Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iron Maiden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iron Maiden. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 września 2021

IRON MAIDEN - Senjutsu (2021)


 Czy ktoś przypuszczał, że pewien brytyjski band o nazwie Iron Maiden stanie się taka marką i jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów? Tyle lat minęło, tyle hitow powstał od czasu debiutu " iron maiden" i choć były też trudne momenty to kapela przetrwała i stała się ikona. Piękna historia o wyrtwalosci podążaniem za marzeniem i własnymi ambicjami." Final frontier" miał być ostatnim albumem, potem mija 5 lat i dostajemy klimatyczny i bardziej oldscholowy "book of souls". To byłoby piekne zwieńczenie bogatej historii iron maiden. Jakieś było moje zaskoczenie kiedy band rozpoczął zabawę z fanami i miła zapowiedź nowego krążka o nazwie "senjutsu". Znów rozpoczął się ta cała machina oczekiwań i wypatrywania nowego dzieła swoich idoli. Każdy z nas poczuł się jak dziecko i to piękne zjawisko. Teraz czas zmierzyć się z rzeczywistością i własnymi demonami. 


Eddie od pierwszych płyt przyciągał uwagę i budził grozę , a okładki iron maiden imponywaly pomysłowością i pięknymi szczegółami. Eddie samuraj na nowej okładce to tak naprawdę taki miks Eddiego z book of souls i maiden japan. No jest to pomysłowe i miłe dla oka, ale czemu znów tło jest takie ubogie? Cieszy fakt z czerwonego loga tylko też jakoś inaczej je zaprezentowano. No i sam tytuł, które tworzy jedno słowo to ukłon w stronę np killers. Udany zabieg i sam tytuł budzi niepokój i wzbudza tajemniczość co mi się bardzo podoba. Płyta na pewno ma minus w postaci brzmienia, które troszkę jest stłumione i przygaszone. Dla niektórych słuchaczy może stać się murem nie do przebicia. Fani"the x factor" czy "a matter of life and death" prędzej się odnajdą w tym brzmieniu oraz ponurym klimacie, który jest jednym z ważniejszych czynników. Ciekawe jakby za brzmienie odpowiadał ktoś inny niż Shirley? No i drugie pytanie czy album by nie zyskał gdyby tu zaśpiewał Blaze? Tego nigdy się nie dowiemy.

17 album Iron maiden to znów dwu płytowy album i znów band postawił na długie, rozbudowane kolosy i progresywne patenty. Nie jest to wycieczka do lat 80, choć słyszę coś z power slave gdzie nie gdzie. Band robi nam wycieczkę do ostatnich płyt i przypomina nam jaki szok wzbudzał "the x factor". "Senjetsu" też wywoła szok i podzieli fanów i tylko pytanie czy ten album przetrwa próbę czasu i będzie tak samo świetnym albumem jaki właśnie stał się "the x factor". Powiem, że mimo obaw i narzekania na single ta płyta ma potencjał. Band niby wykorzystuje sprawdzone patenty, ale też stara się szokować. Na przykład partie klawiszowe czy bardziej urozmaicona gra Nick Mcbraina. Daje czadu na tym albumie i to jest fakt.

Odpalamy pierwsze cd i znów jest świetny otwieracz jaki panowie popełnili na poprzedniku. "if eternity should fail" miał klimat plemienny i był pełen magii. Tytułowy "senjutsu" ma podobny charakter. Mrok, odgłosy dżungli i uderzenie w bębny. No jest taki filmowy charakter i band szokuje. Przypomina mi się styl judas priest z czasów "Nostradamus". Riff też jest ciężki i pełen mroku. Band tu czerpie kie tylko z "book of souls" bo jest też era błaze, a czy czasy "a matter of life and death". Ciekawie wpasowaly się też klawisze, które dobrze są nam znane z singlowego "stratego". Zupełnie inne oblicze Iron maiden, ale mnie powaliło na kolana.

Teraz kiedy wiem jak brzmi otwieracz to singlowy "stratego" nabrał innego wydzwieku. Jest bardziej spójny i kontynuuje klimat z otwieracza. Owe klawisze znakomicie łącza te dwa kawałki. Sam riff troszkę kojarzy mi się z okresem "powerslave". Jest galopada i refren na miarę "Brave new world". Punkt karny za chaotyczna solówkę Janicka i schowany wokal Bruce'a. Utwór zyskał słuchając całości to na pewno.

Fani narzekali na powtarzające refreny na wcześniejszych plytach. Pełno ich było np na "Brave new world". Tego typu refren mamy w kolejnym singlu tj "the writing on the wall". Pamiętam jak narzekałem na ten utwór że względu na jego rockowy feeling. Jednak co mnie tutaj porwało to takie typowe solówki w starym stylu i spore nawiązania do płyty " a matter of life and death", która tak uwielbiam. Czy tylko ja tu słyszę echa "the Legacy"?

Ja od samego początku czekałem na te 4 kolosy Harrisa, który zawsze ma smykałkę do tego typu kawałków. Pierwszy to "lost in a lost world". Szokuje na pewno akustyczne intro pokroju "the Journeyman". Sam riff i dalsza część kawałka to ukłon w stronę "the x factor" i brzmi to świetnie. Refren bardziej koncertowy i taki bardziej oldscholowy. Już gdzieś to słyszałem. Fani "when the wild wind blows" pokochają solówki w tym kawałku, bo to istne kopiuj wklej z tamtego utworu. Mnie to nie przeszkadza bo kocham tamten utwór i linie melodyjna z niego. Jest to killer i nic tego nie zmieni. Stary dobry Iron maiden.

Piękne wejście gitar mamy w "days of future past", który jest jednym z tych krótszych utworów na płycie. Ten utwór ma wszystko za co pokochałem ten band i pewni fani starych plyt liczyli na album w takim stylu. Jednak czy wtedy byśmy nie narzekali, że to już było? Band gra swoje, ale dalej słychać że to żelazna dziewica. Kolejny killer na płycie i już widzę jak się sprawdzi na koncertach.

Pierwszy cd zamyka "time machine" autorstwa Gersa i to nieco słabszy punkt "Senjetsu". Dziwny i pokręcony riff, a sam refren też ciężko strawny. Plus za klimat rodem "the talisman" czy "the Legacy". Co ratuje ten kawałek to świetnie rozegrane solówki. Dzieje się w tym zakresie.

Druga płyta zaczyna się od klimatycznego "Darkest hour", który ma bardziej charakter ballady. Ja tu słyszę echa "wasted love", zwlaszcza kiedy Bruce śpiewa podniosły refren. To drugi utwór, który wg mnie troszkę odstaje od reszty.

Końcówka płyty to popis kompozytorski Harrisa. Wkracza "death of the celts" i już czuje się jakbym słyszał zaginiony track z ery Blaze'a. Tym razem Harris nawiązuje do kultowego "the clansman" i nie trzeba chyba pisać, że efekt jest zachwycający. Iron maiden w pełnej okazałości. Raj dla fanów.

Bardziej zaskakuje mroczny i tajemniczy "the parchment" i ten arabski klimat troszkę nasuwa mi "nomad" czy ponadczasowy "to tame a land". Jest tu też sporo z "the x factor" i sam utwór jest mocno pokręcony i cięższy w odbiorze. Intryguje i ciągnie by do niego nieustanne wracać i odkrywac jego piękno na nowo. Solówki przenoszą do innej rzeczywistości i czarują klimatem.

Finał płyty to "hell on earth" i to jest majstersztyk. Harris to geniusz i to wiadomo od pierwszych płyt Iron maiden, a ten utwór to kolejny tego dowód. Jest tu coś z"no more lies" coś "when the wild wind blows" czy nawet z "for the greater of the gods". To kolejna perełka, która mogłaby zdobić płytę z lat 80 i nie przyniosłaby zespołowi wstydu. Definicja stylu Harrisa i Iron maiden.

Dziadki znów nagrali płytę i znów wydłuża utwory i wykorzystuje outra i intra do granic możliwości. Starsi panowie realizują dalej swoją wizję progresywnego grania i się w tym spełniają. Od pierwszych płyt ciągnęło ich do rozbudowanych utworów i to są najpiękniejsze momenty płyt. Nic dziwnego że poszli w takim kierunku. Ja tam ich kocham za te kolosy. Dziękuję za ich twórczość, za to że im się jeszcze chce i że potrafią wciąż tworzyć muzykę na wysokim poziomie, grać swoje i na dodatek zaskoczyć czymś nowym. Takie jest oblicze żelaznej dziewicy roku 2021. Jedni będą w szoku i oburzeni, a inni będą zachwyceni. Zrobili swoje i nagrali album godny ich historii i geniuszu który przez tyle lat błyszczał. Jasne płyta ma swoje wady typu na siłę wydłużanie, powielanie motywów czy udziwnianie melodii. Mimo pewnych niedociągnięć płyta przyciąga uwagę i zostaje w pamięci. Dziwny to album, ale ma to coś.

Ocena: 8.5/10

środa, 9 września 2015

IRON MAIDEN - The Book of Souls (2015)

Eddie – maskotka Iron Maiden przybierała różne wcielenia jeśli chodzi o swoją budowę czy wygląd. Co ciekawe za każdym razem miało to swoje odbicie w muzyce. Można stwierdzić, że za każdym razem okładka, w tym Eddie była zobrazowaniem co nas czeka. Był Eddie polujący na ofiary przy użyciu siekiery, był też motyw piramid, czy przyszłości. Zespół zawsze próbował stworzyć odpowiedni klimat, nadać swojej muzyce pewną strukturę zostając gdzieś przy swoim stylu. Tak samo było z Eddiem. Ostatnio jego wygląd nie był zbyt ciekawy i okładki Iron Maiden nie wzbudzały już takiej euforii jak kiedyś. W sumie muzykę żelaznej dziewicy też to dopadło. Wypalenie? A może zbytnia chęć udowadnianie że panowie są w życiowej formie i mają głowy pełne pomysłów. Nie, Iron Maiden nie nagrał jeszcze słabej płyty i nawet progresywny i nieco przekombinowany „The Final Frontier” mógł się podobać. Jednak fani czuli głód i chcieli czegoś pośrodku. Z jednej strony album klasyczny i taki pełen smaczków z przeszłości. Tych charakterystycznych popisów gitarowych i klimatu z lat 80 czy 90. Z drugiej strony zachować umiejętność tworzenia świetnych kolosów przesiąkniętych progresywności. Coś nowego, coś starego, ale będące 100 % tworzywem Iron Maiden. Tego brakowało i w sumie przyszło poczekać 5 lat by się przekonać co ma jeszcze do powiedzenia największy zespół heavy metalowy.

O samym albumie i procesie tworzenia „The Final Frontier” było dość cicho. Znacznie głośniej było o walce wokalisty z ciężką chorobą jaką jest rak. Stąd też poniekąd pewne opóźnienie co do wydania następcy „The Final Frontier”. Kiedy zespół ujawnił szczegóły nowej płyty to świat zamarł. 16 album w historii zespołu miał się okazać pierwszy dwu płytowym albumem, dający ponad 90 minut muzyki. Zespół poszedł krok na przód i nagrał jeszcze dłuższy materiał. Jednak pojawiły się niuanse, które dawały nadzieję, że czeka nas jednak miła niespodzianka. Po pierwsze widok starego loga, po drugie mroczna, tajemnicza okładka, z Eddie wzorowanym na starego mają, do tego sam tytuł wzbudzający nutkę nie pewności i grozy. Takie uczucie brakowało przy ostatnich płytach, a które towarzyszyło przy tych starych i dobrze nam znanych. Znów ten sam producent, choć zespół sam materiał nagrywał w studiu gdzie powstał „Brave New World”. Kolejną jakże ważną rzeczą jest to, że na płycie mamy dwa kawałki skomponowane samodzielnie przez Dickinsona, a ostatni takie zjawisko miało miejsce na „Powerslave”. Pierwszy z nich to otwierający „if Eternity Should Fall”. Rozpoczyna się nie zwykle klimatycznie i faktycznie można odczuć klimat bijący z okładki. Można się poczuć jak w wiosce majów i ten klimat grozy. Troszkę tutaj można wyłapać progresji, która była motorem napędowym poprzedniego albumu. Sam utwór potem utrzymany jest w średnim tempie, z nieco szybszą i bardziej urozmaiconą solówką. To wszystko zbliżone jest do stylistyki ostatnich albumów, a najbliżej do „Brave New World” pod względem jakości. Refren spokojny, ale zapadający w pamięci,a najlepsze co jest w tym utworze jak i na całej płycie to niezwykle pomysłowe solówki. Pod tym względem dzieje się spory i w końcu wykorzystano potencjał trzech gitarzystów. Również w tym utworze Nicko pokazuje że też jeszcze potrafi grać bardziej różnorodnie. Nie do końca dobrze pomyślano z przetworzoną gadką pod koniec utworu. W sumie pełno tego było na dawnych płytach, więc i to można zaakceptować. Utwór progresywny, ale ma znamiona starych klasycznych kawałków. Na nowej płycie nie brakuje szybkości, nie brakuje smaczków dla starych fanów. Takim ukłonem do czasów „No prayer of Dying” czy „The Number of The Beast” jest bez wątpienia chwytliwy hit „Speed of Light”. Może pierwszy raz jak usłyszałem ten singiel to czegoś mi brakowało, nie wiem w sumie czego. Teraz kiedy odpalam ten utwór, to słyszę mocny riff, zakorzeniony w latach 90 i 80, no i świetną solówkę. Sam kawałek ma jakże ciekawy i pomysłowy klip, który pokazuje że zespół wciąż ma się dobrze i chce ożywiać scenę metalową na tyle na ile jest to jeszcze możliwe. Dalej mamy kolejny utwór przy którym macał Adrian Smith. Wciąż pokazuje on swoje zapędy progresywny, lecz na nowym albumie chce też brzmieć ostrzej i bardziej klasycznie. „The Great Uknown” pod względem riffu czy konstrukcji przypomina „Brave New world” czy „A matter of life and death”, Utwór z pewnością niezwykle rytmiczny i mający kopa. Troszkę zaniedbano refren, ale zostaje to nadrobione w kolejnym niezłym popisie umiejętności gitarzystów. Kolejną petardą na płycie jest 13 minutowy kolos autorstwa Steve'a Harrisa, czyli „The Red and Black”. Ten pan wciąż mnie zaskakuje. Kiedy myślę że już wszystko co najlepsze już stworzył, a tu nagle wyskakuje z takim melodyjnym utworem, przepełnionym ciekawymi i złożonymi popisami gitarowymi zabierającymi nas do lat 80. Sam riff też mocno kojarzy się z wczesnym Iron Maiden. Jest też coś z ery „Fear of The Dark” czy też ostatnich płyt. Ciekawa mieszanka i jest nawet motyw wyjęty z „Heaven can;t Wait” i mam tu na myśli koncertowe „łooo”. Energiczna kompozycja, która znów dodaje kopa płycie i nam. Jeszcze szybszy i bardziej klasyczny jest „When The River Runs Deep”, który można wcisnąć w okres „Somewhere in Time” czy „Seventh Son of The Seventh Son”. Jest to kompozycja szybka, przebojowa i mająca w sobie ducha starych klasycznych kawałków. Bruce Dickinson mimo swoich problemów zdrowotnych daje świetny popis swoich umiejętności. Ma już swoje lata, a wciąż brzmi jak za dawnych lat. To się nazywa talent. Pierwszą płytę zamyka tytułowy „The Book Of Souls” autorstwa Gersa. Dobrze, że został w zespole, bo wnosi on do każdej płyty naprawdę świetne kompozycje. To co tutaj mamy to naprawdę mroczny utwór, który zabiera nas gdzieś poniekąd do czasów „Powerslave” . Mocny riff, który konstrukcją przypomina Deep Purple czy Black Sabbath. Klasyka metalu i ciężkiego grania w prostej i pomysłowej formie. Do tego mroczny klimat, który powiązany jest z historią Majów i tego co się dzieję z duszą po śmierci. Czym wyróżnia się jeszcze utwór? Pewnym zapleczem symfonicznym i niezwykłymi solówkami, ale to w sumie nic nowego jeśli chodzi o ten album. Każdy utwór wykazuje podobne cechy. Dobra odpalamy drugą płytę a tutaj na wstępie kolejny hit i wycieczka do lat 80. „Death or Glory” to utwór w którym siły łączą Smith i Dickinson. Podobać może się tutaj energiczny riff, klimat z lat 80, przebojowy charakter, nutka zaskoczenia i kolejna porcja ciekawych solówek Adriana. Ciekawy jakby album brzmiał jakby było więcej takich treściwych kawałków? Nawiązania do klasyki i lat 80 ciąg dalszy w „Shadows of The Valley”. Sam początek nawiązuje do „Wasted Years” , ale sama konwencja nieco inna. Dominuje tutaj średnie tempo, struktura nawiązująca do „Brave New World” i tutaj Gers pokazuje jak świetnie radzi sobie z melodyjnymi solówkami, które mają zapaść w pamięci. Cały kunszt i styl Ironów wybrzmiewa w tych solówkach i to jest właśnie piękne. Progresywność i era „The Final Frontier” wybrzmiewa w marszowym „Tears of Clown” który jest poświęcony Robinowi Williamsowi czy nieco balladowym „The Man of Sorrows” . Całość zamyka kolejny utwór, który samodzielnie skomponował Bruce Dickinson. „Empire of The clouds” porusza historię katastrofy sterowca rR101, który w 1930 roku pochłonął 84 istnień. Jest to kompozycja niezwykle podniosła, klimatyczna, epicka i pełna zawirowań. Niezwykłe emocje biją z tego kawałka. Dickinson gra na pianinie na wstępie i ten motyw jest po prostu piękny. Kawałek trwa 18 minut a ma się wrażenie, że jest krótszy. Dzieje się tutaj naprawdę i w sumie mamy pełno różnorodnych solówek, ale i tak najlepszy jest początkowy motyw, który buduje napięcie. Troszkę ma to filmowy wydźwięk, ale i tak nie zmienia to faktu, że kompozycja jest wyjątkowa i magiczna.

Tradycyjnie jak przy ostatniej płycie znów mamy podzielone zdania. Jedni krzyczą, że to jedna z najlepszych płyt żelaznej dziewicy, a inni, że koniec tej kapeli jest bliski. Ja bliżej jestem tej pierwszej grupy. „The Book of Souls” to z jednej nic nowego, bo w sumie pełno tutaj pewnych starych znanych nam smaczków, ale są też pewne nowe rozwiązania i próby zaskoczenia. Zespół podjął się wyzwania, żeby nagrać podwójny album i żeby nie okazał się on nudny w swojej formule. Jest klasycznie, jest mroczny klimat, nutka tajemniczości, jest przebojowość, są przede wszystkim znakomite i chwytliwe popisy gitarowe, które napędzały również klasyczne albumy. Wokalista mówi że to nie jest ostatni album żelaznej dziewicy i oby tak było, bo chce więcej takich kompozycji jak „Death or Glory”, The Book of Souls” czy „Empire of The Clouds”. Nie mogę się uwolnić od tej płyty, od tych dźwięków i chyba moja dusza została pochłonięta dogłębnie przez nowe dzieło Iron Maiden. I wy otwórzcie swoją duszę na „The Book Of Souls”.

Ocena: 9/10

niedziela, 8 września 2013

IRON MAIDEN - Virtual XI (1998)

Koniec pewnego wieku i początek millenium dla wielu było okresem wyczekiwania, nowego, lepszego świata, w którym górę weźmie technologia. Era komputerów, maszyn zbliżała się wielkimi krokami nowa idea świata i wszyscy w 1998 roku wyczekiwali tego magicznego momentu. Zmieniała się nie tylko mentalność ludzi, ale również trend muzyczny i to było zauważalne. To zjawisko nie ominęło również Iron Maiden, który na swoim kolejnym albumie zatytułowanym „Virtual XI” próbował wykreować właśnie klimat wirtualny, taki godny z duchem postępu. Jednak dla wielu drugi i ostatni album Iron Maiden z Blazem Baylem na wokalu to najsłabszy album. Czy aby na pewno?

Kontrastując ten album z „The X Factor” to można dostrzec wiele zmian na lepsze. Przede wszystkim udało się kapeli wyjść z mroku, z ponurego świata i wrócić, prawie do tego co prezentowali za czasów Bruce Dickinsona. Czyli co? Jest więcej radości w graniu zespołu, więcej dynamiki i przebojowości, która gdzieś się ulatniała na ostatnich albumach żelaznej dziewicy. „Virtual XI” to również lepsze, bardziej soczyste brzmienie i lepsza forma samego Blaze'a, który w niskich rejestrach śpiewa nie gorzej niż Bruce'a. Ożywił on nieco zespół i wniósł do zespołu sporo ciekawych pomysłów na utwory. Można jego udział w zespole ocenić bardzo pozytywnie, pomimo że nie jest tak uzdolnionym wokalistą jak Bruce Dickinson. Dla wielu fanów to wydawnictwo to najsłabszy krążek żelaznej dziewicy, który jest zapchany utworami który są bez energii, bez przebojowego charakteru, z którego ten zespół zawsze był znany. Najsłabszy tutaj na płycie jest długi, nieco hard rockowy, mało spójny „The Angel and Gambler” który trwa prawie 10 minut. Nietypowa ballada w postaci „Como Estais Amigo” też brzmi nie typowo i nie pasuje tutaj do końca. Dynamiczny otwieracz „Futureal” czy też epicki, rozbudowany „Clansman” przywołuje najlepsze czasy Iron Maiden z Brucem Dickinsonem. Nieco mroczny klimat i podobną konstrukcję z „The X Factor” można wychwycić w „Lighting Strikes Twice” czy też w „When Two Worlds Collide”. Poprawiona też została warstwa czysto instrumentalna i więcej tutaj uświadczymy pomysłowych, energicznych i przemyślanych popisów gitarowych. Wystarczy posłuchać solówek w „The Educated Fool” czy „Don't Look to The Eyes Of Stranger” żeby się o tym przekonać.

Blaze Bayley na długo nie zagościł w Iron Maiden, gdyż zespół postanowił wrócić do Bruce'a Dickinsona. Drugi album z nim na wokalu jest znacznie lepszy. Powrót do dynamicznego, przebojowego i radosnego grania, gdzie nie brakuje ciekawych melodii czy refrenów. Słucha się tego przyjemnie. Zmiana klimatu na bardziej radosny, a mniej mroczny i ponury również wyszła na dobre krążkowi. Dla jednych jeden z najsłabszych albumów żelaznej dziewicy, a dla mnie i paru innych osób będzie to wciąż bardzo dobry album i jedno z największych osiągnięć Blaze'a Bayleya.

Ocena: 8.5/10

P.s Recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

środa, 4 września 2013

IRON MAIDEN - The X Factor (1995)

Kiedy tworzysz pewien schemat, pewną trwałą konstrukcję, którą tworzą pewni ludzie i jeśli ta całość jest przez wiele lat kojarzona z pewnymi elementami to zostanie ona w pamięci właśnie w takiej postaci jakiej dała się najlepiej poznać. Iron Maiden to wielki zespół, który wzbił się na szczyty dzięki pomysłowości Steve' Harrisa, dzięki zgranemu duetowi gitarowemu Smitha i Murray, dzięki mocnej, wyrazistej perkusji Mcbraina. Iron Maiden to też Bruce Dickinson i nie ma co ukrywać to właśnie on przyczynił się do wielkości tego zespołu. To on go zrewolucjonizował i nadał nowej barwy. Dla wszystkich fanów zawsze Iron Maiden kojarzył się z osobą Dickinsona i odwrotnie. Jednak lata 90 były okresem kryzysu wielu zespołów i Iron Maiden nie było wyjątkiem. Wszystko sprawiło że „The X factor” jest specyficznym albumem. Innym i zarazem bardzo dziwnym.


Dla fanów odejście Dickinsona z zespołu był ciosem i nową rzeczywistością. O ile Gersa było łatwo zaakceptować, tak odejście Dickonsona i jego karierę solową już było gorzej przetrawić. Tak o to zespół ruszył w nieznanym kierunku. Pojawiły się wątpliwości, pojawił się mrok i niepewność. Iron Maiden z jednej strony rozdarty rozstaniem z Dickinsonem, który tak wiele wnosił do zespołu, a także między własnymi trudnościami w prywatnym życiu, a z drugiej strony wybranie nowego wokalistę, a mianowicie Blaze'a Bayleya, który był innym typem wokalisty. Wyznacznikiem tej niepewności jest tutaj x zawarty w tytule. Z czego wynika ta dziwność albumu? Przede wszystkim z braku tutaj tego rozpoznawalnego elementu w postaci głosu Bruce'a, porzucenia pozytywnego, dynamicznego, przebojowego charakteru na rzecz bardziej ponurego, mrocznego, monumentalnego. Znakomicie ten nowy wymiar Iron Maiden zostaje uchwycony w znakomitym otwieraczu w postaci „Sign Of The Cross”, który trwa 11 minut. Ta kompozycja to czysta poezja i magia. Podróż w mroczne rejony, gdzie klimat i napięcie grają pierwsze skrzypce. Takiego otwieracza Maiden nie miał w historii ani wcześniej ani później. Szok był jest i pokazywał od razu, że to będzie inny album od wszystkich. Blaze nie stara się udawać drugiego Bruce'a. On próbuje wnieść do zespołu coś nowego, próbuje stworzyć Iron Maiden który pasuje do mrocznej, ponurej barwy głosu wokalisty. Na albumie jest mniej przebojów i szybkich rozpędzonych kawałków. Właściwie tutaj takimi utworami zagranymi w znanym stylu jest „Man On The Edge” czy „Lord Of The Flies”. Do grona najlepszych utworów śmiało można tutaj zaliczyć klimatyczny, mroczny „Fortunes Of war” czy nieco balladowy „Look For The Truth”, który znakomicie sprawdzał się na koncertach. Niestety dalsza część płyty pokazuje, że gdzieś uleciał stary duch zespołu, że dominuje ponury klimat, przez co kompozycje wypadają dość blado. Przykładem może tutaj być „The Aftermath” czy progresywny „The Unbeliever”. Dużo rozbudowanych, mrocznych kompozycje z dość stonowanym tempem i niezbyt przekonującymi melodiami. Pierwsza część albumu wypada bardzo dobrze, jednak im dalej tym gorzej. Nawet brzmienie w przypadku tego wydawnictwa jest inne. Pełne mroku, mniej jest optymizmu i to przyczynia się również że ta płyta brzmi inaczej od poprzednich.

Dla jednych jest to album równie dobry co poprzednie, że jest to dzieło wybitne, dla drugich jest to jeden z tych słabszych albumów w karierze Iron Maiden. Mam mieszane uczucia, bo pierwsza połowa płyty zachwyca klimatem i konstrukcją utworów, niestety druga połowa męczy brakiem ciekawych pomysłów i ponurym klimatem. Blaze Bayley uczynił Iron Maiden innym, nadał mu innego charakteru i to na zawsze pozostanie odnotowane w historii zespołu. Blaze pokazał że ma swój styl, swój charakter i tożsamość. To mu pozwoliło stać się silną osobą i w dodatku rozpoznawalną, która również może stać się znana i to bez Iron Maiden. „The X Factor” to album dziwny, ale z pewnością warty wysłuchania.

Ocena: 6.5/10

P.s recenzja przeznaczona dla magazynu HMP

środa, 26 grudnia 2012

IRON MAIDEN - Iron Maiden (1980)

Marketing ma miejsce nie tylko w handlu, przemyśle i w innych gałęziach gospodarki, ale także można to zauważyć w muzyce metalowej, zwłaszcza w przypadku jednej z najsławniejszych kapel, który każdy zna, nie tylko metalowiec. Tak marketing zadziałał, że nawet osoby nie mające kontaktu z takim rodzaju muzyki znają ów kapelę. Jak się nazywa formacja metalowa, która dorobiła się ogromnej sławy, utrzymać wysoki poziom przez wiele lat, wykreować markę na całym świecie, która sprzedała miliony płyt i stała się inspiracją dla wielu zespołów? IRON MAIDEN czyli właściwie zespół, który nikomu nie trzeba przedstawiać, żywa legenda muzyki metalowej. Sama nazwa tajemnicza, jednak tak magiczna, przyciągająca uwagę, że dzięki wieloletniej solidności, wysokich lotów muzyce stała się marką na której można zarabiać i odcinać kupony od przeszłości. Nazwa „Żelazna Dziewica” bo tak na polski brzmi nazwa kapeli została zaczerpnięta z średniowiecznego narzędzia tortur i stała się marką wykreowaną już od początku lat 80. Wtedy został wydany z jeden z najlepszych debiutów metalowych w historii metalu, a mianowicie „Iron Maiden”. Czy album zdobył sobie taką sławę? Dlaczego akurat ten album, zespół z gąszczu wielu innych również ciekawych kapel z kręgu NWOBHM się tak wybił i zyskał tak wielką sławę?

Kapela, która została założona w 1975 roku stworzył, który śmiało można uznać za kamień milowy muzyki metalowej, który miał ogromny wpływ na ten gatunek muzyczny. Debiutancki album już przyciągał uwagę znakomitą, mroczną, budzącą grozę okładką i tutaj świetnie spisał się Darek Riggs, który narysował sporo zajebistych okładek dla tego zespołu z mrocznym, upiornym stworem o imieniu Eddie. Również logo kapeli było intrygujące i budzące grozę. O ile nie ma problemu nazwać debiutancki krążek tej brytyjskiej formacji metalowym, o tyle metal nie jest tutaj jedynym składnikiem stylu IRON MAIDEN na pierwszym albumie, ponieważ słychać tutaj wyraźne wpływy punku co z pewnością zawdzięczamy wokaliście Paul Di Anno, który swoją manierą mógł spokojnie wpasować się w stylistykę SEX PISTOLS, ten krzykliwy styl, oryginalnością, zadziornością nadaje punkowego stylu, jednak czyniąc materiał bardzo metalowym, choć technicznie daleko mu do następcy jego Bruca Dickinsona. IRON MAIDEN to jednak przede wszystkim Steve Harris i tak jest do dzisiaj. To on jest całym mózgiem zespołu, to on stworzył najwięcej utworów i był odpowiedzialny za kompozytorstwo niemal w całości na debiutancki krążek. Steve Harris to nie tylko świetny kompozytor ale i muzyk, czego dowodem są jego partie basu, które do dziś z łatwością rozpozna. Ale czym byłby IRON MAIDEN na debiutanckim albumie bez znakomitych partii gitarowych duetu Dave Murray/ Dennis Stratton? Ano niczym i każdy musi przyznać, że obaj panowie się rozumieją i ich umiejętności są wysokiej klasy, choć nie jest to jeszcze górna granica wykorzystania grania na gitarze, ale melodyjność, dynamika, zadziorność, czy chwytliwość jest tutaj wszędobylska i potrafi zająć słuchacza na długa i co ciekawa potrafi zauroczyć. Debiut Brytyjczyków to również znakomita gra perkusisty Clive Burra, która jest osobą odpowiedzialną za zapewnienie poukładanej konstrukcji i dynamicznego charakteru muzyki IRON MAIDEN. Nadał on zespołowi odpowiedniego brzmienia. Jak widać elementów, które przemawiają za tym świetnym debiutem jest pełno, to jednak wciąż nie omówiłem najważniejszego, a mianowicie materiału. Mógłbym na pisać w skrócie „perfekcja”, czy „ideał”, ale jednak postaram się wam bardziej szczegółowo to opisać. To co jest mocną stroną tego zespołu jak i tego albumu to jego przebojowość. Ukazuje się ona za sprawą chwytliwych, prostych i energetycznych riffów, solówek wygrywanych przez Dave'a i Dennisa, a także za sprawą zapadających w pamięci refrenów, które aż chce się nucić pod nosem. Mocne wejście i takie pozostawiające długotrwałe zniszczenie to coś z czego słynie ten zespół i „Prowler” jest tego przykładem. Dynamiczny kawałek, z rytmicznymi partiami gitarowymi i prostolinijnym tekstem, który jest parę razy powtarzany, ale jest to chwytliwe i z mocnym wokalem Paula stanowi heavy metal najwyższych lotów. Takiego samego charakteru jest „Sanctuary” i zaskoczenie oraz urozmaicenie materiału ma miejsce w trzecim utworze czyli „Remeber Tomorrow”, który jest kawałkiem dość specyficznym. Mamy tutaj huśtawkę nastroju, pojawienie się spokojnego motywu w zwrotce i rozpędzone, szalone rozwinięcie w momencie solówek. Popis umiejętności gitarzystów oraz klasa Paula, który pokazał że śpiewać potrafi i to nie tylko wykorzystując przy tym krzykliwość. Piękny klimat, który uczynił ten utwór klasykiem tego zespołu, szkoda tylko że nie którzy zapominają o tym utworze. Nieśmiertelnymi przebojami z tej płyty są z pewnością rytmiczny, energiczny „Running Free” który jest hitem, hymnem metalowym, który podgrzewa publikę oraz tytułowy „Iron Maiden” bez którego nie ma koncertu żelaznej dziewicy. Steva Harris to specjalista nie tylko od krótkich hitów, ale również od rozbudowanych kolosów, w których dzieje się sporo, gdzie jest masa ciekawych melodii i rozwiązań, które potrafią wciągnąć i zaimponować bogatą aranżacją i „Phanthom The Opera” to pierwszy taki w historii zespołu i trzeba przyznać że perfekcyjny przemyślany i zaaranżowany. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do talentu gitarzystów to zapraszam do wysłuchania instrumentalnego „Transylvania”, który przedstawia urok heavy metalu, jego lekkość, zadziorność i dynamikę, a instrumentalne w tamtych czasach były znakomitą formą pokazania umiejętności czysto aranżacyjnych, tego jak się gra. Na płycie znajdziemy też klimatyczny, nieco spokojny „Strange World” i szybki „Charlote The Harlot”.

Wiele wysiłku zespół kosztowało nagranie tak dopracowanego albumu, tak dojrzałego, tak perfekcyjnego pod względem brzmieniowym, technicznym, jak i kompozytorskim. Sławę ten album zapewnił sobie dzięki ciekawym aranżacjom, dynamice, melodyjności, dzięki zespołowi, które wykreował własny, charakterystyczny styl z pulsującym basem Stev'a, dynamiczną, urozmaiconą grą Clive'a, zadziornymi, energicznymi i bardzo melodyjnymi partiami Deva'a i Dennisa, z mocnym, krzykliwym wokalem Paula. Tak o to narodził się wielki zespół, marka, która zdobyła ogromną sławę, która sporo zarobiła i która przeszła do historii muzyki cięższej. Jeden z najlepszych debiutów w historii metalu. Jeden z najlepszych albumów żelaznej dziewicy, choć takich jest znacznie więcej. Czy jest ktoś kto nie zna tej płyty? Jeśli tak nie zamilknie na wieki i czym prędzej to nadrobi.

Ocena: 10/10

czwartek, 22 marca 2012

IRON MAIDEN - The Number Of The Beast (1982)


Dzisiaj mamy 22 marca 2012 roku i mało kto może wiedzieć że dzisiaj właściwie mija 30 lat od premiery od jednego z najbardziej kultowego albumu heavy metalowego, czyli „The Number Of The Beast” nikogo innego jak IRON MAIDEN. Album, który dość szybko został okrzyknięty jednym z najbardziej wpływowych albumów heavy metalowych i do dziś jest to bez wątpienia najbardziej rozpoznawalne wydawnictwo godnie reprezentujące swój gatunek. Album nie tylko przełomowy dla nurtu ale również dla samego zespołu. Wraz z tym krążkiem zaczął powoli odchodzić od NWOBHM na rzecz heavy metalu. Choć dwa poprzednie albumy żelaznej dziewicy były znakomite to jednak zespół jeszcze wyżej podniósł poprzeczkę jeśli chodzi o muzykę, stawiając na bardziej zróżnicowany materiał, stawiając na bardziej wyszukane melodie, jednocześnie zachowując swoją charakterystyczną przebojowość. Zostawmy na chwilę muzykę i wróćmy do aspektu historycznego, który i tutaj jest przełomowy dla kapeli. Kapela musiała zakończyć współpracę z dotychczasowym wokalistą – Paul Di Anno, a to z tego względu że był on wirusem, który działał negatywnie nie tylko na niego, ale i na zespół. Jego punkowy styl życia doprowadził do jego wyniszczenia i kiepskich występów podczas koncertu, co raz częściej kapela musiała odwoływać swoje występy. Coś trzeba było z tym zrobić. Zatrudniono nowego wokalistę, a mianowicie Bruce'a Dickinsona udzielającego się w SAMSON. Zazwyczaj zmiany na tak ważnym stanowisku nie służą zespołom i są to przeważnie zmiany na gorsze. Tutaj mamy odwrotnie i był to strzał w dziesiątkę, bo Bruce odmienił zespół, wprowadził żelazną dziewicę na wyższy poziom, poziom światowy. Do dziś jego nazwisko wymienia się jednym tchem jeśli chodzi o najlepszych wokalistów i nic dziwnego, skoro jego skala możliwości jest ogromna, a znakiem rozpoznawczym wysokie rejestry, do których Paul nigdy by nie dotarł.

Gdy się spojrzy na całą twórczość żelaznej dziewicy to można zauważyć, że właściwie każdy album otwiera dynamiczna, zwarta, szybka, pełna energii kompozycja, który jest miłym zaproszeniem do zapoznania się z całością. „Invaders” nie jest tutaj wyjątkiem, ba jest to ścisła czołówka jeśli chodzi o otwieracza tej kapeli. Tutaj jest wszystko perfekcyjne, począwszy od sekcji rytmicznej ze wskazaniem na urozmaiconą partię Cliva Burra, któremu słusznie nadano miano „najlepszego perkusisty na świecie” po nagraniu tego albumu. Duet Smith/Murray wniósł swoją grę na jeszcze wyższy poziom. Solówki są jeszcze bardziej zadziorne, bardziej urozmaicone i bardziej elektryzujące niż na poprzednich albumach. Jednak wszystko przyćmiewa nie kto inny jak Bruce, który dysponuje wręcz operowym głosem pozwalającym mu na balansowanie w wysokich rejestrach jak i w dolnych, gdzie śpiewa z dużym zadziorem. Lirycznie mamy nawiązanie do najazdów wikingów. Ballad IRON MAIDEN nie dorobił się zbyt wiele, ale liczy się nie ilość tylko jakość. „Children Of The Damned” to właściwie kawałek o dwóch obliczach. Spokojny, nastrojowy, wręcz balladowy początek, który ukazuje emocje, a także niezwykłe umiejętności Bruce'a, który właściwie dzieli i rządzi tutaj wspólnie z Adrianem Smithem, który wygrywa iście piorunującą solówką przesiąkniętą melodyjnością i szybkością. Utwór tym razem zespół inspirował się przy pisaniu tekstu filmem o tym samym tytule. Adrian Smith to nie tylko wyśmienity grajek, to także mistrz kompozytorstwo i zawsze miał on dość spory wkład w albumy żelaznej dziewicy. Jeden z jego pierwszych wielkich dzieł to bez wątpienia „The Prisoner” nawiązujący do brytyjskiego serialu o tym samym tytule i bardzo pomysłowym zabiegiem okazało się danie na rozpoczęcie kawałka takiego mówionego intra, który trzyma niesamowity klimat grozy. Sam utwór jest dynamiczny i mamy naprawdę przebojowy refren, który porywa słuchacza i zachęca do współuczestnictwa. Za czasów Di Anno powstał kawałek „Charlotte The Harlot” no i tutaj zespół postanowił pociągnąć historię z tamtego utworu nagrywając „22 Acacia Avenue” który jest kolejną 6 minutową kompozycją w której dzieje się sporo od szybkich, charakterystycznych galopad, od dynamicznej motoryki, ostrych riffów, bo bardziej wyszukane melodie, czy też bardziej spokojne, stonowane motywy. Ten album świat kojarzy właściwie z dwóch przebojów, które posłużyły do promocji albumu i lepszych utworów na single nie można było wybrać. „The Number Of The beast” to jeden z najbardziej znanych utworów żelaznej dziewicy, który właściwie jest grany na każdym koncercie i nic dziwnego bo jest to jest przebój jak się patrzy. Dynamiczny, chwytliwy, z prostym motywem gitarowym jak i łatwo zapadającym refrenem, no i ta demoniczna tematyka, która była pewnym novum jeśli chodzi o lirykę żelaznej dziewicy. Kapela znów błysła pomysłowością dając na otwarcie mroczny fragment cytowanej kwestii z Biblii dotyczącej antychrysta, sam pomysł narodził się w głowie Steva Harrisa za sprawą filmu „Omen”. Utwór przeszedł do historii zespołu jak i kanonu muzyki heavy metalowej o czym może świadczyć liczne covery innych zespół i umieszczanie w różnych filmach np. „Śmiertelna Wyliczanka”. Drugim hitem, który również przeszedł bardzo szybko do grona największych hitów IRON MAIDEN to singlowy „Run To The Hills”. Jest to kompozycja opowiadająca o walce amerykanów z Indianami utrzymana oczywiście w szybkim, rytmicznym tempie z zapadającą partią perkusyjną Cliva Burra i popisem wokalnym Bruca, która ciągnie ku jak najwyższym rejestrom. Pozycja obowiązkowa w setliście koncertowej IRON MAIDEN. Choć Harris właściwie maczał palce niemal przy całym materiale, to właśnie tam gdzie sobie odpuścił to słychać, że gdzieś uleciała przebojowość i słychać to w takim „Gangland” który właściwie jest nieco inaczej wykonany, nieco w innym stylu niż poprzednie utwory. Ale jest to kompozycja solidna i sporo ratuje tutaj atrakcyjna partia perkusyjna Cliva Burra. Również za słabszy moment można uznać nieco mroczniejszy, nieco momentami cięższy „Total Eclipse” który jakoś nie pasuje mi do tej całej układanki. Na koniec mamy wielki finał w postaci kultowego już „Hallowed By The Name” który bez wątpienia jest jedną z najlepszych kompozycji jakie kiedykolwiek stworzył Steve Harris i żelazna dziewica. Jest to najdłuższy utwór i dzieje się tutaj w ciągu 7 minut sporo. Przeplata się sporo rozmaitych motywów począwszy od spokojnego nastrojowego wejścia, po rytmiczne w dalszej części, bardziej stonowane, by potem przerodzić się w rozpędzoną petardę. Napięcie narasta tutaj stopniowo i to jest bardzo perfekcyjne skonstruowane. Nie sposób tego opisać to trzeba posłuchać.

„The Number Of The Beast” to jeden z najbardziej rozpoznawalnych albumów heavy metalowych, album pełen przebojów i atrakcyjnych kompozycji. Dla wielu fanów jeden z najlepszych krążków żelaznej dziewicy i w sumie nie ma się czemu dziwić, skoro stąd pochodzą największe przeboje zespołu. Płyta trzyma w napięciu od początku do końca i szkoda tylko że znalazły się tutaj dwie słabsze kompozycje, które zachwiały równość owego wydawnictwa. Minęło 30 lat a „The Number Of the beast” wciąż brzmi świeżo, wciąż zachwyca i wciąż przyciąga nowych fanów muzyki heavy metalowej i to jest magia tego albumu. Album przełomy dla zespołu, bo kapela szybko wzniosła na jeszcze wyższy poziom i szybko stali się gwiazdami. Najbardziej sprawiedliwa ocena w tym przypadku to 9.5/10, ale mam straszny sentyment do tego albumu i nie boję się dać maksymalnej oceny, bo ta płyta zasługuje na to za całokształt i odbicie swojego piętna na muzyce heavy metalowej.

Ocena: 10/10

niedziela, 26 czerwca 2011

IRON MAIDEN - Somewhere in Time (1986)

W jednym aspekcie Iron Maiden i Judas Priest są tacy sami, oba zespoły pod koniec lat 80 wydali albumy, które różniły się od swoich poprzedników. Albumy w których główną rolę grały...syntezatory. Spytacie dlaczego? Powód podobny. Oskarżenie zespołu przez słuchaczy, że zespół zjada własny ogon i że od Piece of mind niczego wartościowego nie nagrali. Po „Poverslave” ruszył w jedna swoich największych tras, która objęła rejony całego świata. Zespół był wyczerpany, zwłaszcza Bruce Dickinson, który rozważał nawet odejście, jednak o dziwo, zespół 2 lata od „Poverslave” wydaje w roku 1986 swój szósty album studyjny. Tytuł krążka to „Somewhere in Time” Za okładkę znów odpowiedzialny jest Riggs. Tym razem stworzył coś w klimatach s-f, z reszta sam tytuł nam to podpowiada. Na okładce mamy Eddiego w postaci cyborga albo coś w tym stylu. Znów bardzo dobra okładka tego zespołu. Album jest przełomowy dla zespołu, bo po raz pierwszy użyto syntezatory. Ale czy pomogły one uciszyć złe komentarze, czy pozwoli osiągnąć perfekcję, której nieco brakowało poverslave? Można śmiało odpowiedzieć, że tak. Znów zespół znalazł się na ustach wszystkich metalmaniaków.
Wszystko zaczyna się od prawie tytułowego „Caught somewhere in Time” który jest jednym z najlepszych otwieraczy tego zespołu. Często nie doceniany przez fanów, jak i przez sam zespół, który w ogóle go nie gra. Zresztą z tej płyty wiecznie grane są 2 utwory. Podoba mi się wejście, gdzie syntezatory dają o sobie znać. Początek to melodia, która utrzymana jest w średnim tempie, ale potem niesamowicie przyspiesza Harris i spółka. Utwór jest niesamowicie dynamiczny i niezwykle energiczny. Utwór autorstwa Harrisa, co zresztą słychać. Bardziej jest znany singlowy „Wasted years” do którego nakręcono taki nieco wspominkowy klip. Warto podkreślić, że utwór w całości jest stworzony od początku do końca przez Adrian Smitha. Słychać tutaj jego progresywność oraz hard rockowe wyczucie, co później będzie kontynuował we swoim solowym projekcie. Utwór jest melodyjny i prowadzony przez niezwykły riff. Cięższym utworem i również w całości skomponowanym przez Smitha jest „Sea Of Madness” tutaj słychać nieco progresywności. Kawałek jest porywający, choćby za sprawą chwytliwego refrenu. Bardzo fajnie wypada tez zwolnienie tempa w środku utworu. Takim drugim często granym utworem na koncertach z tego albumu jest „Heaven cant' wait”, który został skomponowany przez Harrisa. Utwór do krótkich nie należy bo licz coś ponad 6 minut, a takich czasów tu jest sporo. Utwór jest szybki, skoczny, choć dla mnie nieco słodki. Refren jak to refren mógł być lepszy. Utwór na pewno ratuje zmiana motywu w połowie i wyśpiewywane „łoo łoo”, gdzie na koncertach śpiewają fani w puszczeni na scenę. Genialną kompozycją Harrisa jest też „The loneliness of long distance Runner” też do krótkich nie należy go zaliczać. Znów zaczyna się melodyjnie, aczkolwiek bardzo spokojnie, potem mamy znów bardzo szybko i słychać tu momentami taki nieco power metal. Tutaj po raz kolejny Bruce pokazuje jak świetnym wokalistą jest. Jak dla mnie tutaj, na tym album rozegrał swoje najlepsze wokale. Wyciąga każdą kwestię znakomicie, jak choćby ten prosty, ale dobrze dopasowany do jego wokalu refrenu. Znów można się delektować solówkami, które są bardzo dobrze rozegrane pod każdym względem, zwłaszcza tym technicznym. Jak dla mnie solówki lepsze niż na takim Poverslave czy też The Number Of The beast. Również i w tym utworze jest kilka zmian temp i słychać tutaj w solówkach inspirację Kai Hansena na album Land Of the Free 2.
Drugim singlem z tego albumu jest „Stranger in a strange Land”. I jest to również bardzo niedoceniany kawałek, pomimo że troszkę nie typowy jak na IM. Słychać znów tutaj upust geniuszu Adriana. Tak utwór w całości znów przez niego skomponowany. Kawałek ma świetny klimat i spore zróżnicowane w tempie i w melodiach. Najbardziej niszczy owy riff, ciężki, ale bardzo porywający i pomimo że singlowy jest to kawałek, to też rzadko grany,a szkoda bo jest to mocna rzecz. Jak to jest na każdym albumie, zawsze 3 grosze dorzuci od siebie drugi gitarzysta Dave Murray – tutaj utwór skomponowany przez niego przy pomocy Harrisa jest „De ja Vu” i znów mamy bardzo energiczny kawałek, który nieco się może ocierać o power metal. Jeśli miałby zrobić top 5 utworów skomponowanych przez Dave'a ten utwór byłby bodajże na 2 lub 3 miejscu. Tworzy mało, ale robi to sposób perfekcyjny, bo idzie nie na ilość tylko na jakość. Tak jak pisałem wcześniej jest szybko, jest melodyjnie i mamy nowe lepsze IM. Na koniec uznana przez fanów za jedna z tych najlepszych z tego albumu - „Alexander The great” jak to bywało do tej pory tak i teraz znów Harris jest odpowiedzialny za najdłuższy kawałek na tym albumie. Jak widać, tytuł zdradza o czym będzie i jest to bardzo epicki utwór, który ma nie tylko fajne melodie, ale bardzo fajnie rozegrane partie wokalne podczas zwrotek, to wszystko jest takie porywające, no i to bujające tempo, które jest prowadzone przez główny riff, coś pięknego. No i żeby było 100% satysfakcji mamy znakomity refren, który pozostaje w głowie na całe życie.
Zmiany są i to na lepsze, nie ma zjadania ogona, nie ma mowy o własnym kopiowaniu. Zespół wziął do serca złe komentarze i nagrał album inny od poprzednich, ale poziomem nie ustępujący. Jest świeżość i są przeboje. To świadczy o potędze tego zespołu. Jest to album znaczący zarówno dla zespołu jak i całego gatunku Heavy Metalowego. Up The Irons? Jasne i nota nie inna w przypadku tego albumu niż 10/10 jeden z największych dokonań tego zespołu, które gorąco polecam, tym którzy nie znają.