Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sabaton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sabaton. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2025

SABATON - Legends (2025)


 Sabaton od lat bywa obiektem drwin i kpin wśród części fanów heavy metalu. Często określa się ich mianem disco metalu, co do dziś trudno mi zrozumieć. W końcu power metal od zawsze słynie z radosnego klimatu, chwytliwych melodii i epickiego rozmachu. To gatunek zbudowany na melodyjności i przebojowości – a w tej dziedzinie Sabaton jest prawdziwą maszynką do tworzenia hitów. Zespół ma własny, niepowtarzalny styl i charakter, których nikt im nie odbierze. Uwielbiam ich za takie albumy jak Primo Victoria, Coat of Arms, Attero Dominatus czy przede wszystkim The Art of War.


Ich najnowsze dzieło, zatytułowane Legends, nie wnosi może niczego rewolucyjnego, ale potwierdza to, do czego Sabaton zdążył nas przyzwyczaić. Fani będą zachwyceni, a malkontenci – jak zwykle – będą narzekać.


Premiera albumu przypada na 17 października. Co ważne, do zespołu powraca gitarzysta Thobbe Englund, znany z Heroes i The Last Stand. Powiązania z tamtymi płytami są wyraźnie słyszalne – i nie jest to w żadnym wypadku wada. Nowy materiał brzmi gitarowo, zadziornie, z finezją i przebojowością. Otrzymujemy po prostu 100% Sabatonu, bez większych niespodzianek. Owszem, można zarzucić im, że nie wychodzą poza utarte schematy i momentami „zjadają własny ogon”, ale mnie to wcale nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – nie chciałbym, by zmieniali swój styl. Niektóre fragmenty brzmią znajomo, lecz zespół potrafi tę powtarzalność przekuć w atut.


Duet gitarowy Chris/Thobbe nie eksperymentuje, ale trzyma się jasno wyznaczonych ram, w których Sabaton czuje się najlepiej. To dokładnie ten sam zespół, którego znamy i kochamy – a nad wszystkim unosi się niezniszczalny głos Joakima Brodéna.


Album trwa niespełna 40 minut i składa się z krótkich, treściwych kompozycji. Już otwierający utwór, podniosły „Templars”, wprowadza nas w rycerski klimat, typowy dla Sabatonu. Moje serce od razu skradł singlowy „Hordes of Khan” – szybki, energetyczny, z duchem najlepszych płyt zespołu. Niczego więcej do szczęścia nie trzeba.


Kolejny utwór, „A Tiger Among Dragons”, zachwyca epickim motywem przewodnim i klimatycznym nastrojem. Marszowy „Crossing the Rubicon” przywodzi na myśl klasyczne „Uprising”, a monumentalny „I, Emperor” dodaje albumowi odpowiedniego ciężaru. Z kolei rozpędzony „Maid of Steel” to czysta power metalowa petarda. „Lightning at the Gates” brzmi jak duchowy następca „Uprising”, ponownie oferując przebój, który natychmiast wpada w ucho.


Radosny i melodyjny „The Duelist” to Sabaton w najczystszej postaci – hymn, który idealnie sprawdzi się na koncertach. Na koniec otrzymujemy „The Cycle of Songs” i „Till Seger” – solidne, choć nieco mniej wyraziste kompozycje, które jednak nie psują bardzo dobrego wrażenia.


Legends to album bez zaskoczeń – ale też bez rozczarowań. Zawiera wszystko, co tworzy charakterystyczny styl Sabaton: podniosłość, melodyjność i chwytliwość. Zespół pozostaje wierny swojej tematyce i brzmieniu. Fani będą zachwyceni, a sceptycy… cóż, nadal będą mieli powody do narzekań. Warto jednak posłuchać, bo Sabaton wciąż trzyma wysoki poziom i z dumą maszeruje własną ścieżką.


Ocena: 8,5/10

środa, 2 marca 2022

SABATON - The war to end all wars (2022)


 Jesteśmy świadkami konfliktu rosyjsko - ukraińskiego i to nie jest coś do czegoś przywykliśmy. Niepokój, niepewność, strach, cierpienie, zniszczenie i wiele innych negatywnych emocji wzbudza wojna. Czyżby idealny temat na kolejną płytę Sabaton? Może kiedyś. Póki co na 4 marca przypada premiera "the war to end all wars". To tak naprawdę sequel "the great war" i dalej zostajemy przy 1 wojnie światowej. Dziwne jest słuchać płyty o tematyce wojennej, kiedy za naszymi granicami faktycznie toczy się wojna. Jednak przez te zdarzenie płyta wzbudza jeszcze większe emocje. 


Muzycznie to nic nowego, tylko swoista kontynuacja poprzedniego albumu.  Sabaton dalej gra swoje, stawiając na marszowe tempo, na podniośle refreny i niezwykłą przebojowość. Zachwyca z pewnością forma wokalną Joakima, który nic nie stracił na mocy i zadziorności.  Tommy Johansson błyszczy na tym albumie i roi się tutaj od genialnych, momentami neoklasyczny solówek. Jest w tym Gracja, melancholia i finezja. Majstersztyk, ale Tommy to prawdziwy weteran power metalu.

Okladka, brzmienie, styl i jakość to istnia kopia poprzedniego krążka. Nie ma zaskoczenia.  Płyta znów trwa 45 minut, ale materiał jest dobrze wywarzony i nie ma powodów do narzekania.

Płytę otwiera głos lektorki niczym "the art of war" i to sprawia że otwierający "Sarajevo" zaskakuje formułą i stylem. Podniosły refren robi tutaj robotę.  Brakuje wam szybkiego, zadziorne go power metalu? "Stormtroopers" spełni wasze oczekiwania. Ciekawe jest to, że słyszę tutaj coś "ballas to the wall" Accept w środkowej części utworu. Solówki są tutaj po prostu idealne. Cudo! Marszowy "dreadnought" to taki typowy Sabaton jaki kochamy.  Singlowy  the unkillable soldier" to power metalowa petarda i jeden z najlepszych kawalkow na płycie. Kiczowate klawisze, sentyzatory rodem z lat 80 i klimaty beast in black można uchwycić w przebojowym "soldier of heaven".  Imponuje "hell fighters" który opiera się na mocnym power metalowym riffie na miarę najlepszych płyt Gamma ray. Można delektować się podniosłym i epickim "race to the sea". Tutaj znów panowie stawiają na emocje i finezyjne solówki. Troszkę odstaje "lady of the dark" który jest jakby bardziej komercyjny. Piękny wojenny klimat można poczuć w "christmas truce" i "versailles" który utrzymane są w stonowany tempie. 

Obyło się bez niespodzianek. Sabaton gra dalej swoje i nie schodzą poniżej swojego poziomu. Na nich zawsze można liczyć, a w formuła wypracowaną przed laty sprawdza się. Tematów do pisania nie zabraknie, a obecne wydarzenia mogą być idealnym natchnieniem na kolejne albumy.  Typowy album sabaton, który trzeba mieć w swoich zbiorach. 

Ocena : 9/10

wtorek, 16 lipca 2019

SABATON - The Great War (2019)

Lata lecą, pojawiają się nowe kapele, każdy próbuje swoich sił i stara się stworzyć coś swojego, a szwedzki Sabaton wciąż jest na szczytach. To już jest marka, którą każdy zna. Nawet jeśli ktoś nie lubi power metalu na pewno kojarzy ten band. W 2005 roku debiutowali albumem "Primo Victoria" i to już był wielki sukces. Kapela pokazała nowy patent na melodyjny power metal i pokazała światu, że tematyka wojenna to żyzna gleba do pisania ciekawych tekstów. Pierwszy raz ktoś pokazał, że historia nie musi być nudna. Rozpoczął się szał na muzykę Sabton i każdy słuchał i zachwycał się tym co grali. Punktem zwrotnym okazał się koncepcyjny album "The Art of War". Znakomicie band przedłożył tematykę "Sztuki Wojny", a Polska jeszcze bardziej pokochała ten band. Sabaton pokazał, że Polska historia też kryje sporo ciekawych tematów, które można wykorzystać. Ta szwedzka machina tak się rozpędziła, że nikt nie mógł jej powstrzymać.  Rok 2012 to cios dla kapeli, bo odchodzą kluczowi muzycy Sabaton. Nie ma perkusisty, dwóch gitarzystów i klawiszowca. Trzeba wszystko budować od nowa. "Heroes" nie brzmiał idealnie, ale "The last stand" to jeden z ich najlepszych albumów. To dawało nadzieję, że band stać wciąż na wielki album. Moda na nich nie przeminęła i panowie są wciąż na szczycie. Najnowsze dzieło "The Great War" to kolejny mocny akcent w ich dyskografii.

Jest to kolejny koncepcyjny album w historii Sabaton. "The Great War" zabiera nas do okresu I wojny światowej. Oczywiście to nie pierwszy raz kiedy band zabiera nas do tamtych czasów, ale tym razem całość jest związana z tamtym okresem. Band wziął sprawę na poważnie i nagrał album podniosły, klimatyczny i pełen bojowego charakteru. Niby jest to rasowy album Sabaton, jest pełno słodkich melodii, podniosłych refrenów, marszowego tempa i dobrej zabawy. Mamy tutaj wszystko to za co kochamy muzykę Sabaton, choć band stara się też nas zaskoczyć i porwać nowymi smaczkami. Sabaton bez wątpienia napędza jedyny w swoim rodzaju wokal Joakima Bordena, który wie jak porwać słuchacza. Znów zamiata swoją barwą i pozytywną energią. Świeżość wnosi tutaj Tommy Johansson, który w tym roku oczarował fanów za sprawą bandu Majestica. Uzdolniony gitarzysta z doświadczeniem i głową pełną pomysłów. 

"The Great War" to znakomite zwieńczenie 20 lecia działalności sabaton. Wieloletni producent i przyjaciel zespołu Jonas Kjellgren zajął się produkcją, a Peter Sallai stworzył jedną z piękniejszych okładek Sabaton. Normalnie ciarki przechodzą od samego patrzenia. Brzmienie jest soczyste i pełne mocy, tak więc nie ma tutaj miejsca na fuszerkę.

Ta płyta ma jeden minus. Cholernie krótki czas trwania. Co to jest 38 minut? Bardzo mało, a szkoda bo kawałki są z górnej półki. Właściwie brakuje czegoś nieco dłuższego, bo dominują krótkie 4 minutowe kompozycje.

Wejście w postaci "The future of Warfare" zaczyna się klimatycznie, nieco nie spokojnie. Utwór przemyca ciekawe zagrywki gitarowe i podniosły refren. Zacny kawałek, choć brakuje mu szybkości czy zadziornego riffu. Dużo dobrej pracy gitarzystów mamy w przebojowym "Seven pillars of Wisdom". Kawałek w średnim tempie i pełen epickości. Można tutaj poczuć klimat "The art of war". Więcej power metalu mamy w lekkim i melodyjnym "82 nd all the way"  i to kolejny hit na płycie. Szkoda tylko, że wszystko leci tak szybko do przodu, bo kawałki krótkie. Sabaton zaskakuje pomysłowością i aranżacjami w nieco pokręconym "The attack of the dead man". Jest to kolejny przykład, że tym razem gitary odgrywają bardziej znaczącą rolę. Magia jest tutaj i można być oczarowanym. Najmocniejszym kawałkiem pod względem dynamiki i zadziorności jest "Devil dogs". Niezwykle energiczny i zapadający utwór. Czas ns pierwszy singiel, a mianowicie "The red baron". Klawiszowe wejście jest godne Deep purple i bardzo mi się to podoba. Klimat tego kawałka jest w stylu poprzedniego krążka. Refren robi tutaj sporą robotę. Prawdziwy hit. "The Great war" to kolejny utwór, który band zaprezentował przed premierą płyty. Kwintesencja stylu Sabaton i to jest utwór zwiastujący co nas czeka na albumie. Taki marszowy melodyjny to zawsze wizytówka na ich krążkach. Perełka i jeden z ich najlepszych kawałków w całej działalności. Jest energia i power metal w rozpędzonym "A ghost in the trenches". Znany wcześniej "Fields of verdun" to kolejny szybszy kawałek na płycie i to sabaton jaki znamy i kochamy. Podniosły refren, epicki wydźwięk i duża dawka chwytliwych melodii. W podobnych kategoriach można rozpatrywać bojowy "The end of the war to end all wars" , który imponuje orkiestrowym rozmachem. Najbardziej zaskakuje zamykający "In Flanders Wars". Znakomite zwieńczenie albumu. Ucichły gitary, głos Joakima, a także sekcja rytmiczna i nastała cisza. Chór taki wojenny buduje tutaj znakomity klimat. Coś pięknego. Oczekuje, że Sabaton wykorzysta ten patent na kolejnych płytach.

Pewnie nie jeden z fanów już dawno postawił krzyżyk na ten band. Dla jednych skończyli się na "The art of War",a dla drugich wciąż są na topie. Jedno jest pewne, ten album nie sprawi, że ktoś kto nie lubił Sabaton nagle zmieni swój stosunek. "The Great War" może za to przyciągnąć uwagę tych, którzy stracili wiarę w ten band, już dawno nie mieli kontaktu z ich muzyką. Sabaton to nie tylko słodki power metal i powrót do odkrywania historii i tematyki wojennej na nowo. To muzyka, która się nie starzeje i wciąż zachwyca. Nie ma takiego drugiego zespołu jak Sabaton. Jasne mamy kapele pokroju Civil War czy Powerwolf, ale Sabaton jest jeden. Piękna płyta, która znakomicie oddaje hołd dla okresu pierwszej wojny. Nie zawiedli i nagrali znakomity koncepcyjny album, który można postawić obok "The Art of War". Polecam!

Ocena: 9.5/10

czwartek, 18 sierpnia 2016

SABATON - The last Stand (2016)

Ostatnie dokonania Sabaton pokazywały, że zespół jest bez formy i bez pomysłu na ciekawy materiał. Powodem tego bez wątpienia były roszady w roku 2012, które przyczyniły się do tego, że ze starego składu został wokalista Joakim i basista Par. Skład uzupełnili doświadczeni muzycy, którzy grali w takich zespołach jak Nocturnal Rites czy Evegrey. Dawało to szanse na jakieś rewolucje czy zaskoczenie. Jednak Sabaton zbytnio nie kombinował ze swoim stylem i „Heroes” tylko w części potrafił zaskoczyć. Jako całość była to porażka i źle stawiała Sabaton w świetle Civil War, który został założony przez dawnych muzyków Sabaton. Nie sądziłem, że szwedzki band, który cieszy się taką popularnością jest stać jeszcze na jakiś zryw i stworzenie czegoś na miarę „Art of War” czy „Coat of Arms”. Długo oczekiwany ósmy album studyjny Sabaton jednak zaskakuje pod względem świeżości jak i samej jakości kompozycji. Muzycy są bardziej zgrani, co słychać choćby po współpracy Thobbe i Chrisa. Partie gitarowe zagrane są z polotem, bez jakiegoś takiego przymusu i w dodatku potrafią zaskoczyć swoją formą. Jest agresywnie, dynamicznie i nie brakuje ciekawych melodie. Pod wieloma względami słychać podobieństwa do „The art of war”, Tak więc jest epicki klimat i przebojowy charakter albumu. Kolejnym plusem jest to, że płyta jest zwarta i właściwie nie ma tutaj dłużyzn. Same krótkie kawałki sprawiają, że płyta w żaden sposób nie męczy swoją formą. Rewolucji w stylu nie ma, ale jest kilka ciekawych smaczków które dają całości świeżości. Sabaton dalej gra swoje, z tym że tym razem brzmi to mocarnie. Płytę otwiera kawałek „Sparta”, który jest na temat bitwy pod Termopilami. Jest bojowo, jest podniośle i sama melodyjność kawałka potrafi zaskoczyć. Niby typowy Sabaton,a z drugiej strony zaskakuje formą, ciekawymi przejściami i aranżacją. Dobrze odświeżona znana nam formuła, która wciąż się sprawdza. Duch „The Art of War” ożył na nowo. Nieco ostrzejszy jest „Last Dying Breath”, który pokazuje, że Sabaton wie jak grać power metal. Utwór, który zaskakuje formą, wykonaniem i całym kunsztem jest bez wątpienia „Blood of Bannockburn”. Jest tutaj coś z Grave Digger i ich kultowego „Tunes of War” czy też z hard rocka lat 70. Ciekawa kompozycja, która nie od razu pasuje do twórczości Sabaton. Szwedzi dawno nie zaczynali tak mocno albumu i z taką pewnością. Drugim utworem, który promował album był „The Lost batalion”. Bardzo dobrze wybrany singiel, który przenosi nas do ery „The art of War”. Stonowane tempo, chwytliwy refren i melodyjny główny motyw. Cały Sabaton w pełnej krasie. „Rorke Drift” to świetna power metalowa petarda, która opowiada o bitwie pod Rorke Drift. W podobnej energicznej konwencji utrzymany jest „Hill 3234”.Tytułowy „The last stand” brzmi jak kopia „The art of War”, ale to również jeden z najlepszych kawałków na płycie. W niczym nie ustępuje dynamiczny „Shiroyama”, który pokazuje że Sabaton przypomniał sobie swoje najlepsze lata. To jest kolejny hit na płycie i takich utworów naprawdę miło się słucha. „Winged Hussars” to znów ukłon dla polskich fanów i polskiej historii. Kłania się bitwa polska turecka z 1683 r zwana bitwą pod Wiedniem. Sama konstrukcja kawałka przypomina „Uprising”. Całość zamyka równie udany i podniosły „The Last Battle”. W limitowanej wersji płyty pojawia się naprawdę udany cover Judas Priest w postaci „All guns Blazing”. No kto by pomyślał, że potrafią grać tak nieco ciężej. Sam album „The last stand” zaskakuje wyrównanym poziomem kompozycji, soczystym brzmieniem i ciekawymi rozwiązaniami. Każdy utwór to killer i kwintesencja stylu Sabaton. Wszystkie fakty doprowadzają nas do jednej właściwiej konkluzji, a mianowicie takiej, że „The last stand” to jeden z najlepszych albumów tej formacji. Zaliczę może nawet do top 3 albumów Sabaton.

Ocena: 9.5/10

poniedziałek, 5 maja 2014

SABATON - Heroes (2014)

Odstawmy na bok ocenianie szwedzkiego Sabaton przez wzgląd na ordery przyznawane im przez naszych polityków, zostawmy na chwilę ich powiązania z Polską i podlizywanie się naszemu krajowi, pomińmy krytykowanie ich słodkości czy innych aspektów, które uczyniły Sabaton gwiazdę. Skupmy się na tym, że rok 2014 to dzień sądu dla Sabaton. Po tym jak zespół opuściło 4 kluczowych muzyków i założyli Civil War, Joakim i Par pozostali i dalej grają jako Sabaton. Pozyskali nowych ludzi i nagrali „Hereos”, który jest dla nich prawdziwym sprawdzianem. Czy rzeczywiście bohatersko wybrnęli z tej trudnej sytuacji? Czy mogą się pochwalić, że udało im się nagrać równie dobry album co za czasów, gdy Sabaton był w oryginalnym składzie? Czy „Hereos” może konkurować z debiutanckim albumem Civil War? Poszukajmy odpowiedzi na te pytanie.

Co ciekawe mimo tych drastycznych zmian, to wciąż jest znany nam wszystkim Sabaton. Jedni chcieli zmian, chcieli czegoś nowego, drudzy zaś marzyli o kolejny „Primo Victoria” czy „Art Of War” i raczej ci drudzy będą zadowoleni, bowiem Sabaton pozostał wierny swojemu stylowi. Dalej jest to mieszanka heavy i power metalu, dalej klawisze odgrywają kluczową rolę podobnie zresztą jak charakterystyczny wokal Joakima. Słodki charakter w melodiach pozostał i to jest w sumie ich znak rozpoznawczy. Choć odeszło 4 muzyków, to nie słychać żeby przedłożyło się to na zmianę stylu. Sabaton dalej stara się dostarczać nam szybkich i melodyjnych kawałków. Jasne, że podczas słuchania można mieć Dejavu, że to już się słyszało gdzieś wcześniej na poprzednich albumach, ale to nic nowego jeśli chodzi o Sabaton. Zmiana składu to była nadzieja na powiew świeżości i podniesienie poziomu muzycznego po słabym „Carolus Rex”, której na „Heroes” nie ma. Płyty Sabaton cechowały się chwytliwością i przebojowością, wystarczy wspomnieć „Coat of Arms” czy „Art of War”. Ciekawe popisy gitarowe też gdzieś uleciały i zamiast tego mamy średnich lotów heavy/power metal. Nic nie zdradza energiczny otwieracz w postaci „Night Witches”, bowiem jest to mocny utwór nawiązujący do „Art of War”. Chciałoby się usłyszeć więcej takich kawałków, niestety im dalej się zagłębimy, tym bardziej uświadczymy wady tego wydawnictwa. „No Bullets Fly” miał przypomnieć trochę muzykę Bloodbound, jednak nie przekonało mnie takie rozwiązanie. Tutaj Sabaton udaje się w łagodniejsze rejony, ale ciekawe jest to, że refren nie rusza w żaden sposób. To nie jest typowe dla Sabatonu. Czy tylko mi się już przejadły te utwory o naszym kraju? Sabaton chyba nie mógł sobie odpuścić i tym razem mamy „Inmate 4859” i Witoldzie Pileckim, który był organizatorem ruchu oporu w Auschwitz i dokonał wiele innych ważnych rzeczy i miło że Sabaton wspomina o nim. Jednak szkoda, że przez to znów Polacy przez to będą lubić Sabaton, przez to że tworzą utwory związane z Polską historią, przez to nie patrząc na to co grają i jak grają. Akurat „Inmate 4859” jest mało wyrazisty i niezbyt zapadający w pamięci. To już nie nie taki hit jak „Uprising” czy „40:1”. Sabaton nawet próbuje swoich sił w balladzie i niestety „The Ballad of Bullet” nie pasuje do formuły Sabaton, poza tym sam motyw też niczym specjalnym się nie wyróżnia. Materiał choć krótki i treściwy, to jednak nie zapada w pamięci i potrafi nieco zanudzić swoją formą wykonania. Joakim dwoi się i troi żeby album dobrze brzmiał i miał moc, ale nie jest w stanie odwrócić uwagi od słabych kompozycji, które nie potrafią nas niczym zaskoczyć czy zachwycić. Sabaton to jednak marka, która zawsze dostarcza solidne, soczyste brzmienie i ciekawe okładki i tym razem też tak jest. Gorzej z utworami, ale z tej dostępnej 10 utworów też można wyróżnić kilka ciekawych kawałków. „Smoking Snakes” to jeden z tych ciekawszych momentów na płycie i nawet refren jest taki typowy dla Sabaton. To jest właśnie ich styl jaki kocham. „Resist And Bite” wyróżnia się ciekawą grą gitarzystów i ostrzejszym wydźwiękiem, za co też go uwielbiam. Hannes Van Dahl to bardzo dobry perkusista i udowadnia to w szybszym „Soldier of 3 Armies”. Wiecie co jest najciekawsze? Najlepszym kawałkiem okazał się wyśmiewany przez nie których singiel promujący o nazwie „To Hell and Back”. To jest prawdziwy przebój i Sabaton w najlepszym wydaniu. Utwór zapada w pamięci dzięki chwytliwemu refrenowi i folkowemu motywowi. Niby stary Sabaton, ale taki odświeżony i w nieco innej formie. Szkoda, że cały album nie jest właśnie taki jak ten utwór.

Z tym albumem wielu wiązało nadzieje na wielki album, na odświeżenie formuły Sabaton, na pozostawienie komercji i nagranie w czegoś równie mocnego co „Primo Victoria” czy „Attero Dominatus”. Niestety tylko singiel „To Hell and Back” spełnił poniekąd składane nadzieje. „Hereos” jest niespójnym i mało zaskakującym albumem. 4 czy 5 utworów, które przykuwają uwagę to za mało, zwłaszcza jak na zespół takiej rangi jak Sabaton. Niestety przegrali bitwę z Civil War, ale wojna się jeszcze nie skończyła i kto wie może jeszcze Sabaton wyjdzie z tego pojedynku bohatersko. Jednak ten czas jeszcze nie nastał, zwłaszcza kiedy Sabaton chyba za bardzo skupia się na komercyjnym sukcesie, aniżeli takim osiągniętym dzięki znakomitej muzyce. Co ja tam wiem, album Sabaton pewnie znowu zawróci polakom w głowie i doprowadzi do szału, który pozwoli zlekceważyć znacznie ciekawsze albumy w kategorii heavy/power metal.

Ocena: 5/10

środa, 16 maja 2012

SABATON - Corolus Rex (2012)


Od czasu debiutanckiego „Primo Victoria” szwedzki SABATON nagrał w sumie 6 albumów, a ich ostatni wypiek „Corolus Rex” zamyka pewien rozdział w ich historii, bo tak o to posypał się skład zespołu i z oryginalnego składu pozostał tylko wokalista Joakim Broden oraz gitarzysta Sundstorm.. Nie ukrywam, że te jakże ogromne zmiany personalne mogą sprawić, że coś w końcu się zmieni w ich muzyce, że będzie lekki powiew świeżości i może w końcu coś się zmieni, bo zaczynam się nudzić przy ich albumach. Ogólnie sytuacja muzyczna zespołu zaczyna mi przypominać syndrom HAMMERFALL, który też z albumem tracił na poziomie, pomimo że dalej był ten sam styl, to samo podejście, takie samo podejście do melodii, chwytliwości. Tak samo jest w przypadku SABATON i „Corolus Rex”. Nie podlega wątpliwości że jest to dobry album, dobrze zrealizowany, przemyślany i właściwie nie ma tutaj niczego nowego i są same takie same rozwiązania. Jest power metal, a więc wygrywanie dynamicznych i rytmicznych partii gitarowych przez duet Sunden/ Montelius i ich praca jak słychać układała się na tym albumie dobrze, ale na poprzednich albumach jakby ich frekwencję były atrakcyjniejsze i bardziej zaskakujące, przyciągające uwagę. Tutaj jakby mamy odgrzewane kotlety i to wszystko już było. Do tego ta sprawdzona już i taka wręcz rozpoznawcza rola melodyjnych, czasami zbyt słodkich partii klawiszowych, ale taki jest SABATON. To jest ich rozpoznawalny wszędzie, przez każdego styl, który wyróżnia ich spośród tłumu. Jeśli chodzi o warstwę liryczną to tym razem o XVIII wiecznym imperium szwedzkim. I z tym faktem wiąże się pewna niespodzianka. Pierwszy raz zespół nagrał album w swoim ojczystym języku. Ale mamy na szczęście też wersję anglojęzyczną. Tradycyjnie jest to dobrze zrealizowane wydawnictwo pod względem produkcji i dobry poziom zagwarantowali doświadczeni już w bojach muzycy.

Większych pretensji czy powodów do narzekania może i nie ma, bo przecież mamy równy i nawet urozmaicony materiał, tylko że to wszystko jest nieco monotonne na dłuższą metę, przewidywalne jak obiad w niedzielę i przez to album traci na atrakcyjności. Słabym sprzymierzeńcem jest pomysłowość i melodie jakie zespół serwuje w poszczególnych kompozycjach. „The lion Of The North” to rasowy i taki typowy kawałek SABATON. Mamy tutaj wszystko to co jest charakterystyczne dla nich. Kompozycja może się podobać, bo jest dynamiczna, ma ciekawą, aczkolwiek oklepaną melodię. Utwór dobry, może i bardzo dobry, ale zespół miał lepsze kawałki na poprzednim albumie. Już lepiej brzmi taki „Gott Mit Uns” choć i tutaj nie sposób nie połączyć głównego motywu z jednym z utworów z „Art Of war”. Jak dla mnie jest to jeden z mocniejszych punktów na albumie, jest średnie tempo, jest niezwykła rytmiczność i nawet ciekawy pomysł na główny motyw jak i bojowy refren, który zapada w pamięci a nie tak jak to było w przypadku otwieracza. Ballady w wykonaniu SABATON to raczej rzadkie zjawisko ale się zdarza. „A lifetime of War” to dobry tego przykład. I nie powiem jest to kompozycja pełna emocji i podniosłości, można z taką pieśnią iść na krwawą bitwę. „1648” to znów kolejne typowe granie dla SABATON i takich szybkich kawałków i w sumie podobnych do tego było już troszkę. Jak dla mnie taki sobie kawałek, na pewno nie zapada w pamięci tak jak dwa poprzednie. Ciekawie się zaczyna „The Caroleans prayer” są z początku organy, ale kiedy wkracza riff i klawisze, to od razu mam skojarzenia z „Art Of war” niemal identyczne tempo i sam główny motyw. Sama kompozycja dobra i słucha się tego dobrze, jest nieco epicki charakter a to może się podobać. Jakoś nie do końca mnie przekonał też tytułowy „Corolus Rex” gdzie jest takie przeplatanie gitar i sekcji rytmicznej. Fakt pomysł ciekawy, ale jakoś mnie nie porwał do końca. To co ratuje większość utworów przed nudą, to przebojowość i właściwie to samo się tyczy tego utworu. Chwytliwy refren i duża melodyjność i można jakoś wybrnąć z monotonii i nudy. Taki nieco bardziej zaskakujący jest „Killin Ground” bo i motyw taki bardziej heavy/power metalowy, taki zadziorny i zapadający w głowie. Na pewno ciekawie to się prezentuje bez słodkich klawiszy. Jest to bez wątpienia kolejny mocny punkt tego albumu i więcej takiego metalu proszę w przyszłości. Również nie zaskakuje mnie taki nieco oklepany „Poltava” choć tutaj nie można odmówić melodyjności i dynamiki. Drugim wolnym kawałkiem na albumie jest „Long Live The King” i jest to wg mnie najsłabsza kompozycja która dowodzi że najwyższy czas na zmiany w muzyce SABATON. Ciekawy motyw i pomysłową melodie można wychwycić w marszowym „Ruina Imperi”.

To wszystko już było i choć SABATON dalej gra swoje na tym albumie to jednak czuję nie dosyt, zwłaszcza pod względem poziomu kompozycji. Są mocne momenty ale i też słabsze. Ten album dowodzi, że najwyższy czas na zmiany, tak więc czekam na kolejne wydawnictwo szwedów, które będzie bez czterech kluczowych muzyków. Z dotychczasowych analiz wychodzi, że to ich najsłabszy album.

Ocena: 7/10