wtorek, 18 lutego 2020

SOVEREIGN CHILD - Rise of the King (2020)

Kto by pomyślał, że jeszcze usłyszymy kiedyś o formacji Sovereign Child.  W końcu od ich debiutu minęło 9 lat, a przez taki czas może się sporo zmienić. Na szczęście band dalej jest wierny klasycznemu heavy metalowi. W tym roku wydali swój drugi album zatytułowany "Rise of The King". Dobrze zagrany heavy metal w klimatach Dio, Primal Fear czy Judas Priest, tak można pokrótce opisać to wydawnictwo.

Ta kapela ma dwie gwiazdy, które błyszczą i jest nią bez wątpienia utalentowany wokalista Eric Flowers. Jego wokal przypomina mi manierę i technikę Tima Rippera Owensa, a to już spory atut. Trzeba też na pewno pochwalić gitarzystę Tima Pratta, który stawia na klasyczne rozwiązania. Znajdziemy tutaj proste, mocne riffy, a także pomysłowe melodie. Wszystko ze sobą bardzo dobrze współgra.

Znajdziemy tu 10 utworów i każdy zasługuje na uwagę. Rozbudowany i bardzo klimatyczny otwieracz w postaci "Rise of the King" pokazuje jaki potencjał drzemie w tej kapeli. Dalej mamy stonowany i zadziorny "The oracle", który zaskakuje mocny riffem i klasycznymi aranżacjami. Band potrafi grać progresywny heavy metal z nutką thrash metal i znakomicie to obrazuje "Forsaken". Mamy też killera w postaci "For heavy metal" i tutaj band nawiązuje do Manowar czy Judas Priest. Wybuchowa mieszanka. Amerykański heavy/power metal dobitnie wybrzmiewa w końcówce płyty czyli w "Valhalla's  calling" czy w brutalnym "Death dealer".

Warto było czekać na powrót Sovereign Child, bo to heavy metal z górnej półki. Znajdziemy tutaj ostre riffy, mocne motywy i wszystko to co jest potrzebne przy tego typu graniu. Kawał dobrej roboty robi tutaj wokalista Eric Flowers, który brzmi jak drugi Tim ripper owens. Dla fanów Judas Priest czy Primal Fear pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10

VISION OF CHOICE - Mistress of the Gods (2020)

Czas zwrócić uwagę na kolejne ciekawe wydawnictwo z roku 2020. Tym razem padło na niemiecki projekt muzyczny sygnowany marką Vision of Choice.  Projekt powstał w 2018r i tworzą go wokalista Lukas Remus i instrumentalista Steve Brockmann. Panowie tworzą muzykę z pogranicza heavy/ power metalu. Nie kryją swoich zamiłowań do Malice, Helloween, Iron maiden, czy Omen. To czyni to wydawnictwo bardzo atrakcyjnym.

Niby wszystko zrobione niskimi nakładami finansowymi, a całość zrobiona z pasją i pomysłem. To porządnie skonstruowany heavy/power metal w klimatach europejskich, choć nie brakuje też nutki amerykańskiego power metalu. Nie brakuje epickości, troszkę mroku i toporności. W efekcie powstał album nie zwykle energiczny i przepełniony chwytliwymi melodiami.

Klimat S-f znakomicie wypada w rozpędzonym "New Horizon". Brzmi to obłędnie. Pomysłowy riff, odpowiednie tempo i popisy gitarowe Steve;a. Znakomity otwieracz i czeka się na dokładkę. Mamy zadziorny, nieco toporny "Come Tommorow", który brzmi jak mieszanka accept, Grave Digger i Primal Fear. Pomysłowo brzmi nieco epicki "Into the light". Elementy power metalu mamy w zadziornym i dynamicznym "Mistress of the gods". Jest też coś z iron maiden w przebojowym "Givin it up". Całość zamyka rozbudowany "Touch the sky", który jest jednym z mocniejszych punktów tej płyty.

"Mistress of the gods" to solidny heavy/power metal, który słucha się jednym tchem. Troszkę to wtórne, troszkę może na jedno kopyto. Jednak jest tu sporo plusów, jak choćby przybrudzone brzmienie, umiejętności muzyków i sama zawartość płyty. Solidny heavy/power metal, ale nic ponadto.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 17 lutego 2020

SHAKRA - Mad World (2020)

To już 25 lat istnienia szwajcarskiej formacji Shakra. Band postanowił uczcić to święto nowym albumem i "Mad world" to kolejny mocny krążek w ich dyskografii. Lata lecą a Shakra to wciąż hard rock na wysokim poziomie i mało kto tak długo trzyma wysoki poziom. Band potrafi brzmieć współcześnie, a przy tym jest wierny klasycznym patentom. Płyta skierowana do maniaków Ac/Dc, Krokus czy Gotthard.

Ta płyta to kwintesencja stylu jaki wypracował Shakra przez lata i to jest hard rock jaki słucha się z przyjemnością. Mocny riff, soczyste brzmienie, klimat lat 80 i duża dawka przebojowości, to jest znak rozpoznawczy tej kapeli. Nie byli by sobą gdyby nie charyzmatyczny wokalista Mark Fox.  Jego wokal przyprawia o dreszcze i od razu wiadomo co to jest hard rock z prawdziwego zdarzenia.  Na nowej płycie Thomas i Thom dają upust swoim fantazją i w efekcie dostajemy dużo mocnych, wyrazistych riffów. Każdy z nich buja i dostarcza sporo frajdy. Zabawa jest przednia, a band gra z polotem i świeżością. Wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku.

"Mad World" składa się z 12 kawałków i każdy z nich to rasowy hit. Zaczynamy od energicznego "Fireline", który porywa swoją mocą i hard rockowym szaleństwem. Płytę promował heavy metalowy "Too much is not enough" i tutaj można wyłapać ducha Ac/Dc. Co za hit, co za przebój i to jest Shakra jaki kocham. Czasami wystarczy prosty motyw gitarowy i nutka melodyjności, a w efekcie możemy dostać znakomity killer. Tak właśnie jest z przebojowym "Mad World".  Elementy Ac/Dc można uchwycić w komercyjnym i rockowym "When he comes around". Stonowany i nieco marszowy "I still rock" to świetny kawałek, który sprawdzi się na koncertach. Dalej mamy lekki i przyjemny "Fake news" czy melodyjny "Sons of fire". Całość zamyka klimatyczna ballada "New Tommorow".

"Mad world" to bardzo dobry album hard rockowy, ale tutaj nie ma niespodzianki, bowiem Shakra przyzwyczaił nas do takiego poziomu. Nie ma słabych kawałków, a każdy to rasowy killer. To trzeba znać!

Ocena: 8.5/10

niedziela, 16 lutego 2020

TERRIFIANT - Terrifiant (2020)


W życiu bym nie powiedział, że debiutancki album belgijskiej formacji Terrifiant to płyta z tego roku. Wszystko przemawia za tym, że jest to zaginiony album z lat 80.  Prosta kiczowa okładka, przybrudzone, surowe brzmienie i stylistyka oparta o heavy/speed metal czynią ten album, który zrodził się w latach 80. Wszystko by się zgadzało, ale debiutancki album Terrifiant zatytułowany "Terrifiant" to album, który ma się ukazać 21 lutego 2020 roku.

Płytę przykuła moją uwagę od razu i na długo została w pamięci.  Kawał dobrej roboty robi tutaj duet gitarzystów czyli Zz Slop i Slime Valdi. Panowie stawiają na energię i patenty, które idealnie się sprawdzały w latach 80. Niby mało w tym oryginalności, ale taka wycieczka w rejony lat 80 jest urocza. Band robi to z gracją i poszanowaniem dla kultowych kapel. W tym  wszystkim znakomicie odnajduje się wokalista Lord Terrifiant, którego wokal jest drapieżny. Całość znakomicie ze sobą współgra.

Można tej płycie zarzucić na pewno nieco garażowe brzmienie i nieco oklepane motywy, ale odbiór jest niezwykle przyjemny.  Na płycie znajduje się 36 minut prawdziwej jazdy bez trzymanki. "Steel for life" to instrumentalny kawałek, który pełni rolę klimatycznego intra. Speed metal rodem z pierwszej płyty Running Wild dostajemy w rozpędzonym "Devil in Transport". Brzmi to znakomicie, a old schoolowy feeling jest tutaj taki naturalny. Co za energia, co za moc.  Nie zabrakło też przeboju i takim bez wątpienia jest szybki "Bed Queen".  Bardziej stonowany i heavy metalowy jest "Just because i can". Mamy też killer w postaci "Metal and more" czy bardziej rozbudowany "Iron mountain".

Znakomity debiut w kategorii speed metalu. Belgijska formacja Terrifiant błyszczy tutaj i pokazuje potencjał jaki w nich drzemie. Jest bardzo dobrze i czekam na kolejna dzieła tej formacji. Płytę gorąco polecam!

Ocena: 8/10

ATHLANTIS - 02.02.2020

Tytuł "02.02.2020" to chyba jeden z najbardziej pomysłowych tytułów płyt ostatnich lat. Co kryje ten dziwny, tajemniczy tytuł rodem z filmów Matrix? Ten tytuł oznacza datę premiery nowego dzieła włoskiej formacji Athlantis.  Ta włoska formacja działa od 2003r i skupia się na graniu europejskiego heavy/power metalu. To już 6 album w ich dyskografii i kontynuuje to co band grał na poprzednich wydawnictwach, tak więc  tutaj nie ma niespodzianki. Szkoda, że dalej jest to tylko solidne granie, a nic ponadto.

Davide to uzdolniony wokalista, ale tutaj jakoś nie błyszczy. Jego wokal gdzieś ginie w tle warstwy instrumentalne. Energiczny i przebojowy "Life in your hand"  jest uroczy i dobrze się go słucha, ale tutaj słychać jak schowany jest wokalista. Echa Ac/Dc mamy w hard rockowym i lekkim "Light of love", ale ta główna melodia robi tutaj robotę.  Bardzo udany kawałek. Dobra energia pojawia się w dynamicznym "Fire and ice" czy rockowym "The fly of the eagle". Najlepiej wypada melodyjny "Words are waepons" czy tytułowy "02022020", które przemycają troszkę więcej power metalu.

Athlantis wciąż gra swoje i robi to dobrze, ale brakuje w tym iskry i pomysłowości. To solidny heavy/power metal, który nie wykracza poza bezpieczne granice i nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Płyta do posłuchania i zapomnienia.

Ocena: 5/10

WARLEGGION -Knock Me down (2020)

Czas na trochę solidnego heavy metalu w topornej odmianie. Dla tych co nie jest obca twórczość Hazy Hamlet, Accept czy Grave Digger, ten powinien zaznajomić się z debiutanckim albumem formacji Warleggion, który powstał w 2017r w Brazylii. Nie jest to płyta, która powala na kolana, ale zasługuje z pewnością na uwagę fanów takiego grania.

Liderem tej grupy jest basista i wokalista Flavio, a jego wokal bardzo charyzmatyczny. Nie każdemu może przypaść do gustu, bo techniką to on nie grzeszy. Trzeba przyznać, że mimo wszystko pasuje on do tego przybrudzonego brzmienia i tych topornych riffów. Najlepsze z tego wszystkiego jest bez wątpienia okładka z rycerzem w roli głównej. Sam materiał jest krótki i bardzo treściwi, a co ważne kryje kilka perełek. Na szczególną uwagę zasługuje rozpędzony i nieco thrash metalowy "Living in hell". Całość otwiera old schoolowy  i nieco marszowy "Knock Me down". Wdziera się tutaj troszkę stooner rocka czy klimatu doom metalu, ale słucha się tego przyjemnie. Solówki w "Sky light" są intrygujące i przyciągają uwagę.Brakuje tutaj troszkę bardziej trafionego riffu czy mocy. Troszkę nijaki i nudnawy jest w swojej stylistyce "To stay", czy toporny "Crunched Earth". Band najlepiej wypada w takich klimatach jak "Wallerian". Coś się dzieje i nie brakuje przy tym agresji.

Warleggion wydał swój pierwszy album i zaprezentował solidny materiał z klasycznym heavy metalem. Znajdziemy tutaj kilka mocniejszych momentów i kilka intrygujących solówek. Szkoda, że jako całość album jest troszkę nie równy i brakuje mu nieco mocy i doszlifowania. Jest potencjał i kto wie może jeszcze kiedyś usłyszymy o nich.

Ocena:  5.5/10



ARCHON ANGEL - Fallen (2020)

4 utalentowanych muzyków znanych z kręgu heavy/power metalu oraz progresywnego metalu zawarło szyki i powołało do życia band, który może namieszać na rynku muzycznym. W 2019 r został utworzony Archon Angel. Kapela, która stara się mieszać melodyjny metal z progresywnym heavy metalu i robi to z wielką gracją. Dawno nikt nie podszedł do tematu progresywnego metalu z takim sercem i pomysłowością  tak właśnie jak to zrobił Archon Angel na swoim debiutanckim albumie zatytułowanym "Fallen".

W skład zespołu wchodzi basista Yves Campion z Nightmare, jest też  gitarzysta Lonobile i perkusista Lazzarini z Secret Sphere, no i wreszcie wokalista Zak Stevens z Circle II Circle.Z takimi doświadczonymi muzykami można stworzyć muzykę z górnej półki. Udało się to stworzyć. Co cieszy, że band stara się tworzyć swój własny styl i starają się słuchacza zaskoczyć na każdym kroku, a nie odtwarzać znane nam już motywy gitarowe. "Fallen" wyróżnia się na tle innych płyt klimatyczną i miłą dla oka okładką frontową, a także soczystym brzmieniem. Wszystko ze sobą współgra i najlepszym w tym wszystkim jest zawartość.

Mamy tutaj znakomicie wymieszaną zawartość i mamy tu szybsze utwory, a także bardziej rozbudowane. Dobrze wyważona zawartość i przede wszystkim nie ma miejsce tutaj nudę. Nie brakuje hitów, a całość oparta na finezyjnych partiach gitarowych.

Zaczynamy nie typowo, bo od spokojnego, nieco rockowego "Fallen". Od razu słychać, że band stara się budować emocje i chcą poruszać wrażliwość słuchacza. Bardzo udany kierunek muzyczny. Podniosłość daje o sobie znać w marszowym i nieco mroczniejszym "The serpent". Podoba mi się rozpędzony i bardziej power metalowy "Rise". Co za energia, za pomysłowość i przebojowość. Świetny kawałek z power metalowym zacięciem.  Band potrafi grać agresywnie i z pazurem, a najlepszy tego przykładem jest "Twilight". Aldo Lonobile błyszczy w tym kawałku i jego solówki są tutaj na wagę złota. Lekkość i hard rockowy feeling w "Faces of Innocence" jest urocza. Mamy jeszcze takie hity jak "Whos in the mirror" czy rozbudowany i pełen ciekawych motywów "Return of the storm".

Wielkie nazwiska tym razem zagrały i dały w efekcie płytę bardzo progresywną i pomysłową. "Fallen" to płyta naładowana ciekawymi melodiami i dużą dawką przebojowości. To przede wszystkim płyta, która potrafi podziałać na emocje słuchacza, a aranżacje zaskakują świeżością i na pewno jest to jedna z ciekawszych płyt tego roku.

Ocena: 9/10

sobota, 15 lutego 2020

ANVIL - Legal at least (2020)

Ilość albumów wydanych przez kanadyjski band o nazwie Anvil zasługuje na wpis do księgi rekordów.  W końcu ta kapela w tym roku wydała swój 18 album zatytułowany "Legal At last" i to kolejny solidny krążek w ich dyskografii. Jednak wciąż daleko do kultowych wydawnictw tej formacji i nie ma mowy o dziele, który powala na kolana.

Oczywiście w Anvil dalej mamy gitarzystę i wokalistę Steve'a Kudlowa, który napędza ten band. Jego maniera wokalna jest charyzmatyczna i nie da się pomylić z innym wokalistą. Wszystko jest tak jak być powinno, a więc mamy chwytliwe melodie, drapieżne riffy i ciekawe zagrywki gitarowe. Jest solidny heavy/power metal, ale brakuje elementu zaskoczenia i czegoś co by porwało słuchacza.

Band zadbał o solidne, nieco przybrudzone brzmienie, który nasuwa na myśl klimat lat 80. W takich klimatach utrzymana jest też nieco kiczowata okładka. A jak materiał? Tutaj bywa różnie.

Na plus należy na pewno zaliczyć rozpędzony "Legal at last", który zawiera wszystko to co określa styl Anvil. Niby proste klasyczne granie, ale w takiej odsłonie band wypada najlepiej. Ta pozytywna energia pojawia się w szybkim i dynamicznym "Chemtrails".  Urozmaicenia płycie dodaje stonowany i nieco ponury "Gasoline", czy hard rockowy "im alive". Nutkę przebojowości mamy w "Talking to the wall" czy w zadziornym "Bottom Line". Najbardziej obok tytułowego kawałka zapadł mi w pamięci "Food for vulture" z dobrze prowadzonymi partiami gitarowymi.

Mamy kolejną płytę Anvil, ale czy jest to płyta która zapada w pamięci i bije konkurencję? Z pewnością. To po prostu kolejny album anvil, czyli przystanek przed ciekawszymi wydawnictwami. Anvil nie było stać na jakiś ciekawy zryw i chyba długo się to nie zmieni. Posłuchane i można szukać innych, ciekawszych wydawnictw w tym roku.

Ocena:  5/10

piątek, 14 lutego 2020

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man (2020)

Ozzy przez ostatnie lat mówił, że ma w planach nowy album, ale było więcej gadania niż działania. W końcu stworzył utwór z Travisem Scottem i Post Malone kawałek "Take what you want" i od tego się zaczęło. Nowy album ponoć powstał bardzo szybko i tego się obawiałem. Nie tak dawno w szeregi Ozziego wrócił dawny gitarzysta Zakk Wylde, ale to nie z nim nagrywał Ozzy nowy album. Zaprosił wiele ciekawych i znanych muzyków, ale sesyjni muzycy to nie to co zespół z krwi i kości.  Dlaczego w roli gitarzysty jest nie jaki Andrew Watt? To jest dobre pytanie. Mamy wielkie nazwiska jak choćby Slash czy Elton John, jednak to nie czyni "Ordinary Man" świetny albumem. Ciężko rozpatrywać nowy krążek w kategoriach albumu metalowego.

Z Ozzym mam tak, że lubię jego głos, kocham poszczególne utwory, ale jakoś ciężko mi tutaj wskazać album, który powala w 100 %. Był jednak zazwyczaj ten duży pierwiastek heavy metalu, a ostatnie wydawnictwo "Scream" należy do moich ulubionych jeśli chodzi o dyskografię króla ciemności. "Ordinary Man" ma kilka momentów, które nasuwają stare dobre czasy Ozziego i to zarówno jeśli chodzi o solową karierę jak i Black Sabbath. Tych momentów jest za mało. Więcej tutaj rocka i popowego feelingu. Szkoda, bo 10 lat przyszło czekać na nowy album, a tutaj taki zawód.

"Straight to Hell" to otwieracz, który dobrze jest już nam znany. To taki typowy Ozzy jaki znamy i kochamy. Mroczny feeling i ten riff wzorowany na czasy Black sabbath jest po prostu uroczy. Niestety to jeden z najmocniejszych kawałków na płycie. Rockowy "All my life" pokazuje, że Ozzy już nie ma co zaoferować światu. Głos wciąż ma i słucha się go z przyjemnością. Jednak kiedy utwór jest nudny, to nic tu nie pomoże. Wejście perkusji w "Goodbey" przypomina mi nieco "Iron Man" i duch Black Sabbath gdzieś tu jest. Niestety jest to kolejny przykład, gdzie słychać ubóstwo we zakresie kompozycyjnym. Źle wróży płycie kiedy jednym z ciekawszych utworów na płycie jest ballada i to jeszcze z gościnnym udziałem Eltonem Johnem. Tytułowy "Ordinary Man" to znakomita współpraca dwóch kultowych wokalistów. Dwa różne światy, dwa różne gatunki muzyczne, ale wyszło to znakomicie.  Kolejny świetny utwór to promujący "Under the Graveyard", który zrobił mi smaka na nowy krążek Ozziego. Ten kawałek ma świetny klimat lat 70 i pomysłowy riff. Słucha się tego jednym tchem i na taki album czekałem. Za mało takiego grania na tej płycie. Bardziej metalowy wydaje się być "Eat me" choć i tutaj brakuje ciekawego riffu czy pomysłowej melodii. Ot co solidny kawałek i nic ponadto. Dalej wieje nudą i dopiero pobudkę mamy w przebojowym "Scary little Green". Szalę goryczy przelewa popowy "Take what you want" z gościnnym udziałem Post Malone. Tak upada wielka ikona heavy metalu? Przykre.

Album nagrany na szybko i troszkę bez pomysłu. To co dobre usłyszeliśmy dawno przed premierą. Mamy kilka przebłysków i nawiązań do lat 70 czy 80, ale to za mało. Za dużo tu komercji, za dużo pop rocka, a za mało konkretnego heavy metalu. Dla kogo ten album? Chyba tylko dla zagorzałych fanów Ozziego. Świata tym albumem Ozzy nie zwołuje i raczej psuje swoje tak dobrze znane nazwisko. Szkoda.

Ocena: 4.5/10

wtorek, 11 lutego 2020

NIGHTFEAR - Apocalypse (2020)

Hiszpański Nightfear do tej pory uchodził za kapelę z drugiej ligi. Od 2008r  wydali 3 albumy i w sumie dwa pierwsze dzieła to solidny heavy/power metal i nic ponadto.  Punktem zwrotny w historii zespołu na pewno będzie ich najnowsze dzieło zatytułowane "Apocalypse". W 2016r kapelę zasilił dawny gitarzysta Lords of Black czyli Victor Duran. W takim składzie zarejestrowany materiał, który został wydany pod skrzydłami wytwórni Fighter Records.  Co za przemiana i co za miłe niespodzianka. Grali bez polotu i jakiegoś pomysłu, stawiając na solidne patenty, a tu nagle przebijają się do światowej ekstraklasy.

Wychowałeś się na twórczości Gamma Ray, Iron Savior,Primal Fear czy Helloween? To dobrze trafiłeś, bo to jest album skrojony dla Ciebie drogi czytelniku.  Ten album tętni swoim życiem.  W takim przypadku płyta musi być energiczna, przebojowa, przepełniona ciekawymi zagrywkami czy solówkami. Ma wzbudzać emocje i wbijać w fotel. Tak właśnie jest z "Apocalypse".

Victor i Ismael stworzyli zgrany duet gitarowy i tutaj aż iskrzy między nimi.  Mamy tu lekkość, fantazję i polot. Nie ma kopiowania w kółko tego samego motywu i nie ma grania na siłę. Wszystko przychodzi muzykom z łatwością i tak też tego się słucha. Na pochwałę zasługuje również frontman Lorenzo Mutiozabal, który wymiata w wysokich rejestrach. Wszystko ze sobą współgra i nie ma mowy tutaj o jakiś błędach. Nawet brzmienia zostało dopasowane do tego co mamy na płycie. Jest moc i każdy instrument brzmi obłędnie.

A jak zawartość? Tutaj to już w ogóle band pokazuje swoje nowe oblicze. "We are back" to trafiony otwieracz i sam riff jest niezwykle energiczny. Jest pazur, jest szybkie tempo i niezwykła przebojowość. Do tego słychać echa najlepszych kapel gatunku. Nieco zwalniamy w stonowanym i chwytliwym "Shine". Dalej mamy nieco toporniejszy "Living your Life" czy rozpędzony "Better world", który pokazuje w jak świetnej formie jest ten band. Płytę promował genialny "The stranger" i to jest kwintesencja power metalu. Prawdziwa petarda. Agresywny "Psichokiller" to ukłon w stronę twórczości Primal Fear. Na krążku znalazło się również miejsce na bardziej rozbudowane kompozycje i w tej kategorii sprawdza się "Through the stars" czy zamykający "Angels of Apocalypse". Warto też wspomnieć o kilerze  zatytułowany "The evil in You", który pokazuje to co najlepsze w tej kapeli. Kocham taki power metal.

"Apocalypse" to płyta przemyślana i nie zwykle dojrzała, ale to przede wszystkim żywy dowód, że zawsze można stworzyć prawdziwą perełką. Czasami trzeba troszkę czasu. Jedna z najlepszych płyt roku 2020.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 9 lutego 2020

IRONFLAME - Blood Red Victory (2020)

Miłośnicy Icarus Witch znają Andrewa D'Cagna i wiedzą, że chłop ma talent i potrafi tworzyć ciekawe rzeczy.  To właśnie on odpowiada za projekt muzyczny o nazwie Ironflame. W tym roku przyszedł czas na trzeci album pod tym szyldem. "Blood Red Victory" to hołd dla rycerskiego heavy metalu i kiedy bierze się na warsztat twórczość Queensryche, Iron Maiden czy Riot. 

Znajdziemy tutaj wszystko, co jest ważne przy tego typu płytach. Mamy mocne brzmienie, które od razu nadaje rycerski klimat. Ta płyta to przede wszystkim popis geniuszu Andrewa, który nie dość że jako wokalista wypada fenomenalnie, to jeszcze błyszczy jako kompozytor.  Brakuje słów, by opisać jak świetnie rozplanował kompozycje i jak one znakomicie brzmią. To nie tylko kwestia ciekawych melodii, ale również ciekawych aranżacji. Bije z nich lekkość i finezja.

To rozpocznijmy podróż w głąb "Blood red victory" i tutaj przygoda zaczyna się od rozpędzonego "Gates of evermore". Tak to jest power metal jaki kocham i to jeszcze w rycerskim wydaniu. Słychać echa starego Helloween czy Stormwarrior.  Andrew pokazuje swoje wszystkie atuty.  Dalej mamy energiczny i rozpędzony "Honor Bound" i te melodie są tutaj urocze. Od razu poruszają słuchacza. Klasyczne rozwiązania zawsze się sprawdzają, a to jest tego świetny przykład.  Przebojowy "Seekers of the blade" to taka mieszanka Iron Maiden i Riot. Brytyjski heavy metal spotyka amerykański power metal i efekt jest znakomity. Marszowy "Blood Red Cross" brzmi troszkę jak utwór Iron maiden, z tym że więcej tutaj epickości. W pełni uchwycono rycerski klimat i to kolejna perełka na płycie.  Hit goni hit i to jest prawdziwa kopalnia hitów. "On ashen Wings" to prawdziwa petarda. Zupełnie inny klimat mamy w mroczniejszym i nieco topornym "Graves of thunder", czy w zamykającym "Night Queen".

"Blood red victory" to płyta, która pobudza zmysły i oddaje to co najlepszy w rycerskiej odmianie metalu. To klasyczny album z dobrze wyważoną zawartością, a każdy utwór to prawdziwa uczta dla maniaków Queensryche czy Iron Maiden. Gorąco polecam!

Ocena: 9/10

SHOK PARIS - Full Metal Jacket (2020)

Shok Paris to kolejny band, który działał w latach 80 i teraz próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ten amerykański band działa od 1982 r i działali tak przez kilka lat. Potem na kilka zawiesili działalność i dopiero w 2009 r powrócili. Teraz kiedy już są na scenie to przyszedł czas na drugi album po reaktywacji. "Full metal Jacket" to album, który znakomicie identyfikuje styl grupy i przynależność do heavy metalu lat 80. Band nie kryje swoich zamiłowań do takich grup jak Omen, Fifth Angel, Helstar czy Liege Lord.  Wiele lat minęło od debiutanckiego krążka, a Shok Paris dalej trzyma poziom.

To wydawnictwo to udana mieszanka heavy metalu, hard rocka i nutki power metalu. To jest wybumchowa mieszanka. Shok Paris stawia na sprawdzone patenty i tutaj nie ma wielkich niespodzianek. Z jednej strony jest to wtórne granie, a z drugiej strony bardzo miło się tego słucha, Na nowej płycie nie brakuje energicznych kawałków, a także rasowych hitów. To bardzo ważne przy tego typu wydawnictwach. Z klasycznego składu mamy wokalistę  Vica Hixa i gitarzystę Ken Erna. Właściwie to oni są motorem napędowym Shok Paris.

Ta kapela jest wierna swoim korzeniom i ten klimat lat 80 słychać od pierwszych minut. Energiczny "Full metal jacket" to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o otwarcie płyty. Kawałek jest prosty i bardzo szybko wpada w ucho.  Echa przeszłości słychać w dynamicznym "Do or die" czy stonowanym "Brothers in arms". Nutka hard rocka pojawia się w "Black roots" i to kolejny mocny punkt tej płyty. Band pokazuje pazur w rozpędzonym "Hell day" czy w marszowym "Symphony of the sea".

"Full Metal Jacket" to dobrze skrojony album, w który są i ciekawe melodii i dobrze zagrane riffy. Wszystko zagrane jest dość ostrożnie i bez większego ryzyka ze strony muzyków. Dobrze się tego słucha, ale do szału daleko.  Warto jednak zapoznać się z nowym krążkiem Shok Paris.

Ocena: 7/10

piątek, 7 lutego 2020

LOST LEGACY - In the name of Freedom (2020)

To już 11 lat minęło od kiedy światło dzienne ujrzał debiutancki album amerykańskiej formacji Lost Legacy. Najwyższa pora na nowy materiał, bo ileż można czekać?  Band wraca w zasadzie w nie zmieniony składzie. Pojawia się Aj Spinelli w roli perkusisty i to jest jedyna zmiana. Stylistycznie band dalej trzyma się heavy/power metalowej formuły. Muzycznie można ich porównać do Metal Church czy Vicious Rumors. "In the Name of Freedom" to drugie wydawnictwo Lost Legacy i jest to bez wątpienia płyta godna uwagi.

Benett i Pulido to dwaj gitarzyści, którzy stawiają na proste rozwiązania, ale dbają o mocne, zadziorne riffy. Od razu można poczuć klimat klasycznych power metalowych wydawnictw wykreowanych przez amerykanów. David Franco to kolejny mocny punkt tej kapeli. Jego wokal jest charyzmatyczny i od razu zapada w pamięci. Bez niego ciężko sobie wyobrazić funkcjonowanie Lost Legacy. Znakomicie wszystko spina mocne, zadziorne i takie typowe amerykańskie brzmienie. Słychać nawiązania do płyt Vicious Rumors.

Płyta zawiera 8 utworów i każdy z nich jest wart uwagi. Album otwiera klimatyczne intro w postaci "Rise to Glory". Dalej mamy rozbudowany "My faith" i tutaj band pokazuje pazur. Kawałek wyróżnia duża dawka pomysłowych riffów i nieco mroczny klimat. Brzmi to całkiem dobrze.  Mocny riff, stonowane tempo to atuty heavy metalowego "Front Line". 8 minutowy "In the name of freedom"  to wycieczka w power metalowy rejony i tutaj dostarcza nam sporo intrygujących melodii. Tym razem utwór może zachwycić swoim epickim charakterem. "Take me Away" brzmi troszkę jak "Lightning Strike" Judas Priest. To z pewnością dobre rekomendacja tego utworu. Band przyspiesza w "Will You remember" i tutaj można poczuć prawdziwą moc power metalu. Całość zamyka niezwykle agresywny "Rules of Engagement".

Lost Legacy wrócił z nowym albumem i to kawał solidnego power metalu w amerykańskim wydaniu. Band stawia na mocne riffy i ostre brzmienie, a to wszystko znakomicie ze sobą współgra. Warto było czekać 11 lat na nowe wydawnictwo. Płyta godna uwagi.

Ocena: 8/10

wtorek, 4 lutego 2020

BUTCHER - 666 Goats carry my chariot (2020)

Nie ma to jak mieszanka speed metalu i thrash metalu. Takie połączenie zawsze się sprawdza i jak doda się do tego klimat pierwszych płyt Anthrax, Megadeth czy Slayer to może wyjść z tego wybuchowa mieszanka. W tym roku drugi album wydał belgijski band o nazwie Butcher. "666 Goats carry my chariot"  to płyta, która może przyprawić o dreszczyk emocji i może rzucić na kolana nie jednego fanatyka takiej muzyki. Butcher to nie jest banda niedzielnych grajków, którzy nie mają pojęcia o speed metalu. Oj nie, to jest band, który może zwojować świat.

Band zadbał o każdy szczegół i mamy tutaj wszystko czego dusza zapragnie. Mamy mroczną i zarazem bardzo klimatyczną okładkę, a do tego dochodzi przybrudzone brzmienie rodem z lat 80.  Wokalista R.Hellshrieker jest fenomenalny i jego wokal niszczy obiekty. Co za charyzma, co za energia i drapieżność. W połączeniu z warstwą instrumentalną czyni to spójną całość.  Właśnie tak ma brzmieć speed/thrash metal, a potęga tkwi w zawartości.

Zaczynamy od rozpędzonego "Iron Bitch", który pokazuje potencjał tej kapeli. Mamy szybkie tempo, mocny riff i intrygujące popisy gitarowe. To dopiero początek tej speed metalowej uczty. Thrash metalowy feeling pojawia się w agresywnym "45 rpm metal" i tutaj band pokazuje tak naprawdę pazurki. W podobnym klimacie utrzymany jest rozpędzony "Sentinels of Dethe" czy "Viking Funeral". Minusem jest granie troszkę na jedno kopyto i brak urozmaicenia.

Mimo pewnych niedociągnięć jest to wciąż płyta bardzo dobra i atrakcyjna dla fanów speed/thrash metalu. Płyta jest dynamiczna i pełna zadziornych riffów. Mocna rzecz!

Ocena: 8/10

HELLHOUNDZ - The Battle of the Somme (2020)

W Brazylii pojawił się nowy band, który próbuje swoich się heavy metalu. Stawiają na klasyczne rozwiązania, a także na rycerski klimat. Wszystko ma sens kiedy pojawiają się wyraźne nawiązania do twórczości Iron Maiden, Running Wild, czy Accept. Tym zespołem jest Hellhoundz, który powstał w 2016r.  "The battle of the somme" to udany debiut, który stawia ten band w bardzo jasnym świetle.

Hellhoundz to przede wszystkim zgrany duet gitarzystów Joe i Renan. Panowie bawią się przy wygrywaniu riffów i solówek. Jest pozytywna energia, a przy tym każda partia brzmi profesjonalnie. Nie ma jak się nudzić, kiedy dostajemy takie przebojowe riffy i chwytliwe melodii. Znakomicie współgra to z mocny, zadziornym brzmieniem i charyzmatycznym wokalem Joao. Dobrze zgrany zespół to połowa sukcesu, a kiedy jeszcze tworzy taki materiał jaki mamy na płycie to już wiadomo, że szykuje się petarda.

"Burning Witches"to dobrze trafiony otwieracz. Mocny riff i toporny klimat nasuwa namyśl twórczość Accept. Brzmi to naprawdę bardzo dobrze. Uroczy jest marszowy "Merciless Blade", który imponuje epickim wydźwiękiem. Klasa sama w sobie, a nawiązania do Iron Maiden czy Accept czynią ten utwór prawdziwą perełką.  Band potrafi tworzyć chwytliwe kawałki i dość łatwo im to przychodzi. Taki "Hell of Hounds" to znakomity tego przykład. Fanom żelaznej dziewicy powinien przypaść dynamiczny "The Gunslinger". Co za hit, co za melodyjny riff. Słychać od razu, że band wie co chce grać i ma smykałkę do tego.Punktem kulminacyjnym jest tytułowy "The battle of the somme", w którym band nawiązuje do kultowego "The battle of Waterloo" Running Wild, ale słychać też echa Accept. Dużo się tutaj dzieje i mam znakomity kolos, który nie nudzi.

Ostatnio ciężko o wartościowy band z Brazylii, a tutaj proszę jaki gracz pojawił się na heavy metalowym rynku. Hellhoundz to zespół, w którym drzemie ogromny potencjał. Z pewnością nie raz jeszcze o nich usłyszymy. Można brać "The battle of the somme" w ciemno.

Ocena: 8/10



poniedziałek, 3 lutego 2020

ANNIHILATOR - Ballistic, Sadistic (2020)

Niech wszyscy mówią co chcą, ale podoba mi się najnowsze dzieło Annihilator.  "Ballistic, Sadistic" to już 17 album tej zasłużonej thrash metalowej formacji. Ten krążek zawiera wszystko to co powinien mieć thrash metalowy album. Mocne riffy, zadziorne partie gitarowe, ostry wokal i dynamiczne tempo sekcji rytmicznej. Ma być agresywnie i złowieszczo, a jednocześnie ma być przebojowo i z polotem. To właśnie znalazłem na "Ballistic, Sadistic".

Jeff Waters mimo lat wciąż potrafi stworzyć ciekawe riffy i pomysłowe melodie. Słucha się tego jednym tchem, a jego wokal też brzmi jakoś bardziej dopracowanie. Dużym plusem jest mocne i ostre niczym brzytwa brzmienie. Wszystko ze sobą znakomicie współgra i materiał bardzo dobrze to odzwierciedla.

10 minut daje 45 minut i Annihilator nie marnuje swojego czasu. Od razu atakuje nas agresywny "Armed To the teeth", który brzmi jak mieszanka Destruction i Megadeth. Mocny riff i świetny wokal Jeffa napędza ten utwór. Co za początek. "The Attitude" to rasowy killer i tutaj band pokazuje pazur i swój potencjał. Kocham taki thrash metal! Dalej mamy kolejny hicior, a mianowicie "Psycho Ward". Ta kompozycja ma bardziej heavy metalowy wydźwięk i w takiej stylistyce Jeff Waters też potrafi błyszczeć. Przyspieszamy w rozpędzonym "I am Warfare" i tutaj troszkę wdziera się chaos, ale całościowo kawałek prezentuje się okazale. Riff w "Riot" też brzmi bardzo mocarnie i zapada w pamięci na długo.  Znalazło się też miejsce na techniczny thrash metal z nutką nowoczesności i to właśnie mamy w "One wrong Move". Na koniec mamy pomysłowy "Lip service" i agresywny "The end of the lie".

Po kilku średnich płytach Annihilator znów błyszczy i nagrał tym razem płytę przemyślaną i bardzo energiczną. To taki ukłon w stronę ostatnich płyt Megadeth i Destruction. Odpowiada mi taki stan rzeczy i mam nadzieję, że właśnie w takim kierunku podąży Jeff Waters na kolejnych płytach. "Ballistic,Sadistic" to płyta, którą trzeba znać!

Ocena: 8.5/10

AMBERIAN DAWN - Looking For You (2020)

Fiński Amberian Dawn żyje troszkę w cieniu Nightwish. Obie kapele reprezentują ten sam kraj i grają ten sam typ muzyki. Różnica tkwi w tym, że Nightwish nagrał kilka albumów z górnej półki i wyznaczył pewne trendy. Amberian Dawn kopiuje Nightwish i robi to trochę nie udolnie. Poza tym Amberian Dawn ma bardziej popowy wydźwięk. Najnowsze dzieło tej formacji zatytułowane "Looking for You" nic nie zmienia w tej kwestii. Dla fanów Amberian Dawn to dobra informacja, a dla pozostałych słuchaczy już niekoniecznie.

Moją uwagę przyciągnęła okładka, która nawiązuje do klimatów s-f. Kocham taki klimat i do tego robot w roli głównej. Brzmienie to kolejny aspekt, który dobrze się prezentuje. Jest krystalicznie czyste i znakomicie współgra z popowym wokalem Capri.  Jej wokal jest uroczy, ale jakoś nie pasuje mi do metalu. W klimatach popowych i takich radiowych wypada idealnie. Pod względem melodii rodem z twórczości Abba to album wypada znakomicie. Mamy bowiem przebojowy otwieracz "United" czy chwytliwy "Eternal Fire Burning". Oba kawałki może i mało metalowe, ale bardzo szybko zapadają w pamięci. Tytułowy "Looking for You" trąci disco z lat 80 i komercja bierze tutaj górę. Wszędzie gdzieś słychać echa Abby i przykładem tego jest "Two blades" czy "Go for a ride". Ukoronowaniem tych zalotów pod twórczość abby jest cover ich hitu, czyli "Lay all your love on me". Sam cover wypada całkiem nieźle.

Zawsze z ciekawości sięgam po Amberian Dawn, choć wiem że ta kapela nie dostarczy mi emocji, czy utworów, które rzucą na kolana. W kategorii komercyjnego symfonicznego metalu album się sprawdza i ma kilka chwytliwych melodii. Jednak to wciąż muzyka niszowa, która nie porywa i nie rzuci świat na kolana. Płyta skierowana tylko do fanów zespołu.

Ocena: 4,5/10

niedziela, 2 lutego 2020

BLACK HAWK - Destination Hell (2020)

Niemiecki Black Hawk się nie zatrzymuje i już w tym roku przyszedł czas na nowe wydawnictwo. "Destination Hell" to już 7 album w ich dyskografii. Band ma swoje korzenie w latach 80 i słychać tą chęć grania proste, zadziornego heavy metalu. Black Hawk wierny jest toporności i prostym motywom, a właśnie to znajdziemy na nowym albumie.

Ten band może i grać potrafi, ale ma jeden mały problem. Wokal Udo Bethke jest irytujący i na dłuższą metę po prostu męczy.  Ostoją tej kapeli są bez wątpienia partie gitarowe, a tutaj dają popis Thorsten i Wolfgang. Znajdziemy tutaj klasyczne rozwiązania, tylko problem w tym że ciekawe melodie przeplatają się z nijakimi. Panowie dają słuchaczowi kilka ciekawych melodii, ale to trochę za mało. Brzmienie to kolejny minus. Dźwięki są jakoś stłumione i nie brzmi to dobrze.

Co z tego, że otwieracz "Destination hell" jest mocy i przebojowy, jak brzmienie i wokal Udo psują troszkę odbiór. Stonowany i nieco mroczniejszy "Smoking Guns" też można zaliczyć do ciekawych kawałków. Marszowy, nieco stonowany i ponury "Time" pokazuje nieco oblicze Black Hawk. W podobnych klimatach mamy "The eyes of the beast". Dominują utwory średnich lotów i taki "Under horizon" jest tego najlepszym przykładem. Całość zamyka nieco hard rockowy "masters of metal".

"Destination Hell" ma kilka ciekawych momentów, ale ogólnie jest to płyta średnich lotów. Najlepiej prezentuje się otwieracz. Dużo nijakich riffów i jeszcze irytujący wokal Udo sprawiają, że ta płyta nie jest łatwa w odbiorze. Szkoda.

Ocena:4,5/10

SHADOWQUEST - Gallows of eden (2020)

5 lat czekaliśmy na nowe wydawnictwo super grupy Shadowquest. Trochę czasu minęło, ale w szeregach tej formacji nic się nie zmieniło. Mamy ten sam skład, ten sam styl, a to zawsze jest dobry znak. W sumie debiut był na tyle udany, że nie dziwię się że band kontynuuje to co zaczął na "Armoured IV Pain". Dalej mamy energiczny i dynamiczny heavy/power metal, który brzmi jak mieszanka hammerfall, bloodbound i helloween. Tym razem jest wszystko na bardzo dobrym poziomie i jest to album, który trzeba znać. Ja czuje nie dosyt i brakuje mi efektu "wow", który towarzyszył mi przy debiucie.

"Gallows of eden"  to płyta doświadczonych muzyków i to słychać. Mocne soczyste i wyraziste brzmienie to prawdziwy atut tego wydawnictwa. To tylko podkreśla partie muzyków i instrumentalnie dzieje się i to sporo. Jednak mocne riffy i drapieżność to nie wszystko. Trzeba umieć posługiwać się melodia i porwać słuchacza. Z tym jest różnie, ale całościowo album wypada bardzo dobrze. Peter i Ragnar tworzą ciekawe partie, choć brakuje mi tutaj elementu zaskoczenia i troszkę świeżości. Jest moc i pazur, a to ważna cecha.  Oczywiście Patrik Selleby jest nie zawodny i to napędza band.

Pomówmy o zawartości. "The Avenger" to wymarzony otwieracz. Killer w czystej postaci. Z mocnym riffem, ostrym wokalem i chwytliwym refrenem. Niestety cały album taki nie jest. Bardzo dobre wrażenie robi równie dynamiczny i zadziorny "Titans of War", który brzmi jak mieszanka Bloodbound i Primal Fear. Praca gitar jest tutaj zdumiewająca.  Nie przemawia do mnie stonowany "Gallows of eden", który brzmi jak kiepska kopia Hammerfall. 100 % power metalu mamy w rozpędzonym i nieco helloweenowym "Guardian of Heaven".  Energia bije z "Armageddon" i tutaj znów dużo się dzieje. Kawałek brzmi jak hołd dla Primal Fear i podoba mi się taka koncepcja. Podobać się może radosny i przebojowy "Dr. Midnight", który jest mieszanką stylów wypracowanych przez Helloween czy Gamma Ray. Prosty riff i łatwy w odbiorze robi tutaj dużą robotę. Mamy też niestety słabsze momenty jak choćby "Caught in a flame" i nie pomaga nawet cover Helloween, który wypada niestety średnio.

Shadowquest nagrał udany album, ale do ideału troszkę brakuje. Minusem jest nie równy materiał i brak elementu zaskoczenia. Cover Helloween też wypadł nijako. Mamy natomiast sporo killerów, które ratują ten album. Płyta zasługuje na uwagę, to na pewno.

Ocena: 8/10

piątek, 31 stycznia 2020

LORDI - Killection (2020)

Przeszło od dekady Lordi nie nagrał albumu, który by porwał od początku do końca. "Deadache" był świetny, a każdy kolejny krążek to już tylko spadek formy. "Killection" czyli najnowsze dzieło finów dawał nadzieję na zmianę tego stanu rzeczy. Na pewno imponuje sam pomysł, że band chciał stworzyć swoją własną kompilację utworów, które mogłyby się ukazać w latach 90 czy nawet 70. Band wykorzystał różne techniczne możliwości, aby faktycznie osiągnąć zamierzony cel. Pomysł ciekawy i nawet się sprawdza. Nie jest to może najlepsze dzieło Lordi, ale z pewnością wypada o wiele lepiej niż ich ostatnie wydawnictwa.

Ostoją Lordi od lat jest wokalista Mr Lordi i to on właśnie napędza ten band. Jego forma wokalna mimo lat nie zawodzi. "Killection" świetna mieszanka hard rocka i heavy metalu. Nie brakuje brudu, klimatu lat 80. Dużym plusem jest mocne, wyraziste brzmienie, ale do tego band nas już przyzwyczaił na przestrzeni lat. Podoba mi się, że nowy album jest urozmaicony i przebojowy, a to jest ważny element płyt tej grupy.

"Horror for hire" zachwyca klimatem grozy, mocnym riffem i przebojowym charakterem. Niby prosty kawałek, a od razu zapada w pamięci. Inny jest "Shake the baby silent", który ma w sobie troszkę elektroniki i klimatów rodem z twórczości Ramstein. Dalej mamy "Like a bee to the honey", który brzmi niczym pop z lat 80. Troszkę nieco inne oblicze Lordi, a brzmi to fantastycznie. Miłym akcentem jest tutaj solówka na saksofonie. "Blow my fuse" ma elementy Black Sabbath, a "Zombimbo" to piękny hołd dla grupy Kiss. Bez wątpienia jest to najmocniejszy punkt tej płyty. Mamy też jeszcze przebojowy "Up to no good", a także niezwykle agresywny "Evil".

Tym razem Lordi zaskoczył i nagrał wyjątkowo przemyślany i przebojowy album, który imponuje lekkością, przebojowością. To płyta, która faktycznie brzmi jak kompilacja utworów z przełomu lat 70 i 90. Płyta godna polecania!

Ocena: 7/10

SERIOUS BLACK - Suite 226 (2020)

O sukcesie Serious black nie przesądza tyle ich bogata dyskografia czy jakieś wybitne wydawnictwo, ale właśnie nazwiska, które tworzą ten zespół. Formacja działa od 2014r i ma na swoim koncie 5 albumów i każdy z nich to kawał solidnego heavy/power metalu.  Serious Black to magia nazwy i super grupa, która przyciąga uwagę nazwiskami muzyków. Mamy tu Urbana Breeda, który jest znany z płyt Bloodbound i to on działa jak magnes. Mamy też Mario Lochert z Emergancy gate czy Ramiego Ali z Iron Mask. Najnowsze dzieło zatytułowane "Suite 226" to dobrze skrojony album w klimatach melodyjnego power metalu. Od takiej super grupy oczekuje się niestety więcej niż tylko dobrego albumu.

Muzycy są utalentowani i doświadczeni, ale to niestety nie przedkłada się na wymiar samych kawałków. Jest dobrze, nawet bardzo dobrze, ale brakuje efektu "wow". Płyta na pewno zasługuje na pochwałę za soczyste i mocne brzmienie. Okładka utrzymana jest w klimatach opowieści Lovecrafta i to jest miły dodatek. Szkoda, że ten klimat nie został przeniesiony na utwory.

Sam materiał jest równy, dobrze wyważony i niezwykle melodyjny. Troszkę to wszystko wtórne i nieco na jedno kopyto, ale słucha się tego bardzo dobrze. Podoba mi się otwarcie płyty energicznym "Let me go".  Prosty i melodyjny refren robi tu robotę, Słychać od razu klimat starego Bloodbound.  Bardzo dobrze wypada przebojowy "When the stars are right" i znów wokal Urbana odgrywa kluczową rolę. Na płycie znajdziemy nutkę progresywności co potwierdza to "Solitude Etude" czy melodyjny "Castial". Do grona ciekawych utworów warto zaliczyć "Way back home" i tutaj można doszukać się wpływów Helloween. Moim faworytem szybko został "We still stand tall", który również czerpie garściami z twórczości Kaia Hansena. Utwór to  prawdziwa petarda i wystarczy w słuchać się w rozpędzony riff.  Całość zamyka rozbudowany i epicki "Suite 226".

Były oczekiwania i była nadzieja, że tym razem uda się stworzyć coś wielkiego, godnego tych nazwisk. Po raz kolejny Serious Black dostarcza nam solidny i melodyjny album, który nie ma szans zwojować świata. Szkoda, bo zespół stać na taki wyczyn.

Ocena: 7/10

niedziela, 26 stycznia 2020

WOLFPAKK - Nature strikes back (2020)

Kto by przypuszczał, że projekt muzyczny o nazwie Wolfpakk, który powstał w 2010r będzie działał po dzień dzisiejszy. Jednak lata lecą, a projekt stworzony przez Micheala Vossa z Mad Maxa i Marka Sweeneya z Crystall Ball wciąż działa i ma się dobrze.  W tym roku panowie powracają z nowym albumem zatytułowanym "Nature strikes back". To już 5 album tego projektu i tym razem udało się zebrać ciekawych gości. W efekcie dostajemy kolejny solidny materiał Wolfpakk.

Na płycie znajdziemy 11 utworów i każdy z nich jest godny uwagi. Na pierwszy ogień idzie tytułowy "Nature strikes back" i tutaj jest czym się zachwycić. Melodyjny riff, duża dawka przebojowości i wszystko to co najlepsze w power metalu. Micheal Sweet robi tutaj furorę. Dalej mamy Yannisa Papadopoulosa w energicznym "The Legend" i znów kolejny hicior. Idealnie dopasowany kawałek do głosu Yannisa. Dużo mocnego i bardziej klasycznego heavy metalu mamy w melodyjnym "Beyond the sites" z Carlem Sentancem w roli głównej. Uroczy jest też stonowany, epicki "Land of Wolves", gdzie nastrój buduje nie kto inny jak utalentowany Mats Leven. Ileż energii i zadziorności mamy w rozpędzonym "Under Surveillance". Urocze są tutaj partie klawiszowe i niezwykły wokal Perrego McCarty'ego znanego z zespołu Warrior. To bez wątpienia kolejny killer na płycie.  Micheal Bormann, który znany jest z Bloodbound czy Silent Force błyszczy w marszowym, epickim "Lone Ranger".Kocham takie klimaty.  Nie brakuje też hard rockowych utworów i w tej roli sprawdza się "Lovers Roulette" czy "One Day". Jako fan Gamma Ray czekałem na popis Francka Becka w "Revolution". Wyszedł prawdziwy killer i jego wokal jest naprawdę bardzo dobry.  Sam utwór to mieszanka Primal Fear i Gamma Ray. To mój ulubiony kawałek z nowej płyty Wolfpakk.

Wolfpakk nie zawodzi. To dobrze naoliwiona machina, która zawsze się sprawdza. "Nature strikes back" to dobra mieszanka heavy i power metalu. Plejada gwiazd zapewnia prawdziwą ucztę dla fanów tego gatunku.

Ocena: 8/10

TIDAL DREAMS - Access Denied (2020)

Do trzech razy sztuka. Pierwsze dwa wydawnictwa greckiego Tidal Dreams były solidne i przyciągały utwagę potencjonalnego fana melodyjnego heavy/power metalu. Cały czas brakowało pierwiastka przebojowości i agresywności. Brakowało tego czegoś, co by wybiło ten band ponad przeciętność. Dwa razy Tidal Dreams poległ i nie stworzył dzieła o którym można byłoby dłużej dyskutować. Dopiero teraz po 3 latach udało się nagrać album dopracowany i interesujący pod każdym względem. "Access Denied" to bez wątpienia najlepszy album tej grupy.

Band zadbał o każdy detal, aby płyta robiła dobre wrażenie od samego początku. Okładka rodem z płyt Iron Maiden od razu daje znać, że szykuje się ciekawa płyta. Brzmienie jest czyste, mocne i z nutką lat 80. Tidal dreams muzycznie dalej trzyma się stylistyki heavy/power metalu, tak więc nie ma tu niespodzianki.  Na nowej płycie roi się od ostrych riffów i intrygujących melodii i to jest zasługa duetu gitarzystów. Paris i John grają z dużą lekkością i pomysłowością, co przedkłada się na jakość prezentowanych utworów. Każdy kawałek potrafi oczarować pod tym względem. Nektorias to jest bez wątpienia ta osoba, która najbardziej się rozwinęła. Jego wokal jest niezwykle melodyjny i bardzo techniczny. No jest główną atrakcją Tidal Dreams.

Przejdźmy zatem do zawartości, bo tutaj dzieje się najwięcej.   Na start mamy klimatyczny i przebojowy "Tidal  Disruption".  Co za refren, co za popis wokalny Nektoriasa. Petarda! Kto kocha epickie dźwięki i nieco marszowe tempo, ten pokocha stonowany "Reach for the sky". Echa Stratovarius czy Helloween słychać w melodyjnym i nieco słodkim "Acces Denied". Mocny riff i echa Judas Priest to atuty zadziornego "Flesh Hunt" . Niewinnie zaczyna się "Warrior", ale to nie jest ballada, a killer z prawdziwego zdarzenia. Bije z tego kawałka niezła moc i to jest mój faworyt. Hit goni hit i tak mamy "Evil Bringer" czy złowieszczy "Haunted castle".

Nie liczyłem, że Tidal Dreams nagra taki album, a tu taka niespodzianka. Album jest dopracowany i niezwykle przebojowy. Co za przemiana. Do tej pory band grał na średnim poziomie i niczym się nie wyróżniał, a teraz nagrał album z górnej półki. Uczta dla fanów heavy/power metalu.

Ocena: 9/10

DARK TRIBE - Voici'l homme (2020)

"Voici'l homme" to trzecie wydawnictwo francuskiej formacji Dark Tribe. To bez wątpienia punkt zwrotny w historii tego zespołu. W końcu wszystko zaskoczyło i powstał album niezwykle dojrzały. To dopiero trzeci krążek tej kapeli działającej od 2004r, ale bez wątpienia jest to najciekawsze wydawnictwo. Band bardzo się rozwinął i znakomicie wykorzystuje elementy power metalu, melodyjnego metalu i progresywnego metalu. Dark Tribe tworzy muzykę, która czerpie garściami z  twórczości Dream Theater, Stratovarius, Bloobound, czy Symphony x. To też słychać na "Voice'l Homme".

Band postawił na nowoczesne i takie ciepłe brzmienie, które czyni ich muzykę o wiele łatwiejszą w odbiorze. Mocnym atutem tej kapeli jest niezwykle utalentowany wokalista Anthony. Potrafi nadać utworom charakteru i niezwykłego klimatu. Bardzo dobrze to uchwycił tytułowy kawałek. Sekcja rytmiczna stawia na dynamikę i mocną grę. Pod tym względem dzieje się sporo i nie ma miejsce na nudę. Trzeba też pochwalić Loica, która dopieszcza nas jeśli chodzi o partie gitarowe. Mocne riffy, nutka nowoczesności i chwytliwe melodie, to jego znak rozpoznawczy. Te stan rzeczy odzwierciedla znakomity otwieracz "Prism of memory". Na płycie znajdziemy też agresywny i nieco progresywny "A silent curse", który w pełni oddaje styl tej kapeli. Nie brakuje hitów i tutaj na wyróżnienie zasługuje prosty i przebojowy "Back in Light". Dalej znajdziemy jeszcze agresywny i rozpędzony "According to darkness", który jest najmocniejszym kawałkiem na płycie.  Całość zamyka nieco mroczniejszy "Symbolic Story".

5 lat kazał czekać swoim fanom Dark Tribe na nowy album. Warto było czekać, bo nowy album jest dobrze wyważony i pełen ciekawych utworów. Jest przebojowo, agresywnie, ale zarazem band prezentuje szeroki wachlarz swoich możliwość. Mocna rzecz!

Ocena: 8/10

sobota, 18 stycznia 2020

BRITISH LION - The Burning (2020)

A jednak British Lion to nie był jednorazowy skok w bok basisty Iron Maiden. Steve Harris i jego koledzy nagrali drugi krążek pod szyldem British Lion i "The burning" to płyta zdecydowanie ciekawsza niż debiut. Więcej tutaj heavy metalowego zacięcia, więcej przebojów. To solidna porcja brytyjskiego hard rocka. Cieszy fakt, że na nowej płycie słychać jakby więcej patentów, które gdzieś tam pojawiały się w twórczości Iron Maiden. Nie ma tutaj mowy o klonie iron maiden, bo to band o innym stylu i predyspozycjach.

"The burning" to płyta dopracowana i o wiele ciekawsza niż debiut. Dopracowanie widać w klimatycznej i miłej dla oka okładce czy  w mocnym, zadziornym brzmieniu.  Na pewno rozwinęli się gitarzyści i ta współpraca Grahame i Davida układa się znacznie ciekawiej. Panowie stawiają na bardziej pomysłowe melodie, a przy tym trzymają się hard rockowego stylu. Tym razem dodano troszkę heavy metalu i progresywnego rocka. Nowa płyta jest łatwiejsza w odbiorze i o wiele ciekawsza, choć Steve;a Harrisa stać na znacznie więcej. Cały czas w tej kapeli nie pasuje mi do końca wokalista Richard Taylor, który niczym mnie nie przekonuje. Maniera też taka nijaka.

Od strony technicznej album wypada bardzo dobrze, a jak ma to się w przypadku zawartości? Tutaj też nie ma mowy o totalnej kompromitacji. Wystarczy w słuchać się w energiczny "City of  fallen angels", żeby poczuć zmianę w stosunku do debiutu. Jest energia i jakiś pomysł na granie. Bardzo maidenowy jest "The burning", który w końcu promował ten album. Ta progresywność i melodyjny riff to te elementy, które są bardzo dobrze znane w twórczości Steva Harrisa. Jeden z najlepszych utworów na płycie. Uroczy jest zadziorny "Elysium", który znakomicie oddaje pięknego brytyjskiego rocka. Znakomity mroczny klimat potrafi przeszyć słuchacza.Bardzo podoba mi się gra Steva w mocniejszym "Lightning". To kolejny kawałek z mocnym, wyrazistym riffem o progresywnym zabarwieniu. Mocna rzecz. Dużo tutaj intrygujących partii Steva, a także klimatycznych kompozycji i w tej kategorii sprawdza się melodyjny "Split fire", czy "Land of the perfect people".

"The burning" to fajna odskocznia od tego co Steve Harris prezentuje w  Iron maiden. To wariacja na temat Brytyjskiego rocka i nie brakuje tutaj progresywnego zacięcia. Płyta jest o wiele ciekawsza niż debiut i wszystkiego jest tu więcej. Większa dawka przebojowości i zadziorności. Płyta jest godna uwagi !

Ocena: 7.5/10

piątek, 17 stycznia 2020

MINDLESS SINNER - Poltergeist (2020)

Moda na powroty kultowych kapel z lat 80 nie przemija, a to dobry znak. W końcu w latach 80 najlepiej rozwijał się heavy metal. Szwedzka scena metalowa kryła sporo interesujących zespołów. Jednym z nich jest bez wątpienia Mindless Sinner.  Działają od 1982r i w latach 80 wydali dwa świetne krążki i potem przepadli. Wrócili w 2014 r i do teraz mają się dobrze. Najnowsze dzieło zatytułowane "Poltergeist" to znakomita kontynuacja tego co band prezentował w latach 80. To płyta, która oddaje to co najlepsze w klasycznym heavy metalu rodem z lat 80, ale to również wydawnictwo które imponuje świeżością i pomysłowością. Nie ma mowy o odcinaniu kuponów od swoich najlepszych płyt.

Prosta, nieco kiczowata okładka od razu sygnalizuje, że mamy do czynienia z płytą przesiąkniętą latami 80. Te klasyczne rozwiązania przedkładają się również na brzmienie jak i zawartość. "Poltergeist" to dzieło skończone, a przede wszystkim przemyślane i dopracowane. Każdy utwór dostarcza sporo frajdy. Mimo upływu czasu muzycy imponują energią, pomysłowością, a także techniką. Christer Goransson to wokalista z charyzmą i niezłą techniką, co przedkłada się na drapieżność utworów. Na uwagę zasługuje również duet gitarzystów. Magnus i Jerker nie kombinują i grają swoje. Znakomita jazda bez trzymanki i te klasyczne solówki i riffy są urocze. Niby to wszystko jest wtórne i brzmi znajomo, ale najlepsze jest to że nie jest to kolejny nudny album z muzyką w stylu lat 80.

"Poltergeist" to kultowy horror i znakomicie czuć ten klimat grozy w rozpędzonym tytułowym utworze. Co za energia, co za pomysłowość. Takie otwieracze zawsze są mile widziane. Za każdym razem jak widzę w tytule "heavy metal" to wiem, że szykuje się zacny kawałek. Tak jest z melodyjnym "Heavy metal mayhem", który potrafi zauroczyć dynamiką i ostrym riffem. Mindless Sinner momentami brzmi jak Axe witch czy Heavy load, ale to miły akcent całości. Epickość i ponury klimat wybrzmiewa w marszowym "Valkyrie" czy "World of madness". Dalej mamy mroczny i stonowany "The road to nowhere", w którym band wykorzystuje elementy Black Sabbath czy Manowar. Band przyspiesza w energicznym "Rewind the future" i to prawdziwa petarda. Każdy riff potrafi zauroczyć pomysłowością i klasycznym wydźwiękiem. Tak jest z przebojowym "Hammer of thor". Epickość i styl Manowar wraca w "Altar of the king", zaś "Roll the dice" mam w sobie ducha iron maiden.

Mindless Sinner wrócił na dobre i to jeszcze silniejszy niż kiedyś. Najnowsze dzieło to hołd dla lat 80 i znakomita kontynuacja tego co band prezentował na początku swojej kariery. Płyta jest urozmaicona i bardzo dynamiczna. Prawdziwa petarda!

Ocena: 9.5/10

czwartek, 16 stycznia 2020

VICTORIUS - Space ninjas from hell (2020)

Dragonforce ostatnio chciał nas zabrać do świata gier i komiksów, co miało być gratką dla młodszych słuchaczy. Pomysł ciekawy, ale wykonania nie powalało na kolana.  W słodkim melodyjnym power metalu poległ również Freedom Call. Tym razem niemiecki Victorius stara się podjąć ten sam co wspomniane zespoły, tylko że Victorius odrobił domowe zadanie i nagrał album który jest dojrzały i przemyślany. Nie łatwo jest stworzyć krążek, który będzie słodki, młodzieżowy i w dodatku pełen dynamiki i pomysłowości. W roku 2019 ta sztuka udała się Beast in Black, a teraz Victorius to powtarza. "Space ninjas from hell" to album który oddaje styl Victorius i to co jest piękne w power metalu. To płyta, która może namieszać w tegorocznych zestawieniach.

Victorius to band, który dzielnie od 16 lat dostarcza nam energicznego i melodyjnego power metalu, który jest frajdą dla fanów Gamma Ray, Freedom Call, czy Dragonforce. Lata lecą a wokalista David wciąż brzmi świeżo i profesjonalnie. To znakomity frontman, który napędza ten band. To już kolejny album tej formacji, gdzie gitarzyści pokazują w pełni swój potencjał. Flo i Dirk wiedzą jak pobudzić zmysły słuchaczy i przy tym dobrze się bawić. Cały czas słychać lekkość, pozytywną energią i przebojowość. Wszystko zostało dopracowane i nawet brzmienie jest idealnie podrasowane by można było poczuć klimat gier komputerowych. Okładka przypomina okładkę ostatniego albumu Dragonforce, ale wypada o wiele lepiej.

Płyta to 12 kompozycji dających nam 45 minut power metalu w europejskim wydaniu. Wejście w postaci "Tale of the sunbladers" to wycieczka do najlepszych płyt Freedom Call, czy Gamma Ray. Co za energia, co za moc. Tak powinien brzmieć radosny, melodyjny power metal. "Ninjas Unite" to utwór nieco bardziej stonowany i troszkę w klimacie Beast in Black. Refren to taki prosty chwyt, ale się w pełni sprawdza. Świetny klimat panuje w "Super sonic samurai", który potrafi oddać klimat japońskiej mangi czy innych anime typu Dragon Ball. Znakomicie to współgra z melodyjnym riffem i pozytywną energią. Duch starych płyt Gamma Ray wybrzmiewa w mocniejszym "Evil Wizard Wushu master" i to kolejny hicior na płycie. Klimat Japonii powraca w melodyjnym "Nippon Knights" i ten główny motyw jest po prostu uroczy. Dalej mamy energiczny "Shuriken Showdown" , który jest znakomitym nawiązaniem do twórczości Beast in black. Ta słodkość jest tutaj wszędobylska, ale nie przytłacza i nie przyprawia o wymioty.  Band potrafi też być śmieszny jak niegdyś Helloween i to potwierdza agresywny "Wasabi warmachine". Refren przebojowego "Wrath of the dragongod" brzmi jakby był inspirowany twórczością Rhapsody. Bardzo miła niespodzianka. Tytułowy "Space ninjas from hell" to Victorius w pigułce i prawdziwa wizytówka tej płyty.

Victorius na nowej płycie brzmi świeżo i troszkę pokazał nieco inne oblicze power metalu. Dragonforce na ostatnim albumie nie udała się w pełni sztuka połączenia świata gier, anime i power metalu. Niemiecka ekipa pokazał, że te świata można wymieszać i otrzymać album dojrzały i przebojowy. Ta kapela nie zawodzi i to już kolejna perełka w ich dyskografii."Space ninjas from hell" to uczta dla fanów power metalu. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

czwartek, 9 stycznia 2020

IRONSWORD - Servents of steel (2020)

Ciężko dzisiaj w dzisiejszych czasach o wysokiej klasy album z epickim heavy metalem w stylu Omen, Manilla Road, Manowar czy Battleroar. Nadciąga z odsieczą portugalski Ironsword. Ta kapela to band nie do zdarcia i od 1995r działają sukcesywnie na rynku. To specjaliści od epickich motywów, od energicznych partii gitarowych i przebojów godnych wielkich kapel z lat 80. Ironsword już ma na swoim koncie wielkie albumy, dlatego oczekiwania względem nowego działa zatytułowanego "Servent of steel" były spore. Band jednak podołał zadaniu i nagrał jeden z swoich najlepszych albumów w historii.

Kocham takie klimatyczne okładki, które są ręcznie rysowane. To są dzieła, które można podziwiać i to przez długi czas. Brzmienie dopasowane jest do tego co band gra. Jest brud, naturalność i klimat lat 80. Fani Manilla road czy Omen będą zachwyceni. Band napędza bez wątpienia wokalista i gitarzysta Tann. Jego specyficzna maniera wyróżnia ten zespół i czyni go jedynym w swoim rodzaju. Wszystko, ze sobą znakomicie współgra i tworzy muzykę spójną i oddającą piękno epickiego heavy metalu z lat 80.

Płyta zaczyna się od klimatycznego intra w postaci "Hyborian Scrolls" i już wiadomo co się święci.  Mamy dwa kawałki z gościnnym udziałem Bryana Hellroadie Patricka z Mannila Road czyli przebojowy "Rogues in the house" i epicki "Red nails". Prawdziwa uczta dla fanów starej, dobrej Manilla Road. Nie brakuje też szybkich i zadziornych killerów i przykładem tego jest "Upon the throne". Tann imponuje tutaj pomysłowością i techniką. Jeden z mocniejszych utworów na płycie. Jest też marszowy i bardziej epicki "Tower of the elephant" i tutaj dzieje się sporo. W podobnym stylu jest rycerski "Gods of the north" czy epicki "Keepers of the north". Tytułowy "Servents of steel" to idealne zwieńczenie całości i znakomite podsumowanie to co mamy na płycie.

Ironsword potrafi zabrać słuchacza do świata epickiego metalu i tym razem ta wycieczka jest bardzo owocna. Znajdziemy na nowej płycie zarówno stonowane i marszowe kompozycje, jak i te szybsze i pełne dynamiki. Bardzo dobrze wyważony album z muzyką w klimatach Omen, czy Manilla road. Pozycja, której nie można pominąć w tym roku.

Ocena: 8/10

MYSTIC PROPHECY - Metal Division (2020)

Mystic Prophecy to marka, z którą trzeba się liczyć w świecie heavy/power metalu. To jedna z tych kapel, która dzielnie reprezentuje niemiecką scenę metalową i tood  kilku ładnych lat. 20 lat działalności i 11 płyt na swoim koncie to statystyka, która to tylko potwierdza, że ta formacja to prawdziwi weterani. Każdy album tej kapeli to uczta dla fanów takiej muzyki i wielkie święto, które trzeba celebrować. "Metal Division" był długo wyczekiwanym dziełem i warto było czekać te 2 lata.

Fani tej kapeli wiedzą czego można się spodziewać Mystic Prophecy. Charakterystyczny wokal Roberto Liapakisa, ostre riffy, duża dawka przebojowości i mroczny klimat dalej pełnią główną rolę w muzyce Niemców. Panowie zawsze dbają o swoje okładki i brzmienie, tak też jest i tym razem. Brzmienie podkreśla tylko poziom tej płyty i doświadczenie muzyków. Jest moc i to od samego początku po sam koniec. Ci którzy nie znają tej kapeli śmiało mogą sięgnąć po "Metal Division" bo to kwintesencja ich stylu i jednocześnie encyklopedyczny przykład heavy/power metalu. Płyta na pewno może się spodobać fanom Gamma Ray, Firewind, czy Bloodbound. Każdy znajdzie coś tutaj dla siebie.

Materiał nie jest może jakoś specjalnie długi, ale jest bardzo treściwy. Band dostarcza 40 minut świetnej muzyki. Płytę otwiera tytułowy "Metal Division", który band wykorzystał do promocji. Kawałek ma niezłego kopa i ten refren jest idealny na koncert. Marszowe tempo i mocny riff robią tutaj niezłą robotę. Petarda i takie otwarcia to ja kocham. Nutka thrash metalu pojawia się w agresywnym "Eye to Eye". To kolejny przebój na płycie i taki ukłon w stronę Gamma Ray.  Nietypowo zaczyna się "Hail to the king", ponieważ jest nutka melodyjnego metalu, a nawet hard rocka. Utwór jest stonowany i dobrze wyważony, a to tylko pokazuje jak band jest elastyczny. Duże brawa za klimat i niezwykłą melodyjność w "Here Comes the winter". Jeden z bardziej urozmaiconych kawałków na płycie.  Mystic Prophecy potrafi tworzyć killery i znakomicie potrafi wtrącić thrash metalowe patenty. Taki "Curse of the slayer/ 666: 8 mesiah"to dobry tego przykład i to jest też mój ulubiony utwór z nowej płyty. Drugi utwór, który posłużył do promowania płyty to mroczniejszy i przebojowy "Dracula". Hit goni hit i płyta nabiera rumieńców. Fani Primal Fear powinni docenić agresywny "Together we fall" i to jest niemiecki power metal jaki kocham. W podobnej stylistyce utrzymany jest rozpędzony "Die with the hammer". Nawet spokojniejszy i nieco hard rockowy "Mirror of a broken heart" też sprawdza się i pasuje do całości. Było świetne otwarcie to i koniec jest emocjonujący. "Victory is mine" to killer z prawdziwego zdarzenia. Co za riff i moc.

Lata lecą, a Mystic Prophecy wciąż jest na fali i dostarcza swoim fanom płyty na wysokim poziomie.  "Metal Division" to kopalnia killerów, to płyta pełna mocnych riffów, przebojowości i wszystko co najlepsze w heavy/power metalu i Mystic Prophecy. Płyta petarda i jedna z najlepszych w dyskografii tej formacji. Świetny początek roku 2020.

Ocena: 9.5/10


poniedziałek, 6 stycznia 2020

WAR DOGS - Die by my sword (2020)

Tęsknicie za starym dobrym Iron maiden? A może jesteście fanami "screaming for Vengeance"Judas Priest? W duszy gra ci Angel Witch, Accept czy Diamon head ? Jeśli jesteś właśnie takim słuchaczem to bez wątpienia musisz sięgnąć po debiutancki krążek hiszpańskiej formacji War Dogs. "Die by my sword" to płyta, która zabiera nas do przeszłości, do złotych lat 80 i oczarowuje swoim kunsztem i przebojowością. To płyta, którą trzeba znać.

Nie dajcie się zwieść, że to pierwszy album tej formacji. War Dogs działa od 2015 r i już mają na swoim koncie mini album "War dogs", który okazał się w 2018r. Band w swojej muzyce stawia na proste rozwiązania, na klasyczny wydźwięk gitar i dużą dawką energii. Bez trudu tworzą hity i to one napędzają ich debiutancki album. War Dogs to przede wszystkim wyrazisty i utalentowany wokalista Alberto Rodriguez. Słychać, że inspirował się wokalistami starszej generacji. Enrique i Eduardo to dwa gitarzyści, którzy dają czadu i znakomicie bawią się heavy metalem. To taka wycieczka w stronę Iron Maiden, Judas Priest czy nawet Running Wild. Jest moc i to przez cały album, a to robi wrażenie.

Płytę otwiera rozpędzony "Die by my sword", który przemyca troszkę patentów Visigoth czy choćby iron maiden. Klasyczny riff, szybkie tempo i przebojowy refren czynią ten tytułowy kawałek prawdziwą petardą. Perkusista pokazuje się tutaj z jak najlepszej strony. Bardzo dobry start.  Mamy też nieco punkowy i buntowniczy "Castle of Pain", który przypomina debiutancki krążek Iron Maiden. Dalej mamy rozpędzony "Wings of Fire", który swoim stylem i motoryką przypomina twórczość Running Wild. Tutaj band pokazuje jak drzemie w nich potencjał. To co napędza ten utwór to pomysłowy riff i duża dawka przebojowości. Gitarzyści też dają tutaj czadu i pokazują swoje umiejętności. W "Master of Revenge" War Dogs zabiera nas do klasycznych dźwięków Judas Priest. Niby prosty motyw, a zachwyca swoją naturalnością. Band przyspiesza w energicznym "Kill the past", który ociera się o speed metalową konwencję. W tym utworze dzieje się dużo w sferze partii gitarowych i jest czym się zachwycać. W podobnych klimatach mamy dynamiczny i rozpędzony "Ready to strike", który również utrzymany jest w speed metalowym stylu. Znakomita petarda i właśnie w takich aranżacjach band wypada najlepiej. Lata 80 wybrzmiewają i to  w najlepszy sposób w "The Shark". Prawdziwy hit, który od razu wpada w ucho. Mroczniejszy "The lights are on" jest uroczy i znów nie brakuje elementów Iron maiden. Nawet taki prosty i nieco hard rockowy "Wrath of thesus".

War Dogs dopiero zaczyna swoją przygodę z heavy metalem i ten start jest naprawdę udany. "Die by my sword" to porcja klasycznego heavy metalu w stylu lat 80. Band pokazuje tutaj swój talent i pomysł na granie. Jest w nich ogromny potencjał i mam nadzieję, że go w pełni wykorzystają. Dla fanów Iron Maiden, Diamond head czy Judas Priest pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10

niedziela, 5 stycznia 2020

HAUNT - Mind Freeze (2020)


Nagrać płytę w klimatach lat 80 to wyczyn, które wiele kapel potrafi zrobić i to bez większego problemu. Bardzo łatwo przychodzi też odtworzenie odpowiedniego mrocznego, przybrudzonego brzmienia. Problem zawsze tkwi w ciekawych melodiach i pomysłowych riffach. Jeśli ten aspekt zostanie zaniedbamy to skończy się to nie powodzeniem. Amerykański  Haunt to dobry przykład, że czasami może coś nie wyjść. Ich najnowsze dzieło zatytułowane "Mind Freeze"  to najsłabszy album w ich dyskografii.

Przede wszystkim band niczym nie zaskakuje i poszedł trochę na łatwiznę.Mamy kontynuację tego co band prezentował na poprzednich płytach, ale jakość jest niższych lotów. Brakuje ikry, troszkę intrygujących melodii. Mamy jasne punkty, ale album jako całość wypada nie równo. Haunt to przede wszystkim znakomity duet Trevora i Johna, który niestety na tym albumie wypada troszkę poniżej oczekiwań. Niby jest dynamicznie, niby melodyjnie, ale jest to wszystko jakieś takie monotonne i bez polotu. Trevor to człowiek, który odpowiada za partie wokalne i to on napędza ten band.

Haunt zaskoczył mnie mrocznym klimatem i prawdziwym klimatem lat 80, który wybrzmiewa w otwierającym "Light the Beacon". Niestety brakuje tutaj jakiegoś mocnego riffu i ciekawszej melodii, które by porwały słuchacza. Jak wspomniałem nowy album ma swoje dobre momenty i jednym z nich jest "Hearts on Fire". Znakomicie tutaj band idzie w ślady Angel Witch, Night Demon czy Cauldron. Bardzo dobrze wypada też energiczny "Divide and conquer" czy klimatyczny "Saviors of man", który przemyca troszkę stylistyki z filmów Johna Carpentera. Kolejną petardą na płycie jest rozpędzony "fight or flight", który utrzymany jest w speed metalowej stylistyce. "Have no fear" ma ciekawy klimat, ale brakuje tutaj nieco dopracowania i mocniejszego uderzenia. Warto jeszcze wyróżnić melodyjny "On the stage" z nutką twórczości iron maiden w tle.

Haunt pokazuje, że grać potrafi i że nie są im obce klimaty mroczne zaczerpnięte z lat 80. " Mind Freeze" to dobry album, który słucha się całkiem dobrze, aczkolwiek brakuje tutaj równego materiału i więcej petard pokroju "Hearts on fire". Troszkę szkoda, bo band miewał lepsze albumy.

Ocena: 6.5/10