Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Speed Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Speed Metal. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2026

TOXIKULL- Turbulence (2026)


 

Portugalski Toxikull rośnie w siłę i w 2024 roku wydał znakomity album „Under the Southern Light”. To prawdziwa heavy/speed metalowa uczta i pokaz potęgi zespołu – płyta aż kipi energią i przebojowością. Teraz, po dwóch latach, Toxikull powraca z nowym wydawnictwem zatytułowanym „Turbulence”. Premiera odbyła się 24 kwietnia i niestety da się odczuć lekki spadek formy względem poprzednika. Mimo to wciąż jest to bardzo wysoki poziom, nieosiągalny dla wielu zespołów.

Okładka robi ogromne wrażenie i prezentuje się nawet lepiej niż ta z poprzedniego albumu – jest mrok, klimat grozy i świetnie dobrana kolorystyka. Brzmienie natomiast jest ostre niczym brzytwa. Mocnym atutem grupy pozostaje utalentowany i charyzmatyczny wokalista oraz gitarzysta Lex Thunder. Jego wokal momentami przywodzi na myśl Roba Halforda, co stanowi dużą pochwałę. Partie wokalne stoją na najwyższym poziomie i trudno to podważyć. Michael Blade wraz z Lexem tworzą zgrany duet gitarowy – ich popisy i zagrywki zasługują na uznanie. Muzycy stawiają na klasyczne patenty, agresję i chwytliwość, kontynuując stylistykę znaną z poprzedniego albumu. Mimo to czuć pewne osłabienie – materiał nie ma już takiego uderzenia i nie jest tak dopracowany jak „Under the Southern Light”.

Album jest krótki, ale treściwy. Otwiera go przebojowy „Midnight Fire”, który jasno pokazuje, że zespół nie eksperymentuje, tylko konsekwentnie podąża wytyczoną ścieżką. Spadek formy uwidacznia się w spokojniejszym i mniej wyrazistym „Turbulence”. Mroczny „Dragon Magic” to solidny numer, choć brakuje mu dopracowania i świeżości znanej z poprzedniej płyty. Więcej energii i ducha klasycznego Judas Priest słychać w zadziornym „Blessed by the Night” – to heavy metal zagrany z pomysłem i wyraźnym ukłonem w stronę lat 80. Stonowany „Dying Star” to rockowa ballada mocno inspirowana stylistyką tamtej dekady, choć można odnieść wrażenie, że nie jest niezbędna. Zdecydowanie lepiej wypadają utwory o większej dynamice – „Strike Again” to znakomity przykład, prawdziwy killer na miarę poprzedniego wydawnictwa. W „Hard to Break” pobrzmiewają echa Accept, a nieco hardrockowy „Burning Spark” jest poprawny, choć nie porywa. Wokal robi wrażenie, a gitarowe riffy przywołują klasykę gatunku, jednak całość nie powala na kolana.

Z kolei „King of the Hammer” potrafi już wywołać opad szczęki – to znakomity hołd dla Judas Priest, momentami brzmiący jak zaginiony utwór z ery „Painkiller”. Album zamyka „Flames of Glory” – rasowy hit Toxikull: szybki, melodyjny i pełen energii. Takich kompozycji zdecydowanie powinno być więcej.

Toxikull nagrał bardzo dobry album w kategorii heavy/speed metalu. Słychać talent muzyków, dbałość o melodie i charakterystyczny metalowy pazur, jednak wyraźnie odczuwalny jest spadek formy. Niektóre kompozycje brzmią schematycznie i przewidywalnie, momentami robi się zbyt zachowawczo, ale nie brakuje też prawdziwych petard. Całościowo album się broni. Liczyłem na kolejnego mocnego kandydata do płyty roku – tym razem się to nie udało. To wciąż bardzo dobra płyta, do której będę wracał, choć pozostawia pewien niedosyt.

Ocena: 9/10

środa, 22 kwietnia 2026

WARSENAL - Endless beginnings (2026)


 


Choć kanadyjski zespół Warsenal istnieje już od 14 lat, dotąd nie miałem okazji zetknąć się z jego twórczością. 10 kwietnia wytwórnia Massacre Records wydała trzeci album studyjny zatytułowany Endless Beginnings. Już sama okładka – klimatyczna i mroczna – skutecznie zachęca, by sięgnąć po to wydawnictwo. Warsenal to kolejna formacja poruszająca się w obrębie heavy/speed i thrash metalu, czerpiąca pełnymi garściami z klasyki pokroju Razor, Destruction czy Exciter. Miłośnicy szybkiego, agresywnego, a jednocześnie melodyjnego grania szybko odnajdą się w tej stylistyce.

Siłą napędową zespołu jest bez wątpienia jego lider, Mathieu Rondeau, odpowiedzialny zarówno za partie gitarowe, jak i wokalne. Śpiewa z dużą pasją i charakterystycznym pazurem, nadając kompozycjom wyrazisty, thrashmetalowy sznyt. Jego sposób interpretacji zdecydowanie przypadł mi do gustu. Również od strony gitarowej dzieje się tu sporo dobrego – słychać dbałość o różnorodność, klimat oraz wykorzystanie sprawdzonych, klasycznych rozwiązań. Całość utrzymana jest w oldschoolowym duchu, nawiązującym do płyt z lat 80., co stanowi istotny atut „Endless Beginnings”. Choć album nie wnosi nic przełomowego do gatunku i podąża utartymi ścieżkami, ta wtórność w tym przypadku nie razi.

Już otwierający „Mass Grave Mass” wywołuje dreszcze – to rasowy killer imponujący tempem, melodyjnością i pomysłowymi solówkami. Brzmi niczym zapomniany klasyk z lat 80., stanowiąc mocne wejście. Podobne emocje budzi zadziorny i przebojowy „Flying Fortress”, momentami przywodzący na myśl Enforcer na sterydach. Wyraźnie słychać tu również wpływy New Wave of British Heavy Metal. Najdłuższym utworem na płycie jest „Phantom Hope” – udana kompozycja utrzymana w heavy metalowej konwencji, pełna ciekawych rozwiązań i pozbawiona dłużyzn.

Kolejny numer, „Feeding the Wildfire”, to rozpędzony i agresywny speedmetalowy cios – dopracowany i energetyczny. Następnie pojawia się bardziej thrashowy „The Numbing”, który momentami przywołuje skojarzenia z twórczością Megadeth. Na pochwałę zasługuje również melodyjny i chwytliwy „Dawn Movers”, oparty na energetycznym riffie i nośnych liniach melodycznych – utwór dobrze oddaje potencjał zespołu. Na zakończenie dostajemy dwa nieco dłuższe kawałki – „Onward to Our Death” oraz „Endless Beginnings” – które podtrzymują obrany kierunek stylistyczny. Niestety, pod koniec albumu pojawia się pewna monotonia i brak elementu zaskoczenia.

Mimo kilku niedociągnięć i słabszych momentów, Warsenal prezentuje się bardzo solidnie. Słychać, że muzycy doskonale czują się w tej stylistyce i świadomie ją rozwijają. Dysponują dobrym warsztatem oraz ciekawymi pomysłami, co przekłada się na jakość materiału. To bardzo dobry album w swojej kategorii.

Ocena: 7,5/10

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

AGGRESSIVE PERFECTOR - Come creeping fiends (2026)


 

Mogłoby się wydawać, że sięgamy po album z kręgu death metalu lub innych brutalnych odmian heavy metalu – okładka Aggressive Perfector może być w tym względzie myląca. Owszem, znajdziemy tu spore pokłady black metalu w klimacie Venom czy wczesnego Running Wild, jednak muzyka Brytyjczyków czerpie również z innych nurtów ciężkiego grania. Słychać tu wpływy NWOBHM, dużo speed metalu, a także inspiracje zespołami pokroju Exciter czy Hellripper. Otrzymujemy więc mieszankę wybuchową, która nie do końca współgra z brutalną oprawą graficzną – i jest to bardzo przyjemne zaskoczenie.

„Come Creeping Fiends”, wydany 27 marca nakładem Dying Victims Productions, to album zdecydowanie wart uwagi. Aggressive Perfector działa od 2014 roku, a jego liderem jest Dan Chainshaw, odpowiedzialny za partie gitarowe i wokalne. Jego styl wokalny przywodzi na myśl blackmetalową ekspresję – jest surowy, agresywny i pełen energii, co doskonale współgra z charakterem muzyki zespołu.

Od strony instrumentalnej również nie ma miejsca na nudę. Chainshaw serwuje ostre riffy i speedmetalową dynamikę, a wszystko to podane jest z wyraźną pasją i zamiłowaniem do klasycznego heavy metalu. Co istotne, zespół nie zapomina o chwytliwych melodiach i przebojowości, dzięki czemu – mimo korzystania ze sprawdzonych schematów – materiał dostarcza sporo satysfakcji.

Wspominałem o wpływach Running Wild? Wystarczy włączyć otwierający „Dead undead”, który już od pierwszych sekund przemyca charakterystyczne zagrywki tej legendy. To prawdziwy hit – energetyczny, bezpośredni i niezwykle nośny. Zadziorny, nieco surowy „Strange Companion” również świetnie odnajduje się w heavy metalowej estetyce. Zespół nie zwalnia tempa – „Fiend in You” garściami czerpie z twórczości Motörhead i Iron Maiden, przenosząc słuchacza w klimat lat 80.

Nieco lżejszy, bujający „Like a Beast” wprowadza elementy NWOBHM, natomiast mroczny „Obscene Cult” przyciąga cięższym, bardziej ponurym klimatem. „Denied by the Reaper” to kolejny szybki, heavy/speedmetalowy killer – agresywny riff i tempo robią tu świetną robotę. Dalej dostajemy przebojowy i pomysłowy „Harlot’s Spell”, w którym ponownie wybrzmiewają chwytliwe melodie i bardziej klasyczne podejście do heavy metalu. Echa Running Wild powracają w rozpędzonym „Return of the Axe”, będącym kolejną perełką na płycie.

Aggressive Perfector stworzył album, który z powodzeniem łączy mrok i agresję z dużą dawką przebojowości. Materiał jest dopracowany i spójny, oferując atrakcyjną mieszankę heavy i speed metalu z domieszką blackmetalowej surowości. Co prawda brakuje tu momentami elementu zaskoczenia czy wyraźnego błysku geniuszu, jednak mimo drobnych niedociągnięć płyta robi bardzo dobre wrażenie i zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Ocena: 8,5/10

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

THUNDERKILL - Global cataclysm (2026)


 

Nazwa Thunderkill niewiele mi mówiła, ale już sama okładka jasno sugeruje, że czeka nas solidna dawka oldschoolowego thrash metalu. Trzeba przyznać, że grafika przyciąga uwagę i zapada w pamięci – to wyraźny ukłon w stronę estetyki lat 80. Album „Global Cataclysm”, który ukazał się 10 kwietnia, to debiut zespołu tworzonego przez muzyków z Argentyny i Stanów Zjednoczonych. To prawdziwa gratka dla fanów wczesnego Megadeth, Anthrax czy Testament – klasyczny thrash metal w najlepszym wydaniu zawsze znajdzie swoich odbiorców.

Thunderkill to przede wszystkim projekt multiinstrumentalisty Keitha D, odpowiedzialnego za partie gitarowe i basowe. Zespół nie próbuje odkrywać Ameryki na nowo – bazuje raczej na sprawdzonych schematach gatunku. Muzyka bywa więc wtórna i odtwórcza, ale jednocześnie wykonana z dużą pasją i wyraźnym oddaniem dla thrash metalu. Specyficzny wokal Miny może jednak nie każdemu przypaść do gustu – jest agresywny i surowy, choć momentami utrudnia odbiór całości. Nie można mu jednak odmówić zaangażowania – robi wszystko, by materiał kipiał energią i drapieżnością. Ostatecznie album pozostaje spójny i potrafi dostarczyć sporo satysfakcji.

Zespół wyraźnie inspiruje się brzmieniem lat 80. i 90. Surowa, lekko „przybrudzona” produkcja oraz klimatyczna okładka dobrze wpisują się w tę konwencję. Sama muzyka również potrafi wpaść w ucho. Już na otwarcie dostajemy dynamiczny i rozbudowany „Global Cataclysm” – esencję speed/thrash metalu, którą kupuję bez zastrzeżeń. Nawet do mało technicznego wokalu można się z czasem przyzwyczaić.

W „Scorched” pojawia się bardziej heavy metalowy pazur i nieco toporny, ale skuteczny riff – to solidny kawałek, choć wokal ponownie zdradza pewne niedociągnięcia. Klasyczny thrash metal powraca w „Trauma Conditioning”, gdzie Mina stawia głównie na agresję i brutalność, kosztem techniki. Z kolei „Destroyer of Reality” wypada bardziej melodyjnie i różnorodnie, choć i tutaj nie brakuje drobnych mankamentów.

Pozostałe utwory utrzymane są w podobnym klimacie – nawet mroczny, bardziej stonowany „Dismantling the Mechanism” nie zaskakuje, choć wyraźnie nawiązuje do stylistyki Megadeth. Całość wieńczy agresywny „Beyond the Boiling Point”, który skręca nieco w stronę heavy metalu. Pojawia się tu chwytliwa melodia i łatwo wpadający w ucho refren – zespół pokazuje się z bardzo dobrej strony i daje nadzieję na rozwój.

Thunderkill postawił dopiero pierwsze kroki, ale mimo braku doświadczenia i pewności siebie wyraźnie słychać ich miłość do speed i thrash metalu. Zaangażowanie muzyków jest bezdyskusyjne, a przy dalszej pracy – zwłaszcza nad wokalem – formacja ma potencjał, by w przyszłości nagrać naprawdę interesujący materiał. Warto dać im szansę.

Ocena: 6.5/10

wtorek, 31 marca 2026

HELLRIPPER - Coronach (2026)


 

 Odkąd po raz pierwszy usłyszałem album  „Warlocks Grim & Withered Hags”, stałem się fanem twórczości brytyjskiego Hellrippera oraz talentu Jamesa McBaina. Trzeba przyznać, że potrafi on w niezwykle umiejętny sposób łączyć elementy black metalu, heavy metalu i speed metalu. Buduje mroczny, sugestywny klimat, tworzy chwytliwe kompozycje i wciągające melodie – wszystko zagrane z wyczuciem, pomysłem i dbałością o detale. Nie brakuje tu epickiego rozmachu ani świeżości. Hellripper już wcześniej powalił mnie na kolana, a poprzeczka została wysoko zawieszona w 2023 roku. Teraz najnowszy album, zatytułowany „Coronach”, który ukazał się 27 marca, okazuje się jeszcze ciekawszy, bardziej urozmaicony i dopracowany.

Wyraźnie słychać rozwój Jamesa w stosunku do poprzedniego wydawnictwa. Brzmienie jest soczyste, pełne mocy i agresji. Do tego dochodzi piękna, nastrojowa okładka – bogata paleta kolorów i dbałość o szczegóły sprawiają, że zapada ona w pamięć na długo. McBain po raz kolejny imponuje talentem. Sposób, w jaki operuje wokalem i buduje mroczny nastrój, naprawdę zasługuje na uznanie. W warstwie gitarowej również dzieje się wiele dobrego – jest agresywnie, dynamicznie, a zarazem niezwykle melodyjnie. Od pierwszej do ostatniej minuty coś się dzieje: pojawia się zróżnicowanie, zmiany tempa i element zaskoczenia. Płyta praktycznie nie ma słabych punktów. Miłym dodatkiem są także gościnne występy – choćby Marianny, która wspiera Jamesa wokalnie, dodając całości jeszcze więcej klimatu i mrocznej atmosfery.

Na albumie znalazło się osiem utworów, które łącznie dają około 44 minut muzyki na bardzo wysokim poziomie. Całość otwiera rozpędzony „Hunderprest” – energetyczna mieszanka thrashu, speed metalu i blackmetalowego klimatu, która doskonale pokazuje talent McBaina. Przebojowy „Kinchyle” imponuje agresywnym riffem, momentami przywodzącym na myśl twórczość Running Wild, oraz świetną dynamiką. To Hellripper w znakomitej formie. Z kolei „The Art of Resurrection” otacza słuchacza tajemniczym, niemal mistycznym klimatem, oferując przy tym wiele interesujących przejść i zmian tempa.

Dalej otrzymujemy agresywny i pędzący „Baobhan Sith”, w którym przenikają się elementy black metalu ze speedowo-thrashową energią. To świetnie skonstruowany kawałek, wręcz kipiący energią. Podobne emocje wywołuje żywiołowy „Blackk Satanik Fvkkstorm” – w takim wydaniu Hellripper sprawdza się wręcz idealnie. „Sculptor’s Cave” oraz „Mortercheyn” to kolejne dwa szybkie, bezkompromisowe killery. Finałem albumu jest rozbudowany i klimatyczny „Coronach”, który prezentuje wszystko, co w Hellripperze najlepsze. Pojawiają się tu również wyraźne wpływy heavy metalu, a nieco bardziej stonowane tempo działa na korzyść kompozycji. To naprawdę piękne zwieńczenie płyty.

Sposób, w jaki brytyjski Hellripper interpretuje i rozwija stylistykę black metalu, budzi duży podziw. Mieszanka heavy metalu, black metalu, speed metalu i thrashu została tu zrealizowana niemal bezbłędnie. Nowy album jest dojrzały, dopracowany i niezwykle melodyjny. Nie brakuje mu przebojowości, pomysłowości ani świeżości. Słychać oczywiście inspiracje takimi zespołami jak Venom, Sodom czy Slayer, jednak Hellripper konsekwentnie buduje własny, rozpoznawalny styl.

Ten album po prostu trzeba znać.

Ocena: 10/10

piątek, 27 marca 2026

CRUEL FORCE - Haneda (2026)

 


"Dawn of the Axe” był prawdziwym pokazem mocy i talentu niemieckiego zespołu Cruel Force. To jedna z najlepszych płyt wydanych w 2023 roku. Band zaprezentował klasę, ogromny potencjał oraz wielką miłość do heavy i speed metalu z domieszką thrashu. Cruel Force skradł moje serce, dlatego z niecierpliwością wypatrywałem następcy „Dawn of the Axe”.

Album „Haneda” ukazał się 26 marca nakładem Shadow Kingdom Records. Cruel Force wyrasta na nową gwiazdę speed metalu, a najnowsze wydawnictwo tylko potwierdza ich wysoką formę. Na takie płyty zdecydowanie warto czekać.

Już sama okładka przyciąga wzrok – egipski motyw prezentuje się znakomicie i świetnie współgra z charakterem muzyki. Równie dobrze wypada produkcja: brzmienie jest dopieszczone, ostre niczym brzytwa i idealnie pasuje do stylistyki zespołu. Wokalista Michael Dall daje się poznać jako rasowy heavy/speedmetalowy frontman, który nadaje kompozycjom odpowiednią ekspresję i charakter. Gitarzysta ukrywający się pod pseudonimem Slaughter stawia na sprawdzone rozwiązania – agresywne riffy, dynamiczne partie gitarowe oraz pełne finezji i świeżości solówki. Jest się czym zachwycać, bo Slaughter w wyraźny sposób oddaje hołd złotej erze lat 80. Do tego dochodzi energiczna, znakomicie pracująca sekcja rytmiczna. Każdy element, każda cząstka muzyki Cruel Force wydaje się dopracowana w najdrobniejszych szczegółach.

Album otwiera instrumentalne intro „The Cross”, które w bardzo klimatyczny sposób buduje napięcie i pokazuje muzyczne umiejętności zespołu. Apetyt rośnie błyskawicznie, a zaraz potem wkracza dobrze znany singiel „Whips A Swinging”. To prawdziwa eksplozja agresji i dynamiki, z wyraźnymi zapędami w stronę thrash metalu. Cruel Force w najlepszej formie – do tego świetne przejścia i znakomite solówki.

W podobnych klimatach utrzymany jest rozpędzony „Savage Gods”, kolejny killer na tej płycie. Wszystko brzmi perfekcyjnie i trudno znaleźć jakiekolwiek słabe punkty. Co ważne, zespół unika monotonii i nie gra według jednego schematu, co stanowi jego ogromny atut.

Rozpędzony „Sword of Iron” przywołuje skojarzenia ze speed metalem z pierwszych płyt Blind Guardian czy Helloween z czasów „Walls of Jericho”. Egipski klimat z okładki powraca w instrumentalnym „Crystal Skull” – to bardziej heavy metalowa kompozycja z wyraźnymi wpływami Iron Maiden. Zespół błyszczy tu kreatywnością, a momentami wręcz geniuszem.

Ten nastrój płynnie przechodzi w kolejny utwór – „Warlords”. Wejście syntezatorów i epicki rozmach sprawiają, że kompozycja robi ogromne wrażenie. Sześć minut mija tu błyskawicznie, a zespół świetnie bawi się konwencją.

Nie brakuje też bardziej bezpośrednich, energetycznych momentów – takim numerem jest przebojowy „Black Talon”, kolejna wariacja na temat speed/thrash metalu, w której Cruel Force czuje się jak ryba w wodzie. Emocji dostarcza również rozpędzony „Titans Awakening”, a całość zamyka monumentalny „Haneda”. Kto by się spodziewał, że zespół potrafi stworzyć tak rozbudowany, a jednocześnie atrakcyjny utwór w stylistyce speed/thrash metalowej? Efekt jest znakomity – to jeden z najciekawszych numerów w dorobku Cruel Force i finał w naprawdę wielkim stylu.

Cruel Force rośnie w siłę, a marka zespołu budzi coraz większy respekt. Niemcy po raz kolejny nagrali album praktycznie bezbłędny, który trzyma w napięciu od początku do końca. Świetne instrumentalne wstawki, mnóstwo killerów i epicki finał sprawiają, że „Haneda” to płyta obowiązkowa dla fanów speed i thrash metalu. Wygląda na to, że na scenie wyrosła nam nowa gwiazda tego gatunku – i zdecydowanie warto mieć ten album na swojej półce.

Ocena: 10/10

czwartek, 8 stycznia 2026

LEATHERHEAD - Violent horror stories (2026)

 



Nadszedł czas, aby zweryfikować, czy grecki zespół Leatherhead był jedynie jednorazowym objawieniem, czy też rzeczywiście jesteśmy świadkami narodzin nowej gwiazdy na greckiej scenie metalowej. Grupa powraca z nowym materiałem zaledwie po dwóch latach i udowadnia, że ma sporo do powiedzenia w kategorii heavy/speed metalu inspirowanego latami 80. Muzycy bez kompleksów sięgają po dziedzictwo takich formacji jak Exciter, Enforcer, Agent Steel czy Scanner. Album „Violent Horror Stories” ukaże się 13 lutego 2026 roku nakładem No Remorse Records. Choć całość nie dorównuje perfekcją debiutowi, nadal mamy do czynienia z graniem na bardzo wysokim poziomie. Tego wydawnictwa po prostu nie można przegapić.

Warto zaznaczyć, że jest to pierwszy album nagrany z nowym gitarzystą. Jim Komninos, znany wcześniej z formacji Thorn Burial, w której występował również wokalista Tolis Mekras, doskonale wpisuje się w stylistykę zespołu. Jego współpraca z Thanosem Metaliosem układa się wzorcowo. Duet stawia na zadziorne, kreatywne partie gitarowe oraz chwytliwe, łatwo zapadające w pamięć solówki. Leatherhead doskonale wie, jak dogodzić słuchaczowi i pobudzić jego zmysły. Z jednej strony mamy tu granie dobrze znane i wielokrotnie eksploatowane, z drugiej – podane z pomysłem, pasją i dbałością o detale. Słychać autentyczne zaangażowanie i miłość do gatunku. Wokal Tolisa ponownie robi ogromne wrażenie i potrafi wywołać dreszcze. Dostajemy także soczyste, selektywne brzmienie oraz znakomitą okładkę z charakterystyczną maskotką zespołu. Brawo!

Album składa się z ośmiu utworów i oferuje 37 minut muzyki, która naprawdę potrafi zachwycić. Już rozpędzony „V.H.S.” oddaje esencję heavy/speed metalu rodem z lat 80. Główny motyw dosłownie rozwala system i pokazuje klasę zespołu – nic dziwnego, że to właśnie ten numer wybrano na singiel. Następnie otrzymujemy dynamiczny „Summoning the Dead”, który imponuje efektownymi solówkami i znakomitą dynamiką. Sekcja rytmiczna błyszczy w „The Visitors”, gdzie można wychwycić echa Iron Maiden czy Kinga Diamonda. To utwór, który doskonale eksponuje możliwości wokalne Tolisa – jego głos sieje tu prawdziwe spustoszenie. Siedmiominutowy „Children of the Beast” to bardziej rozbudowana kompozycja, oparta na mrocznym klimacie i umiejętnym budowaniu napięcia. Klasyczne patenty i wyraźne nawiązania do lat 80. są jednym z największych atutów Leatherhead. Zespół świetnie odnajduje się również w szybkim, bezkompromisowym speed metalowym graniu, co znakomicie potwierdza „Incubus”. Mnóstwo klasycznych elementów znajdziemy także w prostym, chwytliwym „Crimson Eyes”, który czerpie pełnymi garściami z NWOBHM. Podobnie prezentuje się pomysłowy i energetyczny „Dreamcatcher”.

Leatherhead nagrał kolejny znakomity album w swoim charakterystycznym heavy/speed metalowym stylu. Jest klimat lat 80., potężne brzmienie, przemyślane riffy i wciągające refreny. Zespół udowadnia, że ma talent, wizję i jasno określony kierunek artystyczny. Album aż kipi energią i kryje w sobie wiele potencjalnych hitów. Grecki band pokazuje, że nie jest sezonową sensacją, lecz formacją z prawdziwym potencjałem.

Ocena: 9/10

niedziela, 14 grudnia 2025

IRONBIRD - High Speed Evil (2025)


 Nieczęsto spotyka się heavy metalowy zespół z Malezji. Nie jest to kraj kojarzony z tym gatunkiem muzycznym, dlatego tym większe zaskoczenie przynosi formacja Ironbird, która powstała w 2015 roku i od początku obrała sobie za cel granie heavy/speed metalu w duchu lat 80.

W ich muzyce bez trudu można wychwycić echa wczesnego Helloween z okresu albumu Walls of Jericho, pojawiają się też wpływy pierwszych płyt Blind Guardian czy bezkompromisowego Exciter. Zespół jest pełen pomysłów, głodny sukcesu i ma jasno określoną wizję zarówno siebie, jak i swoich kompozycji.

Debiutancki album zatytułowany High Speed Evil miał premierę 8 sierpnia i jest to pozycja, której zdecydowanie nie należy lekceważyć. Owszem, próżno tu szukać rewolucji czy eksplorowania nowych rejonów heavy metalu — Ironbird stawia na sprawdzone schematy. Robi to jednak umiejętnie, z wyczuciem i wyraźnym hołdem dla klasyków oraz złotej ery lat 80.

Siła zespołu tkwi przede wszystkim w przemyślanych zagrywkach gitarzysty Eko Nurdin, który stawia na mocne, wyraziste riffy, szybkie tempo i klasyczne brzmienie. Miłym akcentem jest również wokal Ash Rajis, który momentami przywodzi na myśl Kai Hansen z jego najlepszych lat. Materiał jest dynamiczny i bardzo przyjemny w odbiorze — nie ma tu miejsca na nudę. Klimat lat 80. czuć nie tylko w muzyce, ale także w okładce i dopracowanej produkcji.

Album otwiera klasyczny, instrumentalny utwór „The Hellion Iron Throne”, pełniący rolę klimatycznego wstępu. Zaraz po nim wkracza melodyjny „Flight with the Iron” — już w pierwszych sekundach słychać tu ducha Iron Maiden, by później przejść w bardziej bezpośrednie ukłony w stronę heavy/speed metalu rodem z płyt Skull Fist czy Enforcer. To kawałek, który pokazuje, że zespół potrafi solidnie przyłożyć.

Kolejnym mocnym punktem jest „Metal Invaders”, gdzie skojarzenia z wczesnym Helloween są jak najbardziej uzasadnione — sam tytuł zresztą zobowiązuje. Szybko w ucho wpada również przebojowy „Heavy Metal Bikers”: prosty, ale oddający esencję heavy metalu lat 80., będący znakomitym hołdem dla Judas Priest i Iron Maiden.

Riff otwierający „High Speed Evil” przywodzi mi na myśl „Back to Back” zespołu Pretty Maids, choć całościowo utwór skręca w bardziej speedmetalowe klimaty bliskie Helloween i Exciter. Klasyczny heavy metal w melodyjnej odsłonie dostajemy w przebojowym „Burning in the Night”, gdzie wpływy Iron Maiden są wyjątkowo wyraźne. Owszem, oryginalności tu niewiele, ale słucha się tego znakomicie.

Do tego dochodzą rozpędzony „Iron Meets Steel” oraz zadziorny „Titian Sirat”, który zamyka album z odpowiednią dawką energii i charakteru.

Debiut Ironbird to swoista laurka dla wielkich zespołów i przede wszystkim dla heavy metalu lat 80. Formacja oddaje hołd wczesnemu Helloween, Judas Priest, Exciter i Iron Maiden — i robi to naprawdę bardzo dobrze. Jest pazur, pomysłowość i szczere zaangażowanie, słyszalne od pierwszych sekund. Ironbird nie bawi się w półśrodki — od razu przechodzi do ataku.

Brawo, panowie! Bardzo dobra robota. Czekamy na więcej.

Ocena: 8/10

niedziela, 23 listopada 2025

BLIZZEN - Metalectric (2025)


 

Niemiecki Blizzen ma już na koncie dwa udane albumy i dziś jest nazwą doskonale rozpoznawalną wśród fanów NWOTHM. Każdy, kto lubi mieszankę heavy i speed metalu z wyraźnym klimatem lat 80., szybko przekona się do stylu oraz jakości Blizzen. Dotychczasowe wydawnictwa trzymały bardzo wysoki poziom i dostarczały mnóstwo frajdy. Zespół czerpie pełnymi garściami z takich formacji jak Vulture, Stallion, Skull Fist, Judas Priest czy Accept, stawiając na klasyczne, sprawdzone rozwiązania.


21 listopada ukazał się trzeci studyjny album zatytułowany „MetElectric”, który pokazuje, że grupa wciąż trzyma formę i nie zapomniała, jak tworzyć zadziorny, przebojowy materiał.


To prawda, że zespołów grających w podobnym stylu jest wiele, jednak niemiecka szkoła grania i umiejętność konstruowania wciągających kompozycji sprawiają, że Blizzen potrafi na dłużej zapaść w pamięć. O oryginalność trudno — nie ma tu niczego przełomowego ani nadzwyczajnego — ale kapela świetnie wykorzystuje swoje atuty. Stawia na prostotę i skuteczne motywy, bez zbędnych eksperymentów, za to z dużą dawką dobrej zabawy. Klimat lat 80. czuć nie tylko w samych utworach, lecz także w brzmieniu i efektownej, stylistycznej okładce.


Album zawiera 10 kompozycji kontynuujących kierunek obrany na dwóch poprzednich płytach. Otwierający całość „Into the Abyss” to rozpędzona speedmetalowa petarda, która idealnie oddaje esencję Blizzen. Już tu swoje umiejętności prezentuje charyzmatyczny wokalista Daniel Steckenmesser — zdecydowanie właściwy człowiek na właściwym miejscu. Przebojowy „Witch Hammer” podkreśla z kolei rolę gitarowego duetu Kiefer/Heindi. Od pierwszych sekund słychać, że panowie z pasją odtwarzają ducha lat 80., serwując piękne solówki i świetnie zgraną współpracę dwóch gitar. Melodyjny „Nightstalker” przynosi odrobinę hardrockowej nuty i mroczniejszego klimatu. Rockowa ballada „From Sadness to Anger” wypada solidnie, choć zabrakło jej większej siły rażenia i zapadającego w pamięć refrenu. Dużo ciekawsze wrażenie robi przystępny, energetyczny „No More Room in Hell”, w którym wyraźnie słychać wpływy Iron Maiden i Judas Priest.


Mocniejszy riff napędza „Reign of Faith”, kolejny ukłon w stronę klasyki z lat 80. Hardrockowy „Iron Rain” również potrafi wpaść w ucho, choć nie oferuje nic szczególnie zaskakującego. Na finał dostajemy żywiołowy „Massive Attack”, powrót do typowo speedmetalowej motoryki — kapitalne, pełne energii zwieńczenie albumu.


Blizzen pozostaje wierny sobie i nadal dostarcza solidny heavy/speed metal, który daje masę radości. To kolejna udana laurka wystawiona heavy metalowi lat 80. — płyta, której zdecydowanie warto posłuchać, bo zabawa jest przednia. Brawo Blizzen! Świetna robota.


Ocena: 8/10

sobota, 22 listopada 2025

EXXECUTOR - Into hellish domains (2025)


 Kto gustuje w black metalu z wyraźnymi elementami speed i thrash metalu, ten koniecznie powinien sięgnąć po debiutancki album niemieckiej formacji Exxecutor. Zespół działa od 2023 roku, a w ich muzyce słychać inspiracje wczesnym Kreatorem, Hellripperem czy Venom. Nie grzeszą oryginalnością, ale grać potrafią, a ich materiał ma sporo do zaoferowania. Album zatytułowany „Into Hellish Domains” ukazał się 14 listopada.


Płyta może i nie jest idealna, a wtórność momentami daje o sobie znać, jednak słychać tu autentyczną pasję i miłość do black/speed metalu. Dzięki temu całość jest przyjemna w odbiorze i potrafi dostarczyć sporo frajdy. Jest energia, jest drapieżność, a jednocześnie nie brakuje melodii. Najwięcej dzieje się za sprawą Facerippera, odpowiedzialnego zarówno za wokale, jak i gitary — wie, co robi, i doskonale odnajduje się w takiej stylistyce. Agresja i mroczny klimat są tu na porządku dziennym. Na plus zasługuje też efektowna okładka oraz zadziorne, surowe brzmienie współgrające z charakterem płyty.


Album jest krótki i bliżej mu do definicji mini-LP — całość trwa około 24 minut. Zespół stawia przede wszystkim na szybkie, ostre strzały. Bardzo dobrze prezentuje się rozpędzony utwór tytułowy „Into Hellish Domains”, który świetnie oddaje styl grupy i ich możliwości. Sporo speedmetalowej motoryki z thrashowym zacięciem pojawia się w dynamicznym „Speedraiser” — schematyczna, ale wciągająca kompozycja. Melodyjny i energiczny „Cursed by the Dead” imponuje zarówno motoryką, jak i przebojową melodyką. Z kolei bardziej agresywny „Fast Black Death” oferuje intensywniejszą dawkę black metalu. Pozytywnie wypada również bardziej heavy metalowy „Reborn”, pokazując szersze możliwości grupy. Sekcja rytmiczna błyszczy natomiast w żywiołowym „Eternal Goatfuck”, będącym kolejną udaną mieszanką speed, thrash i black metalu.


Debiut Exxecutor zaliczam do udanych — zespół robi to, co kocha, i robi to z dużą pasją. Materiał jest przewidywalny i momentami wtórny, ale zabawa jest przednia, a w muzykach drzemie potencjał na kolejne, coraz lepsze wydawnictwa. Miłośnicy speed/black metalu zdecydowanie powinni po to sięgnąć.


Ocena: 7/10

poniedziałek, 3 listopada 2025

WARRANT - The speed of metal (2025)


 

Niemiecki Warrant zapisał się w historii heavy metalu lat 80. za sprawą bardzo udanego debiutu “The Enforcer”. Później zespół rozpadł się, by powrócić dopiero w 1999 roku. Drugi album, “Metal Bridge”, ukazał się w 2014 roku i pokazał, że mimo długiej przerwy grupa potrafi wrócić w dobrym stylu. Niestety, po raz kolejny nastały lata ciszy i doszło do zmian personalnych. Ze starego składu pozostał jedynie basista i wokalista Jörg Juraschek. Album numer trzy, zatytułowany “The Speed of Metal”, ukazał się 24 października nakładem Massacre Records.


Cieszy fakt, że Warrant wciąż pozostaje wierny swojemu brzmieniu – klasycznemu heavy/speed metalowi, w którym słychać echa Abattoir, Exciter czy Iron Angel. Zespół trzyma się swojej stylistyki, za co należy mu się plus – nie próbuje na siłę eksperymentować. Szkoda jednak, że znów doszło do zmian składu i tak długiego oczekiwania na nowy materiał – 11 lat przerwy to naprawdę sporo.


Nowi gitarzyści, Dietz i Weiss, postawili na sprawdzone, nieco oklepane rozwiązania. Brakuje tu świeżości i elementu zaskoczenia. Całość brzmi poprawnie, ale nie ma co liczyć na materiał, który rzuci słuchacza na kolana. Nie wszystko wypada tu najlepiej, a miejscami zdarzają się słabsze momenty.


Ani okładka, ani samo brzmienie nie wyróżniają się niczym szczególnym – niestety, ten sam problem dotyczy również zawartości muzycznej. Na szczęście są tu utwory, które potrafią przykuć uwagę. Szybki “Cut into Pieces” doskonale wpisuje się w styl Warrant i pokazuje, że zespół wciąż potrafi nagrać godny uwagi numer – mocny riff i wysokie tempo robią swoje. Równie energiczne wejście oferuje “Demons”, przywołujące na myśl czasy wczesnego Helloween. “Falling Down” z kolei ociera się momentami o thrash metal – to agresywny, pełen energii utwór z chwytliwym refrenem, który łatwo wpada w ucho. Nieco mniej przekonujący jest natomiast bardziej hardrockowy “Windy City”, któremu brakuje wyrazistości. “Cry Out” to solidny, choć mało wyróżniający się kawałek utrzymany w duchu klasycznego heavy/speed metalu. Jezcze więcej rasowego speed metalu dostarczają “Salvation” i “Regain the Fire”, ale i tutaj trudno doszukać się czegoś świeżego czy wyjątkowo pomysłowego. Niestety, większość kompozycji brzmi podobnie, przez co album traci na dynamice i różnorodności. Całość zamyka “Scream for Metal” – numer pokazujący, że Warrant wciąż potrafi grać z pasją, choć efekt końcowy to raczej solidny niż porywający speed metal.


Podsumowując – Warrant nagrał porządny, lecz nie wybitny album z pogranicza heavy i speed metalu. Szybkie tempa, agresywne riffy i zadziorne wokale nadają całości energii, jednak brakuje tu dopracowania i świeżych pomysłów. Po tak długiej przerwie można było oczekiwać więcej. “The Speed of Metal” to uczciwa, ale zarazem najsłabsza pozycja w dorobku niemieckiej formacji.


Ocena: 6/10


niedziela, 2 listopada 2025

REDSHARK - Sudden Impact (2025)


 Przyszedł czas, by zweryfikować, czy znakomity debiut hiszpańskiego zespołu RedShark był jednorazowym przypadkiem, czy też dowodem na to, że mamy do czynienia z naprawdę utalentowaną formacją o solidnych umiejętnościach. Kapela działa od 2012 roku i w swojej muzyce umiejętnie przemyca patenty znane z twórczości Judas Priest, Exciter, U.D.O. czy Enforcer. Już na debiucie uwagę zwracał charyzmatyczny wokalista Pau Correas – śpiewający z pasją, agresją i autentycznym ogniem, momentami przypominający młodego Udo Dirkschneidera. Atutami zespołu od początku były szybkość, przebojowość i doskonałe wyczucie stylu. Nic się w tej kwestii nie zmieniło – nowy album „Sudden Impact” stanowi naturalną kontynuację debiutu i potwierdza, że RedShark ma naprawdę wiele do powiedzenia w kategorii heavy/speed metalu.


Płyta ukazała się 31 października nakładem Listenable Records. To zarazem pierwszy album nagrany z nowym perkusistą – Alanem Garcią. Zespół pozostał wierny swojemu stylowi – bez zaskoczeń, ale i bez potknięć. Ta sprawdzona formuła nadal działa, przyciągając kolejnych fanów klasycznego metalu.


Na wyróżnienie zasługuje nie tylko wokalista, lecz także duet gitarowy Bono/Graves. Panowie stawiają na chwytliwe melodie, drapieżność i agresję, a przy tym nie brakuje im pomysłowości i dbałości o detale. Do tego dochodzi efektowna okładka z zespołową maskotką oraz pełne mocy, soczyste brzmienie. Wszystkie te elementy składają się na spójną, dopracowaną w każdym calu całość. To album, którego po prostu trzeba posłuchać – i dać się porwać muzyce RedShark.


Materiał jest zwarty, dynamiczny i pozbawiony zbędnych przestojów. Już otwierający utwór „Sudden Impact” to prawdziwa heavy/speedmetalowa petarda, idealnie oddająca charakter grupy. Od pierwszych sekund czuć ciągłość z debiutem – wokal Pau sieje spustoszenie, a zespół uderza w bardziej thrashowe rejony. Dalej mamy marszowy, mocno „judasowy” „A Place for Disgrace”, w którym energia i potęga dźwięku nie pozostawiają złudzeń – Red Shark to klasa sama w sobie. Z kolei „Fire Raider” zachwyca pięknym, melodyjnym motywem przewodnim – niby nic odkrywczego, ale radość z odsłuchu jest ogromna. Nie brakuje też czystej, metalowej zadziorności – „Your Last Breath” to hołd dla ducha heavy/speed metalu lat 80., zaś bardziej stonowany, ale nadal drapieżny „Hypnotized” pokazuje, że zespół potrafi urozmaicić materiał i błyszczeć także w wolniejszych momentach. Znakiem rozpoznawczym RedShark pozostają szybkie tempa, wysokie partie wokalne i agresywne riffy – wszystko to znajdziemy w „Rip Your Bones”, który w 100% oddaje esencję stylu zespołu. Podobnie działa rozpędzony „Beware of the Shark” – czerpie z klasyki, ale zachowuje własny charakter i świeżość. Band nie zwalnia tempa w melodyjnym „The Chase”, a na koniec serwuje prawdziwą bombę – „Fight the Rules of Power”, idealne podsumowanie całego albumu.


Red Shark kuje żelazo, póki gorące – i znów nagrał znakomity krążek. Jest szybkość, agresja, mocne melodie i pełna kontrola nad brzmieniem. „Sudden Impact” to kontynuacja wszystkiego, co najlepsze z debiutu, a zarazem kwintesencja stylu heavy/speed metal. Zespół udowadnia, że ma własny pomysł na siebie i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.


Ocena: 9/10

sobota, 1 listopada 2025

AQUILLA - Sentinels of new dawn (2025)


 Polska scena heavy metalowa rośnie w siłę. Z każdym rokiem pojawia się coraz więcej młodych, utalentowanych zespołów, które z dumą kontynuują tradycję klasycznego metalu. Formacje takie jak Axe Crazy, Rascal czy warszawska Aquilla udowadniają, że nie mamy się czego wstydzić – wręcz przeciwnie, możemy pękać z dumy.


Zespół Aquilla działa już od dekady i konsekwentnie rozwija swoje brzmienie, poruszając się w stylistyce heavy/speed metalu, inspirowanej dokonaniami takich gigantów jak Scanner, Skull Fist czy Riot City. Po entuzjastycznie przyjętym debiucie, muzycy powrócili po trzech latach z nowym składem i świeżym albumem zatytułowanym „Sentinels of New Dawn”, który ukazał się 31 października nakładem High Roller Records. Pomimo różnych zawirowań personalnych, Aquilla po raz kolejny zachwyca i dostarcza solidną porcję rasowego heavy/speed metalu najwyższej próby.


Brzmienie nowej płyty jest potężne, soczyste i dopracowane w każdym szczególe. Już sama okładka przyciąga wzrok – pełna symboliki i detali, na długo zapada w pamięć. Warto też wspomnieć o zmianach w składzie: w 2023 roku do zespołu dołączyli wokalista Kacper Kuczyński oraz gitarzysta Kacper Urbański. Nowy frontman to prawdziwy diament – charyzmatyczny, techniczny, pełen pasji i energii. Każde jego wejście to czysta uczta dla fanów klasycznego heavy metalu lat 80. Facet dosłownie rozwala system. Z kolei gitarowy duet Malinowski/Urbański zachował świeżość i zadziorność, dostarczając mnóstwo satysfakcji. Ich partie są szybkie, melodyjne i pomysłowe, a przy tym stanowią pełen szacunku hołd dla złotej ery metalu. Panowie doskonale wiedzą, jak zagrać, by zachwycić zarówno starych wyjadaczy, jak i młodszych słuchaczy.


Album trwa 49 minut i od pierwszych sekund wciąga słuchacza bez reszty. Otwarcie w postaci klimatycznego intra przywodzi na myśl najlepsze momenty Running Wild – brzmi to po prostu zjawiskowo. Utwór „Creed of Fire” łączy w sobie stylistykę Scanner, Skull Fist i wczesnego Helloween – jest szybki, melodyjny i pełen pomysłowości. Prawdziwy killer.


Plunder and Steel” napędza zadziorny riff i oldschoolowa energia – choć to klasyczna forma, słucha się jej z ogromną przyjemnością. W „Mountain of Black Sheep” słychać echa wczesnego Helloween i Scanner, a całość kipi energią i przebojowością. Aquilla doskonale wie, jak oczarować słuchacza.


Mój osobisty faworyt to singlowy „Batalion 31” – epicki, z pięknym refrenem i klimatem, który przywodzi na myśl początki niemieckiego Scanner. Zespół umiejętnie bawi się konwencją, nie bojąc się zaskakiwać. Tak jest chociażby w „The Curse of Mercurion”, w którym zachwyca urozmaicona struktura i wciągający klimat. W „Technocrats’ Tyranny” uwagę przykuwa kapitalne wejście basu i speedmetalowa energia rodem z czasów Kai’a Hansena.


Bound to Be King” to kolejny pełen ognia, melodyjny numer, który choć nie odkrywa niczego nowego, daje mnóstwo radości z odsłuchu. Prawdziwą perełką jest jednak 10-minutowy kolos „The Prophet” – rozbudowany, epicki, pełen detali i emocji. Aquilla udowadnia, że potrafi tworzyć kompozycje o światowym poziomie i nie boi się ambicji. To majstersztyk.


Pomimo zmian personalnych, Aquilla pozostaje wierna swojemu stylowi i nadal gra ten charakterystyczny, rasowy heavy/speed metal. „Sentinels of New Dawn” to album dojrzały, dopracowany i różnorodny. Znajdziemy tu wszystko: nastrojowe intro, szybkie killery, bardziej stonowane momenty i monumentalne, epickie zakończenie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. To prawdziwa kopalnia hitów, świetnych melodii i imponującej energii. Aquilla po raz kolejny zachwyca, umacniając swoją pozycję na polskiej scenie metalowej. Dzięki takim płytom rodzima scena zyskuje coraz większy prestiż – a ja jestem dumny, że takie perełki powstają właśnie w naszym kraju.


Ocena: 9/10

poniedziałek, 20 października 2025

ARMOURED KNIGHT - The quest for the sacred melody (2025)


 

"„The Quest for the Sacred Melody” to debiutancki album chilijskiego zespołu Armoured Knight, który powstał w 2009 roku, obierając sobie za cel granie klasycznego heavy/power metalu w duchu wczesnych Helloween, Blind Guardian, Omen czy Viper. Choć formuła może wydawać się ograna i pozbawiona oryginalności, Armoured Knight posiada inne atuty, które zdecydowanie wyróżniają ich na tle konkurencji. Czyżby na metalowym horyzoncie pojawiła się kolejna gwiazda?


Debiut zespołu ukazał się 7 października nakładem Dying Victims Productions. Wydawnictwo może pochwalić się klimatyczną, przyciągającą wzrok okładką. Nieco gorzej wypada jednak brzmienie – jest momentami płaskie i pozbawione iskry. Pewne zastrzeżenia można mieć także do formy wokalisty José Taplina, którego głos niekiedy ginie w gęstej warstwie instrumentalnej. Mimo to potrafi on zbudować odpowiedni klimat i dobrze wpasowuje się w stylistykę zespołu.


Największe wrażenie robi natomiast rozpędzona sekcja rytmiczna oraz gitarzysta Cristian León, którego partie pełne są pomysłowości, energii i szacunku dla klasyki gatunku. Dzieje się tu naprawdę dużo dobrego – to muzyka, która potrafi zachwycić.


Zawartość płyty to 36 minut soczystego, pomysłowego heavy/speed/power metalu z wyraźnym wpływem niemieckiej szkoły grania. Album otwiera klimatyczny “Wielders of Dark Wisdom” – szybkie tempo, dynamiczna sekcja rytmiczna i riffy w stylu Helloween czy Viper stanowią jego największe atuty. Świeżość i energię słychać w rozpędzonym “Age of Speeches”, którego riff dosłownie „rozwala system”.


Świetnie buja “Endless Light”, w którym można doszukać się wpływów Mindless Sinner i Accept. Z kolei agresywny “Forgotten Grace” przywodzi na myśl Helloween z czasów debiutu. Podobne emocje budzi energiczny “Run from Here”, a w dynamicznym “Behind the Mask” uwagę zwraca efektowne wejście perkusji. Zespół imponuje pomysłami, techniką i wyczuciem stylu – słychać tu prawdziwą miłość do speed i power metalu. Finałowy “Guardians of the Stargard” to oldschoolowy ukłon w stronę wczesnego Blind Guardian – chwytliwy i pełen pasji.


Armoured Knight to zespół z ogromnym potencjałem, który już na debiucie błyszczy pełnym blaskiem. Z jednej strony bazuje na klasycznych rozwiązaniach, z drugiej – prezentuje je z pomysłem i świeżością. To znakomity hołd dla pionierów gatunku, takich jak Helloween, Blind Guardian czy Viper.Polecam gorąco wszystkim fanom klasycznego heavy, speed i power metalu!


Ocena: 8.5/10


środa, 8 października 2025

ULTRA RAPTOR - Fossilized (2025)

To nie żadna kapela no name, lecz doskonale znany kanadyjski Ultra Raptor. Zespół działa już od dekady i przez ten czas udowodnił, że doskonale wie, jak grać heavy/speed metal w duchu lat 80.. Ich debiutancki album to kwintesencja gatunku, w której nietrudno było doszukać się wpływów Razor czy Exciter. Momentami brzmienie grupy przywołuje też skojarzenia z takimi formacjami jak Striker czy Enforcer.

Po czterech latach muzycy powracają z drugim krążkiem studyjnym zatytułowanym „Fossilized”, wydanym 7 października nakładem Fighter Records.

Od premiery debiutu w składzie zaszła jedna zmiana – nowym gitarzystą został Zoltan Saurus, który zastąpił Nicka Rifle’a. W sferze gitarowych partii Zoltan i Criss postawili na energię oraz klasyczne rozwiązania. Efekt? Imponujący. To prawdziwa uczta dla fanów tradycyjnego brzmienia. Ogromnym atutem zespołu pozostaje również wokalista Phill T. Lung, którego charyzma i charakterystyczna maniera śpiewu dodają muzyce drapieżności i autentycznego, speedmetalowego klimatu.

Na osobne uznanie zasługują klimatyczna okładka i soczyste, analogowe brzmienie, przywołujące ducha płyt z lat 80. Całość to czterdzieści minut heavy/speed metalu w najlepszym wydaniu – zespół emanuje pasją i szczerym uwielbieniem dla klasyki gatunku.

Już tytułowy utwór „Fossilized” stanowi hołd dla złotej ery speed metalu, pełen charakterystycznych riffów i nostalgicznego klimatu. Jeszcze więcej pomysłowości i heavy metalowego pazura znajdziemy w „Spinosaurus” – to numer kipiący energią i popisami gitarzystów, wspierany przez dynamiczną sekcję rytmiczną.

Szybki i rozpędzony „Living for the Riff” zachwyca świeżością i pełnymi finezji solówkami, które sprawiają, że trudno usiedzieć w miejscu. Nieco cięższy i bardziej toporny „Bitter Leaf” wprowadza odrobinę urozmaicenia, zachowując jednak charakterystyczną dla zespołu energię.

Melodyjny i pozytywnie zakręcony „X-Celerator” ponownie oddaje esencję speed metalu, a pełen werwy „Down the Dragon” ukazuje pełnię potencjału Ultra Raptor. Nieco mniej przekonujący wydaje się „Face the Challenge”, w którym pojawia się lekko hardrockowy posmak, nie do końca współgrający z resztą materiału.

Debiut był prawdziwym ciosem – energicznym i bezkompromisowym. Drugi album, choć utrzymany w podobnej stylistyce i pełen emocji, wydaje się odrobinę słabszy. Mimo to „Fossilized” pozostaje znakomitą porcją klasycznego heavy/speed metalu, którą każdy fan gatunku powinien poznać.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 2 października 2025

SOLICITOR - Enemy in Mirrors (2025)


 Debiut Solicitor z 2020 roku rzeczywiście „rozwalił system” i udowodnił, że w świecie heavy metalu z kobiecym wokalem wciąż jest przestrzeń na świeże pomysły i efektowne granie. Spectral Devastation była albumem niemal perfekcyjnym, a teraz – po pięciu latach – zespół powraca z drugim studyjnym wydawnictwem zatytułowanym Enemy in Mirrors. Płyta ukazała się 19 września i utrzymana jest w stylistyce heavy/speed metalu. Niestety, tym razem nie udało się powtórzyć magii debiutu.

Nowy materiał utracił przebojowość i ten błysk geniuszu, który towarzyszył pierwszej płycie. Mimo to wciąż jest to pozycja warta uwagi dla maniaków klasycznego grania. Ogromnym atutem pozostaje charyzmatyczny wokal Amy Lee Carlson, nadający całości mrocznego, oldschoolowego klimatu rodem z lat 80. Jej ekspresja i drapieżność odgrywają kluczową rolę w odbiorze albumu. Równie dobrze prezentuje się gitarowy duet Vogan/Fry, stawiający na tradycyjne zagrywki i klasyczne riffy. Nie ma tu jednak ani elementu zaskoczenia, ani szczególnej świeżości – to po prostu solidne granie w duchu Satan’s Host czy Metal Church.

Z całego materiału najbardziej wyróżnia się dynamiczny „Paralysis”, w którym zespół pokazuje swój pełen potencjał. Echa thrash metalu można usłyszeć w bardziej agresywnym „Iron Wolves of War” – kawałku, który idealnie udowadnia, że w Solicitorze drzemie wciąż spory zapas energii. Więcej mroku i atmosfery lat 80. przynosi stonowany „Spellbound Mist” – utwór klimatyczny, choć nie do końca dopracowany i pozbawiony ostatecznego szlifu. Jednym z najmocniejszych punktów albumu jest speedmetalowy „We who Remains”, imponujący energią i potężnym riffem. Dobrze wypada także melodyjny „Fallen Angel”, jednak mimo wysokiej jakości poszczególnych numerów, żaden z nich nie dorównuje utworom z debiutu.

Do samego końca dostajemy solidną dawkę heavy/speed metalu – ale i niewiele więcej. Choć zespół pozostał ten sam, muzyka straciła część swojej świeżości, stając się jednowymiarowa i miejscami monotonna. Album jest poprawny, technicznie dopracowany, lecz brakuje mu prawdziwej iskry i odważniejszych aranżacyjnych pomysłów.

Ocena: 6,5/10

wtorek, 23 września 2025

SPEED QUEEN - ...With a bang! (2025)


 W latach 80 scenę metalowa zasypywały płyty wysuwane przez belgijska wytwórnie Mausoleum i ile świetnych płyt można było odnaleźć i wiele belgijskich kapel potrafiło skraść serce. W dzisiejszych czasach raz na jakiś czas coś ciekawego zrodzi się w Belgii. Wycieczkę do tamtych czasów i złotych lat Mausoleum i takich kapel jak faithful breath, steelover czy crossfire zabiera nas formacja speed Queen. Działają od 2014 r i idą w ślady riot city, enforcer czy stallion. 5 września wydali debiutancki album "...with a bang!".  


Lata 80 już dawno za nami i nie powrócą, ale miło że jest sporo kapel która starają się nam przypomnieć klimat tamtych zespołów czy płyt. Speed Queen to band, którzy tworzą muzycy z pasją i umiejętnościami. Panowie potrafią grać dynamicznie, zadziorne z pasją i dbałością o detale. Niby formuła znana i nie ma nic odkrywczego, ale dużo frajdy dostarczają. Sekcja rytmiczna stoi na straży dynamiki i energii. Wokalista Thomas Kenis odpowiada za klimat lat 80 i przebojowy charakter całości. Chodzący dynamit. Z kolei gitarzysta Andreas Stieglitz  serwuje nam wciągające i pełne finezji solówki i riffy. Nie ma nudy i cały czas się coś dzieje. 


Nie ma dłużyzn, tylko 40 minut czystej rozrywki. Zaczyna się tajemniczo, bo od intra "5678" i już zalatuje klimatem lat 80. Pierwszy killer to bez wątpienia rozpędzony "showdown" i to jest speed metal pełną gębą. Chwytliwy riff i łatwo wpadający w ucho refren i hicior gotowy.  Prosty i przebojowy jest też " I want it". Band pokazuje, że drzemie w nich ogromnych potencjał. Kawałek to przykład, że można grać prosty i pełen pomysłowości speed metal.  Echa iron maiden z lat 80 można uświadczyć w "eye to eye". Szkoda, że żelazna dziewica nie gra już w takim stylu. Echa "running free" iron maiden można wyłapać w "chasing ghosts" i brzmi to obłędnie. Takich hitów, takiego heavy metalu w stylu lat 80 nam trzeba. Bardzo fajnie buja "i walk Alone" i ta pozytywna energia sieje zniszczenie. Band daje czadu i można świetnie bawić się przy tym. Pomysłowy riff i nieco glamowy feeling napędza " skygazers". Band nie zatrzymuje się i dalej mamy kolejny speed metalowy killer w postaci "the World ends tonight" czy "fire" który wieńczy album w wielkim stylu.


Takich płyt w takim stylu jest pełno to fakt. Jest w czym wybierać, bo konkurencja silna. Speed Queen zasługuje na uwagę. Potrafią grać na wysokim stylu, tworzyć killery i hity. Przed nimi kariera stoi otworem i rodzi się nam prawdziwa gwiazda heavy/speed metalu. Zapewne jeszcze nie raz o nich usłyszymy. Gorąco polecam.


Ocena : 9/10

EVILCULT - Triumph of evil (2025)


 W 2023 roku brazylijski zespół Evilcult całkowicie skradł moje serce. To właśnie wtedy zaprezentowali swój drugi pełnometrażowy album, utrzymany w klimatach black/speed metalu. W ich muzyce można było odnaleźć echa wczesnego Running Wild, Kreatora, Venom czy Mercyful Fate. Teraz, po dwóch latach, powracają z nowym materiałem zatytułowanym "Triumph of Evil", który ukazał się 19 września nakładem Awakening Records. I znów nie zawiedli – nagrali album, który w pełni zasługuje na uwagę i uznanie.


Na przestrzeni ostatnich dwóch lat w składzie Evilcult zaszły pewne zmiany. W tym roku do zespołu dołączyli gitarzysta Hell Bordini oraz perkusista Fillipe Stress. Muzycznie jednak formacja pozostała wierna swojemu stylowi – nowi muzycy bez trudu odnaleźli się w mrocznej, energetycznej stylistyce grupy. Wciąż mamy do czynienia z mieszanką heavy, speed i black metalu – agresywną, przebojową i pełną ognia. To materiał, który słucha się z ogromną przyjemnością. Serce zespołu niezmiennie stanowi wokalista i gitarzysta Lucas – jego ostry, chropowaty i mroczny głos idealnie oddaje ducha black metalu. Album jest zwięzły i treściwy – trwa zaledwie 35 minut, ale to 35 minut intensywnej, bezkompromisowej jazdy prosto do celu.


Echa wczesnych płyt Running Wild słychać choćby w porywającym "Diabolical Alchemist" – gitarowe riffy, wokal i przemyślana aranżacja robią ogromne wrażenie, a solówki to prawdziwa uczta dla uszu. Można tu również wyłapać pewne wpływy Iron Maiden. Kolejny numer, "Midnight Ritual", jest równie szybki, melodyjny i doskonale oddaje styl Evilcult – to esencja ich speed/black metalowego brzmienia. Tytułowy "Triumph of Evil" kipi energią i chwytliwością, a momentami przywodzi na myśl wczesne dokonania Kreatora. Zespół nie zwalnia tempa, a "Satanic Revolution" to kolejna eksplozja mocy – kompozycja w duchu dawnych nagrań Running Wild.


Dla kontrastu, instrumentalny "Waves of Agony" wprowadza odrobinę spokoju i klimatycznej przestrzeni. Następny w kolejności "The Abyss" skręca lekko w stronę klasycznego heavy metalu, pokazując, że zespół potrafi elastycznie bawić się stylistyką. Na finał otrzymujemy pełen drapieżności "Warrior of Doom" oraz bardziej rozbudowany, epicki w charakterze "Endless Night", który doskonale zamyka album.


Evilcult, mimo zmian personalnych, nadal podąża własną drogą i robi to, co potrafi najlepiej – porywa słuchacza i serwuje materiał pełen energii oraz zapadających w pamięć melodii. To prawdziwa uczta dla fanów black/speed metalu.


Ocena: 9/10

sobota, 20 września 2025

VOID -Forbidden Morals (2025)




 Powoli, małymi krokami, amerykański zespół Void umacnia swoją pozycję na scenie metalowej. To kapela młodego pokolenia, głodna sukcesu i konsekwentnie dążąca do celu. Działają od 2019 roku, a na koncie mają już dwa albumy, które w tak krótkim czasie udowodniły, że stać ich na naprawdę wiele. Void potrafi postawić na pomysłowość, mroczny klimat i jednocześnie oddać hołd takim legendom jak Forbidden, Testament czy Annihilator. To thrash/speed metal z wyraźną nutą heavy metalu rodem z lat 80.


Drugi album, "Forbidden Morals", ukazał się 29 sierpnia nakładem Shadows Kingdom Records i jest jedną z najważniejszych premier thrash metalowych roku 2025. Już na pierwszy rzut oka uwagę przyciąga klimatyczna, sugestywna okładka – aż chce się mieć ten winyl w swojej kolekcji. Do tego dochodzi ostre jak brzytwa, perfekcyjnie zrealizowane brzmienie. Płyta emanuje mocą i podkreśla talent muzyków.


Styl Void opiera się na progresywnych rozwiązaniach thrashmetalowych, z dodatkiem melodyjności, agresji i świeżości, które sprawiają, że słuchacz nie ma prawa się nudzić. Zespół potrafi zaskoczyć – co zresztą nie dziwi, skoro w jego składzie są tak utalentowani muzycy. Warto wspomnieć, że w 2024 roku do zespołu dołączyli basista Blake Adams i gitarzysta Chris Braune. Sekcja gitarowa spisuje się znakomicie: mocarne riffy, świetnie zaplanowane przejścia i dbałość o melodyjność oraz przebojowość budzą prawdziwy podziw.


Największą atrakcją jest jednak wokal Jacksona – jego charakterystyczna maniera i technika robią ogromne wrażenie. To zdecydowanie właściwy człowiek na właściwym miejscu.


Mroczny klimat doskonale uchwycono w otwierającym album "A Curse", który wprowadza słuchacza w atmosferę grozy. Dalej zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Utwór tytułowy, "Forbidden Morals", to przykład pięknych przełamań i zmian tempa, utrzymany w stylistyce heavy/speed metalu, z elementami progresji i połamanych melodii. "Gateways of Stone" zaczyna się w klimacie klasycznego heavy metalu, by szybko przerodzić się w thrash/speed metalowy cios, pełen pasji i energii. Takie utwory, grane z miłością do lat 80. i 90., są zawsze w cenie.


"Judas Cradle" to prawdziwy koncertowy killer – buja, porywa i przywodzi na myśl najlepsze czasy heavy/power metalu. Gabe i Chris dają tu popis wirtuozerii gitarowej. W krótkim, intensywnym "Nine Blood Moons" zespół bawi się konwencją, wplatając skomplikowane motywy i złożone melodie, pokazując, że mają pomysł na własną tożsamość muzyczną.


Na płycie nie zabrakło również ballady – "By Silver Light" – ambitnej, ale zarazem drapieżnej, idealnie wpasowanej w klimat albumu. Dalej czeka na nas mroczny, agresywny "Return of the Phantom", który brzmi świeżo, pomysłowo i stanowi świetną mieszankę heavy i thrash metalu. Album zamyka monumentalny "Beneath... Lives the Impelar", w którym zamiłowanie zespołu do progresji dostaje pełne ujście – to prawdziwy finałowy kolos, pełen zaskakujących zwrotów i muzycznej pasji.


"Forbidden Morals" to drugi album studyjny Void, ale dopiero tutaj brzmią jak zespół w pełni ukształtowany i pewny siebie. To dzieło dojrzałe, kreatywne, wspaniale łączące w sobie energię speed metalu i agresję thrashu. Każdy utwór jest tu małą ucztą, a każda sekunda – prawdziwą gratką dla fanów gatunku. To płyta, której po prostu trzeba posłuchać.


Ocena 9/10

poniedziałek, 28 lipca 2025

VERDALACK - Force from the grave (2025)


 Japonia od lat kojarzy się z takimi zespołami jak Metalucifer, Loudness czy X Japan. To właśnie tam, w 2022 roku, narodził się Verdalack — formacja młodego pokolenia, która stawia na stylistykę z pogranicza heavy, speed i thrash metalu. Ich muzyka to hołd dla brzmień lat 80., bez kompromisów i eksperymentów.


25 lipca ukazał się ich debiutancki album zatytułowany Force from the Grave. Już od pierwszych dźwięków wiadomo, że nie ma tu miejsca na nowatorstwo — to klasyczny speed metal w czystej, nieskażonej formie. Brak oryginalności nadrabiają jednak autentycznością i pasją. Szybkie tempo, chwytliwe melodie, wyrazista przebojowość i ostre, energetyczne riffy stanowią o sile tego wydawnictwa.


Na szczególną uwagę zasługuje charyzmatyczny wokalista Villain, który, mimo pewnych braków technicznych, nadrabia agresją, ekspresją i sceniczna pewnością siebie. Świetnie spisuje się też gitarowy duet Vandal / Vortex — ich riffy są ostre jak brzytwa, a solówki pełne polotu i ognia. Brzmienie albumu oraz jego estetyczna, stylizowana na lata 80. okładka, doskonale dopełniają całość.


Materiał może i jest jednowymiarowy, momentami przewidywalny, ale to wciąż solidna dawka rozrywki na wysokim poziomie. Force from the Grave to osiem szybkich i treściwych numerów, zamkniętych w trzydziestu minutach intensywnego grania. Wśród wyróżniających się utworów warto wspomnieć:


"Axehead" – szybki, agresywny otwieracz, który od razu ustawia tempo płyty.


"Heretic Flights" – z efektownymi, melodyjnymi solówkami.


"Blood Eagle" – imponujące perkusyjne wejście i bezkompromisowa energia.


"Final Assault" – singlowy strzał, który świetnie oddaje esencję albumu.


"Force from the Grace" – nieco bardziej thrashowy, z wyczuwalnym ciężarem riffów.


"Into the Flames" – bardzo melodyjny, wpadający w ucho.


"Rites of Hell" – zadziorny i bezlitosny, jak przystało na rasowy speed metal.



Force from the Grave to album skierowany do fanów klasycznego, agresywnego metalu spod znaku lat 80. Choć brakuje tu zaskoczenia i większego urozmaicenia, to jest to debiut dopracowany, spójny i pełen pasji. Verdalack udowadniają, że potrafią grać z werwą i szacunkiem do tradycji gatunku. Jeśli z czasem uda im się wprowadzić nieco więcej własnego charakteru, mogą stać się jednym z ciekawszych przedstawicieli współczesnej japońskiej sceny metalowej.


Ocena: 8/10