Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modern Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modern Metal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 września 2021

OVERSENSE - Egomania (2021)


 Tak jak kocham niemiecką scenę metalową, tak mam problem z totalnym zachwytem nad niemiecką formacją Oversense. Działają od 2012r i już mają wypracowaną renomę, jak i stylistykę. Słowa power metal jakoś nie do końca tutaj pasuje, bowiem band czerpie z różnych gatunków od groove metalu, aż po gotycki metal. Czy to jest objaw geniuszu, czy inteligenty chaos z którego nic nie wynika? To jest dopiero pytanie. Odpowiedzi należy szukać na nowym krążku zatytułowanym "Egomania".


Przede wszystkim mam problem z wokalem Danny'ego Meyera, który stara śpiewać bardziej nowocześnie. Zmienia style i tonacje i ciężko się w tym odnaleźć. Już otwieracz sporo miesza, bo "toast to the devil" miesza różne gatunki.  Jest to jednak dość ciekawy hit, który swoim dziwactwem zapada w pamięci. Intryguje również "the longing" gdzie jest trochę symfonicznego metalu i gotyckiego grania. Chwytliwy główny motyw i refren sieją tutaj zniszczenie. "Be" to nowoczesny, melodyjny metal z ciekawa linia melodyjna. Te zwolnienia zaczynają momentami irytować. Na siłę zaczynają mieszać. No i w końcu coś co mnie poruszyło mocniej, czyli "my eden" z nutką power metalu. Znów co innego dostajemy w kolejnym kawalku. "Tear me down" ma mroczny klimat i mocny riff przewodni. No znów mam mieszane uczucia. Te rockowo- popowo wstawki są zbyt komercyjne.  Kolejny pozytywny utwor to dynamiczny "Faith" i tutaj faktycznie słychać objaw geniuszu. Brzmi to świeżo i pomysłowo. Chórki też dodają uroku. "Rave in hell" momentami brzmi jak lordi, ale znów band szokuje intrygującym motywem gitarowym i nie banalnym refrenem. "Antisocial" to znowu ukłon w stronę szybszego grania i to kolejny killer na płycie. Na koniec mamy  "extinction", który mimo rozbudowanej formułę nie nudzi.

To jest jedną z tych płyt, która miesza w głowie. Band urządza terapię szokową i serwuje niezła mieszankę różnych gatunków i choć na pierwszy rzut oka można rzec że to chaotyczna papka. To jednak to jest inteligentna zagrywka Oversense. Jeszcze nie wszystko jest dla mnie jasne i może nie wszystkie atuty nowej płyty odkryłem to jednak mimo wad, ta płyta intryguje i zachęca do powrotów. Dużo tu pokręconych melodii i motywów gitarowych. Jest co analizować i czym się zachwycać. Wady też są, no ja nie do końca trawie te zwolnienia i momentami wokal Dannego mnie irytuje. Dziwna płyta, ale kusi i zachęca by do niej wracać i odkrywac kolejne elementy układanki. Nie jest to moja płyta roku, ale dla kogoś na pewno będzie. 

Ocena: 7/10

sobota, 20 marca 2021

EVERTURE - Emerge (2021)


 26 lutego 2021r ukazał się debiutancki album fińskiej formacji Everture zatytułowany "Emerge". Płyta ukazał się nakładem wytwórni Inverse Records. Band określa swój styl modern metal i faktycznie jest słychać nowoczesny charakter tej płyty. Muzyka jest na pograniczu melodyjnego metalu, death metalu, rocka czy popu.

Zespół momentami brzmi jak Bullet for my Valentine, czasami jak Leverage czy Excalion. Trzeba przyznać, że mocnym atutem zespołu jest utalentowany wokalista Jere Kuokkanen. Gitarzyści Matti i Oskari stawiają na zadziorne riffy, tylko czasami wkrada się nuda i komercja, przez co muzyka traci troszkę na atrakcyjności. Niby potencjał jest, ale band w pełni go nie wykorzystuje.

Może i okładka wpada w oko, a brzmienie jest dobrze dopracowane, to jednak są pewne nie dociągnięcia. Taki "the river flows" czy otwierający "In between" okazują melodyjny aspekt i momentami ocierają się o twórczość Bullet for my vallentine. Dobrze się tego słucha, jednak brakuje pazura i ostatecznego szlifu. Takie łagodne rockowe granie zmieszane z popem jakie band prezentuje w "promises" totalnie do mnie przemawia. Dobrze prezentuje się nieco progresywny "Ivory tower" czy przebojowy "Closure", który wieńczy cały krążek.

Everture to band, który gra nowoczesny metal, ale czasami można się zastanowić czy to jeszcze metal. Band grać potrafi i to pokazuje, ale brakuje ciekawych pomysłów na kompozycje. To wszystko sprawia że ten album jest daleki od ideału.

Ocena: 5/10

niedziela, 29 listopada 2020

TUNGSTEN - Tundra (2020)


 Minął rok od premiery debiutu szwedzkiej formacji Tungsten. Z "We will Rise" pamiętam w sumie piękną okładkę autorstwa Marschalla i nieco przekombinowany styl.  Band nagrał kolejny album i choć "Tundra" nie wyznacza innego kierunku muzycznego, to jest pod każdym względem albumem ciekawszym niż debiut. Fenomen okładki i mocnego nowoczesnego brzmienia został utrzymany z debiutu. "Tundra" pod każdym względem przebija debiutu i słychać, że band dopracował nie dociągnięcia i stworzył ciekawy krążek z kręgu nowoczesnego heavy/power metalu z elementami folk metalu i innych gatunków muzycznych.

Tungsten w dalszym ciągu gra ciekawą mieszankę różnych gatunków muzycznych i można w ich muzyce znaleźć coś Nightwish, Orden Ogan, ale też twórczości takich zespołów jak Marilyn Manson, czy Rammstein.  "Tundra" to płyta przede wszystkim bardziej klimatyczna i dojrzała niż debiut, ale najlepsze jest to, że  jest sporo hitów, które potrafią zapaść w pamięci. Może nie jestem jeszcze w pełni zachwycony tym bandem, ale już zmiana na plus i idą w dobrym kierunku.

Swoim stylem potrafią się wyróżnić na tle innych płyt z tego roku i to jest ich największy atut. Potrafią dzięki temu zapaść w pamięci. Już start w postaci "Lock and load" pozytywnie zaskakuje i jest tu hit z prawdziwego zdarzenia. Nawet te elektroniczne elementy są urocze i nadają całości charakteru i odpowiedniego klimatu.  Melodia rodem z Nightiwsh pojawia się w "Volfrom song" i pojawia się folkowy klimat i słucha się tego naprawdę dobrze i to pomimo komercyjnego charakteru. Prosty i chwytliwy jest też "Time" i tutaj  Mike Andresson błyszczy. Jego wokal idealnie współgra z tym co band gra. "King of Shadows" to jeden z najlepszych kawałków na płycie i ten folkowy klimat momentami przypomina ostatnie dokonania Nightwish.  W takim nowoczesnym melodyjnym metalu band najlepiej wypada.  Troszkę pazura kapela pokazuje w tytułowym "tundra", który w pełni oddaje styl Tungsten. Nowocześnie brzmi "I see fury' i pomimo elektrycznych wstawek kawałek się broni przebojowością. Nie brakuje na płycie przebojów, jak i power metalowych patentów i dobrze to odzwierciedla dynamiczny "This is War" i tutaj przypomina mi to mieszankę Beast in Black oraz Orden Ogan. Całość wieńczy rozbudowany "Here comes the fall" i tutaj też dobrego dzieje się i band pokazuje, że potrafi też stworzyć nieco bardziej progresywny utwór.

No i kto by pomyślał, że to napiszę, ale naprawdę przemówił do mnie nowy krążek od szwedzkiego Tungsten. Bardzo udana mieszanka modern metalu z power metalem, folk metalem i elektronicznymi wstawkami. Band dopracował styl i jakość swoich kompozycji, a przede wszystkim bije z niego większa energia i przebojowość niż z debiutu. Płyta godna uwagi.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 29 marca 2020

NIGHTTRAIN - Hell Central (2020)

Niemiecki Nighttrain zabiera nas swoim pociągiem w podróż w rejony piekła. To niemiecki band, który wie jak zadowolić słuchacza i jak ich zadowolić. Tym razem Nighttrain funduje nam wycieczkę do świata, w którym rządzi się nowoczesny, melodyjny heavy metal.W zasadzie to ta kapela działa od 2008r i ich muzyka troszkę nawiązuje do Brainstorm, czy Bullet for my valentine, choć band tworzy swój własny styl. Ich priorytetem jest nowoczesny, melodyjny heavy metal, która ma łatwo wpadać w ucho i zaskakiwać swoją przebojowością. Najnowsze dzieło zatytułowane "Hell central" to przemyślany album, który może się podobać!

7 lat przyszło czekać na kontynuację "7 sins", ale warto bo ten niemiecki band stworzył dzieło dopieszczone, a przede wszystkim bardzo melodyjne, agresywne i nowoczesne. To jest heavy metal naszych czasów i do tego bardzo atrakcyjny. Już sama okładka zachęca do odpalenia tej płyty. Nighttrain to przede wszystkim dobrze zgrany duet gitarzystów tworzonych przez Dominika i Tobiasa. Panowie stawiają na proste i melodyjne motywy, a to przedkłada się na atrakcyjność tej płyty.  Najbardziej kto mi zaimponował to wokalista Kevin, który wie nadać całości aktualnego charakteru.

Wszędzie dużo ciekawych melodii i nie ma tutaj miejsca na nudę. Zaczynamy od szybkiego i treściwego "Monument of ignorance", który pokazuje jak owe melodie odgrywają kluczową rolę na tym albumie. Jest mocny główny motyw i ciekawe partie gitarowe. No nie sposób się nudzić, przy takim hicie. Dalej mamy nieco hard rockowy "Child of Desire", który pokazuje jak band potrafi się bawić i grać z lekkością. Bardzo dobrze wypada zadziorny i nieco szybszy "Saved by the bell" i to jest to co mi się najbardziej w tym zespole. Jest ta nutka nowoczesnego heavy metalu i brzmi to bardzo dobrze. Nie brakuje killerów i jednym z nich jest niezwykle przebojowy "Shifted View". Band tutaj wykorzystuje mocny, zadziorny riff i lekki, przyjemny refren. Wszystko ze sobą znakomicie współgra. "From sparks to fire" to kolejny mocny, wyrazisty kawałek w heavy metalowym stylu i tu dzieje się sporo.  Znakomicie wypada melodyjny "Almost perfect" czy zadziorny "The Cage" w lekko rockowym wydaniu.

Trzeba przyznać, że Nighttrain nagrał solidny krążek z nowoczesnym heavy metalem. Jest zadziornie, mocarnie i zarazem bardzo melodyjnie. Nie jest to może płyta roku, ale potrafi zapewnić słuchaczowi udaną rozrywkę. To wydawnictwo warto znać i wyrobić swoje zdanie.

Ocena: 8/10

wtorek, 24 września 2019

TUNGSTEN - We Will Rise (2019)

Andreas Marschall to mój ulubiony twórca okładek płyt heavy metalowych. Potrafi stworzyć nie banalny klimat i ma znakomity styl. Każda okładka to coś miłego dla oka i miła wycieczka do jego światu fantasy i magii. Tym razem zauroczył mnie szatą graficzną dla zespołu Tungsten. Ta okładka przypomina mi okładki Hammerfall czy Blind Guardian. Choć Tungsten gdzieś tam przemyca elementy power metalu, to jednak band stawia na nowoczesny melodyjny heavy metal z nutką folk metalu. Ciekawa mieszanka i momentami przypominają mi Falconer czy Thunderstone. Okładka znakomita i nie zdradza co nas czeka na debiutanckim krążku tej Szwedzkiej formacji.

Tungsten to band, który założył perkusista Anders Johansson, którego znamy z takich bandów jak Yngwie malmsteena, Hammerfall czy Strokkur. Ten solowy projekt został stworzony razem synami Johanssona. Zaproszono do współpracy wokalistę Mike;a Anderssona, z którym Anders współpracował w Fullforce. Mamy dobrze zgrany skład i to przedkłada się na muzykę.

Z tej płyty bije świeżość i ciekawy pomysł na granie. To właśnie potwierdza agresywny otwieracz w postaci "We Will Rise". To tytułowy kawałek, który idealnie prezentuje to co nas czeka. Nic dziwnego, że właśnie ten utwór promował krążek. Nie brakuje tutaj elektrycznych wstawek i elementów disco rodem z twórczości Beast in Black. Dobrym tego przykładem jest "Misled". Dużo nowoczesnego metalu mamy w przekombinowany "The Fairies Dance". Ostry riff i nowoczesne brzmienie to rozpoznawalne elementy stylu Tungsten. "It aint over" czy "As i am falling" to znakomity przykłady tego nowoczesnego heavy metalu w jakim obraca się band. Power metal pojawia się w przebojowym "Animals" i to jeden z mocniejszych punktów tej płyty. Band jest też często na granicy komercyjności i dobrze to oddaje lekki "Impolite".

Tym razem okładka jest znakomita i wysokiej klasy, a muzyka no cóż. Na pewno zachwyca pomysłowość zespołu, a także pewien powiew świeżości. Brakuje mi tutaj jednak efektu wow. Czasami jakiś riff jest nie dopracowany, czy można odnieść wrażenie, że nowoczesne patenty przysłaniają całość. Mimo wszystko w kategorii ciekawostki warto obczaić Tungsten i ich debiutancki album "We will rise".

Ocena: 6.5/10

czwartek, 30 kwietnia 2015

KAMELOT - Haven (2015)

Jednym z najbardziej charyzmatycznych zespołów w dziedzinie muzyki metalowej jest bez wątpienia amerykański Kamelot. To jest zespół z bogatą historią i ich styl nie da się tak łatwo sklasyfikować. Wynika to z tego, że w ich kompozycjach można doszukać się heavy/power metalu, progresywnego metalu, czy też coś z gotyku czy doom metalu. Takie albumy jak „Karma” czy „Black halo” to prawdziwe perełki w ich dyskografii i czy nowy album „Haven” też dołączy do grona tych najlepszych z biegiem czasu? O to jest pytanie.

3 lata przyszło czekać nam na nowy krążek Kamelot i w sumie nie był to czas zmarnowany, bowiem zespół zrobił jakby krok do przodu. Tak więc stworzyć coś bardziej epickiego, coś bardziej nowoczesnego, coś co by przypominało soundtrack do filmu, jednocześnie zostając przy znanych patentach Kamelot. Udało się to osiągnąć, bo album jest progresywny, mroczny i zarazem melancholijny. Świetnie to wpasowuje się do tekstów poruszających kwestię obecnego świata i naszej cywilizacji. Zresztą płyta pod względem techniczny imponuje jakość i brzmieniem, a gdy się jeszcze wspomnie o gościach to już w ogóle płyta zyskuje. Zapowiedzi i szum wokół płyty nastawiał sceptycznie mnie i bałem się, że będzie to dzieło które jest ciężko strawne. Nie do końca tak jest, bowiem nie brakuje tutaj ciekawych i łatwo w padających w ucho melodii. Zacznijmy jednak od początku. Płytę otwiera „Fallen Star” i jest to dobry kawałek oddający to co najlepsze w tym zespole. Może za mało ognia tutaj i jakiegoś ostrego grania, ale jest klimat i to może się podobać. Ducha starych płyt można wyczuć w szybszym „Insomnia” czy w power metalowym „Veil of Elysium”. Krążek wyróżnia się spokojnym, wręcz melancholijnym klimatem no i ciekawymi motywami. Dobrze to obrazuje progresywny „Citizen Zero”. Niby nieco komercyjny, niby nieco symfoniczny, ale pokazuje że wyróżniający się riff i melodia to połowa sukcesu. „Under Grey Skies” to utwór przypominający nieco Nightwish i tutaj swoją role odegrał Troy Donockley i Alissa White Gluz, który wystąpili tutaj gościnnie. Kolejnym ciekawym kawałkiem z tej płyty jest „My Therapy”, który jest utrzymany w stylu bardziej nowoczesnym i to pokazuje elastyczność zespołu. Jest jeszcze symfoniczny „End of Innocence”, który ma w sobie znacznie więcej agresji niż poprzednie kawałki. Jeden z nie wielu kawałków, o którym można mówić w kategorii przebojów. Jako fan power metalu i starych płyt Kamelot muszę przyznać, że największe wrażenie na mnie zrobił „Liar Liar”. Jest to szybki i energiczny kawałek, który niszczy swoją formą i wykonaniem . Na końcu płyty mamy jeszcze troszkę eksperymentowania w postaci „Revolution”, czy też instrumentalny „Haven”.

Teraz kiedy już znam ten album, to mogę stwierdzić, że obawy były bezpodstawne bowiem zespół nagrał całkiem przyzwoity krążek. Oczywiście, za mało tutaj power metalu czy szybkiego grania, za mało takiego łatwo przyswajalnego metalu, a więcej progresywności, nowoczesnego metalu i szukania nowej jakości. Może nie jest łatwo oswoić się z tą płytą, ale jest kilka ciekawych momentów, które przyprawiają o szybsze bicie serca. Nowy wokalista daję radę, choć to już nieco inny Kamelot. Wciąż jednak można ich rozpoznać po tym co grają. Polecam.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

FACESHIFT - All crumbles Down (2015)

Jedną z ciekawszych kapel młodego pokolenia jest bez wątpienia szwedzki Faceshift. Wyrózniają się na tle innych kapel heavy metalowych, ponieważ starają się zaskoczyć stylem, wykonaniem, zbadać nowe rejony muzyczne i stworzyć coś świeżego. Grają od 2005 roku, nagrali przyzwoity debiut „Reconcile” i potem przez długi czas milczeli. Teraz po 8 latach powracają z nowym albumem „All Crumbles Down”.

Zresztą wystarczy spojrzeć na ponurą i nieco psychodeliczną okładkę by pojąć, że zespół stara się tworzyć nowoczesny heavy metal. Tak też jest i nie brakuje tutaj ostrych riffów, popisów gitarowych w wykonaniu Tervainena/Bertillsona. Ma być nowocześnie, agresywnie i mrocznie. Melodie są tutaj na dalszym planie. Z jaką muzyką przyjdzie się nam zmierzyć? Nowoczesny heavy metal to tylko przewodni gatunek, bo tutaj są odesłania też do innych pod gatunków. Znajdziemy coś z progresywnego metalu,coś z thrash metalu, hard rocka, a nawet death metalu. Są momenty że partie gitarowe nabierają bluesowego dźwięku, a całość staje się bardziej melodyjna i nacechowana harmonią. Tak jak różnorodne są tutaj wpływy, tak różnorodny jest materiał. W muzyce szwedów słychać wpływy Dio, Kamelot, Pantery, Alice in Chains, Symphony X, czy Soilwork. Gdy słucham nowej płyty, to odnoszę wrażenie, że tak powinien brzmieć ostatni album Adrenalina Mob. Płytę otwiera „Betrayed” mroczny kawałek o nieco industrialnym wydźwięku, w którym jest mrok, nowoczesność, brutalność, a także mieszanka alternatywnego i progresywnego metalu. Nie jest to coś co trafia w mój gust, ale kawałek jest solidny. Bardziej odpowiada mi thrash/death metalowy „The Lie”, gdzie zespół pokazuje pazur i przykład jak można ciekawie zagrać nowoczesny metal. Tutaj też niezły popis daje wokalista Tino i muszę przyznać, że zapada w pamięci. W „Pieces” mamy bardziej hard rockowe oblicze zespołu i tutaj też można posłuchać, jak zespół jest wyszkolony technicznie. Mocniejszy „A New Beginning” to utwór, który nieco przypomina mi twórczość Lions Share. Z najciekawszych utworów trzeba wymienić nieco doom metalowy „Someone to be”, melodyjny „Of Dignity and Shame”. Nie wszystko brzmi tak jak powinno, co słychać w niedopracowanym „Awaken” czy rockowy „Stand Alone”. Fani Nickeblack docenią pewnie zamykający album „All Crumbles Down”.

Podsumowując mamy do czynienia z ciekawą mieszanką nowoczesnego, brutalnego metalu z progresywnym rockiem i innymi gatunkami. Jednak czego brakuje tutaj to z pewnością wyrównanego poziomu, bardziej zapadających w pamięć kompozycji. Fani nowoczesnego grania powinni obczaić drugi album Faceshift.

Ocena: 5.5/10

niedziela, 8 lutego 2015

ADRIAN WEISS - Easy Game (2014)

Nadszedł czas by opisać drugi solowy album niemieckiego gitarzysty Adriana Weissa. Po tym jak nagrał parę albumów z Forces at Work, Thought Sphere postanowił w końcu nagrać swój solowy album. Pierwszy album „Big time” wydany w 2011r pokazał, że Adrian zna się na swojej robocie i potrafi skomponować ciekawy instrumentalny materiał, który jest fuzją progresywnego rocka, melodyjnego metalu czy nawet bluesa. Mnie najbardziej przyciągnął fakt, że Adrian gra w Gloryful, o którym już pisałem na łamach bloga. To był solidny heavy/speed metal w stylu Lonewolf, Judas Priest, czy Dio. Czego można zatem się spodziewać bo „Easy Game”, który ukazał się w 2014r?

Na pewno nie można liczyć tutaj na heavy/speed metal i granie pokroju Gloryful.Tutaj Adrian Weiss zagłębia się w zupełnie inne gatunki muzyczne. Jest nacisk na nowoczesność, na technikę i ukazanie umiejętności shredowego grania na gitarze. Album brzmi bardziej dojrzale niż debiut i słychać, ze utwory brzmią znacznie ciężej. Płyta jest skierowana do tych co mają bzika na punkcie zróżnicowanych riffów i złożonych solówek. Również fani różnych urozmaiceń w muzyce rockowo/ metalowej powinni się odnaleźć w muzyce Adriana. Warto zauważyć, że mimo że Adrian nie jest znany szerszemu gronu fanów muzyki metalowej to jednak płyta została zrealizowana z zaangażowaniem i dbałością o zaplecze techniczne. Dzięki temu mamy soczyste brzmienie, ciekawą, przyciągającą uwagę okładkę i przemyślane kompozycje. Nawet znalazło się miejsce dla kilku gości tj Demian Hauke,Thorsten Preast czy Christian Muenzner. Jeśli chodzi o samą muzykę, to dzieje się sporo, jest sporo ciekawych zaskoczeń i nie brakuje urozmaicenia. Mamy progresywny rock w postaci „Ankward Silence”, mamy melodyjny heavy metal w takim „Instant Relief” czy tez nieco bardziej bluesowe klimaty w „Aim To please”. Nie do końca przekonują wolniejsze kawałki typu „The Last Days”, gdzie brakuje emocji, energii i ciekawego pomysłu. „Hacienda” to z kolei kawałek z którego wybrzmiewają ciekawe solówki i motyw główny. Można faktycznie poczuć meksykański klimat w tym utworze. Fanom progresywnego rocka i wszelakich eksperymentów może się również spodobać „Easy Game”. Najdłuższy na płycie jest „Night Owl”, który pokazuje, że można stworzyć instrumentalnego kolosa, który nie nudzi swoją konwencją i formą.

Jeśli szukacie ciekawych popisów gitarowych, lubicie progresywne granie z nowoczesnymi dźwiękami, doceniacie eksperymentowanie? To z pewnością drugi solowy album Adriana przypadnie Wam do gustu. Jeśli ktoś szuka czegoś w stylu Gloryful to niestety tego tutaj nie znajdzie. Można wiele napisać o tej płycie, ale i tak nie jest to materiał, który jakoś porusza i zostaje dłużej w pamięci.

Ocena: 5.5/10

poniedziałek, 5 maja 2014

MADE OF HATE - Out of Hate (2014)

Jeśli chodzi o nasz rodzimy Made Of Hate to jestem na tak, zarówno jeśli chodzi o „Bullet in your Head” jak i „Pathogen”. Choć minęło trochę czasu od premiery tych płyt, to jednak miło wspominam mieszankę nowoczesnego metalu z melodyjnym death metalem w polskim wykonaniu. Ostatnie 4 laty to okres milczenia ze strony zespołu, ale teraz o dziwo zespół przerywa ciszę za sprawą nowego albumu „Out of Hate”. Kilka zmian w Made of Hate, pytanie jak to odbiło się na ich muzyce?

W szeregach Made of Hate pojawiła się basistka Marlena Rutkowska, a sam zespół zmienił wytwórnię płytową z Afm Records na rodzimą Fonografikę. Poprzednie albumy charakteryzowały się udaną mieszanką agresji i melodyjności, zaś sam materiał wypchany był hitami, które mogły porwać każdego kto choć trochę lubi nowoczesnego metalu, melodyjnego death metalu i thrash metalu. Stylistycznie Made of Hate dalej trzyma się tych ram, z tym że zabrakło na „Out of Hate” takiego zapału i pomysłowości, przez co płyta nie robi takiego wrażenia jak dwa poprzednie. Ciężko może tutaj wyróżnić jakiś jeden wyjątkowy utwór, ale z pewnością nie można tutaj zmieszać muzyki Made of Hate z błotem. Jest to niższej jakości materiał, ale to wciąż kawał solidnego metalu w nowoczesnej oprawie. Słychać od pierwszych dźwięków, że Made of Hate napędza właściwie dwóch muzyków, a mianowicie gitarzysta Michał Kostrzyński i wokalista Radek Porlolniczak. To oni tworzą ten zespół i to oni nadają mu charakter. Radek swoim agresywnym wokalem sprawia, że płyta nasuwa nam klimaty melodyjnego death metalu czy thrash metalu, zaś Michał jest odpowiedzialny za melodyjny aspekt płyty i za jej urozmaicenie. Zaczyna się od mocnego uderzenia w postaci „Off The Grid” i jest to kompozycja na miarę tych z „Pathogen”. Stonowany „Me Myself” przybliża nam klimaty heavy metalu, zaś „Broken Man” ma sporo cech z thrash metalowej kompozycji. Made of Hate radzi sobie nawet z bardziej nowoczesnym graniem czego dowodzi w „Torn”. Podobać może się bardziej hard rockowy „Here and Now”. Najlepiej zespół wypada w ostrzejszych kawałkach i jednym z takich przebłysków na płycie jest „Wrath”. Wdziera się czasami w to wszystko chaos i taki nieład słychać w zamykającym „Origin”.


To już nie ta sama kapela co za czasów „Bullet in your Head” czy „Pathogen”. Made of Hate już nie zachwyca swoją melodyjnością i pomysłowością. Z tamtych lat została agresja i stylistyka. Nie jest może to arcydzieło, ani najlepsze polskie wydawnictwo ostatnich lat, ale jest to kawał solidnego grania w nowoczesnej oprawie. Miło, że przypomnieli o sobie po 4 latach. Czekamy na kolejne wydawnictwa, w oczekiwaniu na drugi „Bullet in Your Head” czy „Pathogen”.

Ocena: 5.5/10

wtorek, 29 kwietnia 2014

ONE MACHINE - The distortion of lies and The Ovedriven truth (2014)

Brakuje wam nowoczesnego grania? Lubicie współczesny wydźwięk heavy/power metalu, w którym jest coś z thrash metalu, a nawet groove metalu? Steve Myth znany z Forbidden czy Vicious Rumours wychodzi naprzeciw takim osobom tworząc zespół o nazwie One Machine. Kapelę tworzą muzycy, którzy specjalizują się w takim graniu i z pewnością ich debiutancki album „The Distortion of Lies and the ovedriven Truth” może zainteresować fanów nowoczesnego heavy metalu.

Każdy kto lubi posłuchać Nevermore, Mercenary, Forbidden, Adrenalina Mob, czy Testament powinien się odnaleźć w tym co prezentuje One Machine. Te wpływy są uzasadnione ponieważ każdy z muzyków wniósł do One Machine trochę ze swojej macierzystej co dało w efekcie naprawdę niezłą mieszankę agresywnych dźwięków, nowoczesnego brzmienia, mrocznego klimatu i potężnego wokalu frontmana Mercenary. Mikkel Sandager to jeden z tych powodów dzięki którym zespół brzmi tak nowocześnie i brutalnie, ale na pewno nie jedyny. Przede wszystkim partie gitarowe są jednoznacznie ukierunkowane. Jest tutaj nacisk ze strony Steve'a i Jamiego na bardziej ciężkie, momentami progresywne, ale również melodyjne partie. Nie uświadczymy tutaj lekkości czy wysokich lotów techniki. Podobać się może nowoczesny wydźwięk owych melodii, kompozycji. Otwieracz w postaci tytułowego kawałka nakreśla nam linię stylu i już od razu wiemy z czym mamy do czynienia. Fani nowoczesnego metalu na pewno się ucieszą, bo kawałek jest szybki i agresywny. Nie brakuje też energii na albumie co potwierdza „Crossed Over”. Pojawiają się wolniejsze, bardziej stonowane kawałki o czym świadczy „Kill the hope inside”. Najbardziej zapadają w pamięci bardziej przebojowe kawałki jak choćby „Armchair Warriors” czy „Freedom and Pain”. Właśnie takie utwory najlepiej się prezentują, gorzej już wypadają takie dłuższe kompozycje jak „Into Nothing”. Za dużo kombinowania i silenia się na progresywny charakter.


Trzeba być fanem takiego grania by w pełni docenić ten album. Za miłośnika nowoczesnego metalu nie uchodzę, ale płyta nie jest zła. Ma swoje dobre momenty i przede wszystkim że można stworzyć nawet ciekawy materiał osadzony w nowoczesnym metalu. Ale czy mogło być inaczej kiedy zespół tworzą takie tuzy świata metalowego?

Ocena:5.5/10

wtorek, 26 listopada 2013

ALMAH - Unfold (2013)

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla brazylijskiego Almah,który zatracił gdzieś ostatnio swojego ducha kapeli grającej progresywny power metal zakorzeniony w twórczości Angra? Czy po takim słabym albumie jak „Motion” z 2011 roku można się podnieść? Na te jakże nurtujące pytania szukałem odpowiedzi na nowym albumie grupie zatytułowanym „Unfold” .

Niestety ale nie mam dobrych wieści zwłaszcza dla tych co nie pałali miłością do albumu „Motion”. Kapela prowadzona przez byłego wokalistę Angry, a mianowicie Edu Faluschiego zasmakowała nieco nowoczesnego metalu, w który nie brakuje komercji i eksperymentowania. Najwidoczniej tak im się takie granie spodobało, że postanowili iść dalej w tym kierunku na swoim nowym albumie. Mało w tym power metalu, mało w tym tego pazura z pierwszej płyty, czy przemyślanych melodii. Dużo nie trafionych pomysłów, dużo kombinowania i nieciekawych rozwiązań, przez co płyta nie jest łatwo w odbiorze. Choć Edu spisuje się wokalnie, to jednak nie jest w stanie odciągnąć uwagi od instrumentalnej warstwy albumu, która po prostu jest bez wyrazu i bez pomysłu. Jak ktoś lubi rockowe granie, to może mu się spodobać dość przyjemny „Wings Of Revolution” czy „I Do”. Progresywny metal słychać w dość dobrym kolosie zatytułowanym „Treasure of The Gods” Ja się pytam gdzie jest ten power metal? Niestety jeden utwór wpisuje się w kanon tego gatunku i jest to melodyjny „Believer”. Nie jest to arcydzieło, ale takiego grania oczekiwanego od tego zespołu aniżeli nijakiej nowoczesnej papki jaką serwują już w otwierającym „In my Sleep”. Resztę utworów należy przemilczeć.

„Unfold” to potwierdzenie, że Almah zerwał z swoimi korzeniami. Nie gra już melodyjnego i chwytliwego progresywnego power metalu, zamiast tego woli komercyjny nowoczesny metal, który nie jest już tak miły dla ucha. W skrócie płyta nie godna uwagi i już chyba nic nie odwróci losów Almah, a szkoda bo taki dobry start mieli.


Ocena: 2/10

środa, 13 listopada 2013

NOW OR NEVER - Now or Never (2013)

Pamięta ktoś „Jump The Gun” Pretty Maids i gitarzystę Rickiego Marxa? Pewnie się zastanawiacie co się z nim teraz dzieje, co? Otóż Ricky w 2012 założył zespół Now or Never, którego skład uzupełnił były basista Pretty Maids a mianowicie Kenny Jackson, perkusista Fabiono Ranzoni oraz jeden z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów metalowych naszych czasów, a mianowicie Jo Amore z francuskiego Nightmare. Cel był jasny i prosty, a mianowicie chęć grania muzyki osadzonej w klimatach heavy metalu i hard rocka. Jednak w tym wszystkim przeraża nowoczesny wydźwięk i zawarcie elementy industrialnego metalu. Czy przez co debiutancki album tej grupy zatytułowany po prostu „Now Or Never” jest gorszy?

Ci którzy spodziewają się drugiego Pretty Maids, czy też Nightmare mogą poczuć ogromne rozczarowanie, bo ta kapela stara się stworzyć własny styl daleki od tamtych kapel. Oczywiście gdzieś w tym wszystkim jest agresja i mroczniejszy wydźwięk znany z Nightmare czy hard rockowe elementy wyjęte z Pretty Maids. Niestety na tym się kończą podobieństwa. Co mi się nie podoba w tym co zespół gra to nowoczesny charakter i próba pokazania że można grać nowocześnie. Dużo eksperymentów i za mało tradycji sprawia, że płyta jest ciężko strawna. Nie słucha się tego debiutanckiego albumu przyjemnie i nie wynika to z tego że mamy mało doświadczonych muzyków, tylko z samego stylu grania i sposobu komponowania kawałków. Chciałoby się usłyszeć jakiś hard rockowy hit, jakąś petardę ale nie tutaj jest pełno nijakich utworów, które brzmią nowocześnie, ale mało atrakcyjnie. „Reach Out For Sky” zdradza już wszystko na wstępie. Ciężkie riffy, nowoczesna oprawa, nowoczesne brzmienie i dużo dawka eksperymentów, które nie przemówią do wszystkich słuchaczy. Ciężki i mroczny „Brothers” pokazuje bardziej metalowe oblicze kapeli, ale czy takich dźwięków ktoś by się spodziewał po byłym gitarzyście Pretty Maids? Raczej nie. Nie dość że kompozycje są niskich lotów to jeszcze jest ich 12 na albumie i to nie cieszy w żaden sposób. W miarę dobrym utworem na płycie jest spokojniejszy „An angel By My Side” , nieco bardziej rytmiczny „Whos in the mirror?” czy klimatyczna ballada „Something missing”. Jednak to niezbyt dobrze świadczy o płycie, że dobrze prezentują się tylko ballady.

Now Or Never mógł być drugim Pretty Maids, przyciągnąć fanów tamtejsze kapeli do siebie za sprawą składu, ale nie oni wybrali drogę pod górkę. Fani tych muzyków nie mają tutaj czego szukać, bo nie mamy tutaj do czynienia z czymś co przypomina Nightmare czy Pretty Maids, a zupełnie czymś nowym. Płyta skierowana do fanów nowoczesnego brzmienia, gdzie liczą się eksperymenty, mierzenie się z nowymi patentami. Debiutancki album formacji Now Or Never zaliczam do jednych z największych ostatnich rozczarowań, a szkoda bo drzemał potencjał w tym składzie.

Ocena: 2/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

niedziela, 30 września 2012

SAINT REBEL - The battle of Sinners and Saints (2012)

Nazwa zespoły to też dobry sposób na przyciągnięcie słuchaczy, nazwa duńskiej kapeli SAINT REBEL od razu mi się spodobała. Taka nieco mroczna, taka nieco klimatyczna i przykuwająca uwagę. Również styl kapeli jest dość ciekawe, bo o to ten młody zespół stara się łączyć nowoczesny heavy metal z hard rockiem i efektem owej pracy zespołu, który działa na scenie muzycznej od 6 lat, w 2009 roku zmienił nazwę z KOLEN na SAINT REBEL i po kilku zmianach personalnych prezentuje w tym roku swój debiutancki album w postaci „The Battle of Sinners and Saints”. Formuła zespołu jeśli chodzi o granie jest prosta bo o to mamy wymieszany modern rock z heavy metalem oparty na mocnym, ostrym i krzykliwym wokalu Jonasie Kaasie, któremu wiele nie brakuje do gatunku typu hardcore, a także na zgranym duecie Hojfeldt/ Blumensen , który wygrywa raz to szybsze, raz wolniejsze riffy, a to czasami ostrzejsze przesiąknięte thrash metalowym feelingiem a to raz punkiem, a to raz nowoczesnym heavy metalem, a wszystko utrzymane w hard rockowej formule. I na pewno rozpatrując album pod względem gatunku to wnosi pewien powiew świeżości do gatunku hard rock/ modern rock. Może muzycy nie tryskają pomysłowością, może nie uświadczymy tutaj geniuszu kompozytorskiego czy też super perfekcyjnych aranżacji, ale jest to solidne granie, gdzie dominuje zadziorność, rytmika, szaleństwo i dopracowanie pod względem technicznym. Tak choć nie ma tutaj czegoś nadzwyczajnego, czegoś ponadczasowego, jakiś super przebojów, które mogły podbić listę przebojów, to jednak album zyskuje moją sympatię, przez dopracowanie pod względem detali jak brzmienie, które jest tutaj soczyste, mocne a także pod względem melodii, czy też samych starannych aranżacji.

Mocny riff, prosty i zapadający w pamięci refren i zadziorność to właściwie recepta na każdy utwór znajdujący się na płycie. Materiał sprawia wrażenie równego i w miarę równego. Znajdziemy tutaj 10 kompozycji w skład których wchodzi: nieco ostrzejszy „Always Alone”, stonowany ale i bardzo melodyjny „Once We Were Two” , przebojowy „Show Me The way” gdzie słychać pewne komercyjne zacięcie, dynamiczny, agresywny „Halo” gdzie pojawiają się elementy thrash metalu, nieco punkowy „I’d Rather Be a Narcissist” , urozmaicony „Earthquake Shakes Me Down” , nieco nijaki i chaotyczny „Wasted”, spokojny „The Dying Child” pełniący rolę ballady, melodyjny i chwytliwy „Sell my Soul”, czy też w końcu momentami nieco popowy „You Will Know My Name”.

SAINT REBEL to kapela, który potrafi przyciągnąć uwagę poprzez nazwę, styl, jednak po zapoznaniu się z ich muzyką, sposobem tworzenia i podania owych kompozycji, to jednak szybko traci się ochotę na kolejny kontakt z tym zespołem. Jasne grają i to w miarę solidnie, stawiając na ciężar i nowoczesność, jednak pomysły i aranżacje nie do końca potrafią trafić do mnie i właściwie brakuje im przemyślenia i dopracowania. Jest to młody zespół, więc jeszcze sporo przed nimi i może wyciągną jakieś wnioski z wad jakie zostały popełnione na debiucie, bo nowoczesność i wymuszony ciężar, chaos w niektórych miejscach nie sprzyjają słuchaczowi podczas odbioru. Jedna z tych płyt, która wystarczy przesłuchać jeden raz lub dwa i się ma dość.

Ocena: 5.5/10

poniedziałek, 5 września 2011

SHADOWSIDE - Inner Monster Out (2011)

Ci którzy pamiętają brazylijski Shadowside jako power metalowy zespół, grający muzykę szybką energiczną, z werwą i pełną melodii, mogą o tym zespole zapomnieć. Zespół podobnie jak młody Black tide, nie chce tkwić w miejscu i być przywiązany do jednego gatunku. Chcą się rozwijać, chcą ewoluować, chcą zmieniać styl, „ulepszając go” i chyba starają się też po części trafić do młodych słuchaczy. Tak więc mamy młodzieżową muzykę i najprościej to nazwać modern metal.
Zespół został założony w 2001 roku i dorobił się na dzień dzisiejszy 3 albumy. Od początku zespół gustował w power metalu z domieszką heavy metalu, ale to co zagrali na nowo wydanym albumie tj. „Inner Monsters Out” nie przekonuje mnie i w niczym mi nie przypomina poprzednich płyt. Choć zespół nie jest dubiatantem to jednak nowy album nie brzmi jak album doświadczonych muzyków. Brak chemii, porozumienia, melodie i tekst jakoś się nie zgrywają i właściwie wyszła z tego metalowa papka. Technicznie album może się podobać, bo jest soczyste brzmienie i dopieszczone partie muzyków. Jest szkielet, ale nie ma ducha. 40 minut w przypadku tego albumu trwa wieczność i nie jest to wieczność w niebie, a w piekle.

Już od pierwszych dźwięków „Gag order” miałem już dość. Jasne, że można chcieć grać nowocześniej, jasne że można grac bardziej technicznie, z domieszką progresywności. Nie ma ani atrakcyjnego riffu, no bo jak mogło być, skoro zespół chce grać pseudo nowoczesny i ciężki heavy metal. Power metalu jakoś nie uświadczyłem. To co zachwyca, to wokal Daniego, ale to nie powinno nikogo zaskoczyć, bo już ode debiutu stanowił najważniejszy w tym zespole. Partie gitarowe przekombinowane i pozbawione emocji i melodyjności. Plus za technikę i za refren. Taki start nie wróżył niczego dobrego. Kontynuacja otwieracza się kłania w „Angel with Horns” znów męczenie kotka za pomocą młotka. Nie można było prościej tego rozwiązać? Trzeba było grać ciężko, mrocznie i nieatrakcyjnie? Riff nie przemówił do mnie no bo jak mógł? Ale tym razem nie ma nawet fajnego refrenu, ot co przeciętniactwo. „Habitchual” choć ma dziwny tytuł, którego nazwę ciężko wymówić, to jednak kawałek ma trochę dynamiki w momencie zwrotek, to jednak wszystko psuje popowy refren. Jest kilka przebłysków, ale całość nie jest już tak dobra. Bo ma przeciętny refren, który jest przytłoczony przez ciężar i technikę, a gdzie melodie? No nie ma. Zespół nawet nie próbuje odmienić swoje fatum, na które jest skazane. „In the name of Love” brzmi jak kopia po przednich utworów, a może to ja już nie potrafię rozróżnić partii gitarowych? No i nieco ciekawszy riff, ale całość jest nie słuchalna. Przypomina mi błąd jaki popełnił Bloodbound nagrywając „Tabula Rasa”. Znów jedynie refren jest przyjemny dla ucha. Tytułowy „Inner Monsters out” zawiera jakieś melodie ( w końcu), jednak znów gdzieś to wszystko ginie w natłoku techniki, ciężaru i pseudo nowoczesnego grania. No to ponarzekałem, ale teraz pochwalę, bo to jest jeden z niewielu utworów, który nie odrzucił mnie i do końca go wysłuchałem bez jakiś problemów. „Im your Mind” może zachwycać pod względem wokalnym, czego nie mogę powiedzieć o warstwie instrumentalnej. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Nie robi na mnie żadnego wrażenie ten pseudo ciężar. To już wole Helloween z Derisem. O nawet Iced earth słychać w „My Disrupted Reality” lecz klimat nie ten, poziom nie ten. Znów fajny refren, który mógłby być otoczony lepszą warstwą instrumentalną. Zespół nie daje za wygraną, uparcie chce przekonać słuchacza do nowego styla. I tak mamy „A Smile Upon Death” który też jest przeciętny i niczym się nie wyróżnia spośród całego albumu, ale do tego mnie zespół już przyzwyczaił na tym albumie. „Whatever our Fortune” ma nieco lepszy riff,a także fajny prosty i chwytliwy refren ale to jednak za mało, żeby kupić sobie przychylność słuchacza. Końcówka albumu co raz bliżej i zastanawiam się czy będzie stać zespół chociaż na jeden atrakcyjny utwór? No po kiepskim „ADD” takowy otrzymałem w postaci „Waste of Life” i choć styl się nie zmienił, to jest to bardziej przemyślane granie, jest jakaś melodia, jest jakiś pomysł i w sumie brakuje mi tu tylko Rippera.

Znajdą się pewnie tacy, co będą wymiękać przy tym materiale, znajdą się tacy co będą go chwalić, ale znajdą się tacy jak ja – czyli rozczarowani tym co usłyszeli słuchacze. Czyli sytuacja jak przy każdym innym albumie. Z tym, że tutaj wszystko jest sztuczne, mało autentyczne, mało przekonujące i słychać silenie się na coś co im nie pasuje. Pseudo ciężkie granie spod znaku modern metalu, gdzie są echa power metalu heavy metalu czy thrash metalu. Album słaby, przeciętny gdzie ciężko o jakieś melodie, ciężko o jakiś porządną muzykę. Tak i właściwie wszystko się sprowadza do Waste of Life najlepszy kawałek i zarazem idealnie podsumowuje album- jako marnowanie życia i coś w tym jest. Nota: 4/10 temu zespołowi już dziękuje, następny.