Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Progresieve Rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Progresieve Rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2026

ASTRAL SPECTRE - Cosmic Mirage (2026)


 Oto kolejna przepiękna okładka roku 2026 w klimacie heavy metalowym. Intrygujące połączenie motywów egipskich z kosmiczną estetyką od razu przywodzi na myśl power metal, thrash, a nawet progresywny rock. A co tak naprawdę znajdziemy na „Cosmic Mirage”? Przede wszystkim solidną dawkę heavy metalu z domieszką black metalu oraz progresywnego rocka. Miłym dodatkiem są partie organów Hammonda, które nadają całości wyjątkowego charakteru i czynią ten album niezwykle interesującą propozycją.

Warto zaznaczyć, że niemiecki Astral Spectre to stosunkowo młody zespół, działający na scenie od 2020 roku. Kluczową postacią formacji jest Tenebros, odpowiedzialny za wokal, gitary oraz bas. To właśnie jego ekspresyjny, charyzmatyczny głos nadaje muzyce wyraźny blackmetalowy klimat. W składzie znajdziemy również Befanę, odpowiadającą za partie klarnetu, oraz Moroi’a, który zajmuje się perkusją. Wspólnie stworzyli materiał balansujący pomiędzy NWOBHM, klasycznym heavy metalem, black metalem oraz progresywnym rockiem lat 70. Całość uzupełnia lekka nutka przebojowości i mrocznego klimatu doom metalu. Album został zrealizowany z wyczuciem, rozmachem i dużą dawką kreatywności. „Cosmic Mirage” to trzeci album studyjny Astral Spectre, a zarazem – moim zdaniem – najciekawszy w ich dotychczasowym dorobku.

Płyta jest spójna, zwarta i treściwa – oferuje 47 minut muzyki dopracowanej pod względem detali, pełnej świeżości i pomysłowości. Wpływy progresywnego rocka lat 70. wyraźnie słychać w rozbudowanym „Stardrifter” – utworze klimatycznym, pełnym subtelnych smaczków i przy tym bardzo melodyjnym. Echa NWOBHM, przywołujące skojarzenia z Iron Maiden, pojawiają się w przebojowym „Chronomancer”, gdzie zespół pokazuje swoje bardziej chwytliwe oblicze. Na całym albumie można również wychwycić inspiracje twórczością Black Magick SS, utrzymane w podobnej estetyce. Z kolei wpływy Deep Purple pobrzmiewają w nastrojowym „The Demon’s Offer”, który skręca w stronę psychodelicznego i progresywnego rocka. To naprawdę wybuchowa mieszanka stylistyczna. Dynamiczny i energetyczny „The Witch’s Waltz” to prawdziwa petarda – jeden z najmocniejszych punktów albumu. Szczególną uwagę przyciągają dwa dziewięciominutowe kolosy. Klimatyczny „Death of Orsis”, przepełniony egipskimi motywami, stanowi prawdziwą muzyczną podróż – utwór płynie niespiesznie, wciągając słuchacza w swój magiczny świat. Znajdziemy tu wiele elementów progresywnych oraz inspiracji rockiem lat 70., co daje imponujący efekt końcowy. Album zamyka tytułowy „Cosmic Mirage” – również dziewięciominutowa kompozycja, będąca kolejną dawką emocji, orientalnych klimatów i zmiennych nastrojów. To prawdziwa muzyczna huśtawka, której słucha się z ogromną przyjemnością – i to właśnie stanowi o sile tej płyty.

Czy czegoś tu zabrakło? Być może odrobiny większej mocy i jeszcze większej przebojowości, które pozwoliłyby mówić o albumie idealnym. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z wydawnictwem wyróżniającym się na tle innych. To eksplodująca mieszanka stylistyczna, ciekawe podejście do tematyki oraz wyraźna wizja artystyczna. Od początku do końca jest to fascynująca podróż, która na długo pozostaje w pamięci. Obok tej płyty nie da się przejść obojętnie.

Ocena: 9/10

niedziela, 31 grudnia 2023

LAST IN TIME - Too late (2024)


Last in Time to projekt muzyczny, który zrodził się w 2021r z inicjatywy Massimo Marchetti, który jest cały mózgiem owej operacji. To on odpowiada za produkcję, aranżacje i aspekt kompozytorski. Obrał sobie za cel tworzenia klasycznego rocka z nutką Aor czy też progresywnego rocka. Wszystko przesiąknięte latami 80 czy 90. Kto lubi twórczość TOTO, Deep Purple, czy whitesnake ten może się łatwo odnaleźć na debiutanckim krążku zatytułowanym "Too Late". Premiera 12 stycznia roku 2024.

Obok Massimo pojawia się Igor Piattesi, który ma odpowiednią manierę i charyzmę by uczynić ten album jeszcze bardziej rockowym. Ta chrypa i technika śpiewania mogą się podobać. Progresywnego charakteru dodają partie klawiszowe autorstwa Alessio Mosconi, zaś w 3 kawałkach pojawia Emanuele  Lo Verde. Stylistycznie band nie tworzy niczego nowego, czy też odkrywczego. To wszystko już było, ale Last In Time robi to bardzo umiejętnie. Słychać w tym klasę i ktoś odrobił zadanie domowe by nie brzmiało to prostacko i bez przekonania. Jest w tym pasja i miłość do rocka.

Płyta ma świetny start, to na pewno. Klimaty Deep Purple/Rainbow atakują nas w znakomitym i przebojowym "The way to rock". Znakomity zwiastun czego można się spodziewać po Last in Time. Progresywny "How Long" momentami przypomina mi twórczość Magnum. Nastrojowy i bardzo rockowy kawałek. Płyta traci na uroku, kiedy w partie wokalne wtrąca się Caterina Minguzii. Jakiś taki bardziej popowy głos, który pasowałby do radiowych kawałków. Taki "Moonlight dreamers" pokazuje właśnie tą wadę. Uroczy jest rozbudowany i pełen smaczków "The Animal", który pokazuje, że w Last in Time drzemie potencjał. Klimaty Whitesnake czuć w romantycznym "Too late" i to przepiękna kompozycja, która działa na zmysły. Cudo! Rockowy i bardziej zadziorny "Mr. Fantastic" też zaliczam do najciekawszych kawałków na płycie.

Nie jest to może najlepsze co słyszałem w rockowym świecie, ale jest to solidne granie. Jest potencjał na coś wyjątkowego w przyszłości. Materiał troszkę nie równy, ale kryje kilka perełek. Warto odpalić i zapoznać się z tym co gra Last in Time. Każdy może coś wyłapać dla siebie.

Ocena: 7/10
 

środa, 17 maja 2023

ARJEN LUCASSEN'S SUPERSONIC REVOLUTIONS - Golden age of music (2023)


 Co jakiś czas holenderski geniusz Arjen Lucassen powraca z nową muzyką i co ciekawie nie ogranicza się tylko do Ayeron. Arjen jest również dobrze znany z Giult Machine, czy Star One. Zawsze w jego muzyce króluje progresywność heavy metal czy rock, zawsze słychać wyraźne in spiracje latami 70. Nigdy nie brakowało elementów wyjętych z twórczości Deep Purple, Rainbow czy Uriah Heep. Zawsze marzył mi się projekt, gdzie Arjen pójdzie ścieżką wydeptaną przez tamte wielkie zespoły. W końcu się doczekałem. Powstał zespół Supersonic Revolutions i ich debiutancki album zatytułowany "Golden age of Music" to prawdziwa perełka i najlepsze co mogło spotkać fanów talentu Arjena i muzyki z pogranicza Rainbow czy Deep Purple. Kto mógł lepiej to zrobić niż właśnie Arjen Lucassen?

Ostatni Star One troszkę mnie rozczarował, zresztą Ayreon też nie powalał na kolana. "Golden age of music" to faktycznie znów przejaw geniuszu Arjena. Jest coś z "Victim of the modern age", ale tym razem faktycznie idea była troszkę inna. Wykorzystanie patentów oraz stylu z lat 70 i przenieść to do naszych czasów. Zabieg się udał, bowiem czuć duch lat 70, ale całość brzmi współcześnie i świeżo. To na próba stworzenia marnej kopii Rainbow czy Deep Purple. Słychać przede wszystkim, że to styl do jakiego przyzwyczaił nas Arjen. Trzeba mu przyznać, że dobrał sobie dobrych kompanów do zespołu. Jest Koen Herfst na perkusji, Arjen tym razem na basie, Van den Broek na klawiszach, Timo Somers na gitarze i wokalista Jaycee Cuijpers. Uwagę najbardziej przykuwa utalentowany Timo, który potrafi odnaleźć się w takim graniu i potrafi nadać partią gitarowym emocji, feelingu lat 70, a także sporo finezji. Do tego mocny, wyrazisty wokal Jaycee, który idealnie nadaje się do muzyki z pogranicza Rainbow czy Deep Purple. Momentami przypomina mi Bonneta czy Dio, więc trafia idealnie w mój głos.

Marketing i single zadziały, bowiem od razu chce się poznać cały album. Jest czym się zachwycać. Przepiękne "Sr prelude" buduje napięcie, daje wyraźny sygnał w jakim stylu czeka nas muzyka i że faktycznie będzie to hołd dla klasyki lat 70. Czuć klimat Rainbow i Deep Purple. Mocne wejście Timo i troszkę Star One mamy w energicznym "the Glamattack". Oczywiście wpływy Ritchiego Blackmore;a słychać od samego początku. Podoba mi się ta pozytywna energia i klimat lat 80. Mamy pierwszy killer, a to tylko przystawka. Progresywność wybrzmiewa w singlowym "Golden Age of music", który imponuje pomysłowością i genialnym refrenem, który rozwala na łopatki. Dużo dobrego się tutaj dzieje i to jeden z najlepszych kawałków, jakie słyszałem w tym roku. Magia. Mamy też nieco bardziej złożony i tajemniczy "The rise of Starman". Duch lat 70 unosi się i można go poczuć na samym wstępie. Płyta jest pełna różnych smaczków i np taki przebojowy "Burn it Down" brzmi jak zaginiony utwór Deep Purple czy Rainbow. Główny motyw gitarowy mocno wzorowany na najlepszych latach Blackmore;a. To tylko potwierdza jakiej klasy jest Supersonic Revolutions. Więcej progresywności znajdziemy w mrocznym i bardziej złożonym "Odyssey". Momentami troszkę brzmi to jak taki współczesny "Kashmir" czy "Stargazer" . Mamy też tajemniczy i taki nieco zakręcony "Golden Boy" i znów słychać mocne inspiracje latami 70. Znacznie cięższy i taki jakby bardziej agresywny wydaje się być "Flight of The century". Marszowe  tempo i pewne echa twórczości Dio mogą oczarować i dostarczyć sporo pozytywnych emocji. Naprawdę dobrze się tego słucha, choć czasami trzeba jeszcze parę powtórzeń żeby odkryć jeszcze więcej piękna, które zostało tutaj ukryte. Na płycie znajdziemy jeszcze świetne covery z repertuaru Zz Top czy T-rex.

Ciężko, naprawdę ciężko znaleźć w dzisiejszych czasach band, płytę, która będzie tak znakomitym hołdem dla rocka czy metalu lat 70. Płyty, która będzie czerpać garściami z twórczości Rainbow czy Deep Purple, a jednocześnie będzie płytą świeżą i współczesną. Jestem w szoku, bo dostałem jeden z najważniejszych albumów tego roku. Kolejny dowód na to, że Arjen to geniusz i mam tylko nadzieje, że ten band nie będzie jednorazowym skokiem w bok. To trzeba posłuchać, bo nie na co dzień dostaje się taką perełkę w klimatach Rainbow i Deep Purple.

Ocena: 9/10

sobota, 17 kwietnia 2021

THE VINTAGE CARAVAN - Monuments (2021)

Nikt tak nie potrafi odtworzyć klimatu rocka lat 70 jak islandzki The Vintage Caravan, który działa od 2006r. Panowie właśnie 16 kwietnia wydali swój 5 album, który tym razem wydała wytwórnia Napalm Records. Zmieniła się wytwórnia, ale styl i jakość muzyki nic się nie zmienił. Band dalej tworzą gitarzysta i wokalista Oskar, basista Alexander i perkusista Stefan. Ci co polubili ich wcześniejsze wydawnictwa to na pewno pokochają "Monuments", a ci co byli na "nie" raczej nie zmienią zdania.

"Monuments" to kontynuacja tego co mieliśmy na poprzednich płytach, czyli znakomita mieszanka progresywnego rocka, blues rocka, czy rocka psychodelicznego. W dalszym ciągu słychać echa lat 70, z naciskiem na twórczość Deep Purple czy Led Zeppelin. Naszą uwagę przyciąga od samego początku głos Oskara, który jak zwykle czaruje i tworzy niesamowity klimat, który przenosi nas do lat 70. Z tego słynie ta formacja i to jest ich znak rozpoznawczy. Tradycyjnie roi się od  ciekawych melodii i wciągających motywów gitarowych. The vintage caravan pod tym względem jak zwykle nie zawodzi i wciąż czaruje nas.

Znakomicie wprowadza nas w świat rocka lat 70 wprowadza nas zadziorny i klasyczny "Whispers" , który przemyca sporo patentów Deep purple, czy Led zeppelin. Przepiękny w swojej formie jest mroczny i nieco bluesowy "Crystallized", który też jest udanym hołdem dla twórczości Deep purple. Dobrze wypada też zadziorny i bardziej energiczny "Dark Times". Ile ciekawych motywów band tutaj wprowadza, aż miło posłuchać tego. Więcej progresywnego rocka dostajemy w 8 minutowym "Forgotten", w którym dużo się dzieje. Dalej znajdziemy pomysłowy i przebojowy "Hell", który pokazuje w jak znakomitej formie jest band. Nawet spokojny i nastrojowy "clarity" potrafi podziałać na zmysły słuchacza.

"Monuments" to płyta skierowana do smakoszy ciekawych wciągających dźwięków, do słuchaczy, którzy lubią wymagające i bardziej złożone melodie, a przede wszystkim ta płyta to pozycja obowiązkowa dla fanów klasycznego rocka z lat 70. Znakomita podróż do tamtych lat.

Ocena: 8/10
 

piątek, 7 września 2018

THE VINTAGE CARAVAN -Gateways (2018)

Tęskni ktoś za rockiem lat 60 czy 70? Mamy tutaj fanów klasycznych dźwięków spod znaku takich kapel jak led zeppelin, Deep purple czy Black Sabbath? The Vintage Caravan wychodzi na przeciw tym oczekiwaniom. Kapela jest stosunkowa młoda, bowiem działa od 2006 roku i już ma na swoim koncie 4 albumy. Islandzkie trio wie jak zbudować mroczny i psychodeliczny klimat. Każdy ich album to prawdziwa uczta dla maniaków takich dźwięków. Porywają nie tylko klimatem, ale jakością swojej muzyki. The Vintage Caravan zawsze dba o najmniejsze szczegóły. Tak też jest z najnowszym "Gateways". Dźwięki są tutaj pomysłowe i potrafią przeszyć słuchacza. Nie ma banalnych rozwiązań, a wszystko jest intrygująco oprawione. Jest finezja, jest magia, ale też i pazur i rockowe szaleństwo. Energia bije z otwierającego "set your sights", który jest wycieczką do świata Deep purple czy led zepellin. Prosty, ale chwytliwy riff "The way" szybko wpada w ucho. Bardziej złożony "On the run" to już granie bardziej progresywne, ale wciąż niezwykle melodyjne i finezyjne. Stonowany, wręcz marszowy "All this Time" w połączeniu z mrocznym klimatem najlepiej oddaje styl w jakim obraca się ten band. Na płycie nie zabrakło też ostrzejszego grania, co potwierdza to "Reset". Dominuje tutaj jednak ponure, psychodeliczne granie, które ma działać na nasze zmysły i uczucia. Ta sztuka tutaj się udało, a zamykający "The chain" to tylko potwierdza. The Vintage Caravan jest w znakomitej formie i zrobili swoje, czyli nagrali kolejny świetny album skierowany do fanów rocka z lat 70 czy 60. Dopełnieniem sukcesu płyty jest klimatyczna okładka i brzmienie z starych płyt. Jedna z ciekawszych płyt roku 2018.

Ocena: 9/10

sobota, 28 listopada 2015

ELETRIC LIGHT ORCHESTRA - Alone in The Universe (2015)

W latach 70 czy 80 sporą sławą cieszył się Eletric Light Orchestra, która na zawsze zmienił progresywny rock. Tworzyli muzykę klimatyczną, nieco futurystyczną, pełną ciekawych i wyszukanych melodii. Faktycznie nie brakowało w tym wszystkim orkiestrowego klimatu i nutki symfonicznego rocka. Podniosłe chórki i masa przebojów, które podbijały stacje radiowe. To był złoty okres twórczości tego bandu i jego lider Jeff Lynn stał się ikoną i żywą legendą jeśli chodzi o rock. Macał on palce przy różnych projektach jak choćby Traveling Wilburys i nagrywał także solowe albumy. W 1986 r był „Balance of Power”, potem odszedł Jeff Lynn, a Elo dalej działało sygnowany nazwą Elo part II. Nagrali bez Jeffa dwa albumy i tak potem zespół przepadł. Dopiero w 2001 r Jeff Lynn powrócił z nowym albumem ELO. „Zoom” w sumie był solową płytą Jeffa i jakoś nie zdobył uznania słuchaczy czy fanów. Może to wynikają z nieco innego brzmienia, za mało tradycyjnego charakteru utworów i w dodatku tak jakby Jeff Lynn przeniósł tutaj doświadczenia z innych swoich płyt. Nie do końca to przyniosło pożądany efekt. Teraz po 14 latach mimo 68 lat Jeff Lynn chce znów przypomnieć światu o sobie i swoim wielkim zespole.

To on zawsze był liderem tej grupy to też nie powinno dziwić, że przyjęto nazwę Jeff Lynn;s Elo. „Alone in the Universe” to najnowsze dzieło, które ukazało się po 14 latach przerwy. Minęło tyle lat, tyle już czasu minęło też od klasycznych albumów jak „Discovery”, czy „Out of the Blue”. Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś dostaniemy album, który gdzieś troszkę dorówna poziomem tamtym albumom. Jeff Lynn to nie tylko świetny wokalista, specjalista od dobrych melodii, ale też pomysłowy kompozytor. Na nowym albumie udało mu się odtworzyć klimat starych płyt. Można znów poczuć ten klimat s-f, tą nutkę baśniowego świata, który gdzieś zawsze jest na okładkach Elo. Wokal Jeffa na nowym albumie jest jak za dawnych lat, brzmi po prostu idealnie. Jest ten bluesowy charakter i ta ciepła barwa, która zawsze była atrakcją ELO. Nie brakuje też ciekawych riffów i motywów, które złotym okresie Elo było czymś na porządku dziennym. Płyta jest lekka, przyjemna w odsłuchu i każdy utwór daje solidną i przemyślaną całość. Nie brakuje też intrygujących i klasycznych aranżacji. Jeff wraca do korzeni i to w wielkim stylu. Płytę promuje „When i Was Boy” i tutaj słychać klimat starych płyt. W przeszłości Jeff stworzył wiele równie ciepłych i wciągających kawałków i balladowej konstrukcji. Ciepło bije z tego kawałka. Nie przeszkadza nawet to że dużo tutaj z The beatles. Dawno Elo nie było w takiej formie i tak nie łapało za serce. Dawno też nie było takich hitów jak „Love and Rain”. Takiego Elo chce się słuchać, bo tutaj jest właśnie to wszystko za co ich kochamy. Prosty, nieco bluesowy riff, z dużą dawko progresywności i futurystycznego klimatu. Chwytliwy riff, ciekawe solówki no i przebojowy refren. Klasyczny kawałek i nawet fajnie wpasował się w to wokal córki Jeffa. Kolejnym wielkim hitem jest klimatyczny „Dirty to the Bone”, który na myśl przywołuje nieco album „Time”. Dynamiczny kawałek osadzony w świecie s-f. Spokojniejszy „When the night Comes” ma coś z reggea, ale to wciąż Elo i szkoda, że poziom tutaj jest nieco niższy niż na poprzednich utworach. Dawno nie było też tak udanego rockowego kawałka jakim jest niezwykle melodyjny „Aint it a drag”. Sporo wolnych i klimatycznych utworów na tej płycie, ale taki „All my life”, w którym sporo z The beatles jest niezwykle piękny i wzruszający. Podobne uczucia wywołuje ponury „Im leaving You”. Do płyty „Time” wracamy też przy okazji żywszego „One Step at a Time”. Na koniec mamy niezwykle podniosły „Alone in The Universe”, który brzmi jakby pochodził z czasów „Out of the Blue” czy „Time”. Znów przepięknie wymieszany progresywny i symfoniczny rock.

Wiele wielkich muzyków wciąż powraca z nowymi albumami, wciąż robimy szumy wokół siebie. Zazwyczaj z wielkiej chmury mały deszcz. Jeff Lynn podszedł na spokojnie i nagrał album prosto z serca. Tak jakby robił to dla siebie i dla fanów. Nie dla kasy, nie dla zrobienia szumu wokół swojej osoby. Nie zawsze udaje się nagrać album przemyślany i klasyczny, który można postawić obok tych najlepszy. Jeff Lynn tego dokonał i nagrał krążek klimatyczny i bardzo ciepły. To jest właśnie legenda rocka, która potrafi zaskoczyć nawet w takim niespodziewanym momencie. W końcu po tylu latach dostajemy klasyczny album Elo. Brawo. Oby następny powstał o wiele szybciej.

Ocena: 9/10

niedziela, 4 października 2015

SECRET TALES - L antico Regno (2014)

Czasami okładka frontowa płyty potrafi o wiele więcej nam powiedzieć niż nam się wydaję. W przypadku włoskiego Secret Tales i ich debiutanckiego krążka „L'Antico regno” można wiele wyczytać z okładki. Przede wszystkim fakt, że na płycie jest baśniowy, czy też klimat fantasy wymieszany z s-f. Można też wyczytać, to że okładka kryje coś tajemniczego, coś nie łatwego do pojęcia, a co najważniejsze... od razu widać z czym mamy do czynienia. Jest to płyta z kręgu gotyku, progresywnego rocka i nieco mrocznego heavy metalu.

O samym zespole warto wiedzieć to, że został założony w 2012 roku z inicjatywy Tav, Gabranella, a także Radis. Włoska wytwórnia Black Widow umożliwiła zespołowi wydanie swojego albumu, który skierowany jest do fanów takich kapel jak Goblin, Faust, czy też Pink Floyd. Jak się dobrze poszuka to znajdzie się pewne inspiracje Black Sabbath czy Deep Purple z lat 70. Kapela jest inna niż wszystkie i to z pewnością może niektórych koneserów ambitnej muzyki zaciekawić. Styl nie jest taki łatwy do zdefiniowania, bowiem są tu cechy mrocznego heavy metalu, są elementy progresywnego rocka, jest też coś z psychodelicznego rocka, czy też muzyki pokroju Black Sabbath i Pink Floyd. Zespół nie kryje też zamiłowań folkiem i gotykiem. Całość spina wokal pani Radis, który stawia na podniosłość i klimat. Coś dla fanów symfonicznego metalu czy tez typowego gotyku. Nadaje ona całości niezwykłego mrocznego klimatu i nutki nie pewności. Dobrze to współgra z partiami klawiszowymi Tava i popisami gitarowymi Gabranella, Ten ostatni naprawdę ma niezłe pomysły i potrafi zaskoczyć swoją grą. Może nie jest to nacisk na szybkość, energię, melodyjność, ale na finezję i magię, a to się ceni. Mocnym atutem jest tutaj bez wątpienia soczyste brzmienie. A jak jest z muzyką? No cóż, tutaj mamy wyzwanie, bo zespół nie chce nas zasypać prostymi pomysłami i właściwie nie uświadczymy tutaj typowych hitów, co jest pewną udręką. Jednak jak się skupimy na pomysłach, aranżacjach to wtedy jesteśmy wstanie uchwycić pewne piękno tej płyty. Już „Stargate” na samo otwarcie jest czymś wielkim i budzi respekt do zespołu. Spokojny motyw duża dawka epickości i niezwykłego baśniowego klimatu. Coś pięknego. Deep Purple wybrzmiewa bez wątpienia w finezyjnym „L antico Regno”, gdzie gitarzysta pokazuje swój kunszt i talent. Fani Blackmorea nie będą zawiedzeni. Jednym z mocniejszych momentów na płycie jest „In faust o Goblin”, który jest takim ukłonem chyba w stronę kapel, które ukształtowały ich styl. Na płycie jest pełno folkowych wtrąceń i dobrze to odzwierciedla spokojniejszy „Princ Elfa”. Również godnym uwagi jest stonowany „Tornano Le Fate” , który zabiera nas w mroczne rejony. Po raz kolejny możemy delektować się piękną solówką rodem z twórczości Deep Purple. Reszta utworów jakoś aż tak bardzo nie porusza i nie zapada w pamięci. Płyta jak i sama muzyka jest bardzo specyficzna, ale z pewnością znajdzie swoich odbiorców.

Nie tak łatwo skatalogować Secret Tales, ale z pewnością nie jest to typowo metalowy album, nie jest to też typowy progresywny rock. Płyta bardzo specyficzna, z ciężkim, mrocznym klimatem i z wyszukanymi melodiami i ciężko strawnymi aranżacjami. Nie jest to może najlepsze co słyszałem w swoim życiu, tak samo nie można spisać ich na straty, ale jest to na pewno coś zupełnie innego niż pojawiało się dotychczas. Pozycja skierowana do poszukiwaczy dziwnych dźwięków.

Ocena: 4.5/10

SPETTRI - 2973 : La nemica Dei Ricordi (2015)

Niektóre historie zespołów potrafią zszokować i dla wielu z nas są szufladkowane w kategorii „nie do wiary”. Jednak są takie historie, które budzą podziw i jedną z takich jest historia włoskiego Spettri. Ta mało znana kapela zrodziła się w 1964 roku, a ich pierwszy album został zarejestrowany w 1972 roku. Pech chciał, że nigdy nie udało im się wydać tego dzieła, aż do roku 2011 kiedy to marzenie spełniła wytwórnia Black Widow. Debiut to był koncepcyjny album który opowiadał o człowieku, który wyrusza w podróż w poszukiwaniu alternatywy na przemoc i szuka jej w zaświatach. Teraz mamy rok 2015, a Spettri wydaję kolejny album zatytułowany „2973 la nemica dei ricordi”. Tak więc mamy kontynuację debiutu i dalszy ciąg tej niezwykłej podróży w nieznane rejony.

Spettri to kapela, która gra mroczny progresywny rock i nie kryje swoich zamiłowań Black Sabbath, King Crimson czy Deep Purple. Niezwykle imponująca jest współpraca gitarzysty Raffaela i klawiszowca Stefaniego Maleni. Oboje się uzupełniają i tworzą prawdziwy futurystyczny klimat, który wprawia w osłupienie bo mamy z czymś nieznanym i obcym. Brzmi to wyjątkowo dobrze, jeśli skupimy się na klasycznym brzmieniu wzorowanym na latach 60 czy 70. Ten duch tutaj jest i faktycznie słychać, że zespół zaczynał w tamtych latach. Raffael stawia na finezję, lekkość i wybiera naprawdę pokręcone i złożone motywy. Momentami jest to ciężko strawne, ale bez wątpienia jest to bardziej intrygujące i wciągające na swój sposób. Wokalista Ugo może nie jest najmocniejszym punktem tej płyty, ale pasuje do tła i ma coś z hard rockowej maniery. Nie jest to Demons Eye czy The Vintage Caravan, bo Spettri brzmi bardziej specyficzniej i jest to bardziej wymagająca muzyka. Na samym wstępie mamy mroczny i ponury „Il lamento dei gabbiani”, który wprowadza nas w niezwykle mroczny klimat. Słychać że zespół nie idzie na łatwiznę i to wszystko musi robić wrażenie i zainteresować słuchacza. To z pewnością się udaje. „La nave” to z kolei kompozycja bardziej magiczna, bardziej baśniowa i taka lekka w przekazie. Tutaj mamy o wiele ciekawsze partie gitarowe i dzieję się o wiele więcej przez te 7 minut. Bardzo podoba mi się o wiele żywszy i radośniejszy „La profezia” czy pokręcony „La nemica Dei Ricordi”, które przypominają stare dobre czasy Deep Purple i nawet Raffael nie kryje swoich inspiracji Ritchie Blackmorem. Troszkę odstaję tutaj akustyczny „Il Defino Bianco” który nic nie wnosi do całości. Do grona ciekawych kawałków z pewnością trzeba też zaliczyć energiczny „La stiva”.

Nie jest to może łatwa muzyka, może też drażnić co niektórych rodzimy język muzyków, a także brak typowych hitów. Jednak ta płyta ma w sobie coś intrygującego, coś co budzi nie pokój i zaprasza nas do ponownego zwiedzania po jakimś czasie. Coś dla smakoszy lat 70, dla fanów progresywnego rocka czy też bardziej futurystycznej muzyki rockowej. Warto poszukać i zapoznać się z włoskim Spettri i ich nowym albumem czyli „2973”.

Ocena: 7/10

środa, 23 września 2015

NORTHWINDS - Eternal Winter (2015)

Mroczny doom metal w połączeniu z progresywnym rockiem z lat 70, stoner rockiem i nutką NWOBHM daje mieszankę z pewnością wybuchową, a przede wszystkim klasyczną. Któż z nas nie chciałby się przenieść do czasów Black Sabbath, starego Deep Purple, czy Whitesnake. W końcu pojawił się równie ciekawy band co Ghost. Francuski band o nazwie Northwinds ma sporo do zaoferowania, a ich piąty album „Eternal Winter” to prawdziwy wehikuł czasu i prawdziwa przygoda dla fanów tradycyjnych dźwięków, dla klimatycznego grania. Jeżeli w Ghost nie pasuje Wam wokal, to Northwinds może Was miło zaskoczyć.

Ta kapela ma doświadczenie i pomysły. Grają od 1987 r i na swoim koncie mają już 5 albumów i liczne koncerty. Pomimo pewnych zawirowań personalnych zespół wciąż nagrywa i tworzy nową muzykę. A ta jest naprawdę wysokich lotów. Nowy album francuskiej formacji to płyta skierowania do koneserów prawdziwego piękna i w dodatku klasycznego brzmienie. Zespół zabiera nas do krainy mrocznego doom metalu, soczystego progresywnego rocka wzbogaconego przez klawisze i zapożyczenia z NWOBHM. Zespół stworzył mroczny, magiczny klimat, który osadzony jest w latach 70 i słychać inspiracje Black Sabbath czy Deep Purple. Thomas jako gitarzysta wypada naprawdę świetnie i można uświadczyć jego pomysłowość. Często wygrywa bardziej złożone motywy i aż się roi od pomysłowych solówek. Dobitnie ten aspekt wybrzmiewa w kolosie „A light in The Black” , który klimatem i stylem przypomina wczesny Black Sabbath, zaś drugi kolos „Under the Spell” ma coś z Deep Purple. Długie, ale jakże bogate w aranżacje i pomysły są to utwory. Northwinds na tle takiego Ghost pod względem wokalnym wypada znacznie lepiej. Sylvain brzmi nieco jak Ozzy Osbourne co pokazuje w otwierającym „Eternal Winter”. Nie brakuje wpływów stoner rocka co znajduje swoje odbicie w „Chimeres” i właściwie zespół cały czas trzyma wysoki poziom. Taki mroczniejszy „Crossroads” mimo spokojniejszego tempa wypada znakomicie, a wszystko przez piękne partie gitarowe, magiczny i wciągający klimat. To wszystko przedkłada się na jakość zawartości. Na płycie dominują bardziej rozbudowane kawałki i właściwie od tej reguły odstają melodyjny „From the Cradle to the Grave” czy spokojniejszy „No peace at least”.

O francuskim Northwinds mało się słyszy i nie należą do zespołu rozchwytywanego i czas to zmienić. Kapela zasługuje na rozgłos i nowy album to tylko potwierdza. Profesja i doświadczenie przedkładają się na jakość. Styl mocno osadzony w twórczości Black Sabbath czy Deep Purple z lat 70. Fani doom metalu i progresywnego rocka nie mogą tego przegapić. W tej kategorii jedna z najciekawszych pozycji.

Ocena: 9/10

czwartek, 17 września 2015

STARQUAKE - Times that Matter (2015)

Świat pędzi do przodu i wiele muzyków stara się zdążyć za trendami i stworzyć coś na miarę naszych czasów. Jednak są jeszcze takie zespoły jak The Vintage Caravan czy choćby Starquake, które żyją latami 70 czy 80. Starają się za sprawą swojej muzyki oddać hołd dla takich kapel jak Praying Mantis, Deep Purple, Rainbow , Whitesnake czy Iron Maiden. Nie jest łatwo zagrać coś w takim stylu i na równie wysokim poziomie, ale niemiecki band Startquake dał popalić w tym roku i ich drugi album „Times that matter” to klasyczny progresywny rock mocno zakorzeniony w latach 70 czy 80. Zresztą czy ta okładka w stylu Asia może kłamać?

Niemiecka formacja daje dobry przykład, że w dzisiejszych czasach można nagrać klasyczny materiał i to bez wdawania się w nowoczesne smaczki. Nie trzeba było ulegać eksperymentom czy trendom. Wystarczyło podążyć za głosem serca i swoimi pasjami, za muzyką która ich ukształtowała jako muzyków. Mamy tutaj organy niczym z najlepszych płyt Deep Purple, psychodeliczny klimat, specyficzny wokal Mikeya no i naszpikowane emocjami i finezją partie gitarowe. To wszystko tworzy magiczny świat, który przenika nas już od samego początku. Brzmienie zostało tak podrasowane, by jeszcze bardziej nas zbliżyć do tamtych lat i przypomnieć nam starą szkołę hard rocka. Na sam start zespół wybrał 8 minutowy kawałek w postaci „Scenes from a Revolution” i to okazał się idealny wybór. Jak na otwieracz jest niezwykle klimatyczny i rozbudowany, a co ciekawe ma w sobie spore pokłady NWOBHM. Sporo tutaj ciekawych zwariowań i motywów. Głównie zapada ten zagrany na cymbałkach, który jest prosty, ale w tej swojej formie jest po prostu niesamowity. Rainbow i twórczość Blackmore'a to nie tylko niesamowite popisy gitarowe, to przede wszystkim wysokiej jakości przeboje, które podbijały listy przebojów w swoim czasie. Co ciekawe Startquake też potrafi stworzyć swoje. Jednym z nich jest energiczny „Close Encounter”, psychodeliczny „Im going mad” czy wreszcie rytmiczny „Here i go again”. Progresywność pojawia się nie tylko na papierze jeśli o to pytacie, bowiem najlepszym na to dowodem jest kolos w postaci „Rise and fall”. Niezwykła przygoda do lat 70 i świata progresywnego rocka, która trwa ponad 21 minut. Kto lubi ballady Metaliki ten z pewnością polubi balladę w postaci „Times that matter”. Nie zabrakło na płycie mocniejszego akcentu również, a jest nim bez wątpienia „No more Hate”, który brzmi nieco cover „Wasted Years” Iron Maiden. Na koniec mamy ukłon w stronę Queen czyli „Fairytale”.

Ciężko dzisiaj o dobry hard rockowy album utrzymany w klimacie takich bandów jak Whitresnake, Rainbow czy Deep Purple. Nie tak łatwo stworzyć taki sam klimat, wypełnić pewien schemat, szkielet zapadającymi w głowie motywami czy melodiami. Jednak tutaj wszystko brzmi tak jak powinno i sam zespół pokazał klasę i potencjał jaki w nich drzemie. Więcej takich płyt i pustka po Rainbow zostanie wypełniona. Polecam fanom klasycznych dźwięków.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 1 marca 2015

CORSAIR - One Eyed Horse (2015)

Ostatnio odkryłem taki dość ciekawy zespół o nazwie Corsair. Przyciągnęła mnie nazwa zespołu i oczywiście okładka nowego albumu „One eyed Horse”. Niezwykły klimat bij z tej okładki i już wiedziałem że sięgam coś z kręgu doom/stoner/heavy metalu. Miłym zaskoczeniem było to, że zespół nie boi się wykorzystać elementy progresywnego rocka. Co mnie jednak bardziej zaskoczyło, że ten młody zespół gra na takim poziomie. Istnieją od 2008 roku, mają na swoim koncie jeden album i dwie epki. Robi to wrażenie, a już z pewnością to, że zespół w swojej muzyce nawiązuje do Black Sabbath, Thin Lizzy, Uriah Heep, czy Iron Maiden. Nie jest to żaden klon, ale nowa jakość progresywnego rocka.

W zamian za poświecenie około 50 minut dostajemy mroczne, przybrudzone brzmienie rodem z produkcji doom metalowych czy też z kręgu stoner rocka. Mamy specyficzny klimat, ponury i taki nieco przygnębiający. Nawet momentami jest psychodeliczny i przytłaczający, ale to jest atut tego wydawnictwa. Przede wszystkim ciekawe pod względem partii gitarowych. Marie Landragin i Paul Sebring oczarują was lekkością, rytmiką i finezją. Jest w tym wszystkim magia i nutka melancholii. Wszystko tak wyważone, że ma się wrażenie, że to muzyka z innego wymiaru. Album otwiera progresywny, ale zarazem przyjemny „Shadows from Breath”. Tutaj już można odpłynąć do innego świata. Niezwykła mieszanka ostrego riffu rodem z Black Sabbath i lekkości wyjętej z Uriah heep. Dzieje się tutaj naprawdę sporo i trzeba oddać muzykom że stworzyli ambitny kawałek. W takim „Ghostlands” jest doom metal, jest stoner, ale też i heavy metal. Właśnie ten utwór ma w sobie coś z starego Iron Maiden. Tytułowy „One Eyed Horse” to kawałek z kolei bardziej melancholijny, bardziej emocjonalny i ukazuje piękno progresywnego rocka. Jeszcze większe emocje towarzysza przy „Royal Stride”, który mógłby trwać znacznie dłużej i ukołysać nas do snu. „Brothers” to pozycja wyjątkowa pod względem popisów gitarowych i agresji. Dobrze się słucha też rockowych kompozycji pokroju „Sparrows Cragg”, a całość zamyka niezwykle pomysłowy „Coriolis”.

Płyta jest miłą odskocznią od dotychczasowych power metalowych czy heavy metalowych tegorocznych propozycji. Coś dla tych co szukają czegoś ambitniejszego i mocno osadzone w klasyce gatunku. Młody zespół, ale jak słychać stać ich na wiele i z pewnością nie można zlekceważyć ich drugiego albumu. Fani Black Sabbath brać się zasłuchanie czym prędzej.

Ocena: 8.5/10

LEAH - Kings and Queens (2014)

Jestem uczulony na pseudo metalowe zespoły, które bardziej stawiają na komercję, na granie w celu zarobkowym, aniżeli w celu zaspokojenia tego czego chcą fani. Takich bandów, które chcą trafić przede wszystkim do młodzieży jest pełno. Jednym z takich zespołów jest kanadyjski Leah, który w 2012 r wydał debiut w postaci „Of Earth and Engels”. Ta płyta została dość ciepło przyjęta i nic dziwnego że w tym roku kapela wydała swój drugi album. „Kings and Queens” to właściwie kontynuacja tego co słyszeliśmy na debiucie, tak więc nie zdziwi was duża dawka symfonicznego rocka, czy progresywności. Również znakiem rozpoznawczym Leah jest wykorzystywanie licznych motywów muzyki celtyckiej. To sprawia, że styl tej formacji jest dość ciekawy i może się spodobać. Jeżeli nam zależy na klimacie, czy muzyce pokroju After Forever, Lucuna Coil czy Within Temptation, ten się odnajdzie w tym co zespół prezentuje na nowym krążku. Jeśli ktoś szuka ciekawych melodii, czy żywiołowego grania, z naciskiem na ostre partie gitarowe ten niczego ciekawego tutaj nie znajdzie. Leah zadbał i tym razem o ciekawą okładkę, czy dopieszczone brzmienie, lecz to nie wystarcza, żeby nadrobić braki, które są w materiale. Utwory są może i klimatyczne, ale pozbawione ikry i mocy. Już „Arcadia” daje do myślenia. To jest utwór rozlazły, nie potrzebnie wydłużony i w dodatku mało metalowy. Dalej mamy „Save The world” czyli bardziej metalowy utwór, ale ma w sobie więcej progresji, co też nie działa korzystnie. Za dużo tutaj wypełniaczy i takie utwory jak „Hourglass” są nudne i obdarte z mocy. Zespół mógł na płycie umieścić więcej agresywniejszych kompozycji typu „Alpha et Omega”. Nawet taki „Heart of Poison” można potraktować jak przebój, ale też można było to bardziej dopracować. Słuchając takiego „There is No farewell” można poczuć wpływy nawet Enya, zwłaszcza że wokalistka dysponuje podobną manierą wokalną. Wszystko pięknie, ale sama muzyka jest tutaj zatrważająca. Ciężko w sumie tą płytę rozpatrywać w kategorii płyty metalowej, bo więcej tutaj rocka. Jednak bez względu na dziedzinę muzyka i tak wciąż pozostaje nudna.

Ocena: 4/10

niedziela, 8 lutego 2015

ADRIAN WEISS - Easy Game (2014)

Nadszedł czas by opisać drugi solowy album niemieckiego gitarzysty Adriana Weissa. Po tym jak nagrał parę albumów z Forces at Work, Thought Sphere postanowił w końcu nagrać swój solowy album. Pierwszy album „Big time” wydany w 2011r pokazał, że Adrian zna się na swojej robocie i potrafi skomponować ciekawy instrumentalny materiał, który jest fuzją progresywnego rocka, melodyjnego metalu czy nawet bluesa. Mnie najbardziej przyciągnął fakt, że Adrian gra w Gloryful, o którym już pisałem na łamach bloga. To był solidny heavy/speed metal w stylu Lonewolf, Judas Priest, czy Dio. Czego można zatem się spodziewać bo „Easy Game”, który ukazał się w 2014r?

Na pewno nie można liczyć tutaj na heavy/speed metal i granie pokroju Gloryful.Tutaj Adrian Weiss zagłębia się w zupełnie inne gatunki muzyczne. Jest nacisk na nowoczesność, na technikę i ukazanie umiejętności shredowego grania na gitarze. Album brzmi bardziej dojrzale niż debiut i słychać, ze utwory brzmią znacznie ciężej. Płyta jest skierowana do tych co mają bzika na punkcie zróżnicowanych riffów i złożonych solówek. Również fani różnych urozmaiceń w muzyce rockowo/ metalowej powinni się odnaleźć w muzyce Adriana. Warto zauważyć, że mimo że Adrian nie jest znany szerszemu gronu fanów muzyki metalowej to jednak płyta została zrealizowana z zaangażowaniem i dbałością o zaplecze techniczne. Dzięki temu mamy soczyste brzmienie, ciekawą, przyciągającą uwagę okładkę i przemyślane kompozycje. Nawet znalazło się miejsce dla kilku gości tj Demian Hauke,Thorsten Preast czy Christian Muenzner. Jeśli chodzi o samą muzykę, to dzieje się sporo, jest sporo ciekawych zaskoczeń i nie brakuje urozmaicenia. Mamy progresywny rock w postaci „Ankward Silence”, mamy melodyjny heavy metal w takim „Instant Relief” czy tez nieco bardziej bluesowe klimaty w „Aim To please”. Nie do końca przekonują wolniejsze kawałki typu „The Last Days”, gdzie brakuje emocji, energii i ciekawego pomysłu. „Hacienda” to z kolei kawałek z którego wybrzmiewają ciekawe solówki i motyw główny. Można faktycznie poczuć meksykański klimat w tym utworze. Fanom progresywnego rocka i wszelakich eksperymentów może się również spodobać „Easy Game”. Najdłuższy na płycie jest „Night Owl”, który pokazuje, że można stworzyć instrumentalnego kolosa, który nie nudzi swoją konwencją i formą.

Jeśli szukacie ciekawych popisów gitarowych, lubicie progresywne granie z nowoczesnymi dźwiękami, doceniacie eksperymentowanie? To z pewnością drugi solowy album Adriana przypadnie Wam do gustu. Jeśli ktoś szuka czegoś w stylu Gloryful to niestety tego tutaj nie znajdzie. Można wiele napisać o tej płycie, ale i tak nie jest to materiał, który jakoś porusza i zostaje dłużej w pamięci.

Ocena: 5.5/10

wtorek, 16 września 2014

BREEZE LEAST - Breeze Least (1986)

Neoklasycznego heavy metalu z lat 80 nigdy za wiele i kierując się tą myślą sięgnął nie po znane kapele, które każdy zna, ale po debiutancki album japońskiej formacji Breeze Least. Powstali w 1985 roku i nie zdobyli większego rozgłosu. Na przeszkodzie mogła stanąć kiepska produkcja albumu, która często przyćmiewała jakość muzyki, również nie typowa okładka czy w końcu kraj z którego wywodzi się Breeze Least. Każdy musi przecież pałać miłością do japońskiego metalu. Tym razem nawet ci stronią od muzyki z tamtego rejonu powinni być zachwyceni, bowiem Breeze Least to jeden z najlepszych zespołów z Japonii. Dowiedli tego na „Breeze Least”, który jest znakomitą mieszanką heavy metalu, hard rocka, no i właśnie neoklasycznego metalu. Wszystko stanowi spójną całość. Może i brzmienie nie jest tu wysokich lotów i ukazuje ubóstwo zespołu, ale nie jest w stanie zniszczyć potencjału jaki wybrzmiewa z tego co robią muzycy. Głęboki i utrzymanych w wysokich rejestrach wokal Satoru znakomicie pasuje do tego co wygrywa Kazuhiro. Album przepełniony jest klimatycznymi, emocjonalnymi solówkami i chwytliwymi refrenami. Źródłem energii tego krążka jest duet gitary z klawiszami, co przedkłada się na melodyjność i urozmaicenie. Dzieje się tutaj sporo i nie raz włosy stają dębem. Otwarcie tytułowym kawałkiem nie jest w stylu neoklasycznych albumów i nasuwa się tutaj rasowy heavy/speed/power metal i to taki przesiąknięty niemiecką i amerykańską sceną metalową. Stonowany i bardziej hard rockowy „Must Be Crush” ukazuje ile emocji zostało tutaj wyrażone, ile serca muzycy włożyli. Znakomity przykład, że nie trzeba dynamiki, ani mocnego riffu by porwać słuchacza. Duch Deep Purple, Whitesnake czy Rainbow występuje w balladowym „Dolphin Tradition”. Nie mogło zabraknąć dłuższego kawałka i tutaj jest bardziej progresywny „Damnation”. Coś z brytyjskiego grania można uświadczyć w „Gate Tower”. Muzykę tej formacji ciężko wyrazić w słowach, zwłaszcza kiedy słucha się takiej perełki jak 12 minutowy „Not The Hold”, który zawiera wszystko co składa się na ich styl i chyba najlepiej oddaje to co usłyszymy na tej płycie i jaki poziom prezentuje z sobą Breeze Least. Mało znana formacja, która nagrała w sumie dwa albumy, ale najwyższy czas dać im zasłużony rozgłos. Ciekawa mieszanka hard rocka, progresywnego rocka i neoklasycznego metalu. Gorąco polecam.

Ocena: 8.5/10

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

ADVENTURE - Caught in The Web (2014)

Człowiek nie samym metalem żyje i dobrze jest czasami oderwać się od rzeczywistość i dać się pochłonąć światu magii, relaksu i niezapomnianych przeżyć. Heavy Metal ma przede wszystkim dać kopa, a od takich zadań ma się progresywny rock. Wychowałem się na twórczości Mike'a Oldfielda, Eletric Light Orchestra, czy też takich gigantach hard rocka jak Deep Purple, Rainbow czy Uriah Heep. Znakomicie oni się sprawdzają właśnie w momentach metalowego przesilenia, ale co powiedzielibyście na muzykę, która znakomicie łączy twórczość tych zespołów? Nie możliwe? To posłuchajcie „Caught in The Web” norweskiego bandu Adventure i nie bądźcie nie wierzącymi.

Zespół ma swoje korzenie w latach 80, bo właśnie wtedy już grali na poważnie gitarzysta Terje Flessen i klawiszowiec Odd Roar Bakken. Choc w muzyce najwięcej słychać inspiracji progresywnym rockiem i hard rockiem z lat 70. Mają na swoim koncie dwa albumy: „Beacon of Light” i „Adventure”, ale można odnieść wrażenie, że nowy album zatytułowany „caught in The Web” to najbardziej dojrzałe wydawnictwo tej kapeli. Może to wynikać poniekąd ze zmian w składzie, w pewnych kosmetycznych zmianach, jak urozmaicenie wokali i dodanie kobiecego wokalu, ale także przez doświadczenie muzyków i ich bogate aranżacje. To wszystko zaowocowało tym, że mamy perfekcyjny album. Pytanie jakie sobie należy zadać czy lubimy słuchać klimatyczne, progresywne, rockowe granie, gdzie liczą się emocje, bogactwo aranżacyjne, a moc schodzi na dalszy plan? Jeśli cenicie sobie piękną i zaskakującą, oryginalnie brzmiącą muzykę to jest to album dla Was. Adventure tym albumem udowadnia że można iść na przód nie zrywając ze swoim stylem. Pojawienie się nowego wokalisty w postaci Terje Craig też można zaliczyć do zmian pozytywnych. Zespół jeszcze bardziej zbliżył się do takich klasycznych bandów jak Rainbow czy Deep Purple. Momentami brzmi jak mój ulubieniec Joe Lynn Turner. Jego wokale urozmaica i o koloryzuje wokalista Elen Hopen Furunes. Adventure postawił na klasyczne rozwiązania, nawet to daje o sobie znać w sferze samego brzmienia. To akurat dobrze, że nie starają się zbytnio kombinować i tworzyć coś na siłę nowoczesnego. Tematyka z kolei jest bardziej teraźniejsza i porusza się w kręgu nowinek technicznych i problemu z wykorzystaniem ich w życiu. Pomówmy o samym materiale, który jest tutaj największą niespodzianką. Rzadko kiedy udaje się stworzyć urozmaicony i jednocześnie spójny materiał, w dodatku przyozdobiony fletami i innymi smaczkami. Norweski band znów jak nauczyciel pokazuje, że można to zrobić i nie gubiąc się w własnym stylu. Otwarcie klimatycznym „All aboard” przypomina Mike'a Oldfielda czy też Eletric Light Orchestra z okresu „Time” i to już napawa optymizmem. „Fast Train” to magiczny utwór, który zachwyca swoim melodyjnym charakterem, folkowym klimatem, a przede wszystkim energią godną Deep Purple. Brakowało na scenie zespołu, który tak znakomicie odtworzy muzykę lat 70 i zrobi to pomysłowo. Niby to wszystko już było, ale brzmi to świeżo. Jak wspomniałem płyta nie jest skierowana do wszystkich. Najlepiej odnajdą się tutaj osoby ceniące piękno muzyki i emocję przekazywane przez instrumenty. „Solitude” tylko właśnie takim osobom w pełni się spodoba. W „Empty Minds” pojawia się Elen i słychać, że dzięki niej muzyka jest jeszcze bardziej bogata i dojrzała. Ten motyw zostaje rozwinięty w „Simple Man” i tutaj można poczuć prawdziwe piękno muzyki rockowej. Kto lubi złożone, pomysłowe zagrywki gitarowe, które przypomną dokonania Mike'a Oldfielda czy Ritchiego Blackmorea, ten będzie czuł się jak w raju. Posłuchajcie instrumentalnego „For Elise” i dajcie się pochłonąć tym pięknym dźwiękom, których nie powstydziłby się zam Oldfield. Najmocniejszy na płycie jest przebój „Test of Time”. Klawisze i ozdoby brzmią jak wyjęte z Eletric Light Orchestra, zaś sam riff wpisuje się w kanon Deep Purple i Rainbow. Gościnnie tutaj wystąpił wokalista Roar Nygard i jeszcze bardziej on przybliża nas do twórczości tych wielkich kapel. Specjalnością tej formacji jest tworzenie lekkich i spokojnych kawałków jak „Watching The Glow”, które niszczą nie energią i mocnym uderzeniem, ale bogatą aranżacją i emocjami jakie przemyca. Adventure w pełni odzwierciedla swój styl i charakter w tytułowym „Caught in The Web”, który został rozbity na dwie części. Całość zamyka nieco futurystyczny „Into The dream”.

Adventure zabiera nas w magiczną podróż do świata progresywnego rocka, gdzie liczy się coś więcej niż melodia, riff i chwytliwy refren. Znakomity hołd dla wielkich formacji pokroju Deep Purple i to jest jedno z najciekawszych wydawnictw w kategorii rocka. Mało znany zespół pokazał klasę, a przecież wielu z nas zlekceważyło, ale czas to zmienić. Klasa sama w sobie.

Ocena: 9.5/10

niedziela, 17 sierpnia 2014

HENRIC BLOMQVIST AND FRIENDS - All Of Your Illusions (2014)

Progresywny rock, hard rock, Aor to gatunki które zostały skrzyżowane na pierwszym solowym albumie gitarzysty i kompozytora Henrica Blomquista. Same nazwisko nie wiele mówi to prawda, ale jest to doświadczony muzyk, który przez wiele lat grywał w różnych bandach, w tym różnych cover bandach. Nawiązał sporo znajomości i wykorzystał to przy tworzeniu „All Of You Illusions”. Jest to płyta, którą Henric nagrał z swoimi przyjaciółmi, a są wśród nich takie gwiazdy jak Doggie White czy Jari Tiura z Stargazery. Wyszedł z tego ostatecznie album przesiąknięty klasycznymi zespołami pokroju Rainbow, Deep Purple czy Whitesnake. Co zresztą bardzo mi odpowiada. Główną rolę w tym projekcie odgrywa oczywiście Henric, który dość często udowadnia że ma talent i potrafi grać z takimi emocjami i polotem co Ritchie Blackmore. Całość brzmi fenomenalnie i jest to bardzo gitarowy album. To właśnie ciepłe, złożone motywy i porywające solówki, zagrane z pasją i finezją mają nas zaskoczyć i porwać w świat prawdziwego rocka. „Plenty of Reasons” to spokojny utwór, ale jakże naładowany ciepłem i spokojem. To przykład, że ta płyta jest bardzo emocjonalna i ukazuje to co najpiękniejsze w grze na gitarze. Rainbow i Deep Purple przemawia przez tą płytę i to jest spory atut. Ta magia, ten klimat został uchwycony w „Till the End of Time”, a przecież to jeden z wielu tego typu przykładów. Henric nie ma problemów z graniem w wolnym, stonowanym, wręcz balladowym tempie jak to ma miejsce w „Perfect Dream” ani też szybciej, agresywniej co pokazuje w „Black Sky”. Bardzo ciekawym kawałkiem jest tutaj „Thunderbrigade”. Ponure chórki znakomicie w plecione w akustyczną gitarę, a potem wszystko przeradza się w rytmiczny kolos, który jest idealnym hołdem dla Deep Purple. Dobrze dopasowany do tego wokal Doggiego czy Jari Tiury sprawiają, że jest to prawdziwa uczta dla fanów hard rock i rocka progresywnego wykreowanego w latach 70 przez Deep Purple czy Rainbow. Nie można tego w żaden sposób pominąć.

Ocena: 8/10

wtorek, 5 sierpnia 2014

RAMPAGE - Victims of Rock (1981)

Henjo Richtter i Roland Grapow to jedni z najlepszych gitarzystów w dziedzinie power metalu. Co ich łączy? Oczywiście kraj pochodzenia, a także fakt, że grają w dwóch bliźniaczych kapelach czyli Helloween i Gamma Ray, ale łączy ich coś więcej. Oboje swoją karierę zaczynali w niemieckim zespole Rampage. Nie można o tej kapeli mówić jako power metalowej ani też tak popularnej jak te formacje, w których dzisiaj grają ci dwaj znakomici gitarzyści. Rampage został założony w 1980 i zarejestrował dwa albumy, z czego debiut „Victims of Rock” z 1981 został nagrany z Rolandem Grapowem w składzie.

Rampage ciężko nazwać niemiecką formacją, bo w muzyce tej kapeli słychać przede wszystkim brytyjski rock, troszkę progresywnego rocka, jest też coś z NWOBHM i sporo nawiązań choćby z Budgie. Gdy się dobrze w słuchamy to usłyszymy też pewne zapożyczenia z twórczości Scorpions, Quartz czy też wczesnego Accept. Tak więc styl Rampage nie jest taki jedno wymiarowy i taki obstukany, ani też typowy dla niemieckiej sceny. Wokalista Jorg też ma więcej w sobie z brytyjskich wokalistów aniżeli z niemieckich. W takim „Lovely Love” słychać wyraźnie, że śpiewa czysto, z taką charyzmą i nie kopiuje tutaj nikogo. Na tym albumie Roland nie ukazuje w pełni swojego talentu i zazwyczaj partie gitarowe na tym krążku pozbawione są finezji, czy też takiej bardziej złożonej formy. Więcej tutaj rockowego charakteru, aniżeli heavy/power metalu, więc stylistyka i wykonanie zupełnie inne. Rzadko kiedy zespół przyspiesza, rzadko kiedy też stawia na ciężar i prawdziwą jazdę bez trzymanki. Na płycie dominują rytmiczne kawałki jak otwieracz „I wanna Be Free”, który jest jednym z najbardziej chwytliwych utworów na płycie. Odrobinę niemieckiego metalu i wczesnego Accept można uświadczyć „Hes a Dancer”. Słuchając „Liberty” można odnieść wrażenie, że Scorpions spotyka tutaj brytyjski rock. Do grona ciekawych kompozycji można zaliczyć rytmiczny „I dont wanna be rock'n roll star” czy „Tonight”, który ma w sobie więcej z heavy metalu.


Płytę można potraktować jako ciekawostkę, żeby poznać początki Rolanda Grapowa, który dzisiaj gra w Masterplan, chyba że jest się fanem progresywnego rocka, w którym kapela nawiązuje do brytyjskiej sceny lat 70. Po wydaniu tego albumu miejsce Rolanda zajął Henjo Richter, który dzisiaj robi karierę w Gamma Ray.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 23 czerwca 2014

MERKABAH - Ubiquity (2014)

Aż 7 lat przyszło czekać fanom kanadyjskiego Merkabah na następcę „The Realm of all Secrets”, który ukazał się w 2007 roku. Czas oczekiwania dobiegł końca i w końcu można posłuchać nowy krążek zespołu, zatytułowany „Ubiquity”.

Merkabah to formacja działająca na rynku od roku 2000 i przez ten czas udało im się wykreować dość ciekawy styl, który jest mieszanką progresywnego rocka i symfonicznego metalu. Wśród swoich inspiracji wymieniają King Crimson, Iron Maiden i Therion, co faktycznie gdzieś tam słychać na nowym albumie. Aczkolwiek można by tutaj jeszcze wymienić Nightwish czy Dream theater. Skojarzenia z symfonicznym metalem są, a wszystko za sprawą wokalistki Jacinthe. Styl i forma jej śpiewania przywołuje na myśl właśnie symfoniczny metal rodem z Therion i najlepiej ten charakter oddaje rozbudowany „Ubiquity”, który wieńczy płytę. Podobny charakter ma dość podniosły „Mythomania”, który jest jednym z najciekawszych kawałków na płycie. Już na samym początku można wyłapać wady. Jednym z nich jest wokal Jacinthe, który jest bez wyrazu, bez mocy. Gitarzyści starają się nam urozmaicić materiał, często udając się w rejony progresywnego rocka. Szkoda tylko, że jakość tych zagrywek jest niska. Gdzieś pominięto przy tworzeniu kompozycji aspektu przebojowości, dynamiki i czegoś co by kusiło słuchacza. Co z tego, że w „Red Letter Days” słychać inspiracje Mike Oldfieldem w zakresie partii gitarowych, jak nie ma tutaj odpowiedniego ładunku przebojowości i wszystko staje się nudne. Nawet kiedy zespół stara się postawić na klimat, na emocje to też nie wychodzi im to najlepiej, czego przykładem jest komercyjny „Agartha”. Reszta utworów nie wzbudza większych emocji i brakuje tutaj mocnego uderzania, brakuje więcej ciekawych zagrywek gitarowych i bardziej porywającego wokalu. Jasne jest coś z progresywnego rocka i z symfonicznego metalu i jest nawet pomysł jak to połączyć, tylko efekt nie musi każdego zachwycać.

Płyta skierowana do poszukiwaczy dziwnych i bardziej złożonych dźwięków, do zagorzałych fanów progresywnego rocka. Jeśli nie macie nic przeciwko średniej klasy materiałowi, to może znajdziecie tutaj coś dla siebie.

Ocena: 4/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

czwartek, 29 maja 2014

THE VINTAGE CARAVAN - Voyage (2014)



Jest szansa, że w końcu ktoś może zrobić furorę w hard rockowym graniu, czerpiąc garściami z psychodelicznego rocka czy stoner rocka. Kto wie może wywodząca się z Islandii o nazwie The Vintage Caravan ma szanse zostać tak głośnym bandem jak Ghost? Słuchając albumu „Voyage” można odnieść wrażenie, że ta kapela wysoko mierzy i mają na celu ożywienie klasycznego rocka z lat 60 czy 70, biorąc pod lupę twórczość Led Zeppelin, Hawkwind, Nazareth, czy Black Sabbath. A to dopiero początek owej podróży w którą nas zabiera młody zespół, który został założony w 2006 roku.

Dbałość o szczegóły tej formacji jest imponująca. Selektywne brzmienie, tak nastrojone, że od razu na myśl przychodzą lata 60 czy 70. Nawet okładka zrobiona w stylu lat 60, a to wszystko jeszcze bardziej przybliża nam tamten okres, klimat tamtych lat i to co liczyło się w muzyce w tamtych czasach. The Vintage Caravan dokonał nie możliwego i nagrał materiał, który brzmi jakby został zarejestrowany 40 lat temu. Brzmienie gitar, konstruowanie kompozycji, styl, jakość, to wszystko jest zrobione, tak byśmy czuli się jak w tamtych latach i to jest po prostu fenomenalne. Jednak im bardziej zagłębiami się w materiał, tym bardziej dostrzegamy, że to nie tylko style jest tutaj motorem napędowym, że tak naprawdę na sukces tej płyty złożyły się też umiejętności młodych muzyków. Uwagę od samego początku przyciąga lider formacji, a mianowicie Oskar, który pełni rolę wokalisty i gitarzysty. Śpiewa w niskich rejestrach, stawiając na charyzmę, na klimat, co wychodzi mu znakomicie, ale jeszcze lepiej wypada w roli gitarzysty. Dzięki niemu można przypomnieć sobie stara płyty Led zeppelin czy Black Sabbath. Jest tutaj nie tylko styl i klimat tamtych kapel zachowany, ale też właśnie poziom nie wiele odbiega od pierwowzoru.  11 minutowy „The Kings Voyage” to perełka, który zawiera wszystko to co najlepsze w The Vintage Carnage, ukazuje ich atuty. Jest tutaj wszystko, począwszy od mocnego motywu po melodyjność, kończąc na mrocznym i posępnym klimacie. Prawdziwym hitem na miarę „Paranoid” Black Sabbath jest tutaj „Midnight Meditation” i według mnie taki wydźwięk powinien mieć „13” Black Sabbath. Otwieracz „Carving” przybliża nam twórczość Deep Purple czy Led Zeppelin i to w najlepszym wydaniu.  Zespół nie popada w rutynę i potrafi nas zaskoczyć. Jedną z takich niespodzianek jest piękna ballada „Do you remember” w której słychać echa muzyki Santany. O zespole usłyszałem, dzięki premierowemu kawałkowi „Expand Your Mind”, który porwał mnie klimatem i stylem nawiązującym do Black Sabbath i Deep Purple. Co ciekawe zespół tutaj właśnie pokazuje na co ich stać. Nie jest im obce konstruowanie bardziej złożonych kompozycji, a także tworzenie chwytliwych melodii, których tutaj jest pod dostatkiem. Rock’n roll lat 60 i 70 znakomicie został odzwierciedlony w „Cocaine Sally” i to kolejny ważny utwór z tej płyty.

Jedna z najważniejszych płyt roku 2014, jedna z tych która wyróżnia się na tle innych. Jeżeli tak ma wyglądać hołd złożony dla rocka lat 60 i 70, jeżeli tak ma wyglądać współczesne mieszanka Black Sabbath, Led zeppelin i Deep Purple, to jestem na tak. Brakowało takiej muzyki ostatnim czasy i miło, że ktoś zabrał się za takie granie. Można brać w ciemno.

Ocena: 9/10