6 lat przyszło czekać fanom na nowe dzieło greckiego bandu Black Fate. "Ithaca" to już 4 album w dyskografii zespołu i może nie jest to najlepsze wydawnictwo jakie nagrał ten band, ale nie można go od razu skreślić, bowiem ma też sporo ciekawych momentów. To jak to jest z tym nowym albumem?
Jest sporo elementów, które przemawiają tutaj na plus. Z jednej strony mamy klimatyczną okładkę, który nieco przypomina okładki Stormwarrior. Band zadbał o naprawdę mocne i zadziorne brzmienie, które idealnie pasuje do nowoczesnego stylu zespołu. Muzycznie Black Fare zabiera nas do świata power metalu, progresywnego metalu z elementami symfonicznego metalu. W 2019r do kapeli dołączył klawiszowiec Themis Koparandis, który wpasował się do stylu grupy i wniósł troszkę świeżości. Na pewno cieszy dobra forma Vasillisa, który jest specjalistą od budowania klimatu. Troszkę za mało jest emocji i przebojowości w grze gitarzystów. Niby wszystko jest, jest przecież dobry warsztat techniczny, ale brakuje mi ostatecznego szlifu.
Jest tutaj sporo ciekawej muzyki i już taki nastrojowy "Maze" potrafi oczarować progresywnym wydźwiękiem. Sporo dynamiki ma w sobie tytułowy "Ithaca" i to jest naprawdę dobry początek tej płyty. Nowocześnie brzmi zadziorny "Savior machine" czy melodyjny "Nemesis" Troszkę gorzej wypada nijaki "One last breath" czy ballada "Rainbows end".
Black fate w sumie niczym nie zaskoczył wydając "Ithaca". To album z muzyką do jakiej nas przyzwyczaili, aczkolwiek mieli ciekawsze wydawnictwa w swoim dorobku. Płytę dobrze się słucha, ale nie jest to raczej wydawnictwo do którego będą wracał. Taka płyta z serii posłuchać i zapomnieć. Band ma potencjał i stać ich na coś bardziej porywającego.
Ocena: 5.5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Fate. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Fate. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 września 2020
piątek, 27 lutego 2015
BLACK FATE - Between Visions And Lies (2014)
Minęło 5 lat od „Deliverance of
Soul” i grecki Black Fate powraca z nowym wydawnictwem. „Between
Visions and Lies” nie wnosi niczego nowego do twórczości
tej kapeli, ani też nie wnosi zespół do pierwszej ligi. Jest
to po prostu typowy album tej formacji, który przypadnie do
gustu fanom, którzy cenią sobie progresywny aspekt w muzyce
heavy/power metalowej. Niby kapela jest doświadczona, gra od 1990
roku, ale na nowym albumie brakuje ikry. Zespół gra jakby na
siłę i nie ma w tym radości ani też przekonania, że grają dla
zaspokojenia własnych ambicji, czy też dla swoich fanów.
Nowy materiał jest po prostu średni i nie przykuwa uwagi na dłużej.
Płyta po prostu leci, robi za dobre tło, ale w żaden sposób
nie potrafi zaskoczyć, oczarować. Największym atutem zespołu jest
oczywiście wokalista Vasilis, który technicznie wymiata i
sprawia, że takie kawałki jak „State of Conformity”
brzmią drapieżnie, mimo stonowanej konwencji. Chciałoby się
więcej takich szybszych kompozycji w stylu „Lines in the
Sand”. Niestety tutaj na próżno szukać takich
właśnie utworów, który przyprawią nasze serce o
szybsze bicie. Jest kop, energia, czyli to co brakuje pozostałym
utworom. Nie potrzebne są tutaj kombinacje, zabawa tempem i
wtrącenia nowoczesności, przez takie zagrywki, takie utwory typu
„The Game of Illusions” stają się po prostu
nijakie i chaotyczne. Gitarzysta Gus Drax, znany z występów w
Paradox, pokazuje w takim „Into the Night”, że zna
się na swojej robocie. Szkoda tylko, że to wszystko jest średnich
lotów i mało w tym pomysłowości. Co by nie było, że cały
czas marudzę, to pochwalę udany „In Your Eyes”,
który ma w sobie energię. Ten kawałek pokazuje, że Black
Fate stać na zryw i nagrać power metalowy hit. Podoba mi się to,
szkoda tylko, że jest to jednorazowy przebłysk pomysłowości. W
„Perfect Crime” jest sporo progresywnych patentów.
Zespół chciał sporo zawrzeć, co nie do końca zdało swój
egzamin. Całość zamyka klimatyczny „Fear”, w
którym zespół zabiera słucha w rejony symfonicznego
metalu. Płyta jest nie spójna i pozbawiona atrakcyjnych
melodii, okrojona z emocji i energii. Został sam progresywny
szkielet i mocne, dopieszczone brzmienie. Za mało atutów, by
przekonać mnie, że jest to dobry album.
Ocena: 5/10
środa, 9 listopada 2011
BLACK FATE - Commander Of Fate (1986)
Czy można połączyć surowy, nieco toporny, nieco rasowy niemiecki heavy metal z klimatem i brzmieniem charakterystycznym dla kapel z nurtu NWOBHM? Można i odzwierciedla to choćby niemiecki BLACK FATE, który jest jednym z tych zespołów, który po wydaniu debiutanckiego albumu przepadł bez wieści. Szkoda, bo to co zaprezentowali na „Commander of Fate” jest na bardzo dobrym poziomie i to coś więcej niż kolejny przeciętny kwadratowy heavy metal. Przede wszystkim mamy mięsiste i dopieszczone brytyjskie brzmienie, a to dopiero początek zachwytów. Bo po kiedy w głośnikach rozbrzmiewa otwierający "Heaven Can Wait" to nasuwają się kolejne zalety owej muzyki BLACK FATE. Przede wszystkim niezwykła rytmiczność, rasowość i szczerość, a także szczypta nieco wyrafinowania niemieckiej sceny heavy metalowej. Jednak duet gitarzystów Roll/Witt dostarcza nam czegoś więcej, a mianowicie niezwykłej melodyjności, lekkości i płynności motywów, a wszystkie partie odegrane z energią i hard rockowym zacięciem. No i te nieodparte skojarzenie z NWOBHM. Czym by było BLACK FATE bez swojego charyzmatycznego wokalisty Hüttemanna, który potrafi śpiewać zadziornie, momentami nieco surowo. Ale jego atutem jest dbanie o zróżnicowanie jeśli chodzi o wokal i mamy tutaj pełny wachlarz jeśli chodzi o ten element. Choć stylistycznie „Champagne” nie odbiega od otwieracza, to jednak jest tu jeszcze większa dynamika, zaś partie gitarowe, jak i wokal brzmią tu jakby ostrzej. Mogłoby się wydawać, że już znany jest cały zarys albumu, nic bardziej mylnego. BLACK FATE specjalizuje się nie tylko w petardach, ale też w bardziej rozbudowanych kompozycjach, gdzie trzeba przemycić wszystko dwa razy więcej, gdzie trzeba zachować skład i ład, nie tracąc przy tym tajemniczego nastroju. Cel został osiągnięty zarówno w BLACK SABBATHowym „Child Of Hell” czy też w bardziej zadziornym, bardziej nastawionym na popisy gitarowe i na dynamikę „Warchild”. Fanom niemieckiej szkoły heavy metalu przypadnie do gustu zapewne „Wild In The Streets” z przebojowym refrenem, a także bazujący na działalności ACCEPT „Midnight” który jest najbardziej true heavy metalowym kawałkiem na tym krążku. Zaś fanów brytyjskiej sceny metalowej odsyłam do pięknej, nastrojowej ballady „Frozen Heart” gdzie nie ma mowy o kompromitacji przez zaprzedanie się komercji, a raczej o rockowym feelingu, który nie jest tym czymś co charakteryzuje niemieckie kapele. Jak przystało na niemiecką kapele jest solidność i ciężko tu się doszukać jakiś luk, zarówno w równym i dość urozmaiconym materiale, w nieprzeciętnych umiejętnościach muzyków, w ich formie, czy też w produkcji albumu. Jasne, nie jest to nic odkrywczego, ale zjawiskowe jest tutaj połączenie sceny niemieckiej i brytyjskiej, co nie jest tak częstym i tak udanym zjawiskiem. Album warty bliższej znajomości. Ocena: 8.5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)


