Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nightwish. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nightwish. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2024

NIGHTWISH - Yesterwynde (2024)


 Przyznam szczerze, że okładka zdobiąca "yesterwynde", czyli najnowsze dzieło fińskiego Nightwish jest bardzo myląca. Przypomina troszkę te z czasów Tarji, tak więc nawiązuje do klasyki zespołu. Podobny feeling i gra motywów. Postanowiłem nie chłonąć tym razem singli i posłuchać na spokojnie całości. To już 3 album z Floor Jansen na wokalu i pierwszy z basistą Jukka Koskinen. Kto oczekuje powrotu do korzeni to poczuje rozczarowanie. Kto lubi wracać do dwóch poprzednich ten po lubi zawartość "Ysterwynde".

Nie ma drugiego "Once"  czy "Wishmaster" i choć te czasy nie wrócą, to trzeba pochwalić band że na nowej płycie brzmią bardzo epicko i ten rozmach daje nam się we znaki przez cały album. Dużo się dzieje, jest pełno smaczków i dodatków, które mają zapewnić nam bogate aranżacje. Jest podniosły feeling, jest momentami operowo i czuć ten symfoniczny metal na każdym kroku. Pod tym względem płyta robi wrażenie. Samo brzmienie i dbałość o detale godna podziwu. Floor w końcu pokazuje swój potencjał i nie raz przypomina nam złote lata z Tarją. Floor akurat ma predyspozycje, żeby nam przypomnieć tamten okres. Gdyby tak rozpatrywać "Yesterwynde" jako coś niezwiązane z przeszłością, to album wiele zyskuje. W kategorii symfonicznego metalu, ta płyta nie jest zła, a nawet bardzo dobra. Potrafi podziałać na zmyły i emocje. Potrafi złapać za serce i trafić do naszej duszy. Samego metalu, tej dynamiki i przebojowości jest mało w porównaniu z okresem kiedy Tarja śpiewała. Na pewno "Yesterwynde" zbliża się do poziomu "Endless Forms Beutiful", a może i nawet przebija. Płyta jest dopracowana, tylko nie uświadczymy tutaj rasowego symfonicznego power metalu, również mało też w tym wszystkim metalu. Na pewna zawartość przykuwa uwagę, a to już spora zaleta.

Dalej mam problem z Nightwish taki, że nowe albumy są za długie i jest w nich lekki przerost formy nad treścią. Godzina i 10 minut to dużo muzyki i momentami potrafi nas zanudzić. Płytę otwiera intro "Yesterwynde" i słychać tajemniczy klimat i tą niepewność. "An Ocean Of Strange Islands" to najdłuższy utwór na płycie i o dziwo to jeden z najmocniejszych punktów. Jest epickość, pomysłowy motyw przewodni, znakomita Floor i ciekawe przejścia w tym kawałku. Brzmi to obiecująco. Dalej mamy nieco stonowany, mroczny i taki niepokojący "The Antikythera Mechanism", który robi furorę za sprawą przebojowego refrenu i intrygującego motywu przewodniego. Jakby bardziej komercyjny jest "The day Of". Jednak pomysłowy refren, chórki stworzone przez dzieci i znów robi się ciekawie. Tutaj na pewno bliżej do czasów Anetty aniżeli Tarji. Na brawa zasługuje również rozbudowany i nastrojowy "Perfume of  the Timeless", który przemyca sporo ciekawych motywów i melodii. Początek płyty jest naprawdę bardzo dobry i szkoda, że dalej troszkę to wszystko siada. "Sway" to miła dla ucha ballada, która stara się podziałać na nasze zmysły. "The Children of Ata" to też nie killer, a całkiem miły, lekki i melodyjny kawałek, gdzie jest symfonicznie, a nawet i progresywnie. Słychać rozmach i dbałość o detale. Nie jest to takie złe jakby mogło się wydawać. Gdy przestaje się myśleć o pierwszych płytach Nightwish, to ten album sporo zyskuje. Druga część płyty już nieco inny wydźwięk ma. Jest bardziej spokojnie, bardziej balladowo. Taki jest "Hiraeth" czy "Lanternlight".  Znajdziemy tutaj też krótki i treściwy "The Weave", gdzie band pokazuje, że potrafi tworzyć krótkie i szybko wpadające w ucho hity. Jeden z najmocniejszych kawałków na płycie.

Spodziewałem się słabego i nudnego albumy. Nie nastawiając się na nic, dostałem całkiem atrakcyjny album z symfonicznym metalem. Ozdobniki, te wszystkie smaczki i ten rozmach robią wrażenie i sprawiają, że album ma taki filmowy wydźwięk. Czasami to wszystko przytłacza to co najważniejsze, czyli gitary i ten heavy metalowy aspekt. "Yesterwynde" to klimatyczny album, który od początku do końca potrafi poruszyć i nie nudzi jak jego poprzednik. To nie jest symfoniczny power metal z początku kariery, ale jest to dojrzały, pełen wdzięku symfoniczny heavy metal, w którym te różne smaczki przyprawiają o gęsią skórkę, a Floor nagrała swój najlepszy album nightwish.

Ocena: 8/10

środa, 1 kwietnia 2020

NIGHTWISH - Human. :II: Nature (2020)

Nie tak dawno czytałem wywiad z basistą Iron Maiden i najlepsze co mi zapadło w pamięci, to że Nightwish może być gwiazdą pokroju Iron Maiden. Kiedyś może Nightiwsh był gwiazdą i potrafił tworzyć płyty genialne i klimatyczne. To się już skończyło. Nie ma Tarji, jest za to również uzdolniona Floor Jansen. Pierwszy album z Floor był udany i miał swoje dobre momenty.  Teraz po 5 latach Nightwish wraca z nowym krążkiem. "Human. :II: Nature" to album, który ciężko z recenzować. Jedno jest pewne. Nie jest to wydawnictwo do którego będę wracał. To już nie jest Nightwish jaki znam i kocham. To już muzyka zmierzającą w kierunku innym niż metal.

Band zasilił utalentowany perkusista Kai Hahto, którego znamy z Wintersun. Szkoda, że marnuje się w tym co teraz gra Nightwish. Ten kultowy fiński band grał niegdyś symfoniczny power metal, a teraz tworzą symfoniczną muzykę, która brzmi bardziej jak soundtrack jakiegoś filmu przygodowego.  Nie sądziłem, że Nightwish tak skończy. Floor brzmi miło, ale nie ma miejsca na rozwinięcia skrzydeł. Płyta jest przesadzona i te dźwięki przytłaczają. Za dużo wszystkiego i za mało konkretów. Nie ma w tym metalu, a jak już jest to jest go mało. Płyta ma charakter bardzo komercyjny i ciężko go ocenić. Plusem jest brzmienie i próba stworzenia płyty z rozmachem. "Human. :II: Nature" to album, który może oczarować mocnym, wysokiej klasy brzmieniem i ciekawymi aranżacjami. Jednak to już nie jest ten sam band co kiedyś.

Nightwish poszedł za modą i nagrał 2 płytowy album. Pierwszy krążek to 9 kompozycji. Jest tutaj rozbudowany i podniosły "Music". Tak utwór ma może potencjał i ma ciekawe motywy, ale jako całość jest jakiś taki nijaki i rozlazły. Płytę promował w sumie słaby, ale i tak najlepszy z tej płyty "Noise". Utwór brzmi jak ostatnie dwie płyty i to nie jest dobry znak. "Harvest" w otoczeniu akustycznych gitar brzmi za bardzo komercyjnie. Ciężko strawny utwór i przykład jak nisko upadł Nightwish. Dalej mamy rockowy "How's the heart ?", który też niczego nie wnosi do płyty. W sumie z całej płyty na uwagę zasługuje nieco mocniejszy "Tribal", choć i ten utwór jest daleki od ideału. Druga płyta to jeden 28minutowy kawałek "All the Works of Nature Which Adorn the World", który rozbity jest na 8 kawałków. Tutaj jest dopiero test na cierpliwość. Straszne nudy.

Nightwish to był kiedyś zespół, który tworzył symfoniczny power metal. Pamiętam jak band mnie oczarował "Wishmaster". To co słyszę na tym albumie to kpina i prawdziwa parodia Nightwish. Tak wiem, band ma się rozwijać itp itd, ale ja jestem na nie. Szkoda, że band oddalił się od swojego stylu. Nawet nie wiem czy zagorzały fan Nightwish polubi ten nowy krążek.

Ocena. : 2/10

środa, 25 marca 2015

NIGHTWISH - Endless Forms Most beautiful (2015)

Nie ma już Tarji w Nightwish, które wyniosła ten zespół na wyżyny. Nie ma już też Anette Olzon, który popowy wokal jakoś wpasował się na ostatnim albumie. Teraz nastała era Floor Jensen, która znana jest choćby z After Forever, Revamp czy Star One. Z pewnością jest to charyzmatyczna wokalistka, która jest bardziej uzdolniona niż Anette i z pewnością jej bliżej do Tarji. Mnie osobiście ucieszyła informacja, że to Floor obejmie rolę wokalistki Nightwish. Pojawiła się nadzieja, że nadchodzący album „Endless Forms Most Beautiful” będzie bardziej w starym stylu, że będzie bardziej metalowy. Po części udało się spełnić owe pokładane nadzieje, ale czy rzeczywiście jest to ten Nightwish za którym tak wielu tęskni.

Z pewnością ten album nie jest czymś nowym i właściwie można mówić o rozwinięciu pomysłów z poprzedniego krążka. Znów mamy koncepcyjny album, który został zainspirowany pracami Darwina i zabiera nas do krainy nauki i świata natury. Filmowy charakter materiału tylko to podkreśla jednocześnie epickość, rozmach albumu i klimat zaczerpnięty z poprzedniego wydawnictwa. Zespół znów postawił na efekty i bogate aranżacje, czyli mamy właściwie powtórkę z rozrywki. W sumie to jest nawet na miejscu, bo Nightwish to jeden z najważniejszych zespołów grających symfoniczny metal. Szkoda tylko, że zespół gdzieś traci na swojej agresji i traci heavy metalowy pazur. Na szczęście i tak „Endless Forms Most Beautiful” ma w sobie więcej energii i heavy metalu niż ostatnie dwa albumy. Słuchając nowego krążka, można poczuć się jakby zespół próbował nawiązać do „Once” i w sumie wyszło to nie najgorzej. Z pewnością nie brakuje utworów, które robią wrażenie. Najlepiej wypadają te utrzymane w starym, heavy metalowym stylu. Tu trzeba wyróżnić energiczny „Shudder before the Beautiful”, który przypomina do bólu „Storytime”, czy mocniejszy, agresywniejszy „Weak Fantasy”. To bardzo dobry początek płyty. Co ciekawe gitarzysta Empuu jakoś mało z siebie daje i właściwie za dużo go nie słychać. Więcej tutaj już robi nowy perkusista w postaci Kaia Hanto czy lider grupy Tuomas. Album słusznie promował „Elan”, bo w końcu to typowy singlowy kawałek. Prosty, chwytliwy i ma coś z „Nemo” czy „I want tears my back”. Kawałek jest spokojny, klimatyczny i przede wszystkim porywa swoim chwytliwym charakterem. Nie jest to ich najlepszy kawałek, ale z pewnością wstydu im nie przynosi. Podoba mi się znów wykorzystanie folkowych patentów i stworzenie ciekawej melodii. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest również energiczny „Yours is an empty Hope”. Jest w końcu heavy/power metal, mocniejszy riff i pewniejszy wokal Floor, który wspiera Marco. Pierwszym zgrzytem jest na płycie balladowy „Our Decades in the Sun”, który niczego nie wnosi do całości. „My Walden” to kawałek podobny stylistycznie do singlowego „Elan” , z tą różnicą że jest bardziej zadziorny i ma w sobie więcej energii. Mocnym akcentem na płycie jest też tytułowy kawałek, który jest znów mieszanką „Once” i „Imaginaerum”. Bardzo dobra mieszanka i miło znów usłyszeć nieco mocniejsze granie w wykonaniu Nightwish, bo tego brakowało ostatnio. W podobnej tonacji jest utrzymany przebojowy „Alpenglow”, który również zabiera nas do starego dobrego Nightwish i tutaj Floor też stara się śpiewać agresywniej. Miłym dodatkiem są partie fletowe. Całość niezwykle długi, epicki kolos w postaci 20 minutowego „The Greatest show on earth”. Za dużo patosu, za dużo przepychu i filmowego charakteru sprawiają, że utwór momentami przynudza.


Każdy z nas liczył na wielkie wydarzenie i na wielki powrót Nightwish do korzeni. To udało się tylko w połowie i zespół jakby tylko trochę nawiązał do czasów „Once” co już nie lada sukcesem. Przede wszystkim „Endless forms most beautiful” to płyta energiczna, ma kopa, ale to wciąż album będący kontynuacją stylu wypracowanego na „Imaginaerum”, z tym że Floor jest lepszą wokalistką. Szkoda tylko, że nie pokazała swojego prawdziwego charakteru i tej swojej mocy z której słynie. Co by nie napisać, to trzeba oddać że jest to solidny album i jest kilka ciekawych momentów, które sprawią że łezka w oku się zakręci. Warto posłuchać, jak Nightwish prezentuje się z nową wokalistką.

Ocena: 7/10

wtorek, 29 listopada 2011

NIGHTWISH - Imaginaerum (2011)


W kategorii symfonicznego metalu w tym roku jeszcze mnie nic tak naprawdę nie zniszczyło. Zawiodły mnie albumy ECHOTERRA. DRAGONLAND, więc przyszło nieco dłużej poczekać na odpowiedź ze strony NIGHTWISH. Na siódmy album tej fińskiej formacji przyszło czekać aż 4 laty. Przyczyn takiego długiego okresu oczekiwania należy szukać przede wszystkim w fakcie, że zespół postanowił stworzyć coś wyjątkowego i bez wątpienia najbogatszy album w swojej historii. Oczywiście tak jak zawsze za stworzony materiał jest odpowiedzialny klawiszowiec Tuomas. Trzeba przyznać, że sami muzycy już od roku 2009 robili sporo szumu wokół albumu i właściwie napędzali tą całą maszynę marketingową, odkrywając co raz to nowsze informacje dotyczą nowego albumu. Tak swoją drogą ciekawym pomysłem było stworzenie bodajże pierwszego koncept albumu, który opowiada historię starego kompozytora, który na łożu śmierci wspomina swoją młodość. To, że album jest zrobiony z wielką pompą, przepychem świadczyć może nie tylko spora liczba gości odpowiedzialnych za instrumenty orkiestrowe, nie tylko pomysł stworzenia koncept albumu trwającego 75 minut, ale przede wszystkim fakt stworzenia filmu, który ukaże się na równi z wydawnictwem. Osobą odpowiedzialną za reżyserię jest Stobe Harju, który nakręcił klip do „The Islander”. W końcu zbiegiem czasu pojawiła się informacja, że album będzie zatytułowany „Imaginerium”, ale po czasie tytuł został zmieniony na „ Imaginaerum”. Okładkę narysował tak jak w przypadku „Dark Passion Play” Toxic Angel. Fanem NIGHTWISH nigdy nie byłem, ale stare albumy miały w sobie energię, przebojowość, klimat i były płytami metalowymi. Tego też oczekiwałem po nowym, a singiel „Storytime” który promował album dawał podstawy sądzić, że zespół jednak wróci w glorii i chwale korzystając z patentów przedstawionych na pierwszych albumach. Cóż, jest power metal, jest ta dynamika, jest ta przebojowość, a także chwytliwy motyw, jest także łatwo wpadający w ucho refren. Można zarzucić słodki wydźwięk, że nie ma takiej głębi co w utworach z Tarją, ale klimat i cała konstrukcja i pomysłowość jest z górnej półki. To właśnie ten utwór mnie nakręcił i to w takim stopniu, że zaliczam go najlepszych dzieł NIGHTWISH. Obawiałem się jednego, że zespół da fanom coś na zachętę, że rzuci na pożarcie najlepszy utwór z całej płyty i poniekąd tak jest. Jednak z drugiej strony, każdy utwór został zrobiony z przepychem, z jakże podniosłym, tajemniczym klimatem i słychać że jest to symphonic metal. Świetnie te cechy oddaje nastrojowe intro, filmowy instrumentalny „Arabesque”, czy tez monumentalny, podniosły „Imaginaerum”, jednak w tych utworach zabrakło jak dla mnie nieco mocy metalowej. Wykonanie, pomysłowość, aranżacje mogą robić naprawdę wrażenie. Szkoda tylko, że całościowo album brzmi komercyjne, momentami wręcz popowo( patrz „Slow,Low”Slow”, „Turn Loose the Mermaids”, „The Crow, the Owl and the Dove” ). Oprócz „Storytime” pojawiło się kilka zacnych metalowych kawałków i w tej roli sprawdził się przebojowy „Ghost River” z ciekawym motywem klawiszowym i ostrym wokalem Marko, który nadaję utworowi nieco ostrzejszego wyrazu. Do najlepszych utworów zaliczę bez wątpienia też „I want My Tears Back” z ciekawym motywem, który nadaje kompozycji niezwykłej przestrzeni i przebojowości. Do tego znów Marko w roli wokalisty i choć jego wkład jest nie wielki to jaki robi sporą różnicę. Coś na miarę starych albumów jest „Scaretale”, który wciągu prawie 8 minut potrafi pokazać różną twarz zespołu, ponieważ zespół w tym kawałku nie trzyma się kurczowo jednego motywu, melodii. Jest podniośle,tajemniczo, z przepychem, a motywy orkiestrowe potrafią przyprawić o ciarki. Co ważne nie brakuje tutaj ognia metalowego i tak powinien brzmieć cały album. To jest symphonic power metal, a nie jakieś symphonic pop. Zaprezentowany tutaj riff należy zaliczyć do tych najcięższych. Jednak najbardziej mnie zauroczył wyczyn wokalny Anett Olzon, która śpiewa tutaj teatralnie, wręcz aktorsko i słychać te szaleństwo i opętanie w jej wokalu. Do czołówki tego albumu zaliczam także „Last ride Of the Day”, który też zbudowany jest na ostrym riffie, na przebojowym motywie , a chwytliwy, łatwo zapadający refren, tylko daje powód żeby zapamiętać ów kawałek. Opisując zawartość tego albumu nie można pominąć 13 minutowy „Song To Myself” który również zaliczam do tych najlepszych utworów, bo w swej konstrukcji nie jest taki zły i do tego przemyca sporo ciekawych motywów. Szkoda tylko że tempo siada w drugiej połowy utworu. Wszystko pięknie, jest zrobione wszystko z przepychem i bogactwem i pod tym względem ten album przoduje, nawet nie wiem czy nie wyprzedza poprzednie. Ale patrząc pod względem czysto muzycznym, mamy 6 naprawdę bardzo udanych kompozycji, a zresztą jest naprawdę różnie. Brakuje mi na tym albumie przede wszystkim metalu, brakuje tej dynamiki, zadziorności z okresu z Tarją. Kilka utworów daje idealny przykład, jak powinna brzmieć całość. Muszę pochwalić Anett bo jej wokal na tym albumie jest przyjemny dla ucha, a wyczyn w „Scaretale” jest dowodem, że ma w sobie to coś. Album kierowany do słuchaczy poszukujących nieco ambitniejszej muzyki, poszukiwaczy niezwykłego klimatu. Ci będą szczęśliwi, zaś metalowcy cóż mogą sobie darować bo metalu tutaj nie wiele. I teraz pytanie z jakiej strony należy spojrzeć na „Imaginaerum”?
Ocena: 6/10

niedziela, 27 listopada 2011

NIGHTWISH- Wishmaster (2000)


Idąc za ciosem w roku 2000 fiński NIGHTWISH nagrał trzeci album zatytułowany „Wishmaster” , który jest swego rodzaju kontynuacją stylu z poprzedniego albumu. Choć jest kilka znaczących zmian w kwestii muzycznej. Po pierwsze ten album jest prostszy w swojej formule, jest bardziej przystępny dla słuchacza, nawet tego nie będącego zwolennikiem takich klimatów no i co najważniejsze, cały materiał jest nasycony przebojowością i to w większym stopniu niż „Oceanborn”. Brzmienie też jest bardziej klarowne, choć w dalszym stopniu krystaliczne czyste i nasycone baśniowym klimatem, ale to nie powinno dziwić, skoro dalej mamy tego samego człowieka odpowiedzialnego za sprawy techniczne. Również mamy tego samego autora okładki, a także liczną listę gości, którzy są odpowiedzialni za bogatszą stronę albumu, czyniąc go bardziej urozmaiconym pod względem aranżacji i melodii. Co łączy „Wishmaster” z „Oceanborn” to również baśniowy klimat zakorzeniony w tematyce fantasy, a dokładniej Dragonlance autorstwa Margaret Weis. Nie brakuje zapadających w pamięci partii klawiszowych i chwytliwych melodii i to już od pierwszych sekund słychać za sprawą przebojowego „She Is My Sin”, czy bardziej komercyjnego „Come Cover Me”. Również nie brakuje utworów z kopem i dynamiką power metalową i w tej roli sprawdzają się znakomicie drapieżny „The Kinslayer” z jakże urozmaiconą linią wokalną, „Wanderlust” z rozpędzoną i różnorodną partią perkusyjną Jukkiego Nevalainena . Do tej śmietanki power metalowej należy również zaliczyć dynamiczny „Crowless” z najlepszym motywem gitarowym w historii zespołu, a przynajmniej jednym z najlepszych i takie wyczyny to dla NIGHTWISH przeżytek, a szkoda bo w takiej stylizacji przekonali mnie do siebie. Skoro już omawiam power metalowe kompozycje i te najlepsze to nie można pominąć wg mnie najlepszy utwór NIGHTWISH jaki kiedykolwiek powstał, a mianowicie tytułowy „Wishmaster”. Potęga i siła tego utworu tkwi jego przebojowym refrenie i zadziornej linii wokalnej Tarji. I taką przysłowiową wisienką na torcie jest w tym utworze najlepsza solówka gitarowa nie tylko mam tu na myśli ten album, a całą dyskografię. Emppu Vuorinen na „Wishmaster” odgrywa znaczącą rolę i nie raz się przekonałem, że nie mniejszą niż Tarja, czy Toumas Holopainen. Analogicznie jak na debiucie nie obeszło się bez nastrojowej ballady i „Two For Tragedy” jest skromny w aranżacji, ale bogaty w emocje. Bardziej rockowy jest 'Bare Grace Misery”, ale przez klimatyczną solówkę i zapadający refren jest kolejny przebojem na tej długiej liście. Żeby się zbyt długo nie rozpisywać, pozwolę sobie jeszcze wyróżnić rozbudowany, klimatyczny „Fantasmic”. Album jest w takim stopniu dopracowany że ciężko się do czegoś przyczepić i w przypadku tego albumu można mówić o jednym z najlepszych krążków NIGHTWISH. Jeśli chodzi o mój osobisty ranking albumów tej formacji, to podium zajmuje ten krążek. Pewnie przez swoją przebojowość oraz pokaźną liczbę killerów i motywów, które zostały na długo w mojej pamięci. „Wishmaster” odniósł sukces komercyjny ponieważ zdobyła ona status złotej płyty i przez dłuższy czas nie schodziła z pierwszego miejsca list przebojów w Finlandii i to jest najlepsza rekomendacja tego albumu. Ocena: 9/10

NIGHTWISH- Oceanborn (1998)


Końcówka lat 90 to okres kiedy szybko rozwoju nabrał gatunek power metalu i zaczęły powstawać różnego rodzaju hybrydy i jedną z takich jest fiński NIGHTWISH, który w dość krótkim czasie uzyskał status światowej gwiazdy. Wszystko się właściwie zaczęło w roku 1996 kiedy to zespół powstał i jakże ważne było wydanie debiutanckiego albumu w roku 1997. Biografii NIGHTWISH nie mam zamiaru opisywać, bo każdy cieszący się fan ją zna, a jak nie to zawsze można się zagłębić w jakże bogatą historię zespołu. Debiutancki „Angel Falls First” nie poruszył mnie i nie chodzi tutaj o jakieś skrzywiony przesąd, że heavy metal to nie jest miejsce dla kobiet, a z powodu nijakiego materiału. Choć wielkim fanem tego zespołu nie jestem to potrafię docenić ich późniejsze albumy wydane po debiutanckim lp. „Oceanborn” z 1998 r to album już bardziej dojrzały, cięższy i trzeba przyznać, ze nowy nabytek w postaci basisty Samiego Vanska dał powiew świeżości do zespołu i ich muzyki. Przez wielu tzw „metalowców” zespół jest karcony przez jego komercyjny wydźwięk i przez sam fakt że mamy tutaj kobietę na wokalu, co dla wielu jest powodem do dyskwalifikacji zespołu. Jednak nie można być ślepym, głuchym na ambitną muzyką która opiera się ostrych riffach, wyeksponowanych partiach klawiszy oraz na operowym głosie oryginalnej, charyzmatycznej Tarji Turunen, który szybko stała się ikoną symfonicznego power metalu. To co jest charakterystyczne dla tego albumu to nie tylko wyżej wspomniane elementy, to także zbiór melodii, motywów nawiązujących do muzyki poważnej, a także partie gitarowe, które czerpią garściami z gigantów gatunku power metalu. To co mi się podoba na tym albumie, a także w początkowym okresie NIGHTWISH, to że ich muzyka jest bogata w różnego rodzaju smaczki, w partie wygrywane przez instrumenty orkiestrowe takie jak wiolonczela, flet i taka muzyka robi wrażenie, zwłaszcza kiedy uzupełni się ją poetycką warstwą liryczną poruszającą tematykę fantasy i astralną. „Oceanborn” to jeden z najlepszych albumów tej fińskiej formacji i to powie wam nie tylko ja, a także każdy fan NIGHTWISH. Poza piękną okładką Mayera, poza krystalicznym, magicznym, wręcz baśniowym brzmieniem które stworzył Tero Kinnunen, mamy też jakże wyrównany i przebojowy materiał. Klimat na albumie jest z górnej półki, bo połączyć dynamiczne power metalowe granie z baśniowym, przesiąkniętym klimatem fantasy światem tak jak w utworze „Stargazers” nie jest łatwe, ale zespołowi to wychodzi płynnie. W takiej typowo power metalowej stylistyce jest jeszcze „Devil and the Deep Dark Ocean” w którym to swojego wokalu użyczył Tapio Wilska, a także rozbudowany „The Pharaoh Sails to Orion”, który jest pięknym dialogiem między męskim wokalem, a kobiecym , a także dialogiem między monumentalnymi klawiszami a power metalowymi riffami. Ale oprócz galopad power metalowych mamy pełno nastrojowych kompozycji jak „Gethsemane” z jednym z najpiękniejszych motywów klawiszowych i podobne odczucia mam przy złowieszczym singlowym „Sacrament of Wilderness”, w którym to Toumas Holopainen przeszedł sam siebie jako kompozytor i muzyk. Przykład, że power metal może wywoływać emocje, że może być muzyką ambitniejszą, pełną bogactwa i niesamowitego baśniowego klimatu. Fani łamaczy serc i balladowych klimatów na pewno zmiękną przy dźwiękach”Swanheart”, który dowodzi, że Tarja to prawdziwy diament, który błyszczy nie tylko w szybkich, dynamicznych kawałkach, ale też w tych nastrojowych, gdzie właściwie, mógłby zostać sam wokal i też było by to piękne. To jest właśnie magia tego zespołu i jeden z jej znaków rozpoznawczych. Charyzmatyczna Tarja, która jest osobą kreującą klimat, przestrzeń utworów i ich głębie. Operowy wokal nie należy do moich ulubionych, ale są wyjątki jak choćby właśnie NIGHTWISH, POWERWOLF, czy też THERION. O pozostałych muzykach też można pisać same dobre rzeczy i tutaj mam na myśli przede wszystkim gitarzystę Emppu, który często wygrywa interesujący partie gitarowe, pełne emocji i finezji, a to właśnie jest niezbędne przy takiej muzyce. Jeden z najlepszych albumów NIGHTIWSH i niech dowodem tego będzie fakt, że album uzyskał status złotej płyty i znalazł się na piątym miejscu fińskiej listy przebojów. Ocena: 8.5/10