Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hard Rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hard Rock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2026

TYGERS OF PAN TANG - Electrifyed (2026)


 Tygers Of Pan Tang to jedna z tych nazw, których chyba żadnemu fanowi klasycznego heavy metalu przedstawiać nie trzeba. W latach 80. byli ważną częścią NWOBHM i właśnie wtedy wydali swoje najlepsze płyty. Potem była cisza, aż w 1999 r. wrócili na nowo, szukając swojej tożsamości i własnego charakteru. Ostatnie płyty brytyjskiego Tygers Of Pan Tang pokazały, że zespół umiejętnie balansuje między hard rockiem a klasycznym heavy metalem. Takie płyty jak „Ritual” dowodzą, że ten zespół stać jeszcze na wartościowy i godny uwagi album.

Teraz, po trzech latach, przyszedł czas na 14. album studyjny zatytułowany „Electrifyed”, który ukazał się 11 września nakładem Mighty Music. Nie jest to może drugi „Ritual” ani coś na miarę płyt z lat 80., ale to całkiem solidny album od weteranów NWOBHM.
Nie ma tutaj przesadnego kombinowania ani próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest riff, solówka, mocny wokal i rytmika, która od razu przypomina, dlaczego brytyjski heavy metal z przełomu lat 70. i 80. miał w sobie tyle charakteru. Tygers Of Pan Tang nie udają młodego zespołu. Grają tak, jak chcą, i właśnie dzięki temu „Electrifyed” ma swój urok. Grają swoje i pod tym względem nie kombinują.

Dużo frajdy daje słuchanie gitar. Robb Weir nadal wie, jak zbudować riff, który nie potrzebuje żadnych ozdobników, żeby dobrze zabrzmieć. Nowy gitarzysta John Footitt również wnosi sporo do tego materiału i momentami właśnie gitarowa współpraca jest jednym z jego najmocniejszych punktów. Nie chodzi tutaj o wyścig, kto zagra szybciej i bardziej technicznie. Najważniejsze są melodie i feeling.

Jack Meille także dobrze pasuje do tego zestawu. Jego wokal nie próbuje być kopią dawnych frontmanów Tygers Of Pan Tang i bardzo dobrze. Dzięki temu współczesne oblicze zespołu nie brzmi jak rekonstrukcja sprzed czterdziestu lat. To nadal Tygers, ale z własnym charakterem.

Band zadbał o bardziej hardrockowe brzmienie i miłą dla oka okładkę. Materiał zawiera 10 premierowych utworów i daje nam 46 minut muzyki. Na pierwszy ogień idzie klimatyczny i przebojowy „Rise Up”. Band potrafi umiejętnie wymieszać patenty heavy metalowe z hard rockiem. O wiele ciekawszy jest bardziej rozpędzony „Forevermore”. W końcu coś więcej się dzieje i band pokazuje, że potrafi zagrać z werwą i polotem. Do ideału jednak daleko. Podobnie ma się sprawa zadziornego „The Powers That Be”. To akurat jeden z ciekawszych utworów, w którym band pokazuje pazur i próbuje nawiązać do lat 80. Coś z Dokken czy Saxon można wyłapać w „Electrifyed”, a utwór opiera się na mocniejszym riffie. Szkoda tylko, że band nie próbuje nas zaskoczyć i trochę bardziej pokombinować ze stylem. Grają bezpiecznie i trzymają się jasno określonych ram.
Na pewno na wyróżnienie zasługuje marszowy i bardziej epicki „The Nail”. Zabrakło trochę dopracowania, by powstał z tego utwór perfekcyjny. Pewne echa Judas Priest można wyłapać w prostym i zadziornym „Dark Skies”. Podobne emocje wywołuje zamykający album „Revenge Is Sweet”. Dobry utwór, ale też nic ponadto.

Tygers Of Pan Tang wydał kolejny album i nie jest to żadna świętość dla fanów NWOBHM i klasycznego heavy metalu. To kolejny solidny materiał w ich dorobku, ale nie jest to album, który powala na kolana. Zabrakło hitów i riffów, które zostałyby na dłużej ze słuchaczem. Ten zespół stać na więcej, więc czuję duże rozczarowanie.

Ocena: 6/10

niedziela, 6 września 2026

AIRBOURNE - Airbourne (2026)


 

Jednym z tych zespołów, które próbują oddać hołd AC/DC, a zarazem rozwijać ich dziedzictwo, jest bez wątpienia australijski Airbourne. Zaczynali w 2003 roku i już w 2007 roku wydali świetnie przyjęty debiut „Runnin’ Wild”. Świetnie wspominam jeszcze „Black Dog Barking”, który dla mnie jest jednym z ich najlepszych albumów. W sumie, kiedy spojrzymy na dyskografię tej formacji, to nigdy nie zawiedli i zawsze nagrywają bardzo dobry materiał, będący mieszanką hard rocka i heavy metalu w klimatach starych płyt AC/DC z Bonem Scottem na wokalu. Robią to z gracją, poszanowaniem tamtych płyt i dają też sporo od siebie. Naprawdę robią to w wielkim stylu.

Teraz, po siedmiu latach, powracają z szóstym albumem studyjnym zatytułowanym po prostu „Airbourne”. Płyta miała premierę 28 sierpnia i oczywiście jest to znów typowy album Airbourne, który zasługuje na uwagę.

Nie ma tutaj miejsca na ballady, zbędne eksperymenty czy próby przypodobania się współczesnym trendom. Jest za to dwanaście numerów, które pachną benzyną, piwem, rozgrzanymi wzmacniaczami i klubową sceną. Airbourne gra dokładnie tak, jakby czas zatrzymał się gdzieś pomiędzy klasycznym hard rockiem a złotą erą australijskiego rock’n’rolla. Największą zaletą „Airbourne” jest jednak to, że ten zespół nadal wie, kim jest. Nie próbuje nagle grać nowoczesnego metalu, nie dodaje elektroniki, nie sili się na progresywne rozwiązania. Airbourne bierze klasyczny hard rock, dokręca gałkę głośności i jedzie dalej.

Band czerpie garściami z dokonań AC/DC i nie kryje się z tym. Tutaj nie ma niespodzianek, bo w sumie tego od nich oczekują fani. Zespół zadbał o mocne brzmienie i hard rockowy pazur. Okładka też pasuje do zespołu i zachęca, by sięgnąć po nowe dzieło Airbourne.

Nowy album to dwanaście kompozycji i każdy znajdzie coś dla siebie. Podobnie jak AC/DC niegdyś, Airbourne też zamieścił na płycie utwór związany ze świętami Bożego Narodzenia. Ciekawy zabieg, a sam utwór nie jest taki zły. Warto dać szansę „Christmas Bonus”.

Z kolei otwierający „Gutsy” jest jak kopniak w drzwi. Brudne gitary, charakterystyczny, zachrypnięty wokal Joela O’Keeffe’a i refren, który aż prosi się o chóralne śpiewanie podczas koncertu. To kwintesencja Airbourne – zero kalkulacji, maksimum energii. Tak, wokal O’Keeffe’a w dalszym ciągu jest znakiem rozpoznawczym zespołu i przesądza o jego potędze. Nie można też pominąć ciężkiej pracy gitarzystów, bo duet O’Keeffe/Tyrrell bazuje na klasycznych patentach, hard rockowej energii i elementach AC/DC. Nie ma w tym za grosz oryginalności, ale w niczym to nie przeszkadza.

Jeszcze ciekawiej robi się przy „Alive After Death (Last Plane Out)”. To jeden z bardziej emocjonalnych momentów albumu, choć oczywiście wciąż ubrany w potężny hardrockowy riff. To kolejny wyrazisty kawałek z pomysłowym motywem przewodnim.

Prawdziwym kandydatem na wielki koncertowy hit jest „Here She Comes”. To właśnie tutaj słychać większy rozmach produkcyjny. Nie jest przypadkiem, że przy utworze pracowali Mutt Lange i Bryan Adams. Kompozycja ma ogromny refren, świetnie budowane napięcie i ten rodzaj melodii, który można sobie wyobrazić na wielkiej festiwalowej scenie. Airbourne brzmi tutaj nieco bardziej stadionowo, ale nie traci swojej charakterystycznej drapieżności. Słychać bardziej komercyjne oblicze zespołu. W takim wydaniu też brzmią ciekawie. Utwór mógłby trafić do stacji radiowej.

Kid In A Candy Store” wraca do bardziej bezpośredniego, rock’n’rollowego oblicza zespołu. Jest brudno, szybko i z charakterystycznym dla Airbourne poczuciem humoru. Podobnie działa „Sky High”, gdzie Australijczycy po raz kolejny pokazują, że rock’n’roll w ich wykonaniu nie musi być śmiertelnie poważny. To kawałki mocno zakorzenione w AC/DC, a mimo to brzmią świeżo i potrafią bujać.

Na uwagę zasługuje również „Who Put The Rhythm In You?”, który dzięki udziałowi Bryana Adamsa i pracy Mutt Lange ma nieco bardziej klasyczny, przebojowy charakter. Odnoszę wrażenie, że te momenty, kiedy band zbacza w bardziej komercyjne rejony, są najsłabszym elementem płyty.

Świetnie wypada także „Last Man Standing” – prosty, bojowy i pełen energii numer, który doskonale pasuje do filozofii zespołu.

Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest „Bogotá”. Mocne gitary, mocne brzmienie i trochę przypominają się czasy „Ballbreaker”. Mamy jeszcze pełen energii killer w postaci „Hell’s Got No Vacancy” i tutaj mamy wszystko to, co kochamy w muzyce Airbourne i AC/DC. Szkoda, że cała płyta nie ma takiej mocy.

A później przychodzi „Send Me To Rock ’N’ Roll Heaven” – finał, który ma szczególne znaczenie. To hołd dla rockowych legend, między innymi Lemmy’ego, Johna Bonhama, Bona Scotta i Little Richarda. Trudno o lepsze podsumowanie albumu zespołu, który przez całą swoją karierę czerpał inspirację z tych właśnie postaci.

Jeżeli ktoś oczekiwał od Airbourne drugiego „Runnin’ Wild”, może poczuć niedosyt. Jeżeli jednak chcecie po prostu 47 minut konkretnego, głośnego hard rocka z charakterem, „Airbourne” jest jednym z tych albumów, które robią dokładnie to, co powinny. Airbourne nadal nie bierze jeńców. I bardzo dobrze.


Ocena : 8.5/10

piątek, 4 września 2026

MAD MAX - Stories Of destiny (2026)

45 lat na scenie zobowiązuje. Mad Max to przecież zespół, który swoją historię rozpoczął jeszcze w 1981 roku i przez kolejne dekady zdążył wypracować własne miejsce na mapie europejskiego hard rocka i melodyjnego heavy metalu. „Stories Of Destiny” miało być więc nie tylko kolejnym albumem, ale również swoistym podsumowaniem dotychczasowej drogi i spojrzeniem w przyszłość. Płyta miała swoją premierę 4 września i niestety, w moim odczuciu, ta historia tym razem nie brzmi szczególnie przekonująco.
Okładka od razu przyciąga uwagę i sugeruje, że szykuje się nam soczysty heavy metal utrzymany w klimacie lat 80. Niestety, zawartość albumu nie do końca koresponduje z tym, co obiecuje szata graficzna. Doświadczony niemiecki zespół tym razem wyraźnie rozczarowuje.

W latach 80. Mad Max potrafił nagrywać ciekawe i godne uwagi albumy, dlatego tym bardziej szkoda, że „Stories Of Destiny” nie dorównuje najlepszym momentom w dorobku formacji. Największym problemem jest tutaj przewidywalność. Mad Max porusza się po dobrze znanych ścieżkach hard rocka i AOR-u, ale zamiast wykorzystać wieloletnie doświadczenie do stworzenia materiału z charakterem, często otrzymujemy kompozycje brzmiące jak powrót do sprawdzonych patentów.

Melodie są bezpieczne, riffy niespecjalnie zaskakują, a kolejne utwory nie zawsze mają wystarczającą siłę, aby utrzymać uwagę słuchacza. Szkoda, że zespół tak mocno oddalił się od klasycznego heavy metalu i coraz wyraźniej podąża w stronę hard rocka oraz AOR-u. Owszem, zdarzają się przebłyski dawnej formy, jednak cały album został w dużej mierze obdarty z emocji i metalowej mocy. Dominuje lekkość, melodyjność i komercyjny sznyt, podczas gdy brakuje ciężaru oraz charakterystycznego pazura.

Dużym znakiem zapytania pozostaje również nowy wokalista. Alan Clark to nowy nabytek w szeregach Mad Max. Bez wątpienia posiada rockową barwę i warsztat odpowiedni do tego typu muzyki, ale jego głos nie do końca przekonuje mnie w repertuarze zespołu. Trudno również uniknąć porównań z poprzednimi wokalistami. Brakuje mu jeszcze tego charakterystycznego pierwiastka, który nadałby nowej odsłonie Mad Max własną tożsamość.

Na plus zdecydowanie należy zapisać produkcję. Brzmienie jest przejrzyste, odpowiednio osadzone w stylistyce albumu, a gitary mają właściwą moc. Wszystko zostało wykonane profesjonalnie. Problem tkwi jednak nie w realizacji, lecz przede wszystkim w samych kompozycjach. Jest melodyjnie, gitarowo i momentami bardzo klasycznie, ale kiedy próbujemy znaleźć utwory, które naprawdę zostają w głowie, zaczynają się schody.
I właśnie tutaj pojawia się najważniejsze pytanie: gdzie są emocje? Gdzie jest heavy metalowa moc? Gdzie są przeboje?

Silver”, „Weapons Of Love” czy „Keep You Alive” pokazują, że zespół nadal potrafi stworzyć klasyczny hardrockowy numer. Nie są to jednak kompozycje, które potrafią porwać od pierwszych sekund. Jest poprawnie, momentami nawet całkiem przyjemnie, ale zdecydowanie brakuje większego ognia. Całość jest zbyt spokojna i zbyt mocno zakorzeniona w rockowej formule.

Nieco ostrzej zespół prezentuje się w „Piece Of Candy”, ale ten numer brzmi momentami trochę komicznie i jakby został nagrany na siłę. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie pierwotna wersja utworu, która pojawiła się na pierwszej EP-ce zespołu.
Znacznie lepiej wypada „Till The End Of Time”. Tutaj balansowanie pomiędzy heavy metalem a hard rockiem wychodzi zespołowi zdecydowanie na dobre. Słychać pewne echa Dio czy Dokken, co działa na korzyść kompozycji i nadaje jej bardziej klasyczny charakter. To jeden z tych momentów, w których Mad Max pokazuje, że nadal potrafi stworzyć coś interesującego.

Lekki i przyjemny dla ucha jest hardrockowy „Bullet”. To niezły, melodyjny numer, ale ponownie — daleko mu do ideału. Dobrze buja również nieco mroczniejszy „She Was Mine”, choć tutaj również pozostajemy w ramach hardrockowej stylistyki. W tym przypadku klimat lat 80. i pewna szczerość w podejściu do kompozycji zdecydowanie działają na plus.

Niestety, takich momentów jest tutaj zdecydowanie za mało. „Stories Of Destiny” nie jest albumem tragicznym ani całkowicie nieudanym. To po prostu przeciętna płyta doświadczonego zespołu, który tym razem nie wykorzystał drzemiącego w nim potencjału. Fani klasycznego hard rocka z pewnością znajdą tutaj kilka ciekawych fragmentów, ale jeśli ktoś oczekuje od Mad Max kolejnego mocnego punktu w dyskografii, może poczuć spory niedosyt. Tym bardziej szkoda, bo okładka jest naprawdę piękna i buduje oczekiwania wobec zawartości. Niestety, muzyka nie dorównuje jej poziomem i nie oddaje w pełni klimatu, który sugeruje szata graficzna. Po 45 latach działalności można oczekiwać czegoś więcej.

Ocena : 4/10

sobota, 22 sierpnia 2026

STEELOVER - Devils highway (2026)


 Niektóre zespoły wracają po latach tylko po to, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. Inne natomiast pokazują, że upływ czasu wcale nie musi oznaczać utraty muzycznej tożsamości. Belgijski Steelover należy zdecydowanie do tej drugiej grupy. Formacja, która swoją pierwszą płytę „Glove Me” wydała jeszcze w 1984 roku, po latach powróciła do aktywności, a „Devil’s Highway” jest już kolejnym rozdziałem tej historii. Co ciekawe, Steelover nigdy nie próbuje udawać, że jest zespołem z 2026 roku. I właśnie w tym tkwi siła tej płyty. To kolejny band, który stara się przypomnieć nam lata 80. Ta szczerość i autentyczność jest mocną stroną Steelover. Nowy album na pewno jest warty uwagi dla fanów zespołu i takiego grania. Płyta ukazała się 21 sierpnia nakładem Escape Music.

Największą zaletą „Devil’s Highway” jest właśnie ta prostota. Steelover nie próbuje stworzyć kolejnego przełomowego albumu w historii heavy metalu. Zamiast tego dostarcza muzykę, która ma przypominać, dlaczego klasyczny hard rock i heavy metal wciąż potrafią działać. Riffy są czytelne, refreny melodyjne, a gitarowe partie mają odpowiednią dawkę charakteru. Duet Farina/Freson spisuje się i napędza ten band. Stawiają na klasyczne patenty i starają się utrzyma klimat lat 80. Co na pewno napędza ten band to charyzmatyczny wokalista Vince Cardillo,  kory potrafi nadać kompozycjom charakteru i drapieżności. Potrafi odnaleźć się zarówno w klasycznym heavy metalu jak i hard rocku. Mimo upływu lat wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć.

„Devil’s Highway” to jedenaście utworów zanurzonych po uszy w klasycznym hard rocku i heavy metalu. Nie ma tutaj pogoni za nowoczesnością, eksperymentów czy prób dopasowania się do aktualnych trendów. Jest za to wszystko to, za co wielu z nas pokochało metal kilkadziesiąt lat temu: mocne gitarowe riffy, melodyjne refreny, charakterystyczny wokal, solówki i przede wszystkim ogromna miłość do starej szkoły. Sam wydawca określa muzykę zespołu jako mieszankę Scorpions i Saxon i trudno z tym porównaniem specjalnie dyskutować. Materiał jest zróżnicowany i taki oldscholowy.

Już otwierający „Devil’s Call” pokazuje, że Steelover nie zamierza brać jeńców. Mocny riff, klasyczna konstrukcja utworu i wokal Vince’a Cardillo tworzą numer, który mógłby spokojnie znaleźć się na płycie któregoś z europejskich zespołów hardrockowych z pierwszej połowy lat 80. Nie jest to jednak bezmyślne kopiowanie przeszłości. Steelover gra ten materiał z przekonaniem i przede wszystkim z autentycznością.

Dużo frajdy daje również „Sing Along This Song”, który już samym tytułem zdradza, czego możemy się spodziewać. To jeden z tych numerów, które mają przede wszystkim sprawiać przyjemność i aż proszą się o wspólne śpiewanie podczas koncertu. Z kolei „Chains of Love” pokazuje bardziej melodyjną stronę zespołu, a „My Pride” należy do utworów, w których najlepiej słychać charakterystyczne dla Steelover połączenie hardrockowej przebojowości z metalowym pazurem. To tylko potwierdza, że Steelover nie zatracił swojego uroku i charakteru z lat 80.

Nieco cięższy charakter ma „Out of a Living Hell”, który wraz z „Bleeding Pain” przypomina, że Steelover nie jest wyłącznie zespołem od lekkich, stadionowych refrenów. Gitary potrafią zabrzmieć naprawdę konkretnie, a rytmiczna sekcja nadaje całości odpowiedniej siły. W tych momentach muzyka zespołu zbliża się do klasycznego heavy metalu, choć nigdy całkowicie nie porzuca swoich hardrockowych korzeni. Te utwory pokazują zamiłowanie zespołu do takich kapel jak judas priest czy dokken.Na uwagę zasługuje również „The Doorway Effect”, natomiast „Canyon” pokazuje bardziej przestrzenną i melodyjną stronę albumu. „Keep on Running” to kolejny kawałek oparty na sprawdzonych rozwiązaniach, ale właśnie takie numery najlepiej pokazują, że Steelover nie potrzebuje komplikować muzyki, żeby była ona skuteczna. Band niby niczym specjalnym nie zaskakuje, ale ta szczerość i klimat lat 80 potrafi zauroczyć. 

„Devil’s Highway” działa przede wszystkim jako szczery hołd dla muzyki, na której zespół wyrósł. Belgowie nie próbują odmładzać swojego wizerunku ani udowadniać, że potrafią grać bardziej ekstremalnie od młodszych zespołów. Grają swoje i robią to z gracją, poszanowaniem klasyki, ale nie zapominając o swoich korzeniach i działalności w latach 80. Nowy album wpada w ucho i jest miłą podróżą do heavy metalu i hard rocka z lat 80. Trochę zabrakło większej przebojowości i większej pewności siebie.


Ocena : 7/10


wtorek, 28 lipca 2026

SPEED STROKE - Damage Control (2026)


Włoska scena hardrockowa od lat dostarcza wielu interesujących zespołów, które z powodzeniem łączą klasyczne inspiracje z nowoczesnym brzmieniem. Jednym z nich jest Speed Stroke – formacja od lat wierna stadionowemu hard rockowi, glam metalowi i sleaze rockowi. Czwarty album "Damage Control" pokazuje, że zespół nie zamierza zmieniać swojego muzycznego DNA. Zamiast tego dopracowuje sprawdzoną formułę, serwując porcję energetycznego grania pełnego chwytliwych melodii i rock'n'rollowego charakteru. Najnowsze dzieło Włochów ukaże się 21 sierpnia nakładem Scarlet Records.

 Za miks i mastering odpowiada Erik Mårtensson z Eclipse. To album skierowany przede wszystkim do fanów Skid Row, H.E.A.T., Def Leppard, Mötley Crüe czy Steel Panther.
Największym atutem płyty jest jej przebojowość. Speed Stroke czerpie inspiracje z klasyków pokroju Skid Row, Crashdïet, Hardcore Superstar, H.E.A.T. czy W.A.S.P., ale nie brzmi jak zwykła kopia swoich idoli. Na pochwałę zasługuje również produkcja. Brzmienie jest nowoczesne, selektywne i bardzo dynamiczne, a jednocześnie nie zatraca surowego, rockowego charakteru. Partie gitarowe w wykonaniu Michaela i D.B. brzmią masywnie, sekcja rytmiczna zapewnia solidny fundament, a wokal Jacka emanuje pewnością siebie i doskonale wpisuje się w klimat całego wydawnictwa. Zespół wyraźnie stawia na klimat lat 80., nie zapominając przy tym o chwytliwości i przebojowości swoich kompozycji.

Płyta zawiera dziesięć zróżnicowanych utworów, dzięki czemu niemal każdy znajdzie tu coś dla siebie. Już otwierający "Glorious Breakdown" udowadnia, że Speed Stroke doskonale wie, jak pisać kompozycje, które od pierwszych sekund porywają słuchacza. Potężne riffy, nośne refreny i efektowne gitarowe solówki tworzą mieszankę, obok której trudno przejść obojętnie. Otwieracz imponuje speedmetalowym feelingiem i szkoda, że cała płyta nie została utrzymana właśnie w takim klimacie.

Kolejne kompozycje, takie jak "Heart Of The City", utwór tytułowy czy dynamiczny "State Of Shock", utrzymują bardzo dobry poziom. Pokazują przede wszystkim udane połączenie heavy metalu z hard rockiem, a wszystko zostało podane ze smakiem i wyczuciem. Bardzo dobrze wypada również pozytywnie zakręcony "Italian Coglione", który wnosi do albumu sporą dawkę luzu. Cieszy fakt, że całość jest niezwykle melodyjna i pełna chwytliwych refrenów. Zespół błyszczy zwłaszcza w bardziej dynamicznych numerach, takich jak "In Flames". Na szczególną uwagę zasługuje także "Blessed By Misery", wzbogacony gościnnym udziałem Giorgii Colleluori, która dodaje kompozycji emocji i świeżości.

Nie wszystkie utwory prezentują jednak równie wysoki poziom. Nieco słabiej wypada kiczowaty "All For The Weak end", który zbyt mocno czerpie z twórczości Skid Row i sprawia wrażenie mało oryginalnego. Płytę zamyka natomiast solidny i łatwo wpadający w ucho "Chain Reaction", pozostawiający po sobie bardzo dobre wrażenie.

"Damage Control" nie jest albumem, który próbuje na nowo definiować hard rock. To płyta stworzona przez ludzi zakochanych w tym gatunku – pełna szczerości, świetnych melodii i koncertowej energii. Speed Stroke udowadnia, że klasyczny hard rock wciąż może brzmieć świeżo i ekscytująco, jeśli stoi za nim talent do pisania dobrych utworów. Choć nie jest to wydawnictwo pozbawione słabszych momentów, fani melodyjnego hard rocka i glam metalu z pewnością znajdą tu wiele powodów do zadowolenia.

Ocena: 7/10

środa, 15 lipca 2026

DOMINIUM -Night is Calling (2026)


 Jedni artyści opowiadają o smokach i światach fantasy, inni koncentrują się na wojnie, historii czy codziennym życiu. Niemiecki Dominum postanowił natomiast połączyć melodyjny heavy/power metal ze światem umarlaków i zombie. Do tego muzycy dobrali charakterystyczny wizerunek sceniczny, dzięki któremu szybko stali się rozpoznawalni na europejskiej scenie metalowej.

Po udanym wejściu na rynek Dominum powraca z trzecim albumem studyjnym Night Is Calling, udowadniając, że horrorowa stylistyka to w ich przypadku coś więcej niż efektowna otoczka. Zespół rozwija swoje brzmienie, zachowując chwytliwe refreny i filmowy klimat, a jednocześnie śmielej sięga po elementy groove metalu, hard rocka i nowoczesnego power metalu. W efekcie otrzymujemy wybuchową mieszankę, która powinna przypaść do gustu fanom takich grup jak Powerwolf, Lordi czy Battle Beast.

Night Is Calling ukazał się 3 lipca i bez wątpienia jest pozycją wartą uwagi. Największym atutem albumu pozostaje jego spójność. Choć inspiracje Ghost, Powerwolf czy Battle Beast są momentami wyraźnie słyszalne, Dominum zachowuje własną tożsamość i nie sprawia wrażenia kopii bardziej znanych wykonawców. Horrorowa estetyka stanowi integralny element muzyki, a nie jedynie marketingowy dodatek.

Zespół nadal tworzy czterech muzyków. Najważniejszą postacią pozostaje wokalista Mr. Dead, który nadaje całości odpowiednią dawkę grozy i przebojowości. Ma wyraźny talent do tworzenia chwytliwych melodii, a nawet odrobina świadomego kiczu nie przeszkadza w odbiorze muzyki. Dominum nie byłby jednak sobą bez gitarzysty Tommy’ego Kempa, znanego również z występów w Winterstorm. To właśnie jego proste, lecz niezwykle skuteczne riffy i łatwo wpadające w ucho motywy gitarowe stanowią jeden z fundamentów brzmienia zespołu. Nowy album tylko potwierdza, że muzycy doskonale wiedzą, jak tworzyć przystępne i angażujące kompozycje. Pozostaje jedynie pytanie, czy taka stylistyka trafi do każdego słuchacza.

Już otwierające płytę utwory budują atmosferę przypominającą ścieżkę dźwiękową do klasycznego filmu grozy. Mocne riffy, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal sprawiają, że album niemal ani na chwilę nie traci energii. Dominum stawia przy tym na różnorodność – obok cięższych kompozycji pojawiają się bardziej melodyjne fragmenty, które pozwalają muzyce zaczerpnąć oddechu i sprawiają, że całości słucha się z dużą przyjemnością.

Otwierający album przebojowy „The Circus Is in Town” to utwór wyraźnie inspirowany twórczością Lordi. Hardrockowe szaleństwo w najczystszej postaci. Bardzo dobrze wypada również energiczny „Doctor Doctor”, będący znakomitą mieszanką heavy metalu i hard rocka. Takie proste, chwytliwe granie doskonale zdaje egzamin i pokazuje pełnię potencjału tej młodej formacji.

Klimat grozy połączony z nutą power metalowego rozmachu odnajdziemy w melodyjnym „Children of the Night”. To jeden z tych utworów, w których Dominum najbardziej zbliża się do stylistyki Powerwolf. Nie obywa się jednak bez słabszych momentów. „Dark Melodies” wypada dość blado na tle pozostałych kompozycji. Zabrakło tutaj wyrazistego pomysłu, a zespół poszedł w bardziej komercyjne rejony, co nie przyniosło oczekiwanego efektu.

Na szczególną uwagę zasługuje utwór tytułowy „Night Is Calling”, który łączy przebojowy refren z potężnym gitarowym brzmieniem. Równie dobrze prezentuje się „Jack the Ripper”, gdzie zespół umiejętnie balansuje między mrocznym klimatem a koncertową energią. „Thriller” Michaela Jacksona to bez wątpienia utwór kultowy i choć tematycznie pasuje do świata Dominum oraz wykreowanego przez nich wizerunku, sam cover wypada jedynie przeciętnie.

Płyta oferuje jednak również wiele znakomitych momentów. Jednym z nich jest przebojowy „Devil's Son”, w którym ponownie słychać więcej power metalu i inspiracji Powerwolf. Utwór brzmi bardzo efektownie, szybko wpada w ucho i na długo pozostaje w pamięci.

Dominum nie stworzył albumu idealnego, ale nagrał płytę zróżnicowaną, przebojową i pełną ciekawych pomysłów. Niestety krążek jest momentami nierówny i zawiera kilka typowych wypełniaczy, które niewiele wnoszą do całości. Niepotrzebnie spowalniają tempo albumu i mogą nieco osłabić zaangażowanie słuchacza.

Mimo tych mankamentów zespół zdecydowanie zasługuje na uwagę. Pokazuje, że w świecie heavy i power metalu nadal jest miejsce dla grup, które mają własny pomysł na siebie i chcą wyróżniać się na tle konkurencji. To właśnie indywidualny charakter stanowi największy atut Dominum i może w przyszłości przynieść im jeszcze większy sukces. Na ten moment Night Is Calling pozostaje solidnym wydawnictwem, z którym powinien zapoznać się każdy fan heavy i power metalu wzbogaconego o hardrockową przebojowość.

Ocena: 7/10

czwartek, 2 lipca 2026

DEEP PURPLE - Splat!(2026)


 

Jeśli spojrzeć na pewne liczby związane z działalnością , można złapać się za głowę. Większość ludzi mających ponad 80 lat myśli już o spokojnej emeryturze i odpoczynku od zawodowych obowiązków. Tymczasem muzycy Deep Purple po raz kolejny udowadniają, że wiek to jedynie liczba, a pasja do muzyki może być najlepszym lekarstwem na upływający czas. Zespół istnieje od blisko sześćdziesięciu lat, a mimo to nie tylko regularnie koncertuje, ale także nagrywa nowe albumy. Co więcej, w ostatnich latach imponuje wręcz tempem wydawania kolejnych płyt.

Powiew świeżości i młodzieńczej energii wniósł do zespołu nowy gitarzysta, . Pierwszy album nagrany z jego udziałem, , okazał się dla mnie najlepszym wydawnictwem grupy od czasów . Deep Purple ponownie zaczęli grać bardziej zadziornego i przebojowego hard rocka, a McBride szybko udowodnił, że jest gitarzystą obdarzonym ogromnym talentem. Teraz, dwa lata po premierze „=1”, zespół powraca z dwudziestym czwartym albumem studyjnym zatytułowanym „SPLAT!”, który ukazuje się 3 lipca nakładem earMUSIC. Czas sprawdzić, czy udało się utrzymać wysoki poziom poprzednika i czy faktycznie jest to najcięższy album Deep Purple od wielu lat.

Simon McBride na dobre zadomowił się w zespole i wyraźnie stara się przywrócić muzyce Deep Purple bardziej gitarowy charakter. Już na poprzedniej płycie zaprezentował imponujące umiejętności, tworząc efektowne solówki i chwytliwe riffy. Na „SPLAT!” również nie brakuje gitarowych popisów, choć tym razem kompozycje są bardziej rozbudowane i progresywne. Melodyjność schodzi momentami na dalszy plan, ustępując miejsca bardziej złożonym strukturom. To album wymagający większego skupienia, ale nagradzający cierpliwego słuchacza licznymi detalami.

Największym atutem pozostaje jednak niezwykła chemia pomiędzy muzykami.  mimo upływu lat nadal imponuje charakterystyczną barwą głosu i ogromną charyzmą. Owszem, nie dysponuje już taką mocą jak przed dekadami, ale nadrabia doświadczeniem i znakomitą interpretacją tekstów. Sekcja rytmiczna tworzona przez  i  pozostaje wzorem rockowej solidności, natomiast  po raz kolejny wzbogaca materiał o charakterystyczny, „purpurowy” klimat. To właśnie doświadczenie i wzajemne zrozumienie muzyków przekładają się na wysoki poziom artystyczny albumu.

Fani ostatnich wydawnictw zespołu szybko odnajdą tutaj wiele powodów do zachwytu. Z kolei miłośnicy ery  mogą odczuwać pewien niedosyt, ponieważ na płycie brakuje utworów, które mogłyby konkurować z największymi klasykami grupy. Nie oznacza to jednak, że zabrakło mocnych momentów.

Już otwierający album „Arrogant Boy” zachwyca energią. To gitarowy hard rock z pazurem, ozdobiony świetnymi partiami McBride'a i efektownymi klawiszami Aireya. Wszystko doskonale się zazębia, przywołując wspomnienia najlepszych lat Deep Purple.

Jeszcze większe wrażenie robi „Diablo” – mroczny, przebojowy i zagrany z odpowiednią dawką agresji. W jego klimacie można doszukać się ducha kompozycji z czasów Blackmore'a. To jeden z najmocniejszych punktów albumu i trudno dziwić się, że właśnie ten utwór wybrano na singiel promujący wydawnictwo.

Więcej progresywnych rozwiązań znajdziemy w „The Rider”. To interesująca kompozycja, choć akurat partie klawiszowe nie przekonują mnie tutaj w pełni. Znacznie lepiej wypada „The Lunatic”, oparty na pomysłowym, oldschoolowym riffie. Utwór doskonale pokazuje, jak świetnie współpracują ze sobą McBride i Airey. Między muzykami wyraźnie słychać chemię oraz wzajemne uzupełnianie się.

Pozytywną energią emanuje również „The Only Horse In Town”. To kolejny przykład znakomitej współpracy gitarzysty i klawiszowca, którzy stali się jednym z największych atutów współczesnego Deep Purple.

Moim osobistym faworytem szybko stał się marszowy i niezwykle zadziorny „Sacred Land”. Utwór imponuje ciężarem, znakomitymi zagrywkami gitarowymi oraz subtelnym orientalnym klimatem. Don Airey prezentuje tutaj pełnię swoich możliwości, przypominając, dlaczego od lat zaliczany jest do ścisłej czołówki rockowych klawiszowców. Nad całością unosi się duch klasycznych albumów nagranych z Blackmore'em.

Nieco bardziej bluesowy „The Beating Of Wings” wnosi większą dawkę emocji i rockowej nostalgii. Z kolei „Guilt Trippin'” pokazuje, że Deep Purple nie utracili poczucia humoru i nadal potrafią bawić się muzyką z ogromną swobodą. Charakterystyczny wokal Gillana dodaje kompozycji odpowiedniej drapieżności.

Mocny riff napędza „Scriblin' Gab'rish”, który ponownie udowadnia, że zespół wciąż potrafi tworzyć rasowy, klasyczny hard rock. Z przyjemnością słucha się także melodyjnego i pozytywnie zakręconego „Jessica's Bra”, w którym można odnaleźć subtelne nawiązania do dawnych patentów Blackmore'a.

Klimatyczny „Third Call” urzeka natomiast znakomitym wstępem klawiszowym oraz kolejnymi fascynującymi muzycznymi dialogami pomiędzy McBride'em i Aireyem.

Album zamyka tytułowy „SPLAT!” – ciężki, klimatyczny i pełen charakterystycznej dla Deep Purple swobody. To doskonałe podsumowanie całego wydawnictwa i kolejny dowód na to, dlaczego ta formacja od ponad pół wieku pozostaje jedną z największych ikon hard rocka. W takich momentach słychać, że muzycy, mimo zaawansowanego wieku, wciąż potrafią grać z klasą, pasją i autentycznym zaangażowaniem.

„SPLAT!” nie stanie obok takich kamieni milowych jak  czy , ale też nie ma takich ambicji. To album stworzony przez doświadczonych muzyków, którzy nadal czerpią ogromną radość ze wspólnego grania. Jest ciężej, bardziej bezpośrednio i momentami naprawdę imponująco, choć nie obyło się bez kilku słabszych momentów. Trochę za mało pierwszoligowych hitów.

Mimo to Deep Purple po raz kolejny udowadniają, że wciąż mają wiele do powiedzenia i nie zamierzają odcinać kuponów od własnej legendy. Dla fanów klasycznego hard rocka jest to pozycja obowiązkowa. Nie jest to dzieło wybitne, ale bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów nagranych przez zespół w ostatnich dekadach. Jednak w moim odczuciu słabszy od poprzedniego wydawnictwa.

Ocena: 8,5/10

niedziela, 21 czerwca 2026

SINNER - Boom bang goodbye (2026)


 Po ponad czterech dekadach działalności niemiecka legenda hard rocka i heavy metalu, Sinner, żegna się z fanami albumem „Boom Bang Goodbye”. Już sam tytuł sugeruje, że nie jest to kolejna pozycja w dyskografii zespołu, lecz świadomie zaplanowane pożegnanie z historią rozpoczętą w 1982 roku przez Mata Sinnera. Ostatnie wydawnictwa grupy, a zwłaszcza „Brotherhood”, okazały się bardzo udane, dlatego byłem ciekaw, czy Matowi uda się utrzymać podobny poziom i ponownie trafić w mój gust. Płyta ukaże się 31 lipca i z pewnością każdy fan Sinner będzie chciał przekonać się, w jaki sposób Mat Sinner żegna się ze swoimi słuchaczami.

Największym atutem albumu jest imponująca lista gości. W nagraniach udział wzięli m.in. Ronnie Romero, Michael Sadler, Björn Strid, Erik Mårtensson oraz Michael Bormann. Tak szeroka reprezentacja wokalistów i muzyków sprawia, że „Boom Bang Goodbye” staje się nie tylko pożegnaniem zespołu, ale również swoistym hołdem dla europejskiej sceny melodyjnego metalu i hard rocka.

Trochę szkoda, że zaproszeni goście momentami przyćmiewają samego Mata Sinnera. Jego wokalu jest tu stosunkowo niewiele, przez co główny bohater tego pożegnania schodzi chwilami na dalszy plan. W składzie zespołu doszło również do zmian personalnych. W 2025 roku do grupy dołączył gitarzysta Jim Müller oraz klawiszowiec Lisa Müller. Muzycy wykonują swoje zadania solidnie, jednak nie wnoszą do materiału nic szczególnie zaskakującego. Brakuje nieco świeżości i dodatkowego zastrzyku energii, choć mimo wszystko udało się stworzyć naprawdę interesujący album.

Produkcja Jacoba Hansena gwarantuje nowoczesne, selektywne brzmienie bez utraty klasycznego charakteru Sinner. Album zawiera jedenaście utworów, a jego dużą zaletą jest różnorodność materiału. Każdy powinien znaleźć tutaj coś dla siebie. Fanom heavy i power metalu, a także sympatykom twórczości Primal Fear, do gustu może przypaść otwierający album „Dreams Can Come True”. To kompozycja oparta na sprawdzonych rozwiązaniach charakterystycznych dla Sinner. Nie wnosi niczego nowego, ale nadrabia chwytliwością, energią i przebojowym charakterem. Pierwszy singiel „Wait” pokazuje grupę z najbardziej melodyjnej strony. Utwór opiera się na chwytliwym refrenie, klasycznych gitarowych riffach i pozytywnej energii. To rasowy hardrockowy przebój, do jakiego Mat Sinner przyzwyczaił swoich fanów przez lata. Słucha się go bardzo dobrze, choć pewien niedosyt pozostaje.

Zupełnie inne emocje przynosi spokojniejszy „Leave All Behind”. Utwór urzeka klimatem i doskonale oddaje piękno hardrockowej stylistyki. Świetnie odnalazł się tutaj Ronnie Romero, którego wokal dodaje kompozycji dodatkowej głębi. To jeden z tych numerów, które zostają ze słuchaczem na długo po zakończeniu odsłuchu. Miłośnicy połączenia Dokken i Judas Priest bez problemu odnajdą się w „All Night Long”. To kolejny solidny punkt programu, choć podobnych kompozycji na rynku nie brakuje. Zabrakło nieco bardziej wyrazistej melodii i charakterystycznego motywu przewodniego.
Bardziej pogodny „Are You Ready” ewidentnie powstał z myślą o radiowych playlistach. To prosty, chwytliwy i bardzo przystępny numer, który jednak nie oferuje nic ponad sprawdzone schematy. Podobne odczucia wywołuje przebojowy i zadziorny „Born To Run”, będący udanym układem w stronę hard rocka lat osiemdziesiątych.
Znacznie cięższe oblicze zespołu poznajemy w „Hellbreaker”. Tutaj wyraźnie słychać wpływy Primal Fear oraz współczesnego heavy/power metalu. To agresywniejsza, bardziej dynamiczna kompozycja, która wnosi na płytę sporo energii. Szkoda, że takich utworów nie znalazło się na albumie więcej.

Prawdziwą perełką okazuje się „Turn The Page”. Refren jest wręcz znakomity i stanowi kwintesencję rasowego hard rocka. To utwór, który równie dobrze sprawdzi się w samochodzie, radiu czy podczas spokojnego wieczornego odsłuchu. Takie kompozycje są dziś na wagę złota. Michael Bormann błyszczy z kolei w „Road To Remember”. To jeden z najmocniejszych punktów programu, pełen mocy, melodii i przebojowości. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Mat Sinner serwuje tutaj słuchaczom prawdziwą kolekcję potencjalnych hitów. Oczywiście nie każdy utwór prezentuje identycznie wysoki poziom, ale całość trzyma bardzo dobrą formę. "Under The Moonlight” to kolejny udany mariaż hard rocka i heavy metalu. Album zamyka natomiast „Power” – rasowy heavy metalowy hymn, wyraźnie nawiązujący do stylistyki Primal Fear i niemieckiej szkoły power metalu. To jeden z najlepszych utworów na płycie i doskonały przykład tego, za co od lat cenię twórczość Mata Sinnera – za niezwykłą umiejętność pisania chwytliwych, zapadających w pamięć kompozycji.

„Boom Bang Goodbye” zamyka ważny rozdział w karierze Mata Sinnera. Przez lata realizował swoją muzyczną wizję pod szyldem Sinner, tworząc zespół, który odcisnął wyraźne piętno na niemieckiej scenie heavy metalowej. Grupa szybko stała się jednym z istotnych graczy gatunku, nagrywając wiele znakomitych albumów i z powodzeniem balansując między hard rockiem a heavy metalem. Bywały również momenty, gdy stylistycznie zbliżała się do Primal Fear.

Nadszedł jednak czas pożegnania. Mat Sinner robi to za pomocą albumu, który może nie jest dziełem idealnym i któremu brakuje kilku elementów, by osiągnąć status klasyka, ale mimo wszystko wypada bardzo dobrze. Nie ma tu rewolucji, zaskoczeń ani prób odkrywania gatunku na nowo. Jest za to solidna porcja melodyjnego hard rocka i heavy metalu, przygotowana z klasą i szacunkiem dla własnej historii. "Boom Bang Goodbye” to godne zakończenie działalności Sinner – album, który z pewnością usatysfakcjonuje wieloletnich fanów zespołu.

Ocena: 8/10

środa, 10 czerwca 2026

SEAGRAVE - Radiance Supreme (2026)


 

Coraz częściej w ostatnim czasie pojawiają się okładki wyglądające tak, jakby zostały stworzone przez sztuczną inteligencję. Tego typu grafiki potrafią męczyć wzrok, irytować, a niekiedy wręcz odstraszać potencjalnego słuchacza. Niestety, podobnie jest w przypadku najnowszego dzieła fińskiej formacji Seagrave. „Radiance Supreme” ukazał się 17 kwietnia i jest albumem głęboko zakorzenionym w klasycznym heavy metalu, hard rocku oraz progresywnym heavy metalu. Nietrudno doszukać się tutaj inspiracji takimi wykonawcami jak Iron Maiden, Alcatrazz czy Axel Rudi Pell.

Od wydania debiutanckiego krążka minęło jedenaście lat, a w zespole wciąż kluczową rolę odgrywają gitarzyści. Duet Rintala/Karjalainen stawia przede wszystkim na melodyjność, świeżość i przebojowość. Muzycy znakomicie balansują pomiędzy hardrockową ekspresją a melodyjnym heavy metalem. Znajdziemy tu pomysłowe riffy, wciągające melodie oraz chwytliwe refreny. Jest wyraźny hołd dla klasyki gatunku, ale jednocześnie nie brakuje świeżych pomysłów i dbałości o interesujące aranżacje. Seagrave udowadnia, że w ich muzyce jest miejsce zarówno na drapieżność i ciężar, jak i klimat, emocje oraz finezję. Całość brzmi atrakcyjnie, dojrzale i niezwykle przekonująco.

Materiał trwa niespełna godzinę, a dwanaście zawartych na nim kompozycji tworzy spójne i starannie dopracowane wydawnictwo. Już otwierający album „Harlequin” sugeruje, że Seagrave nie zamierza iść na kompromisy. Mocne riffy, wyraziste melodie i klasyczne podejście do budowania napięcia stanowią fundament całego albumu. To znakomita galopada w duchu Iron Maiden i trudno wyobrazić sobie lepsze otwarcie tej płyty.

Kolejne utwory, takie jak „Inner Fire” czy „Hope Arrives”, rozwijają ten kierunek, łącząc energię klasycznego heavy metalu z bardziej współczesnym, przestrzennym hardrockowym brzmieniem. Nie brakuje tu lekkości, muzycznej finezji i umiejętnego oddziaływania na emocje słuchacza.

Centralnym punktem albumu pozostaje utwór tytułowy „Radiance Supreme”. To blisko sześciominutowa kompozycja, która najlepiej oddaje ambicje zespołu. Monumentalne refreny, rozbudowane partie instrumentalne oraz atmosfera balansująca pomiędzy podniosłością a melancholią sprawiają, że jest to jeden z najmocniejszych punktów programu. Seagrave pokazuje tutaj, że potrafi tworzyć utwory nie tylko chwytliwe, ale również pełne emocjonalnej głębi. To kompozycja potwierdzająca klasę i talent fińskiej formacji.

Na uwagę zasługują również drapieżny „The Eagle” oraz inspirowany wydarzeniami historycznymi „Dunkerque 1940”, który wyróżnia się narracyjnym charakterem i niemal filmowym rozmachem. Z kolei „Magic Symphony” wnosi więcej lekkości i melodyjności, stanowiąc przyjemny kontrast dla cięższych fragmentów albumu. To dowód na to, że zespół potrafi skutecznie urozmaicać swój materiał i zaskakiwać słuchacza.

Ponury, a zarazem bardziej progresywny „Seagrave” również ukazuje duży potencjał grupy. Bardzo dobrze wypada marszowy i epicki „Earthbound”, czerpiący pełnymi garściami z dorobku Iron Maiden. Fanom Alcatrazz z pewnością przypadnie do gustu rozpędzony i niezwykle przebojowy „Seeker of Truth”. Na zakończenie otrzymujemy nastrojowy i pełen emocji „The Flicker of Time”, który stanowi godne zwieńczenie całego wydawnictwa.

„Radiance Supreme” nie jest albumem rewolucyjnym, ale z pewnością jest dziełem dopracowanym, szczerym i pełnym pasji. Seagrave stawia na solidne kompozycje zamiast ślepego podążania za eksperymentami, dzięki czemu stworzył płytę, która powinna przypaść do gustu wszystkim miłośnikom tradycyjnego heavy i power metalu. To udany powrót zespołu, który po latach przerwy udowadnia, że wciąż ma wiele do zaoferowania.

Ocena: 8/10


poniedziałek, 18 maja 2026

THE ORDER - Empires (2026)


 Sześć lat przyszło czekać fanom szwajcarskiego zespołu The Order na nowy materiał. Tego czasu z pewnością nie zmarnowano, ponieważ szósty studyjny album zatytułowany „Empires” to dzieło dojrzałego i doświadczonego zespołu, który doskonale zna swoją wartość. Formacja obecna jest na metalowej scenie od ponad dwóch dekad i wielokrotnie udowadniała, że doskonale odnajduje się w swojej stylistyce. W swojej muzyce garściami czerpie z dorobku Krokus, Accept, Judas Priest, Bonfire, Pretty Maids czy Scorpions. „Empires”, wydany 24 kwietnia, to pozycja, obok której trudno przejść obojętnie, jeśli gustuje się w mieszance heavy metalu i hard rocka.

The Order to przede wszystkim charyzmatyczny i niezwykle utalentowany wokalista Gianni Pontillo. To doświadczony frontman, znany między innymi z Victory, a obecnie również współpracujący z Nazareth. Potrafi śpiewać z odpowiednim pazurem i hardrockową swobodą. To właśnie dzięki niemu album tak mocno nawiązuje do klasyki gatunku i klimatu lat 80. Płyta wręcz kipi energią, a znajdziemy na niej mnóstwo przemyślanych riffów i efektownych solówek. Duża w tym zasługa zgranej sekcji rytmicznej oraz gitarzysty Bruno Springa. Materiał jest przy tym odpowiednio zróżnicowany — każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Słychać pomysłowość, ale także ogromny szacunek do klasyki gatunku. The Order nie kombinuje na siłę i nie próbuje tworzyć czegoś rewolucyjnego, co w tym przypadku okazuje się sporą zaletą.

„Empires” to 45 minut muzyki zamkniętej w dziewięciu utworach. Otwierający album numer tytułowy narzuca odpowiedni ton: ciężkie gitary, dynamiczna sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal Gianniego Pontillo budują atmosferę monumentalnego, lekko mrocznego hymnu o upadku imperiów i politycznej manipulacji. Zespół stawia na energię oraz melodyjność i wychodzi z tego obronną ręką. To rasowy killer, wyraźnie skierowany w stronę bardziej heavy metalowego grania.

Największą siłą „Empires” pozostaje jednak różnorodność. „Fight For Your Rights” niesie ze sobą buntowniczy, niemal stadionowy refren, „Thieves In The Night” przyciąga bardziej melodyjnym obliczem zespołu, natomiast „Wherever I Go” pokazuje, że grupa potrafi pisać niemal AOR-owe, emocjonalne kompozycje, nie tracąc przy tym hardrockowego charakteru. Nie wszystkie utwory utrzymują równie wysoki poziom — „Warriors” czy „Living For The Nightlife” bywają bardziej schematyczne — jednak nawet słabsze momenty nie psują ogólnego odbioru albumu. Każdy z utworów podkreśla mocne strony zespołu i dobrze oddaje jego charakter oraz muzyczną tożsamość. Album zawiera wiele chwytliwych momentów i zdecydowanie jest czym się zachwycać.

Szybkim krokiem zbliżamy się do „The Last Call”, kolejnego zadziornego i energetycznego kawałka. Zespół konsekwentnie trzyma się mieszanki hard rocka i heavy metalu, a mroczny klimat utworu robi świetne wrażenie. Nieco mniej przekonuje mnie bardziej komercyjny „Of Martyrs And Tyrants”. To nadal dobry numer, ale pozostawia pewien niedosyt. Punktem kulminacyjnym albumu pozostaje jednak dziesięciominutowy kolos „The Boneheads Back – Promises And Illusions”. To bardzo urozmaicona kompozycja, pokazująca, że nawet w hardrockowej stylistyce można stworzyć rozbudowany i interesujący utwór. Choć trzeba przyznać, że odrobina krótsza forma również wyszłaby mu na dobre.

„Empires” nie jest rewolucją, ale to bardzo solidny album dla fanów melodyjnego heavy metalu i hard rocka. To płyta szczera, konkretna i pełna gitarowej energii — taka, która sprawdzi się zarówno w domowym zaciszu, jak i podczas długiej samochodowej trasy. The Order udowadnia, że po ponad dwóch dekadach działalności nadal potrafi pisać chwytliwe, mocne i autentyczne utwory, które na długo zapadają w pamięć. To bez wątpienia jeden z najciekawszych albumów w dorobku grupy.

Ocena: 8/10

środa, 13 maja 2026

TYKIN - Dripping poison (2026)


 Po udanych singlach i coraz większym szumie wokół nowojorskiej sceny glam/heavy metalowej amerykański Tykinwreszcie zaprezentował swój pierwszy pełnowymiarowy album Dripping Poison. Płyta ukazała się 23 marca 2026 roku i stanowi mieszankę klasycznego glam metalu, hard rocka oraz melodyjnego heavy metalu inspirowanego złotą erą lat 80. W muzyce zespołu wyraźnie słychać wpływy takich gigantów jak Iron Maiden, Judas Priest, Mötley Crüe, W.A.S.P. czy Skid Row. To album, obok którego trudno przejść obojętnie.

Największym atutem wydawnictwa jest jego przebojowość i autentyczność. Tykin gra z ogromnym luzem i pasją, dzięki czemu nawet najbardziej ograne schematy brzmią świeżo i przekonująco. Wokal Tylera Englisha doskonale odnajduje się w tej stylistyce — jest odpowiednio chropowaty, melodyjny i pełen młodzieńczej energii. Nie próbuje ślepo kopiować legend gatunku, ale słychać, że dorastał na klasycznych albumach glam i heavy metalu. Jego wokal odgrywa kluczową rolę w budowaniu klimatu lat 80. i nadaje całości charakterystycznego oldschoolowego feelingu.

Nie można również pominąć znakomicie zgranej sekcji rytmicznej ani duetu gitarzystów — Jacoba Dammena i Zakka Lethala. Muzycy stawiają na klasyczne zagrywki, dzięki czemu materiał brzmi bardzo oldschoolowo, ale jednocześnie nie sprawia wrażenia wtórnego. Tykin nie odkrywa gatunku na nowo, lecz zabiera słuchacza w dobrze znane rejony, dodając do nich świeżość, energię i własny charakter. Gitarzyści grają z pasją i wyczuciem melodii, a ich partie pełne są chwytliwych motywów i koncertowej energii.

Album otwiera „Wounded Hearts” — emocjonalny numer balansujący pomiędzy hardrockową balladą a melodyjnym heavy metalem. Zespół znakomicie odnajduje się w tej stylistyce, tworząc jeden z najbardziej dopracowanych utworów na płycie. Kompozycja jest nostalgiczna, ale jednocześnie bardzo przebojowa. „Strangers” kontynuuje bardziej melodyjną stronę zespołu i pokazuje talent Tykin do tworzenia chwytliwych refrenów. Riff przywodzący na myśl klasyczne dokonania Judas Priest i nośny refren sprawiają, że robi się naprawdę interesująco.

W pełni swój charakter grupa prezentuje w hymnowym „Dripping Poison”. Przebojowy refren błyskawicznie wpada w ucho, a klimat glam metalu lat 80. czuć tutaj niemal w każdym dźwięku. Heavy metalowego pazura dodaje ostrzejszy „Dog Fighters”, który tylko potwierdza wysoką formę zespołu. W bardziej energicznym i dynamicznym repertuarze Tykin sprawdza się znakomicie.

Szczególnie mocno wyróżnia się „Hypnotized” — skoczny, niezwykle chwytliwy utwór osadzony częściowo w klimatach NWOBHM. To kolejna kompozycja, z której bije świeżość i pomysłowość, mimo mocnego zakorzenienia w klasycznych inspiracjach.

Na osobne wyróżnienie zasługuje finałowy „Heretic”. To najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór na albumie, łączący klasyczny heavy metal z glamowym luzem i stadionowym rozmachem. Właśnie tutaj Tykin w pełni prezentuje swoje możliwości kompozytorskie, tworząc idealne podsumowanie całego wydawnictwa.

Dripping Poison nie zmieni historii hard rocka ani heavy metalu, ale zdecydowanie wyróżnia się szczerością, autentycznością i ogromną miłością do klasycznego grania. Tykin udoowadnia, że młode zespoły nadal potrafią tworzyć oldschoolowy glam/heavy metal bez popadania w tanią kalkę. To bardzo udany debiut — pełen energii, chwytliwych melodii i koncertowego potencjału. Prawdziwa kopalnia hitów dla fanów klasycznego grania.

Ocena: 8/10

M.ILL.ION - Legend (2026)

 


Po pięciu latach przerwy szwedzki M.ILL.ION wraca z dziewiątym albumem studyjnym zatytułowanym Legend. Płyta ukazała się 24 kwietnia i jest propozycją skierowaną przede wszystkim do fanów melodyjnego hard rocka z domieszką melodyjnego heavy metalu. To wydawnictwo, które nie próbuje odkrywać gatunku na nowo, lecz celebruje jego klasyczne wartości — chwytliwe refreny, nośne riffy i stadionową energię. Materiał mocno zakorzeniony jest w tradycji klasycznego hard rocka, pełnego inspiracji latami 80., jednak podanego bez przesadnej nostalgii. Zespół otwarcie czerpie z dorobku takich gigantów jak Uriah Heep, Deep Purple czy Thin Lizzy. To z pewnością album, którego nie można zlekceważyć.

M.ILL.ION to przede wszystkim charyzmatyczny wokalista Hans Dalzon, który śpiewa z ogromną pasją i drapieżnością. Potrafi doskonale oddać klimat lat 80. i nadać kompozycjom przebojowego charakteru. Jego oldschoolowa maniera wokalna działa zdecydowanie na korzyść całego materiału. Istotną rolę odgrywa również klawiszowiec Marcus Berglund, budujący atmosferę i wzbogacający utwory o melodyjne tło. Znakomicie układa się jego współpraca z gitarzystą CT Rohdellem, który stawia na finezję, lekkość i pomysłowość. Muzyk pozostaje wierny klasycznym wzorcom, ale na szczęście nie popada w bezmyślne kopiowanie legend gatunku. Zespół wyraźnie stara się zachować własną tożsamość i indywidualny styl.

Już otwierający album „Kingmaker” pokazuje, czego można spodziewać się po całym wydawnictwie — masywnego gitarowego brzmienia, dynamicznej sekcji rytmicznej oraz refrenów wręcz stworzonych do wspólnego śpiewania podczas koncertów. Utwór przywodzi na myśl dokonania wczesnego Dio czy Rainbow. Z kolei „Bad Lovin’” i „Wheels & Wings” dodają płycie bardziej imprezowego, rockandrollowego charakteru, przywołując najlepsze momenty hard rocka przełomu lat 80. i 90. To wyraźny ukłon w stronę twórczości Bon Jovi oraz Def Leppard.

Miłośnicy radiowych przebojów powinni koniecznie sięgnąć po „The Legend Lives On”. Kompozycja brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 80. i pokazuje, jak wielki talent do pisania chwytliwych numerów posiada zespół. Równie przekonująco wypada przebojowy „Private Dancer” — prosty w formie, ale niezwykle skuteczny dzięki wykorzystaniu sprawdzonych patentów gatunku.

Wpływy Rainbow i Deep Purple szczególnie mocno wybrzmiewają w bardziej agresywnym „No Garden of Eden”. Już od pierwszych sekund uwagę przykuwa potężny riff, który świetnie eksponuje potencjał formacji. Zespół umiejętnie bazuje na nostalgii słuchaczy, jednocześnie dodając do swojej muzyki odrobinę świeżości. „Grow Old Together” to z kolei melodyjna ballada wyraźnie inspirowana stylistyką Whitesnake i Europe. Sporą dawkę pozytywnej energii przynosi hymnowy „Ready to Rock”.

Finał albumu stanowi nastrojowy i melancholijny „Half Man, Half Consumer”, ponownie odwołujący się do klasycznego brzmienia Deep Purple i Rainbow. Choć zespół nie proponuje niczego rewolucyjnego, nadrabia to pasją, autentycznością i ogromnym wyczuciem melodii.

Legend nie jest albumem, który zmieni historię gatunku, ale to bardzo solidna, szczera i pełna energii płyta dla fanów melodyjnego hard rocka z nutą melodyjnego heavy metalu. M.ILL.ION udowadnia, że po ponad trzech dekadach działalności wciąż potrafi tworzyć chwytliwe utwory i brzmi jak grupa, która nadal czerpie ogromną radość z grania. To klasyczny hard rock w najlepszym, oldschoolowym wydaniu — album, który od początku do końca dostarcza mnóstwo satysfakcji.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 11 maja 2026

KINGSMASH - The heart remains at home (2026)


 Niemiecka scena melodyjnego hard rocka i klasycznego heavy metalu wzbogaciła się o niezwykle interesujący debiut. Formacja Kingsmash prezentuje na „The Heart Remains at Home” mieszankę melodyjnego hard rocka, heavy metalu oraz chwytliwego power rocka, wyraźnie inspirowaną brzmieniem lat 80., ale jednocześnie brzmiącą świeżo i naturalnie. Album ukazał się 1 maja nakładem Fetzner Death Records i już od pierwszych minut pokazuje, że mamy do czynienia z zespołem świadomym własnego stylu i muzycznej jakości. To grupa, która pełnymi garściami czerpie z dorobku Dio, Pretty Maids, Scorpions, czy gotthard. Debiutancki album Kingsmash to prawdziwa kopalnia przebojów.

Największym atutem płyty pozostają gitary. Duet Michael Herr i Ralf Schanzel tworzy niezwykle zgrane, melodyjne partie, które napędzają cały materiał. Solówki są wyważone, pełne feelingu i nie popadają w przesadny techniczny ekshibicjonizm. Muzycy stawiają przede wszystkim na klasyczne rozwiązania, klimat i czystą muzyczną frajdę. Bardzo dobrze wypada również sekcja rytmiczna — bas i perkusja nadają utworom odpowiednią dynamikę oraz koncertową energię. Produkcja stoi na wysokim poziomie. Materiał brzmi nowocześnie, ale jednocześnie zachowuje organiczny charakter i klasyczne heavy metalowe brzmienie. Nawet nieco komiczna okładka idealnie współgra z zawartością albumu i stylistyką zespołu.

Wokal Michaela Herra dobrze pasuje do charakteru grupy, choć momentami przydałoby się więcej charyzmy, charakterystycznej chrypy oraz agresji — szczególnie w cięższych fragmentach. Chwilami słychać również pewne braki techniczne i niedostateczną pewność siebie. To zdecydowanie najsłabszy element całego zespołu, choć nie na tyle problematyczny, by znacząco obniżyć odbiór materiału.

Kingsmash to stosunkowo młoda formacja, działająca od 2023 roku, jednak zaangażowanie muzyków i ich pasja są doskonale słyszalne na debiutanckim wydawnictwie. Zespół od samego początku stawia na energetyczne riffy, chwytliwe refreny i ogromną dawkę melodyjności.

Album trwa niespełna 46 minut i oferuje konkretne, zwarte kompozycje pozbawione zbędnych przestojów. Całość otwiera dynamiczny „Infernal Fire”, który od razu narzuca odpowiednie tempo i prezentuje największe zalety grupy. Gitary brzmią masywnie, sekcja rytmiczna pracuje bardzo solidnie, a całość ma wyraźnie koncertowy charakter. Brzmi to klasycznie, ale jednocześnie świeżo i niezwykle naturalnie. Trudno się temu oprzeć. Chwilę później otrzymujemy „Devil Inside Your Head” — numer bardziej przebojowy, mocno osadzony w klasycznym heavy rocku. Już na początku albumu słychać, że Kingsmash mają wyjątkowy talent do komponowania chwytliwych utworów, które błyskawicznie zapadają w pamięć. Dzięki temu cały materiał jest niezwykle nośny i pełen potencjalnych koncertowych hymnów.

Prawdziwą siłę albumu pokazuje jednak „The War of the Angels”. To jeden z najbardziej metalowych fragmentów wydawnictwa — pełen cięższych riffów, większej energii i bardziej wyrazistego charakteru. Zespół bardzo sprawnie balansuje pomiędzy melodyjnością a ciężarem, dzięki czemu materiał ani przez chwilę nie nuży i pozostaje zaskakująco różnorodny. Świetnie wypada również tytułowy „The Heart Remains at Home”, niosący sporą dawkę emocji i nostalgicznego klimatu. To właśnie tutaj najlepiej słychać, że Kingsmash nie próbują być agresywni za wszelką cenę. Zamiast tego stawiają na atmosferę, melodie i naturalność przekazu. Ta szczerość oraz umiejętność tworzenia chwytliwych kompozycji stanowią ich największą broń.

Na uwagę zasługują także bardziej przebojowe utwory, takie jak „Sparrow”, „The Wild Girl” czy „Run Away”. W tych kompozycjach grupa jeszcze mocniej flirtuje z klasycznym hard rockiem i melodyjnym heavy metalem rodem z lat 80. Ta stylistyczna mieszanka wypada wyjątkowo efektownie. Słychać tutaj ducha dawnych stadionowych hymnów, które z powodzeniem mogłyby podbijać rockowe rozgłośnie radiowe. Ogromnym plusem pozostaje umiejętność budowania prostych, ale niezwykle skutecznych refrenów o wyraźnie koncertowym potencjale. Zespół doskonale zna swoje mocne strony i potrafi je wykorzystać.

Szybkie tempo oraz heavy metalowy pazur napędzają również „I Don’t Know Where to Go”, który należy do najmocniejszych punktów albumu. Melodyjny riff i rozpędzona sekcja rytmiczna sprawiają, że utwór wręcz eksploduje energią. To jeden z tych momentów, do których naprawdę trudno się przyczepić. Nieco słabiej wypada natomiast „Calm Down”, któremu brakuje wyrazistości i siły przebicia obecnej w pozostałych kompozycjach. Finał albumu w postaci „Dragonslayer” doskonale podsumowuje całą zawartość wydawnictwa. To kwintesencja stylu Kingsmash — melodyjna, energetyczna i niezwykle chwytliwa kompozycja, która stanowi kolejny mocny punkt tego debiutu.

Mimo kilku drobnych wad „The Heart Remains at Home” pozostaje bardzo udanym debiutem. To album pełen szczerej pasji do klasycznego heavy metalu i hard rocka, który nie próbuje na siłę podążać za współczesnymi trendami. Kingsmash postawili na melodie, emocje i koncertową energię — i właśnie dzięki temu ich muzyka brzmi autentycznie. Debiut Niemców to prawdziwa kopalnia hitów.
Dla fanów tradycyjnego heavy metalu i hard rocka jest to pozycja zdecydowanie godna uwagi. Jeśli w przyszłości zespół odważy się jeszcze bardziej rozwinąć własny styl i dodać muzyce odrobinę większej drapieżności, może stać się naprawdę bardzo interesującą nazwą na europejskiej scenie heavy metalowej.

Ocena: 8,5/10

sobota, 9 maja 2026

CATALANO - Perfect storm (2026)


 

Australijski Catalano to zespół, który konsekwentnie podąża za swoimi muzycznymi marzeniami. Muzycy od najmłodszych lat musieli zdzierać kasety i płyty takich gigantów jak Mötley Crüe, Def Leppard czy Skid Row. 1 maja ukazał się album „Perfect Storm” — pozycja obowiązkowa dla wszystkich maniaków hard rocka i glam metalu.

„Perfect Storm” brzmi jak klasyczny hard rock podany we współczesnej, dopracowanej produkcji — i absolutnie nie jest to wada. Album balansuje pomiędzy glam metalem, stadionowym rockiem i melodyjnym hard rockiem, ale robi to bez przesadnej nostalgii. Catalano wyraźnie inspiruje się klimatem lat 80., jednak nie jest jedynie kopią dawnych gigantów gatunku. Czerpią pełnymi garściami z twórczości Skid Row czy Def Leppard, ale przekładają te wpływy na własny język muzyczny. Stawiają na przebojowość, chwytliwe melodie i koncertową energię. Ta formuła sprawdza się tutaj znakomicie.

Catalano to przede wszystkim utalentowany Roxxi Catalano, który nadaje całości odpowiedniego pazura i charakteru. To właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nie można również pominąć wkładu gitarzysty Danny’ego Ritza. W jego grze słychać mnóstwo serca, emocji i autentycznej pasji. Riffy momentami przenoszą słuchacza prosto do złotej ery hard rocka, a przy tym brzmią świeżo i naturalnie. To rozrywka na wysokim poziomie — pełna zaangażowania i muzycznej świadomości.

Na albumie znalazło się osiem dobrze wyważonych utworów. Już otwierający „City Lights” wyznacza kierunek całego wydawnictwa — mocne riffy, chwytliwy refren i agresywna energia tworzą bardzo mocne otwarcie. Tytułowy „Perfect Storm” to jeden z najciekawszych momentów płyty — cięższy, bardziej dramatyczny i świetnie zbudowany pod względem dynamiki. Wokal Roxxiego Catalano ma odpowiednią chrypkę i energię, dzięki czemu całość brzmi autentycznie, a nie sztucznie czy wymuszenie.

Największą siłą albumu pozostają jednak refreny. „I Need To Rock” oraz „Comin’ In Hot” mają ogromny koncertowy potencjał — bez problemu można wyobrazić sobie publiczność śpiewającą je wspólnie z zespołem. Z tych numerów bije pozytywna energia i radiowa przebojowość. Jednocześnie Catalano unika przesadnej cukierkowości, która często pojawia się u współczesnych zespołów glam rockowych. Tutaj wszystko jest odpowiednio wyważone i spójne.

Wpływy starego, klasycznego Def Leppard wyjątkowo mocno wybrzmiewają w przebojowym „Lovin’ You Is Hard”. Z kolei bardziej agresywny „Can’t Change Me” pokazuje ostrzejsze oblicze zespołu. To utwór, który nie próbuje na siłę odkrywać gatunku na nowo — stawia po prostu na czyste hardrockowe szaleństwo.

Bardzo dobrze wypada również „Unrequited”, promowany jako singiel przed premierą albumu. To bardziej emocjonalny numer z lekkim melancholijnym klimatem, pokazujący, że zespół potrafi zwolnić tempo bez utraty własnego charakteru. Na zakończenie dostajemy nastrojowy „Foolish Hearts”, który idealnie oddaje ducha hardrockowych przebojów lat 80. i stanowi znakomite podsumowanie całego wydawnictwa.

„Perfect Storm” nie redefiniuje hard rocka, ale daje dokładnie to, czego oczekuje się od solidnego albumu tego gatunku — energię, melodie, świetne refreny i autentyczną pasję. To jedna z ciekawszych hardrockowych premier 2026 roku. Bez udawania, bez zbędnej kalkulacji — sto procent hard rocka. Osobiście zmieniłbym nawet tytuł tej płyty na „Perfect Hard Rock”.

Ocena: 8.5/10

piątek, 1 maja 2026

LOCKHART - City Pulse (2026)


 

Na scenie hardrockowej pojawił się nowy gracz, który może sporo namieszać. Mowa o kanadyjskim Lockhart, działającym od 2022 roku. To w zasadzie supergrupa złożona z trzech doświadczonych muzyków. W jej skład wchodzi Devon Kerr (Axxion), odpowiedzialny za wokal, gitary i partie klawiszowe, Jason Junop (Cauldron) na basie oraz Fabio Alessandrini, znany m.in. z Hardline i Bonfire, za perkusją.

Debiutancki album City Pulse ukaże się 12 czerwca nakładem High Roller Records.
To, co zespół prezentuje, to mieszanka melodyjnego hard rocka i AOR-u, mocno osadzona w stylistyce lat 80. Znajdziemy tu proste, chwytliwe melodie oraz utwory o wyraźnie radiowym potencjale. Jednym z największych atutów jest wokal Devona Kerra, który nadaje całości klimat przywodzący na myśl płyty Def Leppard, Foreigner czy Toto. Partie gitarowe również utrzymane są w klasycznym duchu – nieskomplikowane, ale niezwykle nośne i przyjemne dla ucha, oddające esencję rockowego grania. Czuć w tym pasję, pomysłowość i doświadczenie, co bezpośrednio przekłada się na wysoką jakość materiału.

Fani klimatów spod znaku Foreigner czy Survivor bez trudu odnajdą się w przebojowym i oldschoolowym „City Pulse”, które brzmi niczym zaginiony klasyk z lat 80. Dalej otrzymujemy energiczny i pełen werwy „Cant Shake It” – szybszy numer z wpadającym w ucho refrenem, emanujący świeżością i dynamiką. Zespół brzmi tak, jakby faktycznie tworzył w złotej erze gatunku, co stanowi jeden z jego największych atutów.
Klimatyczne partie klawiszy napędzają rytmiczny „Together As One”, będący kwintesencją klasycznego rockowego grania. Więcej AOR-owego, spokojniejszego klimatu dostajemy w „Under Fire”. Zespół najlepiej odnajduje się jednak w żywszych, bardziej przebojowych kompozycjach, takich jak „Just Can’t Wait” – to znakomity hołd dla Foreigner i Toto. Nie zabrakło również bardziej romantycznych akcentów – „You Wouldn’t Know Love” to melodyjna ballada w duchu Foreigner czy Whitesnake, utrzymana w klasycznej konwencji i bardzo udana. Całość zamyka przyjemny, melodyjny „No Chance in Heaven”, który imponuje zarówno pomysłowością, jak i przebojowością – to kolejny ukłon w stronę hard rocka lat 80.

Lockhart udowadnia, że wciąż można tworzyć przystępny, świetnie brzmiący hard rock oparty na sprawdzonych patentach sprzed dekad. Debiutancki album to prawdziwa kopalnia hitów i esencja klasycznego grania w stylu Survivor czy Foreigner. Dla fanów gatunku – pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8,5/10

wtorek, 28 kwietnia 2026

ALICATE - Too band to be Good (2026)


 

Choć początki szwedzkiego zespołu Alicate sięgają lat 80., to tak naprawdę grupa na dobre wystartowała dopiero w 2009 roku wraz z wydaniem swojego debiutanckiego albumu. 24 kwietnia ukazał się ich szósty krążek studyjny zatytułowany „Too Bad to Be Good”. To mieszanka melodyjnego hard rocka i AOR-u, wyraźnie inspirowana klasykami gatunku, takimi jak Foreigner, Survivor, Def Leppard czy Whitesnake. Nowy album to solidna dawka hard rocka w duchu lat 80.

Alicate konsekwentnie stawia na chwytliwość i sprawdzone rozwiązania. Liderem zespołu jest Jonas Erixon, którego głos robi duże wrażenie — łączy charyzmę, technikę i umiejętność budowania emocjonalnego klimatu. To rasowy rockowy wokalista. Erixon odpowiada również za partie gitarowe i w tej roli także wypada bardzo dobrze. Choć do ideału nieco brakuje, słychać wyraźnie pasję i autentyczną miłość do hard rocka. Zarówno riffy, jak i solówki stanowią wyraźny ukłon w stronę klasyki gatunku. Z kolei Marcus Zerath na klawiszach świetnie uzupełnia gitarowe zagrywki Erixona, dodając kompozycjom przestrzeni i charakteru. Całość brzmi bardzo klasycznie, wręcz oldschoolowo. Można jednak odczuć niedosyt większych hitów, co nieco obniża ogólną ocenę albumu.

Płytę otwiera „Changes” — lekki, rytmiczny numer będący wyraźnym hołdem dla estetyki lat 80. Tytułowy „Too Bad to Be Good” ukazuje bardziej przebojowe oblicze zespołu, czerpiąc inspiracje m.in. z twórczości Whitesnake. To prosty, ale bardzo skuteczny utwór, który łatwo wpada w ucho. Bardziej komercyjny charakter ma „One Shot” — radiowy kawałek, choć tu można już wyczuć lekki spadek formy. Romantyczny „Save Our Love” to klasyczna rockowa ballada, ponownie nawiązująca do stylu Whitesnake.

Na szczególną uwagę zasługuje „Mysterious” — energetyczny, chwytliwy utwór, w którym pobrzmiewają echa Deep Purple. To jeden z najmocniejszych punktów albumu. Nastrojowy „High on Livin” oddaje pełnię rockowego klimatu płyty, natomiast „Don’t Turn Around” wyróżnia się radosnym, radiowym charakterem i ma potencjał na prawdziwy hit.

„Too Bad to Be Good” to album doświadczonego i świadomego swojego stylu zespołu, który potrafi tworzyć solidny, wartościowy hard rock. Znajdziemy tu chwytliwe melodie, interesujące riffy i sporo muzycznej energii. Brakuje jednak większej liczby utworów, które mogłyby naprawdę zachwycić i na długo zapaść w pamięć. Mimo to jest to dobra płyta, pokazująca, że w hard rocku wciąż można znaleźć coś wartościowego. Najnowsze wydawnictwo Alicate to propozycja zdecydowanie godna uwagi.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

GUS G - Steel burner (2026)

 


„Steel Burner” to szósty album studyjny greckiego wirtuoza gitary, Gusa G. W swojej solowej karierze artysta koncentruje się przede wszystkim na gitarowych popisach, osadzonych w klimatach hard rocka i heavy metalu. Po raz kolejny stara się udowodnić, jak utalentowanym jest instrumentalistą. Nie do końca jednak widzę sens powstawania tych płyt — ani pod względem jakościowym, ani stylistycznym nie robią one większego wrażenia. Materiał nie odbiega znacząco od tego, co można usłyszeć w Firewind.

Najnowszy album, „Steel Burner”, który ukazał się 24 kwietnia, to propozycja skierowana głównie do fanów talentu Gusa G. Na uwagę z pewnością zasługuje udział gości: Doro Pesch, Matta Barlowa i Ronniego Romero. Ich występy są wyraziste, a utwory z ich udziałem należą do najmocniejszych punktów wydawnictwa. Mimo to całość wypada przeciętnie i nie oferuje zbyt wiele świeżości. Album jest nierówny i nie wnosi nic nowego do dorobku artysty. Opiera się na dobrze znanych schematach, a szkoda, że elementy power metalu zostały tu zepchnięte na margines. Dominuje klasyczny heavy metal i hard rock.

Same kompozycje nie są złe, jednak brakuje im wyjątkowości, a poziom utworów jest nierówny. Klimatyczne klawisze i mocny riff sprawiają, że otwierający „Steel Burner” dobrze sprawdza się jako intro. Pozytywnie zaskakuje Doro w „Nothing Can Break Me” — utwór jest agresywny i chwytliwy. Gdyby cały album utrzymany był w takim stylu, byłby znacznie ciekawszy. Matt Barlow imponuje formą wokalną w mrocznym i dynamicznym „Dancing with Death”, gdzie wyraźnie czuć klimat Iced Earth. To jeden z najlepszych momentów na płycie.

Advent” nie wyróżnia się niczym szczególnym i sprawia wrażenie utworu stworzonego bez wyraźnej koncepcji. „What If” z kolei jest nijaki i pozbawiony wyrazu. Niestety, pozostałe kompozycje również nie zapadają w pamięć. Nawet obecność Ronniego Romero nie jest w stanie znacząco podnieść poziomu materiału.

Szkoda czasu na solowe dokonania Gusa G. — całość sprawia wrażenie odrzutów z Firewind. Owszem, pojawiają się pojedyncze przebłyski, ale to zdecydowanie za mało, by stworzyć angażujący i satysfakcjonujący album. To płyta, której można posłuchać raz i szybko o niej zapomnieć. Lepiej poczekać na kolejny album Firewind.

Ocena: 4,5/10

sobota, 25 kwietnia 2026

HARDLINE - Shout (2026)



Fani głosu Johnny’ego Gioeliego mają w tym roku powody do zadowolenia. Najpierw ukazał się nowy album Axel Rudi Pell, a teraz – 17 kwietnia – swoją premierę miał najnowszy krążek hardrockowego Hardline zatytułowany „Shout”. Zespół działa od 1991 roku, ma na koncie osiem albumów studyjnych i od lat udowadnia, że potrafi sprawnie balansować między melodyjnym rockiem a cięższymi brzmieniami. W ich muzyce nietrudno doszukać się inspiracji takimi gigantami jak Whitesnake, Journey czy Foreigner. Nowe wydawnictwo jest w pewnym sensie próbą powrotu do hardrockowych korzeni znanych z „Double Eclipse”.

„Shout” to pierwszy album nagrany z udziałem gitarzysty Luki Princiotty, który bardzo dobrze wpasował się w stylistykę zespołu. Serwuje przyjemne dla ucha riffy, stawia na klimat i emocje, nie zapominając przy tym o charakterystycznym, rockowym feelingu. Całość brzmi spójnie i przekonująco. Johnny, jak zwykle, błyszczy formą i potwierdza swoją klasę jako wokalista. Istotny wkład wnosi także klawiszowiec Alessandro Del Vecchio – weteran sceny melodyjnego rocka i metalu – którego doświadczenie wyraźnie wzbogaca brzmienie płyty. Materiał jest przystępny, a jednocześnie pełen solidnego hardrockowego grania.

Album trwa 46 minut i dostarcza sporo muzycznej satysfakcji. Otwierający „Shout” to przebojowy numer, który doskonale oddaje esencję stylu Hardline. Równie chwytliwy i energiczny „Rise Up” szybko wpada w ucho i ma duży potencjał koncertowy. Z kolei „It Owns You” pokazuje umiejętne balansowanie między hard rockiem a heavy metalem, eksponując ostrzejsze oblicze zespołu oraz gitarowe umiejętności Princiotty.

Na płycie nie brakuje także bardziej melodyjnych momentów – „Mother Love” urzeka klimatem i emocjonalnym ładunkiem. Elementy heavy metalu powracają w dynamicznym „Rise Above Fear”, który również należy do mocniejszych punktów wydawnictwa. Bardzo dobrze wypada „Candy Love” – bujający, pełen energii utwór z chwytliwym refrenem, będący kwintesencją klasycznego hard rocka. Sporo pozytywnych emocji przynosi także gitarowy „I’m Leaning on It”, w którym nie brakuje pasji i instrumentalnych popisów. Warto wyróżnić również dynamiczny „Welcome to the Thunder”. Nawet ballada „Glow” prezentuje wysoki poziom – w połączeniu z wokalem Gioeliego tworzy poruszającą, pełną emocji kompozycję.

Hardline wraca po pięcioletniej przerwie z dopracowanym i przyjemnym w odbiorze materiałem. Nie brakuje tu przebojów, ciekawych riffów ani spójności kompozycyjnej. Choć nie jest to album pozbawiony wad, całość robi bardzo dobre wrażenie i potrafi na długo zapaść w pamięci. Fani hard rocka z pewnością znajdą tu coś dla siebie. Dla mnie to jedna z ciekawszych płyt Hardline.

Ocena: 7,5/10

piątek, 24 kwietnia 2026

FIGHTER V - Deja Vu (2026)


 

Szwedzki Fighter V powrócił z nowym albumem zatytułowanym „Deja Vu”. To trzeci krążek w dorobku zespołu, który działa od 2019 roku. Formacja koncentruje się na melodyjnym hard rocku z wyraźną nutą AOR – to przystępne, radiowe granie z wpływami takich zespołów jak Bon Jovi, Survivor, Journey czy Foreigner. Grupa stawia na lekki klimat, chwytliwe melodie i potencjalne radiowe hity, co ma swój niezaprzeczalny urok. Płyta z pewnością przypadnie do gustu fanom tego stylu. Premiera odbyła się 10 kwietnia nakładem Frontiers Records.

Fighter V to przede wszystkim udana współpraca na linii gitarzysta Valentino Lobe – klawiszowiec Victor Olson. Muzycy stawiają na klasyczne brzmienie, lekkość, finezję i przebojowość. Partie klawiszy budują klimat i przywołują ducha lat 80. Mocnym atutem zespołu jest także wokalista Emmo Acar, który imponuje techniką, charyzmą i drapieżnością. Świetnie odnajduje się w hardrockowej stylistyce, a jego głos dodaje utworom charakteru. Klawisze wprowadzają momentami lekko kiczowaty, ale jednocześnie nostalgiczny klimat tamtej dekady – i wszystko doskonale ze sobą współgra.

Zawartość płyty jest dobrze wyważona i dostarcza wielu potencjalnych hitów. Energiczny „Ranging Heartbeat” to klasyczny hard rock w duchu lat 80. – mocny riff i chwytliwy refren sprawiają, że już na otwarciu otrzymujemy bardzo nośny utwór. Podobne emocje wywołuje melodyjny „Victory”, który momentami przywodzi na myśl Foreigner, Pretty Maids czy Europe. Zespół potrafi również zwolnić tempo i sięgnąć po bardziej romantyczne klimaty, inspirowane Whitesnake czy Foreigner, czego przykładem jest „Foolish Heart”.

Na albumie nie brakuje radiowych numerów – tytułowy „Deja Vu” łatwo wpada w ucho i zdradza pewne wpływy Def Leppard. Wokal Emmo Acara robi ogromne wrażenie, co słychać chociażby w „Stand By Your Side” – jego drapieżność i ekspresja zasługują na uznanie. Niezwykle melodyjny „Hold the Time” to kolejny ukłon w stronę klasycznego hard rocka lat 80., z motywem przewodnim, który brzmi znajomo, ale jednocześnie przyjemnie.

Fighter V błyszczy na tej płycie, pokazując serce do grania zarówno zadziornego, jak i nastrojowego hard rocka. Kolejnym wyróżniającym się utworem jest „Break Those Limits”, gdzie ponownie siłą napędową jest prosty, lecz bardzo chwytliwy motyw przewodni. Cieszy fakt, że zespół pozostaje wierny klasycznym rozwiązaniom zamiast eksperymentować na siłę.

Każdy, kto szuka klimatycznego, melodyjnego hard rocka w stylu lat 80., z wyraźnymi wpływami Survivor, Foreigner czy Bon Jovi, znajdzie to na nowym albumie Fighter V. Choć nie obyło się bez drobnych niedociągnięć, płyta jest bardzo przyjemna w odbiorze i dobrze oddaje esencję tego gatunku.

Ocena: 7/10

wtorek, 31 marca 2026

DARK HEART - Evolution (2026)

 


Brytyjski Dark Heart powrócił na dobre. Początki zespołu sięgają 1983 roku – już rok później ukazał się debiutancki album z muzyką osadzoną w kręgu NWOBHM. Grupa reaktywowała się w 2017 roku, jednak z czasem oddaliła się od klasycznego heavy metalu, kierując się bardziej w stronę nowoczesnego hard rocka.

27 marca ukazał się trzeci album studyjny zatytułowany „Evolution”. To wydawnictwo skierowane przede wszystkim do miłośników hard rocka w brytyjskim klimacie.

Od 2017 roku skład zespołu pozostaje niezmieniony. Na wokalu występuje Alan Clark, który znakomicie odnajduje się w rockowej stylistce. Przyciąga uwagę zarówno barwą głosu, jak i solidną techniką wokalną, nadając kompozycjom odpowiednią drapieżność i charakter. Gitarzysta Nick Catterick dba natomiast o właściwą hardrockową oprawę – buduje klimat, a jego brzmienie, choć nowoczesne, wyraźnie nawiązuje do klasyki lat 80. W muzyce zespołu można usłyszeć wpływy takich formacji jak Dokken, Demon czy Voodoo Circle, a momentami pobrzmiewają także echa Black Sabbath z okresu Tony’ego Martina.

Na uwagę zasługuje również okładka albumu – efektowna i sugestywna, idealnie oddaje charakter muzyki zespołu i od razu sugeruje, z jakim stylem mamy do czynienia.

Album rozpoczyna się bardzo mocnym akcentem – zadziornym „Light the Flame”, które od razu ujawnia potencjał grupy oraz jej zamiłowanie do hard rocka. Brzmienie jest klasyczne, a jednocześnie dopracowane w detalach. Bardziej stonowany, nieco radiowy „Cold Winter” pokazuje inne, łagodniejsze oblicze zespołu. Z kolei mroczny, lekko balladowy „End of Tomorrow” zachwyca klimatem i wyraźnie nawiązuje do patentów znanych z twórczości Black Sabbath z czasów Tony’ego Martina.

Melodyjny hard rock z dużą dawką AOR odnajdziemy w „Spread Your Wings”, gdzie Dark Heart świetnie odnajduje się w bardziej przystępnej, melodyjnej konwencji. Elementy heavy metalu pojawiają się w drapieżnym „Ride the Highway” – dynamicznym i przebojowym utworze o wyrazistej konstrukcji. Zespół potrafi tworzyć chwytliwe kompozycje, które łatwo zapadają w pamięć – świetnym przykładem jest „Life to Crucify”, prawdziwa perełka tego albumu.

Uwagę przyciąga także klimatyczny i melodyjny „Eyes of Light”, w którym ponownie pojawiają się wpływy hard rocka z nutą AOR. Całość zamyka chwytliwy i dobrze zaaranżowany „Burned”, stanowiący solidne zwieńczenie płyty.

Dark Heart po raz kolejny udowadnia, że ich powrót był trafną decyzją. Zespół odnalazł się w nowej rzeczywistości, stawiając na bardziej melodyjny rock z elementami AOR. Kluczową rolę odgrywają tu klimat, pomysłowe riffy oraz dbałość o przebojowość utworów. Efektem jest solidny, godny uwagi materiał, który z pewnością przypadnie do gustu fanom klasycznie brzmiącego hard rocka.

Ocena: 7/10