Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avantasia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avantasia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 marca 2025

AVANTASIA - Here be dragons (2025)


 Gdyby się tak cofnąć do roku 2001 to kto by pomyślał, że poboczny projekt muzyczny Tobiasa Sammata o nazwie Avantasia wyprze i w pewnym momencie zastąpi Edguy. Jednak tak właśnie się stało. Nie ma Edguy i nie wiadomo kiedy wróci. Jest za to Avantiasia i od 2006r nie przerwanie ukazują się nowe płyty. Do ery "The Metal Opera" powrotu nie ma, choć Tobias nie zapomina o swoich korzeniach i power metalowej stylizcji. Jednak Avantasia to miks power metalu, hard rocka, melodyjnego metalu, nutki symfoniczności, opery i nawet czasami popu. Jest zróżnicowanie i dla jednych to spory plus, a dla innych minus. Tobias ma wolną rękę i może tworzyć to na co ma ochotę. Gdyby tak przyjrzeć się ostatnim płytom to taki "Ghostlights" czy "Moonglow" to płyty który zyskują po czasie i w tej nowej odsłonie Avantasii nie są takie złe, a nawet mogą się podobać. Po czasie np zaczął podobać mi się taki "The mystery of Time".  Album z 2022 r wypadł jakoś z pamięci i został kawałek z Ralfem Scheepersem. . Teraz po 3 latach przyszedł czas na "Here Be Dragons" którego premiera odbyła się 28 lutego za sprawą Napalm Records.

Okładka w klimatach fantasy, który przypomina czasy metalowej opery, a przede wszystkim "The mystery of Time". Ma to coś i zapada w pamięci i przede wszystkim daje nadzieje na bardziej power metalowe klimaty. Jak rzeczywiście jest? Trzeba trzymać się myśli, że czasy metalowej opery nie wrócą i z tą myślą wyruszamy w podróż w głąb nowego materiału.  10 utworów, do tego nie ma już kilku gości w jednym utworze. Troszkę dobija to że w kółko pojawiają się ci sami goście, które są jakby ostoją Avantasia, Idzie to przeboleć, bo na szczęście pojawiają się też nowe twarze. Na pewno cieszy fakt, że album faktycznie przemyca trochę power metalu, jest też sporo patentów Edguy, jest zróżnicowanie i nawet kilka takich ukłonów w stronę metalowej opery. Przede wszystkim pojawiają się gdzieniegdzie te kiczowate partie klawiszowe Tobiasa. Jest nawet utwór zatytułowany "Return to the Opera", który jest w formie bonusu, ale faktycznie to taki stary dobry power metalu i słychać echa faktycznie pierwszych płyt. Magii i tego ognia tu nie uświadczymy, ale naprawdę dobrze się tego słucha i jest ta radość co przy odsłuchu klasycznych płyt Avantasia. To poszukajmy tego power metalu na nowej płycie. Jest rozpędzony i epicki "the moorland at twilight", który jest stworzony idealnie pod głos Michaela Kiske. Słychać stare płyty Helloween, no i Avantasia z pierwszych płyt. Jest energia, przebojowość i świetnie brzmiący Kiske. Tobias potrafi wykorzystać jego głos by tworzyć power metalowe petardy.  Te kiczowate klawisze i nutka drapieżności stanowią trzon przebojowego "Phantasmagoria". Tutaj gościnny występ zalicza Ronnie Atkins i ten utwór ma odpowiedniego kopa i pazur. Czuć tutaj heavy/power metalowy miks. Nijako może się zaczyna "Unleash the Kraken", ale to najostrzejszy utwór na płycie. Jest duch edguy z czasów "Space Police" czy "Hellfire Club". Echa metalowej opery można doszukać się w rozpędzonym i przebojowym "Againts the Wind", gdzie pojawia się Kenny Leckremo. Razem z Tobiasem sieję zniszczenie i pokazują piękno power metalu. Stary dobry Tobias powraca i szkoda, że nie ma więcej tego typu utworów. Dobra, to teraz zobaczmy co kryje reszta utworów. Jest singlowy "Creepshow" , czyli kiczowaty, hard rockowy hicior, który przypomina stare czasy Edguy, kiedy potrafili przekazać taki radosny nastrój i rozbawić swoją formułą. Ten utwór spełnia się w tej kategorii. Uwagę przykuwa na pewno nastrojowy i bardziej epicki "here Be dragons". Marszowe tempo, tajemniczy klimat i rockowe oblicze partii gitarowych potrafią oczarować słuchacza. Tobias ma smykałkę do tworzenia kolosów to fakt. Jednak czy robi furorę jak np taki "Scarecrow" czy "Ravenchild"? Raczej nie, ale to również wysokiej klasy epicki kolos. Wielkim hitem jest tutaj na pewno "The Witch", gdzie błyszczy Tommy Karevik. Kawałek nastrojowy, podniosły i z nieco mrocznym klimatem. Wpływy Kamelot są słyszalne. Refren to oczywiście popis geniuszu Tobiasa. Taki rasowy hit Avantasia. Szczerze już troszkę męczy mnie ten Bob Catley na każdej płycie Avantasia. "Bring on the Night" to taki hard rock, który jest wzorowany na latach 80. Jest to utwór wzorowany na twórczości Magnum i na szczęście nie jest to kolejna ballada z Bobem w roli głównej. Nastrojowy utwór, który broni się przebojowym charakterem. Kolejne miłe skojarzenia z metalową operą to "Avalon". Motyw przewodni z folkowym zacięciem przypomina "Farewell". Nie ma może w duecie Sharon, ale jest równie utalentowana Adrienne Cowan. Znów jest epicko, marszowo, przebojowo. Avantasia w bardzo dobrej formie i to słychać. Znalazło się miejsce na balladę z gościnnym udziałem Roya Khana. "Everbody s here utnil the end" i to klimatyczna i piękna ballada, która nie nudzi i potrafi poruszyć. Dobra robota Tobias.

Nie jest to najlepsze dzieło Tobiasa, ale wstydu nie przynosi, a nawet powiem więcej. Można dumnie postawić obok tych najlepszych. Płyta może nie jest bez wad, może nie jest idealna, ale zawiera wszystko to co składa się na styl Avantasia, na styl komponowania Tobiasa. Mamy elementy, które przypominają czasy metalowej opery, jest też sporo z "The mystery of Time", "ghostlights" czy 'moonglow". Naprawdę bardzo dobrze się tego słucha, duety wokalne też przykuwają uwagę i każdy utwór potrafi zapaść w pamięci. To już spory postęp względem ostatniego wydawnictwa. Będę wracał do tej płyty na pewno nie jeden raz. Miło widzieć, że Avantasia wciąż ma się dobrze, ale chętnie bym posłuchał nowej muzyki od Edguy. Nadzieja umiera ostatnia.

Ocena: 8.5/10

wtorek, 18 października 2022

AVANTASIA - A paranormal evening with moonflower society (2022)


 Dla wielu Avantasia to przede wszystkim niezapomniane dwie części "Metalowej Opery" i nic dziwnego, bo w końcu to jedne z ważniejszych wydawnictw w dziedzinie power metalu.  To było 20 lat temu. "Scarecrow" pokazał nieco inne oblicze już Avantasia i to był dowód na to, że Tobias Sammet tutaj może tworzyć na co tylko ma ochotę. Od pop rocka po power metal. Mimo wszystko album też stał się klasykiem. Lata lecą, a poboczny projekt muzyczny lidera Edguy stał się jego sensem życia. Każdy z jego albumów to ciekawa mieszanka różnych stylistyk i spora dawka przebojów.  Jednym będzie się to podobać, a inni będą narzekać. Na próżno szukać tutaj czegoś w stylu "Metalowej Opery" czy starych klasyków Edguy. Tobias oczywiście nie raz puści oczko dla swoich fanów, ale obecnie idzie w swoim kierunku i się spełnia w tym. 3 lata oczekiwania na następce klimatycznego "Moonglow" zleciało na pandemii i podsycaniu apetytu fanów talentu Tobiasa. "A paranormal evening with the moonflower society" na pewno odstrasza długim tytułem. Na pierwszy rzut oka, można rzec że mamy kontynuację "Moonglow". Na pierwszy rzut oka...

Niby nie powinienem być z szokowany, że nie ma tutaj power metalowej jazdy bez trzymanki jak miało to na pierwszych płytach. Niby nie powinienem narzekać na stylistykę, czy listę gości, która od lat jest bardzo podobna. A jednak muszę to z siebie wydusić. Czemu znów jest Kiske, Lande, Catley czy Atkins? Ja wiem, znakomite głosy, ale tutaj aż się prosi o zupełnie nowe głosy.  Staje się to troszkę przewidywalne i oklepane. Zawartość może jako musical, bądź tło muzyczne do jakiejś sztuki teatralnej by się sprawdziło. Okładka w stylu Tima burtona to tylko potwierdza.  Niby wszystko ładnie przemyślane i nawet melodyjnie, a jednak ma się mieszane uczucie. Nie ma tej magii, nie ma tego czegoś co błyszczało na poprzednich płytach. Dziwne uczucie, bo przecież ta płyta przypomina do bólu ostatnie dwa wydawnictwa. Jednak poziom o kilka szczebelek niżej.  Odpalamy taki "The immost light" i wiadomo słychać echa starego Helloween czy Avantasia. Gdy się jednak zestawi ten kawałek z innymi z Kiske w roli głównej to kawałek już tak nie błyszczy. Do takiego "Unchain the light" czy
Where clocks hands freeze" nie ma startu. Na plus, że jest power metal i że kawałek potrafi zachwycić swoją energią i przebojowością. Power metal też znajdziemy w agresywnym "The Wicked Rule the night", który czerpie wzorce z "Hellfire Club" i to dobry znak. Super, że w końcu zaproszono Ralfa Sheepersa, tylko czemu jego występ jest tak ograniczony? Ten kawałek to znakomity przykład, że Tobias potrafi jeszcze stworzyć power metalowy killer. Cudo! Dobrze słucha się takiego tytułowego "The Moonflower Society", który ma trochę elementów Edguy i główny motyw szybko zapada w pamięci. Jeden z ciekawszych kawałków z Bobem Catleym na wokalu, jeśli chodzi o Avantasia. Kolejny singiel, który dobrze się zaprezentował to "Misplaced among the angels" z gościnnym udziałem Floor Jansen. Ciekawy i czarujący kawałek o balladowym zabarwieniu. Single są wartościowe, a co z resztą?

Tajemniczy "Welcome to the shadows" ma mroczny klimat, wprowadza niepokój, ale kawałek na pewno za dużo z metalem nie ma do czynienia. Najlepsze z tego utworu to bez wątpienia refren, który oddaje to co najlepsze w Avantasia. Brzmi jakoś tak znajomo. Floor Jansen daje też o sobie znać w "Kill the pain away" i znów ten sam problem. Za mało konkretów, choć drzemie tutaj ciekawy pomysł i nie brakuje mu też melodyjnego charakteru. Znów Tobias wykreował chwytliwy refren, które idealnie pasuje do Floor. Słychać gdzieś w tym wpływy Nightwish. Główna melodia w "A tame the storm" jest genialna i ma nawet coś z Edguy, tylko znów jakby obdarł kawałek z mocy i agresywności. Jest niezawodny Jorn Lande, ale mam wrażenie, że nawet i on nie ratuje tego kawałka. Czegoś znów zabrakło do pełnej ekscytacji. Ronnie Atkins pojawia się w rockowym "Paper Plane" i to kolejny nijaki kawałe, który niczym specjalnym się nie wyróżnia. No nie rusza, nie porywa, nie zachwyca.  Zachwyca melodia w "A tame the Storm" i tak samo jest z przebojowym "Rhyme and Reason" i tutaj swoje 5 minut ma Eric Martin. Pasuje do tego kawałka i w sumie to jeden z najciekawszych utworów na płycie. Kolejny stary dobry znajomy Tobiasa to Geoff Tate i ten pojawia się w nieco żywszym "Scars". Za dużo zwolnień i taki miałkich momentów.  Kolosy to zawsze coś co mnie doprowadza do szaleństwa u Tobiasa, bo ma łeb do tworzenia złożonych kawałków. Był mocny "Let the storm descend  upon You", klimatyczny "Ravenchild" czy "The Scarecrow" i obstawiałem że "Arabesque" będzie właśnie coś w takich klimatach i tak samo mnie zniszczy. Zaczyna się od orientalnego motywu i przypomina nieco "The mad arab" Mercyful Fate. Z tym że wszystko jakieś takie rozlazłe. Zbyt komercyjnie, za mało konkretnie i metalowo. Miał być rozmach, ale jakoś tego nie czuć. Mogło być starcie dwóch fantastycznych głosów bo jest Lande i Kiske, ale coś nie zagrało. Brawo za ciekawy główny motyw, tylko szkoda że jakoś fajnie tego nie rozwinął.

Tobias zachwalał się, że to najlepsze co nagrał w swoim życiu. Ma prawo tak sądzić, bo nowy album Avantasia to jego dzieło, jego dziecko. Ja tego nie czuję. Nie czuję mocy, power metalu czy tej przebojowości. Single udane i dawały nadzieje na coś równie ciekawego co ostatnie płyty Avantasia. No nie ma tego, a płyta w zasadzie momentami troszkę nawet nudnawa. Czas siąść i przeanalizować co poszło nie tak. Zmieniłbym nieco gości, dał szanse innym i stworzył album faktycznie metalowy, a nie komercyjna papka, która stara się być metalowym albumem. Rozczarowanie to dobre określenie moich odczuć co do płyty. Kilka momentów, przebłysków to za mało. Jak tak się cofnę do wszystkich płyt to wychodzi na to, że to jednak najsłabszy album pod szyldem Avantasia.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 11 lutego 2019

AVANTASIA - Moonglow (2019)

Skąd biorą się duże marki w heavy/power metalowym światku? Dróg by być na szczycie jest wiele. Jedną z nich jest tworzenie czegoś nowoczesnego, czegoś co inny nie grają, tak więc można wypracować swój oryginalny styl. Można też stawiać na przebojowość i dostarczać fanom niezapomnianych i ponadczasowych hitów. Najlepszą drogą jest nagrywanie albumów na wysokim poziomie, które przechodzą do historii w metalowym świecie. To wszystko sprowadza się do osoby lidera, do mózgu całego projektu muzycznego czy zespołu. Gdzie byłby Iron Maiden gdyby nie Steve Harris? Czy Helloween zaszedł by tak daleko gdyby nie Kai Hansen? Czy istniałby Edguy lub Avantasia bez Tobiasa Sammeta? Zapewne nie.  Tobias Sammet to ciekawa postać w power metalowym świecie Młody chłopak zapatrzony w Michaela Kiske zaczął tworzyć power metal i nic dziwnego że poszedł drogą wokalisty. Jego wokal na początku był stricte power metalowy, choć z czasem dojrzał i dzisiaj brzmi bardziej dojrzale. Jest może bardziej rockowy i może nie osiąga takich fajnych górek to jednak brzmi wciąż intrygująco. Niezwykle oryginalny wokalista z niego. Geniusz muzyczny objawia się u niego w postaci pisania niesamowitych kawałków. To jest jego znak rozpoznawalny. Co dwa lata dostarcza swoim fanom nową muzykę, która zawsze jest na wysokim poziomie. Nie tak dawno był znakomity "Ghostlights" wydany pod szyldem Avantasia, no i też składanka Edguy z nowymi utworami. Teraz po dwóch latach przyszedł czas na "Moonglow" czyli na 8 album Avantasia.

Jak ten czas leci. Na początku miał to być tylko projekt muzyczny, odskocznia od macierzystego Edguy. Teraz można odnieść wrażenie, że to właśnie Avantasia zawiera najlepsze pomysły Tobiasa. Umysł tego muzyka jest fenomenalny i ta jego twórczość jest bogata i godna podziwu. 

Z Avantasia jest tak, że fani wciąż wypatrują power metalowej opery w stylu z pierwszych dwóch płyt. Tak, też uważam to za największe osiągnięcie Tobiasa, ale to nie oznacza że pozostałe płyty są słabe. Sammet odszedł od rasowego power metalu, na bardziej pokręcony melodyjny metal z domieszką power metalu, rocka, symfonicznego metalu czy nawet popu. Jest komercyjnie, ale jest więcej różnorodności, jest bardziej dojrzale i więcej takiej magicznej otoczki. "The scarecrow" to był szok, że jednak można inaczej grać niż na metalowej operze i wciąż zachwycać. Ostatni "Ghostlights" pokazał że można wymieszać rock,power metal, melodyjny metal i pop. Power metalu na ostatniej płycie było całkiem sporo. Jak z tym jest na "Moonglow"? Też przemyca Sammet sporo elementów power metalu, choć ciężko mówić tutaj o typowym power metalowym albumie. Sammet przeciera jakby zupełnie nowe szlaki w power metalu.  Jeśli kochamy ostatnie dzieła Sammeta to na pewno bardziej odnajdziemy się na "Moonglow".

Okładka jest fenomenalna. Jest pełna intrygujących kolorów i sporo mrocznych motywów. Nie wygląda jak typowa okładka Avantasia, co już potrafi zaskoczyć przeciętnego słuchacza. Brzmienie jak przystało na Sammeta jest z górnej półki. Jest moc i jest nutka takiej magii.

Goście tym razem tacy już sprawdzeni. Jak zwykle pojawia się Jorn, Kiske czy Atkins. Z nowych nazwisk mamy Petrozza, Candice Night czy Hansi Kursch. Jednak moim skromnym zdaniem jest ich za mało.

Czas się zagłębić w zawartość. Zaczyna się magicznie, spokojnie, może nieco rockowo, bo od rozbudowanego "Ghost in The moon". Jest podniośle, jest melodyjnie i gdzieś tam przewija się power metalowy riff.  Sammet zabiera nas do czasów "Mystery of Time". Nie ma mowy o power metalu z czasów metalowej opery, ale jest znakomita mieszanka rocka, symfonicznego metalu i power metalu. Magiczny klimat i wciągające chórki w refrenie robią swoje i potrafią zauroczyć słuchacza. Drugi utwór to power metalowa petarda w postaci "Book of Shallows". Riff brzmi jak zrzynka z "Do me like a caveman" Edguy. Jest ciężko, jest power metal pełną gębą i goście tutaj wymiatają. Jorn, Kursch i Atkins dają tutaj czadu. Jak te głosy znakomicie ze sobą współgrają. W połowie utwór nabiera więcej mocy i ociera się nawet o thrash metal. To jest idealnie miejsce dla wokalisty Kreator. Ciekawe jakby brzmiał album jakby był wypełniony takimi petardami. Prawdziwa perełka. Płytę promował "Moonglow" z Candice Night z Blackmore Night. Jej głos jest po prostu przepiękny i wnosi taki anielski klimat. Komercja jest z rodem z "Lost in space", choć stylistycznie bliżej tutaj do Nightwish. Utwór mało power metalowy, ale wymiata za sprawą rockowej otoczki i znakomitego refrenu, który od razu zapada w pamięci. Kolejny znakomity hit Avantasia. Drugim utworem, który Sammet udostępnił przed premierą był "The Raven Child". Niezwykły kolos, który poziomem i stylem przypomina "The Scarecrow". Znakomity początek z Hansim w roli głównej to wypisz wymaluj Blind Guardian. Swoje robi też Jorn, który dodaje sporo swoich emocji. Końcówka to czysty power power metal. Jeden z najlepszych utworów Avantasia. Czysta poezja i niezbyt dowód na geniusz Tobiasa. Dalej mamy power metalowy "Starlight" z gościnnym udziałem Ronnie Atkinsa.  Mamy echa Pretty Maids, choć tutaj mocny riff i szybsze tempo robią swoje. Przypominają mi się stare szlagiery Edguy. Mocna rzecz. Geoff Tate pojawia się w "Invicible" czyli spokojnej balladzie, która ma coś z "Inside out". Nutka progresywności pojawia się w rozbudowanym "Alchemy", gdzie znów pierwsze skrzypce gra Geoff Tate. Utwór nawiązuje do albumu "Ghostlights", co nie jest żadną wadą. Tutaj pojawią się też nieco mocniejsze riffy. Znów Tobias imponuje pomysłowością w sferze refrenu. Kolejny kolos to "The piper at the gates of a dawn", który mógłby śmiało znaleźć się na "Hellfire club". To taki klasyczny edguy i nawet miło jest usłyszeć te kiczowate partie klawiszowe. Na taki power metal zawsze warto czekać. W utworze szaleją Tate, Lande i Atkins. Murowany koncertowy hit. Jak jest Bob Catley to musi być klimatycznie i rockowo, a tak jest w "Lavender", który brzmi jak zagubiony kawałek Magnum. Stałym gościem Avantasia jest Micheal Kiske i tym razem dostał mu się power metalowy killer w postaci "Requiem for a dream". Oczywiście Kiske jest w znakomitej formie, a te echa Helloween są urocze. Sammet potrafi pisać pod Kiske. Jako bonus mamy cover w postaci "Maniac" i to taki miły dodatek, bo Tobias nie raz przerabiał znany hit z lat 80.


"Moonglow" to nie metalowa opera, to nie też "The scarecrow" i w sumie najbliżej mu do "Ghostlights".  Jest power metal i to w równie dużej ilości co na "Ghostlights", choć mam wrażenia że "Moonglow" jako całość prezentuje się lepiej. Sammet nie zawiódł i stworzył kolejne dzieło, które nie tak szybko przeminie. Dajcie się porwać w świat Avantasia i jego lidera Tobiasa Sammeta. Geniusz muzyczny naszych czasów ma się dobrze i idzie na przeciw wszystkiemu i wszystkich. "Moonglow" startuje jako mój kandydat do płyty roku i niech wszyscy mówią co chcą.

Ocena: 9.5/10

czwartek, 31 grudnia 2015

AVANTASIA - Ghostlights (2016)

Dla wielu osób Tobias Sammet lider grupy Edguy i geniusz, który stworzył „Metalową Operę” sprzedał się komercji i raczej robi za modela, który pozuje do zdjęć. Jasne to co miał stworzyć dla power metalu to już stworzył. Dał światu „Mandrake”, „Vain Glory Opera”, czy właśnie dwu częściową metalową operę sygnowaną marką Avantasia. Co może więcej dać światu jeśli chodzi o power metalu? Mam wrażenie, że to źródło Tobiasz wyczerpał i teraz szuka już innych rejonów muzycznych, próbuje nas zaskoczyć innymi tworami. Co ciekawe to co kiedyś miało być jedno razowym wybrykiem (mowa o Avantasia) stało się czymś bliskim dla Sammeta. Nie poprzestał na „Metalowej operze” i już w 2008 powrócił z „The scarecrow” i od tamtego czasu wydaje kolejne albumy pod nazwą Avantasia. Jasne był to inny album, ale pokazał że Tobias chce się rozwijać i pokazać z nieco innej strony. Sam album mimo upływu czasu broni się i pokazuje że Tobiasz to geniusz jeśli chodzi o komponowanie. W roku 2010 zadziwił świat wydając dwa albumy w postaci „Wicked Symphony” i „Angel of Babylon”. To była spora dawka hitów i Sammeta w najlepszym wydaniu. Jeszcze czymś innym był „Mystery of Time”, który zabrał nas do świata rocka i progresywności. Bajkowy klimat był tutaj jakby ukłonem w stronę pierwszych płyt. Sam album budził kontrowersje i znalazł swoich zwolenników jak i przeciwników. A jaki jest najnowszy „Ghostlights”?

Wielu obstawiało za pewne nic innego jak kontynuację „The Mystery of Time”. Koncepcja, historia to oczywiście jak najbardziej kontynuacja poprzednika co zaznaczał Sammet w wywiadach. Na szczęście Tobiasowi udało się uciec przed komercją i zbytnią przewagą rocka i progresywności na nowym albumie. W dużej mierzy mamy do czynienia z płytą, która ma cechy wszystkich poprzednich, a najwięcej to tych które przesądziły o sukcesie „The Scarecrow”. Jest podobny klimat, charakter płyt i sama stylizacja. Podobnie jak na tamtym albumie tak i tutaj nie brakuje sporej ilości power metalu. To ucieszy też fanów pierwszych dwóch płyt Avantasia. Sammet chciał pogodzić fanów ostatnich płyt oraz tych dla których Avantasia poza „Metal Opera” nie istnieje. Ten zabieg Tobiaszowi wyszedł i to całkiem dobrze. Skład poza Sammetem uzupełniają Sasche Peath, który odpowiada za gitary, a także klawiszowiec Micheal Rodenberg. Lista gości i tym razem równie ciekawa, choć wielu z nich już znamy i słyszeliśmy w Avantasia. Nie pierwszy raz Avantasia przyciąga uwagę klimatyczną i intrygującą okładką i nie pierwszy raz płyta wyróżnia się soczystą i mocarną oprawą. Brzmienie jest z górnej półki, podobnie jak goście i kompozycje. Echa poprzedniczki wybrzmiewają w otwierającym „Mystery of a Blood Red Rose” , który jest hołdem dla Meat Loaf. Typowy hard rockowy kawałek, który pokazuje że Tobias jest już bardziej dojrzałym kompozytorem i nie tylko power metal mu tylko w głowie. Kawałek jest energiczny i łatwo wpada w ucho. Ten kawałek promował ten album i w sumie nieco nas zwiódł. Drugi na albumie kawałek to 12 minutowy „Let The Storm Descend Upon You”. Można tutaj wyłapać więcej power metalu, więcej podniosłości i ukłon w stronę „The scarecrow”. W utworze dzieje się sporo, a pojedynek wokalny Ronnie Atkins, Jorn Lande i Robert Mason z Warrant jest imponujący. Najważniejsze, że utwór jest dynamiczny, energiczny, a zarazem podniosły, melodyjny i pełen ciekawych motywów. To już pokazuje, że album nie będzie rockową operą jak poprzednik. Tobias lubi zapraszać do swojego projektu głosy bardzo charakterystyczne, które potrafią stworzyć mroczny i teatralny klimat. Był Alice Cooper czy Jon Oliva Pain, to teraz czas przyszedł na Dee Snidera z Twisted Sister. „Tha Haunting” z jego udziałem to taki brat bliźniak „The Toy master”. Mroczny i dość ciężki utwór, który na pewno powinien być zagrany na koncercie. Dalej mamy 7 minutowy „Seduction of Decay” z Geoffem Tatem na wokalu. Jest to bardziej rozbudowany i progresywny kawałek, który również pokazuje że Avantasia może grać ciężko i mrocznie. Utwór jest niezwykle wciągający i przebojowy. Jest powiew świeżości element zaskoczenia co cieszy. Kiske i Lande to duet, który sprawdził się w „Promised Land” i nic dziwnego że taki duet mamy w tytułowym „Ghostlights”. Jest ukłon w stronę starego Helloween i pierwszych dwóch płyt Avantasia. Typowa power metalowa petarda z chwytliwym refrenem i szybkim riffem. To jest to co ucieszy fanów gatunku. Nieco mnie zaskoczył utwór z wokalistą Seventh Avenue czy Sinbreed. „Draconian Love” jest bardziej rockowy, bardziej romantyczny i nie ma w nim właściwie power metalu czy agresji, której gdzieś tam wyczekiwałem. No troszkę nie udany występ Herbiego mamy. Sam utwór może nie jest aż taki zły, ale nieco zaniża poziom całości. Spora dawka power metalu czeka nas w „Master of Pendulum”, w którym główną rolę gra Marco Hietala z Nightwish. Utwór jest energiczny, agresywny, a sam refren jest niezwykłe melodyjny. Słychać echa oczywiście Nightwish w strukturze refrenu. Kolejny hit na płycie. Pozostałości komercji i poprzedniego albumu mamy w balladzie „Isle of Evermore”. Utwór właściwie ratuje Sharon Z Within temptation. Na Metalowej Operze odegrała bardziej kluczową rolę. Tutaj trochę wciśnięta jakby na siłę. Jest jednak taką gwiazdą, że z tak przeciętnej kompozycji czyni miłą dla ucha balladą, w której więcej popu jak metalu czy rocka. Bruce Kulick i Oliver Hartmann dają niezły popis gitarowych umiejętności w 7 minutowym „Babylons of Vampyres” . Jest to kolejna power metalowa petarda, która ma tą lekkość i przebojowość z „Metal Opera”. Bardzo energiczny kawałek, a Robert Mason czyni go jeszcze bardziej ostrym utworem. Kolejnym wolnym utworem na płycie jest „Lucifer” i Jorn Lande uczynił go niezwykle wzruszającym i łapiącym za serce. Moim faworytem został energiczny i power metalowy „Unchain The Light” z gościnnym udziałem Micheala Kiske i Ronniego Atkinsa z Pretty Maids. Ten utwór ma wszystko to czego oczekuje od Tobiasa i jego zespołów. Dynamikę, szybkie tempo, wpadającą w ucho melodię i przebojowość. Do tego jeden z najlepszych refrenów jaki pojawił się w świecie Avantasia. Kiske to jeden z najlepszych wokalistów i dobrze że wrócił do tego w czym jest najlepszy. Niesamowity głos, który idealnie sprawdza się w takich kompozycjach. Bob Catley tradycyjnie zostaje wykorzystany do klimatycznego, rockowego kawałka i w sumie „A restless heart and obsidian Skies” to solidny kawałek. Jest trochę Magnum, trochę komercji, ale utwór broni się sam. Jest jeszcze udany bonus w postaci „Wake up the moon”, w którym jest Lande i Kiske. Nie jest to power metalowa petarda, ale jest to solidny utwór, który pokazuje że Avantasia jest w formie.

Będą przeciwnicy i zwolennicy „Ghostlights”. A to, że nie jest to już „Metalowa Opera”, a że Tobias sprzedał się. Jednak uważam, że może dobrze że rozwija się i pokazuje nieco inne oblicze swoje. Cały czas słychać, że to kompozycje Tobiasa, ale każdy z nich to inna historia, inna przygoda i inne rejon muzyczny. Na nowym albumie znów więcej jest power/heavy metalu co mnie cieszy jako fana, bo poprzedni album nie był w pełni udany. Jest dobrze, Tobias jest w formie, a to rokuje dobrymi, kolejnymi płytami. Miłe zaskoczenie, bo nie sądziłem że dostanę solidny i dobrze wyważony album i to z takimi gośćmi. Polecam.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 24 marca 2013

AVANTASIA - The Mystery Of Time (2013)

Kto by pomyślał, że jeden z najbardziej rozpoznawalnych projektów, który skupiał wiele ciekawych gwiazd do tej pory powróci. Po wydaniu dwóch albumów jednocześnie w 2011 roku i po wielkim tournee mało kto się spodziewał, że Tobias Sammet ( lider grupy EDGUY) powróci jeszcze do projektu AVANTASIA. Ten jeden z najbardziej rozpoznawalnych i godnych uwagi projektów dał wiele radości i wiele świetnych utworów. Czy warto było po raz kolejny sięgnąć do tego projektu? Zwłaszcza, kiedy ostatnio Tobias Sammet na albumie EDGUY zatytułowanym „Age of Joker” pokazał, że jakby się nieco wypalił. Czyżby próba odrodzenia, pokazania, że wciąż ma to coś w sobie, że potrafi tworzyć znakomite kompozycje, którą zostają w pamięci, potrafią ruszyć słuchacza, przenieść do innego świata? Czy może chęć wyciągnięcia kolejnych pieniędzy od słuchaczy, fanów?

Tobias Sammet założył ów projekt w celu opowiedzenia historii fantasy, która chodziła mu po głowie w latach 90, w czasie kiedy jego macierzysty zespół EDGUY rósł w siłę. Wtedy w 1999 r postanowił zrealizować w końcu metalową operę, projekt metalowy składający się z znakomitych gości, którzy wraz z nim opowiedzą znakomitą opowieść fantasy. Projekt AVANTASIA wzbudził zainteresowanie i kiedy pojawiły się dwie części metalowej opery to było niczym grom z jasnego nieba, coś innego, można było się poczuć jak w momencie kiedy na rynku pojawiły się dwie części „Keeper of The seven Keys”. „Metal Opera part 1 & 2” to są płyty znakomite, dopracowane, klimatyczne, mające coś z fantasy, coś z epickiego grania, dużo power metalu i zajebistych kompozycji, które wciąż niszczą swoją przebojowością i wykonaniem. Skład muzyków też był znakomity, zwłaszcza Henjo Richter (Gamma Ray) sporo zrobił dla tego projektu, to on sprawił, że utwory kipiały energią, miały znakomite melodie, solówki. Cóż te czasy minęły i potem w 2008 roku po tym jak Tobias Sammet zarzekał się że więcej płyt pod tym szyldem nie powstanie postanawia wydać kolejny album, tym razem zaczynający „The Wicked Trilogy” i to był już nieco inny album, bardziej rockowy, ale wciąż dynamiczny, przebojowy i choć nie był taki genialny co dwa poprzednie to jednak wciąż na wysokim poziomie i dwa kolejne albumy z 2011 roku również. „Angel of Babylon” i „The wicked Symphony” może nie były utrzymane w takim stylu co metal opera, ale były melodyjne, klimatyczne i przebojowo. To pozwalało wciąż uznawać ten projekt za znakomity i warty kontynuowania. Wątpliwości co do dalszych losów wzbudził ostatni album EDGUY, który był słaby, rozwleczony i pokazał, że Sammet się wypala. Nic Tobias zebrał nową ekipę, nowych muzyków i postanowił skierować projekt w stronę historii bardziej tajemniczej, nieco fantasy związanej z czasem i tak o to szumnie zapowiadano nowy album AVANTASIA, a mianowicie „The mystery Of Time”. Również i tym razem zaproszono znakomitych muzyków i lista gości wygląda tak : Joy Lynn Turner ( RAINBOW), Biff Byfford (SAXON), Micheal Kiske (ex HELLOWEEN, UNISONIC), Cloudy Yang, Ronnie Atkins (PRETTY MAIDS), Eric Martin ( MR.BIG), Bob Catley (MAGNUM), a także Sasha Peath w roli gitarzysty i producenta, Oliver Hartmann tez w roli gitarzysty, w tej samej roli zaproszony został Arjen Anthony Luccassen (STAR ONE), czy BRUCE KULICK (KISS). Mamy jeszcze Ferdy Doernberg (AXEL RUDI PELL) klawisze, Micheal Miro Rodenberg też klawisze, a także Russella Gilbrooka w roli perkusisty. Jak widać skład dość ciekawy i są to znakomici goście, ale jak widać bardziej rockowi, aniżeli power metalowi, co już mniej więcej dawało sygnał jak będzie brzmiał nowy album.

Czy znakomici goście, ciekawa historia, klimatyczna okładka, zaproszenie prawdziwej orkiestry do zagrania pewnych partii mogą zapewnić, że album będzie niszczył, że będzie na poziomie poprzednich wydawnictw AVANTASIA? Nie ukrywam długo wyczekiwałem na ten album i obstawiałem go w roli kandydata do miana płyty roku. Zaprezentowane próbki nieco ostudziły owe myśli. Najbardziej przeraził singiel „Sleepwalking” z Cloudy Yang, który jest najzwyczajniej słaby, komercyjny, bez wyrazu i nie dorównuje takim rockowym przebojom jak „Lost in Space” czy „Carry Me Over”. Właśnie przebojowość to jest coś co na nowym albumie kuleje, w większości momentach nie istnieje. Kompozycje same w sobie znacznie słabsze niż na poprzednich płytach AVANTASIA. Brakuje pazura, brakuje tej lekkości, melodyjności, chwytliwych refrenów, które chodzą za człowiekiem tak jak to było z „Death is just the feeling” czy „Dying For Angel”. Kompozycje zrobione jakby na siłę, bez ciekawych pomysłów i nawet od strony gitarowej, instrumentalnej szału nie ma. O ile poprzednie albumy miały w sobie dużo rocka to jednak były dynamiczne, energiczne, przebojowe, miały też sporo z metalu i nie ocierały się o komercję, czy też pop jak tutaj na „The Mystery of Time”. Dominuje tutaj spokój, stonowane tempo i rzadko kiedy zostaje one przyspieszone, co sprawia że na dłuższą metę album się dłuży, przynudza i do tego dochodzi do tego syndrom, że wszystko przelatuje i w pamięci zostają te najbardziej świetlane momenty. Oczywiście jest kilka pozytywnych aspektów, jeśli chodzi o materiał. Otwierający „Spectress” ma podniosłość, jest przesiąknięty symfonicznym metalem w stylu NIGHTWISH, jest tutaj napięcie, ciekawy klimat, który z pewnością wnosi projekt AVANTASIA na ciekawe tory i przypomina się czasy „Metal Opera”, gdzie klimat też odgrywał znaczącą rolę. Oj tak klimat to mocny atut tego wydawnictwa. Sam otwierający utwór przypomina kawałki z dwóch poprzednich albumów i jest to kawałek na miarę talentu Sammeta. Tutaj znakomicie wpasował się Joy Lynn Turner, który również buduje klimat. Utwór ma w sobie przebojowość, chwytliwy refren i od strony instrumentalnej też pojawiają się ciekawe motywy i melodie. Czy jest to power metal, mocny heavy metal? Cóż raczej nie, ale brawo za stworzenie przebojowego kawałka. Podoba mi się też główny motyw gitarowy „The Watchmakers Dream” i gdzieś słychać w pływy RAINBOW i świetnie znów tutaj pasuje głos Joy Lynna Turnera i do tego świetnie ode grał swoją rolę klawiszowiec Freddy, który przecież od lat gra w zespole Axela Rudiego Pella, który czerpie garściami z muzyki Ritchiego Blackmore'a. Utwór ma swoje plusy, jak właśnie melodyjność, dynamikę, przebojowość, lekkość, chwytliwy refren, jednak Sammet miewał w swojej karierze znacznie ciekawsze kompozycje. Bardziej rozbudowanym utworem jest „Black Orchida” i tutaj znów podoba się klimat, to napięcie, symfoniczne elementy, główny motyw i występ Biffa z SAXON. Jednak utwór nie powala pod względem ostrości, przebojowości i też nieco się dłuży. Niedosyt pozostaje i poza głównym motywem też nie wiele się pamięta z tego kawałka. Apogeum komercyjności, spokojności, popowych elementów zostaje osiągnięte w wcześniej wspomnianym „Sleepwalking” i to jest prawdziwy wypełniacz, który nie powinien się znaleźć na tej płycie. Spokojna i również popowa jest ballada, czy jakby to nazwać co słychać w „Whats left of me” z gościnnym udziałem Erica Martina. Ballada jak na możliwości Sammeta też bez wyrazu i polotu. Gdzie jest klimat, gdzie romantyczność w tym wszystkim? Na płycie nie brakuje długich, rozbudowanych utworów i do tych najdłuższych należy zaliczyć „Savior in The clockwork” z udziałem Kiske, Byfordem i Turnerem. Jest to utwór, który zachwyca głównym motywem, klimatem, rozmachem, lekkością, jednak też tutaj wdziera się sporo komercyjności, rocka i znów brak metalu, mocnego kopa. Choć kawałek melodyjny, to ciężko zaliczyć go do grona chwytliwych i przebojowych. Drugim kolosem na płycie jest zamykający „The Great Mystery” z udziałem Turnera, Byforda i Boba Catleya. Jest to kolejny spokojny, rockowo-popowy kawałek, który jest rozwleczony i poza fajnym występem gości nie przekonuje do końca. Znów niedosyt i chęć dodania tutaj więcej dynamiki, przebojowości. Ciekawy klimat i rozmach to pewnością atut tego kawałka, ale niestety męczy i nudzi. Szkoda, że tak dużo spokojnych motywów na płycie, że tak dużo komercyjności, popowych czy rockowych patentów, że tak mało metalu czy power metalu. Poza „Spectress” czy „Thew Watchmakers Dream” do grona utworów wartych uwagi i takich na miarę talentu Tobiasa są tutaj klimatyczny, podniosły, power metalowy, nieco w stylu HELLOWEEN i pierwszych płyt AVANTASIA, utwór z gościnnym udziałem Micheala Kiske - „Where Clock Hands Freeze”. Utwór był znany niektórym już z zapowiedzi albumu i tutaj fajnie współgra głos Kiske z elementami orkiestry i podniosłym klimatem. Jest to perełka na tej płycie, taka przebojowa, dynamiczna, power metalowa i szkoda, że nie ma tutaj więcej takich kawałków i na uwagę zasługuje Kiske, który jest w świetniej formie i słychać, że UNISONIC dobrze mu zrobił. Drugą perełką jest tutaj ostry, zadziorny, melodyjny „Invoke The Machine” z gościnnym udziałem Ronniego Atkinsa z PRETTY MAIDS i trzeba przyznać, że sam utwór utrzymany w konwencji macierzystego zespołu Ronniego. Utwór energiczny, chwytliwy z znakomitym, takim w stylu AVANTASII refrenem i świetnymi partiami gitarowymi. Szkoda tylko, że jest to utwór jedyny w swoim rodzaju na tej płycie, szkoda że Tobias na stworzył album wypchany takimi kawałkami. Do grona udanych utworów zaliczyć należy z pewnością melodyjny, dynamiczny „Dweller In A Dream” z gościnnym udziałem Micheala Kiske. Znów świetny refren i odpowiedni ładunek energii. Jednak jest to utwór nieco słabszy od tych dwóch wcześniej wyróżnionych. Kilka dobrych momentów i właściwie 4-5 utworów godnych uwagi, takich na miarę talentu Tobiasa, na miarę poprzednich płyt sygnowanych AVANTASIA. Reszta zbyt smętna, zbyt spokojna, popowo – rockowa, zbyt dużo komercji.


Zainteresowanie nowym albumem AVANTASIA będzie, będą różne opinie od tych pochlebnych, po te krytykujących. „The Mystery Of Time” to niby album który kontynuuje styl AVANTASII z poprzednich płyt, dalej jest rock, dalej pojawia się komercja, słychać że jest to AVANTASIA, ale ugrzeczniona, bardziej komercyjna, co mi się nie podoba. Znakomita okładka, niesamowity klimat, które bije poprzednie albumy, znakomici goście jak choćby Biff Byford, czy Joe Lynn Turner, soczyste, drogie brzmienie i takie petardy jak „Invoke The Machine” czy „Where Clock Hands Freeze” to są plusy tego wydawnictwa, szkoda że więcej tutaj niedociągnięć i sporo zmarnowanych potencjałów co słychać choćby w „Black Orchid” czy rozbudowanym „Savior in The Clockwork”. „The Wircked Trilogy” wzbudza kontrowersję, to jakie emocje wzbudzi nowy album? Stwierdzam, że jest przerost formy nad treścią, wszystko zbyt ugrzecznione, zbyt dużo rockowo- popowych elementów, za mało kopa, przebojowości, brak pazura, metalowego ognia, prawdziwych killerów. Album się dłuży, ciągnie i co gorsza przelatuje i nie robi większego wrażenia. Jest to jedyny album tego projektu, który po prostu nie zapada jakoś w pamięci. Tyle czekania, tyle nie przespanych nocy i tyle szumu, tyle wizji jak powinien brzmieć ten album, a tu taka niespodzianka. Rozczarowanie to słowo odpowiednie i wręcz łagodne, by opisać to co czuję. Tobias zawiódł wydając słaby „Age of Joker” pod szyldem EDGUY i znów zawiódł „The Mystery Of time”, który miał potencjał na epicki,klimatyczny album z ciekawymi gośćmi. Niestety, ale góruje tutaj niedopracowanie i chęć komercyjnego grania, co mi się nie podoba i dlatego mówię nie nowemu albumowi AVANTASIA.

Ocena: 5/10

czwartek, 25 sierpnia 2011

AVANTASIA - Angel of babylon (2010)

Wydać 2 albumy w tym samym czasie? Rzadkie, ale spotykane na rynku muzyki heavy metalowej. Choć obecnie taki zabieg jest kosztowny i nie opłacalny. Nie dla Tobiasa Sammeta. Gdyż wraz z wydaniem „The Wicked Symphony” światło dzienne ujrzał drugi krążek „Angel of babylon” i oba krążki zamykają tzw „The Wicked Trilogy” którą rozpoczął „The scarecrow”. Wszystkie 3 albumy stanowią całość, to też do tego wszystkiego powinna być jedna recenzja. Produkcją obu części zajął się Sascha Peath oraz Sammet i na tym drugim krążku mamy jedyny utwór Saschy tj „Symphony of Life” Czy jest to lepszy krążek od pierwszego? Nie mnie to oceniać, bo dla mnie oba krążki są na takim samym poziomie, choć na tym można uświadczyć jakby więcej power metalu.

Podobne otwarcie albumu, czyli przez jeden z dwóch kolosów na albumie. Tym jest „ Stargazers” i znów 10 minut emocji, strachu, płaczu i smutku. Klimat tym razem ponury, znów jest tajemniczo, ale oba krążki taki wydźwięk mają, takich wesołkowatych i głupich kawałków jak w Edguy nie ma. Tym razem mamy prawdziwą plejadę jeśli chodzi o wokalistów: Kiske, Lande, Oliver hartmann, Russel Allen, do tego Kulick. Kompozycja różni się od wcześniejszych kolosów, tym że jest szybszy, ma więcej energii i dynamiki. Jest utęskniony power metal, ale nie tylko. Co cieszy to refren ws tylu Helloween, a także sporo ciekawych motywów, jak choćby ten narzucony przez Sammeta, który gra tutaj na basie. Innym typem power metalowej jazdy jest „Angel of babylon” gdyż połączono dynamikę power metalową, z feelingiem hard rockowym. Tutaj uczucia, emocje są wręcz pierwszorzędne. Do znudzenia Sammet daje nam Jorna, ale nie dziwię się mu bo jest w znakomitej i formie i do tego pasuje do wszystkiego. Po raz pierwszy mamy w utworze tak wyraźne klawisze, które nawet dają fajną solówkę. Jens Johannson to znany klawiszowiec i do utalentowany co zresztą słychać. Co mnie tutaj nieco irytuje to refren. Taki bardziej w stylu ostatnich płyt Edguy. Solów przecudne i to jest najlepszy moment tego utworu. Dobry i tylko dobry jest 'Your Love is Evil'. Ma klimat, ma podniosłość i nawet gdzieś uczucia puszczają. Ale ten motyw, ten refren nieco mnie irytują. Dobre i nawet bardzo dobre, ale dalekie od choćby tej ballady z poprzedniego krążka. Pamiętacie Alice Coopera i jego fenomenalny wyczyn w „Toymaster”? Ja czekałem na powtórkę i się doczekałem, bo „ Death is just a Feeling” to jakby kopia tamtego kawałka. Podobny mroczny, teatralny klimat, znów podniosły i bujający refren. Alice Coopera nie ma, ale jest również charyzmatyczny wokalista – Jon Oliva z Savatage. Kawałek również jakby skomponowany pod niego. Podoba mi się mrok i operowy riff i nawet ciekawie brzmi wersja z Kaiem Hansenem. Również coś z power metalu można usłyszeć w szybkim i bardzo melodyjnym „Rat race”, który też zaliczam do tych najlepszych na płycie. Mamy pędzącą i bujającą sekcję rytmiczną,a refren choć prosty łatwo w pada w ucho. Urozmaicenie, rozmach i misz masz muzyczny jest podobny jak na „The Wicked Symphony”. Co tym razem Sammet prezentuje? Ano Hard Rock,a nawet taki ciepły Aor z Jornem na czele w „Down in The dark”. Nie uświadczymy tutaj jakiś galopad, szybkich i dynamicznych partii gitarowych,a raczej ciepły, nieco romantyczny klimat, do tego podniosłość. Takie refreny jak ten tutaj nie powstają tak często, a na pewno nie w takiej ilości jaką gwarantuje Sammet. No podobnie jak na „The Wikced Symphony” tak i tutaj mamy do dyspozycji 2 ballady. Pierwsza tylko dobra, ale za to „Blowing Out The Flame” to już piękna, pełna emocji i uniesień ballada, gdzie liczy się coś więcej niż tylko prosty i chwytliwy refren, a Tobias mi to daje. Jedni doszukają się komercji, popu, ale czyż nie liczy się coś ponad łojenie? Coś ponad headbanging i chwalenie metalu? Może to dla tych maniaków to za szerokie horyzonty? Końcówka równie emocjonująca co początek. Mamy bardzo symfoniczny kawałek „Symphony of Life”, gdzie po raz pierwszy w całości śpiewa kobieta. Jest Claudia Yang znana z koncertów Avantasii, gdzie śpiewała w chórkach. Wokalistką jest dobrą, taką bardziej gotycką. Kawałek ma ponury klimat, ma chwytliwy refren i ciekawy taki prosty i zapadający w głowie główny motyw. Od razu słychać, że nie skomponował ten utwór Sammet, a Sascha Peath. Ja za to mam zawsze słabość do takich hard rockowych kawałków jak „Alone i Remember”. Basowy riff, któremu jest podporządkowany cała reszta. Dobra pytanie za sto punktów ; kto gra tutaj na basie? Tak jest Tobias Sammet i robi to naprawdę genialnie. Jeśli jest hard rock to jest tez Jorn i mamy prawdziwy killer i taki hard rock skomponowany przez Sammeta to ja bym sobie chętnie posłuchał. Słodki, ciepły i chwytający za refren i słychać szaleństwo i dobrą zabawę. Najlepszą power metalową kompozycję jaka Sammet stworzył w ostatnich latach jest dla mnie „Promised Land” pierwowzór miał trafić na „The scarecrow” ale ostatecznie znalazł się na epce „Lost in Space”, a teraz Sammet daje nam ów kawałek na albumie. Nie ma Kiske, jest więcej Jorna, a tak kompozycja ta sama. Warto zaznaczyć że ów partie gitarowe wygrywa Henjo Richter. Jest dynamika, jest gitarowo i przebojowo, a tego też nam czasami potrzeba. Piękne zwieńczenie albumu w postaci „Journey to arcadia' mógłyby sugerować, że Sammet nie powiedział ostatniego słowa. Niestety po wysłuchania nowego Edguy można powiedzieć, że jednak powiedział. Jest Bob Catley, Russel Allen, Kulick, i coś każdy ze swoich zespołów przemyca, ale Sammet kontroluje wszystko. Tutaj znajdziemy złoto, które nie świeci. Tutaj mamy piękno, którego nie można dotknąć. To jest okno do lepszego świata, pełnego magii i nieznanych przyjemności. Ileż w tym utworze emocji, podniosłości, ciepła, romantyzmu, płaczu. Nie ma sztuczności i grania to czego fan chce co jest modne, ale granie dla spełnienia własnych ambicji, a to właśnie Sammet zrobił. Poszedł pod prąd na przekór fanom, znawcom, recenzentom The scarecrow. Nie nagrał kolejnego „Metal Opera” nie nagrał power metalowego albumu, chociaż mógłby. Tobias Sammet rozwinął się jako kompozytor, muzyk. Oba albumy tj „The Wicked Symphony' i 'Angel of Babylon” to najdojrzalsze albumy Sammeta, gdzie mamy wiele różnorodnych gatunków muzycznych, różnych motywów, melodii, smaczków, które pomimo roku wciąż się wydobywa. Albumu są dopieszczone i zostały zrobione z rozmachem, gdzie zadbano o każdy szczegół. Mamy różnorodność, mamy bogactwo melodii, ale nie tylko. Podziw budzi wyobraźnią muzyczna Tobiasa Sammeta, która poruszy, każdego kto ma duszę, każdego komu emocje nie są obce i który ceni w muzyce coś więcej niż tylko napierdalanie i power metalowe jazdy bez trzymanki. Muzyka nie dla sztywniaków, nie dla fanów napierdalania, szybkiego power metalu, ale dla romantyków i słuchaczy z sercem i duszą. Piękno, którego nie da się opisać,lecz którego należy słuchać i to z otwartą dusza i rozumem na piękniejszy świat, świat pełen magii i czarów. Ocena: 9.5/10 Cała trylogia dostaje ode mnie 10, bo to jest coś wyjątkowego czego nie osiągnął żaden projekt i nie chodzi o gości, czy nazwę. A czy ty otworzysz się na piękno muzyki?

AVANTASIA - The wicked Symphony (2010)


Mówi się, że Tobias Sammet to kiepski wokalista, mówi się że gra komercyjną muzykę, wtórną, mało energiczną, że album to już nie jest ten poziom co kiedyś, albo też że robi za każdym razem skok na kasę. Jednak czy można nazwać go beztalenciem? Czy można nazwać go kiepskim muzykiem. Na pewno nie. Jego styl się kocha albo nienawidzi. Dlaczego jest dzisiaj tak rozpoznawalny, dlaczego go tak ludzie kochają? Po pierwsze za charyzmę, ciekawy wokal, nie będący kolejną kopią Kiske, Halforda, czy też Dickinsona, ale przede wszystkim za geniusz kompozytorski. Jasne obecnie gdzieś Sammet się zagubił i jest w potrzasku. Ale to właśnie jego czucie do muzyki, to jego komponowanie jest tym co go wybija ponad szeregi. Edguy to tylko taki przedsmak, ale geniusz Sammet jedynie potrafię wyczuć w Avantasii. Projekt który miał być jednorazowy wyskokiem, czymś co miało poruszyć rzeszę jego fanów, a także fanów power metalu. I poruszyło bo „Metalowa Opera” jest jedną z najlepszych płyt w tym gatunku od czasów Keeper of the seven Keys' Helloween. Ktoś powie że to nazwiska przyciągnęły słuchaczy, że to granie pod Helloween zebrało takie obite żniwa. Ale czyj był to pomysł, kto napisał kompozycję, kto skomponował wszystkie utwory, kto rozłożył gości? No kto? Sammet. Tak więc to wszystko zawdzięczamy jego geniuszowi, bo jak dla mnie znane nazwiska nie są gwarantem wysokiego poziomu, wszystko zależy od kompozytora. Po latach jednak pomysł na kontynuację tego projektu wróciły. Mówiło się, że to skok na kasę, że Sammet nie ma już pomysłów i stara się ratować tym projektem. Nie było historii, otoczki fantasy, byli bardziej komercyjni muzycy i inny styl, taki mniej power metalowy, a mimo to „The scarecrow” zyskał poparcie fanów jasne nie wszystkich. Starzy zagorzali fani oczekiwali drugiej Metalowej Opery gdzie są power metalowe petardy. Jednak Tobias Sammet chciał pokazać, że ma muzykalną duszę i chciał zaprezentować nieco ambitniejszą muzykę niż power metalowe galopady. Na początku byłem przeciwny temu, bo to było jego korzenie, ale on miał inną wizję. Co ciekawe ,było trochę power metalu, ale tak to album zdominował nieco hard rock, nieco heavy metal i nieco symfoniczne patenty. Komercyjny sukces został osiągnięty. Jednak mało kto wiedział, że nie wszystkie pomysły Sammet zmieścił na ten album, część trafiły na kolejne...dwa albumy. To dziś nie spotykane, bo zaledwie po dwóch latach od premiery „The scarecrow” i „Tinnitus Sanctus” i po męczącej trasie z Avantasia Sammet wydaje dwa albumy w tym samem czasie i to nie jest jakieś 40 minutowy album. Każdy z nich trwa godzinę, każdy z nich ma po 11 utworów. To jest dla mnie jedno z największych dzieł Sammeta. I piszę to osoba, która Edguy nie do końca kocha. Metalowa Opera była geniuszem i uważam, że „The wicked Symphony” „ Angel of Babylon” im nie ustępują. Wiem, wiem inne granie, inny okres, inna styl, inni goście, ale ten sam potencjał. Tutaj jednak granie nieco ambitniejsze, bo jest rock, Aor, heavy metal, jest też power metal. Jest misz masz. A teraz dlaczego to jest ciekawsze od podobnych projektów typu „Kaktus Project” czy Phenomena? Oba zespoły po pierwsze prezentują inne granie i co ciekawe nie brzmią one jak jakiś projekt lecz zespół, bo wszystko brzmi jednakowo, poza tym Sammet nie tworzy takie chaotyczne kompozycje co słychać na Kaktus Project, w którym liczy się tylko brzmienie i nieco szybsze tempo. Ale tam panuje chaos i nie porozumienie. Nie ma ani ciekawych melodii, anie refrenu który by porwał, co więcej nie ma takiego ładunku emocjonalnego co na tych dwóch albumach. Kaktus to granie pod Metal Opere, bo jest power metal, ale z czym do ludzi. Nie ma tej magii, takiego teatrzyku fantasy. I jasne może się podobać, bo aranżacja i brzmienie na bardzo dobrym poziomie, ale to nie zawsze oznacza genialny krążek. Pierwszym z albumów, które chce wam przedstawić jest „The Wicked Symphony

Takiej podniosłości, takiej tajemniczości jaką słychać w „The wicked Symphony” dawno już nie słyszałem. Jest romantycznie, co słychać w baśniowej, wręcz w filmowej melodii. Wszystko zrobione zostało z rozmachem i to większym niż na poprzedniku. Ktoś powie, przecież to smęty, rockowe, wręcz popowe granie. Ale czyż w muzyce nie liczy się czasami coś więcej niż zniszczenie, niż pędzące galopady i energiczne solówki. No dla mnie tak. I to znalazłem to na tej płytach. W tym 10 minutowym kolesie jest i magia, są i uczucia. Jest podniosłość, łzy i smutek, przygnębienie i nadzieja. Główny motyw jest genialny, to nie jest ta banalna power metalowa jazda do jakiej przyzwyczaił nas Sammet. Arcydzieło, gdzie wokalnie Sammeta wspiera Jorn, Russel Allen. Nie muszę dodawać, że obaj wokaliści w znakomitej formie. Wspominałem, że jest power metal i nie kłamałem. Fani metalowej opery ucieszy zapewne „Wastelands”, w którym to większą część śpiewa nie zniszczalny wokalista dawnego Helloween – Micheal Kiske. Tak dynki słychać w refrenie i w riffie. Kawałek również przypomina inny kawałek Avantasii, a mianowicie „Shalter from the Rain”. To jest dowód, który odróżnia Sammeta od innych średnich i słabych muzyków, ze nie tylko świetnie komponuje pod swój głos, ale także pod innych i na tych albumach nie raz to usłyszymy, gdzie dany kawałek mógłby idealniej znaleźć się na albumach kapel macierzystych poszczególnych gości. To jest właśnie geniusz Sammeta, to dla tego jest genialny i rozpoznawalny, to jest talent, jaki innym projektom nie będzie dane, bo tam goście są ale nijak pasują do tego wszystkiego, a tutaj wszystko ładnie tworzy całość, jest harmonia, nie ma chaosu. Kolejny killer na albumie. Kiedy w internecie pojawiła się informacja odnośnie gości, modliłem się o Ripper bo kocham ten jego wokal i dla mnie jest to jeden z najlepszych wokalistów naszych czasów. Sammet zapewniał, że Ripper ma wystąpić w najcięższym utworze i w sumie nie kłamał. „Scales of Justice” to najcięższy kawałek i nie tylko pod względem wokalnym. Tutaj mamy ciężkie partie gitarowe, który mogą przypominać zespoły w których śpiewał Tim, a więc Iced earth, czy też Beyond fear, choć nigdzie nie było takiego killera. Jak dla mnie Sammet świetnie wyczuł klimaty i stworzył prawdziwą perłą. Również dobrze wyczuł Klausa Meine ze Scorpionsów, tworząc „Dying For Angel” który równie dobrze mógłby się pojawić na albumie Scorpionsów. Jest rock, jest bujający refren, jest impreza. Pamiętam jak większość fanów narzekała na „The Scarecrow”, że nie ma Andre Matosa. No i Sammet naprawia swój błąd i mamy owego pana w „Blizzard on a Broken Mirror” i słychać te progresywne patenty, słychać działalność Brazylijczyka. Znów ciekawy refren i dobrze skonstruowany utwór. Czy sammet się wypalił, czy w głowie mu tylko kasa, komercyjny sukces? Nie, on jest ambitnym muzykiem i pokazuje to w kolejnej kompozycji. „Runaway Train” jest to urocza kompozycja niczym otwieracz. Podobny czas trwania, podobny styl, podobny ładunek emocjonalny. Jest coś z Magnum, Jorna i to jest piękna muzyka. Nie liczy się szybkość,, ciężar, jest to po prostu inny świat. Mamy piękną aranżację, jest pianino i chwytający za serce refren. Najwięcej gości się tutaj zebrało, jest Kiske, Catley, Lande, Kulick. Mamy też trochę eksperymentów z dyskotekowymi klawiszami w „Crestfallen” w którym mamy skoczny motyw, a także podniosły refren. Mamy tez coś dla fanów hard rocka i Aor i Jorna czyli „Forever is a long Time”. Takiego rozrzutu i takie urozmaicenia dawno nie słyszałem, bo nawet znalazł się taki dark metal, co słychać „Black Wings” gdzie znów mamy znanego gościa – Ralf Zdiarstek. Kawałek jest mroczny, ale utrzymany w stylu Sammeta. Pierwsze miejsce na podium w kategorii power metal zajmuje oczywiście szybki „States of Matter” gdzie głównym wokalistą jest Russel Allen. Piękna melodia i dot ego anielski refren. Słychać tutaj stary Edguy i Avantasie. Mamy wszystko. Anie do tego bogatego składu brakuje tylko ...ballady i mamy wszystko. „The Edge” to jedna z piękniejszych ballad Sammeta ostatnich lat. Choć tutaj można doszukać się podobieństw do „Tinnitus sanctus”.

Avantasia dała mi ambitną muzykę, która nadaję się nie tylko do relaksu, szaleństwa, ale do refleksji, do przemyśleń i okno na lepszy świat, na świat magii i czarów. Jedni z jadą album za komercję, inni, że nie jest to metalowa opera, inni że goście są lepem na fanów. To ich zdanie. Album jest wyjątkowy jeśli chodzi o taką muzykę, nie chodzi tylko o projekty, ale też cały rok 2010, a także działalność Sammeta. Zawsze stawiał na prosty power metal, gdzie można było zatuszować nie do ciągnięcia. Teraz jest ambitnym muzykiem, gdzie ukazuje swoje inne inspirację muzyczne, które mają nieść ze sobą coś więcej niż tylko szybkie, bezmózgie granie. Ocena nie jest tak łatwo wystawić mogło by się wydawać. Album nie mam wad. Nie wykryłem słabych momentów, ale dam 9.5/10 Magia i wyższy poziom kultury.

wtorek, 5 lipca 2011

AVANTASIA - Metal Opera part 2 (2002)

W dzisiejszym świecie muzycznym czy też filmowym jest sporo ,żeby nie rzec nadmiar kontynuacji kultowych serii, kultowych dzieł, które były wyznacznikiem w dziedzinie filmu czy też muzyki, nie wiadomo czy to jest spowodowane odcinanie kuponów od tych wielkich dzieł, czy twórcy chcą zarobić na danym tytule pieniądze ,pogrzebując zazwyczaj to co zostało osiągnięte czy robią to specjalnie dla fanów, którzy dali by wszystko żeby zobaczyć/usłyszeć kontynuację swojego ulubionego dzieła. Ja tam nic nie mam przeciwko kolejnym częścią danego dzieła, jeśli jest on przemyślany i robiony z głową. Niektóre projekty robią wrażenie, ale wg mnie złotą regułą na takie chwyty jest robienie czegoś za ciosem i najlepiej w takim składzie co pierwotnie. I lepiej żeby było w jakiś sposób połączone ze sobą. I jak wiemy takie chwyty nie przemyślane były zgnojone przez fanów, natomiast kontynuacje robione z głową i z taką pasją jak przy pierwszej części mogą przynieść niespodziewany sukces jak np. Kepper of The Seven Keys part 2, czy też właśnie......Avantasia- metal Opera part 2!Która umocniła pozycję zespołu, która jest uzupełnieniem pierwszej części. Tobias Sammet głowa Edguya, który ze swoim projektem AVANTASIA po raz drugi uderzył niesamowitym dziełem, który przez niektórych bije jedynkę choć ja tak nie uważam, ale bez wątpienia jest to bardzo udana kontynuacją tego przedsięwzięcia , ale jak było wcześniej wiadomo będzie to kontynuacja historii i tego co było na jedynce, więc nie można było mówić o porażce, zresztą Tobias postarał się skompletować podobny skład!Więc nie było mowy o porażce. Zresztą jak wiadomo płyta osiągnęła podobny sukces...

Na szczęście utalentowany Tobias od początku ukartował ,że będzie to dwu częściowa opowieść fantastyczna o gabrielu zrobiona w klimatach metalowej opery. Zawsze podziwiałem Tobiasa nie tyle co za wokal co za łeb do tworzenia utworów, w Edguyu tworzy majstersztyki, ale tak naprawdę w tym projekcie się otworzył i rozwinął skrzydła, pokazał całemu światu ,że Avantasia to nie pozostałości po Edguyu, lecz coś zupełnie świeżego, wręcz unikatowego jeśli chodzi o scenę metalową. Krążek ujrzał światło dzienne w Sierpniu, a dokładniej 26.08 2002 r.I muszę przyznać że tym razem album zdobi przepiękna okładka ,coś troszkę skojarzyła mi się z piękną okładką Keepera 2 ,ale idealnie przedstawia to co będzie nas czekało po odpaleniu krążka.

Dobra od razu pozwolę sobie przejść do zawartości krążka. bardzo ciekawym zabiegiem było wysunięciem najdłuższego kawałka na przód,tak album otwiera znakomity „THE SEVEN ANGELS”- utwór który niszczy nie tylko długością czy też rozbudowaniem i zmianami temp lub gościami (a jest ich sporo) lecz niesamowitą aranżacją. Ale trzeba przyznać ,że zabieg z rozpoczęciem od najdłuższego kawałka po raz kolejny się sprawdziło jak np w przypadku The X Factor IM. Zawsze miałem słabość do tego utworu,a to ze względu na klimat i niesamowitym przepychem jeśli chodzi o dźwięki czy też popisy wokalne, czy też unikatowe chórki które przypominają jakiś chórek dominikanów czy innych osób świętobliwych , kolejną mocnym atutem utworu jest to że co chwili coś się dzieje , nie trzymają się jednego motywu, nie usypiają ,ani też nie przynudzają nadmiarem ciężaru czy też słodkością, idealnie zostało wyważone, słuchając tego kawałka od pływa się w ten świat fantasy. Jedno jest pewne,drugiego takiego długiego kawałka już nie usłyszymy na tym krążku, więc jak można przeczuć reszta część płyty jest zdominowana przez 5min kawałki. A zaczyna się od utworu który jest zatytułowany jak jeden kawałek GR ,mowa o „NO RETURN” ,który oczywiście nie jest coverem GR. Ten utwór jest naprawdę niesamowity, gdyż jest bardzo chwytliwy i pełen znakomitych melodii, oczywiście rękę Richtera słychać, przez co mamy do czynienia z power metalowym killerem. Tym razem Tobiasowi towarzyszą w partiach wokalnych Kiske, Matos.Wiec zabójczy duet można by rzec. Jest to naprawdę genialny kawałek,którego nie można opuścić. Numer 3 na tym albumie zawsze przysparzał mnie o dreszcze, a to ze względu na niesamowitą aranżacje, klimat oraz na imponujący refren, tak mowa o „THE LOOKING GLASS” Bardzo interesujący kawałek, w którym główną rolę nie odgrywa ciężar,szybkość czy łupanka, ano nie to wszystko zostaje zastąpione powalającym refrenem ,ciekawym rytmem gitar oraz niszczącą solówą. Po dużej dawce melodyjnego powerka,pora się zrelaksować przy miłej dla ucha balladzie „IN QUEST FOR”- no co jest tutaj mocne to gra Tishera na pianinie. Ogółem fajna balladka, ale słyszałem lepsze. Dobra walić tam rozczulanie nad balladami, po raz przejść do jednego z lepszych kawałków Sammeta EVER,o to mam zaszczyt przedstawić wam najcięższy kawałek Avantasii - „THE FINAL SACRIFICE” i nie miałbym nic przeciwko, gdyby Edguy grał w taki stylu. Ten utwór od razu mi pod pasował, bo to co tutaj wyprawiają muzycy z szczególnym naciskiem na Sammeta to chylę czoło, bo brzmi to rewelacyjnie, a Tobias udowodnił że jego głosik nadaje się do nieco mocniejszych utworów.
Utwór wyróżnia się spośród tej płyty,co zresztą słychać Dla mnie jest to nr.1 jeśli chodzi o part 2.
NEVERLAND”toż to kolejna dawka melodyjnego grania najwyższych lotów i po raz kolejny jest to kompozycja wypasiona pod każdym względem .Zarówno wokaliści niszczą jak i sama aranżacja. Ten kawałek również wpadł mi podczas pierwszego obrotu, bo nie mogło być inaczej. Ten kawałek aż się prosi żeby go sobie jeszcze z kilka razy odtwarzać i żeby nucić sobie zajebisty refren.
Zaczyna się naprawdę melodyjnym riffem , w którym od razu słychać styl Richtera, po paru sek Rob Rock niszczy swoim unikatowym głosem w pierwszej zwrotce. Refren to jak przystało na Sammeta, chwytliwy i zapadający w głowie. I oczywiście tym razem solówka należy do Richtera,który nie zawodzi po raz kolejny. „ANYWHERE”- o wiele lepsza ballada niż IN QUEST FOR, ale rozkręca się pod koniec, bo tak przez cały czas trzyma w napięciu i dominuje melancholia, no cóż na pewno nie mogło zabraknąć na tym projekcie nieco bardziej łapiących za serce wałków. Moim zdaniem na większą uwagę zasługuje kolejny utwór, który ma wszystko to co najlepsze w tym projekcie utwory ,mowa o „CHALICE OF AGONY” .
Też zawsze go wyróżniałem jeśli chodzi o drugą część metalowej opery. Genialne popisy wokalistów, porywający refren,świetna aranżacja na czele z riffem. Zaczyna się spokojnie,ale krzyk Tobiasa rozpoczyna prawdziwą rzeż, chwytliwy riff od razu wdziera się wmyśli, ale to co słychać podczas zwrotki to jest dopiero uczta:D Matos na zmianę z Tobiasem, świetny efekt. Pamiętam jak byłem nieco młodszy i dopiero rozpoczynałem przygodę z powerkiem to miałem odróżnić wokal Matosa i Tobiasa, cholernie podobne wokale mają. Zawsze uważałem ze podstawą perfekcyjnego utworu jest zabójczy refren, i tym razem taki otrzymałem. Chalice of Agony to prawdziwa kwintesencją avantasii. Na uwagę zasługuje również „MEMORY”,w którym po raz kolejny przewodzi gitarka Ludwiga, a więc po raz kolejny mamy nie co cięższy wałek, coś dla tych którzy polubili Final sacrififce. I oczywiście darze go równie wielką sympatią. Zaczyna się mocnym riffem,i muszę przyznać ze bardzo łatwo go zapamiętać. i tak prawie przez cały utworek towarzyszy ten motyw. Podczas zwrotek Ralf Zdiarstek daje popis swoich umiejętności wokalnych, i jestem pod wrażeniem bo idealnie pasuje do tego tła .No niema to jak zakończyć krążek w spokojnym,podniosłym stylu. Album zamyka „INTO THE UNKNOWN” który jest dobry, ale bez jakiegoś obesrania. Utwór zaczyna kwestia Sharon den Adel, która po raz kolejny zniszczyła swoim anielskim głosem. No a tak resztę utworu dominuje Tobias. Na szczęście solówkę wykonuję Timo Tolki. No więc tak wygląda pokrótce zawartość. Do tego trzeba wspomnieć,że i tym razem album został idealnie przygotowany, świetne brzmienie, soczyście brzmiące solówki itd .

Ale przejdę od razu do podsumowania:

No więc Avantasia part 2 jest z pewnością tym album, którym spokojnie można okrzyknąć arcydziełem, bo spełnia wszystkie kryteria, które powinien spełniać album walczący o to miano. Ten album jest idealnym przykładem ,że jak się chce to można stworzyć idealną kontynuację wielkiego dzieła, choć nie zawsze się to udaje. Tutaj trzeba zauważyć, że dwójka powstała tylko rok później, podobnie jak choćby Keeper part 2. Skład też ten sam,więc to co było gwarantem jedynki ,stało się tez podstawą dwójki. Również należy zwrócić uwagę,że tak naprawdę to nie goście się tu liczą,lecz pomysły Sammeta ,bo tak naprawdę to jest jego projekt, a goście mu tylko pomogli stworzyć coś unikatowego. To on tak naprawdę jest głównym autorem jak i bohaterem tej opowieści. To do niego zależało czy to będzie coś w klimacie jedynki a może czegoś innego.
Avantasia metal Opera, zarówno jedynka i dwójka są cenionymi wysoko albumami, zrobiły wielką furorę wśród fanów takiego grania, jak fanów danych osobistości,bo jakby nie było to one w dużej mierze przykuły uwagę słuchaczy. Do dziś robi niesamowite wrażenie podczas słuchania, wytrzymał próbę czasu i choćby nie wiem co będe go uważał za jednego z lepszych krążków na power metalowej scenie. Minęło już prawie 10 lat,a albumy są wciąż świeże i robią powalające wrażenie. Takie kawałki jak Seven Angels, Final sacrifice czy też Neverland pozostają długo w głowie i aż się proszą żeby odpalić je wraz z pozostałymi perełkami. Metal Opera part 2 to wg mnie arcydzieło,najlepszą rzecz jaką mógł stworzyć Sammet. Za to cudo należy się tylko jedna ocena...10/10 I jeśli ktoś nie miał przyjemności posłuchać Avantasia Metal opera to radzę to czym prędzej nadrobić.

czwartek, 23 czerwca 2011

AVANTASIA - The Scarecrow (2008)

  
 Avantasia to jeden z najbardziej znanych projektów, który zebrał całą śmietankę muzyków z pogranicza Power i Heavy Metalu. Obie części metalowej opery odniosły komercyjny sukces i wyciągnęły macierzysty zespół Tobiasa Sammeta na wyżyny. Sam lider obu zespołów zarzekał się kolejnych części, kolejnych płyt pod szyldem Avantasia, gdyż dla niego była to jednorazowa odskocznia i możliwość zrealizowania pomysłu odnośnie metalowej opery, który długo się rodził w jego głowie. Mija zaledwie kilka lat i w roku 2007 nachodzą świat pogłoski jakoby Sammet nagrywał nowy album...Avantasii. Szok początkowo był, ale też temu uczuciu towarzyszyło inne uczucie....Strach. Sammet z zespołem Edguy odchodził od power metalu bardziej na rzecz hard rockowego grania, który ma w sobie szczyptę power metalu. Powtórki z dwóch poprzednich krążków nikt się nie spodziewał, bo to były za wysokie progi nawet dla kogoś tak utalentowanego jak Tobias. Zaczęły się pojawiać w sieci informacje odnośnie gości i strach się powiększał, bo było sporo typowo rockowych gości. Pełnometrażowy album o tytule „The scarecrow” poprzedziły dwie części epek. I potwierdziły obawy, że album będzie czymś innym, ale czy gorszym? To już kwestia gustu, jednak jedna rzecz mnie uspokoiła, a mianowicie talent kompozytorski Tobiasa. Mogło się wydawać, że Tobias podjął decyzję wskrzeszenia tego projektu, żeby zgarnąć łatwą kasę i żeby przypomnieć o sobie jeszcze raz. Tym razem jednak nie ma żadnej ciekawej historii,jest typowy album naszpikowany gośćmi. Jednakże nie liczą się pobudki dla jakich album został stworzony, tylko co prezentuje, jaką muzykę niesie ze sobą. O ile na pierwszych krążkach było zdominowanie przez muzyków grających w zespołach power metalowych. O tyle tym razem jest rozrzut, są i rockowi , są i specjaliści od heavy metalu, a także weterani power metalu. Tyle tytułem wstępu, a teraz skupmy się na zawartości krążka.
Całość rozpoczyna „Twisted Mind” i tutaj słychać że Avantasia chce być na topie, chce być czymś ambitniejszym niż power metal. Mnie tam się to podoba nowe wcielenie tego projektu, pomimo że odsunęli się od grania pod Helloween. Jest ponury klimat, jest operowy riff, jest prosty i chwytający refren, a wokalny dialog Sammeta z Khanem z Kamelot wybitny. Jednakże niektórzy starzy fani mogą być zawiedzeni, w sumie im się nie dziwię, bo sam kochałem starą avantasie, choć z drugiej strony to nowo wcielenie też jest genialne. Sammetowi można przypisać cechę podobną do Kai czy też innych znanych muzyków, że potrafi sam stworzyć niezwykłe utwory, sam potrafi stworzyć niezwykłe kolosy. W skrócie, jest osobą która jest obdarzona przez Boga niezwykłym darem kompozytorskim. A taki „The Scarecrow” jest jego z najlepszych dzieł jakie wykreował. Jest epickość, jest klimat, jest również...wzruszenie. Piękne dźwięki wydobywają się z tej kompozycji, jak nie flet, to gitara i wiele innych smaczków. Daleka jest od szybkiej galopady, ale ma swój urok i prezentuje piękno jakie ciężko znaleźć w muzyce metalowej. Tekst łatwo się klei słuchacza zwłaszcza refren. Pochwalić tutaj wielkiego gościa, bez którego ten album nie miałby takiego efektu, a mianowicie Jorna Lande. „Shalter from the rain” tutaj słychać echa starego wcielenia Avantasii. Jest szybkość, drapieżność i melodyjność. Nie ma się czemu dziwić skoro warstwę instrumentalną została zagrana przez Henja i Kaia z Gamma Ray. Refren iście Helloweenowy, to też powierzono go nikomu innemu jak byłemu członkowi tego zespołu – Michealu Kiske. Poza szybkością, można tutaj nieźle wczuć się w klimat w połowie, gdzie pierwsze skrzypce gra Bob Catley z magnum – genialne została rozegrana ta kwestia. Wielką niespodzianką okazał się utwór „Carry Me over” - jeden z singli, który promował ten album. Tym utworem Tobias rozczarował fanów, którzy go przekreślili za sprawą tego utworu. Dlaczego? Pop rock zagrany pod radio. Ale chwila moment. Czy liczy się tylko szybkość i ciężar, bo tak jest bardzo metalowo? Bo słuchanie takich chwytliwych rockowych kawałków jest tzw „pedalskie” i nie heavy metalowe. Pieprzyć takich ludzi i ich zdanie. Liczy się to co komu w duszy gra, a ta kompozycja przemawia do mnie choć jest innym obliczem niż to z metalowej opery. Jest prosty i chwytliwy refren. Jest fajna melodia oraz rockowy feeling, czegoś chcieć więcej? Co mnie zdziwiło to tytuł kolejnego utworu - „What a kind of Love”. Nie typowa nazwa dla utworów Tobiasza, ale cóż w końcu to tylko tytuł. Amanda Sommerville i wszystko jasne skoro kobieta na wokalu to raczej łagodny będzie klimat. Tak też jest, ale o dziwo wzruszył mnie ten utwór. Piękne partie wokalne, niezwykły klimat taki nawiązujący do okładki. Choć utwór może bardziej kojarzyć się z jednym z utworów Celine Dion. Zresztą refren taki właśnie dość znany z radia.
Tak wypoczęci i wzruszeni możemy śmiało zmienić się w bestię i wyszaleć przy kolejnej petardzie na tym albumie, a mianowicie „Another Angel Down” kolejny killer na miarę dwóch pierwszych albumów. Jest energia, jest chwytliwy refren, a do tego genialny Jorn, który rozgrywa na tym albumie swoje jedne z najlepszych partii w swoim życiu. Riff z kolei jest bliski graniu Gamma Ray i Helloween. Na tym albumie panuje niezły klimat to trzeba przyznać nawet ciekawszy niż na metalowej operze bo tam było baśniowo, tak nieco fantasy. A tutaj no cóż jest mrok, tajemniczość i to może się podobać. Taki klimat dominuje w „The Toy Master”. Kolejny mocny punkt na tym albumie. Jest ciężko i posępnie. A w takich klimatach sprawdza się Alice Cooper, gdzie w całości oddano mu utwór. O dziwo można się przekonać na już wydanej koncertówce, że Kai Hansen też czuje się jak rybka w wodzie w takich klimatach. Riff prosty, ale porywa podobnie jak refren. To jest genialny dowód na to, że warto było nagrać nowy album, zmienić nieco styl, iść naprzeciw temu co wszyscy chcieli, no brawo za odwagę bo to w końcu wydaje plony. Na miarę pierwszych albumów jest też „Devil in The belfry” melodyjne wejście i słychać, że znów macał tutaj Henjo Richter co też przybliża ten utwór do metalowej opery. Proszę się w słuchać w ten refren, ale miazga. Takie rzeczy to jednak Tobias potrafi tworzyć, brawo. Tutaj Tobiaszowi pomaga wokalnie Jorn, którego jest najwięcej na tym albumie. Najsłabszy jest ”Cry a just little” totalnie nie porozumienie, nawet Rudolf Schenker nie ratuje tego utworu. Można było go zastąpić genialnym „Story aint over' z epki. Złe wrażenie próbuje zetrzeć „I dont believe in your Love” z mocnym riffem i prostotą, która chwyta. Tutaj genialnie się wpasował Oliver Hartmann. Na koncertówce wypada to jeszcze lepiej. Album zamyka kolejna kontrowersyjna kompozycja w stylu Carry Me Over - „Lost In Space” cóż ma do niej takie same podejście co do tamtego utworu, to też podoba mi się to nagranie, choć jest dalekie do pierwszych albumów i od metalu, ale miło się tego słucha.
Album ma kilka potknięć, ale całościowo wypada naprawdę bardzo dobrze. Rok 2008 był bogatszy w inne lepsze życie. Ale jak przyszło co do czego to u wielu ten album był wymieniany w rozliczeniach. Nie dziwię się bo album pomimo swoje wydźwięku się jednak wyróżnia. Przebojowością, to w jaki sposób zostały zaprezentowane utwory, gośćmi, a także niezwykłym wachlarzem gatunków muzycznych. Bo każdy coś tu znajdzie dla siebie spośród wyliczanki: rock,heavy metal, power metal, pop rock. 3 lata minęły, a ja wciąż wracam do tego albumu i wciąż przysparza mi sporo radości i przeżyć muzycznych. Warto sięgnąć, bez względu na przeszłość Tobiasa Sammeta i bez względu na to co piszą w internecie. Nota: 9/10

środa, 22 czerwca 2011

AVANTASIA - Metal Opera part 1 (2001)





Avantasia to bez wątpienia jeden z ciekawszych projektów jakie znam i na dodatek z bardzo ale to bardzo powalającym dorobkiem. Zespół powstał za sprawą Tobiasa Sammeta ,który jest głową innego zespołu -Edguy,.Tobias Sammet to osoba bardzo oryginalna i trzeba przyznać bardzo utalentowana, bo zarówna jak Kai Hansen tak i on zrobił dużo dla power metalu i tego dowodem jest choćby właśnie Avantasia i metalowe opery. Metalowe opery, tak opery bo są to dwie części, który razem tworzą spójną całość jeśli chodzi o temat, historie jak i muzykę. Tak , jest to koncept album, który wg mnie jest naprawdę oryginalny i z dominowany przez ciekawą historię w której główną rolę gra Gabriel -Tobias a reszta gości odgrywa poszczególne postacie i żeby nie było to zbyt banalne, gośćmi są znane i lubiane osoby ze świata metalowego. Tak więc można powiedzieć że Tobias wszystkich zaskoczył nagrywając taki niesamowity krążek, który światło dzienne ujrzał w 2002r. Album został dopracowany pod każdym względem i słuchając go również po 7 latach, robi imponujące wrażenie i trzeba powiedzieć, że mamy do czynienia z Arcydziełem przez duże A!!! Od kiedy miałem ten krążek w swoim posiadaniu, kojarzył mi się on zawsze z Kepperami o te ze względu na:

- powalające kompozycje i produkcję
- niesamowity wpływ na scenę
- oryginalność
- dwie części tego niesamowitego pomysłu Tobiasa!

Ale wracając do Metalowej opery , jest to album jedyny w swoim rodzaju, takiego drugiego nie znam, z taką dawką niesamowitych chórków, z taką ilością melodii, i z taką ilością niesamowitych gości, ogółem cudo. Pierwsze na co trzeba zwrócić uwagę, to na przyjemną i utrzymaną w klimatach fantastycznych oprawę graficzną. Dalej idąc , bardzo perfekcyjne brzmienie które rzuca na kolana, i na koniec niesamowite kompozycje przepełnione klimatem fantastycznym ,baśniowym i to za sprawą niesamowitej historii, bez której ani rusz.

Album otwiera PRELUDE,bardzo spokojnie ,ale zarazem wprowadzające nas w klimat fantastyczny intro, ciekawa zagrywka orkiestrową i po paru sekundach łagodność przemienia się w niesamowitą jazdę power metalową , która dostarczy niesamowitej satysfakcji i przeżyć muzycznych każdemu słuchaczowi. Po przepięknym wejściu słychać już tylko wzorowanym na nim riff , który od razu nasuwa stary dobry Helloween i w takim wielkim stylu zaczyna się REACH OUT FOR THE LIGHT który praktycznie jest przedsmakiem tego co czeka nas później. Świetny utworek pełen energii i bardzo powerm etalowy. Utworek ten prezentuje naprawdę niesamowity kunszt oraz pomysł Tobiasa na ten kawałek. Wszystko zaczyna się od bardzo melodyjnego riffu w wykonaniu Henja Richtera ,który niszczy swoją grą na gitarze,ale tak to jest jak się gra przy wielkim Kaiu. Ale podczas zwrotek lekka zmiana tempa i niesamowity wokal Tobiasa, który rządzi i dzieli na tym krążku,zajebiście gitarki chodzą w tym momencie. Refren który jest bardzo porywisty i helloweenowy należy do Micheala Kiske ,który niszczy swoją formą wokalną,bo jakby nie było miał on małą przerwę od takiej muzyki,ale tutaj spisał się na medal. Jakby tego było mało,Henjo Richter pokazuje co to znaczy solówka na bardzo wysokim poziomie,oj Kai na pewno jest z niego dumny. W skrócie Kill! Kolejny kawałek to SARPENTS IN PARADISEi jest to kolejny perfekcyjny kawałek ,bez jakieś wskazy, potknięcia, niesamowity pod każdym względem. Zaczyna się niesamowitym riffem, który jest diabelnie oryginalny. Zwrotka jest dowodem jak można umiejętnie zmienić tempo i nastrój . Oczywiście w pierwszej części rządzi Tobias,który czuje się idealnie w takich kawałkach. Podczas zwrotki, zresztą jak i w całym tym albumie dużą rolę i zarazem jedną z głównych odgrywa chór, który oddaje to operowe znaczenie. Drugą zwrotkę upiększa głos Davida DeFeis as Friar ,który naprawdę powalił mnie swoim głosem. Jeśli chodzi o Malleus Maleficarum,w pamięci zapadł mi tutaj wokal Malleus Maleficarum, oraz taki klimacik kapłański Hmm, kolejny kawałek troszkę nasuwa mi Helloween i GR ,mowa o genialnym BREAKING AWAY,który jest szybki,bardzo melodyjny czyli tak jak przystało na power metal, ale takie osoby jak Henjo i Kiske sprawiają ,że słychać duch wspomnianych bandów. Henjo grając riff od razu zdradzają ,że to on, i troszkę niestety mi się to kojarzy z tym co prezentuje w GR, natomiast sam kawałek,t empo jak i refren naprawdę kojarzą się z helloweenem,no i do tego wokal ex wokalisty tego bandu Micheala Kiske: Jeśli chodzi o solówki to oczywiście po raz kolejny wykonane przez Henja. Jeśli o mnie chodzi ,zawsze miałem słabość do genialnego FAREWELL głownie ze względu na jego kunszt, wykonanie, oryginalność . I AVANTASIA i Tobias pokazali, że potrafią nagrać również nieco wolniejsze kawałki,które koszą nawet szybsze Zaczyna się ciekawą melodyjką,która od razu zapisuje się w głowie. Kiedy wkraczają gitary to brzmi to powalająco i naprawdę oryginalnie. Podczas zwrotek lekkie zwolnienie i przetrzymanie napięcia do punktu kulminacyjnego jakim jest refren. Powiem jedno klękajcie narody,bo jest to jeden z najlepszych refrenów ever,przynajmniej dla mnie, podniosły, chwytliwy i nie banalny. Druga zwrotka należy do Sharon Den Adel ,która jest jak dla mnie jedną z lepszych wokalistek a w tym kawałku sprawdziła się genialnie i bardzo profesjonalnie. Oczywiście solówkami zajął się henjo,no bo kto inny
A jak się dobrze wsłuchacie to usłyszycie pod koniec genialnego Kiske,który pomimo tak nie wielkiej kwestii rozpierdala niesamowicie: No farewell could be the last one. If you long to meet again... Idąc za ciosem mamy kolejny kawałek pretendujący do miana killera- THE GLORY OF ROME i muszę przyznać że w tym utworrze jest więcej osobistości i do tego przez cały czas Henjo niszczy swoją grą to albo riff,to albo solówki. Wokalnie niesamowicie niszczą Rob Rock, Hartmann i Ralf Zdiarstek no i oczywiście Tobias. Niesamowita zmiana tempa , ciekawe popisy wokalne, no i ten refren ,w którym te chórki przyprawiają mnie o dreszcze,oczywiście w sensie pozytywnym
Oczywiście hymnem z tego albumu jest tytułowy AVANTASIA , który jest jakby kwintesencją i wizytówką tego albumu. Ciekawie wyszedł tutaj ta melodyjka zagrana jakby na organach ,wyszło naprawdę operowo. Podczas zwrotek Tobias napawa nas niesamowitym klimatem i pozytywną energią,ale nie mogło oczywiście zabraknąć Kiske w takim kawałku. Po raz kolejny Avantaisa powala nie tuzinkowym refrenem. Do dziś nie mogę się uwolnić od tego refrenu zdominowanym przez chórek.A new Dimension daje nam chwile odsapnąć ,żeby móc się na cieszyć wokalem Hansena i Matosa w INSIDE,który jest bardzo miłą dla ucha balladą i jakoś sobie nie wyobrażam tego krążka bez tego kawałka. I choć reszta była znakomita, oryginalna i perfekcyjna,to jednak pierwszym kawałkiem, który katowałem z największym naciskiem był właśnie SIGN OF THE CROSS No co za zajebisty kawałek, przez te 7 minut nie ma szans się nudzić, oj Sammet o to zadbał. Kawałek niszczy klimatem, aranżacją i niesamowitym refrenem. A jeśli chodzi o wokale to Andre, Hartmann, Tobias, niszczą ,ale jednak moim faworytem jest Kai w niesamowitym momencie,kiedy gitarki przyspieszają,a on śpiewa: You have been the chosen one, ...Ale równie brawa należą się Jensowi Ludwigowi za perfekcyjną solówkę, niesamowity pokaz umiejętności.
A na koniec ,mamy kawałek który jest punktem kulminacyjnym tego krążka- THE TOWER, który zachwyca, niezłymi zmianami temp, ciekawym klimatem,niesamowitą aranżacją i powalającymi wokalami jak choćby Matosa,czy też Kiske.Utwor jest tak samo świetny jak reszta,ale bez wątpienia jest to utworek szczególny i nie można go pominąć!

Podsumowując: Metalowa Opera part 1 to krążek szczególny i to nie tylko ze względu na listę osób uczestniczących w tym projekcie, ale przede wszystkim ze względu na muzykę. Tobias naprawdę postawił sobie tak wysoko poprzeczkę, że już nigdy jej nie przeskoczy, bo takich albumów nie nagrywa się co roku, są one raz na jakiś czas, a myślę że ciężko dorównać takiemu krążkowi właśnie jak metalowa opera, bo jest tutaj wszytko czego dusza zapragnie i do tego jest to zrobione profesjonalnie, że mucha nie siada. Tobias nie dość, że zebrał imponujących gości to jeszcze stworzył niesamowite utwory, które są tak świeże i niesamowite, każdy z nich błyszczy niczym diament. Na taki album czekałem prze z długi czas, i spokojnie można je postawić obok kepperów bo są to krążki jedyne w swoim rodzaju i spokojnie można nazwać ten album ARCYDZIEŁEM!10/10