w stonowanym „Up High” czy epickim „Doomsday Dawns”, który jest bardziej rozbudowanym kawałkiem. Fanom szybkiego grania spodoba się bez wątpienia energiczny „Wolves of Prayers”, który ma bardziej power metalową motorykę. Trochę black metalu można wyłapać w złowieszczym „Shadows of The dead”.

Forefather to doświadczony zespół, który nie ma problemu z nagrywaniem solidnych albumów. Po raz kolejny dostaliśmy dopracowany album pod względem stylistycznym, brzmieniowym jak produkcyjnym. Muzycy dają się poznać jak pomysłowi goście, którzy wiedzą jak połączyć viking/black/folk metal z melodyjnością i Running Wild. Wyszła z tego nie zła mieszanka, która zadowoli szerokie grono słuchaczy. Mimo upływu czasu, ta płyta wciąż porywa i brzmi świeżo. Polecam.

Ocena: 8/10

piątek, 13 czerwca 2014

WOLF - Legions of Bastards (2011)

Czego można było się spodziewać na szóstym albumie szwedzkiego Wolf? Ano nic innego jak rasowy metal, w którym można doszukać się elementów power metalu, a przede wszystkim NWOBHM. „Legion of Bastards” stylistycznie przypomina album „Ravenous”, jednak mimo wszystko te albumy się różnią.

Nie musicie się bać o stylistykę, bowiem Wolf tutaj nic nie zmienił. Dalej dominują średnie tempa, przybrudzone brzmienie, które jest wzorowane na latach 80. Jest ten specyficzny wokal Niklasa, czy też sporo atrakcyjnych popisów gitarowych. Różnica tkwi przede wszystkim, w tym że „Legion of Bastards” jest jakby bardziej toporny, mniej przebojowy i co za tym idzie, płyta jest znacznie gorsza. Wynika to z tego, że dość szybko zlewa się jakby w jedną, niezbyt wyrazistą całość. To z kolei determinuje kolejną wadę jaką jest rutyna i monotonność, w skrócie nudę. Co zasługuje na szczególną uwagę? Bez wątpienia energiczny „Vicious Companions”, melodyjny „Absinthe”, nawet prosty, przesiąknięty Iron Maiden „Road To hell” jest tutaj warty uwagi. Słychać w tych utworach chęć do grania, słychać, że solówki są zagrane z życie i polotem. Szkoda, że niestety często Wolf stara się na siłę grać agresywnie, mroczno, gubiąc się w tym wszystkim. Wtedy właśnie powstają takie koszmarki jak „False Preacher” czy „Nocturnal Rites”. Niby jest to heavy metal,niby zespół jest wierny swoim patentom i stylowi, ale tutaj ewidentnie poszło coś nie tak. Tak nudno i bez przekonania Wolf nie grał. Nie wykorzystano znakomitego klimatu i głównego motywu w „Tales from the Crypt”. Z całej płyty właściwie na uwagę zasługuje mroczniejszy, nieco Black Sabbathowy „Full moon Possession”. Utwór ma w sobie to coś, a przede wszystkim zachwyca przebojowym charakterem, którego brakuje pozostałym utworom.

Rozczarowanie to najlepsze słowo opisujące ten album. Wolf dalej gra swoje, ale jest to już niczym nie wyróżniający się heavy metal, który jest monotonny i obdarty z mocy i przebojowości. Ciężko strawny album i po tylu latach Wolf spadł poniżej wysokiego poziomu. No cóż każdemu zdarza się nagrać słabsze wydawnictwo w swojej karierze. Zobaczymy czy „Devil Seed” przyniesie nam wielki powrót do glorii i chwały.

Ocena: 5/10

środa, 21 sierpnia 2013

RANDY - Randy (2011)

Dawno temu, w roku 1981 w Danii powstała mało znana kapela, która nigdy nie wydała oficjalnie swojego materiału, kapela która doczekała się wydania zbioru swoich utworów na komplikacji. Na tym się nie kończy historia. Lata 80 to był okres w którym królował Iron Maiden, Nwobhm, Krokus, ciepły hard'n heavy, muzyka Judas Priest, Helloween, czy Accept. Wszyscy ci którzy interesują się tym okresem wiedzą, że jest wiele mniej znanych kapel, które nie odniosły większego sukcesu i popadły w niepamięć. Taki los spotkał również i naszego bohatera, czyli formację o której tutaj pisze. Zespół mało znany, który nie wydał oficjalnie swojego materiału to historia dość częsta jeśli chodzi o heavy metal lat 80. Tak też się potoczyła kariera niejakiego duńskiego zespołu Randy. Wydali demo, singiel i komplikacje o tytule „Randy”.

Każdy kto gustuje w wspomnianych zespołach, heavy metalu lat 80, Nwobhm, hard rocku to śmiało powinien sięgnąć po ten album. Jeśli ma ktoś wątpliwości to pozwolę sobie je rozwiać w dalszej części tekstu. Pomijam nieco kiczowatą okładkę i mniej dopieszczone brzmienie bo to są drobne szczegóły, bez których płyta się broni, ba zasługuje na szczególną uwagę. Żwawa i solidna sekcja rytmiczna, Jorgen Jensen z specyficzną manierą wokalną to argumenty, które potrafią przekonać nie jednego wybrednego słuchacza. Ciepły i melodyjny wokal Jorgena potrafi zauroczyć, czego przykładem już jest otwierający „Shadows Are Failling” który przypomina twórczość Accept oraz zespołów z kręgu Nwobhm. Szybkie granie w klimatach speed/ power metalu pojawia się tutaj, a jak się pojawia to sieje zniszczenie. „The beast” to prawdziwa perełka w tej kategorii. Słychać lekkość, dobre zgranie gitarzystów, nie banalną pomysłowość, a także talent do tworzenia rasowych przebojów. Czego można chcieć więcej? Tak, więcej takich utworów. Dostajemy je w postaci „Nightmare” , melodyjnego „The Razors Edge”. Ci co nie lubią grania na jedne kopyto może tez przekonać fakt urozmaiconego materiału. Mamy hard rockowe kompozycje jak „C'mon Let's Rock”, rytmiczne, granie brytyjskie jak w przypadku „Victim Of The Night” . Każdy utwór to kawał solidnego heavy metalowego grania lat 80.

Może i Randy nie został gwiazdą metalowego świata, może nie wydał oficjalnie albumu, może nie zagościł długo na scenie, to jednak ich muzyka jest miła dla ucha. Potrafili stworzyć przeboje, potrafili stworzyć dobre melodie, które zapadały w pamięci. Zasługują na uwagę, zwłaszcza miłośników grania w stylu Iron Maiden, Accept, czy Judas Priest.

Ocena: 8/10

piątek, 12 lipca 2013

ZERO DOWN - Looking To Start A Riot (2011)

Na dzień dzisiejszy ostatnim wydawnictwem Zero Down jest „Looking to Star a Riot”. Młoda amerykańska formacja postanowiła na trzecim albumie kontynuować ścieżkę z poprzedniego krążka. Tak więc recepta była prosta: więcej heavy metalu, tudzież hard rocka, mniej punk rocka. Choć okładka nasuwa punkowe klimaty, to jednak zawartość odnosi się do tego co można było usłyszeć na „Good Times...At The gates Of Hell”.

Większych zmian w stosunku do wyżej wymienionego albumu Zero Down nie uświadczymy. Chyba, że mamy już na myśli pojawienie się nowego gitarzysty Matta Foxa. Może nic nie wnosi nowego do muzyki Zero Down. Dzięki niemu jednak zespół dalej utrzymał heavy metalowy charakter. Wraz z Burnettem stawia na rytmiczne i melodyjne motywy, solidne i miłe w odsłuchu solówki. Choć wszystko brzmi wtórnie i przesycone jest twórczością Judas Priest, Scorpions czy Ac/Dc, to jednak ma to swoje plusy. Przebojowość, zadziorny charakter kompozycji, dużo atrakcyjnych melodii to bez wątpienia zalety wynikające z wtórności. Wokalista Mark również nie spuszcza tonu i dalej zachwyca swoją manierą. Świetnie wypada nawet w nieco słabszych kawałkach jak „Snake Eyes”. Przyglądając się materiałowi można dostrzec podobieństwa do poprzedniego albumu i tutaj też znajdziemy ostre, heavy metalowe kompozycje jak „Sweet Revenge” z pewnymi zalotami pod Iron Maiden, czy szybkie kawałki będące na pograniczu speed metalu i rock'n rolla jak w przypadku „Battle Of The Bands”. Urozmaicenie to tutaj też ważna cecha. Poza heavy i speed metalem mamy tutaj też hard rockowe kawałki, czego przykładem jest „Dead To Life” czy „Broken”. Zespół potrafi też uraczyć słuchacza przebojową kompozycją co znakomicie obrazuje „Vultures”.

Po raz kolejny udało się amerykańskiej formacji nagrać solidny album z soczystym brzmieniem i urozmaiconym materiałem reprezentującym stylistykę składającej się z elementów heavy metalu i hard rocka. Ostry wokal, rozpędzona sekcja rytmiczna i ostro cięte riffy to wystarczy żeby dobrze się bawić z Zero Down na trzecim albumie.

Ocena: 7/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

czwartek, 4 lipca 2013

STAGEWAR - Living On The Thrash (2011)

Thrash metal w wykonaniu niemieckich kapel zawsze przejawiał się topornością, agresywnością, teutońskim wydźwiękiem. Słuchając debiutanckiego albumu młodej niemieckiej formacji o nazwie Stagewar nie dostrzegłem owych cech. Ta kapela założona w 2003 roku pokazała za sprawą „Living On Thrash” , że można nagrać melodyjny thrash metal z elementami heavy metalu i rock'n rolla.

To, że zespół nie ma większego doświadczenia w muzyce słychać niemal od samego początku kiedy włączy się płytę. Nieco nie okrzesane riffy i motywy gitarowe, a także średnich lotów brzmienie to tylko pierwsze wyraziste symptomy. Wokalista Dezius to najsłabsze ogniwo całego zespołu. Brak jakiejś ciekawej maniery, brak techniki i jedynie co w nim można uznać to zadziorny charakter, który dość dobrze wpasowuje się w tło. Na pochwałę zasługuje tutaj bez wątpienia sekcja rytmiczna, która jest odpowiedzialna za dynamikę. To właśnie dzięki niej taki „Last line of defence” jest mocny kawałkiem. Czasami tak jak w przypadku „Manatarms” słychać wpływy Iron Maiden. Materiał jest tutaj dobrze wyważony między agresją i melodyjnością. Choć okładka zwiastuje kicz i niski poziom muzyczny to jednak materiał jest równy. Nie ma większych wtop w postaci wypełniaczy, co jest nie małym sukcesem. Zespół radzi sobie przede wszystkim w thrash metalowej formule co słychać w takim „Sweating blood” czy „Shell shock”. Od razu słychać że napędem całego zespołu są gitarzyści i to oni odwalają tutaj kawał dobrej roboty. Proste, agresywne granie, w którym można się doszukać melodyjnego charakteru. Może wtórne, pozbawione wysokiej techniki, ale szczere i solidne. W takich prostych kawałkach jak „Living on trash” czy „ Never before” . W każdym utworze słychać heavy metalowy charakter, ale nie jest to jakąś wadą, co więcej sprawia że album jest bardziej przyjazny dla słuchacza.

Nie dajcie się zwieść kiczowatej okładce rysowanej w programie paint, to jednak zawartość potrafi zapewnić rozrywkę. Solidny heavy/thrash metalowy album w melodyjnej odmianie, dowodzący że Niemcom nie tylko toporność w głowie.

Ocena: 6/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu Hmp

poniedziałek, 1 lipca 2013

EXPIRED - Certain Death (2011)

W ostatnim czasie narodziło się wiele kapel thrash metalowych i wiele z nich to właściwie niczym się nie wyróżniające średniej klasy zespoły. Grać potrafią, ale swoją wtórnością i stylem nie potrafią wyjść poza strefę przeciętności. Takich kapel jest pełno i jedną z nich jest włoski Expired założony w 2005 roku. Na ich koncie jest póki co demo i mini album w postaci „Certain death” i na bazie tego można wyciągnąć takie a nie inne wnioski.

Pod wieloma względami Expired na mini albumie wypada dobrze, nawet bardzo dobrze. Soczyste, nieco surowe brzmienie, ostry wokal Marca Pinto i dynamiczna sekcja rytmiczna. Nawet ciężko na początku przyczepić się do tego co wygrywają gitarzyści. Wynika to oczywiście z tego, że całość spełnia kryteria thrash metalowego grania. Ostry riffy, ciężar i bezkompromisowość są tutaj nieodzownym elementem. Niestety mimo thrash metalowego wydźwięku i nawiązaniu do lat 80/90 i takich kapel jak Exodus, Metallica czy Annihilator, to jednak całość brzmi przeciętnie. Wynika to z jakości utworów jakie znalazły się na mini albumie. Dość dobrze wypada „(M)ass Media” , który jest agresywną petardą, jednak ileż już się takich utworów słyszało w całym swoim życiu? Oj dużo. Podobne odczucia wywołuje „T.Q.M.”, który jest w podobnej stylistyce utrzymany. Więcej przebojowości można wychwycić w „Oblivious”, jednak i tutaj brakuje elementu zaskoczenia. Zaś zamykający „Wasure” to dłuższy utwór, który też nie wzbudza większych emocji.

Choć to tylko mini album, to jednak wcale nie zachęca do dalszego interesowania się tym włoskim zespołem. Grać potrafią thrash metal, jednak poziom i styl nie należy do atrakcyjnych. Płyta skierowana do zagorzałych fanów tego gatunku.

Ocena: 4/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu Hmp

sobota, 22 czerwca 2013

BLACKENED - Sense In Violence (2011)

Nazwa Blackened wydaje się właściwa dla kapeli thrash metalowej, zwłaszcza dla takiej, która nie kryje swoich inspiracji Metaliką. Zapożyczyć nazwę znanego kawałka Metaliki na potrzebę nazwy kapeli to dobry chwyt marketingowy. Na dzień dzisiejszy ta australijska formacja, która powstała w 2011 roku nie ma jakiejś bogatej historii ani nie ma bogatej dyskografii, właściwie to zaczyna się ich przygoda z muzyką. Najlepiej o tym świadczy demo „Sense In Violence”, który ukazał się w roku 2011.

Jeżeli ktoś myśli że ta młoda formacja porwie słuchaczy oryginalnością czy też niezwykła formą ten może się srogo zawieść. Już banalna i amatorska okładka potrafi zdradzić, czego można się spodziewać po tym wydawnictwem. Prosta formuła oparta na sprawdzonych patentach, które w latach 80 zostały opracowane przez takie kapele jak Testament, Metallica, czy Slayer to jest właśnie to co określa styl Blackened. Zespół stroni na demie od bardziej urozmaiconej gry, czy technicznych popisów. Wszystko skupia się właściwie na prostej formule opartej na dynamicznej sekcji rytmicznej, ostrych riffach, czy brutalnym wokalu. Jednak całość ma pewien urok a jest nim old schoolowy wydźwięk i takie naturalne, troszkę przybrudzone brzmienie. Na płycie znajdziemy agresywny, nieco chaotyczny „Burning of Time”. Bardziej ponury, z lekkim epickim wydźwiękiem to cechy „ Hellish Intensity” , zaś „The Sense in Violence” zachwyca melodyjnością.

Przygodę z thrash metalem na poważnie Blackened zaczął i póki co nie jest na pozycji straconej. Nagrał całkiem solidne demo, która pokazuje że zespół potrafi grac thrash metal i to taki w starym stylu. Ciężko jednak osądzić kapelę po 3 kawałkach. Demo wywiera wrażenie pozytywne, ale z oceną Blackened warto poczekać do pełnometrażowego albumu.

Ocena: 6.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu Hmp

wtorek, 4 czerwca 2013

DESECRATOR - Live Till Death (2011)

Kiedy nad miksem albumu młodej kapeli czuwa Harris Johns znany z produkcji Sodom czy Kreator to można być spokojnym o ostateczny efekt. Tak też się stało z koncertowym albumem „Live Till death” australijskiej formacji Desecrator, która powstała w 2008 roku. Ostateczny efekt współpracy tego zespołu z Harrisem jest zdumiewający, a to dlatego że udało się stworzyć prawdziwy thrash metalowy krążek, który w pełni oddaje to co najlepsze w tym gatunku.

Zastanawiacie się czego można się spodziewać po kapeli, która nie ma większego doświadczenia ani jednego pełnego albumu na swoim koncie. Cóż, muzykę Desecrator często się porównuje z wczesnym Death Angel, czy Testament i nie jest to wcale takie odległe porównanie. Ostre cięte riffy przez duet Strong/Anning, rozpędzona sekcja rytmiczna, czy w końcu brutalny wokal Rilleya znakomicie oddają charakter tych kapel i samego gatunku thrash metalu. Ostre, nieco przybrudzone brzmienie to taki miły dodatek to równego, drapieżnego materiału, który w dużej mierze ma na celu siać zniszczenie za sprawą takich petard jak „Bred, Fed, Then dead”, przesiąkniętego death metalem „Rottin Christ” czy „Serpents Return”. Miłą odskocznią jest tutaj bardziej rozbudowany kolos w postaci „Till Death” czy melodyjny „Little Jimmy black”. Materiał w żaden sposób nie zawodzi.

Dwa lata minęły od wydania tego wydawnictwa, a wciąż zachwyca swoją agresją i autentycznością. Prawdziwy thrash metal, taki naturalny, nieco surowy i brutalny. Jednak wciąż nie można się doczekać pełnometrażowego albumu. Zespół podobnie jak i album jest warty uwagi, pytanie tylko czy nie będzie wam przeszkadzać kolejny thrash metalowy zespół, który zbytnio nie wyróżnia się z tłumu?

Ocena: 7.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

niedziela, 2 czerwca 2013

ARRAYAN PATH - Ira Imperium (2011)

Arrayan to nazwa jednej z egzotycznych roślin, którą można spotkać na obszarze Cypru, Hiszpanii czy Argentyny. Nie jest to tekst poświęcony botanice czy florze, a jednemu zespołowi metalowemu z Cypru, który sprytnie zawarł to egzotyczne słowo w nazwie swojej kapeli. Arrayan Path to formacja, która zrodziła się w 1997 roku z inicjatywy Nicholasa Leptosa i Clementa Funga. Założony na amerykańskiej ziemi Arrayan Path miał być początkowo tylko bocznym projektem wcześniej wspomnianych muzyków. Jednak stało się inaczej i doczekaliśmy się czterech albumów tego cypryjskiego zespołu. Jednym z tych krążków o którym było dość głośno w owym czasie jest „Ira Imperium” z 2011 roku.

Cypryjski band Arrayan Path niczym przytoczona we wstępie roślina Arrayan nie kryje swojej egzotyczności. Niektóre melodie jak choćby te w „Kiss Of Kali” czy w mocniejszym „77 days Till Doomsday” są pełne klimatu i charakteru indyjskiego czy też egipskiego. W takim też klimacie utrzymana jest szata graficzna, która znakomicie oddaje to co można usłyszeć na płycie. To co można odkryć pod miłą dla oka okładką i soczystym, pełnym emocji brzmieniem to dopieszczony materiał. Materiał, który jest wypełniony różnymi smaczkami, ozdobnikami, urozmaiceniami i nawet orkiestrowe patenty świetnie współgrają z całym klimatem płyty. Co można znaleźć na płycie to epicki power metal z wpływami takich kapel jak Yngwie Malmsteen, Iron Mask, Iron Maiden czy Dream Theater. Mimo wykorzystaniu pewnych elementów jest to muzyka, którą nie można posądzić o plagiat. Duża w tym zasługa wokalisty Laptosa, który nie kryje swojego talentu i techniki. Gitarzyści na płycie też robie spore wrażenie i to wynika głównie z tego, że ich partie są zróżnicowane, pełne finezji, lekkości i neoklasycznego charakteru. Znajdziemy na płycie heavy metalowe kawałki jak „Ira Imperium” z epickim wydźwiękiem, power metalowe jak „Gnosis of Prometheus” czy bardziej progresywne jak w przypadku „I Sail Across the Seven Seas”.

Cała płyta nie kryje swojej egzotyczności i różnych dziwnych smaczków, które przesądzają ostatecznie oryginalnym wydźwięku „Ira Imperium”. Ten album, który nie daje się poznać jako dzieło słabe i bez finezji, ciekawych melodii to pozycja obowiązkowa dla fanów progresywnych dźwięków i melodyjnego power metalu.

Ocena:8/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

poniedziałek, 6 maja 2013

H.O.S. - The Beginning (2011)

Pod wielkim wpływem amerykańskiego thrash metalu spod znaku Atrophy, Heathen czy Forbidden, a także niemieckiego thrash metalu spod znaku Sodom czy właśnie Kreator z ery „Coma Of Souls” jest młody włoski zespół o nazwie H.O.S. - co oznacza w rozwinięciu Harvest Of Sorrow. Założony w 2006 roku z inicjatywy Dado i Boro H.O.S swój debiutancki album „The Beginning” wydał w 2011 roku i jest to album, który każdy fan thrash metalu, zwłaszcza Kreator powinien posłuchać.

Mocne brzmienie, z lekkim przybrudzeniem, klimat lat 80, który przejawia się nie tylko w brzmieniu, ale też w innych elementach w tym i w kompozytorstwie, do tego mocny, agresywny, zadziorny wokal Dado, który jest pod dużym wpływem Mille Petrozza, zwłaszcza z okresu „Coma Of souls” i tutaj jest sporo podobieństwa i maniera Dado jest niemal identyczna, do tego techniczne, agresywne granie w sferze gitarowej czy też sekcji rytmicznej, a przesłanie dotyczy przemocy, czy tez chorób, a więc żadna nowość, żadne zaskoczenie, ale o dziwo H.O.S odnajduje dla siebie miejsce na rynku i to wszystkie cechy, której wyżej przedstawiłem odnoszą się do stylu jaki zespół zaprezentował na debiutanckim albumie „The Beginning”. Co ciekawe nie tylko brzmienie, maniera Dado czy styl nasuwa lata 80, ale również skojarzenia z tamtym okresem pojawiają się przy pierwszym kontakcie z okładką, jak i równym chwytliwym materiale, który dostarcza sporo emocji. Nie powinno nikogo zdziwić fakt, że na płycie dominują przede wszystkim szybkie, żywiołowe kawałki i tutaj dobrze to odzwierciedla Annihilation Of Society , „Road Madness” czy „Ready To Fight”. Nie brakuje też rasowych przebojów, czego dowodzi choćby chwytliwy „We Are H.O.S.”, czy też rytmiczny „The Last Will”. Kto ceni sobie melodie powinien też zwrócić uwagę na „No More Tritors”, który podkreśla fascynację Kreator i technicznym thrash metalem. Właściwie każda kompozycje niesie z sobą energię, przebojowość i agresję, a wszystko utrzymane w klimacie Kreator.

Niby wszystko brzmi znajomo, niby H.O.S brzmi jak włoski odpowiednik Kreator, niby wtórnie, ale wszystko zagrane z pasją do muzyki, do thrash metalu i nie brakuje ani ciekawych melodii ani przebojów . Debiut godny polecenia.

Ocena: 8/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

sobota, 4 maja 2013

NUCLEAR STRIKES - Megastorm eyes Ep (2011)

Miałem do czynienia z heavy metalem z różnych zakątków świata, ale heavy metal prosto z Malezji to dla mnie zupełnie nowość i podchodziłem do pierwszego kontaktu z tamtejszym zespołem o nazwie Nuclear Strikes dość bez większych emocji. Jednak szybko okazało się, że założony w 2005 roku zespół, który w 20011 roku zadebiutował mini albumem w postaci „Megastorm Eyes” to kapela, która gra heavy metal z elementami hard rocka w europejskim stylu nawiązując do Judas Priest, Iron Maiden, Accept, Warlock, czy Dio.

Nie w głowie zespołowi przecierać nowe szlaki w muzyce metalowej, ale to nie powinno nikogo dziwić, zwłaszcza jeśli zwróci się na fakt, ze zespół zaczynał jako zespół grający kawałki słynnych kapel z lat 80. Zespół tak więc poszedł na skróty i obrał wtórne granie oparte na sprawdzonych elementach, które już wcześniej były prezentowane światu. Dobitnie to zostaje ukazane w „Terminal Danger ” gdzie riff brzmi jak wyjęty z utworu „Last In line” Dio. To samo brzmienie, rytmika, styl, ale trzeba przyznać, że duet gitarowy spisuje się całkiem dobrze, jest zadziorność, rytmiczność, klimat lat 80, ale brakuje w tym nieco lekkości, przebojowości i melodyjności. Dobrzy rzemieślnicy tak można mówić o gitarzystach, ale też nie wiele z siebie daje sekcja rytmiczna, która jest przyzwoita, nieco surowa podobnie jak brzmienie, ale to dzięki niej czuć klimat płyt NWOBHM. Zwłaszcza to słychać w otwierającym „Megastorm Eyes”, który jest przesiąknięty wpływami Iron Maiden. Jest to najdłuższa kompozycja i w moim odczuciu najlepsza, melodyjna, urozmaicona, pełna zawirowań i o dobrym ładunku energii. „Last Savior” jest bardziej stonowany, lżejszy, ale brakuje tutaj właśnie kopa, przebojowości, co pozwala uznać to kompozycję za najsłabszą na płycie. Mocnym ogniwem wydaję się mimo pewnych nie dociągnięć technicznych wokalistka Ladyana, która swoją manierą momentami przypomina Doro z Warlock czy Sharon z Within Tempation i mimo braku mocnego głosu, przykuwa uwagę manierą i klimatem. Dobrze te cechy wybrzmiewają w balladzie „Memoir of a Friend” czy zadziorniejszy „Red Soldier”. Kompozycje solidne jednak pozbawione nieco energii, brakuje ciekawych pomysłów na utwory, a wszystko utrzymane na przyzwoitym poziomie.

O „Megastorm Eyes” można mówić jako o przyzwoitej płycie z przeciętną muzyką w stylu lat 80, o płycie o której szybko się zapomina. Szkoda, bo mogło wyjść z tego coś więcej niż heavy metal w stylu lat 80 na przeciętnym poziomie. Zobaczymy jak zespół sobie poradzi z pełnym debiutanckim albumie, oby był znacznie ciekawszym wydawnictwem.

Ocena: 5.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

wtorek, 30 kwietnia 2013

HORACLE - Horacle Ep (2011)

Nie zauważalnie w 2007 roku narodził się na ziemi belgijskiej zespół Horacle, który należy do tych kapel, które chce grać heavy/ speed metal i to na światowym poziomie, nie kryjąc swoich zamiłowań do takich kapel jak Crossfire, czy Killer znane z wytwórni Mausoleum, a także takich kapel jak Liege Lord, Blind Guardian, Helloween czy Iron Maiden. Po kilku roszadach ukształtował się skład który pozwolił zarejestrować w końcu pierwszy mini album w postaci „Horacle”, który ujrzał światło dzienne w 2011 roku.

Kapela nie zrobiła ogromne szumu,ani wzrosło jakieś większe zainteresowania wokół samego zespołu, a to trochę przykre, zwłaszcza że muzycznie nie wypadają wcale gorzej od tych bardziej doświadczonych kapel i choć zespół wydał tylko mini album to już na podstawie jego można stwierdzić, że Horacle zna się na swojej robocie i gra na wysokim poziomie. Z czego wynika to? Zgrany zespół, pomysłowość które przejawia się w kompozycjach i w aranżacjach, przebojowość, która nadaję całości atrakcyjności, dopracowanie, dbałość o szczegóły, czy też w końcu sami muzycy, którzy dobitnie starają się przekonać słuchacza, że drzemie w nich potencjał i że stać ich na więcej niż tylko wtórne, przesycone latami 80 heavy/ speed metal. Jednak mimo oparcie swojego stylu na sprawdzonych patentach, na prostych patentach, dynamicznej sekcji rytmicznej, przesyconej heavy metalem lat 80, w tym NWOBHM, na ostrych partiach gitarowych wygrywany przez Dyno i Davida, którzy skupiają się na melodyjności i dynamice, a wszystko świetnie współgra z wokalem Terry'ego Fire'a, który brzmi jak rasowy wokalista z lat 80. Jak na debiutanckie dzieło to trzeba przyznać, zespół wykreował mocne i dopracowane brzmienie, co zresztą przejawia się w 4 kompozycjach, które znalazły się na płycie. Zacznę od przebojowego „To Face The Fire” który nasuwa stare zespoły typu Crossfire czy Killer, a także Iron Maiden zwłaszcza kiedy wsłucha się w ową galopadą. Utwór śmiało można określić mianem przeboju. „Disturbing The Light” utrzymany jest w podobnych klimatach, z tym że jest szybciej, jest większe urozmaicenie, bardziej wyraźna gra basisty L. Sabathana. O dziwo kapela nie pozostawia słuchacza na pastwę znudzenia i stara się wybrać nawet w rejony true metalu w stylu Manowar co słychać w takim rytmicznym „Blaze”. Jednak co przykuwa uwagę to ponad 10 minutowy „A Scream of Glory” w którym dzieje się sporo i zespół daje upust swojej pomysłowości i składa hołd jakby Iron Maiden, który słynie z takich kolosów.

Taki krótki mini album trwający około 10 minut, a tyle radości. Zachwyca naturalność, dopracowane kompozycje, które kipią energią, przebojowością i wykonaniem i choć kapela nie gra niczego oryginalnego, to jednak potrafią zrobić bardzo pozytywne wrażenie. Pozycja obowiązkowa dla maniaków heavy/speed metalu w stylu lat 80 z wyraźnymi wpływami Iron Maiden.


Ocena: 8/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

czwartek, 4 kwietnia 2013

IRON KINGDOM - The Curse of Voodoo Queen (2011)

Nie macie dość już tych wszystkich zespołów klonów, które zapatrzone są w swoich idoli typu IRON MAIDEN, JUDAS PRIEST czy SCORPIONS? Jesteście odporni na młode kapele, które w dużej mierze wolą grać wtórny, tradycyjny heavy metal zakorzeniony w latach 80? Nie przeszkadza wam wykorzystanie już oklepanych motywów? Cenicie sobie dobre melodie, dobre wykonanie i chwytliwe kompozycje? Jeżeli tak to debiutancki album kanadyjskiego zespołu IRON KINGDOM, który jest zatytułowany „Curse of the Voodoo Queen” jest dla was.

Ten kanadyjski zespół dość krótko pracował nad swoim debiutanckim albumem zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że kapela powstała w tym samym roku tj. 2011 roku. Mogłoby się wydawać, że młody wiek muzyków, nie wielkie doświadczenie oraz krótki czas pracy nad albumem da w efekcie słaby, mizerny, bez energii i wyrazu album z wtórną muzyką. Rzeczywistość jest zupełnie inna i można śmiało rzec, że młoda kapela zrealizowała w pełni swój cel, a tym celem było grać tradycyjny heavy metal, oddając hołd swoim idolom z lat dziecięcych typu IRON MAIDEN czy JUDAS PRIEST. IRON KINGDOM postanowił stworzyć styl na wzór tamtych kapel, tych zespołów lat 80 i ta sztuka się udała. Na ten aspekt złożyło się wiele czynników tych mniejszej wagi jak kiczowata okładka, nieco przybrudzone, bez jakiś fajerwerków brzmienie, czy te większej wagi jak choćby umiejętności muzyków czy sam materiał.

Warto zaznaczyć, że muzycy nie są super uzdolnienie, jednak dają z siebie naprawdę sto procent, starają się wypaść jak najlepiej i znają się na swojej robocie. Nie ma tutaj może wokalisty o niezwykłych zdolnościach technicznych, ale jest za to Chris Osterman ze swoją specyficzną manierą, ciekawym stylem śpiewania, może nieco nie okiełznany, ale świetnie oddający klimat lat 80. Nie ma może tutaj duetu gitarowego, który wygrywa technicznie solówki, bardziej wyszukane melodie i bardziej złożone motywy, ale jest duet Kroecher/Osterman, który stawia na prostotę, na melodyjność, na stylizację na miarę IRON MAIDEN, czy JUDAS PRIEST co słychać zresztą po tym jak są skomponowane utwory, jakie mają aranżację. Nie ma może tutaj ostrej i mocarnej sekcji rytmicznej, ale jest sekcja, która jest na miarę tej z wczesnego IRON MAIDEN, co też nie jednego fana tradycyjnego heavy metalu czy NWOBHM ucieszy. Muzycy choć nie powalają techniką, to jednak zapadają w pamięci za sprawą zaangażowania, za sprawą solidności i dopracowania, czy też radosnym podejściem do całego tego grania.

Nic nie zapowiadało udanego i solidnego materiału, który przeniesie nas do lat 80, do wczesnego okresu twórczości IRON MAIDEN i nic nie zapowiadają, że całość będzie bardzo chwytliwa, przebojowa. Instrumentalne otwarcie w postaci „The Ritual” od pierwszych dźwięków nasuwa oczywiście dwie pierwsze płyty IRON MAIDEN. Ten sam klimat, podobnie zagrana sekcja rytmiczna i podobna melodyjność. „Voodoo Queen” jeszcze bardziej utwierdza w przekonaniu, że kapela jest bardzo zapatrzona w IRON MAIDEN. Choć jest to wtórne do bólu i takie oklepane, to jednak miłe w odsłuchu i szkoda, że żelazna dziewica już tak nie gra. Chwalenie heavy metalu ma tutaj miejsce, co słychać w nieco rozbudowanym i bardziej stonowanym „Legions Of Metal”. Nie mogło zabraknąć tutaj również krótkich, zwartych, dynamicznych utworów jak „Uleash the Kraken” będący również instrumentalnym utworem i w podobnym stylu jest jeszcze tutaj „Fired Up”. Bardziej epicki, bardziej mroczniejszy jest tutaj „The Heretic” czy rytmiczny „Nightrider”. Podobnie jak IRON MAIDEN zespół skonstruował tutaj prawdziwego kolosa trwającego koło 13 minut i „Montezuma”, który zawiera wszystko co składa się na styl IRON MAIDEN i znajdziemy tutaj wszystko od wolnych temp, po szybsze, spory rozrzut melodii i całościowy jest to znakomity kawałek.


Kto lubi stare IRON MAIDEN, kto lubi solidny heavy metal przesiąknięty latami 80, kto bardziej przywiązuje uwagę do samych melodii, a mniejszą do świeżości i oryginalności, ten polubi debiutancki album IRON KINGDOM. Pozycja obowiązkowa dla maniaków heavy metalu lat 80 i IRON MAIDEN.

Ocena: 8/10

czwartek, 28 lutego 2013

ACCESS DENIED - Touch Of Evil (2011)

Skoro udało się wybić na arenie międzynarodowej CRYSTAL VIPER to czemu innemu zespołowi ta sztuka może się nie udać? Nie siedzę w naszej rodzimej scenie metalowej, ale ciężko o dobry zespół, który mógłby pójść śladem CRYSTAL VIPER. Być produktem, który można promować za granicą. CRYSTAL VIPER posiada te wszystkie cechy, które są potrzebne dobremu zespołowi, a mianowicie charyzmatyczny wokal, umiejętność stworzenia przebojów, dobra gra na instrumentach i ciekawy pomysł na granie. Tak się składa, że jest zespół, który mógłby pójść drogą CRYSTAL VIPER, a tym zespołem jest ACCESS DENIED, który pochodzi z Sopotu.

Ten nasz rodzimy zespół również jak CRYSTAL VIPER gra heavy metal przesiąknięty latami 80, energiczny, melodyjny metal z cechami IRON MAIDEN czy JUDAS PRIEST. Sopocki zespół również stawia na angielski język i kobiecy wokal. Zespół został założony w 2003 roku i do tej pory nagrał dwa albumy, z czego „Touch Of evil” ukazał się w roku 2011 i to właśnie na tym wydawnictwie chciałbym się skupić, ponieważ jest bardziej dopracowanym i przemyślanym krążkiem aniżeli debiut. Tutaj cała ta machina działa tak jak powinna. Jest mocna sekcja rytmiczna, która zapewnia odpowiedniego kopa, jest charyzmatyczny wokal Agnieszki Sulich, który nasuwa oczywiście Martę czy też inne heavy metalowe kapele z kobiecym wokalem jak choćby WARLOCK. Można wytknąć pewnie nie dociągnięcia techniki, czy też zadziorności, jednak świetnie wokal Agnieszki wpasowuje się do prostej, melodyjnej warstwy gitarowej, gdzie Krauze/Kolankiewicz darują sobie kombinowanie, czy też granie technicznie. Skupiają się na prostym, melodyjnym graniu co wychodzi całkiem dobrze. Brzmienie tutaj nie należy do światowej czołówki, ale jest czyste i tak dopracowane, co pozwala słuchać zawartości bez zażenowania. Choć brzmienia ani szata graficzna nie robi jakiegoś wrażenia, to jednak do zespołu można w dość łatwy sposób się przekonać, a wszystko za sprawą zawartości.

Na płycie znajdziemy 9 krótkich, zwartych kompozycji utrzymanych stosunkowo w średnim tempie, w melodyjnym charakterze. „Messenger of Death” to mocny kawałek i choć ma taki oklepany motyw, choć pełno tu IRON MAIDEN, to jednak fajnie się tego słucha. Cięższy i mroczniejszy się wydaje „Suicide Mind”, który ma więcej cech JUDAS PRIEST i tutaj już można usłyszeć tą przebojowość. „One Night” bardziej hard rockowy wciąż miły dla ucha. „Violence of Mind” też solidny heavy metal wzorowany na IRON MAIDEN i tutaj na pewno na wyróżnienie zasługuje solówka i melodyjność. „Secret Place” to z kolei najbardziej rozbudowany utwór i zarazem najbardziej klimatyczny, z dobrze wykorzystanymi motywami balladowymi. Cała reszta również miła dla ucha i utrzymany w średnim tempie, z prostym, melodyjnym motywem na tapecie.

Potencjał jest i to nawet słychać, bo zespół grać potrafi. Jest charyzmatyczna wokalistka, jest umiejętność wykreowania dobrych melodii, a jedynie czego brak to prawdziwych killerów, przebojów, które mogłyby podbić zachód. Czas pokaże, co ta kapela zaprezentuje w przyszłości. Na dzień dzisiejszy to solidna kapela grająca heavy metal, jaki jest nieco oklepany i mało przekonujący. Jednak „Touch of Evil” to solidny album metalowy, którego można śmiało słuchać w zaciszu domowym.

Ocena: 6/10

niedziela, 12 lutego 2012

ELVENSTORM - Of Rage And War (2011)


Z moim słuchem chyba nie jest najlepiej kiedy słuchając kapeli z kobietą w roli wokalistki byłem święcie przekonany że śpiewa facet z manierą Larsa Ramcke, czy Kai'a Hansena, zresztą nie pierwszy raz się spotykam z kobiecym wokalem złudnie podobnym do męskiego. Teraz pewnie się zastanawiacie co to za kapela? Co gra i skąd pochodzi? Otóż moi drodzy, tą kapelą jest francuski ELVENSTORM, który gra miks heavy/speed i power metalu. Kapela młodziutka bo została założona stosunkowo nie dawno, bo w roku 2008 i przez ten czas wydali jedno demo i debiut, który ukazał się w nie dalekiej przeszłości. Debiut „Of Rage And War” ujrzał światło dzienne w roku poprzednim czyli 2011. Kiedy przesłuchałem owego debiutu to normalnie się uradowałem jak nigdy, bo po ostatnim albumie STORMWARRIOR czułem pustkę i brakowało mi czegoś w podobnym stylu i chyba się w końcu doczekałem. Muzyka ELVENSTORM to jednak nie tylko wyżej wymieniony zespół, bo właściwie pole manewru jest bardzo szeroki i znajdziemy tutaj bez większych problemów patenty, które są charakterystyczne dla RUNNING WILD, IRON MAIDEN, czy też HELLOWEEN. To sprawia, że kapela właściwie jest jedną z wielu podobnie grających, ale wyróżnia ją to że tworzy muzykę, która w przeciwieństwie do dzieł innych kapel zostaje w pamięci, chodzi całe dnie za słuchaczem. Melodie, aranżacje i samo kompozytorstwo jest na takim poziomie, że ciężko to nazwać amatorszczyzną, czy debiutem. W sumie duża w tym zasługa samych muzyków, zwłaszcza wokalistki Laury Ferrux, która śpiewa przede wszystkim melodyjnie i bardzo rytmicznie. Może jest to dalekie od jakiegoś ideału technicznego. Swoje piętno na muzyce ELVENSTORM odcisnął również i chyba w największym stopniu gitarzysta Michael Hellstrom , który wygrywa naprawdę miłe dla ucha partie gitarowe. Riffy są ostre, dynamiczne i pełne zadziorności, zaś solówki pełen wigoru i wyczucia. To właśnie wygrywane przez niego melodie, przedłożyły się na to, że mamy naprawdę bardzo udany krążek. „Of rage And War” to nie tylko miła dla okładka, to nie tylko dopracowane , wykrystalizowane brzmienie to przede wszystkim, wyrównany, na swój sposób zróżnicowany materiał, gdzie od początku do końca mamy przeboje.

Otwarcie albumu w postaci „Winds of War” właściwie zdradza niemal wszystko co chcemy wiedzieć na temat krążka. Już na wstępie słuchacz dowiaduje się jak ogromne znaczenie w muzyce ELVENSTORM odgrywa melodia. To właśnie melodyjny riff nawiązujący do RUNNING WILD, STORMWARRIOR, czy też bardziej współczesnego CRYSTAL VIPER jest tego najlepszym dowodem. Mało to oryginalne, ale gdzieś w tym wszystkim jest złoty środek, którym jest satysfakcja słuchacza. Pod względem dynamiki, pod względem szybkości czy zadziorności, albo przebojowości wiele nie odbiega „Rebirth” z tym że tutaj słychać nieco cięższy riff, słychać też partie basu wzorowane na działalności IRON MAIDEN. „Witchhammer” jest tym czego się spodziewałem po ostatnim STORMWARRIOR, a więc energia, szybkość, żywiołowość i przebojowość na wysokim poziomie. Do tego to tło rycerskiego metalu. Skoro już mowa o rycerskim klimacie, to nie można tutaj pominąć utrzymanego w średnim tempie „Strugle within”, który ma coś z MANOWAR. Stary STORMWARRIOR słychać też w speed/power metalowym „Black Visions” czy też melodyjnym „Kill The Deceivers”, czy rozpędzonym „Stand Thy Fall”. W takiej szybkiej, speed/ power metalowej formule, gdzie słychać sporo niemieckiej solidności jest utrzymany zamykający album „Legions Of Steel” który ma coś z niemieckiego SCANNER. Nieco odstaję stylistycznie taki „Raven In A Blackened Sky” który jest nieco toporniejszy, nieco bardziej stonowany, przez co nie sposób nie skojarzyć go z niemieckim heavy metalem.

„Of Rage And War” to album na jaki czekałem od premiery ostatniego albumu STORMWARRIOR. Pełen wigoru, atrakcyjnych, zapadających melodii, pełen energii, pełen dynamiki i solidności materiał, gdzie znaczącą rolę odegrały umiejętności muzyków, a także sam pomysł na poszczególne kompozycje, które śmiało można nazwać przebojami. Muzyka może i daleka od oryginalności, może i brzmią jak inne zespoły, ale mają to coś czego niektórym po prostu brakuje. Potrafią nagrać interesujący materiał, który nie nudzi, ba jeszcze zaprasza słuchacza do uczestniczenia. Z miłą chęcią popatrzę jak ten zespół wygryza CRYSTAL VIPER, który przeżywa obecnie kryzys. Ocena: 8.5/10

środa, 8 lutego 2012

DRAGONSCLAW - Prophecy (2011)


Internet to narzędzie które pozwala w sposób najszybszy i najłatwiejszy przejrzeć wszelkie nowinki w danej dziedzinie. W kategorii: muzyka heavy metalowa cały czas pojawiają się jakieś nowości, jednak ich zbyt duża liczba często może uśpić naszą czujność dlatego warto być na bieżąco z wszelkimi newsami i tak w natłoku różnego rodzaju newsów natknąłem się na zespół australijski DRAGONSCLAW, który gra power metal z domieszką heavy metalu. Co mnie przyciągnęło w tej młodej kapeli, to niezwykły dar do przyciągnięcia uwagi. Wystarczyły tylko próbki z sesji nagraniowej i okładka frontowej i już byłem kupiony tym zespołem. Oczywiście od razu rozpocząłem akcją oswajania się z samą formacją. Ich początki sięgają roku 2007 kiedy to kapelę powołał do życia gitarzysta Ben Thomas będący pod dużym wpływem ADAGIO, SYMPHONY X, czy też KAMELOT, a cały band uformował się dopiero w 2010 r i w składzie: Ben Thomas – gitara, Giles Lavery – wokal, Ray Martens – klawisze, Aaron Thomas – bas nagrali swój debiutancki album 'Prophecy” mający swoją premierę stosunkowo nie dawno. Czego należy się spodziewać po tym krążku? Przede wszystkim melodyjnego grania w której poza wcześniej wspomnianymi zespołami można wyłapać też odesłania do twórczości HELSTAR, JUDAS PRIEST, czy też EDEN CURSE. Do tego nadzwyczaj udana produkcja albumu podkreślająca jego dynamikę, agresję a także melodyjność. Jednak co mnie najbardziej urzekło to umiejętności muzyków i właściwie każdy z nich ma coś do zaoferowania. Ben Thomas to gitarzysta, który łączy sobie cechy gitarzysty zarówno oddanym ostrym, energicznym partią, a także wioślarza który stawia na pierwszym miejscu rytmikę, feeling i finezję. Ben potrafi znaleźć złoty środek między tymi dwoma obliczami. Świetnie dopasowane zostały partie klawiszowe Raya Martensa, które nadają muzyce DRAGONSCLAW odpowiedniej przestrzeni, luzu, swobody i melodyjności. Co do sekcji rytmicznej, niczym specjalnym się nie wyróżnia i wysoki standard został i w tym przypadku zachowany. Jest dynamicznie, jest różnorodnie, więc na monotonność nie można w tej kwestii narzekać. I na koniec wg mnie największa gwiazda zespołu, a mianowicie wokalista Giles Levery, który spełnia kryteria najlepszych wokalistów i uważam że z taką skalą i charyzmą ma on świetlaną przyszłość przed sobą.

Boom i z wielkim rozmachem zaczyna się album bo na starcie mamy ostry ”Darkness Within” oparty na riffie wzorowanym „Painkilerze” JUDAS PRIEST. Muszę przyznać, że dynamika, melodyjność, oraz cała konstrukcja musi się podobać, bo jest to zrobione z niezwykłym wyczuciem i smakiem. Solówki pełne energii i lekkości, a to ciekawie kontrastuje z ostrym riffem i niezwykle imponującym wokalem Gilesa, który pokazuje że mamy do czynienia z klasą światową. Bez wątpienia jedna z najlepszych kompozycji na albumie, jeśli nie najlepsza. Podoba mi się to jak świetnie uzupełniają się partie klawiszowe i gitarowe co słychać świetnie w melodyjnym "Fight For Your Life" , który został wg mnie przyozdobionym najbardziej chwytliwym refrenem, który będzie na pewno wspominany przy rozliczeniach tegorocznych. Znów Ben daje upust uczuciom w solówce i gdzieś w tym wszystkim można się doszukać pewnych nawiązań do neoklasycznego grania. Różnorodność to cecha która należy utożsamiać z albumem „Prophecy” i świetnie to odzwierciedla taki „Angels In White” będący nieco przeciwieństwem poprzednich kompozycji, gdzie mamy wolniejsze tempo, bardziej rockową konstrukcję, ale niezmienna pozostała dawka melodii i atrakcyjnych linii wokalnych. Mamy tez bardziej urozmaicone kompozycje jak choćby "Defenders Of the Skies" z gościnnym udziałem Alessandro Del Vecchio (Edge Of Forever, Eden’s Curse,). Skoro już wkroczył w temat gości to warto też wspomnieć o nieco progresywnym, "Prophecy Is A Lie" gdzie występuje Blaze Bayley, którego przedstawiać chyba nie muszę. Potem jest seria szybkich, melodyjnych petard power metalowych w postaci „Life Through Anubis' Eyes” z popisem wokalnym Gilesa, zadziorny „ Rising Power” gdzie mamy bardziej złożone partie gitarowe. W takiej konwencji utrzymany jest również „Devil's Firey Dance”, czy też bardziej nastrojowy „The Unknown Horizon” przemycający cechy neoklasycznego grania. Słychać znaczącą rolę klawiszy i orkiestracji. Najlepsze na koniec? Na to wychodzi że „Revolutionary Suicide” stanowi opus magnus płyty. Tutaj mamy wszystko i zarazem coś więcej. Są te ostre riffy, są te szybkie partie, są te finezyjne solówki, ale jest coś więcej. Jest nastrój, zróżnicowanie, napięcie, urozmaicenie, no i świetnie wplątany podniosły, symfoniczny motyw w środkowej fazie kawałka.

Daruję sobie podsumowanie i powiem tylko jedno, brać w ciemno, bo płyta została przygotowana z wielkim zapałem i miłością do muzyki. Są i ostre partie gitarowe, są i melodie , jest i momentami nastrój i podniosły feeling. Zespół nie pozwolił na monotonność i jednostajność, zamiast tego jest różnorodność i niezwykła równość, co sprawia że słuchania owej płyty jest strasznie satysfakcjonujące. Ocena: 9/10

ANTICHRIST - Forbidden World (2011)


Patrząc na poczynienia większości kapel thrash metalowych zarówno tych określanych mianem wielkich, czy tez weteranów jak i tych młodych to ma się wrażenie że ktoś jakby odciął im jaja zabierając tym samym ich agresję, jad i całą tą niespożytą energię. Jasne, że i od tej reguły znajdziemy wyjątki. Jednym z nich nie będzie młodziutki ANTICHRIST wywodzący się ze Szwecji. Założona w 2005 r formacja po licznych demach w końcu w 2011 roku wydała swój debiutancki album „Forbidden World” który diametralnie podbił serca słuchaczy. A to z tego względu że mało który młody zespół gra z taką z pasją i z takim oddaniem tradycji. ANTICHRIST łączy w sobie agresję kapel z Bay area z niemiecką szkołą thrash metalu. Słychać na tym albumie odnośniki do EXODUS, KREATOR,SLAYER, DESTRUCTION, czy MORBID SAINT. To wyjaśnia kwestię tego że zespół nie odkrywa ameryki, nie wnosi niczego nowego do gatunku, ale odświeża formułę, interpretuje ją na nowo i to musiało porwać tłumy. Brzmienie też idealnie zostało dopasowane do całości i innych elementów, bo zrezygnowano z krystalicznego, dopieszczonego technicznie brzmienia na rzecz, nieco przybrudzonego, takiego można rzec w stylu lat 80/90. Nazwa zespołu i styl grania jest adekwatny do warstwy lirycznej która porusza się wokół zła, okultyzmu, przemocy i ciemności. Fenomen muzyki ANTICHRIST polega na tym, że potrafią sprzedać mimo tej brutalności, mimo tej dzikości, atrakcyjne melodie, atrakcyjne dla słuchacza solówki, które są finezyjne, rytmiczne i pełne wyczucia, co tym samym zbliża jej do łagodniejszych odmian metalu, takich jakich choćby speed/ power/ heavy metal. I to jest największy atut ANTICHRIST i ich debiutanckiego albumu.

Otwierający „Dark Sorcery” byłby kolejnym rozpędzonym utworem, który pędzi nie wiadomo gdzie, bez jakiś hamulców i rozkładu jazdy. A tutaj jest harmonia w tym wszystkim. Bo pod powierzchniową powłoką w postaci dynamiczności, niezwykłej szybkości i brutalności jest ukrywa się drugie oblicze zespołu, ich druga twarz którą można utożsamiać z melodyjną, łagodniejszą odmianą metalu, czy to power czy to speed metal. Duża w tym zasługa duetu gitarzystów Runessona/ Forsulnda, którzy potrafią coś więcej niż tylko grać szybko i ostro. I choć zespół nie grzeszy oryginalnością, ani tym bardziej zróżnicowaniem to jednak potrafi zaciekawić słuchaczy drugim niemal podobnym utworem do pierwszego. Na czym polega trick, że „Militia of Death” jednak nie usypia? Atrakcyjność i pomysłowe rozwiązanie co do partii gitarowych i to one wg mnie zapewniają rozrywkę słuchaczowi, nawet jeśli utwór jest bliźniaczo podobny do wcześniejszego. Ta sama reguła tyczy się „Torment In hell” i zobaczcie że wystarczyło tylko wplatać w to wszystko taki speed/ heavy metalowy motyw gitarowy odegrany jakby w szybszej wersji. Do tego prosty i przejrzysty refren, który oddaję do bólu styl KREATOR. I kto by pomyślał, że pomiędzy mięsem armatnim znajdzie się miejsce na balladę. Co z tego, że krótką, co z tego że instrumentalną, ale wolny kawałek to jednak wolny kawałek. Nie narusza ona konstrukcji płyty, ani jego poziomu. Tak więc” Forbidden World” to chwila odpoczynku przed kolejną dawką ostrego thrashu. W dalszej części narzucone wcześniej podtrzymuje melodyjny „Victims Of the blade” z energiczną solówką, czy też brutalny „Sign Of the beast” ukazujący agresywniejsze oblicze wokalisty Stekena, który tutaj odszedł na chwilę od śpiewania w stylu Schmiera na rzecz Mille Petrozzy. W takim stylu jest tez utrzymany „Death rays” czy też zamykający „Terror Dimension”, a więc szybkie killery górą. Ale na tym nie kończy się album „Forbidden World”. Atrakcyjną tego albumu wg mnie są dwa kolosy, które ukazują nieco ambitniejsza stronę zespołu. Pokazuje, że można stworzyć 8 minutowy utwory, które nie nudzą, które złożone są z licznych atrakcyjnych, bardziej wyszukanych motywów i linii melodycznych. Taki właśnie jest mroczny „Necropolis” i instrumentalny „Minotaur”, który jest wg mnie najlepszym przykładem, że zespołowi są w głowie melodie wyjęte wręcz z konwencji heavy/speed / power metalowej. Ileż tutaj motywów godnych samego IRON MAIDEN. I wszystko to przeniesione do thrash metalu.

Płyta na pewno spełni kryteria i wszelkie zachcianki fanów ostrego, dynamicznego thrash metalu z lat 80/90 i chyba nie tylko. „Forbidden World” i zespół ANTICHRIST to nadzieja thrash metalu na lepsze jutro i dowód na to, że można grać bezkompromisowo, bez tej marketingowej komercji. Brać w ciemno. Ocena: 10/10

czwartek, 29 grudnia 2011

MIDNIGHT CHASER - Rough And Tough (2011)


Czasami mam wrażenie, że biorę udział w wojnie klonów, która miała miejsce w „Atak Klonów” z serii Gwiezdnych Wojen. Nie da się ukryć, że niczym wirus rozprzestrzenia się tworzenie młodych kapel, które chcą grać w stylu kapel heavy metalowych grających w latach 80 i niczym plaga pojawia się na scenie muzycznej spora liczba klonów JUDAS PRIEST, IRON MAIDEN, SAXON. Z jednej strony miło, że ktoś sięga do korzeni, do klasyki, ale jeśli nie ma się pomysłu, jeśli muzycy będą muzykami przeciętnymi, wręcz rzemieślnikami, to nic z tego i tak nie wyjdzie. W tym roku było pełno takich kapel i do grona tych słabszych trzeba zaliczyć MIDNIGHT CHASER. Jest to amerykańska kapela heavy metalowa, która została założona w 2008 roku i w tym roku zadebiutowała albumem „Rough And Tough”. Celem zespołu jest grac w stylu lat 80 i chęć bycia drugim JUDAS PRIEST, co jest wygórowanym marzeniem. Kapela nie grzeszy umiejętnościami i właściwie można rzec grać potrafią, nawet melodyjnie, nawet w taki sposób, że da się tego słuchać. Ale wtórność i brak jakiejś własnej inwencji twórczej szybko weryfikuje owy materiał zawarty na albumie. Można rzec, że ta biedna, komiksowa okładka, która na kilometr wieje kiczem odzwierciedla zawartość, która też jest daleka od ideału. Jest prostota i czasami właśnie ta prostota i oklepane patenty, a także sposób ich podania wpływają na ostateczny werdykt. Zespół nie stać na jakieś ambitne teksty „Awesome Party” jest tego nie zbitym dowodem, ale melodyjność i łatwo wpadający motyw gitarowy, pozwala przebrnąć przez ową kompozycję. Tutaj jednak już można szybko wyłapać największe minusy zespołu i ich stylu. Przeciętne umiejętności muzyków to największa bolączka tego albumu, zwłaszcza wokal Scotta Atwooda, który nie umie wg mnie śpiewać i strasznie się męczy. Stephen Lauck jako gitarzysta też nie oczarowuje, ale przynajmniej wygrywa proste i melodyjne partie gitarowe, które nie mają za grosz oryginalności. Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że większość kompozycji brzmi podobnie. „Out On Your Shield” czy „Rough And Tough” brzmią tak samo, zresztą ten przypadek dotyczy całej płyty. Ma się wrażenie, wszystko leci na jednym motywie, jednym riffie. Nieco inaczej brzmi „Cougar'd”, który przemyca nieco hard rockowych patentów, „HotShot” z kolei ma rock'n rollowy feeling, no i wyróżnia się „Dynamite”, ale to z tego względu że to cover SCORPIONS. Który brzmi wg mnie komicznie, zwłaszcza pod względem wokalnym. Ani z obcym ani z własnym materiałem sobie nie radzą do końca i właściwie zostaje z tego odsłuchu że grali w stylu JUDAS PRIEST i że robili to na niskim poziomie. Najlepiej wypada z tego albumu brzmienie, które jest takie rasowe, takie zadziorne, szkoda że materiał jest niskich lotów i że jest on tak kiczowaty jak ta okładka, która zdobi ten album. Oj było wiele ciekawszych propozycji w ramach grania heavy metalu w stylu lat 80. Tym panom dziękuję, wolę posłuchać oryginalnego JUDAS PRIEST niż marny klon. Ocena: 5/10

ANCIENT BARDS - Souless Child (2011)


Symphonic Power Metal to gatunek, który w tym roku jakoś nie zachwyca i ostatnio coś ciężko o dobry album z tego gatunku. Dwa największe tuzy czyli NIGHTWISH i WITHIN TEMPTATION nie zachwyciły, DRAGONLAND też mi nie przypadł do gustu i chyba obroną ręką z tej przepychanki wychodzi włoski ANCIENT BARDS. Nie, nie jest to żaden tribute to BLIND GUARDIAN, a włoski band założony w 2007 roku z inicjatywy klawiszowca Daniele Mazza, który jest osobą odpowiedzialną za repertuar. Zespół w tym roku wypuścił na światło dzienne swój drugi album, który został zatytułowany „Souless Child” i jest to album kierowany do fanów WITHIN TEMPTATION, czy NIGHTWISH, ale też EPICA, czy RHAPSODY. Może NIGHTWISH wniósł owy gatunek na bardziej spektakularny poziom, może nagrał album cechujący się przepychem, ale to ANCIENT BARDS nagrał lepszy album a to z tego względu że tu jest nie tylko symphonic, ale jest też power metal i tego przecież wymaga gatunek. Atutem albumu i muzyki ANCIENT BARDS jest Sara Squadrani, który potrafi śpiewać czysto, ale i tez energicznie, co jest tutaj wręcz pożądaną cechą. Drugim atutem jest pomysłowość na kompozycje i umiejętności muzyków, które słychać niemal na każdym kroku. Duet gitarzystów Pietronik/Belducci dostarczają sporo elektryzujących riffów, sporo atrakcyjnych melodii i słychać ten power czego nie mogę powiedzieć o albumach konkurencji. Daniele Mazza też dba o podniosłość i bogactwo całości, natomiast nowy perkusista niczym nie ustępuje reszcie muzyków. Produkcja albumu jest na bardzo wysokim poziomie, choć mam wrażenie że nie na tak wysokim co choćby na albumie NIGHTWISH. Potęga tego albumu tkwi w samych kompozycjach, które są same w sobie atrakcyjne. Zaczyna się typowo bo od klimatycznego intra, gdzie jest nacisk na emocje, na klimat i z tego zadania „Struggle For Life” się wywiązuje. „To The Master Of Darkness” to bardzo energiczna kompozycja, oddająca charakter symphonic power metalu, uwypuklając jego najważniejsze cechy, czyli doniosły kobiecy wokal, podniosłe, klimatyczne chórki, znacząca rola klawiszy, które zapewniają przestrzeń i melodyjność owej kompozycji, ale całość osadzona w power metalowej stylizacji, gdzie liczy się dynamiczność i melodyjność. W takiej formie jest też podany „Gates Of Noland” choć tutaj bardziej wyróżnia się urozmaicona i dynamiczna sekcja rytmiczna. Nie wiele od tego odbiega „Broken Illusions”, który z kolei wskazuje jak wiele do powiedzenia mają gitarzyści i to jaki mają wpływ na wydźwięk poszczególnych kompozycji, to oni dostarczają przysłowiowego kopa i moc. To odróżnia ANCIENT BARDS od wcześniej wspomnianych kapel. Do tej power metalowej stylizacji zalicza się też energiczny „Valiant Ride”.Zespół wg mnie nieco przesadził z „All that is true”, który jak na balladę jest najzwyczajniej za długi, co na dłuższą metę nieco nudzi, ale to nie oznacza, że utwór jest do bani. Emocje, nastrój jest z górnej półki. I z kolosów wolę już rozbudowany „Souless Child”, który jest skupiskiem ciekawych motywów, momentami bardzo filmowych. W stylu NIGHTWISH jest „Through My Veins”, zaś 14 minutowy „Hope Dies Last” trzeba przesłuchać kilkakrotnie żeby ogarnąć wszystkie motywy i melodie tam pojawiające się. To wszystko sprowadza tylko do jednego wniosku, że to jedna z ciekawszych propozycji w tym gatunku, który ostatnio nieco przeżywa kryzys. Ocena: 7.5/10