sobota, 28 lutego 2026

GLADENFOLD - Soulbound (2026)

 


Fiński Gladenfold jest obecny na scenie od 2003 roku i do tej pory jakoś nie zdołał skraść mojego serca. Postanowiłem więc zweryfikować, czy coś się zmieniło – a okazja ku temu jest idealna, ponieważ zespół wydał właśnie najnowszy album zatytułowany „Soulbound”. Premiera płyty odbyła się 27 lutego. Do ścisłej czołówki power metalu wciąż im daleko, a sam krążek nie jest pozbawiony wad. Mimo to słychać wyraźny rozwój i nowy materiał trafia do mnie zdecydowanie bardziej niż poprzedni.

Zespół prezentuje przystępny, momentami nieco zachowawczy power metal, w którym pobrzmiewają echa Sonata Arctica, Falconer czy Kamelot. Nie do końca przekonuje mnie wokalista Esko Itälä, który operuje raczej łagodną, melodyjną barwą. To nie ten typ frontmana, który porywa agresją i techniczną wirtuozerią. Esko stawia przede wszystkim na klimat i melodyjność – śpiewa poprawnie, lecz chwilami brakuje mu drapieżności i mocy. Przez to album bywa mniej wyrazisty i sprawia wrażenie bardziej stonowanego. Trzeba jednak przyznać, że taka stylistyka idealnie współgra z fantasy’ową otoczką materiału.

Na duży plus zasługują gitarzyści Matias i Toke, którzy wyraźnie się rozwinęli i przygotowali ciekawsze, dojrzalsze partie gitarowe. Jest więcej chwytliwych melodii, solidnych riffów i przemyślanych aranżacji. Całość mocno nawiązuje do fińskiej szkoły power metalu – słychać to zarówno w melodiach, jak i w samym brzmieniu – co stanowi jeden z największych atutów tej płyty. Postęp jest zauważalny, a album zdecydowanie przyjemniej się słucha niż poprzednika. Zespół wykazuje większe zaangażowanie i proponuje bardziej dopracowane kompozycje.

Krążek jest krótki, ale treściwy – 41 minut muzyki mija błyskawicznie. Na pierwszy ogień trafia „Fire wind”, rozpoczynający się tajemniczym wstępem. Utwór szybko nabiera tempa i eksponuje najmocniejsze strony zespołu. Dynamiczny riff i wyraźne wpływy Sonata Arctica czy Leverage sprawiają, że kompozycja łatwo wpada w ucho. Gladenfold prezentuje się tu z bardzo dobrej strony, a progres względem wcześniejszych dokonań jest wyraźnie słyszalny.

Chwytliwa melodia, umiarkowane tempo i melancholijny nastrój to największe atuty „Wardens of Time”, który momentami przywodzi na myśl twórczość Falconer. Z kolei w rozpędzonym „For My Queen” słychać echa Stratovarius oraz Sonata Arctica. To oldschoolowy power metalowy killer w duchu lat 90. – jeden z najmocniejszych punktów albumu. Dobrze wypada również energiczny i melodyjny „Helix of Fate”, próbujący brzmieć bardziej agresywnie i zadziornie, choć wokal nie zawsze nadąża za cięższym charakterem kompozycji.

Mercy” jest utworem spokojniejszym i bardziej stonowanym – zespół skręca tu w stronę symfonicznych aranżacji, choć efekt końcowy nie do końca przekonuje. Delikatne akcenty progresywne pojawiają się w „Ghostlike”, który pozostaje solidną, choć niewybitną propozycją. Energia powraca w „Chaos Waltz” – szybkim, radosnym numerze, który słucha się z przyjemnością i który potwierdza dobrą formę zespołu. Jest w nim pomysł i odpowiednie wykonanie.

Najdłuższą kompozycją na płycie jest „Soulbound Parallax”. To udany, utrzymany w fantastycznej konwencji power metalowy utwór, który może nie powala na kolana, ale dostarcza sporo satysfakcji.

Cztery lata oczekiwania na nowy materiał Gladenfold okazały się warte cierpliwości. Zespół wyraźnie przyłożył się do kompozycji i aranżacji, a brzmienie jest zdecydowanie dojrzalsze niż wcześniej. Oczywiście nie wszystko wypadło idealnie i można wskazać pewne niedociągnięcia, jednak fani europejskiego power metalu powinni być usatysfakcjonowani. Jeśli Gladenfold utrzyma tę tendencję wzrostową, kolejny album może okazać się jeszcze lepszy.

Ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz