środa, 29 kwietnia 2026
ANUBIS - Anthromorphicide (2026)
sobota, 25 kwietnia 2026
WHIRLWIND -1640 (2026)
Debiutancki album hiszpańskiego zespołu Whirlwind skradł serca fanów heavy/power/speed metalu – zwłaszcza tych, którzy kochają twórczość Running Wild czy Blazon Stone. Formacja działa od 2012 roku i ma już na koncie dwa albumy studyjne. Z każdym kolejnym wydawnictwem nabiera rozpędu, udowadniając, że muzyki w klimatach Running Wild nigdy za wiele. Debiut był wyraźnie przesiąknięty inspiracjami twórczością Rock’n Rolfa i wypełniony przebojowymi numerami… a jak wypada drugi album?
„1640”, który ukazał się 24 kwietnia nakładem Dying Victims Productions, to swoista kontynuacja stylu i jakości znanych z „1714”. To kolejny hołd dla Running Wild. Może i nie ma tu ani krzty oryginalności, niczego przełomowego, ale zespół dostarcza ogromnej frajdy – szczególnie fanom, którzy tęsknią za czasami „Port Royal” czy „Death or Glory”. Tę właśnie lukę stara się wypełnić hiszpański Whirlwind.
Sposób konstruowania kompozycji, aranżacji i riffów wyraźnie nawiązuje do stylu Rock’n Rolfa. Robią to jednak na tyle umiejętnie, że słychać w tym autentyczną pasję i miłość do heavy metalu. Techniczne przygotowanie, dbałość o detale i talent muzyków to niewątpliwe atuty zespołu. Za każdym razem, gdy sięgam po ich muzykę, nie mogę wyjść z podziwu nad wokalem Hectora Llaurado – jego charyzma, drapieżność i siła robią ogromne wrażenie. Na uwagę zasługuje także gitarowy duet Wild/Julio, który stawia na klimat lat 80., sprawdzone patenty i chwytliwe solówki. Inspiracje Running Wild są tu oczywiste, ale w tym przypadku to zaleta, nie wada. Wszystko jest przemyślane i zapewnia słuchaczowi rozrywkę na wysokim poziomie.
Zespół potrafi znakomicie oddać klimat klasycznych płyt Running Wild, co słychać już w klimatycznym intro „1640”, przywodzącym na myśl erę „Death or Glory”. Nastrój ten kontynuuje rozpędzony „Days of Doom” – rasowy killer, który brzmi jakby powstało w złotej erze twórczości Running wild. Mocne otwarcie. Następnie otrzymujemy energetyczny „Rage of the Conqueror”, również utrzymany w duchu klasycznego Running Wild – pełen pasji i świeżości, przywołujący skojarzenia z „Pile of Skulls”.
W szybkich numerach Whirlwind czuje się najlepiej, ale w nieco wolniejszym „Winds of Ash and Dust” także wypada przekonująco – to chwytliwy, heavy metalowy kawałek o dużym potencjale przebojowym. Nieco słabiej prezentuje się „Lese Majesty”, który na tle reszty materiału wypada blado. Z kolei „Through Fire and Blood” ukazuje bardziej stonowane oblicze zespołu – to solidny utwór, choć brakuje mu wyrazistości i pomysłu, który wyniósłby go na wyższy poziom.
Whirlwind najlepiej odnajduje się jednak w szybkich, dynamicznych kompozycjach, czego dowodem jest „Ready to Explode”. „By the Blood on Our Veins” pełni rolę hymnu w stylu „Prisoners of Our Time” i brzmi naprawdę imponująco – to epicki, klasyczny heavy metal w najlepszym wydaniu. Na zakończenie otrzymujemy długi, rozbudowany „Marching to Victory”, który stanowi punkt kulminacyjny albumu i pokazuje, że zespół potrafi tworzyć epickie formy na poziomie Running Wild.
Hiszpański Whirlwind dołącza tym samym do grona takich zespołów jak Silverbones, Blazon Stone czy Lonewolf – formacji wiernie oddających ducha klasycznego Running Wild. Takich kapel zdecydowanie potrzeba więcej. „1640” może nie jest albumem roku i nie jest wolny od drobnych niedociągnięć, ale jako całość broni się znakomicie. To płyta pełna energii, przebojowości i ducha starego heavy metalu. Whirlwind jest obecnie na fali – oby w przyszłości kontynuowali tę obrana ścieżkę.
Ocena: 9/10
sobota, 18 kwietnia 2026
VICTORIUS - World war dinosaur (2026)
Na początku swojej kariery niemiecki Victorius stawiał na poważniejszy wydźwięk oraz rasowy, ostry i agresywny power metal, wyraźnie inspirowany twórczością Gamma Ray, Helloween czy wczesnych dokonań DragonForce. Towarzyszył temu mroczny klimat, który jednak w okolicach 2020 roku ustąpił miejsca zupełnie nowej estetyce. Zespół obrał kierunek znacznie bardziej słodki, bajkowy i momentami wręcz kiczowaty. W tekstach zaczęły pojawiać się dinozaury, rycerze, ninja czy smoki, jakby muzycy nadmiernie zainspirowali się stylistyką Power Rangers. Okładki płyt nabrały jaskrawych, niemal growych barw, a sam Victorius zaczął przypominać Gloryhammer czy współczesne oblicze DragonForce — przynajmniej pod względem wizualnym.
Obecny styl grupy jest zdecydowanie bardziej przystępny i może trafić do szerszego grona odbiorców, zwłaszcza tych, którzy chcą na chwilę wrócić do beztroskich, dziecięcych emocji. Miłośnicy klasycznego power metalu, dobrej zabawy, chwytliwych melodii i dużej dawki przebojowości — w duchu Bloodbound, HammerKing czy Gloryhammer — ponownie będą zachwyceni. Victorius pozostaje na fali, a album „World War Dinosaur” to bardzo udana kontynuacja stylu wypracowanego na ostatnich wydawnictwach. Choć krążek jest nieco słabszy od poprzednika, wciąż prezentuje dokładnie to, czego można oczekiwać od zespołu.
Na plus należy zaliczyć stabilność składu — za materiał odpowiadają ci sami muzycy co wcześniej, co wyraźnie przekłada się na spójność i jakość. David Bałbin to wokalista, który nadaje utworom przebojowości i charakterystycznego, power metalowego sznytu. Jego styl idealnie współgra z muzyką zespołu i stanowi jeden z jego znaków rozpoznawczych. Gitarzyści Flo i Dirk koncentrują się na dynamice, chwytliwych solówkach i nośnych riffach — bez zbędnego komplikowania, za to z wyraźnym naciskiem na energię i dobrą zabawę. Nowy album Niemców to kolejna kopalnia potencjalnych hitów. Mimo lekkiego spadku formy względem poprzedniego wydawnictwa, poziom wciąż pozostaje wysoki. Stylistycznie nie ma tu większych zaskoczeń — zespół konsekwentnie podąża obraną ścieżką.
Choć płyta zawiera 12 utworów, całość trwa zaledwie 44 minuty, co przekłada się na krótkie, dynamiczne i intensywne kompozycje. Album otwiera rozpędzony „Kingdom of the Strong”, który przywodzi na myśl klasyczne dokonania Freedom Call. Refren jest typowo słodki, chwytliwy i niezwykle nośny, a solówki pełne energii przywołują skojarzenia z Gamma Ray. To mocne otwarcie, które skutecznie zachęca do dalszego słuchania.
Marszowy i epicki „World War Dinosaur” zdradza inspiracje stylistyką Sabaton — refren buja i oddaje esencję power metalu. Lekki i przebojowy „Dino Race from Outer Space” czerpie garściami z twórczości Kaia Hansena, a wpływy Freedom Call czy Power Quest są wyraźnie słyszalne. To rasowy, energetyczny hit.
Singlowy „Raptor Squad attack” stanowi ukłon w stronę Sabaton i DragonForce — jest nieco kiczowaty, momentami przesłodzony, ale jednocześnie pełen energii i dynamiki. „Brachio Bazooka Battalion” wyróżnia się rozbudowanymi partiami klawiszowymi oraz niezwykle melodyjnym charakterem. Chwytliwy motyw gitarowy i lekka atmosfera sprawiają, że utwór szybko zapada w pamięć, a wpływy Bloodbound są tu wyraźnie słyszalne.
Nieco bardziej posępny klimat wnosi „March to War”, pokazując, że zespół potrafi urozmaicić materiał. „Evil Mean Megalodon” to solidny, choć mniej wyróżniający się fragment płyty. Znacznie ciekawiej wypada „Dino Power Resistance”, który ponownie odwołuje się do klasyki gatunku — wpływy Gamma Ray i Freedom Call są tu bardzo wyraźne, czyniąc z utworu prawdziwą power metalową petardę.
Podobne emocje wywołuje dynamiczny „Prehistoric Panzer Power” — esencja stylu Victorius. „Golden Glory” to kolejny szybki i niezwykle melodyjny numer z mocnym gitarowym otwarciem. Album zamyka „Lost Legacy” — szybki, oldschoolowy kawałek będący hołdem dla klasyki gatunku.
Osoby, które nie przepadają za słodkim i przerysowanym power metalem, raczej nie znajdą tu nic dla siebie. Jednak Victorius doskonale odnajduje się w tej konwencji, oferując kiczowaty, ale niezwykle chwytliwy i pełen energii materiał, w którym pobrzmiewają echa Helloween, Gamma Ray, Freedom Call czy Power Quest. Nowy album pozostaje nieco w cieniu poprzednika, ale wciąż stanowi prawdziwą ucztę dla fanów gatunku. Pozostaje pytanie, jak długo zespołowi wystarczy pomysłów w tej stylistyce — na razie jednak utrzymują wysoki poziom.
Ocena: 9/10
piątek, 17 kwietnia 2026
TORIAN - The lost legion rising (2026)
Na nową muzykę niemieckiej formacji Torian przyszło czekać aż osiem lat. Zespół wraca jednak z ogromnym zapasem energii i świeżymi pomysłami. Album „The Lost Legion Rising” ukaże się 8 maja nakładem Massacre Records. Co istotne, materiał nagrał ten sam skład, co bez wątpienia przełożyło się na jego spójność, jakość i przebojowość. Grupa nie zmarnowała tego czasu i przygotowała prawdopodobnie najlepszy album w swojej karierze. Dla fanów heavy i power metalu – zwłaszcza w stylistyce Orden Ogan, Helloween czy Gamma Ray – jest to pozycja obowiązkowa.
Uwagę przyciąga również dopracowana, klimatyczna okładka, pełna intrygujących detali. Muzycznie zespół postawił na mocne, drapieżne brzmienie, które doskonale współgra z całością. Słychać, że muzycy rozwinęli skrzydła i dopracowali swoją formułę względem poprzednich wydawnictw. Marc Hohlweck to rasowy wokalista power metalowy – swobodnie operuje wysokimi rejestrami i nadaje utworom chwytliwy, hymnów charakter. Fundamentem zespołu pozostaje jednak gitarowy duet Delius/Thielmann. Chemia między nimi jest wyraźnie wyczuwalna – to oni odpowiadają za potężne riffy i chwytliwe solówki. Dzięki nim płyta jest dynamiczna, zróżnicowana i pełna energii. Całość brzmi dojrzale, spójnie i po prostu świetnie się jej słucha.
Torian nie traci czasu i od razu przechodzi do ataku. Na otwarcie otrzymujemy pełen energii „Soul Vampires”. Już sam riff może przywodzić na myśl dokonania Bloodorn, a refren nawiązuje do podniosłych hymnów w stylu Orden Ogan. Zespół znakomicie balansuje między heavy a power metalem w przebojowym „Silver Demons” – prosta, lecz skuteczna formuła sprawdza się tu znakomicie. W rozpędzonym „Flame of Resistance” pobrzmiewają echa Gamma Ray, a utwór zaskakuje zarówno pomysłowością, jak i nośnym refrenem.
Energetyczny „Warpriest” porywa chwytliwością i przywołuje skojarzenia z Bloodbound czy Victorius. Z kolei „Iron Hammer” jest nieco bardziej stonowany i osadzony w klasycznym heavy metalowym klimacie, przywodząc na myśl HammerFall czy Iron Fire. Europejski power metal wraca w pełnej krasie w dynamicznym „Sons of the Damned”, który słucha się z dużą przyjemnością. Kolejnym hitem jest bez wątpienia wpadający w ucho „Lost Religion” – bez zbędnego kombinowania, za to z ogromnym wyczuciem melodii.
Mocnym punktem jest również rozpędzony „Sent to Hell”, który przywodzi na myśl klasyczne dokonania Gamma Ray czy Helloween – power metal w najczystszej postaci. Nawet ballada „Stand as One” broni się i wprowadza odpowiedni, nieco bardziej refleksyjny nastrój. Całość wieńczy „Katharsis” – rasowy power metalowy killer i znakomite podsumowanie albumu.
Torian najwyraźniej potrzebował chwili oddechu, by dopracować swój styl i wrócić ze zdwojoną siłą. Efekt jest imponujący – płyta dopracowana w każdym detalu, niemal ocierająca się o ideał. Charyzmatyczny wokalista, znakomita praca gitarzystów oraz wysyp przebojów sprawiają, że „The Lost Legion Rising” to jeden z najważniejszych albumów 2026 roku w kategorii power metalu.
Ocena: 9.5/10
piątek, 10 kwietnia 2026
METAL CHURCH - Dead to rights (2026)
W historii zespołu Metal Church działo się naprawdę sporo. Była era Davida Wayne’a, później Mike’a Howe’a, a najdłużej miejsce za mikrofonem zajmował Ronny Munroe. W pewnym momencie ogłoszono nawet koniec działalności zespołu i jego swoistą „emeryturę” w 2009 roku. Później jednak grupa ponownie się reaktywowała ze składem z Munroe, aż w końcu powrócił Howe – spełniając marzenie wielu fanów Metal Church.
Album „XI” to jeden z moich ulubionych krążków w dorobku zespołu – w pełni oddaje to, co w nim najlepsze. Szkoda jedynie, że zarówno Mike Howe, jak i wcześniej David Wayne odeszli. Śmierć niestety często dotyka muzyków związanych z Metal Church.
Mimo tych tragedii zespół nie poddał się i zebrał siły na nowo. Wokalistą został Marc Lopes, z którym nagrano równie udany album „Congregation of Annihilation” (2023), przywołujący ducha dawnych wydawnictw.
W 2025 roku pojawiła się natomiast informacja, że Kurdt Vanderhoof praktycznie zebrał nowy skład. Wśród fanów wywołało to pewną konsternację – niewiele było jasne co do powodów tych zmian, które zna zapewne tylko sam Kurdt. Tak narodził się nowy rozdział Metal Church, otwierany albumem „Dead to Rights”. Pytanie brzmi: czy to powrót do korzeni, czy raczej kontynuacja dotychczasowej drogi zespołu?
Każdy z fanów wciąż po cichu liczy na powrót do poziomu debiutu czy „The Dark”. Trudno jednak dorównać perfekcji i wyjątkowej atmosferze lat 80. Metal Church często próbuje nawiązywać do tamtej estetyki – poprzez agresję i thrashmetalowe elementy. Również ostatnie płyty z Marcem Lopesem oraz najnowszy krążek idą w tym kierunku. To dobra cecha, choć jednocześnie można je zestawić z okresem Munroe, choćby z albumami „The Weight of the World” czy „Generation Nothing”.
Obecnie Metal Church brzmi jak na swoich ostatnich wydawnictwach – to mieszanka heavy metalu, thrash metalu i odrobiny power metalu. Nie brakuje mocnych riffów i chwytliwych melodii, choć momentami brakuje tego „iskrzenia geniuszu”. Mimo wszystko jest to album, na który fani czekali od dawna.
Ogromnym atutem jest tu gwiazdorski skład. Na basie pojawił się David Ellefson, który wyraźnie wzbogaca brzmienie zespołu – bas nie brzmiał tak dobrze w Metal Church od lat. Świetną robotę wykonuje również perkusista Ken Mary (Flotsam and Jetsam), wnosząc dynamikę i energię, miejscami ocierającą się o thrashmetalową furię.
Na uwagę zasługuje także wokalista Brian Allen (Vicious Rumors), który idealnie odnajduje się w stylistyce zespołu. Jego głos przypomina Davida Wayne’a, a momentami słychać w nim echa Mike’a Howe’a czy Ronneya Munroe. Wykonuje znakomitą pracę i często maskuje drobne niedociągnięcia instrumentalne. Kurdt.dwoinsienintroi, żeby album był atrakcyjny dla słuchacza pod względem riffów i partii gitarowych.
Okładka momentami sprawia wrażenie generowanej przez AI, ale nadrabia klimatem i bogactwem detali. Brzmienie płyty jest surowe, agresywne i dobrze wpisuje się w thrashmetalową estetykę.
Najbardziej cenię zespoły, które nie bawią się w wstępy i od razu przechodzą do ataku – i tutaj właśnie tak jest. Otwierający „Brainwashed Game” stawia na szybkość, agresję i thrashmetalowy pazur. Słychać w nim echa „Generation Nothing” czy „Reset”. Taki Metal Church zawsze działa na mnie najlepiej – nie dziwi więc, że ten utwór promował album.
Drugi singiel, „F.A.F.O.”, jest najbliższy pierwszym płytom zespołu – mocny riff, thrashmetalowy klimat i bezkompromisowy wokal Briana, który brzmi jak duch Davida Wayne’a. Tytułowy „Dead to Rights” również prezentuje się klasycznie – ma w sobie coś z „Hanging in the Balance”, ale też z ery Munroe. To jeden z najlepszych utworów na płycie.
„Deep Cover Shakedown” to nieco bardziej toporne połączenie heavy i thrash metalu – typowy, rozpoznawalny Metal Church. „Feet to Fire” stawia z kolei na bardziej melodyjną stronę, choć brakuje mu nieco energii znanej z wczesnych lat. Mimo to słucha się go bardzo przyjemnie.
Thrashowy charakter powraca w rozpędzonym „The Show”, który momentami przywołuje klimat „The Dark”. Z kolei „Heaven Knows” wyróżnia się świetnym wejściem Kena Mary’ego i dobrze wyważoną mieszanką energii oraz melodii.
„No Memory” to kolejny klasyczny numer w stylu Metal Church – bez większych niespodzianek, ale solidny. W „Wasted Time” pojawia się pewna powtarzalność i schematyczność znana z ostatnich lat, choć Brian Allen ponownie ratuje sytuację swoim wokalem. Finałowy „My Wrath” stawia na tempo i agresję, stanowiąc bardzo dobre domknięcie całości.
Patrząc na bogatą dyskografię Metal Church, można śmiało stwierdzić, że nowy album plasuje się wśród ich lepszych wydawnictw. Jest tu więcej thrashmetalowej energii, więcej dynamiki i ogólnej drapieżności. To wciąż Metal Church znany z ostatnich lat, ale w bardziej dopracowanej i wyrównanej formie.
Płyta jest bardzo dobra, a momentami wręcz świetna. Pozostaje jednak lekkie rozczarowanie – przy tak gwiazdorskim składzie można było oczekiwać absolutnego albumu roku. Tym razem się to nie udało.
Ocena: 9/10
czwartek, 2 kwietnia 2026
LIONS SHARE - Inferno (2026)
Nie jest to jednak wielka niespodzianka, ponieważ album w dużej mierze zbiera utwory publikowane przez zespół w ostatnim czasie. To solidna płyta, choć momentami bardziej przypomina materiał z solowej kariery Nilsa Patrika Johanssona niż klasyczny album Lions Share. W porównaniu z wcześniejszymi wydawnictwami czuć pewien niedosyt i rozczarowanie. To już nie ten sam poziom i klasa, co na „Dark Hours”.
Skład zespołu uległ pewnym zmianom. Na szczęście nadal obecny jest wokalista Nils Patrik Johansson, który potrafi budować mroczny klimat i momentami przywodzi na myśl charyzmę oraz styl śpiewania Ronniego Jamesa Dio. Niestety można też odczuć lekki spadek formy. Za gitarę wciąż odpowiada Lars Chriss – jego partie są solidne i profesjonalne, jednak brakuje w nich elementu zaskoczenia. Całości brakuje pomysłowości i takiej dawki przebojowości, jaką znamy z „Dark Hours”. Miejscami słychać raczej inspiracje solową twórczością Nilsa czy klimatem Dio niż charakterystycznym stylem Lions Share. Trochę za mało Lions Share w Lions Share.
Na basie pojawia się Andreas Loos, który wcześniej współpracował z zespołem, lecz tym razem występuje jako muzyk sesyjny. Podobną rolę pełni Nils Fredrik Johansson, syn wokalisty, który odpowiada za partie perkusji. Sam skład nie stanowi jednak problemu – większym mankamentem jest jakość kompozycji i aranżacji. Całość brzmi dobrze i solidnie, ale brakuje błysku geniuszu oraz tej potężnej energii, którą słychać było na „Dark Hours”.
Pewne niedopracowanie można odczuć również w brzmieniu, a sama okładka sprawia wrażenie nieco kiczowatej. Można było przygotować ją zdecydowanie lepiej.
Album otwiera mroczny i agresywny „Pentagram” – udany numer, choć już tutaj można zauważyć lekki spadek formy. Zespół utracił część dawnego blasku i świeżości. O wiele ciekawiej wypada przebojowy „We Are What We Are”, oparty na zadziornym riffie i chwytliwym refrenie. To prawdziwy hit w duchu poprzednich płyt. Fanom Dio z pewnością przypadnie do gustu „We Will Rock” – już sam tytuł sugeruje, czego można się spodziewać. To udany utwór, który stylistycznie mógłby znaleźć się na płytach Astral Doors.
Bardzo dobrze wypada również stonowany, bujający „The Lion’s Trial”, który przenosi słuchacza w klimaty Dio i Black Sabbath. To kolejny mocny punkt albumu. Z kolei ponury i ciężki „Baptized in Blood” jest poprawny, ale nie wzbudza większych emocji – brakuje mu wyrazistości. Znacznie lepiej prezentuje się chwytliwy „Live Forever”, który łatwo wpada w ucho. Do takiego grania Lions Share zdążyli już swoich fanów przyzwyczaić i właśnie takich utworów mogłoby być tutaj więcej.
Bardzo dobrze wypada również energiczny „Chain Child”, utrzymany w klimatach Dio – z ostrym riffem, szybkim tempem i wyraźną pasją. Za takie momenty właśnie kocham Lions Share. Na płycie znajdziemy też przebojowy „Another Desire”, którego klimat przywodzi na myśl ostatnie wydawnictwa zespołu. Refren jest świetnie dopracowany i z pewnością sprawdzi się na koncertach. Gdyby cały album utrzymany był na takim poziomie, trudno byłoby narzekać. Całość zamyka nastrojowy, bardziej rozbudowany i stonowany „Run for Your Life”.
Lions Share niejednokrotnie udowadniali, że potrafią nagrywać wielkie albumy i tworzyć znakomite kompozycje. Dwie poprzednie płyty były prawdziwą ucztą dla fanów heavy i power metalu. Duet Nils / Lars dawał nadzieję, że nowy materiał dorówna tamtemu poziomowi. Nie jest źle – to wciąż bardzo dobry album – jednak wyraźnie słychać spadek formy. W efekcie, mimo solidnego poziomu, pozostaje pewien niedosyt.
Ocena: 8/10
środa, 1 kwietnia 2026
IRON SAVIOR - Awesome anthems of the Galaxy (2026)
Iron Savior ostatnio wyraźnie się rozdrabnia i wydaje coraz więcej niezbyt potrzebnych wydawnictw. Najpierw pojawiła się składanka „Reforged”, a teraz przyszedł czas na album z coverami zatytułowany „Awesome Anthems of the Galaxy”. Tym razem zespół sięgnął po przeróbki przebojów z lat 80., dobrze znanych z radiowych playlist. Trudno jednak nie zadać sobie pytania: komu właściwie potrzebne są metalowe wersje utworów balansujących na granicy popu i dance?
Album traktować można raczej jako jednorazową ciekawostkę. Szkoda trochę, że zespół poświęca czas i energię na takie przedsięwzięcia, zamiast skupić się na tworzeniu nowego, autorskiego materiału. Płyta ukazała się 27 marca nakładem wytwórni Perception i zawiera aż 17 utworów, z których większość doskonale znamy ze stacji radiowych. Pojawia się więc pytanie o sens przerabiania popowych hitów na metalowe aranżacje. W wielu momentach brzmi to dość komicznie i sprawia wrażenie projektu zrealizowanego bardziej dla zabawy niż z artystycznej potrzeby.
Na plus można zaliczyć możliwość usłyszenia Pieta Sielcka w nieco innym repertuarze – trzeba przyznać, że wokalnie radzi sobie całkiem dobrze. Zespół zadbał również o atrakcyjną oprawę graficzną oraz solidne, dopracowane brzmienie. Niestety, mimo tych elementów całość nie robi większego wrażenia.
Na płycie znalazły się m.in. takie utwory jak „Take On Me” zespołu A-ha, „Maniac” Michaela Sembello czy „Forever Young” Alphaville. Słucha się tego bez większego bólu, jednak szybko dochodzi się do wniosku, że lepiej wrócić do oryginałów – autentycznych i najlepiej oddających klimat tych kompozycji. Nie wszystko da się przekonująco przerobić na heavy czy power metal. W efekcie powstaje momentami kiczowaty i mało przekonujący twór.
Szkoda, że Iron Savior, będący obecnie w bardzo dobrej formie, marnuje swój potencjał na takie projekty. Można tego posłuchać z czystej ciekawości, ale raczej na jednym odsłuchu się skończy. To wydawnictwo skierowane głównie do najbardziej oddanych fanów zespołu – kolekcjonerów, którzy chcą mieć w swojej dyskografii każdy album ulubionej formacji.
Ocena: 3/10
sobota, 28 marca 2026
POWER PALADIN - Beyond the Reach of the enchantment (2026)
Pochodzący z Islandii Power Paladin rośnie w siłę. Debiutancki album tej młodej kapeli grającej power metal był dopracowany i dostarczał słuchaczom mnóstwo frajdy. Była to prawdziwa uczta dla fanów starego Helloween, Edguy czy Rhapsody. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, dlatego miałem ogromne oczekiwania wobec drugiego wydawnictwa zespołu. Teraz, 27 marca, po czteroletniej przerwie, band wydał swój drugi album studyjny zatytułowany „Beyond the Reach of Enchantment”. To ponownie prawdziwa uczta dla miłośników power metalu w stylu lat 90. Okładka sugeruje klimaty znane z twórczości Blind Guardian, choć w muzyce wciąż dominują inspiracje Rhapsody, Twilight Force czy Helloween.
Jedno jest pewne – Power Paladin nabiera coraz większej pewności w tym, co robi. Wyraźnie słychać rozwój, a muzycy pokazują jeszcze więcej swoich możliwości. Pod względem kompozycyjnym album wypada nawet lepiej niż debiut. Zespół wykonuje kolejny krok naprzód. Jest tu miejsce zarówno na klimat fantasy, jak i na szybkie, pełne energii riffy. Oprócz tego band zadbał o agresywne motywy gitarowe, zróżnicowanie i dużą dawkę pomysłowości. Nie ma miejsca na nudę – od początku do końca album zachwyca stylem, jakością i znakomitą formą.
Filarem zespołu jest duet gitarowy tworzony przez Johanssona i Borrisona. Panowie imponują aranżacjami, świetną współpracą oraz kreatywnością w budowaniu partii gitarowych. Na płycie dzieje się naprawdę sporo, a wszystko podane jest z wyraźnym szacunkiem dla klasyki gatunku. Wokalista Atli brzmi na nowym albumie jeszcze lepiej niż wcześniej. Słychać w jego głosie pewność siebie oraz ogromną miłość do klasycznego power metalu. Wychował się na klasyce gatunku i wyraźnie słychać inspiracje Gamma Ray, Helloween czy Rhapsody. Zespół zdecydowanie stanął na wysokości zadania i stworzył naprawdę znakomite wydawnictwo.
Okładka płyty to wyraźny ukłon w stronę legendarnych ilustracji zdobiących albumy Blind Guardian czy Rhapsody. Już na pierwszy rzut oka wiadomo, z jakim klimatem będziemy mieli do czynienia. Singlowy „Sword Vigor” to prawdziwy killer – rozpędzony numer z agresywnym riffem wyraźnie inspirowanym twórczością Gamma Ray. Na taki power metal zawsze czekam z utęsknieniem. Rewelacja!
Klasyczne patenty Helloween dostajemy w pędzącym „Glade Lords of Athel Loren”. Zespół znakomicie balansuje tutaj między melodyjnością a agresją, tworząc rasowy power metal rodem z lat 90. Bardzo dobrze wypada również bardziej drapieżny i zadziorny „The Royal Road”, w którym ponownie słychać wpływy Gamma Ray i Helloween. Na szczególną uwagę zasługują tu znakomite partie solowe.
Więcej radosnego power metalu w klimacie starego Helloween pojawia się w przebojowym „The Arcane Tower”. Dalej mamy dynamiczny i rozpędzony „Aegis of Eternity”, który doskonale pokazuje potencjał i talent Power Paladin. Na płycie nie brakuje chwytliwych momentów i prawdziwego power metalowego kopa, co świetnie potwierdza pomysłowy i łatwo wpadający w ucho „Camelot Rock City”.
Wpływy Gamma Ray słychać także w zadziornym „Keeper of the Crimson Dungeon” – to rasowy power metal w starym stylu, w którym wyraźnie czuć ducha lat 90. Finałem albumu jest rozbudowany i epicki „Valediction”. To dziesięć minut power metalu w najlepszym wydaniu. Zespół zadbał o to, aby utwór był zróżnicowany i ani przez chwilę nie nużył słuchacza.
Power Paladin wyrasta na nową gwiazdę power metalowej sceny. Zespół czerpie pełnymi garściami z klasyki gatunku i wcale się z tym nie kryje. Jednocześnie tworzy muzykę świeżą, pomysłową i stojącą na bardzo wysokim poziomie. Stawia na klimat fantasy oraz power metal inspirowany złotą erą lat 90. Nowy album jest jeszcze ciekawszy niż debiut.
Brawo, Power Paladin!
Ocena: 9.5/10
wtorek, 24 marca 2026
ASSIGNMENT - With the end comes silence (2026)
Assignment to niemiecki odpowiednik takich kapel jak Ayreon, Savatage czy Symphony X. Formacja specjalizuje się w progresywnej odmianie power metalu. Po sześciu latach przerwy powracają z szóstym albumem studyjnym zatytułowanym „With the End Comes Silence”. Zespół potrafi oczarować słuchacza i zaimponować interesującym materiałem. Dużym atutem jest również głos Diego Valdeza – wokalisty doskonale znanego z takich zespołów jak Iron Mask czy Heller, prawdziwego specjalisty w swoim fachu.
Ten doświadczony band działa już od 1994 roku i przez ten czas zdążył wypracować sobie rozpoznawalną markę. Nic więc dziwnego, że nową płytę zdobi dopracowana, klimatyczna okładka. Również w kwestii brzmienia muzycy stanęli na wysokości zadania – materiał jest mocny, selektywny i bardzo czytelny. Każdy dźwięk wybrzmiewa klarownie, a sami muzycy imponują umiejętnościami. Wszystko to przekłada się na dojrzały album pełen interesujących detali i muzycznych smaczków.
Na płycie znajdziemy bardziej rozbudowane motywy gitarowe, złożone melodie oraz kompozycje wyraźnie osadzone w progresywnym charakterze. Zespół wykazuje się zarówno techniką, jak i pomysłowością. Na szczególne wyróżnienie zasługuje gitarzysta Goran Panic, który pokazuje się tutaj jako niezwykle utalentowany muzyk. Stawia na różnorodność, świeżość i bardziej wyszukane melodie, dzięki czemu jego partie nadają materiałowi wyjątkowego charakteru. Wokalista Diego Valdez prezentuje natomiast najwyższą klasę – jego potężny głos potrafi momentami przywodzić na myśl Ronniego Jamesa Dio czy Jo Amore z francuskiego Nightmare.
Album zawiera dziesięć utworów, które łącznie wypełniają około godzinę muzyki. Materiał jest przemyślany i pełen ciekawych momentów. Płytę otwiera klimatyczny „Fallen”, który momentami przywodzi na myśl twórczość Ayreon. Już tutaj Diego Valdez pokazuje pełnię swoich możliwości wokalnych, a jego barwa chwilami przypomina Jo Amore z najlepszych lat Nightmare.
Dużą dawkę melodyjności i przebojowości przynosi „Nothing to Say”, natomiast „Beyond Recognition” wprowadza nieco mroczniejszy nastrój. Zespół konsekwentnie stawia na wyszukane melodie i dopracowane motywy. Więcej agresji oraz power metalowej energii pojawia się w zadziornym „Those World’s”, gdzie muzycy pokazują bardziej dynamiczne oblicze.
Jednym z największych atutów tej płyty jest umiejętność budowania klimatu i odpowiedniego nastroju. Ponad siedmiominutowy „The Tower” znakomicie to potwierdza. Z kolei „Call for Heaven” to utwór bardziej przystępny i łatwo wpadający w ucho, oparty na klasycznych zagrywkach i dobrze znanych heavy metalowych patentach.
Power metalowa stylistyka powraca w bardziej agresywnym „Angel of Berlin” – tutaj zespół błyszczy pełnią możliwości. Szkoda jedynie, że na płycie nie ma nieco więcej tak bezpośrednich i energetycznych „killerów”. Mimo to kompozycja imponuje pasją, świeżością i pomysłowością.
Tytułowy „With the End Comes Silence” ukazuje progresywne oblicze zespołu. Podniosły, epicki charakter oraz liczne pomysłowe motywy sprawiają, że przez ponad osiem minut dzieje się tu naprawdę dużo interesujących rzeczy. Całość zamyka ponad sześciominutowy „the curtain Falls”, który stanowi świetne podsumowanie albumu. To udany miks melodyjnego heavy/power metalu oraz progresywnego heavy metalu. Wyraźnie czuć tu doświadczenie zespołu oraz ogromną dbałość o detale.
Assignment nagrał bardzo wartościowy album, który ma naprawdę wiele do zaoferowania. Mocne, wyraziste i podkręcone melodie oraz chwytliwe riffy stanowią jego siłę napędową. Słychać tu dbałość o szczegóły, różnorodność oraz wyjątkowy klimat. Zespół potrafi oczarować słuchacza i dostarczyć materiał godny uwagi.
To płyta skierowana przede wszystkim do fanów progresywnego heavy metalu oraz wymagających słuchaczy, którzy cenią kunszt i piękno muzyki. Osobiście dorzuciłbym jeszcze dwa szybsze utwory – momentami brakuje też nieco większej konsekwencji. Mimo tych drobnych niedociągnięć album robi bardzo dobre wrażenie.
Ocena: 8/10
piątek, 13 marca 2026
ANGUS MCSIX - And the all seeing astral eye (2026)
środa, 11 marca 2026
EXISTANCE - Wildfire (2026)
Francuski Existance jest obecny na scenie heavy/power metalowej nie od dziś. Swoje pierwsze kroki stawiali w 2008 roku i w dość szybkim tempie nagrali pięć albumów studyjnych. Najnowszy z nich, zatytułowany „Wildfire”, ukazał się 6 marca. W ich muzyce wyraźnie słychać wpływy takich zespołów jak Mystic Prophecy, Ratt, Iron Maiden czy Judas Priest. To przede wszystkim mieszanka klasycznego heavy metalu i power metalu z delikatną domieszką hard rocka. Zespół potrafi tworzyć kompozycje ciekawe i chwytliwe, dzięki czemu płyta może okazać się bardzo atrakcyjna dla potencjalnego słuchacza.
Mroczna i klimatyczna okładka przywodzi na myśl grafiki znane z albumów Jorn czy Primal Fear i doskonale pasuje do stylistyki muzycznej zespołu. Również samo brzmienie jest dopracowane – potężne, selektywne i nadające całości odpowiedniej drapieżności. Existance to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Julian Izard, który potrafi operować wysokimi rejestrami i nadać utworom wyraźny, rockowy feeling. Izard wraz z Antoine’em Poiretem odpowiada również za partie gitarowe, dbając o melodyjność i efektowne, a przy tym bardzo smakowite solówki. Wszystko zostało zagrane z pasją i autentyczną miłością do heavy metalu, co bezpośrednio przekłada się na jakość materiału i jego odbiór. To po prostu solidna, czysta rozrywka.
Album zawiera dziewięć utworów i trwa około 41 minut. Nie ma tu zbędnych dłużyzn, a całość została dobrze rozplanowana. Otwierający płytę „Wildfire” kusi mrocznym klimatem i klasycznym heavy metalowym charakterem. Już na starcie zespół pokazuje talent do pisania chwytliwych numerów. Bardzo efektowny jest rozpędzony „Ocean’s Cry”, który zachwyca tempem i wyraźnymi wpływami Iron Maiden – to naprawdę mocna propozycja. Miłośnicy prostych, nośnych riffów w stylu Judas Priest z pewnością docenią „Riding Fast”, będący wyraźnym ukłonem w stronę heavy metalu lat 80.
Nutę hard rocka słychać w zadziornym „Eternal Flame” – to solidny utwór, choć nie porywa tak bardzo jak wcześniejsze kompozycje. Power metalowy klimat powraca w energicznym i bardzo przebojowym „See the Light”, który w pełni pokazuje potencjał tej formacji. Kolejnym mocnym punktem płyty jest „Against the World” – zadziorny kawałek, w którym można wychwycić echa Manowar i Judas Priest. Utwór ma bardziej epicki charakter i wyróżnia się odpowiednim rozmachem.
Hardrockowy klimat oraz pewne skojarzenia z Def Leppard pojawiają się w „Love Affair”. Z kolei „Brighter Days” to znakomita mieszanka power metalu i klasycznego heavy metalu – dynamiczna, świeża i pełna energii. Oby więcej takich killerów. Najdłuższym utworem na płycie jest zamykający album „Angel of Darkness”, w którym warto pochwalić szczególnie rozbudowane i pomysłowe partie solowe. Naprawdę sporo dobrego się tu dzieje.
Existance pozytywnie zaskakuje albumem „Wildfire”. To płyta zróżnicowana, energiczna i bardzo przebojowa. Zespół czerpie pełnymi garściami z klasyki gatunku, jednocześnie dostarczając słuchaczowi sporo muzycznej frajdy. Solidna rozrywka na wysokim poziomie – zdecydowanie warto sprawdzić, co ma do zaoferowania Existance.
Ocena: 8/10
sobota, 7 marca 2026
METAL DE FACTO - Land of the rising sun part 2.(2026)
Fiński zespół Metal De Facto w 2024 roku właściwie pozamiatał scenę power metalu za sprawą pierwszej odsłony albumu Land of the Rising Sun. Było tylko kwestią czasu, kiedy grupa powróci z kontynuacją – i ten moment nadszedł 6 marca. Druga część Land of the Rising Sun jest bez wątpienia nieco słabsza od swojego poprzednika, ale wciąż pozostaje bardzo przyjemnym w odbiorze wydawnictwem. Mimo to trudno oprzeć się wrażeniu pewnego niedosytu, ponieważ oczekiwania po znakomitej pierwszej części były naprawdę wysokie.
Oba albumy nagrał ten sam skład Metal De Facto. Za mikrofonem ponownie staje Aitor Arrastia, który imponuje zarówno techniką, jak i charakterystycznym stylem śpiewu. Jego wokal potrafi nadać kompozycjom odpowiedniego rozmachu, klimatu i przebojowości – to bez wątpienia jeden z największych atutów zespołu. Klawiszowiec Benji Connelly odpowiada za budowanie atmosfery i napięcia, natomiast prawdziwa siła grupy tkwi w gitarowym duecie Mikko Salovaara – Esa Orjatsalo. Panowie potrafią zaserwować rasowy power metal na bardzo wysokim poziomie, choć niestety nie zawsze udaje im się utrzymać równą formę – zdarzają się momenty słabsze i nieco mniej dopracowane. Na płycie znajdziemy kilka prawdziwych killerów, ale szkoda, że całość nie jest bardziej wyrównana.
Album otwiera rozbudowany, a zarazem najdłuższy na płycie utwór „Sengakuji Temple”. Nie brakuje w nim patosu, epickiego rozmachu oraz wyraźnych nawiązań do japońskiej estetyki. Wszystko brzmi imponująco, choć momentami można odnieść wrażenie, że forma zaczyna dominować nad treścią. Melodyjny i nieco słodszy „Across the Milky Way” to z kolei bardzo pogodny, chwytliwy power metal – lekko kiczowaty, ale zdecydowanie wpadający w ucho. Następnie otrzymujemy energiczny i przebojowy „Gojira”, który pokazuje, że zespół potrafi stworzyć naprawdę atrakcyjny motyw gitarowy i odwołać się do klasycznego europejskiego power metalu.
Jednym z mocniejszych punktów albumu jest niezwykle chwytliwy „My Plastic Escape”, w którym wyraźnie słychać inspiracje stylistyką zespołów takich jak Helloween czy Trick or Treat. Klimaty kojarzące się z Gamma Ray, Sonata Arctica czy Stratovarius pojawiają się natomiast w zadziornym i dynamicznym „Fury and Beauty” – to naprawdę solidna dawka energii. Podobne emocje wzbudza żywiołowy „Pen Is Mightier Than Sword”, gdzie Metal De Facto ponownie dostarcza radosny, klasycznie brzmiący power metal – prawdziwą petardę.
Słabiej wypadają natomiast ballady, którym wyraźnie brakuje wyrazistości, a także „Wheel of the Rising Sun”, sprawiający wrażenie zbyt cukierkowego i pozbawionego wyraźnego charakteru. Te fragmenty albumu aż proszą się o większe dopracowanie.
Na płycie znajdziemy kilka znakomitych momentów i utworów, które bez wątpienia można nazwać killerami. Problem polega jednak na tym, że materiał nie utrzymuje równego poziomu i obok świetnych kompozycji pojawiają się też słabsze fragmenty. W ogólnym rozrachunku to wciąż dobry i godny uwagi album, choć nie dorównuje klasą pierwszej części. Pozostaje lekki niedosyt i delikatne rozczarowanie – a szkoda, bo potencjał był ogromny.
Ocena: 8/10
piątek, 6 marca 2026
SONS OF ETERNITY - Human Beast (2026
Młody niemiecki zespół Sons of Eternity działa na scenie od sześciu lat i próbuje swoich sił w stylistyce heavy/power metalu. Po solidnym debiucie grupa wraca po trzech latach z drugim albumem studyjnym zatytułowanym Human Beast. Płyta ukaże się 27 marca nakładem Massacre Records.
W muzyce Sons of Eternity słychać wpływy takich formacji jak Brainstorm, Nevermore czy Symphorce. Na plus należy zapisać fakt, że zespół stara się brzmieć nowocześnie – nie boi się eksperymentów, sięga po elementy progresywne, a całość spowija nieco mroczniejszy klimat.
Muzycy Sons of Eternity są utalentowani i doświadczeni. Wkładają dużo serca oraz dbałości o detale w tworzone kompozycje. Słychać, że to dzieło instrumentalistów, którzy dobrze znają się na swoim fachu i potrafią wiele zdziałać. Mocnym punktem zespołu jest wokalista Matthias Schenk – świetnie odnajduje się w niższych rejestrach i potrafi budować napięcie. Bardzo dobrze wypada także duet gitarowy tworzony przez Jonasa Rossnera i Matthiasa Kirchgessnera. Gitarzyści grają z pazurem, pomysłem i wyczuciem chwytliwych melodii, a jednocześnie kładą nacisk na progresywne zacięcie i nowoczesne brzmienie. Każdy z muzyków prezentuje na nowym albumie wysoki poziom, a zarówno produkcja, jak i okładka podkreślają mroczny charakter wydawnictwa.
Już otwierający album utwór „Sons of Eternity” szybko wpada w ucho. To kompozycja mroczna, bardziej rozbudowana i nastawiona na gęsty klimat, który łatwo zapada w pamięć. Singlowy „Forever” to z kolei pokaz mocy i agresji – tutaj zespół prezentuje swój power metalowy charakter w pełnej krasie. Można odnaleźć skojarzenia z Iced Earth czy Primal Fear. W „Resistance” pobrzmiewają echa późniejszego Iron Maiden – to utwór złożony i nastrojowy. Agresywny riff, szybsze tempo i power metalowa stylistyka stanowią najmocniejsze atuty rozpędzonego „Human Beast”. Właśnie w takim wydaniu zespół błyszczy najbardziej.
Nieco spokojniejszy i bardziej przebojowy charakter ma hardrockowy „The Line”. To jednak nie koniec perełek na płycie. Warto zwrócić uwagę na znakomity „Fight”, w którym zespół prezentuje pełnię swoich możliwości. Oby w przyszłości pojawiało się więcej tak dopracowanych kompozycji. Całość zamyka rozbudowany i bardziej progresywny „Abyss of Life”.
Sons of Eternity po raz drugi udowadnia, że potrafi tworzyć interesujący materiał z pogranicza heavy i power metalu. Nowy album niemieckiej formacji tylko to potwierdza. Płyta jest solidna i dostarcza kilku naprawdę ciekawych momentów. Nie wszystko jest może idealne i zdarzają się drobne niedociągnięcia, jednak całościowo to udana pozycja. Human Beast to album, który zdecydowanie zasługuje na uwagę.
Ocena: 7/10
sobota, 28 lutego 2026
GLADENFOLD - Soulbound (2026)
Fiński Gladenfold jest obecny na scenie od 2003 roku i do tej pory jakoś nie zdołał skraść mojego serca. Postanowiłem więc zweryfikować, czy coś się zmieniło – a okazja ku temu jest idealna, ponieważ zespół wydał właśnie najnowszy album zatytułowany „Soulbound”. Premiera płyty odbyła się 27 lutego. Do ścisłej czołówki power metalu wciąż im daleko, a sam krążek nie jest pozbawiony wad. Mimo to słychać wyraźny rozwój i nowy materiał trafia do mnie zdecydowanie bardziej niż poprzedni.
Zespół prezentuje przystępny, momentami nieco zachowawczy power metal, w którym pobrzmiewają echa Sonata Arctica, Falconer czy Kamelot. Nie do końca przekonuje mnie wokalista Esko Itälä, który operuje raczej łagodną, melodyjną barwą. To nie ten typ frontmana, który porywa agresją i techniczną wirtuozerią. Esko stawia przede wszystkim na klimat i melodyjność – śpiewa poprawnie, lecz chwilami brakuje mu drapieżności i mocy. Przez to album bywa mniej wyrazisty i sprawia wrażenie bardziej stonowanego. Trzeba jednak przyznać, że taka stylistyka idealnie współgra z fantasy’ową otoczką materiału.
Na duży plus zasługują gitarzyści Matias i Toke, którzy wyraźnie się rozwinęli i przygotowali ciekawsze, dojrzalsze partie gitarowe. Jest więcej chwytliwych melodii, solidnych riffów i przemyślanych aranżacji. Całość mocno nawiązuje do fińskiej szkoły power metalu – słychać to zarówno w melodiach, jak i w samym brzmieniu – co stanowi jeden z największych atutów tej płyty. Postęp jest zauważalny, a album zdecydowanie przyjemniej się słucha niż poprzednika. Zespół wykazuje większe zaangażowanie i proponuje bardziej dopracowane kompozycje.
Krążek jest krótki, ale treściwy – 41 minut muzyki mija błyskawicznie. Na pierwszy ogień trafia „Fire wind”, rozpoczynający się tajemniczym wstępem. Utwór szybko nabiera tempa i eksponuje najmocniejsze strony zespołu. Dynamiczny riff i wyraźne wpływy Sonata Arctica czy Leverage sprawiają, że kompozycja łatwo wpada w ucho. Gladenfold prezentuje się tu z bardzo dobrej strony, a progres względem wcześniejszych dokonań jest wyraźnie słyszalny.
Chwytliwa melodia, umiarkowane tempo i melancholijny nastrój to największe atuty „Wardens of Time”, który momentami przywodzi na myśl twórczość Falconer. Z kolei w rozpędzonym „For My Queen” słychać echa Stratovarius oraz Sonata Arctica. To oldschoolowy power metalowy killer w duchu lat 90. – jeden z najmocniejszych punktów albumu. Dobrze wypada również energiczny i melodyjny „Helix of Fate”, próbujący brzmieć bardziej agresywnie i zadziornie, choć wokal nie zawsze nadąża za cięższym charakterem kompozycji.
„Mercy” jest utworem spokojniejszym i bardziej stonowanym – zespół skręca tu w stronę symfonicznych aranżacji, choć efekt końcowy nie do końca przekonuje. Delikatne akcenty progresywne pojawiają się w „Ghostlike”, który pozostaje solidną, choć niewybitną propozycją. Energia powraca w „Chaos Waltz” – szybkim, radosnym numerze, który słucha się z przyjemnością i który potwierdza dobrą formę zespołu. Jest w nim pomysł i odpowiednie wykonanie.
Najdłuższą kompozycją na płycie jest „Soulbound Parallax”. To udany, utrzymany w fantastycznej konwencji power metalowy utwór, który może nie powala na kolana, ale dostarcza sporo satysfakcji.
Cztery lata oczekiwania na nowy materiał Gladenfold okazały się warte cierpliwości. Zespół wyraźnie przyłożył się do kompozycji i aranżacji, a brzmienie jest zdecydowanie dojrzalsze niż wcześniej. Oczywiście nie wszystko wypadło idealnie i można wskazać pewne niedociągnięcia, jednak fani europejskiego power metalu powinni być usatysfakcjonowani. Jeśli Gladenfold utrzyma tę tendencję wzrostową, kolejny album może okazać się jeszcze lepszy.
Ocena: 8/10
poniedziałek, 23 lutego 2026
ROZARIO - Northern Crusaders (2026)
Gitarzysta Trond Holter jest dobrze znany ze współpracy z Jorn i stanowi rozpoznawalną postać na rynku heavy metalowym. To właśnie on czuwał nad produkcją nowego albumu norweskiej formacji Rozario. „Northern Crusaders” to drugi krążek tej młodej ekipy, która ambitnie próbuje na dłużej zadomowić się na scenie heavy/power metalowej z wyraźną nutą melodyjnego hard rocka. W ich twórczości można odnaleźć wpływy takich zespołów jak Crowne, Skid Row czy Dynazty. Drugi album jest jeszcze bardziej dopracowany niż debiut i oferuje jeszcze większą dawkę przebojowości.
środa, 18 lutego 2026
LOVEBITES - Outstading Power (2026)
Japoński Lovebites totalnie mnie porwał w 2023 roku swoim albumem Judgment Day. Teraz, po trzech latach, powracają z następcą zatytułowanym Outstanding Power, na który apetyt miałem już od dawna. Album ma dziś, 18 lutego, swoją światową premierę za sprawą wytwórni Victor. Pytanie brzmi: czy udało się utrzymać wysoki poziom Judgment Day i czy zespół nadal serwuje power metal w najlepszym wydaniu?
Od razu słychać pewien lekki spadek formy – zdarzają się momenty nieco słabsze, a także elementy bardziej komercyjne i progresywne. Wyraźnie słychać, że Lovebites eksperymentuje ze swoją stylistyką i aranżacjami, nie wszystko trafia w punkt w 100%. Mimo to, całościowo album pozostaje melodyjny, przebojowy i zdecydowanie utrzymuje charakterystyczny styl japońskiej formacji.
Osobiście najbardziej podobają mi się szybkie utwory, w których zespół gra klasyczny europejski power metal lub neoklasyczny power metal. Lovebites to przede wszystkim fenomenalne gitarzystki Midori i Miyako, które potrafią porwać słuchacza zarówno techniką, jak i szybkością. Kobiety wymiatają i nie raz pozytywnie zaskakują. Charakteru całości dodaje też słodki, dziewczęcy wokal Asami, który świetnie kontrastuje z mocną gitarową warstwą. Kto kocha ich muzykę, szybko odnajdzie się w tym albumie.
Płyta zawiera 12 utworów, dając w sumie ponad godzinę materiału – momentami to trochę długo, można by było pokusić się o lekkie skrócenie. Na pierwszy ogień idzie singlowy The Castaway. Power metal w czystej formie – zespół od razu pokazuje swoje atuty: szybkie tempo, chwytliwy refren i pomysłowy riff, które sieją prawdziwe zniszczenie. Podobne emocje wywołuje Silence the Void, imponujący pomysłowością i wokalem Asami. To kolejny killer na płycie.
Jednym z najlepszych utworów jest klasycznie brzmiący Forbidden Thirst. Ten kawałek przerósł moje oczekiwania – riffy i solówki to prawdziwy majstersztyk, słychać tu sporo inspiracji Gamma Ray. Gdyby cały album brzmiał w ten sposób, ocena byłaby maksymalna.
Trochę przekombinowany jest Blazing Halo, bardziej progresywny i komercyjny – nie do końca do mnie trafia. Podobna sytuacja dotyczy Dream of King. Jednak rozpędzony Phoenix Rises Again rekompensuje te niedociągnięcia, zabierając nas w rejony klasycznego europejskiego power metalu – można tu wyczuć ukłon w stronę Helloween czy Rhapsody.
Pomysłowy riff atakuje nas w agresywnym Out of Control, gdzie zespół znów prezentuje wpływy Gamma Ray. Gitarzystki dają czadu aż miło! Nieco lżejszy, słodszy Wheels on Fire przemyca patenty Helloween i Edguy, będąc pozytywnie zakręconym utworem, który spokojnie mógłby podbić stacje radiowe. The Eve of Change jest bardziej komercyjny i stonowany – dobry kawałek, ale bez większych fajerwerków.
Miłą niespodzianką jest Reaper’s Lullaby, szybki i agresywny utwór z elementami Dragonforce czy Primal Fear. To chyba najbardziej ekstremalne brzmienie Lovebites do tej pory – bardzo ciekawy kierunek, który w całym albumie zrobiłby piorunujące wrażenie. Najdłuższy na płycie, rozbudowany i klimatyczny Eternally wprowadza spokojniejszy nastrój. Power metal powraca pełną parą w zamykającym album One Will Remain, kolejnej petardzie, która pokazuje cały talent zespołu.
Czuć lekki spadek formy w porównaniu do Judgment Day, ale mimo to album jest świetnie dopracowany. Nie brakuje killerów i klasycznego power metalu – jest szybko, melodyjnie i przebojowo. Lovebites serwuje genialne solówki i riffy, a charakterystyczny wokal Asami nadaje całości niepowtarzalnego uroku. To nie jest album idealny jak poprzednik, ale zdecydowanie robi furorę i udowadnia, że zespół wciąż jest na fali.
Ocena: 9/10
sobota, 7 lutego 2026
TAILGUNNER - Midnight Blitz (2026)
Tailgunner to nowa nadzieja brytyjskiego heavy metalu. Ten młody zespół, obecny na scenie od 2018 roku, zdążył już wypracować rozpoznawalny styl i zyskać sympatię fanów. Grupa porusza się w obszarach klasycznego heavy metalu, speed metalu oraz power metalu, tworząc spójną i niezwykle energetyczną mieszankę. Mają talent, sceniczną pewność siebie oraz doskonałe wyczucie tego, jak porwać słuchacza.
Na koncie mają bardzo udany debiut, a teraz – po trzech latach przerwy – powracają z drugim albumem studyjnym zatytułowanym „Midnight Blitz”. Płyta ukazała się dziś, 6 lutego, nakładem wytwórni Napalm Records, a nad całością w roli producenta czuwał sam K.K. Downing. To już wystarczający powód, by sięgnąć po najnowsze dzieło Tailgunner. Album jednoznacznie potwierdza, że na brytyjskiej scenie heavy metalowej wyrasta nowa gwiazda.
Tailgunner to młodzieńcza energia, ogromne zaangażowanie, szczera miłość do heavy metalu lat 80. oraz rozrywka na bardzo wysokim poziomie. Zespół jest głodny sukcesu i po raz kolejny dostarcza materiał pełen energii, drapieżności i przebojowości, który błyskawicznie potrafi zarazić słuchacza. Ogromna siła grupy tkwi w gitarowych partiach duetu Thompson / Salvini – jest klasycznie, z pazurem i pomysłem. Słychać tu wyraźne inspiracje zespołami takimi jak Enforcer, Judas Priest, Iron Maiden czy Skull Fist.
Bardzo solidnie prezentuje się również sekcja rytmiczna, odpowiedzialna za dynamikę i potężny ładunek energii. Każdy z muzyków doskonale odnajduje się w swojej roli. Trudno wyobrazić sobie Tailgunner bez charyzmatycznego wokalisty Craiga Carnsa, który wcześniej udzielał się także w zespole Induction. Co ciekawe, w tym roku zarówno Induction, jak i Tailgunner wydali nowe albumy. Craig wyraźnie pokazuje dawnym kolegom, że w tym bezpośrednim starciu to Tailgunner wychodzi zwycięsko, mimo że oba zespoły poruszają się w nieco innych stylistykach.
Na uwagę zasługuje również świetna okładka, która zapada w pamięć na długo, a soczyste, selektywne brzmienie doskonale dopełnia całość. Materiał jest bardzo dobrze wyważony — każdy znajdzie tu coś dla siebie. Album składa się z 10 utworów i zespół zadbał o to, by przez cały czas coś się działo.
Otwierający płytę „Midnight Blitz” to strzał w dziesiątkę — od pierwszych sekund zespół zaraża pozytywną energią, klimatem lat 80. i dużą przebojowością. Świetnie wybrzmiewają partie gitarowe oraz solówki, co zapewnia mocne i efektowne otwarcie. Lekko przesiąknięty hard rockiem „Tears in Rain” to rasowy hit z melodyjnym motywem i porywającym refrenem — prawdziwa wizytówka zespołu.
Rozpędzony „Follow Me in Death” kipi energią i momentami ociera się o power metal. Utwór szybko wpada w ucho i oferuje wiele interesujących partii gitarowych. Moim osobistym numerem jeden bardzo szybko stał się „Dead Until Dark” — chwytliwy refren dosłownie rozwala system, a całość momentami przywodzi na myśl twórczość Induction. Agresywny riff i bardziej złożona struktura to z kolei główne atuty dynamicznego „Barren Lands and Seas of Red”.
Nieco słabiej wypada stonowany „War in Heaven”, który nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle reszty materiału. Zdecydowanie najlepiej Tailgunner wypada w szybkich, bezkompromisowych petardach, co doskonale potwierdza speedmetalowy „Blood Sacrifice” — mocny, bezpośredni cios. Dalej otrzymujemy jeszcze niezwykle melodyjny i energiczny „Night Raids”, czyli dokładnie taki typ kompozycji, w jakich zespół czuje się najlepiej.
Całość zamyka singlowy „Eulogy”, który stanowi idealne podsumowanie albumu i pokazuje pełnię możliwości Tailgunner. Oby więcej takich utworów w ich wykonaniu.
Warto było czekać trzy lata na nowy materiał brytyjskiego Tailgunner. Słychać wyraźnie, że zespół rozwinął skrzydła i jeszcze bardziej dopracował swój styl oraz sposób komponowania. „Midnight Blitz” kipi energią i dostarcza mnóstwo potencjalnych hitów oraz metalowych killerów. To album, który zdecydowanie warto mieć na swojej półce.
Ocena: 9/10
piątek, 6 lutego 2026
INDUCTION - Love Kills! (2026)
Miło jest obserwować, jak Tim Hansen, syn Kaia Hansena, na dobre rozkręcił swój autorski projekt Induction. Zespół funkcjonuje na scenie już od 2014 roku i dorobił się trzech albumów studyjnych. Najnowszy z nich, zatytułowany „Love Kills!”, ma swoją premierę 6 lutego nakładem wytwórni Reigning Phoenix Music.
Niepokoi jednak fakt, że skład zespołu ulega bardzo częstym zmianom — w praktyce każdy album nagrywany był w innym zestawieniu personalnym. Brakuje tu wyraźnej stabilizacji, co niestety odbija się na spójności materiału. Stylistycznie Induction pozostaje wierny obranej drodze: to nadal melodyjny power metal z symfonicznym zabarwieniem. Nowa płyta powinna przypaść do gustu fanom takich zespołów jak Beast in Black, Battle Beast, Freedom Call czy Dynazty. Jest jeszcze bardziej słodko, młodzieżowo i momentami wręcz kiczowato.
Niestety, w moim odczuciu jest to najsłabszy album w dorobku Induction. Nie pomaga nawet obecność utalentowanego Gabriele Gozziego, który w Fallen Sanctuary sieje prawdziwe wokalne spustoszenie. To artysta obdarzony charyzmą, świetną techniką i naturalnym wyczuciem power metalowej estetyki. Tym razem jednak ani jego umiejętności, ani przebojowość utworów, ani nawet proste, wpadające w ucho melodie nie są w stanie uratować całości. Nawet wyraźne wpływy Gamma Ray czy cover „Empress” sprawdzają się raczej jako ciekawostka niż realna wartość dodana.
Album jest mało wymagający i wyraźnie ukierunkowany na młodsze pokolenie słuchaczy. Szkoda, bo Induction prezentował się dotąd znacznie ambitniej. W 2024 roku do składu dołączyli Justys Sahlman (druga gitara) oraz perkusista Markus Felber. Nowi muzycy wyraźnie się starają — słychać zaangażowanie i solidne umiejętności instrumentalne. Problemem pozostają jednak same kompozycje i aranżacje, które miejscami wydają się niedopracowane i zbyt oczywiste.
To płyta, której słucha się przyjemnie, ale która nie wywołuje większych emocji. Zespół zadbał o soczyste, nowoczesne brzmienie oraz atrakcyjną graficznie okładkę — pod tym względem wszystko się zgadza. Materiał jest krótki i treściwy, pozbawiony rozbudowanych form czy epickich kolosów. Otrzymujemy serię krótkich, bezpośrednich strzałów.
Album otwiera cukierkowy i kiczowaty „Virtual Insanity”, kipiący energią i przebojowością, choć wyraźne skojarzenia z Battle Beast nie do końca do mnie trafiają. Wokalnie Gozzi — wiadomo — pełna klasa. „War of Hearts” to już typowy numer Induction: prosty, z nieco większym naciskiem na gitary i delikatną hardrockową nutą. W podobnych klimatach utrzymany jest słodki i łatwy w odbiorze „Dark Temptation” — poprawny, lecz pozbawiony głębszego pazura.
Serce zaczyna bić szybciej przy singlowym „Steel and Thunder”. Mocny riff, szybkie tempo, mniej kiczu i więcej patentów rodem z Gamma Ray sprawiają, że to prawdziwy killer. Refren jest prosty i wręcz stworzony do koncertowego śpiewania. Lżejszy, rockowy „Strangers to Love” balansuje już na granicy komercji, choć uwagę przykuwa gościnny udział Clementine z Visions of Atlantis.
Kolejnym mocnym punktem płyty jest bez wątpienia „Beyond Horizons”. Tutaj Induction garściami czerpie z dorobku Powerwolf, Bloodbound czy Sabaton. Sporo się tu dzieje, a podniosły refren robi bardzo dobre wrażenie. Melodyjny „Love Kills” to niestety powielanie sprawdzonych schematów i odgrzewanie znanych motywów. Więcej drapieżności pojawia się w „I Am Evil”, który zachwyca przebojowością i łatwo wpadającym w ucho motywem przewodnim. Na koniec otrzymujemy klimatyczny i nieco bardziej złożony „The Veil of Affection” — kolejny jasny punkt albumu.
Do tej pory Induction dostarczał mi rozrywki na bardzo wysokim poziomie, a twórczość Tima Hansena sprawiała mi autentyczną frajdę. Najnowszy album to jednak wyraźny spadek formy i pójście na skróty. Brakuje bardziej wyrazistych popisów gitarowych oraz ambitniejszych, wielowątkowych kompozycji. Całość jest zbyt słodka, jednowymiarowa i momentami przewidywalna.
To solidny album, ale obarczony wyraźnymi wadami. Liczyłem na coś więcej.
Ocena: 7/10
niedziela, 1 lutego 2026
EVERMORE - Mournbraid (2026)
Debiut szwedzkiego Evermore bardzo przypadł mi do gustu, dlatego od tamtej pory uważnie śledzę poczynania tej formacji, wyraźnie inspirującej się dokonaniami takich zespołów jak Edguy, Helloween, Gamma Ray czy Nocturnal Rites. Drugi album, „In Memoriam”, był materiałem solidnym, jednak nie wywołał już takiego zachwytu jak debiut. Po trzech latach przerwy zespół powraca z nowym wydawnictwem zatytułowanym „Mournbraid”. Płyta ukaże się 20 marca nakładem Scarlet Records. Fani power metalu z pewnością nie przejdą obok tej premiery obojętnie — zapewne znajdą się tacy, którzy będą wychwalać album pod niebiosa. Jeśli jednak chodzi o mnie, towarzyszy mi raczej poczucie rozczarowania niż autentycznego entuzjazmu. Evermore wciąż gra swoje, lecz materiał nie powala na kolana tak jak debiut.
Evermore to dziś już marka rozpoznawalna na scenie. Tym razem zespół postawił na dość skromną okładkę, a samo brzmienie jest typowe dla tego rodzaju produkcji — mocne, klarowne i krystalicznie czyste, gdzie każdy dźwięk brzmi soczyście i selektywnie. Muzycy bez wątpienia są utalentowani i wiedzą, co robią. Dużym atutem zespołu pozostaje wokal Johana Haraldssona, który potrafi nadać kompozycjom przebojowości, energii i odpowiedniej dynamiki. Za partie gitarowe odpowiada Johan Karlsson, który wykonuje dla zespołu ogrom pracy. Stawia na klasyczne rozwiązania, jednak tym razem nie wszystkie pomysły okazują się trafione — zdarzają się momenty wyraźnie słabsze. Szkoda, że formacja, która nagrała tak znakomity debiut, zmaga się obecnie z podobnymi problemami.
Album rozpoczyna się w klasyczny sposób — od nastrojowego intra. Na duże brawa zasługuje jednak „Underdark”, który wchodzi z potężną siłą. To power metal pełną gębą, brzmiący jak mieszanka stylistyki Bloodbound, Gamma Ray oraz Primal Fear. Szkoda tylko, że cała płyta nie utrzymuje takiego poziomu energii. Klimatyczny i momentami progresywny „Nightstar Odyssey” przywodzi na myśl dokonania Edguy. To dobry utwór, choć brakuje mu czegoś, co wywołałoby pełną ekscytację. Klasyczny power metal rodem z lat 90. odnajdziemy w rozpędzonym „Titans”, który ponownie mocno nawiązuje do Bloodbound. Tego rodzaju szybki, dynamiczny power metal zdecydowanie najlepiej wychodzi Evermore. Siedmiominutowy „Oath of Apathy” próbuje być monumentalny i nastrojowy, lecz sprawia wrażenie nieco wymuszonego i niepotrzebnie rozciągniętego. Kolejnym mocnym punktem albumu jest energiczny „The Illusionist” — wyraźny hołd dla klasyki power metalu spod znaku Edguy czy Helloween. Partie klawiszy dobrze wypadają w melodyjnym „Armored Will”, gdzie zadziorny wokal i mocniejszy riff skutecznie napędzają utwór, przywodząc na myśl zarówno Bloodbound, jak i Sabaton. Mroczny i ciężki „Ravens at the Gates” momentami kojarzy się z solowymi dokonaniami Halforda i bez wątpienia należy do najmocniejszych kompozycji na płycie — właśnie w takim kierunku powinien zmierzać cały album. Równie dobrze prezentuje się dynamiczny „Mournbraid”, który serwuje mroczny i agresywny power metal.
Nowy album Evermore mógł być wielkim wydarzeniem dla fanów power metalu. Niestety, z dużej chmury spadł raczej niewielki deszcz. Krążek zawiera kilka naprawdę udanych momentów, lecz jako całość jest nierówny i nie dorównuje znakomitemu debiutowi. To solidna porcja klasycznego power metalu, ale nic ponad to. Pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.
Ocena: 7/10
piątek, 30 stycznia 2026
VANDOR - The ember eye part II : the portal of truth (2026)
Nie trzeba być detektywem, by odkryć, co może kryć się pod tą miłą dla oka, utrzymaną w fantasy okładką. To oczywiście klasyczna oprawa dla albumu z kręgu power metalu. Szwedzki Vandor, obecny na scenie od 11 lat, powraca ze swoim trzecim albumem studyjnym zatytułowanym „The Ember Eye Part II: The Portal of Truth”. Zespół od początku kariery serwuje prosty, klasyczny europejski power metal, oparty na schematach wypracowanych przez takie formacje jak Helloween, Edguy, Insania czy wczesna Avantasia. Nic odkrywczego Vandor tu nie prezentuje — najnowszy album to solidny krążek, który jednak nie zaskakuje i nie wnosi niczego świeżego do gatunku.
Po pięciu latach oczekiwania na nowy materiał zespół wciąż trzyma się sprawdzonej stylistyki. Całość brzmi dość banalnie i przewidywalnie. Mocnym punktem Vandor pozostaje wokalista Vide Bjerde, który świetnie odnajduje się w wysokich rejestrach. Stawia na klimat i klasyczny wydźwięk, wokalnie czerpiąc garściami z Michaela Kiske czy Tobiasa Sammeta. Vide Bjerde wraz z Jackiem L. Strömem tworzy zgrany duet gitarowy. Choć muzycy grają sprawnie i melodyjnie, nie potrafią niczym szczególnym zaskoczyć — opierają się na ogranych patentach i dobrze znanych motywach. Brakuje tu pomysłowości, drapieżności i odpowiedniej mocy. Wszystko jest zbyt łagodne, jakby pozbawione pazura.
Początek albumu prezentuje się jednak bardzo obiecująco i przywołuje na myśl klasyczne power metalowe wydawnictwa. „Turn to the Light” to wyraźny ukłon w stronę wczesnego Helloween czy Edguy — bardzo udany otwieracz. W podobnym klimacie utrzymany jest rozpędzony „Another Life”, który mimo wtórności dostarcza sporo frajdy i stanowi znakomitą podróż w czasie do lat 90. Dalej pojawia się radosny, pozytywnie zakręcony „Portal of Truth”, będący kolejnym hołdem dla stylistyki Edguy i Helloween. Zespół konsekwentnie robi swoje, oferując klasyczny europejski power metal również w utworze „Disease”.
Dobrze słucha się także „Last One of My Kind”, opartego na szybkim tempie oraz prostym, chwytliwym motywie. Niestety, i tutaj nie sposób oprzeć się wrażeniu banalności i braku oryginalności. Sześciominutowy „Storm in My Heart” okazuje się zbyt długi i zbyt spokojny — w takiej odsłonie Vandor wypada dość blado i traci impet.
Radosny power metal jest tu obecny, ale całość brzmi oklepanie, bez świeżości i drapieżności. To płyta z kategorii „do jednorazowego przesłuchania i szybkiego zapomnienia”. Nie pomagają ani talent wokalisty, ani liczne nawiązania do twórczości Helloween czy Edguy. Vandor po raz kolejny serwuje solidny power metal — i niestety nic ponadto.
Ocena: 6/10



















