Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Speed Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Speed Metal. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2026

THE SCEPTER - Shadows in the Tower (2026)


 Można odnieść wrażenie, że klasyczny heavy metal przeżywa obecnie drugą młodość. Coraz więcej młodych zespołów inspiruje się legendami gatunku i z powodzeniem przenosi ich brzmienie do współczesności. Tą drogą podąża również kanadyjski The Scepter, który po kilku latach działalności i świetnie przyjętych singlach zadebiutował albumem "Shadows in the Tower". Płyta ukazała się 24 lipca i bardzo szybko skradła serca fanów takich kapel jak Enforcer, Traveler czy Riot City. Już po pierwszym przesłuchaniu słychać, że w The Scepter drzemie ogromny potencjał.

Największą gwiazdą zespołu jest bez wątpienia wokalista Jean-Pierre Abboud, doskonale znany z Gatekeeper oraz Traveler. To niezwykle utalentowany i charyzmatyczny frontman, który potrafi nadać kompozycjom odpowiednią dawkę drapieżności, energii i charakteru. Nie byłoby jednak tak entuzjastycznych opinii o tym materiale, gdyby nie znakomity duet gitarzystów Collins/Walsh. Panowie doskonale się rozumieją, a ich zgrane partie gitar zachwycają melodyką i wyczuciem. Stawiają na klasyczne rozwiązania, które w ich wykonaniu brzmią świeżo i niezwykle przekonująco. Czuć w tym ogromną pasję oraz autentyczną miłość do heavy metalu. Dodatkowym atutem zespołu jest umiejętność komponowania chwytliwych utworów i refrenów, które na długo pozostają w pamięci.

Jedynym poważniejszym minusem albumu jest jego długość. Niespełna 29 minut to zdecydowanie za mało, zwłaszcza że materiału słucha się z ogromną przyjemnością. Już od otwierającego "Riding Out" słychać, że zespół doskonale odnajduje się w estetyce wyznaczonej przez Riot, Tokyo Blade, Helloween czy Enforcer. Galopujące riffy, melodyjne partie dwóch gitar oraz charakterystyczny głos Jean-Pierre'a Abbouda tworzą znakomitą mieszankę klasycznego heavy i power metalu. Muzycy nie próbują na siłę odkrywać gatunku na nowo – stawiają na sprawdzone patenty, realizując je z dużym wyczuciem i autentycznym zaangażowaniem.

Bardzo przyjemnie buja "Where Art Thou", w którym wyraźnie słychać wpływy Iron Maiden oraz klasycznej sceny NWOBHM. To właśnie takie momenty dodają albumowi różnorodności. Mocnych punktów jest jednak znacznie więcej. "Protector of the Skies" oraz "Burn Bundy Burn" imponują energią i chwytliwymi refrenami. Zespół potrafi zaskoczyć dynamiką i umiejętnie wplata elementy power metalu spod znaku wczesnego Helloween. Muszę przyznać, że takie granie wyjątkowo trafia w mój gust. Z kolei pełen pozytywnej energii "Drink On" przemyca wpływy Running Wild, pozostawiając słuchacza w klimacie klasycznego heavy metalu lat 80. "Dunes" prezentuje bardziej epickie oblicze zespołu i wyraźnie nawiązuje do wczesnego Blind Guardian. Całość wieńczy tytułowy "Shadows in the Tower", który stanowi doskonałe zakończenie albumu i pozostawia ogromny apetyt na kolejne wydawnictwo.

Największym atutem płyty są znakomite melodie oraz harmonijne partie gitar. The Scepter udowadnia, że nie potrzeba technicznych fajerwerków, aby pisać angażujące i zapadające w pamięć utwory. Nie wszystko jednak wypada idealnie. Produkcja jest momentami nieco zbyt surowa i chwilami brakuje jej większej siły uderzenia. Zdarzają się również fragmenty, które można było odrobinę skrócić, choć przy tak krótkim czasie trwania albumu nie stanowi to większego problemu.

Mimo tych drobnych niedociągnięć "Shadows in the Tower" to znakomity i niezwykle obiecujący debiut. The Scepter udowadnia, że ma świetne wyczucie melodii, duży talent kompozytorski i doskonale odnajduje się w klasycznym heavy metalu. Jeśli na kolejnej płycie muzycy dopracują produkcję i utrzymają tak wysoki poziom kompozytorski, mogą śmiało dołączyć do czołówki współczesnej sceny tradycyjnego heavy metalu. Dla mnie to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń tego roku. Z pewnością będę często wracał do tej płyty, ponieważ zawiera wszystko to, za co od lat kocham heavy metal.

Ocena: 9/10


środa, 8 lipca 2026

HELLIONIGHT -Witche's sabbat (2026)


 

Po dekadzie od wydania debiutanckiej EP-ki pochodzący z Bahrajnu Hellionight powraca ze swoim pierwszym pełnometrażowym albumem Witches' Sabbat, który ukazał się 3 lipca 2026 roku. Płyta pozostaje wierna korzeniom speed i thrash metalu, a jednocześnie brzmi dojrzalej i bardziej świadomie niż wcześniejsze dokonania zespołu. To kolejna formacja stawiająca na klasyczny speed/thrash metal, wyraźnie czerpiąca inspiracje z twórczości Exciter, Sodom czy Venom. Choć podobnych albumów ukazało się w tym roku niemało, Hellionight udowadnia, że potrafi pisać solidne utwory i nagrał materiał godny uwagi.

Największą zaletą albumu jest jego konsekwencja. Hellionight nie próbuje na siłę unowocześniać swojego brzmienia ani podążać za aktualnymi trendami. Zamiast tego stawia na sprawdzone metalowe wartości: wyraziste riffy, dynamiczne tempo oraz mroczną atmosferę inspirowaną estetyką lat 80. Głównym motorem napędowym zespołu jest Omar Zainal, odpowiadający za wokale, partie gitarowe oraz bas. Muzyk stawia na klasyczne zagrywki, szybkość i agresję, a jego charakterystyczna barwa głosu dodaje całości rasowego thrashmetalowego pazura.

Na pochwałę zasługuje również produkcja. Jest przejrzysta, a zarazem odpowiednio surowa, dzięki czemu każdy instrument wybrzmiewa wyraźnie, nie tracąc przy tym koncertowej dzikości i energii. Nawet okładka doskonale oddaje klimat albumu i stanowi wizualne dopełnienie muzycznej zawartości.

Już otwierający album „Extermination Now!” narzuca zawrotne tempo i nie pozostawia wątpliwości, że priorytetem jest tutaj energia. Gitary atakują ostrymi riffami, sekcja rytmiczna pędzi bez chwili wytchnienia, a wokale balansują pomiędzy klasycznym speed metalem a thrashową agresją. Kolejne utwory, takie jak „The Electric Chair” czy „Temple of Madness”, utrzymują wysoki poziom intensywności, oferując jednocześnie chwytliwe refreny i dobrze skonstruowane solówki. Warto dodać, że kompozycje te były już znane z EP-ki wydanej w 2016 roku.

Dalej otrzymujemy rozpędzony i niezwykle melodyjny „Luciferian Pride”, który skutecznie podtrzymuje dynamikę albumu. Zespół nie prezentuje tutaj niczego przełomowego, jednak nadrabia to zaangażowaniem i dbałością o szczegóły. Utwory takie jak „Souls of Evil” czy bardziej przebojowy i rytmiczny „Evilust” pokazują, że Hellionight potrafi urozmaicić materiał i nie ogranicza się wyłącznie do bezrefleksyjnej jazdy na pełnym gazie.

Problem pojawia się jednak w kwestii oryginalności. Na albumie trudno znaleźć elementy, które mogłyby zaskoczyć słuchacza lub wyróżnić zespół spośród wielu podobnych przedstawicieli współczesnej sceny speed/thrash metalowej. Chociaż muzycy sprawnie operują gatunkowymi schematami, momentami daje się odczuć pewną przewidywalność. Tytułowy „Witches' Sabbat” dobrze podsumowuje charakter całej płyty – jest ciężki, pełen diabolicznego klimatu i oparty na zapadającym w pamięć gitarowym motywie.

Witches' Sabbat to udany pełnometrażowy debiut Hellionight – album wypełniony szybkimi riffami, chwytliwymi melodiami i oldschoolowym duchem metalu. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale skutecznie przypomina, dlaczego speed i thrash metal wciąż potrafią dostarczać ogromnej dawki adrenaliny. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów klasycznego grania, którzy cenią szczerość, energię i bezkompromisowe podejście do muzyki. Mimo pewnej monotonii oraz braku świeżości pozostaje to solidne wydawnictwo, które powinno zainteresować miłośników tradycyjnego speed/thrash metalu.

Ocena: 6,5/10

poniedziałek, 6 lipca 2026

STEELBALLS -Rebels (2026)


 

Do tej pory argentyński zespół Steelballs ani razu mnie nie zawiódł, konsekwentnie dostarczając świetnie wyważoną mieszankę heavy i speed metalu z wyraźnymi naleciałościami power metalu. W ich twórczości można odnaleźć wpływy takich formacji jak, czy nawet .Na albumie Rebels Steelballs po raz kolejny udowadnia, że klasyczny heavy i speed metal nadal może brzmieć świeżo i ekscytująco, jeśli stoi za nim pasja, szczerość oraz doskonałe wyczucie melodii. Wydana 22 czerwca 2026 roku płyta zawiera dziewięć utworów i trwa niespełna 38 minut – ani sekundy za długo. To już trzeci album w dorobku formacji działającej od 2013 roku i zarazem prawdziwa uczta dla fanów tradycyjnego metalowego grania.

W porównaniu z poprzednim wydawnictwem w składzie zaszła niewielka zmiana. Za perkusją zasiadł Manuel Vivona, który sprawnie wkomponował się w stylistykę zespołu. Trzon Steelballs nadal tworzą utalentowani gitarzyści Juan Herrera oraz Jorge Sam Roman. Muzycy stawiają na sprawdzone rozwiązania: zadziorne riffy, wysokie tempo i chwytliwe melodie. Ich fascynacja klasyką gatunku oraz złotą erą metalu lat 80. jest wyraźnie słyszalna, ale nie przybiera formy bezmyślnego kopiowania. Całość znakomicie spaja charyzmatyczny wokal Juan Pablo Churruarina. Jego śpiew łączy drapieżność z melodyjnością, nadając kompozycjom charakteru i autentyczności. To właśnie dzięki niemu album zachowuje oldschoolowy klimat i przywołuje ducha klasycznego heavy metalu. Zespół zadbał o każdy detal, dzięki czemu słuchacz nie ma czasu na znużenie.

Największym atutem Rebels są świetnie napisane gitarowe melodie oraz naturalna, niemal koncertowa energia. Solówki robią wrażenie, ale nie dominują nad kompozycjami, a refreny szybko zapadają w pamięć. Produkcja zachowała odpowiednią surowość, przez co materiał nie traci autentyczności i brzmi jak rasowy metalowy manifest, a nie sterylnie wygładzony produkt. 

Już otwierający album „Warrior” jasno pokazuje, że nie będzie tu miejsca na kompromisy. Utwór rozpoczyna się spokojniejszym, niemal epickim wstępem, by po chwili przejść w galopujące riffy, dynamiczne tempo i potężną dawkę energii. To znakomite otwarcie, które przywołuje ducha złotej ery metalu, jednocześnie zachowując własną tożsamość. W „Rebels of Mankind” zespół prezentuje bardziej klasyczne oblicze, czerpiąc inspiracje z twórczości  oraz . Kompozycja brzmi tak, jakby współtworzył ją Świętej pamięci Ross the Boss, a jednocześnie nie brakuje w niej charakterystycznej dla Majesty podniosłości. Podobny klimat odnajdziemy w „Age of Leather”, gdzie rycerska atmosfera przywodzi na myśl zarówno Majesty, jak i Iron Fire.

Z kolei energiczny „Liberty or Death” stanowi ukłon w stronę klasycznego heavy i speed metalu lat 80. Wyraźnie pobrzmiewają w nim wpływy Running Wild, szczególnie w sposobie prowadzenia gitar i budowaniu dynamicznych melodii. Na szczególną uwagę zasługują również „Speed of Light”, pędzący niczym rozpędzona lokomotywa, oraz epicki „The Wasteland”, ukazujący bardziej klimatyczne i nastrojowe oblicze zespołu. Zamykający album „Living the Dream” stanowi natomiast idealne zwieńczenie całości – melodyjne, chwytliwe i pozostawiające niedosyt, który natychmiast zachęca do ponownego odsłuchu. Steelballs utrzymuje wysoki poziom przez cały czas trwania albumu i nie pozwala sobie na ani jeden słabszy moment.

Rebels nie próbuje na nowo definiować metalu. Zamiast tego przypomina, dlaczego klasyczne heavy i speed metalowe granie od dekad przyciąga kolejne pokolenia fanów. Steelballs stawia na mocne riffy, szczere emocje, przebojowe refreny i bezkompromisową energię, a efekt końcowy okazuje się niezwykle satysfakcjonujący. To album dla wszystkich miłośników tradycyjnego heavy i speed metalu – pełen pasji, gitarowych popisów oraz hymnów, które aż proszą się o wspólne odśpiewanie podczas koncertów. Steelballs konsekwentnie buduje własną markę i udowadnia, że w klasycznym metalu wciąż drzemie ogromna siła.

Ocena: 8,5/10

niedziela, 5 lipca 2026

IRON SLAUGHT - Metallic torments (2026)


 

Francuski Iron Slaught nie składa broni i po jedenastu latach wydawniczej ciszy rusza do kolejnej bitwy. Ten działający od piętnastu lat, wciąż stosunkowo mało znany zespół obrał sobie za cel pielęgnowanie klasycznego heavy/speed metalu z wyraźnymi wpływami thrashu. Muzycy czerpią inspiracje z dokonań takich formacji jak Razor, Exciter, wczesny Kreator czy Helloween, tworząc własną interpretację gatunku. Na 10 lipca zaplanowano premierę ich drugiego albumu studyjnego zatytułowanego Metallic Torments. Dla fanów klasycznego metalu jest to pozycja obowiązkowa.

Największą siłą albumu są riffy. Iron Slaught doskonale rozumie, że to właśnie one stanowią serce i fundament tej muzyki. Każdy utwór zawiera przynajmniej jeden motyw, który pozostaje w pamięci długo po zakończeniu odsłuchu. Zespół nie próbuje odkrywać heavy i speed metalu na nowo. Zamiast tego wybiera podróż w dobrze znane rejony, odświeżając sprawdzone patenty i nadając im własny charakter. Efekt? Muzyka pełna energii, świeżości i znakomitych pomysłów kompozytorskich.

Na basie usłyszymy Nikrassa, natomiast za partie gitarowe i wokalne odpowiada Iron Jeremy – mózg całej operacji. To niezwykle utalentowany muzyk, który heavy i speed metal ma po prostu we krwi. Jego wyczucie melodii, umiejętność tworzenia chwytliwych riffów oraz naturalny talent kompozytorski budzą ogromny szacunek. Jeremy imponuje również jako wokalista. Śpiewa pewnie, z odpowiednią ekspresją i różnorodnością, dzięki czemu każda kompozycja zyskuje dodatkowy charakter. To właśnie za jego sprawą duch lat osiemdziesiątych jest tak wyraźnie obecny na tym albumie.

Surowe, lekko przybrudzone brzmienie oraz klimatyczna okładka stanowią kolejne ukłony w stronę złotej ery heavy metalu. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia wyłącznie z nostalgiczną podróżą w przeszłość. W kompozycjach słychać współczesną świadomość budowania napięcia i doskonałe wyczucie proporcji. Zespół wie, kiedy przyspieszyć do granic możliwości, a kiedy pozwolić gitarom wybrzmieć nieco dłużej. Dzięki temu Metallic Torments nie nuży, mimo że przez większość czasu utrzymuje bardzo wysoką intensywność.

Na pochwałę zasługuje również produkcja. Brzmienie jest surowe i organiczne, ale jednocześnie pozostaje selektywne. Każdy instrument ma swoje miejsce w miksie, a całość sprawia wrażenie nagranej przez muzyków, którzy bardziej przejmują się siłą przekazu niż cyfrowym wygładzaniem każdego dźwięku.

Album trwa około 45 minut, czyli dokładnie tyle, ile powinien. Nie ma tutaj zbędnych eksperymentów, niepotrzebnych wypełniaczy ani prób na siłę poszerzania stylistycznych granic. Jest za to speed metal w najlepszym wydaniu.

Już od pierwszych sekund „Harbinger of Afflictions” wiadomo, że nie będzie miejsca na oddech. Gitary tną powietrze niczym piły mechaniczne, sekcja rytmiczna pędzi przed siebie bez chwili zawahania, a wokal balansuje pomiędzy klasycznym heavy metalem a agresją speed metalu. To muzyka stworzona nie do analizowania, lecz do maksymalnego podkręcania głośników.

Prawdziwy pokaz kompozytorskiego kunsztu Iron Jeremy prezentuje w „Ghastly Obsession”. Potężny riff, agresywne partie gitar i doskonale wyważone proporcje pomiędzy heavy, speed i thrash metalem sprawiają, że utwór brzmi wręcz obłędnie. Nietrudno wychwycić tu echa Kreatora, Overkill czy klasycznej niemieckiej sceny metalowej.

Nie mniej imponująco wypada niezwykle melodyjny i zróżnicowany „The Executioner”. W jego strukturze można odnaleźć wpływy Stormwarrior czy wczesnego Helloween. To kolejny dopracowany do najmniejszych szczegółów killer, który pokazuje, jak dobrze Iron Slaught odnajduje się na styku agresji i melodyjności.

Na tym jednak emocje się nie kończą. Szczególne wrażenie robi bardziej rozbudowany i epicki „Soldier of Fortune”. Zespół eksploruje tutaj obszary heavy, speed i power metalu, tworząc utwór, który brzmi niczym zaginiony klasyk przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Ciarki wywołuje także rozpędzony „Condamné pour l’éternité”, oparty na zawrotnym tempie i bezkompromisowej agresji. To prawdziwa eksplozja energii i kolejny dowód na talent Iron Jeremy'ego.

Jednym z najdłuższych utworów na płycie jest „Charme Funeste”. Ponownie otrzymujemy bardziej epicką formę oraz bogatszą atmosferę. Kompozycja zachwyca rozmachem, świetnie prowadzonymi melodiami i znakomitym wyczuciem klimatu. Iron Slaught przekonuje tutaj do siebie nie tylko stylem, ale również dojrzałością kompozytorską. Dodatkowego uroku dodają partie wykonywane w języku francuskim.

Świetnie wypada również „Primal Conquest”, w którym słychać inspiracje NWOBHM oraz dokonaniami takich legend jak  i . To utwór pełen przebojowości i doskonałego feelingu.

Finał albumu należy do „Fatal Retaliations”. Zespół po raz kolejny zachwyca jakością kompozycji, umiejętnie łącząc heavy, speed i thrash metal. To nie tylko kolejna porcja znakomitych riffów oraz gitarowych popisów, ale przede wszystkim muzyka tworzona z pasją, szczerością i autentyczną miłością do gatunku. Tak właśnie powinno się grać klasyczny metal.

Metallic Torments nie jest albumem, który zmieni historię metalu. Jest jednak czymś równie cennym – przypomnieniem, że ten gatunek nadal potrafi dostarczać czystej, nieskrępowanej energii. Iron Slaught nagrał płytę szczerą, bezpretensjonalną i niezwykle skuteczną. Jeśli szukacie muzyki pachnącej skórą, potem i rozgrzanymi lampami wzmacniaczy, trafiliście pod właściwy adres. Speed metal w 2026 roku ma się znakomicie, a Metallic Torments jest tego kolejnym, bardzo mocnym dowodem.

Ocena: 9/10

piątek, 3 lipca 2026

DER JAGER - In which Evil dwells (2026)


 

Na nowy album Der Jäger fani musieli czekać aż siedem lat. Pochodzący z Indonezji zespół konsekwentnie stawia na wybuchową mieszankę heavy i speed metalu z wyraźnie zaznaczonymi wpływami thrashu. Muzycy nie ukrywają fascynacji klasykami gatunku, czerpiąc inspiracje z pierwszych wydawnictw takich formacji jak Anthrax, Exciter, Razor, Agent Steel czy wczesny Helloween. Grupa działa od 2014 roku i ma już na koncie dwa albumy studyjne. Najnowszy krążek, zatytułowany ..In Which Evil Dwells, ukazał się 26 czerwca 2026 roku.

Największym atutem ..In Which Evil Dwells jest konsekwencja oraz wysoki poziom kompozytorski. Nie znajdziemy tu słabych punktów ani niepotrzebnych przestojów. Zespół opiera się na klasycznych rozwiązaniach, jednocześnie unikając bezmyślnego kopiowania legend gatunku. Wokalista Dendi Gutter imponuje odpowiednio chropowatą i pełną charakteru barwą głosu, sekcja rytmiczna skutecznie napędza każdą kompozycję, a gitarowe popisy Leo Kunto emanują pasją oraz szacunkiem dla tradycji heavy metalu. Der Jäger prezentuje się tutaj z bardzo dobrej strony, a cały materiał utrzymuje równy poziom i potrafi na długo zapaść w pamięć.

Album otwiera agresywny „Endless Bloodbath”, który od pierwszych sekund narzuca wysokie tempo i odpowiednio podkręca atmosferę. Kolejne kompozycje, takie jak „Beyond Tragedy”,Ode to Ruin” czy „Act of Conquest”, udowadniają, że zespół doskonale odnajduje się w łączeniu chwytliwych riffów z surową energią i umiejętnie dawkowaną melodyką. Produkcja brzmi naturalnie i została pozbawiona nadmiernego wygładzenia – instrumenty są selektywne, a jednocześnie zachowują undergroundowy charakter, który idealnie współgra z estetyką albumu. Już pierwsze minuty obcowania z ..In Which Evil Dwells pokazują, jak dopracowany i pełen zaangażowania jest to materiał.

Więcej heavy metalowego pazura oraz wpływów Judas Priest odnajdziemy w zadziornym „Crushing in the Night”. Imponuje sposób, w jaki muzycy budują melodie i odtwarzają klimat złotej ery metalu lat osiemdziesiątych. Prawdziwa speedmetalowa jazda bez trzymanki czeka natomiast w pędzącym „Madman II”, który należy do najbardziej energetycznych punktów programu. Der Jäger udowadnia również, że posiada talent do pisania utworów, które błyskawicznie wpadają w ucho. Doskonałym przykładem jest rozpędzony „Beware” – znakomita mieszanka heavy i speed metalu, pełna chwytliwych motywów oraz oldschoolowego klimatu.

Choć album nie wywraca gatunku do góry nogami, imponuje dojrzałością kompozycji, wyczuciem stylu i autentycznością. To propozycja skierowana przede wszystkim do miłośników klasycznego heavy metalu z domieszką speedu i thrashu – muzyki szczerej, bezpretensjonalnej i opartej na potężnych riffach. ..In Which Evil Dwells to płyta zdecydowanie godna uwagi, a Der Jäger wyrasta na jednego z najciekawszych przedstawicieli współczesnej sceny tradycyjnego metalu.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 29 czerwca 2026

SPEEDSLUT -Cimbrian Rites (2026)


 Dania od lat dostarcza światu metal na najwyższym poziomie. To właśnie stamtąd wywodzą się Mercyful Fate, King Diamond czy Artillery, a dziś do tego grona aspiruje młoda formacja Speedslut. Debiutancki album „Cimbrian Rites” pokazuje, że kwartet doskonale odrobił lekcję z klasycznego speed metalu, thrashu i pierwszej fali black metalu. Zamiast gonić za nowoczesnymi trendami, Duńczycy stawiają na brud, szybkość i bezkompromisową energię.

Speedslut to prawdziwy powiew świeżości na duńskiej scenie metalowej. Wszystko wskazuje na to, że rodzi się nowa gwiazda, która ma potencjał, by zaistnieć daleko poza granicami swojego kraju. Zespół działa zaledwie od trzech lat, a już 26 czerwca wydał swój debiutancki album „Cimbrian Rites”. To jedna z najmilszych niespodzianek 2026 roku. Muzycy grają z taką swobodą i pewnością siebie, jakby byli obecni na scenie od dekad. Zapnijcie pasy – czeka nas jazda bez trzymanki.

Już sama okładka przywodzi na myśl klasyczne blackmetalowe wydawnictwa. Na szczęście zawartość albumu to przede wszystkim wybuchowa mieszanka heavy, speed i thrash metalu. Największym atutem płyty są kapitalne riffy. Gitary tną niczym piła mechaniczna, a solówki pozostają melodyjne, nie tracąc przy tym swojej dzikiej natury. Sekcja rytmiczna ani przez moment nie zwalnia tempa, dzięki czemu „Cimbrian Rites” słucha się z wypiekami na twarzy.

Produkcja zachowała odpowiednią dawkę surowości, ale jednocześnie jest na tyle przejrzysta, by wydobyć wszystkie smaczki ukryte w kompozycjach. Trudno nie podziwiać energii, drapieżności i naturalności, jakie emanują z tego materiału. Album brzmi tak, jakby powstał w połowie lat osiemdziesiątych. Gitarowy duet Klitte/Dikinis nie bawi się w eksperymenty ani ślepe podążanie za trendami. Zamiast tego stawia na agresję, szybkość i czystą radość grania. Każdy riff i każda solówka stanowią prawdziwą ucztę dla fanów klasycznego metalu.

Na uwagę zasługuje również wokal Frederika Klitte, który idealnie wpisuje się w stylistykę zespołu. Jest szorstki, zadziorny i pełen punkowej bezczelności, dzięki czemu znakomicie współgra z bezlitosnym instrumentarium. Całość emanuje autentycznością i sprawia wrażenie, jakby została nagrana w złotej erze metalu. Uwielbiam taki typ wokalu – pełen agresji, charyzmy i drapieżności. Momentami przywodzi na myśl pierwsze albumy Slayera czy Kreatora. Frederik sieje spustoszenie i nie bierze jeńców.

Już od pierwszych sekund „Pestridden Stallions” wiadomo, że nie będzie miejsca na wytchnienie. Zespół atakuje ostrymi riffami, piekielnym tempem i surowym brzmieniem, które przywodzi na myśl dokonania Motörhead, wczesnego Bathory, Exciter czy pierwszych płyt Sodom. Nie chodzi jednak o bezrefleksyjne kopiowanie legend. Speedslut wykorzystuje klasyczne inspiracje, nadając im własny, agresywny charakter. To mocne otwarcie, które stanowi doskonałą zapowiedź tego, co czeka słuchacza w dalszej części albumu.

Zespół nie zwalnia ani na moment. Drugi w kolejności „Asbestos Born Wrath” to prawdziwy killer – przebojowy, melodyjny i niezwykle energetyczny. Świetne balansowanie pomiędzy speed i thrash metalem odnajdziemy również w „Dark Night Riders”. Duńczycy konsekwentnie trzymają się obranej stylistyki, nie tracąc przy tym świeżości i entuzjazmu.

Fanom Motörhead szczególnie powinien przypaść do gustu „Into the Grave”. Szybkie tempo, klasyczny riff i motoryka rodem z najlepszych albumów Lemmy'ego i spółki sprawiają, że jest to kolejny mocny punkt programu. Emocje nie opadają również przy „No One Escapes Death”, który ponownie przemyca liczne thrashmetalowe patenty. Zespół gra z pasją i imponującą pewnością siebie. Z kolei „Stench of Evil” oferuje nieco cięższy i bardziej mroczny klimat, pokazując, że muzycy potrafią budować napięcie również w wolniejszych fragmentach.

Końcówka albumu nie zawodzi. „Armageddon” i „Whores of Speed” to prawdziwe hymny dla miłośników undergroundowego metalu – pełne chwytliwych refrenów, nieokiełznanej energii i oldschoolowego ducha. Tytułowy „Cimbrian Rites” stanowi znakomite zwieńczenie całości. To najbardziej rozbudowany i epicki utwór na płycie, który pokazuje, że Speedslut potrafi wyjść poza prosty schemat grania na pełnych obrotach, gdzie liczy się wyłącznie prędkość.

„Cimbrian Rites” nie próbuje odkrywać speed metalu na nowo. To szczery hołd dla złotej ery gatunku, w którym najważniejsze są znakomite riffy, energia i bezkompromisowe podejście do muzyki. Miłośnicy nowoczesnego grania mogą narzekać na brak innowacyjności, ale fani Hellripper, Venom, Motörhead czy klasycznego Exciter z pewnością znajdą tutaj wszystko, czego oczekują od rasowego speed metalu.

To jeden z tych debiutów, które przypominają, że duch starej szkoły ma się znakomicie. Speedslut zaliczył fenomenalny start i z ogromnym zainteresowaniem będę śledził dalsze losy zespołu. „Cimbrian Rites” to prawdziwa perełka, która zasługuje na uwagę każdego fana klasycznego metalu.

Ocena: 9,5/10

WRATHFORGE - Reaper of souls (2026)


 

Sage Zavage to muzyk o wielu talentach. Podobnie jak Ces Forsberg potrafi samodzielnie stworzyć materiał i położyć solidne fundamenty pod wartościowy album. Fani mogą kojarzyć go z takich projektów jak Bitter Velvet czy Blades Edge. W tym roku powraca z nowym przedsięwzięciem pod nazwą Wrathforge.

To prawdziwy hołd dla heavy i speed metalu lat 80., dlatego każdy miłośnik twórczości Skull Fist, Enforcer, Striker czy Stallion powinien zainteresować się debiutanckim albumem pochodzącego z Ekwadoru Wrathforge. „Reaper of Souls” ukazał się 23 czerwca i od pierwszych minut słychać fascynację Sage'a klasycznym metalem spod znaku Judas Priest, Exciter, wczesnego Helloween czy Blind Guardian. To speed metal w najczystszej i najbardziej porywającej formie.

Na szczególne uznanie zasługuje fakt, że Sage Zavage odpowiada za całą warstwę instrumentalną albumu. To właśnie dzięki niemu muzyka emanuje odpowiednią dynamiką, agresją i energią. W każdej ze swoich ról wypada znakomicie, jednak największe wrażenie robi jako gitarzysta. Jego riffy są pełne pasji, polotu i szacunku dla klasycznych płyt gatunku. Choć czerpie inspiracje od legend heavy i speed metalu, potrafi zachować własny charakter i autentyczność. To sztuka trudna, ale w tym przypadku zakończona pełnym sukcesem.

Efektem jest dopracowany, przebojowy album, który potrafi skraść serce każdego fana tradycyjnego metalu. Od początku do końca utrzymuje wysoki poziom, nie pozwalając słuchaczowi choćby na chwilę nudy. To prawdziwa kopalnia chwytliwych kompozycji i klasycznych metalowych patentów. Do współpracy Zavage zaprosił wokalistę Jareda Pineirosa, który znakomicie odnajduje się w tej stylistyce. Jego wokal dodaje utworom charakteru i pazura, a całość brzmi tak, jakby została nagrana w złotej erze metalu.

Na pochwałę zasługuje również oprawa graficzna. Okładka doskonale oddaje klimat lat 80., podobnie jak produkcja i ogólna estetyka kompozycji. Debiutancki album zawiera dziewięć utworów, które składają się na około czterdzieści minut muzyki.

Całość otwiera rozpędzony utwór tytułowy „Reaper of Souls”, który błyskawicznie wprowadza słuchacza w klimat płyty. Szybkie tempo, mocarny riff i oldschoolowy charakter sprawiają, że trudno przejść obok niego obojętnie. Nie ma tu nic szczególnie odkrywczego, ale Wrathforge nadrabia to autentycznością i ogromną dawką energii.

Kolejny punkt programu, „Streetlights Bleed”, pokazuje talent kompozytorski Sage'a. Utwór stawia na przebojowość i klasyczny heavy metalowy feeling, który niezmiennie działa na wyobraźnię fanów gatunku. Więcej tradycyjnego heavy metalu znajdziemy w zadziornym „They Leave You Behind”. To prosta, ale niezwykle chwytliwa kompozycja, która szybko zapada w pamięć.

W bardziej agresywnym „Fight Until the End” można doszukać się inspiracji debiutem Running Wild. Przewodni motyw gitarowy robi ogromne wrażenie i doskonale pokazuje możliwości Zavage'a jako gitarzysty. Emocji nie brakuje również w „Infernal Summoning”, gdzie zespół ponownie stawia na szybki, bezkompromisowy speed metal.

Powiew świeżości wnosi bardziej rozbudowany i utrzymany w heavy metalowym klimacie „Abismo”. To niezwykle przebojowy utwór, który świetnie oddaje charakter i potencjał zespołu. Fakt, że wykonano go w języku hiszpańskim, tylko dodaje mu wyjątkowego uroku.

Z kolei „You're Gonna Pay” przywołuje skojarzenia z Accept i Judas Priest. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – prawdziwa perełka, będąca znakomitym podsumowaniem talentu Sage'a Zavage'a oraz możliwości Wrathforge.

„Reaper of Souls” to album stworzony przez muzyka, który doskonale rozumie ducha klasycznego heavy i speed metalu. Nie znajdziemy tutaj rewolucji ani prób odkrywania gatunku na nowo. Zamiast tego otrzymujemy szczerość, pasję i autentyczny hołd dla starej szkoły metalu. Dla jednych będzie to wada, dla innych ogromna zaleta. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy.

Ocena: 8,5/10

wtorek, 23 czerwca 2026

DESTRUCTOR - Tales of Glory (2026)


 

Po ponad 40 latach działalności amerykański Destructor udowadnia, że tradycyjny metal wcale nie musi brzmieć jak muzealny eksponat. Zespół dorobił się siedmiu albumów studyjnych, a najnowszy z nich, zatytułowany „Tales of Glory”, ukazał się 19 czerwca. To niespełna 39 minut czystego heavy/thrashowego grania – bez nowoczesnych trików, za to z masą soczystych riffów, heroicznych refrenów i atmosferą rodem z lat 80. To propozycja skierowana przede wszystkim do fanów Exciter, Metal Church, Agent Steel czy Running Wild.

Album brzmi niczym list miłosny do amerykańskiego metalu lat 80. Nie ma tu ani grama metalcore'owych naleciałości, cyfrowych sztuczek czy przesadnie wypolerowanej produkcji. Zamiast tego otrzymujemy żywe gitary, naturalnie brzmiącą perkusję oraz wokal, który momentami jest surowy, ale właśnie dzięki temu zachowuje autentyczność.

Największą siłą Destructor pozostaje umiejętność łączenia klasycznego heavy metalu z thrashową agresją. Riffy są szybkie, zadziorne i pełne energii, ale jednocześnie nie brakuje im melodyjności. To w dużej mierze zasługa zgranego duetu gitarowego – Pata Rabida „Hellhounda” i Dave'a „Overkilla” Hoovera. Muzycy doskonale wiedzą, jak budować napięcie za pomocą agresywnych riffów, dynamicznych przejść i klasycznych heavy metalowych zagrywek. Problem w tym, że nie proponują niczego szczególnie odkrywczego. Materiał jest bardzo sprawnie zagrany, ale momentami sprawia wrażenie wtórnego i opartego na doskonale znanych schematach.

Kolejnym mocnym punktem jest wokal Dave'a „Overkilla” Hoovera. Nie próbuje on rywalizować z młodszymi wokalistami pod względem skali czy agresji. Zamiast tego stawia na doświadczenie, charakter i odpowiednią interpretację. Jego głos idealnie współgra z tekstami opowiadającymi o wojownikach, bitwach i heroicznych czynach.

Produkcja prezentuje bardzo wysoki poziom, choć świadomie zachowano jej oldschoolowy charakter. Gitary mają odpowiednią moc, bas nie ginie w miksie, a perkusja brzmi naturalnie i dynamicznie. Nie jest to może poziom sterylnej selektywności współczesnych nagrań, ale właśnie dzięki temu album posiada własny charakter i energię. Na pochwałę zasługuje również okładka, która doskonale oddaje klimat klasycznych metalowych wydawnictw z lat 80.

Płyta zawiera dziesięć utworów i trwa niespełna 38 minut. Całość rozpoczyna klimatyczne intro, po którym następuje agresywny i rozpędzony „Shadow Magic”. Utwór czerpie pełnymi garściami z dokonań Liege Lord, wczesnego Helloween czy Exciter. Już tutaj słychać, że Destructor doskonale odnajduje się w tej stylistyce. Brzmienie gitar i niektóre zagrywki przywodzą na myśl również twórczość Running Wild.

Wpływy wczesnego Exciter oraz Overkill są jeszcze bardziej słyszalne w „Harbinger of Death”, gdzie zespół stawia na mocniejszy, bardziej thrashowy charakter. To bardzo udany numer, choć ponownie trudno mówić o jakimkolwiek elemencie zaskoczenia.

Na płycie znajdziemy także zadziorny i speedmetalowy „Wolves at Your Door”, który tylko potwierdza fascynację zespołu klasycznym brzmieniem Running Wild. Z kolei „Death Screams” nadrabia przebojowością i chwytliwymi melodiami, skutecznie równoważąc cięższe momenty albumu.

Elementy speed i thrash metalu odnajdziemy również w dynamicznym „Fall to Your Knees”. To utwór, którego słucha się z dużą przyjemnością, choć i tutaj trudno oprzeć się wrażeniu, że zespół porusza się wyłącznie po dobrze znanych ścieżkach.

Destructor znakomicie odnajduje się w bardziej agresywnej stylistyce, czego dowodem jest „Answers in Blood”. To jeden z najmocniejszych punktów albumu – szybki, bezkompromisowy i bardzo dobrze skonstruowany utwór.

W dalszej części otrzymujemy chwytliwy i drapieżny „Rise to the Call”, który dzięki mocnemu refrenowi na długo zapada w pamięć. Zespół nie zwalnia tempa i na zakończenie serwuje „Victorious Warrior” – mocny, rasowy thrashmetalowy numer oparty na klasycznych patentach gatunku. To utwór pełen pasji i energii, stanowiący bardzo udane zwieńczenie całego wydawnictwa.

„Tales of Glory” to album niezwykle równy pod względem kompozycyjnym. Nie ma tutaj utworów, które można byłoby uznać za wypełniacze. Niektórym słuchaczom może zabraknąć większej liczby eksperymentów czy bardziej zaskakujących rozwiązań, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Destructor wcale nie miał takiego celu. Chodziło raczej o stworzenie płyty, która mogłaby stanąć obok klasycznych wydawnictw amerykańskiego power i thrash metalu z lat osiemdziesiątych – i pod tym względem zadanie zostało wykonane wzorowo.

Od początku do końca jest to materiał spójny, energetyczny i wypełniony solidnymi kompozycjami. Dla miłośników klasycznego heavy, speed i thrash metalu będzie to jedna z ciekawszych premier tego roku.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 22 czerwca 2026

BORN AGAIN - New metal breed (2026)


 

Francuski Born Again postawił w tym roku na okładkę utrzymaną w klimacie „Terminatora” i był to bardzo trafiony ruch. Przyciągnie ona uwagę słuchaczy, którzy wcześniej nie mieli styczności z twórczością zespołu. New Metal Breed to trzeci studyjny album grupy, wydany 6 czerwca nakładem Steel Shark Records. Jest to pozycja skierowana przede wszystkim do miłośników heavy i speed metalu spod znaku lat 80. W muzyce Born Again wyraźnie słychać inspiracje takimi zespołami jak Grave Digger, Accept, Judas Priest, Agent Steel czy Exciter. Nie znajdziemy tutaj niczego rewolucyjnego, ale bez wątpienia jest to album godny uwagi.

Największym atutem Born Again pozostaje charyzmatyczny wokalista Thierry, który wyraźnie czerpie inspiracje z manier wokalnych Udo Dirkschneidera i Chrisa Boltendahla. Śpiewa zadziornie, z odpowiednią dawką agresji i charakteru, dzięki czemu nadaje materiałowi własną tożsamość. Za partie gitarowe oraz solidne solówki odpowiada Steff Dupont. Na albumie dominuje mroczny klimat i surowa, nieco toporna motoryka riffów. Gitarzysta stawia na proste, sprawdzone rozwiązania, mocno zakorzenione w klasyce gatunku. Całość brzmi dopracowanie, a słuchacz otrzymuje porcję rasowego heavy/speed metalu. Miłym ukłonem w stronę Judas Priest i złotej ery gatunku jest cover „Riding on the Wind”.

Na płycie nie brakuje również interesujących kompozycji. Bardzo dobrze prezentuje się utwór tytułowy „New Metal Breed” – prosty, zadziorny i pełen energii heavy/speedmetalowy numer. To prawdziwy hołd dla lat 80. i niemieckiej sceny heavy metalowej. Fani Grave Digger i Accept powinni być usatysfakcjonowani. Następnie otrzymujemy „Preu or the Devil”, który ponownie odwołuje się do klasycznych wzorców spod znaku Judas Priest, Accept czy Paragon. To mocny kawałek, doskonale oddający styl oraz jakość zespołu.

Grupa nie zwalnia tempa również w „Strike of Sinner”. Nie ma tutaj miejsca na eksperymenty – Born Again konsekwentnie bazuje na sprawdzonych patentach, ale robi to z pasją i autentycznym oddaniem dla heavy metalu. Zespół świetnie odnajduje się także w szybszych fragmentach, czego dowodem jest „Heroes in the Dark” – niezwykle żywiołowy i przebojowy utwór.

Na pochwałę zasługuje również umiejętność tworzenia chwytliwych kompozycji. Takie utwory jak „Dawn of Steel” czy „Hail to the King” tylko to potwierdzają. Zespół znakomicie balansuje pomiędzy heavy a speed metalem, zachowując przy tym ducha lat 80. Finał albumu przynosi bardziej rozbudowaną i klimatyczną kompozycję „Made in Hell / The Last Stand”, która stanowi godne zwieńczenie całości.

New Metal Breed to album skierowany do fanów tradycyjnego heavy metalu, którzy cenią szybkie tempa, wyraziste riffy i futurystyczną tematykę. Born Again nie próbuje rewolucjonizować gatunku, ale udowadnia, że klasyczny heavy metal wciąż może brzmieć świeżo, energetycznie i przekonująco. To płyta nagrana z pasji do gatunku i miłości do klasycznego grania w duchu Grave Digger, Accept oraz Judas Priest. Warto po nią sięgnąć.

Ocena: 7,5/10

sobota, 20 czerwca 2026

IRON KOBRA - Eternal Dagger (2026)


 

Po jedenastu latach od wydania „Might & Magic” niemieccy strażnicy tradycyjnego heavy metalu z Iron Kobra wracają z trzecim pełnowymiarowym albumem „Eternal Dagger”. Zespół nie zamierza gonić za współczesnymi trendami, zamiast tego serwując słuchaczom surową mieszankę klasycznego heavy metalu, speed metalu oraz ducha NWOBHM. To muzyka, która brzmi jak szczery list miłosny do lat osiemdziesiątych.
Iron Kobra wyraźnie inspiruje się takimi zespołami jak Enforcer czy Heavy Load. Nie brakuje również odniesień do twórczości Iron Maiden oraz wczesnego Helloween. Fani heavy i speed metalu spod znaku lat 80. z pewnością będą zachwyceni najnowszym wydawnictwem niemieckiej formacji. Premiera albumu odbyła się 19 czerwca nakładem Dying Victims Productions.

Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to najlepszy album w dorobku Iron Kobra. Zespół brzmi dojrzale i pewnie, doskonale wiedząc, w jakim kierunku chce podążać. „Eternal Dagger” to materiał dopracowany, pełen energii, pomysłowości i autentycznej miłości do klasycznego heavy i speed metalu. Każdy utwór emanuje pasją oraz szacunkiem do gatunku.

Największym atutem albumu są gitary. Duety riffów i solówek przywołują skojarzenia z wczesnym Iron Maiden czy Running Wild, ale nie sprawiają wrażenia zwykłego naśladownictwa. Słychać również wpływy Enforcer oraz pierwszych płyt Helloween. Duet gitarzystów Russell/Serpent w ogromnym stopniu odpowiada za melodyjny i przebojowy charakter materiału. Panowie prezentują najwyższą klasę, serwując rasową szkołę heavy i speed metalu. Równie dobrze wypada Eli, którego wokal idealnie wpisuje się w konwencję albumu. Nie jest przesadnie wygładzony ani nowoczesny — brzmi szorstko, naturalnie i autentycznie, co dodatkowo wzmacnia oldschoolowy klimat wydawnictwa. Produkcja zachowuje znakomity balans pomiędzy przejrzystością a surowością, dzięki czemu muzyka nie traci swojej naturalnej energii. Wokal Eli nadaje całości odpowiednią drapieżność i charakter.

Jak na klasyczny album z lat 80. przystało, otrzymujemy dziewięć utworów i zaledwie 35 minut muzyki. To jednak w zupełności wystarcza, ponieważ nie znajdziemy tutaj ani jednego zbędnego wypełniacza. Od początku do końca mamy do czynienia z intensywną jazdą bez trzymanki na bardzo wysokim poziomie.

Album otwiera „Trembling Dungeons” — utwór pełen energii, galopujących riffów i znakomitych melodii, który od razu wyznacza kierunek całemu wydawnictwu. Brzmi klasycznie, a jednocześnie świeżo i z odpowiednim rozmachem. Słychać, że zespół doskonale odrobił lekcję z historii gatunku. Następnie pojawiają się dynamiczne „Forbidden Fruits” oraz „Fliehen”, podkreślające zamiłowanie grupy do szybkich temp, chwytliwych refrenów i efektownych partii gitarowych. To prawdziwa uczta dla fanów speed metalu.

Bardzo interesująco wypada również „Shibuya Nights”, w którym Iron Kobra dodaje odrobinę hardrockowego luzu do swojego klasycznego metalowego szkieletu. To prawdziwa gratka dla miłośników Dokken i amerykańskiego hard rocka lat osiemdziesiątych. Moim osobistym faworytem szybko został „Silver Strings and Iron Wings”. Już sam riff oraz motoryka utworu przywodzą na myśl Helloween z czasów „Walls of Jericho”, natomiast znakomite solówki stanowią wyraźny ukłon w stronę Iron Maiden z ery Paula Di’Anno. Całość brzmi wręcz obłędnie — niczym zaginiony klasyk sprzed czterech dekad. To bez wątpienia najlepszy utwór na płycie. Tytułowy „Eternal Dagger” oraz „Unchained & Untamed” pokazują zespół w szczytowej formie — agresywny, melodyjny i pełen entuzjazmu. To kolejne potencjalne hity oraz udana próba nawiązania do stylistyki Enforcer. Z kolei finałowe „Mountains of Madness” zamyka album w bardziej epickim stylu, pozostawiając słuchacza z poczuciem obcowania z dziełem stworzonym przez fanów metalu dla fanów metalu. Zespół odsłania tutaj swoje bardziej monumentalne oblicze, co stanowi znakomite zwieńczenie całego wydawnictwa.

„Eternal Dagger” to szczera, pełna pasji dawka klasycznego heavy metalu, która udowadnia, że Iron Kobra po latach przerwy nadal potrafi komponować chwytliwe, energetyczne i zapadające w pamięć utwory. Album od początku do końca utrzymuje wysoki poziom i dostarcza mnóstwo satysfakcji. To prawdziwa kopalnia metalowych hymnów oraz jeden z najciekawszych albumów 2026 roku.

Ocena: 9/10

sobota, 6 czerwca 2026

ETERNAL EVIL - Forever feared (2026)


 

Szwedzki Eternal Evil dał się poznać jako zespół wyraźnie zafascynowany twórczością Kreator, Destruction, a momentami także Cruel Force. To kolejny znakomity przykład formacji, która z powodzeniem odświeża formułę speed/thrash metalu. Muzycy czerpią pełnymi garściami z klasyki gatunku, jednocześnie stawiając na świeżość, energię i własne pomysły. „Forever Feared”, trzeci album studyjny grupy, ukazał się 29 maja nakładem Listenable Records. To coś więcej niż tylko hołd dla speed i thrash metalu lat 80. – to materiał, który udowadnia, że gatunek wciąż ma wiele do zaoferowania.

Prace nad albumem przypadły na okres zmian personalnych w składzie. W 2025 roku szeregi zespołu zasilili perkusista Phill Walhund oraz basista Adam Sjo, którzy wnieśli do muzyki dodatkową dawkę dynamiki i agresji. To właśnie dzięki nim materiał pulsuje energią i zachwyca charakterystycznym dla speed/thrash metalu tempem. Doskonale układa się również współpraca gitarzystów, którzy serwują potężne riffy, chwytliwe melodie oraz umiejętnie balansują między thrash metalową bezkompromisowością a heavy/speed metalową przebojowością.

Eternal Evil błyszczy na tym albumie niemal w każdym aspekcie. Lider grupy, Adrian, świetnie odnajduje się zarówno w roli gitarzysty, jak i wokalisty. Jego drapieżny, wyrazisty wokal nadaje kompozycjom odpowiednią dawkę pazura i agresji. Każdy element muzyki został starannie przemyślany i odpowiednio dopasowany do całości. Na uwagę zasługują także atrakcyjna okładka oraz mocarne, selektywne brzmienie.

Album otwiera klimatyczne intro, które niewiele zdradza, ale skutecznie buduje napięcie. Chwilę później zespół uderza rozpędzonym „The Darkened Sphere”, prezentując pełnię swojego potencjału. To znakomita porcja speed/thrash metalu, w której agresja idzie w parze z melodyjnością. Zachwyca również przebojowy „A Soul to Cope” – utwór będący wyraźnym ukłonem w stronę lat 80. i klasycznej szkoły speed metalu. Więcej heavy metalowych wpływów odnajdziemy w energicznym utworze tytułowym „Forever Feared”, opartym na mocnym riffie i sprawdzonych gatunkowych rozwiązaniach. Inspiracje twórczością Kreator można z kolei usłyszeć w agresywnym „Triumph Through Pain”. To jeden z najmocniejszych punktów programu i kolejne potwierdzenie dużego potencjału zespołu. Nieco spokojniejszy „Stein of Roses” wnosi do albumu odrobinę różnorodności, choć jednocześnie stanowi jeden z mniej wyrazistych momentów wydawnictwa. Na zakończenie otrzymujemy prawdziwy killer w postaci „I Know the Fire Burns Inside” – utworu, który doskonale podsumowuje charakter Eternal Evil i esencję ich stylu.

„Forever Feared” to dojrzałe wydawnictwo doświadczonego zespołu, który doskonale wie, jak tworzyć muzykę na wysokim poziomie. Nowy album jest kopalnią chwytliwych kompozycji i dostarcza niemal czterdziestu minut bezkompromisowej jazdy bez trzymanki. To znakomita mieszanka heavy, speed i thrash metalu, pokazująca, że w tej stylistyce nadal można nagrywać wartościowe i ekscytujące albumy. Płyta zdecydowanie godna polecenia.

Ocena: 8,5/10

czwartek, 28 maja 2026

HELLEVATE -Killicon valley (2026)


 W czasach, gdy wiele thrashmetalowych zespołów albo odcina kupony od nostalgii, albo desperacko próbuje brzmieć „nowocześnie”, amerykański Hellevate znalazł własną drogę. Grupa stawia na melodyjny thrash metal z wyraźnymi wpływami heavy i speed metalu. „Killicon Valley” to już trzecia płyta formacji z Kansas City — album agresywny, bezpośredni i momentami wręcz wściekły, a jednocześnie zaskakująco różnorodny. Nie jest to bezmyślne kopiowanie wielkich nazw gatunku, lecz świadome czerpanie z klasyki i prezentowanie własnego spojrzenia na dobrze znane patenty. Krążek ukazał się 22 maja i powinien przypaść do gustu fanom Testament, Exodus, Slayer czy Death Angel.

Hellevate działa od 2007 roku i przez ten czas przez skład przewinęło się wielu muzyków. Obecnie kluczową rolę odgrywa wokalista Robert Browne, który nadaje całości odpowiedniego thrashmetalowego pazura. Brakuje mu jeszcze nieco technicznego obycia i pewności siebie, jednak mimo drobnych niedociągnięć dobrze odnajduje się w stylistyce zespołu. Ważnym elementem pozostaje także gitarowy duet Whitmer/Cole, stawiający na chwytliwe melodie i zadziorne riffy. Muzycy korzystają ze sprawdzonych rozwiązań, dzięki czemu materiał jest dynamiczny i bardzo dobrze się go słucha, choć trudno mówić o większych zaskoczeniach.

Pod względem produkcyjnym album prezentuje się bardzo solidnie. Brzmienie jest nowoczesne, ale nieprzesadnie sterylne. Gitary mają odpowiednią ostrość, perkusja brzmi naturalnie, a całość zachowuje koncertową energię. Wyraźnie słychać inspiracje klasycznym thrashem, speed metalem i heavy metalem, jednak bez nachalnego kopiowania legend gatunku. Na plus należy zaliczyć również okładkę, która idealnie oddaje klimat albumu.

Jeśli jednak wskazać słabszy element wydawnictwa, byłaby nim długość materiału. Przy dwunastu utworach momentami pojawia się lekkie zmęczenie, szczególnie w środkowej części tracklisty. Niektóre riffy mogłyby zostać mocniej zróżnicowane, a część kompozycji kończy się dokładnie wtedy, gdy zaczyna rozwijać skrzydła.
Już otwierające album „D.T.C.” oraz „In The Long Grass” pokazują, że Hellevate nie zamierza brać jeńców. Gitary pracują tutaj niczym przemysłowa piła, sekcja rytmiczna pędzi bez chwili wytchnienia, a wokal Browne’a balansuje pomiędzy klasycznym thrashowym wrzaskiem a bardziej współczesną agresją. Co ważne, zespół unika monotonii — utwory mają własny charakter, a melodie i solówki często wykraczają poza schemat zwykłej „nawalanki”.

Invoke Apocalypse” to prosty i bardzo przystępny numer, pokazujący, jak umiejętnie grupa potrafi połączyć świat heavy metalu z thrash metalem. Zdecydowanie gorzej wypadają bardziej rozbudowane kompozycje pokroju „Demagogue”, które niepotrzebnie wydłużają album. Z kolei „The Rampart” przyciąga uwagę nastrojowym klimatem i chwytliwością. Znacznie słabiej prezentuje się nijaki „Holy Man”, który niewiele wnosi do całości materiału.

W „Jorogumo” otrzymujemy nowoczesny thrash metal z domieszką stylistyki Rage. Może nie jest to nic odkrywczego, ale utwór potrafi sprawić sporo przyjemności podczas odsłuchu. Inspiracje Kreator i Testament wyraźnie pobrzmiewają w agresywnym „Killicon Valley”, które potwierdza potencjał drzemiący w tej kapeli. Bardzo dobrze wypada również ponad siedmiominutowy „Thou Shalt Kill”, gdzie zespół stawia na bardziej złożone partie gitarowe i lekko progresywny charakter. Także tutaj można usłyszeć wpływy Kreator. Nieco chaotyczny „Curse God And Die” pokazuje jednak, że nie wszystko na tej płycie zostało dopracowane idealnie.

Mimo pewnych wad „Killicon Valley” pozostaje jedną z ciekawszych thrashmetalowych premier 2026 roku. Hellevate udowadnia, że nadal można grać szybko, brutalnie i oldschoolowo, nie brzmiąc przy tym jak kolejny tribute band dla legend lat 80. To album skierowany przede wszystkim do maniaków thrash metalu, ale również do słuchaczy poszukujących w tej muzyce świeżej energii i współczesnego podejścia. Warto dać tej kapeli szansę.

Ocena: 7/10

sobota, 16 maja 2026

MENACE - Wheel of Spikes (2026)


 

Czternaście lat zajęło włoskiemu Menace przygotowanie premierowego materiału. Ten czas nie został jednak zmarnowany — zaowocował albumem, który powinien usatysfakcjonować każdego fana heavy i speed metalu. 24 kwietnia nakładem Metal on Metal Records ukazał się drugi studyjny krążek grupy zatytułowany Wheel of Spikes. Nie jest to żadna rewolucja ani próba redefinicji gatunku. To przede wszystkim szczery hołd dla heavy/speed metalu lat 80., mocno inspirowany twórczością Exciter, Agent Steel czy Judas Priest z okresu Painkiller. I trzeba przyznać, że jest to pozycja zdecydowanie warta uwagi.

Można powiedzieć, że podobnych płyt na rynku nie brakuje i wybór jest ogromny. To prawda, jednak Menace posiada kilka istotnych atutów — przede wszystkim odpowiednie umiejętności techniczne oraz doświadczenie zdobywane przez niemal trzy dekady działalności. W końcu zespół funkcjonuje od 1997 roku. Muzycy nie próbują na siłę odkrywać gatunku na nowo, lecz umiejętnie wykorzystują sprawdzone patenty. Robią to jednak z wyczuciem, pomysłem i szacunkiem do słuchacza. Znakomicie balansują między agresją, szybkością a melodyjnością.

Kluczową postacią zespołu pozostaje Rob Savegnago, dysponujący charyzmatycznym i mocnym wokalem. Wyróżnia go charakterystyczna barwa głosu oraz swoboda w operowaniu wysokimi rejestrami, co momentami przywodzi na myśl Roba Halforda, a chwilami nawet Kinga Diamonda. Odpowiedni ciężar całości nadaje również świetnie funkcjonująca sekcja rytmiczna, dzięki której materiał nabiera rasowego speedmetalowego charakteru.

Największym atutem albumu pozostają jednak gitary. Riffy są chwytliwe, pełne ostrych cięć i dynamicznych zmian tempa. Inspiracje Judas Priest, Exciter czy Agent Steel są wyraźnie słyszalne, ale Menace nie brzmi jak bezmyślna kopia dawnych mistrzów. Duet Vicariotto/Fioraso wyraźnie zapatrzony jest w klasyczne gitarowe tandemy lat 80., a między muzykami czuć prawdziwą chemię. Ich gra imponuje energią, mocnymi riffami i klasycznym podejściem do heavy metalu. Choć inspiracje dawną szkołą są oczywiste, zespół stara się zachować własny charakter, unikając nachalnego kopiowania.

Album trwa około 45 minut i zawiera dziesięć utworów, które praktycznie nie pozwalają złapać oddechu. Już otwierający całość „Wheel of Spikes” wyznacza kierunek płyty — szybkie tempo, agresywne riffy i wokal balansujący między klasycznym heavy metalem a bardziej dzikim speed/thrashem. Od pierwszych minut słychać potencjał Menace. Dalej jest jeszcze intensywniej — „Satanizer” oraz „Backhander” uderzają energią przywołującą ducha wczesnego speed metalu z Niemiec i Stanów Zjednoczonych. To szybkie, zadziorne kompozycje wyraźnie inspirowane Exciter i Judas Priest.

Na szczęście zespół nie ogranicza się wyłącznie do jednego schematu. Bardziej rozbudowany „Argento Vivo” pokazuje nieco inne oblicze grupy i udowadnia, że muzycy potrafią zadbać o różnorodność materiału. Z kolei mroczny i agresywny „Shades of Evil” momentami przywołuje skojarzenia z Mercyful Fate. To solidny numer, choć miejscami można odnieść wrażenie, że zabrakło mu odrobiny większej pewności siebie.

Thrashmetalowe wpływy najmocniej dochodzą do głosu w rozpędzonym „Burning Ash”, który stanowi jeden z najmocniejszych punktów albumu. Podobnie prezentuje się „Per Aspera ad Inferi”, zabierający słuchacza w rejony thrash metalu przełomu lat 80. i 90. To energiczny, agresywny i bardzo zapadający w pamięć utwór. Całość wieńczy natomiast „The Unmerciful” — najdłuższa kompozycja na płycie, która w udany sposób podsumowuje charakter całego wydawnictwa.

Produkcja brzmi nowocześnie, ale jednocześnie zachowuje odpowiednią dawkę surowości. Perkusja jest potężna, bas dobrze słyszalny, a gitary mają odpowiedni ciężar, nie popadając przy tym w przesadną sterylność. To bardzo ważne, ponieważ wiele współczesnych retro-metalowych wydawnictw cierpi na zbyt wygładzone brzmienie. Tutaj udało się zachować koncertową energię oraz undergroundowy klimat.

Dla fanów klasycznego heavy i speed metalu jest to pozycja obowiązkowa — szczególnie dla tych, którzy tęsknią za agresją starego Judas Priest, Riot czy Agent Steel, ale chcieliby usłyszeć podobne granie w nowocześniejszym wydaniu. Wheel of Spikes to świetny powrót Menace — album pełen ognia, stali i oldschoolowej metalowej energii.

Ocena: 8/10

piątek, 8 maja 2026

LIVING FAST - Running across steel (2026)


 

Trzech muzyków amerykańskiego Black Denim Rage powołało w 2024 roku do życia formację Living Fast. To kolejny zespół próbujący przenieść słuchacza do złotej ery heavy i speed metalu lat 80. Już 24 kwietnia światło dzienne ujrzał ich debiutancki album zatytułowany „Running Across Steel”.

Debiut Living Fast to bardzo świadomy ukłon w stronę klasycznego heavy metalu. Już od pierwszych minut słychać, że nie jest to próba odświeżenia gatunku czy szukania nowoczesnych rozwiązań, lecz wierne oddanie ducha lat 80. W ostatnich latach pojawia się wiele podobnych płyt i dziś sam klimat retro oraz zestaw ogranych riffów to zdecydowanie za mało. Na szczęście Living Fast mają do zaoferowania coś więcej — autentyczność, pasję i wyjątkową energię.

Nie znajdziemy tutaj nowoczesnych produkcyjnych sztuczek. Zamiast tego dostajemy surowe, bezpośrednie brzmienie, które doskonale oddaje klimat dawnych metalowych wydawnictw. Living Fast nie próbują wymyślać heavy metalu na nowo — ich muzyka to szczery hołd dla klasyki gatunku. Słychać wyraźne inspiracje Iron Maiden czy Angel Witch, ale momentami można wychwycić również ducha Enforcer.

Oczywiście można zarzucić zespołowi schematyczność, brak oryginalności czy ograniczoną różnorodność. Jednak nadrabiają to ogromnym wyczuciem melodii oraz talentem do komponowania chwytliwych, oldschoolowych riffów. Za partie gitarowe odpowiada duet Eisenfaust/Sanders. Muzycy nie stawiają na techniczne popisy — liczy się przede wszystkim melodyjność i motywy, które błyskawicznie zapadają w pamięć. Ma być oldschoolowo, prosto i z odpowiednim pazurem — i ta formuła sprawdza się znakomicie.

Ogromnym atutem zespołu jest także wokalista Stefano Gugliotta. To frontman wręcz stworzony do śpiewania heavy metalu. Dysponuje charyzmą, charakterystyczną barwą głosu i bez problemu radzi sobie z wysokimi rejestrami. Dzięki niemu muzyka Living Fast nabiera jeszcze większej siły i autentyczności.

Album zawiera 10 utworów i trwa niespełna 39 minut, co idealnie wpisuje się w klasyczny format metalowych wydawnictw z lat 80. Całość otwiera instrumentalny „Talon of Fate”, budujący odpowiedni klimat przed właściwym uderzeniem. W tytułowym „Running Across Steel” szczególnie mocno słychać wpływy brytyjskiej sceny NWOBHM. To prawdziwy hołd dla klasycznego heavy metalu, wykonany z ogromną szczerością i pasją.

Zespół nie zwalnia tempa w „Endless Nights”. Utwór opiera się na dobrze znanych schematach, ale dzięki zaangażowaniu i energii zespołu brzmi świeżo i przekonująco. Więcej rockandrollowego ducha znajdziemy w przebojowym „Easy Comes Easy Goes”, który ponownie czerpie garściami z estetyki NWOBHM.

Na albumie nie mogło zabraknąć heavy metalowego hymnu. „Metallians on the Road” to numer, który bez problemu może porwać publiczność podczas koncertów. Pobrzmiewają tutaj echa Manowar oraz wczesnego Accept. Najostrzejszym fragmentem płyty jest natomiast „Speed Metal Knights”. Właśnie w tej speedmetalowej formule Living Fast czują się najlepiej. Mimo że zespół nie odkrywa tutaj niczego nowego, imponuje jakością wykonania i energią.

Więcej mroku i ciężaru przynosi „Dystopian”, choć nadal pozostaje on mocno zakorzeniony w klasycznym heavy metalu. Living Fast potrafią jednak pisać także bardziej melodyjne i przebojowe utwory, czego najlepszym przykładem jest „Never Let You Go”. To spokojniejszy numer o wyraźnym hardrockowym charakterze, który zachwyca chwytliwą melodią i pozwala słuchaczowi złapać oddech przed finałem albumu.

Live for Today” ponownie podkręca tempo i wnosi koncertową energię. To kolejny dowód na to, że czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. Największą niespodziankę zespół zostawił jednak na sam koniec. „Black Canvas” to znakomity przykład epickiego heavy metalu i zdecydowanie najambitniejszy utwór na płycie. Living Fast wychodzą tutaj poza bezpieczne ramy speed metalu, stawiając na bardziej nastrojową i rozbudowaną kompozycję. Wyraźnie słychać inspiracje klasycznym Iron Maiden — szczególnie w pracy gitar i budowaniu klimatu. Monumentalny motyw przewodni robi ogromne wrażenie i pokazuje potencjał drzemiący w zespole.

„Running Across Steel” to album skierowany przede wszystkim do fanów klasycznego heavy metalu. Nie próbuje być nowoczesny ani rewolucyjny. Zamiast tego oferuje czystą esencję gatunku — szybkość, melodyjność i bezkompromisową energię. To hołd dla klasyki podany jednak z wyczuciem, pasją i świeżością. Płyta skradła moje serce i z pewnością będę do niej często wracał. A jeśli ktoś nadal wątpi w talent Living Fast, powinien koniecznie posłuchać „Black Canvas”. Tak właśnie powinien brzmieć rasowy heavy metalowy debiut.

Ocena: 9/10

czwartek, 7 maja 2026

POWERRAGE - Beast (2026)


 

Speedmetalowa legenda Exciter zakończyła działalność w 2024 roku. Jedyną pozytywną wiadomością pozostaje fakt, że dwóch muzyków Exciter postanowiło kontynuować swoją muzyczną drogę i powołało do życia nową formację o nazwie Powerrage. Artyści wyraźnie zamierzają pielęgnować dziedzictwo Exciter, nadal poruszając się w klimatach klasycznego heavy i speed metalu rodem z lat 80. 24 kwietnia światło dzienne ujrzał ich debiutancki album zatytułowany Beast. Już sam tytuł sugeruje, że nadciąga prawdziwa bestia — bezkompromisowa, wygłodniała sukcesu i emanująca ogromną energią. Muzycy udowadniają, że duch Exciter wciąż pozostaje żywy i wyraźnie pulsuje w ich twórczości.

W składzie zespołu znalazł się wokalista Jacques Belanger, doskonale znany fanom z działalności w Exciter. Artysta nadal imponuje agresywną manierą wokalną, drapieżnym charakterem oraz potężną siłą wyrazu, idealnie wpisując się w estetykę klasycznego heavy/speed metalu. To właśnie dzięki jego charyzmatycznemu wokalowi album tak mocno przywołuje ducha metalowej sceny lat 80. Drugim niezwykle istotnym filarem formacji jest gitarzysta John Ricci, również związany niegdyś z Exciter. Na płycie Powerrage prezentuje wysoką formę — jego partie gitarowe są pełne ekspresji, pasji i autentycznego zaangażowania. Do pełni satysfakcji zabrakło jedynie większej dawki żywiołowości oraz wyraźniejszego talentu do komponowania utworów o stricte przebojowym potencjale.

Oprawa graficzna albumu utrzymana jest w mrocznej stylistyce i doskonale oddaje klimat zawartej na nim muzyki. Sam materiał jest stosunkowo krótki, ponieważ całość trwa niespełna 34 minuty. Już otwierający album rozpędzony i agresywny „Dark Wings w pełni ukazuje charakter oraz potencjał tej formacji. Kompozycja imponuje energią i bardzo dobrze oddaje esencję heavy/speed metalu. Następnie otrzymujemy mroczny, surowy i monumentalny „Cremation Damnation”. To solidny numer, choć odrobinę ustępujący najmocniejszym momentom wydawnictwa. Wyraźne echa Metal Church można usłyszeć w dynamicznym „Dragon Man”. Ponownie dominuje szybkie tempo, a chwytliwy motyw przewodni błyskawicznie zapada w pamięć. Nie zabrakło również bezkompromisowego i agresywnego „I Torture I Kill”, który ponownie zabiera słuchacza w rejony klasycznego heavy/speed metalu. Jednym z mniej wyrazistych fragmentów albumu pozostaje stonowany „Damned and Cursed”, któremu brakuje większej siły oddziaływania. Całość zamyka natomiast udany i przemyślany „The Black Mass”, stanowiący godne zwieńczenie tej muzycznej podróży.

Debiutancki album Powerrage to udane połączenie surowego heavy metalu z dynamicznym, drapieżnym speed metalem. W tej muzyce wyraźnie pobrzmiewa duch Exciter, ale jednocześnie słychać potencjał do budowania własnej tożsamości. Na ten moment otrzymujemy bardzo dobry materiał, pełen interesujących momentów i autentycznej pasji. Kilka słabszych fragmentów oraz niedostatek naprawdę wybitnych, zapadających w pamięć kompozycji sprawiają jednak, że album nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Mimo to jest to pozycja zdecydowanie godna uwagi dla wszystkich miłośników klasycznego heavy i speed metalu.

Ocena: 8/10

wtorek, 28 kwietnia 2026

TOXIKULL- Turbulence (2026)


 

Portugalski Toxikull rośnie w siłę i w 2024 roku wydał znakomity album „Under the Southern Light”. To prawdziwa heavy/speed metalowa uczta i pokaz potęgi zespołu – płyta aż kipi energią i przebojowością. Teraz, po dwóch latach, Toxikull powraca z nowym wydawnictwem zatytułowanym „Turbulence”. Premiera odbyła się 24 kwietnia i niestety da się odczuć lekki spadek formy względem poprzednika. Mimo to wciąż jest to bardzo wysoki poziom, nieosiągalny dla wielu zespołów.

Okładka robi ogromne wrażenie i prezentuje się nawet lepiej niż ta z poprzedniego albumu – jest mrok, klimat grozy i świetnie dobrana kolorystyka. Brzmienie natomiast jest ostre niczym brzytwa. Mocnym atutem grupy pozostaje utalentowany i charyzmatyczny wokalista oraz gitarzysta Lex Thunder. Jego wokal momentami przywodzi na myśl Roba Halforda, co stanowi dużą pochwałę. Partie wokalne stoją na najwyższym poziomie i trudno to podważyć. Michael Blade wraz z Lexem tworzą zgrany duet gitarowy – ich popisy i zagrywki zasługują na uznanie. Muzycy stawiają na klasyczne patenty, agresję i chwytliwość, kontynuując stylistykę znaną z poprzedniego albumu. Mimo to czuć pewne osłabienie – materiał nie ma już takiego uderzenia i nie jest tak dopracowany jak „Under the Southern Light”.

Album jest krótki, ale treściwy. Otwiera go przebojowy „Midnight Fire”, który jasno pokazuje, że zespół nie eksperymentuje, tylko konsekwentnie podąża wytyczoną ścieżką. Spadek formy uwidacznia się w spokojniejszym i mniej wyrazistym „Turbulence”. Mroczny „Dragon Magic” to solidny numer, choć brakuje mu dopracowania i świeżości znanej z poprzedniej płyty. Więcej energii i ducha klasycznego Judas Priest słychać w zadziornym „Blessed by the Night” – to heavy metal zagrany z pomysłem i wyraźnym ukłonem w stronę lat 80. Stonowany „Dying Star” to rockowa ballada mocno inspirowana stylistyką tamtej dekady, choć można odnieść wrażenie, że nie jest niezbędna. Zdecydowanie lepiej wypadają utwory o większej dynamice – „Strike Again” to znakomity przykład, prawdziwy killer na miarę poprzedniego wydawnictwa. W „Hard to Break” pobrzmiewają echa Accept, a nieco hardrockowy „Burning Spark” jest poprawny, choć nie porywa. Wokal robi wrażenie, a gitarowe riffy przywołują klasykę gatunku, jednak całość nie powala na kolana.

Z kolei „King of the Hammer” potrafi już wywołać opad szczęki – to znakomity hołd dla Judas Priest, momentami brzmiący jak zaginiony utwór z ery „Painkiller”. Album zamyka „Flames of Glory” – rasowy hit Toxikull: szybki, melodyjny i pełen energii. Takich kompozycji zdecydowanie powinno być więcej.

Toxikull nagrał bardzo dobry album w kategorii heavy/speed metalu. Słychać talent muzyków, dbałość o melodie i charakterystyczny metalowy pazur, jednak wyraźnie odczuwalny jest spadek formy. Niektóre kompozycje brzmią schematycznie i przewidywalnie, momentami robi się zbyt zachowawczo, ale nie brakuje też prawdziwych petard. Całościowo album się broni. Liczyłem na kolejnego mocnego kandydata do płyty roku – tym razem się to nie udało. To wciąż bardzo dobra płyta, do której będę wracał, choć pozostawia pewien niedosyt.

Ocena: 9/10

środa, 22 kwietnia 2026

WARSENAL - Endless beginnings (2026)


 


Choć kanadyjski zespół Warsenal istnieje już od 14 lat, dotąd nie miałem okazji zetknąć się z jego twórczością. 10 kwietnia wytwórnia Massacre Records wydała trzeci album studyjny zatytułowany Endless Beginnings. Już sama okładka – klimatyczna i mroczna – skutecznie zachęca, by sięgnąć po to wydawnictwo. Warsenal to kolejna formacja poruszająca się w obrębie heavy/speed i thrash metalu, czerpiąca pełnymi garściami z klasyki pokroju Razor, Destruction czy Exciter. Miłośnicy szybkiego, agresywnego, a jednocześnie melodyjnego grania szybko odnajdą się w tej stylistyce.

Siłą napędową zespołu jest bez wątpienia jego lider, Mathieu Rondeau, odpowiedzialny zarówno za partie gitarowe, jak i wokalne. Śpiewa z dużą pasją i charakterystycznym pazurem, nadając kompozycjom wyrazisty, thrashmetalowy sznyt. Jego sposób interpretacji zdecydowanie przypadł mi do gustu. Również od strony gitarowej dzieje się tu sporo dobrego – słychać dbałość o różnorodność, klimat oraz wykorzystanie sprawdzonych, klasycznych rozwiązań. Całość utrzymana jest w oldschoolowym duchu, nawiązującym do płyt z lat 80., co stanowi istotny atut „Endless Beginnings”. Choć album nie wnosi nic przełomowego do gatunku i podąża utartymi ścieżkami, ta wtórność w tym przypadku nie razi.

Już otwierający „Mass Grave Mass” wywołuje dreszcze – to rasowy killer imponujący tempem, melodyjnością i pomysłowymi solówkami. Brzmi niczym zapomniany klasyk z lat 80., stanowiąc mocne wejście. Podobne emocje budzi zadziorny i przebojowy „Flying Fortress”, momentami przywodzący na myśl Enforcer na sterydach. Wyraźnie słychać tu również wpływy New Wave of British Heavy Metal. Najdłuższym utworem na płycie jest „Phantom Hope” – udana kompozycja utrzymana w heavy metalowej konwencji, pełna ciekawych rozwiązań i pozbawiona dłużyzn.

Kolejny numer, „Feeding the Wildfire”, to rozpędzony i agresywny speedmetalowy cios – dopracowany i energetyczny. Następnie pojawia się bardziej thrashowy „The Numbing”, który momentami przywołuje skojarzenia z twórczością Megadeth. Na pochwałę zasługuje również melodyjny i chwytliwy „Dawn Movers”, oparty na energetycznym riffie i nośnych liniach melodycznych – utwór dobrze oddaje potencjał zespołu. Na zakończenie dostajemy dwa nieco dłuższe kawałki – „Onward to Our Death” oraz „Endless Beginnings” – które podtrzymują obrany kierunek stylistyczny. Niestety, pod koniec albumu pojawia się pewna monotonia i brak elementu zaskoczenia.

Mimo kilku niedociągnięć i słabszych momentów, Warsenal prezentuje się bardzo solidnie. Słychać, że muzycy doskonale czują się w tej stylistyce i świadomie ją rozwijają. Dysponują dobrym warsztatem oraz ciekawymi pomysłami, co przekłada się na jakość materiału. To bardzo dobry album w swojej kategorii.

Ocena: 7,5/10

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

AGGRESSIVE PERFECTOR - Come creeping fiends (2026)


 

Mogłoby się wydawać, że sięgamy po album z kręgu death metalu lub innych brutalnych odmian heavy metalu – okładka Aggressive Perfector może być w tym względzie myląca. Owszem, znajdziemy tu spore pokłady black metalu w klimacie Venom czy wczesnego Running Wild, jednak muzyka Brytyjczyków czerpie również z innych nurtów ciężkiego grania. Słychać tu wpływy NWOBHM, dużo speed metalu, a także inspiracje zespołami pokroju Exciter czy Hellripper. Otrzymujemy więc mieszankę wybuchową, która nie do końca współgra z brutalną oprawą graficzną – i jest to bardzo przyjemne zaskoczenie.

„Come Creeping Fiends”, wydany 27 marca nakładem Dying Victims Productions, to album zdecydowanie wart uwagi. Aggressive Perfector działa od 2014 roku, a jego liderem jest Dan Chainshaw, odpowiedzialny za partie gitarowe i wokalne. Jego styl wokalny przywodzi na myśl blackmetalową ekspresję – jest surowy, agresywny i pełen energii, co doskonale współgra z charakterem muzyki zespołu.

Od strony instrumentalnej również nie ma miejsca na nudę. Chainshaw serwuje ostre riffy i speedmetalową dynamikę, a wszystko to podane jest z wyraźną pasją i zamiłowaniem do klasycznego heavy metalu. Co istotne, zespół nie zapomina o chwytliwych melodiach i przebojowości, dzięki czemu – mimo korzystania ze sprawdzonych schematów – materiał dostarcza sporo satysfakcji.

Wspominałem o wpływach Running Wild? Wystarczy włączyć otwierający „Dead undead”, który już od pierwszych sekund przemyca charakterystyczne zagrywki tej legendy. To prawdziwy hit – energetyczny, bezpośredni i niezwykle nośny. Zadziorny, nieco surowy „Strange Companion” również świetnie odnajduje się w heavy metalowej estetyce. Zespół nie zwalnia tempa – „Fiend in You” garściami czerpie z twórczości Motörhead i Iron Maiden, przenosząc słuchacza w klimat lat 80.

Nieco lżejszy, bujający „Like a Beast” wprowadza elementy NWOBHM, natomiast mroczny „Obscene Cult” przyciąga cięższym, bardziej ponurym klimatem. „Denied by the Reaper” to kolejny szybki, heavy/speedmetalowy killer – agresywny riff i tempo robią tu świetną robotę. Dalej dostajemy przebojowy i pomysłowy „Harlot’s Spell”, w którym ponownie wybrzmiewają chwytliwe melodie i bardziej klasyczne podejście do heavy metalu. Echa Running Wild powracają w rozpędzonym „Return of the Axe”, będącym kolejną perełką na płycie.

Aggressive Perfector stworzył album, który z powodzeniem łączy mrok i agresję z dużą dawką przebojowości. Materiał jest dopracowany i spójny, oferując atrakcyjną mieszankę heavy i speed metalu z domieszką blackmetalowej surowości. Co prawda brakuje tu momentami elementu zaskoczenia czy wyraźnego błysku geniuszu, jednak mimo drobnych niedociągnięć płyta robi bardzo dobre wrażenie i zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Ocena: 8,5/10

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

THUNDERKILL - Global cataclysm (2026)


 

Nazwa Thunderkill niewiele mi mówiła, ale już sama okładka jasno sugeruje, że czeka nas solidna dawka oldschoolowego thrash metalu. Trzeba przyznać, że grafika przyciąga uwagę i zapada w pamięci – to wyraźny ukłon w stronę estetyki lat 80. Album „Global Cataclysm”, który ukazał się 10 kwietnia, to debiut zespołu tworzonego przez muzyków z Argentyny i Stanów Zjednoczonych. To prawdziwa gratka dla fanów wczesnego Megadeth, Anthrax czy Testament – klasyczny thrash metal w najlepszym wydaniu zawsze znajdzie swoich odbiorców.

Thunderkill to przede wszystkim projekt multiinstrumentalisty Keitha D, odpowiedzialnego za partie gitarowe i basowe. Zespół nie próbuje odkrywać Ameryki na nowo – bazuje raczej na sprawdzonych schematach gatunku. Muzyka bywa więc wtórna i odtwórcza, ale jednocześnie wykonana z dużą pasją i wyraźnym oddaniem dla thrash metalu. Specyficzny wokal Miny może jednak nie każdemu przypaść do gustu – jest agresywny i surowy, choć momentami utrudnia odbiór całości. Nie można mu jednak odmówić zaangażowania – robi wszystko, by materiał kipiał energią i drapieżnością. Ostatecznie album pozostaje spójny i potrafi dostarczyć sporo satysfakcji.

Zespół wyraźnie inspiruje się brzmieniem lat 80. i 90. Surowa, lekko „przybrudzona” produkcja oraz klimatyczna okładka dobrze wpisują się w tę konwencję. Sama muzyka również potrafi wpaść w ucho. Już na otwarcie dostajemy dynamiczny i rozbudowany „Global Cataclysm” – esencję speed/thrash metalu, którą kupuję bez zastrzeżeń. Nawet do mało technicznego wokalu można się z czasem przyzwyczaić.

W „Scorched” pojawia się bardziej heavy metalowy pazur i nieco toporny, ale skuteczny riff – to solidny kawałek, choć wokal ponownie zdradza pewne niedociągnięcia. Klasyczny thrash metal powraca w „Trauma Conditioning”, gdzie Mina stawia głównie na agresję i brutalność, kosztem techniki. Z kolei „Destroyer of Reality” wypada bardziej melodyjnie i różnorodnie, choć i tutaj nie brakuje drobnych mankamentów.

Pozostałe utwory utrzymane są w podobnym klimacie – nawet mroczny, bardziej stonowany „Dismantling the Mechanism” nie zaskakuje, choć wyraźnie nawiązuje do stylistyki Megadeth. Całość wieńczy agresywny „Beyond the Boiling Point”, który skręca nieco w stronę heavy metalu. Pojawia się tu chwytliwa melodia i łatwo wpadający w ucho refren – zespół pokazuje się z bardzo dobrej strony i daje nadzieję na rozwój.

Thunderkill postawił dopiero pierwsze kroki, ale mimo braku doświadczenia i pewności siebie wyraźnie słychać ich miłość do speed i thrash metalu. Zaangażowanie muzyków jest bezdyskusyjne, a przy dalszej pracy – zwłaszcza nad wokalem – formacja ma potencjał, by w przyszłości nagrać naprawdę interesujący materiał. Warto dać im szansę.

Ocena: 6.5/10

wtorek, 31 marca 2026

HELLRIPPER - Coronach (2026)


 

 Odkąd po raz pierwszy usłyszałem album  „Warlocks Grim & Withered Hags”, stałem się fanem twórczości brytyjskiego Hellrippera oraz talentu Jamesa McBaina. Trzeba przyznać, że potrafi on w niezwykle umiejętny sposób łączyć elementy black metalu, heavy metalu i speed metalu. Buduje mroczny, sugestywny klimat, tworzy chwytliwe kompozycje i wciągające melodie – wszystko zagrane z wyczuciem, pomysłem i dbałością o detale. Nie brakuje tu epickiego rozmachu ani świeżości. Hellripper już wcześniej powalił mnie na kolana, a poprzeczka została wysoko zawieszona w 2023 roku. Teraz najnowszy album, zatytułowany „Coronach”, który ukazał się 27 marca, okazuje się jeszcze ciekawszy, bardziej urozmaicony i dopracowany.

Wyraźnie słychać rozwój Jamesa w stosunku do poprzedniego wydawnictwa. Brzmienie jest soczyste, pełne mocy i agresji. Do tego dochodzi piękna, nastrojowa okładka – bogata paleta kolorów i dbałość o szczegóły sprawiają, że zapada ona w pamięć na długo. McBain po raz kolejny imponuje talentem. Sposób, w jaki operuje wokalem i buduje mroczny nastrój, naprawdę zasługuje na uznanie. W warstwie gitarowej również dzieje się wiele dobrego – jest agresywnie, dynamicznie, a zarazem niezwykle melodyjnie. Od pierwszej do ostatniej minuty coś się dzieje: pojawia się zróżnicowanie, zmiany tempa i element zaskoczenia. Płyta praktycznie nie ma słabych punktów. Miłym dodatkiem są także gościnne występy – choćby Marianny, która wspiera Jamesa wokalnie, dodając całości jeszcze więcej klimatu i mrocznej atmosfery.

Na albumie znalazło się osiem utworów, które łącznie dają około 44 minut muzyki na bardzo wysokim poziomie. Całość otwiera rozpędzony „Hunderprest” – energetyczna mieszanka thrashu, speed metalu i blackmetalowego klimatu, która doskonale pokazuje talent McBaina. Przebojowy „Kinchyle” imponuje agresywnym riffem, momentami przywodzącym na myśl twórczość Running Wild, oraz świetną dynamiką. To Hellripper w znakomitej formie. Z kolei „The Art of Resurrection” otacza słuchacza tajemniczym, niemal mistycznym klimatem, oferując przy tym wiele interesujących przejść i zmian tempa.

Dalej otrzymujemy agresywny i pędzący „Baobhan Sith”, w którym przenikają się elementy black metalu ze speedowo-thrashową energią. To świetnie skonstruowany kawałek, wręcz kipiący energią. Podobne emocje wywołuje żywiołowy „Blackk Satanik Fvkkstorm” – w takim wydaniu Hellripper sprawdza się wręcz idealnie. „Sculptor’s Cave” oraz „Mortercheyn” to kolejne dwa szybkie, bezkompromisowe killery. Finałem albumu jest rozbudowany i klimatyczny „Coronach”, który prezentuje wszystko, co w Hellripperze najlepsze. Pojawiają się tu również wyraźne wpływy heavy metalu, a nieco bardziej stonowane tempo działa na korzyść kompozycji. To naprawdę piękne zwieńczenie płyty.

Sposób, w jaki brytyjski Hellripper interpretuje i rozwija stylistykę black metalu, budzi duży podziw. Mieszanka heavy metalu, black metalu, speed metalu i thrashu została tu zrealizowana niemal bezbłędnie. Nowy album jest dojrzały, dopracowany i niezwykle melodyjny. Nie brakuje mu przebojowości, pomysłowości ani świeżości. Słychać oczywiście inspiracje takimi zespołami jak Venom, Sodom czy Slayer, jednak Hellripper konsekwentnie buduje własny, rozpoznawalny styl.

Ten album po prostu trzeba znać.

Ocena: 10/10