piątek, 11 września 2026
TYGERS OF PAN TANG - Electrifyed (2026)
niedziela, 6 września 2026
AIRBOURNE - Airbourne (2026)
Jednym z tych zespołów, które próbują oddać hołd AC/DC, a zarazem rozwijać ich dziedzictwo, jest bez wątpienia australijski Airbourne. Zaczynali w 2003 roku i już w 2007 roku wydali świetnie przyjęty debiut „Runnin’ Wild”. Świetnie wspominam jeszcze „Black Dog Barking”, który dla mnie jest jednym z ich najlepszych albumów. W sumie, kiedy spojrzymy na dyskografię tej formacji, to nigdy nie zawiedli i zawsze nagrywają bardzo dobry materiał, będący mieszanką hard rocka i heavy metalu w klimatach starych płyt AC/DC z Bonem Scottem na wokalu. Robią to z gracją, poszanowaniem tamtych płyt i dają też sporo od siebie. Naprawdę robią to w wielkim stylu.
Teraz, po siedmiu latach, powracają z szóstym albumem studyjnym zatytułowanym po prostu „Airbourne”. Płyta miała premierę 28 sierpnia i oczywiście jest to znów typowy album Airbourne, który zasługuje na uwagę.
Nie ma tutaj miejsca na ballady, zbędne eksperymenty czy próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest za to dwanaście numerów, które pachną benzyną, piwem, rozgrzanymi wzmacniaczami i klubową sceną. Airbourne gra dokładnie tak, jakby czas zatrzymał się gdzieś pomiędzy klasycznym hard rockiem a złotą erą australijskiego rock’n’rolla. Największą zaletą „Airbourne” jest jednak to, że ten zespół nadal wie, kim jest. Nie próbuje nagle grać nowoczesnego metalu, nie dodaje elektroniki, nie sili się na progresywne rozwiązania. Airbourne bierze klasyczny hard rock, dokręca gałkę głośności i jedzie dalej.
Band czerpie garściami z dokonań AC/DC i nie kryje się z tym. Tutaj nie ma niespodzianek, bo w sumie tego od nich oczekują fani. Zespół zadbał o mocne brzmienie i hard rockowy pazur. Okładka też pasuje do zespołu i zachęca, by sięgnąć po nowe dzieło Airbourne.
Nowy album to dwanaście kompozycji i każdy znajdzie coś dla siebie. Podobnie jak AC/DC niegdyś, Airbourne też zamieścił na płycie utwór związany ze świętami Bożego Narodzenia. Ciekawy zabieg, a sam utwór nie jest taki zły. Warto dać szansę „Christmas Bonus”.
Z kolei otwierający „Gutsy” jest jak kopniak w drzwi. Brudne gitary, charakterystyczny, zachrypnięty wokal Joela O’Keeffe’a i refren, który aż prosi się o chóralne śpiewanie podczas koncertu. To kwintesencja Airbourne – zero kalkulacji, maksimum energii. Tak, wokal O’Keeffe’a w dalszym ciągu jest znakiem rozpoznawczym zespołu i przesądza o jego potędze. Nie można też pominąć ciężkiej pracy gitarzystów, bo duet O’Keeffe/Tyrrell bazuje na klasycznych patentach, hard rockowej energii i elementach AC/DC. Nie ma w tym za grosz oryginalności, ale w niczym to nie przeszkadza.
Jeszcze ciekawiej robi się przy „Alive After Death (Last Plane Out)”. To jeden z bardziej emocjonalnych momentów albumu, choć oczywiście wciąż ubrany w potężny hardrockowy riff. To kolejny wyrazisty kawałek z pomysłowym motywem przewodnim.
Prawdziwym kandydatem na wielki koncertowy hit jest „Here She Comes”. To właśnie tutaj słychać większy rozmach produkcyjny. Nie jest przypadkiem, że przy utworze pracowali Mutt Lange i Bryan Adams. Kompozycja ma ogromny refren, świetnie budowane napięcie i ten rodzaj melodii, który można sobie wyobrazić na wielkiej festiwalowej scenie. Airbourne brzmi tutaj nieco bardziej stadionowo, ale nie traci swojej charakterystycznej drapieżności. Słychać bardziej komercyjne oblicze zespołu. W takim wydaniu też brzmią ciekawie. Utwór mógłby trafić do stacji radiowej.
„Kid In A Candy Store” wraca do bardziej bezpośredniego, rock’n’rollowego oblicza zespołu. Jest brudno, szybko i z charakterystycznym dla Airbourne poczuciem humoru. Podobnie działa „Sky High”, gdzie Australijczycy po raz kolejny pokazują, że rock’n’roll w ich wykonaniu nie musi być śmiertelnie poważny. To kawałki mocno zakorzenione w AC/DC, a mimo to brzmią świeżo i potrafią bujać.
Na uwagę zasługuje również „Who Put The Rhythm In You?”, który dzięki udziałowi Bryana Adamsa i pracy Mutt Lange ma nieco bardziej klasyczny, przebojowy charakter. Odnoszę wrażenie, że te momenty, kiedy band zbacza w bardziej komercyjne rejony, są najsłabszym elementem płyty.
Świetnie wypada także „Last Man Standing” – prosty, bojowy i pełen energii numer, który doskonale pasuje do filozofii zespołu.
Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest „Bogotá”. Mocne gitary, mocne brzmienie i trochę przypominają się czasy „Ballbreaker”. Mamy jeszcze pełen energii killer w postaci „Hell’s Got No Vacancy” i tutaj mamy wszystko to, co kochamy w muzyce Airbourne i AC/DC. Szkoda, że cała płyta nie ma takiej mocy.
A później przychodzi „Send Me To Rock ’N’ Roll Heaven” – finał, który ma szczególne znaczenie. To hołd dla rockowych legend, między innymi Lemmy’ego, Johna Bonhama, Bona Scotta i Little Richarda. Trudno o lepsze podsumowanie albumu zespołu, który przez całą swoją karierę czerpał inspirację z tych właśnie postaci.
Jeżeli ktoś oczekiwał od Airbourne drugiego „Runnin’ Wild”, może poczuć niedosyt. Jeżeli jednak chcecie po prostu 47 minut konkretnego, głośnego hard rocka z charakterem, „Airbourne” jest jednym z tych albumów, które robią dokładnie to, co powinny. Airbourne nadal nie bierze jeńców. I bardzo dobrze.
Ocena : 8.5/10
piątek, 4 września 2026
MAD MAX - Stories Of destiny (2026)
sobota, 22 sierpnia 2026
STEELOVER - Devils highway (2026)
Największą zaletą „Devil’s Highway” jest właśnie ta prostota. Steelover nie próbuje stworzyć kolejnego przełomowego albumu w historii heavy metalu. Zamiast tego dostarcza muzykę, która ma przypominać, dlaczego klasyczny hard rock i heavy metal wciąż potrafią działać. Riffy są czytelne, refreny melodyjne, a gitarowe partie mają odpowiednią dawkę charakteru. Duet Farina/Freson spisuje się i napędza ten band. Stawiają na klasyczne patenty i starają się utrzyma klimat lat 80. Co na pewno napędza ten band to charyzmatyczny wokalista Vince Cardillo, kory potrafi nadać kompozycjom charakteru i drapieżności. Potrafi odnaleźć się zarówno w klasycznym heavy metalu jak i hard rocku. Mimo upływu lat wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć.
„Devil’s Highway” to jedenaście utworów zanurzonych po uszy w klasycznym hard rocku i heavy metalu. Nie ma tutaj pogoni za nowoczesnością, eksperymentów czy prób dopasowania się do aktualnych trendów. Jest za to wszystko to, za co wielu z nas pokochało metal kilkadziesiąt lat temu: mocne gitarowe riffy, melodyjne refreny, charakterystyczny wokal, solówki i przede wszystkim ogromna miłość do starej szkoły. Sam wydawca określa muzykę zespołu jako mieszankę Scorpions i Saxon i trudno z tym porównaniem specjalnie dyskutować. Materiał jest zróżnicowany i taki oldscholowy.
Już otwierający „Devil’s Call” pokazuje, że Steelover nie zamierza brać jeńców. Mocny riff, klasyczna konstrukcja utworu i wokal Vince’a Cardillo tworzą numer, który mógłby spokojnie znaleźć się na płycie któregoś z europejskich zespołów hardrockowych z pierwszej połowy lat 80. Nie jest to jednak bezmyślne kopiowanie przeszłości. Steelover gra ten materiał z przekonaniem i przede wszystkim z autentycznością.
Dużo frajdy daje również „Sing Along This Song”, który już samym tytułem zdradza, czego możemy się spodziewać. To jeden z tych numerów, które mają przede wszystkim sprawiać przyjemność i aż proszą się o wspólne śpiewanie podczas koncertu. Z kolei „Chains of Love” pokazuje bardziej melodyjną stronę zespołu, a „My Pride” należy do utworów, w których najlepiej słychać charakterystyczne dla Steelover połączenie hardrockowej przebojowości z metalowym pazurem. To tylko potwierdza, że Steelover nie zatracił swojego uroku i charakteru z lat 80.
Nieco cięższy charakter ma „Out of a Living Hell”, który wraz z „Bleeding Pain” przypomina, że Steelover nie jest wyłącznie zespołem od lekkich, stadionowych refrenów. Gitary potrafią zabrzmieć naprawdę konkretnie, a rytmiczna sekcja nadaje całości odpowiedniej siły. W tych momentach muzyka zespołu zbliża się do klasycznego heavy metalu, choć nigdy całkowicie nie porzuca swoich hardrockowych korzeni. Te utwory pokazują zamiłowanie zespołu do takich kapel jak judas priest czy dokken.Na uwagę zasługuje również „The Doorway Effect”, natomiast „Canyon” pokazuje bardziej przestrzenną i melodyjną stronę albumu. „Keep on Running” to kolejny kawałek oparty na sprawdzonych rozwiązaniach, ale właśnie takie numery najlepiej pokazują, że Steelover nie potrzebuje komplikować muzyki, żeby była ona skuteczna. Band niby niczym specjalnym nie zaskakuje, ale ta szczerość i klimat lat 80 potrafi zauroczyć.
„Devil’s Highway” działa przede wszystkim jako szczery hołd dla muzyki, na której zespół wyrósł. Belgowie nie próbują odmładzać swojego wizerunku ani udowadniać, że potrafią grać bardziej ekstremalnie od młodszych zespołów. Grają swoje i robią to z gracją, poszanowaniem klasyki, ale nie zapominając o swoich korzeniach i działalności w latach 80. Nowy album wpada w ucho i jest miłą podróżą do heavy metalu i hard rocka z lat 80. Trochę zabrakło większej przebojowości i większej pewności siebie.
Ocena : 7/10
wtorek, 28 lipca 2026
SPEED STROKE - Damage Control (2026)
środa, 15 lipca 2026
DOMINIUM -Night is Calling (2026)
Po udanym wejściu na rynek Dominum powraca z trzecim albumem studyjnym Night Is Calling, udowadniając, że horrorowa stylistyka to w ich przypadku coś więcej niż efektowna otoczka. Zespół rozwija swoje brzmienie, zachowując chwytliwe refreny i filmowy klimat, a jednocześnie śmielej sięga po elementy groove metalu, hard rocka i nowoczesnego power metalu. W efekcie otrzymujemy wybuchową mieszankę, która powinna przypaść do gustu fanom takich grup jak Powerwolf, Lordi czy Battle Beast.
Night Is Calling ukazał się 3 lipca i bez wątpienia jest pozycją wartą uwagi. Największym atutem albumu pozostaje jego spójność. Choć inspiracje Ghost, Powerwolf czy Battle Beast są momentami wyraźnie słyszalne, Dominum zachowuje własną tożsamość i nie sprawia wrażenia kopii bardziej znanych wykonawców. Horrorowa estetyka stanowi integralny element muzyki, a nie jedynie marketingowy dodatek.
Zespół nadal tworzy czterech muzyków. Najważniejszą postacią pozostaje wokalista Mr. Dead, który nadaje całości odpowiednią dawkę grozy i przebojowości. Ma wyraźny talent do tworzenia chwytliwych melodii, a nawet odrobina świadomego kiczu nie przeszkadza w odbiorze muzyki. Dominum nie byłby jednak sobą bez gitarzysty Tommy’ego Kempa, znanego również z występów w Winterstorm. To właśnie jego proste, lecz niezwykle skuteczne riffy i łatwo wpadające w ucho motywy gitarowe stanowią jeden z fundamentów brzmienia zespołu. Nowy album tylko potwierdza, że muzycy doskonale wiedzą, jak tworzyć przystępne i angażujące kompozycje. Pozostaje jedynie pytanie, czy taka stylistyka trafi do każdego słuchacza.
Już otwierające płytę utwory budują atmosferę przypominającą ścieżkę dźwiękową do klasycznego filmu grozy. Mocne riffy, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal sprawiają, że album niemal ani na chwilę nie traci energii. Dominum stawia przy tym na różnorodność – obok cięższych kompozycji pojawiają się bardziej melodyjne fragmenty, które pozwalają muzyce zaczerpnąć oddechu i sprawiają, że całości słucha się z dużą przyjemnością.
Otwierający album przebojowy „The Circus Is in Town” to utwór wyraźnie inspirowany twórczością Lordi. Hardrockowe szaleństwo w najczystszej postaci. Bardzo dobrze wypada również energiczny „Doctor Doctor”, będący znakomitą mieszanką heavy metalu i hard rocka. Takie proste, chwytliwe granie doskonale zdaje egzamin i pokazuje pełnię potencjału tej młodej formacji.
Klimat grozy połączony z nutą power metalowego rozmachu odnajdziemy w melodyjnym „Children of the Night”. To jeden z tych utworów, w których Dominum najbardziej zbliża się do stylistyki Powerwolf. Nie obywa się jednak bez słabszych momentów. „Dark Melodies” wypada dość blado na tle pozostałych kompozycji. Zabrakło tutaj wyrazistego pomysłu, a zespół poszedł w bardziej komercyjne rejony, co nie przyniosło oczekiwanego efektu.
Na szczególną uwagę zasługuje utwór tytułowy „Night Is Calling”, który łączy przebojowy refren z potężnym gitarowym brzmieniem. Równie dobrze prezentuje się „Jack the Ripper”, gdzie zespół umiejętnie balansuje między mrocznym klimatem a koncertową energią. „Thriller” Michaela Jacksona to bez wątpienia utwór kultowy i choć tematycznie pasuje do świata Dominum oraz wykreowanego przez nich wizerunku, sam cover wypada jedynie przeciętnie.
Płyta oferuje jednak również wiele znakomitych momentów. Jednym z nich jest przebojowy „Devil's Son”, w którym ponownie słychać więcej power metalu i inspiracji Powerwolf. Utwór brzmi bardzo efektownie, szybko wpada w ucho i na długo pozostaje w pamięci.
Dominum nie stworzył albumu idealnego, ale nagrał płytę zróżnicowaną, przebojową i pełną ciekawych pomysłów. Niestety krążek jest momentami nierówny i zawiera kilka typowych wypełniaczy, które niewiele wnoszą do całości. Niepotrzebnie spowalniają tempo albumu i mogą nieco osłabić zaangażowanie słuchacza.
Mimo tych mankamentów zespół zdecydowanie zasługuje na uwagę. Pokazuje, że w świecie heavy i power metalu nadal jest miejsce dla grup, które mają własny pomysł na siebie i chcą wyróżniać się na tle konkurencji. To właśnie indywidualny charakter stanowi największy atut Dominum i może w przyszłości przynieść im jeszcze większy sukces. Na ten moment Night Is Calling pozostaje solidnym wydawnictwem, z którym powinien zapoznać się każdy fan heavy i power metalu wzbogaconego o hardrockową przebojowość.
Ocena: 7/10
czwartek, 2 lipca 2026
DEEP PURPLE - Splat!(2026)
Jeśli spojrzeć na pewne liczby związane z działalnością , można złapać się za głowę. Większość ludzi mających ponad 80 lat myśli już o spokojnej emeryturze i odpoczynku od zawodowych obowiązków. Tymczasem muzycy Deep Purple po raz kolejny udowadniają, że wiek to jedynie liczba, a pasja do muzyki może być najlepszym lekarstwem na upływający czas. Zespół istnieje od blisko sześćdziesięciu lat, a mimo to nie tylko regularnie koncertuje, ale także nagrywa nowe albumy. Co więcej, w ostatnich latach imponuje wręcz tempem wydawania kolejnych płyt.
Powiew świeżości i młodzieńczej energii wniósł do zespołu nowy gitarzysta, . Pierwszy album nagrany z jego udziałem, , okazał się dla mnie najlepszym wydawnictwem grupy od czasów . Deep Purple ponownie zaczęli grać bardziej zadziornego i przebojowego hard rocka, a McBride szybko udowodnił, że jest gitarzystą obdarzonym ogromnym talentem. Teraz, dwa lata po premierze „=1”, zespół powraca z dwudziestym czwartym albumem studyjnym zatytułowanym „SPLAT!”, który ukazuje się 3 lipca nakładem earMUSIC. Czas sprawdzić, czy udało się utrzymać wysoki poziom poprzednika i czy faktycznie jest to najcięższy album Deep Purple od wielu lat.
Simon McBride na dobre zadomowił się w zespole i wyraźnie stara się przywrócić muzyce Deep Purple bardziej gitarowy charakter. Już na poprzedniej płycie zaprezentował imponujące umiejętności, tworząc efektowne solówki i chwytliwe riffy. Na „SPLAT!” również nie brakuje gitarowych popisów, choć tym razem kompozycje są bardziej rozbudowane i progresywne. Melodyjność schodzi momentami na dalszy plan, ustępując miejsca bardziej złożonym strukturom. To album wymagający większego skupienia, ale nagradzający cierpliwego słuchacza licznymi detalami.
Największym atutem pozostaje jednak niezwykła chemia pomiędzy muzykami. mimo upływu lat nadal imponuje charakterystyczną barwą głosu i ogromną charyzmą. Owszem, nie dysponuje już taką mocą jak przed dekadami, ale nadrabia doświadczeniem i znakomitą interpretacją tekstów. Sekcja rytmiczna tworzona przez i pozostaje wzorem rockowej solidności, natomiast po raz kolejny wzbogaca materiał o charakterystyczny, „purpurowy” klimat. To właśnie doświadczenie i wzajemne zrozumienie muzyków przekładają się na wysoki poziom artystyczny albumu.
Fani ostatnich wydawnictw zespołu szybko odnajdą tutaj wiele powodów do zachwytu. Z kolei miłośnicy ery mogą odczuwać pewien niedosyt, ponieważ na płycie brakuje utworów, które mogłyby konkurować z największymi klasykami grupy. Nie oznacza to jednak, że zabrakło mocnych momentów.
Już otwierający album „Arrogant Boy” zachwyca energią. To gitarowy hard rock z pazurem, ozdobiony świetnymi partiami McBride'a i efektownymi klawiszami Aireya. Wszystko doskonale się zazębia, przywołując wspomnienia najlepszych lat Deep Purple.
Jeszcze większe wrażenie robi „Diablo” – mroczny, przebojowy i zagrany z odpowiednią dawką agresji. W jego klimacie można doszukać się ducha kompozycji z czasów Blackmore'a. To jeden z najmocniejszych punktów albumu i trudno dziwić się, że właśnie ten utwór wybrano na singiel promujący wydawnictwo.
Więcej progresywnych rozwiązań znajdziemy w „The Rider”. To interesująca kompozycja, choć akurat partie klawiszowe nie przekonują mnie tutaj w pełni. Znacznie lepiej wypada „The Lunatic”, oparty na pomysłowym, oldschoolowym riffie. Utwór doskonale pokazuje, jak świetnie współpracują ze sobą McBride i Airey. Między muzykami wyraźnie słychać chemię oraz wzajemne uzupełnianie się.
Pozytywną energią emanuje również „The Only Horse In Town”. To kolejny przykład znakomitej współpracy gitarzysty i klawiszowca, którzy stali się jednym z największych atutów współczesnego Deep Purple.
Moim osobistym faworytem szybko stał się marszowy i niezwykle zadziorny „Sacred Land”. Utwór imponuje ciężarem, znakomitymi zagrywkami gitarowymi oraz subtelnym orientalnym klimatem. Don Airey prezentuje tutaj pełnię swoich możliwości, przypominając, dlaczego od lat zaliczany jest do ścisłej czołówki rockowych klawiszowców. Nad całością unosi się duch klasycznych albumów nagranych z Blackmore'em.
Nieco bardziej bluesowy „The Beating Of Wings” wnosi większą dawkę emocji i rockowej nostalgii. Z kolei „Guilt Trippin'” pokazuje, że Deep Purple nie utracili poczucia humoru i nadal potrafią bawić się muzyką z ogromną swobodą. Charakterystyczny wokal Gillana dodaje kompozycji odpowiedniej drapieżności.
Mocny riff napędza „Scriblin' Gab'rish”, który ponownie udowadnia, że zespół wciąż potrafi tworzyć rasowy, klasyczny hard rock. Z przyjemnością słucha się także melodyjnego i pozytywnie zakręconego „Jessica's Bra”, w którym można odnaleźć subtelne nawiązania do dawnych patentów Blackmore'a.
Klimatyczny „Third Call” urzeka natomiast znakomitym wstępem klawiszowym oraz kolejnymi fascynującymi muzycznymi dialogami pomiędzy McBride'em i Aireyem.
Album zamyka tytułowy „SPLAT!” – ciężki, klimatyczny i pełen charakterystycznej dla Deep Purple swobody. To doskonałe podsumowanie całego wydawnictwa i kolejny dowód na to, dlaczego ta formacja od ponad pół wieku pozostaje jedną z największych ikon hard rocka. W takich momentach słychać, że muzycy, mimo zaawansowanego wieku, wciąż potrafią grać z klasą, pasją i autentycznym zaangażowaniem.
„SPLAT!” nie stanie obok takich kamieni milowych jak czy , ale też nie ma takich ambicji. To album stworzony przez doświadczonych muzyków, którzy nadal czerpią ogromną radość ze wspólnego grania. Jest ciężej, bardziej bezpośrednio i momentami naprawdę imponująco, choć nie obyło się bez kilku słabszych momentów. Trochę za mało pierwszoligowych hitów.
Mimo to Deep Purple po raz kolejny udowadniają, że wciąż mają wiele do powiedzenia i nie zamierzają odcinać kuponów od własnej legendy. Dla fanów klasycznego hard rocka jest to pozycja obowiązkowa. Nie jest to dzieło wybitne, ale bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów nagranych przez zespół w ostatnich dekadach. Jednak w moim odczuciu słabszy od poprzedniego wydawnictwa.
Ocena: 8,5/10
niedziela, 21 czerwca 2026
SINNER - Boom bang goodbye (2026)
środa, 10 czerwca 2026
SEAGRAVE - Radiance Supreme (2026)
Coraz częściej w ostatnim czasie pojawiają się okładki wyglądające tak, jakby zostały stworzone przez sztuczną inteligencję. Tego typu grafiki potrafią męczyć wzrok, irytować, a niekiedy wręcz odstraszać potencjalnego słuchacza. Niestety, podobnie jest w przypadku najnowszego dzieła fińskiej formacji Seagrave. „Radiance Supreme” ukazał się 17 kwietnia i jest albumem głęboko zakorzenionym w klasycznym heavy metalu, hard rocku oraz progresywnym heavy metalu. Nietrudno doszukać się tutaj inspiracji takimi wykonawcami jak Iron Maiden, Alcatrazz czy Axel Rudi Pell.
Od wydania debiutanckiego krążka minęło jedenaście lat, a w zespole wciąż kluczową rolę odgrywają gitarzyści. Duet Rintala/Karjalainen stawia przede wszystkim na melodyjność, świeżość i przebojowość. Muzycy znakomicie balansują pomiędzy hardrockową ekspresją a melodyjnym heavy metalem. Znajdziemy tu pomysłowe riffy, wciągające melodie oraz chwytliwe refreny. Jest wyraźny hołd dla klasyki gatunku, ale jednocześnie nie brakuje świeżych pomysłów i dbałości o interesujące aranżacje. Seagrave udowadnia, że w ich muzyce jest miejsce zarówno na drapieżność i ciężar, jak i klimat, emocje oraz finezję. Całość brzmi atrakcyjnie, dojrzale i niezwykle przekonująco.
Materiał trwa niespełna godzinę, a dwanaście zawartych na nim kompozycji tworzy spójne i starannie dopracowane wydawnictwo. Już otwierający album „Harlequin” sugeruje, że Seagrave nie zamierza iść na kompromisy. Mocne riffy, wyraziste melodie i klasyczne podejście do budowania napięcia stanowią fundament całego albumu. To znakomita galopada w duchu Iron Maiden i trudno wyobrazić sobie lepsze otwarcie tej płyty.
Kolejne utwory, takie jak „Inner Fire” czy „Hope Arrives”, rozwijają ten kierunek, łącząc energię klasycznego heavy metalu z bardziej współczesnym, przestrzennym hardrockowym brzmieniem. Nie brakuje tu lekkości, muzycznej finezji i umiejętnego oddziaływania na emocje słuchacza.
Centralnym punktem albumu pozostaje utwór tytułowy „Radiance Supreme”. To blisko sześciominutowa kompozycja, która najlepiej oddaje ambicje zespołu. Monumentalne refreny, rozbudowane partie instrumentalne oraz atmosfera balansująca pomiędzy podniosłością a melancholią sprawiają, że jest to jeden z najmocniejszych punktów programu. Seagrave pokazuje tutaj, że potrafi tworzyć utwory nie tylko chwytliwe, ale również pełne emocjonalnej głębi. To kompozycja potwierdzająca klasę i talent fińskiej formacji.
Na uwagę zasługują również drapieżny „The Eagle” oraz inspirowany wydarzeniami historycznymi „Dunkerque 1940”, który wyróżnia się narracyjnym charakterem i niemal filmowym rozmachem. Z kolei „Magic Symphony” wnosi więcej lekkości i melodyjności, stanowiąc przyjemny kontrast dla cięższych fragmentów albumu. To dowód na to, że zespół potrafi skutecznie urozmaicać swój materiał i zaskakiwać słuchacza.
Ponury, a zarazem bardziej progresywny „Seagrave” również ukazuje duży potencjał grupy. Bardzo dobrze wypada marszowy i epicki „Earthbound”, czerpiący pełnymi garściami z dorobku Iron Maiden. Fanom Alcatrazz z pewnością przypadnie do gustu rozpędzony i niezwykle przebojowy „Seeker of Truth”. Na zakończenie otrzymujemy nastrojowy i pełen emocji „The Flicker of Time”, który stanowi godne zwieńczenie całego wydawnictwa.
„Radiance Supreme” nie jest albumem rewolucyjnym, ale z pewnością jest dziełem dopracowanym, szczerym i pełnym pasji. Seagrave stawia na solidne kompozycje zamiast ślepego podążania za eksperymentami, dzięki czemu stworzył płytę, która powinna przypaść do gustu wszystkim miłośnikom tradycyjnego heavy i power metalu. To udany powrót zespołu, który po latach przerwy udowadnia, że wciąż ma wiele do zaoferowania.
Ocena: 8/10
poniedziałek, 18 maja 2026
THE ORDER - Empires (2026)
The Order to przede wszystkim charyzmatyczny i niezwykle utalentowany wokalista Gianni Pontillo. To doświadczony frontman, znany między innymi z Victory, a obecnie również współpracujący z Nazareth. Potrafi śpiewać z odpowiednim pazurem i hardrockową swobodą. To właśnie dzięki niemu album tak mocno nawiązuje do klasyki gatunku i klimatu lat 80. Płyta wręcz kipi energią, a znajdziemy na niej mnóstwo przemyślanych riffów i efektownych solówek. Duża w tym zasługa zgranej sekcji rytmicznej oraz gitarzysty Bruno Springa. Materiał jest przy tym odpowiednio zróżnicowany — każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Słychać pomysłowość, ale także ogromny szacunek do klasyki gatunku. The Order nie kombinuje na siłę i nie próbuje tworzyć czegoś rewolucyjnego, co w tym przypadku okazuje się sporą zaletą.
„Empires” to 45 minut muzyki zamkniętej w dziewięciu utworach. Otwierający album numer tytułowy narzuca odpowiedni ton: ciężkie gitary, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal Gianniego Pontillo budują atmosferę monumentalnego, lekko mrocznego hymnu o upadku imperiów i politycznej manipulacji. Zespół stawia na energię oraz melodyjność i wychodzi z tego obronną ręką. To rasowy killer, wyraźnie skierowany w stronę bardziej heavy metalowego grania.
Największą siłą „Empires” pozostaje jednak różnorodność. „Fight For Your Rights” niesie ze sobą buntowniczy, niemal stadionowy refren, „Thieves In The Night” przyciąga bardziej melodyjnym obliczem zespołu, natomiast „Wherever I Go” pokazuje, że grupa potrafi pisać niemal AOR-owe, emocjonalne kompozycje, nie tracąc przy tym hardrockowego charakteru. Nie wszystkie utwory utrzymują równie wysoki poziom — „Warriors” czy „Living For The Nightlife” bywają bardziej schematyczne — jednak nawet słabsze momenty nie psują ogólnego odbioru albumu. Każdy z utworów podkreśla mocne strony zespołu i dobrze oddaje jego charakter oraz muzyczną tożsamość. Album zawiera wiele chwytliwych momentów i zdecydowanie jest czym się zachwycać.
Szybkim krokiem zbliżamy się do „The Last Call”, kolejnego zadziornego i energetycznego kawałka. Zespół konsekwentnie trzyma się mieszanki hard rocka i heavy metalu, a mroczny klimat utworu robi świetne wrażenie. Nieco mniej przekonuje mnie bardziej komercyjny „Of Martyrs And Tyrants”. To nadal dobry numer, ale pozostawia pewien niedosyt. Punktem kulminacyjnym albumu pozostaje jednak dziesięciominutowy kolos „The Boneheads Back – Promises And Illusions”. To bardzo urozmaicona kompozycja, pokazująca, że nawet w hardrockowej stylistyce można stworzyć rozbudowany i interesujący utwór. Choć trzeba przyznać, że odrobina krótsza forma również wyszłaby mu na dobre.
„Empires” nie jest rewolucją, ale to bardzo solidny album dla fanów melodyjnego heavy metalu i hard rocka. To płyta szczera, konkretna i pełna gitarowej energii — taka, która sprawdzi się zarówno w domowym zaciszu, jak i podczas długiej samochodowej trasy. The Order udowadnia, że po ponad dwóch dekadach działalności nadal potrafi pisać chwytliwe, mocne i autentyczne utwory, które na długo zapadają w pamięć. To bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów w dorobku grupy.
Ocena: 8/10
środa, 13 maja 2026
TYKIN - Dripping poison (2026)
Największym atutem wydawnictwa jest jego przebojowość i autentyczność. Tykin gra z ogromnym luzem i pasją, dzięki czemu nawet najbardziej ograne schematy brzmią świeżo i przekonująco. Wokal Tylera Englisha doskonale odnajduje się w tej stylistyce — jest odpowiednio chropowaty, melodyjny i pełen młodzieńczej energii. Nie próbuje ślepo kopiować legend gatunku, ale słychać, że dorastał na klasycznych albumach glam i heavy metalu. Jego wokal odgrywa kluczową rolę w budowaniu klimatu lat 80. i nadaje całości charakterystycznego oldschoolowego feelingu.
Nie można również pominąć znakomicie zgranej sekcji rytmicznej ani duetu gitarzystów — Jacoba Dammena i Zakka Lethala. Muzycy stawiają na klasyczne zagrywki, dzięki czemu materiał brzmi bardzo oldschoolowo, ale jednocześnie nie sprawia wrażenia wtórnego. Tykin nie odkrywa gatunku na nowo, lecz zabiera słuchacza w dobrze znane rejony, dodając do nich świeżość, energię i własny charakter. Gitarzyści grają z pasją i wyczuciem melodii, a ich partie pełne są chwytliwych motywów i koncertowej energii.
Album otwiera „Wounded Hearts” — emocjonalny numer balansujący pomiędzy hardrockową balladą a melodyjnym heavy metalem. Zespół znakomicie odnajduje się w tej stylistyce, tworząc jeden z najbardziej dopracowanych utworów na płycie. Kompozycja jest nostalgiczna, ale jednocześnie bardzo przebojowa. „Strangers” kontynuuje bardziej melodyjną stronę zespołu i pokazuje talent Tykin do tworzenia chwytliwych refrenów. Riff przywodzący na myśl klasyczne dokonania Judas Priest i nośny refren sprawiają, że robi się naprawdę interesująco.
W pełni swój charakter grupa prezentuje w hymnowym „Dripping Poison”. Przebojowy refren błyskawicznie wpada w ucho, a klimat glam metalu lat 80. czuć tutaj niemal w każdym dźwięku. Heavy metalowego pazura dodaje ostrzejszy „Dog Fighters”, który tylko potwierdza wysoką formę zespołu. W bardziej energicznym i dynamicznym repertuarze Tykin sprawdza się znakomicie.
Szczególnie mocno wyróżnia się „Hypnotized” — skoczny, niezwykle chwytliwy utwór osadzony częściowo w klimatach NWOBHM. To kolejna kompozycja, z której bije świeżość i pomysłowość, mimo mocnego zakorzenienia w klasycznych inspiracjach.
Na osobne wyróżnienie zasługuje finałowy „Heretic”. To najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór na albumie, łączący klasyczny heavy metal z glamowym luzem i stadionowym rozmachem. Właśnie tutaj Tykin w pełni prezentuje swoje możliwości kompozytorskie, tworząc idealne podsumowanie całego wydawnictwa.
Dripping Poison nie zmieni historii hard rocka ani heavy metalu, ale zdecydowanie wyróżnia się szczerością, autentycznością i ogromną miłością do klasycznego grania. Tykin udoowadnia, że młode zespoły nadal potrafią tworzyć oldschoolowy glam/heavy metal bez popadania w tanią kalkę. To bardzo udany debiut — pełen energii, chwytliwych melodii i koncertowego potencjału. Prawdziwa kopalnia hitów dla fanów klasycznego grania.
Ocena: 8/10
M.ILL.ION - Legend (2026)
Po pięciu latach przerwy szwedzki M.ILL.ION wraca z dziewiątym albumem studyjnym zatytułowanym Legend. Płyta ukazała się 24 kwietnia i jest propozycją skierowaną przede wszystkim do fanów melodyjnego hard rocka z domieszką melodyjnego heavy metalu. To wydawnictwo, które nie próbuje odkrywać gatunku na nowo, lecz celebruje jego klasyczne wartości — chwytliwe refreny, nośne riffy i stadionową energię. Materiał mocno zakorzeniony jest w tradycji klasycznego hard rocka, pełnego inspiracji latami 80., jednak podanego bez przesadnej nostalgii. Zespół otwarcie czerpie z dorobku takich gigantów jak Uriah Heep, Deep Purple czy Thin Lizzy. To z pewnością album, którego nie można zlekceważyć.
M.ILL.ION to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Hans Dalzon, który śpiewa z ogromną pasją i drapieżnością. Potrafi doskonale oddać klimat lat 80. i nadać kompozycjom przebojowego charakteru. Jego oldschoolowa maniera wokalna działa zdecydowanie na korzyść całego materiału. Istotną rolę odgrywa również klawiszowiec Marcus Berglund, budujący atmosferę i wzbogacający utwory o melodyjne tło. Znakomicie układa się jego współpraca z gitarzystą CT Rohdellem, który stawia na finezję, lekkość i pomysłowość. Muzyk pozostaje wierny klasycznym wzorcom, ale na szczęście nie popada w bezmyślne kopiowanie legend gatunku. Zespół wyraźnie stara się zachować własną tożsamość i indywidualny styl.
Już otwierający album „Kingmaker” pokazuje, czego można spodziewać się po całym wydawnictwie — masywnego gitarowego brzmienia, dynamicznej sekcji rytmicznej oraz refrenów wręcz stworzonych do wspólnego śpiewania podczas koncertów. Utwór przywodzi na myśl dokonania wczesnego Dio czy Rainbow. Z kolei „Bad Lovin’” i „Wheels & Wings” dodają płycie bardziej imprezowego, rockandrollowego charakteru, przywołując najlepsze momenty hard rocka przełomu lat 80. i 90. To wyraźny ukłon w stronę twórczości Bon Jovi oraz Def Leppard.
Miłośnicy radiowych przebojów powinni koniecznie sięgnąć po „The Legend Lives On”. Kompozycja brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 80. i pokazuje, jak wielki talent do pisania chwytliwych numerów posiada zespół. Równie przekonująco wypada przebojowy „Private Dancer” — prosty w formie, ale niezwykle skuteczny dzięki wykorzystaniu sprawdzonych patentów gatunku.
Wpływy Rainbow i Deep Purple szczególnie mocno wybrzmiewają w bardziej agresywnym „No Garden of Eden”. Już od pierwszych sekund uwagę przykuwa potężny riff, który świetnie eksponuje potencjał formacji. Zespół umiejętnie bazuje na nostalgii słuchaczy, jednocześnie dodając do swojej muzyki odrobinę świeżości. „Grow Old Together” to z kolei melodyjna ballada wyraźnie inspirowana stylistyką Whitesnake i Europe. Sporą dawkę pozytywnej energii przynosi hymnowy „Ready to Rock”.
Finał albumu stanowi nastrojowy i melancholijny „Half Man, Half Consumer”, ponownie odwołujący się do klasycznego brzmienia Deep Purple i Rainbow. Choć zespół nie proponuje niczego rewolucyjnego, nadrabia to pasją, autentycznością i ogromnym wyczuciem melodii.
Legend nie jest albumem, który zmieni historię gatunku, ale to bardzo solidna, szczera i pełna energii płyta dla fanów melodyjnego hard rocka z nutą melodyjnego heavy metalu. M.ILL.ION udowadnia, że po ponad trzech dekadach działalności wciąż potrafi tworzyć chwytliwe utwory i brzmi jak grupa, która nadal czerpie ogromną radość z grania. To klasyczny hard rock w najlepszym, oldschoolowym wydaniu — album, który od początku do końca dostarcza mnóstwo satysfakcji.
Ocena: 8/10
poniedziałek, 11 maja 2026
KINGSMASH - The heart remains at home (2026)
sobota, 9 maja 2026
CATALANO - Perfect storm (2026)
Australijski Catalano to zespół, który konsekwentnie podąża za swoimi muzycznymi marzeniami. Muzycy od najmłodszych lat musieli zdzierać kasety i płyty takich gigantów jak Mötley Crüe, Def Leppard czy Skid Row. 1 maja ukazał się album „Perfect Storm” — pozycja obowiązkowa dla wszystkich maniaków hard rocka i glam metalu.
„Perfect Storm” brzmi jak klasyczny hard rock podany we współczesnej, dopracowanej produkcji — i absolutnie nie jest to wada. Album balansuje pomiędzy glam metalem, stadionowym rockiem i melodyjnym hard rockiem, ale robi to bez przesadnej nostalgii. Catalano wyraźnie inspiruje się klimatem lat 80., jednak nie jest jedynie kopią dawnych gigantów gatunku. Czerpią pełnymi garściami z twórczości Skid Row czy Def Leppard, ale przekładają te wpływy na własny język muzyczny. Stawiają na przebojowość, chwytliwe melodie i koncertową energię. Ta formuła sprawdza się tutaj znakomicie.
Catalano to przede wszystkim utalentowany Roxxi Catalano, który nadaje całości odpowiedniego pazura i charakteru. To właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nie można również pominąć wkładu gitarzysty Danny’ego Ritza. W jego grze słychać mnóstwo serca, emocji i autentycznej pasji. Riffy momentami przenoszą słuchacza prosto do złotej ery hard rocka, a przy tym brzmią świeżo i naturalnie. To rozrywka na wysokim poziomie — pełna zaangażowania i muzycznej świadomości.
Na albumie znalazło się osiem dobrze wyważonych utworów. Już otwierający „City Lights” wyznacza kierunek całego wydawnictwa — mocne riffy, chwytliwy refren i agresywna energia tworzą bardzo mocne otwarcie. Tytułowy „Perfect Storm” to jeden z najciekawszych momentów płyty — cięższy, bardziej dramatyczny i świetnie zbudowany pod względem dynamiki. Wokal Roxxiego Catalano ma odpowiednią chrypkę i energię, dzięki czemu całość brzmi autentycznie, a nie sztucznie czy wymuszenie.
Największą siłą albumu pozostają jednak refreny. „I Need To Rock” oraz „Comin’ In Hot” mają ogromny koncertowy potencjał — bez problemu można wyobrazić sobie publiczność śpiewającą je wspólnie z zespołem. Z tych numerów bije pozytywna energia i radiowa przebojowość. Jednocześnie Catalano unika przesadnej cukierkowości, która często pojawia się u współczesnych zespołów glam rockowych. Tutaj wszystko jest odpowiednio wyważone i spójne.
Wpływy starego, klasycznego Def Leppard wyjątkowo mocno wybrzmiewają w przebojowym „Lovin’ You Is Hard”. Z kolei bardziej agresywny „Can’t Change Me” pokazuje ostrzejsze oblicze zespołu. To utwór, który nie próbuje na siłę odkrywać gatunku na nowo — stawia po prostu na czyste hardrockowe szaleństwo.
Bardzo dobrze wypada również „Unrequited”, promowany jako singiel przed premierą albumu. To bardziej emocjonalny numer z lekkim melancholijnym klimatem, pokazujący, że zespół potrafi zwolnić tempo bez utraty własnego charakteru. Na zakończenie dostajemy nastrojowy „Foolish Hearts”, który idealnie oddaje ducha hardrockowych przebojów lat 80. i stanowi znakomite podsumowanie całego wydawnictwa.
„Perfect Storm” nie redefiniuje hard rocka, ale daje dokładnie to, czego oczekuje się od solidnego albumu tego gatunku — energię, melodie, świetne refreny i autentyczną pasję. To jedna z ciekawszych hardrockowych premier 2026 roku. Bez udawania, bez zbędnej kalkulacji — sto procent hard rocka. Osobiście zmieniłbym nawet tytuł tej płyty na „Perfect Hard Rock”.
Ocena: 8.5/10
piątek, 1 maja 2026
LOCKHART - City Pulse (2026)
wtorek, 28 kwietnia 2026
ALICATE - Too band to be Good (2026)
Choć początki szwedzkiego zespołu Alicate sięgają lat 80., to tak naprawdę grupa na dobre wystartowała dopiero w 2009 roku wraz z wydaniem swojego debiutanckiego albumu. 24 kwietnia ukazał się ich szósty krążek studyjny zatytułowany „Too Bad to Be Good”. To mieszanka melodyjnego hard rocka i AOR-u, wyraźnie inspirowana klasykami gatunku, takimi jak Foreigner, Survivor, Def Leppard czy Whitesnake. Nowy album to solidna dawka hard rocka w duchu lat 80.
Alicate konsekwentnie stawia na chwytliwość i sprawdzone rozwiązania. Liderem zespołu jest Jonas Erixon, którego głos robi duże wrażenie — łączy charyzmę, technikę i umiejętność budowania emocjonalnego klimatu. To rasowy rockowy wokalista. Erixon odpowiada również za partie gitarowe i w tej roli także wypada bardzo dobrze. Choć do ideału nieco brakuje, słychać wyraźnie pasję i autentyczną miłość do hard rocka. Zarówno riffy, jak i solówki stanowią wyraźny ukłon w stronę klasyki gatunku. Z kolei Marcus Zerath na klawiszach świetnie uzupełnia gitarowe zagrywki Erixona, dodając kompozycjom przestrzeni i charakteru. Całość brzmi bardzo klasycznie, wręcz oldschoolowo. Można jednak odczuć niedosyt większych hitów, co nieco obniża ogólną ocenę albumu.
Płytę otwiera „Changes” — lekki, rytmiczny numer będący wyraźnym hołdem dla estetyki lat 80. Tytułowy „Too Bad to Be Good” ukazuje bardziej przebojowe oblicze zespołu, czerpiąc inspiracje m.in. z twórczości Whitesnake. To prosty, ale bardzo skuteczny utwór, który łatwo wpada w ucho. Bardziej komercyjny charakter ma „One Shot” — radiowy kawałek, choć tu można już wyczuć lekki spadek formy. Romantyczny „Save Our Love” to klasyczna rockowa ballada, ponownie nawiązująca do stylu Whitesnake.
Na szczególną uwagę zasługuje „Mysterious” — energetyczny, chwytliwy utwór, w którym pobrzmiewają echa Deep Purple. To jeden z najmocniejszych punktów albumu. Nastrojowy „High on Livin” oddaje pełnię rockowego klimatu płyty, natomiast „Don’t Turn Around” wyróżnia się radosnym, radiowym charakterem i ma potencjał na prawdziwy hit.
„Too Bad to Be Good” to album doświadczonego i świadomego swojego stylu zespołu, który potrafi tworzyć solidny, wartościowy hard rock. Znajdziemy tu chwytliwe melodie, interesujące riffy i sporo muzycznej energii. Brakuje jednak większej liczby utworów, które mogłyby naprawdę zachwycić i na długo zapaść w pamięć. Mimo to jest to dobra płyta, pokazująca, że w hard rocku wciąż można znaleźć coś wartościowego. Najnowsze wydawnictwo Alicate to propozycja zdecydowanie godna uwagi.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 27 kwietnia 2026
GUS G - Steel burner (2026)
„Steel Burner” to szósty album studyjny greckiego wirtuoza gitary, Gusa G. W swojej solowej karierze artysta koncentruje się przede wszystkim na gitarowych popisach, osadzonych w klimatach hard rocka i heavy metalu. Po raz kolejny stara się udowodnić, jak utalentowanym jest instrumentalistą. Nie do końca jednak widzę sens powstawania tych płyt — ani pod względem jakościowym, ani stylistycznym nie robią one większego wrażenia. Materiał nie odbiega znacząco od tego, co można usłyszeć w Firewind.
Najnowszy album, „Steel Burner”, który ukazał się 24 kwietnia, to propozycja skierowana głównie do fanów talentu Gusa G. Na uwagę z pewnością zasługuje udział gości: Doro Pesch, Matta Barlowa i Ronniego Romero. Ich występy są wyraziste, a utwory z ich udziałem należą do najmocniejszych punktów wydawnictwa. Mimo to całość wypada przeciętnie i nie oferuje zbyt wiele świeżości. Album jest nierówny i nie wnosi nic nowego do dorobku artysty. Opiera się na dobrze znanych schematach, a szkoda, że elementy power metalu zostały tu zepchnięte na margines. Dominuje klasyczny heavy metal i hard rock.
Same kompozycje nie są złe, jednak brakuje im wyjątkowości, a poziom utworów jest nierówny. Klimatyczne klawisze i mocny riff sprawiają, że otwierający „Steel Burner” dobrze sprawdza się jako intro. Pozytywnie zaskakuje Doro w „Nothing Can Break Me” — utwór jest agresywny i chwytliwy. Gdyby cały album utrzymany był w takim stylu, byłby znacznie ciekawszy. Matt Barlow imponuje formą wokalną w mrocznym i dynamicznym „Dancing with Death”, gdzie wyraźnie czuć klimat Iced Earth. To jeden z najlepszych momentów na płycie.
„Advent” nie wyróżnia się niczym szczególnym i sprawia wrażenie utworu stworzonego bez wyraźnej koncepcji. „What If” z kolei jest nijaki i pozbawiony wyrazu. Niestety, pozostałe kompozycje również nie zapadają w pamięć. Nawet obecność Ronniego Romero nie jest w stanie znacząco podnieść poziomu materiału.
Szkoda czasu na solowe dokonania Gusa G. — całość sprawia wrażenie odrzutów z Firewind. Owszem, pojawiają się pojedyncze przebłyski, ale to zdecydowanie za mało, by stworzyć angażujący i satysfakcjonujący album. To płyta, której można posłuchać raz i szybko o niej zapomnieć. Lepiej poczekać na kolejny album Firewind.
Ocena: 4,5/10
sobota, 25 kwietnia 2026
HARDLINE - Shout (2026)
Fani głosu Johnny’ego Gioeliego mają w tym roku powody do zadowolenia. Najpierw ukazał się nowy album Axel Rudi Pell, a teraz – 17 kwietnia – swoją premierę miał najnowszy krążek hardrockowego Hardline zatytułowany „Shout”. Zespół działa od 1991 roku, ma na koncie osiem albumów studyjnych i od lat udowadnia, że potrafi sprawnie balansować między melodyjnym rockiem a cięższymi brzmieniami. W ich muzyce nietrudno doszukać się inspiracji takimi gigantami jak Whitesnake, Journey czy Foreigner. Nowe wydawnictwo jest w pewnym sensie próbą powrotu do hardrockowych korzeni znanych z „Double Eclipse”.
„Shout” to pierwszy album nagrany z udziałem gitarzysty Luki Princiotty, który bardzo dobrze wpasował się w stylistykę zespołu. Serwuje przyjemne dla ucha riffy, stawia na klimat i emocje, nie zapominając przy tym o charakterystycznym, rockowym feelingu. Całość brzmi spójnie i przekonująco. Johnny, jak zwykle, błyszczy formą i potwierdza swoją klasę jako wokalista. Istotny wkład wnosi także klawiszowiec Alessandro Del Vecchio – weteran sceny melodyjnego rocka i metalu – którego doświadczenie wyraźnie wzbogaca brzmienie płyty. Materiał jest przystępny, a jednocześnie pełen solidnego hardrockowego grania.
Album trwa 46 minut i dostarcza sporo muzycznej satysfakcji. Otwierający „Shout” to przebojowy numer, który doskonale oddaje esencję stylu Hardline. Równie chwytliwy i energiczny „Rise Up” szybko wpada w ucho i ma duży potencjał koncertowy. Z kolei „It Owns You” pokazuje umiejętne balansowanie między hard rockiem a heavy metalem, eksponując ostrzejsze oblicze zespołu oraz gitarowe umiejętności Princiotty.
Na płycie nie brakuje także bardziej melodyjnych momentów – „Mother Love” urzeka klimatem i emocjonalnym ładunkiem. Elementy heavy metalu powracają w dynamicznym „Rise Above Fear”, który również należy do mocniejszych punktów wydawnictwa. Bardzo dobrze wypada „Candy Love” – bujający, pełen energii utwór z chwytliwym refrenem, będący kwintesencją klasycznego hard rocka. Sporo pozytywnych emocji przynosi także gitarowy „I’m Leaning on It”, w którym nie brakuje pasji i instrumentalnych popisów. Warto wyróżnić również dynamiczny „Welcome to the Thunder”. Nawet ballada „Glow” prezentuje wysoki poziom – w połączeniu z wokalem Gioeliego tworzy poruszającą, pełną emocji kompozycję.
Hardline wraca po pięcioletniej przerwie z dopracowanym i przyjemnym w odbiorze materiałem. Nie brakuje tu przebojów, ciekawych riffów ani spójności kompozycyjnej. Choć nie jest to album pozbawiony wad, całość robi bardzo dobre wrażenie i potrafi na długo zapaść w pamięci. Fani hard rocka z pewnością znajdą tu coś dla siebie. Dla mnie to jedna z ciekawszych płyt Hardline.
Ocena: 7,5/10
piątek, 24 kwietnia 2026
FIGHTER V - Deja Vu (2026)
Szwedzki Fighter V powrócił z nowym albumem zatytułowanym „Deja Vu”. To trzeci krążek w dorobku zespołu, który działa od 2019 roku. Formacja koncentruje się na melodyjnym hard rocku z wyraźną nutą AOR – to przystępne, radiowe granie z wpływami takich zespołów jak Bon Jovi, Survivor, Journey czy Foreigner. Grupa stawia na lekki klimat, chwytliwe melodie i potencjalne radiowe hity, co ma swój niezaprzeczalny urok. Płyta z pewnością przypadnie do gustu fanom tego stylu. Premiera odbyła się 10 kwietnia nakładem Frontiers Records.
Fighter V to przede wszystkim udana współpraca na linii gitarzysta Valentino Lobe – klawiszowiec Victor Olson. Muzycy stawiają na klasyczne brzmienie, lekkość, finezję i przebojowość. Partie klawiszy budują klimat i przywołują ducha lat 80. Mocnym atutem zespołu jest także wokalista Emmo Acar, który imponuje techniką, charyzmą i drapieżnością. Świetnie odnajduje się w hardrockowej stylistyce, a jego głos dodaje utworom charakteru. Klawisze wprowadzają momentami lekko kiczowaty, ale jednocześnie nostalgiczny klimat tamtej dekady – i wszystko doskonale ze sobą współgra.
Zawartość płyty jest dobrze wyważona i dostarcza wielu potencjalnych hitów. Energiczny „Ranging Heartbeat” to klasyczny hard rock w duchu lat 80. – mocny riff i chwytliwy refren sprawiają, że już na otwarciu otrzymujemy bardzo nośny utwór. Podobne emocje wywołuje melodyjny „Victory”, który momentami przywodzi na myśl Foreigner, Pretty Maids czy Europe. Zespół potrafi również zwolnić tempo i sięgnąć po bardziej romantyczne klimaty, inspirowane Whitesnake czy Foreigner, czego przykładem jest „Foolish Heart”.
Na albumie nie brakuje radiowych numerów – tytułowy „Deja Vu” łatwo wpada w ucho i zdradza pewne wpływy Def Leppard. Wokal Emmo Acara robi ogromne wrażenie, co słychać chociażby w „Stand By Your Side” – jego drapieżność i ekspresja zasługują na uznanie. Niezwykle melodyjny „Hold the Time” to kolejny ukłon w stronę klasycznego hard rocka lat 80., z motywem przewodnim, który brzmi znajomo, ale jednocześnie przyjemnie.
Fighter V błyszczy na tej płycie, pokazując serce do grania zarówno zadziornego, jak i nastrojowego hard rocka. Kolejnym wyróżniającym się utworem jest „Break Those Limits”, gdzie ponownie siłą napędową jest prosty, lecz bardzo chwytliwy motyw przewodni. Cieszy fakt, że zespół pozostaje wierny klasycznym rozwiązaniom zamiast eksperymentować na siłę.
Każdy, kto szuka klimatycznego, melodyjnego hard rocka w stylu lat 80., z wyraźnymi wpływami Survivor, Foreigner czy Bon Jovi, znajdzie to na nowym albumie Fighter V. Choć nie obyło się bez drobnych niedociągnięć, płyta jest bardzo przyjemna w odbiorze i dobrze oddaje esencję tego gatunku.
Ocena: 7/10
wtorek, 31 marca 2026
DARK HEART - Evolution (2026)
Brytyjski Dark Heart powrócił na dobre. Początki zespołu sięgają 1983 roku – już rok później ukazał się debiutancki album z muzyką osadzoną w kręgu NWOBHM. Grupa reaktywowała się w 2017 roku, jednak z czasem oddaliła się od klasycznego heavy metalu, kierując się bardziej w stronę nowoczesnego hard rocka.
27 marca ukazał się trzeci album studyjny zatytułowany „Evolution”. To wydawnictwo skierowane przede wszystkim do miłośników hard rocka w brytyjskim klimacie.
Od 2017 roku skład zespołu pozostaje niezmieniony. Na wokalu występuje Alan Clark, który znakomicie odnajduje się w rockowej stylistce. Przyciąga uwagę zarówno barwą głosu, jak i solidną techniką wokalną, nadając kompozycjom odpowiednią drapieżność i charakter. Gitarzysta Nick Catterick dba natomiast o właściwą hardrockową oprawę – buduje klimat, a jego brzmienie, choć nowoczesne, wyraźnie nawiązuje do klasyki lat 80. W muzyce zespołu można usłyszeć wpływy takich formacji jak Dokken, Demon czy Voodoo Circle, a momentami pobrzmiewają także echa Black Sabbath z okresu Tony’ego Martina.
Na uwagę zasługuje również okładka albumu – efektowna i sugestywna, idealnie oddaje charakter muzyki zespołu i od razu sugeruje, z jakim stylem mamy do czynienia.
Album rozpoczyna się bardzo mocnym akcentem – zadziornym „Light the Flame”, które od razu ujawnia potencjał grupy oraz jej zamiłowanie do hard rocka. Brzmienie jest klasyczne, a jednocześnie dopracowane w detalach. Bardziej stonowany, nieco radiowy „Cold Winter” pokazuje inne, łagodniejsze oblicze zespołu. Z kolei mroczny, lekko balladowy „End of Tomorrow” zachwyca klimatem i wyraźnie nawiązuje do patentów znanych z twórczości Black Sabbath z czasów Tony’ego Martina.
Melodyjny hard rock z dużą dawką AOR odnajdziemy w „Spread Your Wings”, gdzie Dark Heart świetnie odnajduje się w bardziej przystępnej, melodyjnej konwencji. Elementy heavy metalu pojawiają się w drapieżnym „Ride the Highway” – dynamicznym i przebojowym utworze o wyrazistej konstrukcji. Zespół potrafi tworzyć chwytliwe kompozycje, które łatwo zapadają w pamięć – świetnym przykładem jest „Life to Crucify”, prawdziwa perełka tego albumu.
Uwagę przyciąga także klimatyczny i melodyjny „Eyes of Light”, w którym ponownie pojawiają się wpływy hard rocka z nutą AOR. Całość zamyka chwytliwy i dobrze zaaranżowany „Burned”, stanowiący solidne zwieńczenie płyty.
Dark Heart po raz kolejny udowadnia, że ich powrót był trafną decyzją. Zespół odnalazł się w nowej rzeczywistości, stawiając na bardziej melodyjny rock z elementami AOR. Kluczową rolę odgrywają tu klimat, pomysłowe riffy oraz dbałość o przebojowość utworów. Efektem jest solidny, godny uwagi materiał, który z pewnością przypadnie do gustu fanom klasycznie brzmiącego hard rocka.
Ocena: 7/10


















